poniedziałek, 23 września 2013

Peowskie Ardeny


Zagrożony rządzący w Polsce układ ima się różnych chwytów, żeby utrzymać się przy władzy. Historia uczy, że przegrywającym rzadko udaje się odwrócić bieg historii. Sytuacja w PO i w Polsce musi być bardzo zła , że rząd chwyta się wszystkich metod.
Przełom roku 1944/45, cofający się na wszystkich frontach  Niemcy, w połowie grudnia 1944roku wyprowadzają kontruderzenie przeciwko Aliantom na Zachodzie. Początkowo na skutek zaskoczenia Niemcy odnoszą sukcesy, lecz po kilku dniach efekt zaskoczenia przestaje działać, Alianci głównie Amerykanie przechodzą do ofensywy. Operacja kończy się klęską.
Polska 2013 r. Sondaże partii rządzącej lecą na łeb na szyję, popularność premiera i jego rządu jest bardzo niska. Co w związku z tym, zastanawia się sztab Tuska. Wówczas w zakamarkach pokojów pijarowców, prokuratury, sztabu na Czerskiej powstaje pomysł , kontruderzenia w opozycyjną partię. Sztabowcy z Czerskiej na skutek przekazania im przez prokuraturę protokołów przesłuchań niezależnych naukowców zajmujących się katastrofą smoleńską, wybiórczo manipulując wyrwanymi z kontekstu  cytatami, wyśmiewaj naukowców. W poniedziałek 23 września artykuł na pierwszej stronie GW dotyczący przesłuchań jest tak zmanipulowany, że przedstawia profesorów jako mało poważne osoby. GW niczym pierwsza pancerna armia daje sygnał do ataku. Za nią całe stada kundli zaczyna obszczekiwać naukowców,  grono salonowych autorytetów  zapraszanych jest do mediów, gdzie rządowi propagandziści zadają niezliczoną ilość pytań swoim prorządowym gościom, tak skonstruowanych , żeby ośmieszyć niezależnych ekspertów i naukowców. Podobnie jak ofensywa niemiecka w Ardenach w 1944 r , tak i obecna ofensywa PO ze swoją pancerną pięścią GW, po tygodniu straciła na impecie i sytuacja wróciła do stanu poprzedniego.
Ta awantura, służyła do konkretnego doczesnego celu i miała chociaż na chwilę zaprzątnąć  uwagę społeczeństwa po wielkich manifestacjach związkowców w Warszawie i doczesnych problemach Polaków.

http://www.konflikty.pl/a,2057,II_wojna_swiatowa,Niemiecka_ofensywa_w_Ardenach._Grudzien_1944_-_styczen_1945.html

autor: Andy51

Zezowate szczęście



Giovanni Francesco Barbieri zw. Guercino (1591- 1666) – to włoski malarz epoki baroku. Przydomek Guercino został mu nadany ze względu na zeza w prawym oku.
Jego wspaniałe obrazy mogliśmy oglądać w różnych światowych galeriach, ale przede wszystkim w Cento. Trzęsienie ziemi które w ubiegłym roku pozbawiło Cento (miasteczko pod Bolonią) znacznej części historycznych budowli, w tym pinakoteki gdzie mieściła się największa na świecie kolekcja dzieł Guercina sprawiło, że przeszło 30 jego dzieł trafiło do Warszawy.
Wystawa obrazów i rycin Guercino otwarta będzie w Muzeum Narodowym od 20 września 2013 roku do 2 lutego 2014.
Obok dzieł z Cento na wystawie prezentowany jest obraz "Pasterze arkadyjscy" Guercina z Galerii Barberinich w Rzymie. Obraz zawiera zagadkową  inskrypcję "Et in Arcadia ego" ("I ja jestem w Arkadii").

Pokazywane są także obrazy Guercina z polskich zbiorów: Muzeów Narodowych w Warszawie, Gdańsku Poznaniu i Muzeum Diecezjalnego we Włocławku. oraz "Ukrzyżowanie" z Katedry Wawelskiej w Krakowie.
Guercino zawsze mnie fascynował. Przede wszystkim dlatego, że jest przykładem sztuki która broni się sama, nie potrzebuje reklamy i protekcji. Współczesna sztuka ufundowana jest przecież na tych dwóch czynnikach. Wartość finansowa dzieła sztuki podlega wszelkim prawom specyficznego rynku, rynku zaufania. Tak jak pieniądz zaufania  jest tylko zapisem komputerowym i opiera się tylko na przeświadczeniu o trwałości systemów, które go bronią, wartość dzieła sztuki opiera się na zaufaniu do opinii krytyków, marszandów i wszystkich którzy w te dzieła zainwestowali. Ciekawe, że pieniądz zaufania miewa wzloty i upadki natomiast wartość dzieł sztuki na ogół nie spada. Dlatego doradcy finansowi polecają klientom przy dywersyfikacji oszczędności uwzględniać jako lokatę kapitału.  zbiory obrazów i antyków. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z wartością dzieła sztuki dla nas osobiście, czyli z kategorią „ podoba się”, najbardziej i niesłusznie  lekceważoną. Nie ma też nic wspólnego z mityczną , ponadczasową wartością dzieł sztuki, które są jakoby odbiciem jakiegoś idealnego porządku. .
 Guercino malował przede wszystkim dla wiejskich kościołów i swojego rodzinnego miasta. Choć styl malarza uległ pewnej zmianie w trzydziestym roku jego życia, kiedy wyjechał do Rzymu, aby malować na zamówienie papieża Grzegorza XV., pozostał wierny swoim wiejskim odbiorcom i nigdy nie zabiegał o łaski możnych tego świata i o reklamę.  Zawsze był moim idolem ponieważ realizował ideał twórcy, który nie potrzebuje reklamy i zabiegów marketingowych aby osiągnąć sukces.
Nieszczęście miasteczka Cento dało nam możliwość spokojnego obcowania z tym niezwykłym malarzem, a więc okazało się dla nas szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Niepokoi mnie trochę, że kuratorzy wystawy- Fausto Gozzi oraz Joanna Kilian powierzyli czeskiemu scenografowi (Boris  Kudlicka) misję ukazania dzieł Guercino w odpowiednim  „kontekście” . Guercino wyjątkowo na to nie zasługuje. Jego obrazy nie potrzebują żadnego kontekstu.  








autor: Iza

Fiat iustitia, pereat mundus


Domowa gruszkówka ma istotną przewagę nad domową śliwowicą: nie wysusza na wiór i nie daje niepożądanych skutków ubocznych następnego dnia. Tak trzymać!
Jeśli nie jestem świeży jak poranna rosa, to raczej z powodu meczu finałowego Mistrzostw Europy w koszykówce (dygresja pierwsza i nie ostatnia: jak to się dzieje, że komentatorzy zamiast "koszykówka", czy "Mistrzostwa Europy" mówią "eurobasket"..? Ohydztwo..!). Wprawdzie większość ostatniej kwarty przespałem, ale obudziła mnie "Marsylianka" przy dekoracji (dygresja druga: jak to możliwe, że tacy tolerancyjni i "prawoczłowieczy" Francuzi wciąż używają jako hymnu tak brutalnego, krwawego i wojowniczego marsza i nawet zmuszają różnych śniadoskórych, żeby go śpiewać..? To i pozostałe atrybuty jakobińskiego nacjonalizmu, o które wciąż dbają - o czym pisałem [link] - MUSI wcześniej czy później doprowadzić do wybuchu nacjonalizmu i krwawej rzezi "kolorowych"...). Dzięki czemu mogłem Lepszej Połowie, którą to interesowało, powiedzieć rano, że Litwini przegrali.
Nie znałem tylko wyniku (66 : 80) - a chcąc sprawdzić, czy podał go Onet, nadziałem się na coś takiego, co otwiera się zamiast tego portalu:


Ktoś ich zhakował, czy zatrudniani na zasadzie pracy zdalnej za stawkę "5 złotych za 1000 słów", albo "15 złotych za całość" studenci - coś spieprzyli podczas nocnego dyżuru..? Dobrze im tak, szmaciarzom..!

W sumie, tu się kończy trzecia dygresja. Oraz przerwa w pisaniu, podczas której pochłonąłem podaną przez Lepszą Połowę kapustę ze skwarkami (to się nazywa wiejskie śniadanie!) oraz podjąłem próbę wygonienia stada na pastwisko. Nieudaną. Na usilną prośbę Mijanka, który nie miał najmniejszej ochoty wychodzić na deszcz - odpuściłem i nawet dałem jeszcze siana.
Dygresja czwarta: coraz bardziej mi się ta pogoda nie podoba. Nie z powodu deszczu jako takiego. Deszcz jest potrzebny. Problem polega na tym, że w ten sposób z tygodnia na tydzień przesuwa się nam wizyta Pana Doktora (który czas wolny ma właśnie na początku tygodnia...) - a terminy gonią! Już w tej chwili polskich paszportów raczej przed odsadzeniem źrebiąt wyrobić im nie zdołam...
No dobra. Po tylu dygresjach wreszcie pora przejść do rzeczy, nieprawdaż..?
Czy rzeczywiście istnieją wartości dla których sensownym jest rozpatrywanie, jako członu alternatywy - całkowitej zagłady..?
Problem ten posiada dwa aspekty. Teoretyczny i praktyczny.
W aspekcie teoretycznym wydaje się, że traktowanie hasła fiat iustitia, pereat mundi dosłownie możliwe jest tylko przy nader specyficznym pojmowaniu Opatrzności. Takim, które na chrześcijańskim Zachodzie zostało ostatecznie odłożone do lamusa dziejów dawano, dawno temu, w głębokim średniowieczu (jak nie w starożytności nawet...).
Albowiem, aby przyjąć, iż naciśnięcie "atomowego guzika" (czy innego gadżetu sprowadzającego na świat Zagładę) jest przejawem Woli Opatrzności - trzeba albo zakładać, że Opatrzność nie pozostawia stworzeniu żadnego miejsca na własne pomyłki i widzimisia, będzie więc tak czy inaczej, spełnieniem Wyższej Woli - albo mieć poważnie nasrane we łbie. W każdym innym przypadku nawet, jeśli nasz łez padół po tysiąckroć zasłużył na zniszczenie - zrobienie tego własnoręcznie, bez czekania na archanielskie trąby - jest przejawem najcięższej gatunkowo pychy!

Niestety - w Islamie (a poniekąd także i w niektórych odłamach wschodniego chrześcijaństwa) na skutek przypadkowego kaprysu dziejów - zwyciężyło właśnie owo "deterministyczne" pojmowanie Opatrzności. Cokolwiek się z człowiekiem stanie, albo i cokolwiek człowiek zrobi - taka widać była Wola Boga. Ergo: nie ma najmniejszych przeszkód, aby Bóg posłużył się do pokarania grzechów tego świata człowiekiem dzierżącym "atomową walizeczkę" zamiast używać owej nieco już archaicznej aparatury w postaci wspomnianych wyżej trąb, jeźdźców w gotyckich kostiumach, deszczów lawy itp., itd.
Aspekt praktyczny ludzkość miała okazję przećwiczyć całkiem niedawno i wiele wskazuje na to, że w pewnym sensie - ćwiczyć zaczyna ponownie. W czasie Zimnej Wojny dwa supermocarstwa zaposiadły arsenał umożliwiający im GWARANTOWANE zniszczenie "drugiej strony" (GWARANTOWANE, gdyż każde z nich dysponowało takim NADMIAREM środków atomowego zniszczenia, że nie istniała praktyczna możliwość czy to wyeliminowania tego potencjału w porę wyprowadzonym uderzeniem wyprzedzającym, czy to - uchylenia się przed ciosem przy pomocy jakichś środków obronnych: nawet po zniszczeniu w silosach lub strąceniu 80 czy 90% rakiet przeciwnika - i tak pozostała reszta wystarczyłaby do obrócenia w popiół większości amerykańskich czy sowieckich miast).

Mówiło się wówczas o "równowadze strachu". Jako jeden z członów tej specyficznej "równowagi" pojawiła się też możliwość użycia tego arsenału przez stronę PRZEGRYWAJĄCĄ wyścig zbrojeń. Nie po to, aby zwyciężyć (bo to było - dla obu stron tak samo - niemożliwe), tylko po to, aby niedopuścić, by zwyciężyła druga strona. Taki rodzaj podwójnego samobójstwa z czystej złośliwości.
Młodsi z Państwa mają jakieś dziwne dla mnie psychiczne opory przed wczuciem się w tę sytuację i zaakceptowaniem wynikających z niej wniosków. Doświadczyłem tego ostatnio dyskutując na jednym z wątków "historii alternatywnej" (link). A przecież kilka pokoleń ludzi na całym świecie żyło w przeświadczeniu, że w każdej praktycznie chwili - mogą zginąć!
No cóż: człowiek - nie świnia. Do wszystkiego się przyzwyczai!
Nawet fakt, że strona sowiecka ostatecznie wyścig zbrojeń przegrała i rakiet nie odpaliła - NIE JEST dowodem na to, że zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ZAWSZE zwyciężą nad irracjonalną żądzą zemsty (i rachunkiem strategicznym, dla którego rozróżnienia między działaniami "racjonalnymi" i "irracjonalnymi" sprowadzają się li i jedynie do oceny ich skuteczności w osiągnięciu zakładanego celu LUB niedopuszczeniu, by cel ten osiągnął przeciwnik w grze!).
Wiele wskazuje na to, że Sowieci zwyczajnie przehandlowali swoją rezygnację z odpalenia rakiet - za amerykańską zgodę na "kontrolowaną" transformację ustrojową (z uwłaszczeniem nomenklatury, a bez "komunistycznej Norymbergi") i parę niezłych interesików na boku dla czołowych decydentów.
Jak widać: człowiek nie komputer. Może zmienić priorytety!


Do pewnego stopnia podobnie można opisywać istniejącą w tej chwili współzależność ekonomiczną pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Oczywiście - TYLKO do pewnego stopnia: wszak durni Chińczycy mają w ręku tak naprawdę jedynie papier (a właściwie - jakieś tam impulsy elektroniczne, toż zapewne większość posiadanych przez nich amerykańskich "papierów" dłużnych jest "zdematerializowana"...). Jest to najmiększa z wyobrażalnych rodzajów "soft power". Zapewne OBIE strony kalkulowały początkowo że, mówiąc prosto, wydymają drugą stronę jak dmuchaną lalę.

Amerykanie kalkulowali, że Chińczycy bogacąc się i wchodząc w coraz ściślejszy związek z Zachodem - ulegną jego kulturowej dominacji, przejmy wzorce życiowe, za czym - przestaną być groźni.
Chińczycy - że Amerykanie dając im wejść na swój rynek, pozbędą się z czasem większości przemysłu i pozostaną na łasce i niełasce nowej "fabryki świata", niezależnie od tego, jaką tandetę oferuj (link).
Obie strony mogą się w ten sposób wspólnie rozbić na tej samej rafie: wszak, "westernizując się", stają się Chińczycy coraz to bardziej pazerni na surowce, potrzebne już nie tylko do podtrzymania funkcji działającej na potrzeby obcych "fabryki świata", ale i dla zaspokojenia coraz to większych i coraz to bardziej wyrafinowanych apetytów własnej populacji - i własnych zbrojeń. Ponieważ zaś mimo deindustrializacji, zapotrzebowanie Zachodu na kluczowe zasoby jakoś nie chce zmaleć - robi się z tego coraz trudniejszy do pokojowego rozwikłania kocioł.
A ewidentni rasiści z amerykańskiej i europejskiej lewicy (NIGDZIE nie ma tak szowinistycznych rasistów jak na lewicy! Nie cierpię zresztą tego towarzystwa nie od dziś: link) co i raz epatują publiczność wyliczeniami, kiedy to zabraknie na naszej planecie czystej wody (w domyśle: zużywanej przez nadmiernie przywiązanych do czystości grzesznego ciała Azjatów...), ropy naftowej czy innego zasobu.
Jak na razie - wzajemny strach przed konsekwencjami, które byłyby dla obu stron bardzo bolesne - powstrzymuje świat przed otwartą deklaracją wrogości między Waszyngtonem a Pekinem. Pomimo takich prestiżowych dla Stanów porażek, jak pat w Syrii...
Jeśli ponownie dojdzie do Zimnej Wojny - to czy ta, kolejna już, zakończy się tak jak poprzednia: wspólnym, wesołym oberkiem (fakt, że odtańczonym na bezimiennych mogiłach ofiar...)?
Dalej Państwo sądzicie, że wysyłanie załogowych ekspedycji daleko, daleko, pozna nasz układ planetarny - to czysta fanaberia i marnowanie środków, kiedy tyle palących bolączek wciąż jest niezałatwionych tu, na Ziemi..?

autor: Boska wola

niedziela, 22 września 2013

Kraina łagodności


Całkiem niespodziewanie przewiozłem wczoraj popołudniu konia. Na szczęście - niedaleko. Na szczęście, bo wyszły przy okazji takie usterki naszej przyczepy, których się nie spodziewałem.
Wbrew obiegowej opinii o solidności wielkopolskich rzemieślników, majstrzy którzy remontowali naszą, pierwotnie jeżdżącą w Holandii przyczepę, totalnie sknocili wyjmowaną przegrodę, dzielącą ją w środku na dwa stanowiska dla koni. Przegroda jest nieoryginalna, widać ta holenderska się zużyła, albo posłużyła do czegoś innego.
Generalnie, jest to szkielet z grubościennych, ocynkowanych rurek i trochę skóry. Co tu niby można sknocić..? A jednak! Jakoś tak to pospawali, że niezależnie od sposobu umocowania - powstają w tej nieskomplikowanej konstrukcji naprężenia, przez które całość ma tendencję do luzowania się z zaczepów. Kosztowało mnie to ongiś urwany (i przyszyty, na szczęście z powrotem: dobrze dzięki temu wiem tylko, kiedy będzie zmiana pogody...) środkowy palec u lewej ręki. Przegroda wyskoczyła z zaczepu jak raz przy ładowaniu naszego Dara wlkp - poprzeczka spadła na uwiąz, który trzymałem, uwiąz się wokół niej owinął, a koń szarpnął do tyłu, przestraszony - i już...


Wydawało mi się, że opanowałem problem wykonując dwa proste ruchy:

- zrywając kawałek wykładziny z podłogi, dzięki czemu tył wprawdzie siedzi nieco luźniej, ale za to - przynajmniej go nie wybija z dziury na każdym drogowym wyboju,
- dbając o to, aby uchwyt, służący do zapięcia dwóch przednich poprzeczek, był dobrze przykręcony (przykręca się go wkrętami, dość grubymi) do reszty.
Tak też zrobiłem i tym razem. To znaczy: dokręciłem te wkręty i ruszyłem przed siebie. Nie spodziewając się żadnych niespodzianek. Przegroda przecież przez rok stała sobie luźno oparta o ścianę chatki (do wożenia drewna z poręby, czy też świń w klatce, albo nawet i krów, do czego była używana w tym czasie - przegroda nie jest potrzebna...). Co jej się mogło stać..?
Tymczasem po przyjechaniu na miejsce, 60 km od nas - okazało się, że wkręty trzymające ten nieszczęsny uchwyt nie tylko się poluzowały (co, właśnie na skutek tych naprężeń w konstrukcji jest rzeczą normalną...), ale i - nie da się ich już porządnie przykręcić. Jeden zresztą od razu gdzieś się zgubił - wpadając w ściółkę na podłodze. Otwory się "wyrobiły", czy gwinty wkrętów spaczyły..?
Na szczęście kobyłka, którą wiozłem, stała jak przymurowana, jakieś oznaki niezadowolenia wyrażając dopiero w Stromcu, więc prawie u końca podróży.
15-miesięczne stworzonko jest owocem (podobno przypadkowego i nieplanowanego!) mezaliansu między ogierem rasy American Quarter Horse a polską, zimnokrwistą kobyłą. Wyszedł z tego konik dość (jak na razie...) zgrabny i nawet wcale szlachetny. Myślę, że będzie jeszcze okazja poznać ją bliżej.

Ogier rasy American Quarter Horse - przykładowy (jak ten konkretny wyglądał, przecież nie wiem...)

Klacz zimnokrwista. Też przykładowa. Matki mojej pasażerki nie oglądałem, bo nie było na to czasu. Zresztą - i tak nie miałem przy sobie aparatu...


Z góry wiedząc, że podróż potrwa długo, zabrałem na pokład pilota (nabywcy klaczki byli tam własnym samochodem, po mnie zadzwonili dopiero, gdy dobili targu) - chłopca, który ma być właścicielem tejże klaczki. I chce jej, gdy osiągnie wiek stosowny, używać pod siodło.

Wszystko to na pierwszy rzut oka, gdy się rzecz opowiada - wygląda, prawdę powiedziawszy, nad wyraz marnie.
Ani do takich mezaliansów dochodzić NIE POWINNO (jest to kompletne zaprzeczenie kultury, pracowicie budowanej przez niezliczone pokolenia hodowców w ciągu ostatnich 5 tysięcy lat...). Ani też - obdarowywanie młodego chłopca, który sam się przyznaje, że niezbyt pewnie czuje się na końskim grzbiecie źrebakiem, żeby go sam sobie ujeździł - stanowczo NIE JEST dobrym pomysłem!
Tak więc: nie polecam. A nawet stanowczo odradzam. Zarówno krzyżowania jak popadnie, jak i stosowania takich "indiańskich" metod wychowawczych względem młodych chłopców i źrebiąt.
Ostrzegłszy i odradziwszy - mogę kontynuować opowieść.
Bo tak naprawdę TEN KONKRETNY PRZYPADEK - na żywo i z pierwszej ręki czegoś nie zrobił na mnie złego wrażenia. Może dlatego, że żółć z wątroby spuściłem już rano - i jakaś mnie potem ogarnęła "kraina łagodności"..?
A może dlatego, że chłopiec w rozmowie okazał się nad wiek rozsądny i skłonny do nauki. Podobno od dawna się do nas z wizytą wybierał. O ogrodzenie pastwisk pytał. Uczyć się jazdy chce. Oby mu tylko - w przeciwieństwie do Jakuba, który nawiedzał nas na początku naszego osiedlenia na wsi, starczyło zapału (tamten zrezygnował po pierwszym upadku z nieodżałowanej Dalii wlkp).
Nie planuję udzielania lekcji jazdy konnej - ani nie mam do tego uprawnień (a w dzisiejszych czasach lepiej mieć się na baczności, robiąc cokolwiek "bez papierka" - osobliwie, gdy jest to działalność, z natury rzeczy wiążąca się z guzami i sińcami...), ani upodobania, ani nawet konia, na którego mógłbym początkującego wsadzić. Trzy Gracje są jednak trochę na to zbyt "zrywne"...
Pomyślałem sobie jednak, że na początek, może by się tak wybrać z chłopcem do naszej sąsiadki - sędziny w konkurencji skoków..? A potem się zobaczy. Na przełaj, przez las, mamy od siebie 15 minut stępo-kłusa. Jak już się tę klaczkę ujeździ - w teren zawsze będę mógł ich ewentualnie brać.
Po drodze zaś - pomyślimy, co by tu zrobić, by małej trochę poprawić jakość życia. Na razie stanęła w typowej, chłopskiej komórce, przywiązana do żłobu. Ponieważ jednak z takiej samej komórki wyszła u sprzedawcy - nie ma powodu do przedwczesnego alarmu: chyba jest do tego przyzwyczajona..? Z czasem zaś - o ile tylko chłopak dotrzyma słowa i faktycznie wkrótce nas nawiedzi - spróbujemy coś na ten problem zaradzić.
Ten pie...ony uchwyt będę chyba musiał do przegrody przyspawać. Wprawdzie spaw na pewno też kiedyś puści - ale może zajmie mu to więcej czasu niż potrzebowały na spaczenie się wkręty..?
I to by było na tyle na dzisiaj. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że nadchodząca zima będzie wczesna, ostra i zapewne długa (już parę dni temu nad Boską Wolą przelatywały klucze dzikich gęsi ciągnących na południowy zachód - a wczoraj, podczas powolnej i odbywanej bocznymi drogami wycieczki - nie chciałem powodować korka na główniejszej drodze - miałem okazję zaobserwować nie tylko dojrzałe już, ale wręcz opadające na ziemię owoce dzikiej róży i tarniny: w zeszłym roku zbieraliśmy je dopiero na początku listopada!).

autor: Boska wola

Ostatni Waltz


Dlaczego wahacie się czy zatrudnić w charakterze gospodarza miasta osobę przyłapaną na kradzieży kamienicy?


Pod adresem HGW sformułowano wiele zarzutów. Zablokowanie miasta, zbyt kosztowne inwestycje ( przystanki za przeszło milion złotych) , podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej, które zaowocowały natychmiastowym obniżeniem wpływów do miejskiej kasy, podwyżki czynszów, opłat za wieczystą dzierżawę, pół miliarda podarowane lekką ręką na remont stadionu Legii, porażka z ustawą śmieciową. Oczywiście pani prezydent na wszystko ma jakieś usprawiedliwienie. Nic nie robiła osobiście – za wszystko odpowiada rada Warszawy. (Na przykład   HGW kto decydował o dotacji na stadion Legii, bo jak HGW twierdzi, nie zrobiła tego osobiście.)
Ma oprócz tego pecha. Sprzysięgły się przeciwko niej niebiosa zalewając właśnie otwierany tunel. Wredni współpracownicy ustawili ją do zdjęcia pod napisem CIPA, będącym skrótem nazwy jakiejś współpracującej firmy.
Wielu komentatorów znęcało się nad sposobem ubierania się czy wysławiania HGW oraz przypominało jej dawne grzeszki. Brutalną i bezsensowną rozprawę z kupcami na Placu Defilad, zatajenie dochodów po wyborze na pierwszą kadencję.
Zdumiewa mnie jednak fakt, ze nie zauważyłam żeby ktoś zajął się sprawą najistotniejszą. Otóż urzędująca prezydent miasta bezprawnie przejęła cudzą kamienicę i bezprawnie ją sprzedała narażając lokatorów na wyrzucenie na bruk. Wydaje mi się, że w każdym cywilizowanym kraju spotkałby ją za to Impeachment.
O tym wszystkim pisałam kilka razy. Bez trudu można również znaleźć artykuły na ten temat w wysokonakładowej prasie. Nigdy dotąd nie zdarzało mi się podawać linków do moich starych postów. Wydaje mi się jednak, że są one wyjątkowo aktualne, a nie warto się powtarzać. http://izabela.neon24.pl/post/93450,hgw
i ponieważ nie wiem jak wygląda archiwum NE

Tajemnicą poliszynela jest , że we wszystkich większych miastach kwitnie proceder przejmowania nieruchomości przez fałszywych właścicieli. Sprzyja temu ustawodawstwo- handel roszczeniami i ochrona nabywców w dobrej wierze przez rękojmię zaufania do ksiąg wieczystych. Podobno rekordem jest kupienie kamienicy( roszczeń do kamienicy)  przy ulicy Hożej w Warszawie za 150 złotych. W tym zbrodniczym procederze uczestniczą notariusze, adwokaci, urzędnicy, a także lekarze i pielęgniarki wskazujące przestępcom chorych samotnych, niesprawnych intelektualnie ludzi, których można na łożu śmierci zmusić do sprzedania za grosze tak zwanych roszczeń.
Ale przede wszystkim sprzyja temu wspólnota w przestępstwie. Jaki pan taki kram. Jeżeli pani prezydent ma na sumieniu przejęcie kamienicy na podstawie sfałszowanego pełnomocnictwa, to czego mają się bać inni parający się tym przestępczym procederem. Tyle ,że skutki tego chronionego procederu są tragiczne dla lokatorów kradzionych kamienic, gdyż są wyrzucani na bruk i dla nas podatników , bo prawowici właściciele otrzymują od miasta odszkodowania.
Nie mogę zrozumieć cichego przyzwolenia na to co się dzieje. . Nie mogę zrozumieć dlaczego mieszkańcy Warszawy wiedząc o tym wybrali HGW na drugą kadencję? Dlaczego nie solidaryzują się z wyrzucanymi na bruk? Dlaczego nie boją się, że przyjdzie na nich kolej?
Ostatnio popularne jest prokurowanie na papierku tak zwanej katastrofy budowlanej, po której stwierdzeniu mieszkańcy kamienicy dostają z łaski miast lokale zamienne w gorszej lokalizacji, a miasto potem katastrofę odwołuje i wykorzystuje nieruchomość do własnych celów.  O tym wszystkim chciałam napisać z podaniem szczegółów i adresów ale nie wiem czy warto, jeżeli okazuje się, że dla mieszkańców Warszawy jest to bez znaczenia.
Pani prezydent aby poprawić swój wizerunek nakłania straż miejską do zmniejszenia liczby mandatów oraz zarządziła jutro dzień bezpłatnej komunikacji dla mieszkańców stolicy. Chyba nikt nie da się nabrać na tak prymitywne chwyty propagandowe.
Pozwolę sobie na retoryczne pytanie. Czy zrezygnowaliby państwo z wyrzucenia gosposi złapanej na kradzieży, nawet jeżeli, żeby was udobruchać przyrządziła na pożegnanie dobry obiad?
 Dlaczego zatem wahacie się czy zatrudnić w charakterze gospodarza miasta osobę przyłapaną na kradzieży kamienicy?

autor: Iza


sobota, 21 września 2013

Onaniści



Już Mistrz Lem 60 lat temu ostrzegał, że ludzkość podłączona do "fantomatów" skończy jako zbiorowisko bladych onanistów. Nie przewidział tylko, jak wiele może być rodzajów samogwałtu!
Oprócz najbardziej oczywistego, którym tu jednak nie będziemy się dzisiaj zajmować (wiem, wiem - ku żalowi części męskich Czytelników...), na pierwszy plan wysuwa się bodaj snucie w internecie fantazji poprawiających ogólne samopoczucie zarówno fantazjującego, jak i jego fanów.
Na tej zasadzie funkcjonuje większość najpopularniejszych autorów przynajmniej w polskiej blogosferze (ja się już wielokrotnie przyznawałem, że własne samopoczucie chętnie w ten sposób poprawiam, a i owszem - kompletnie za to nie dbam o Państwa, a nawet wręcz przeciwnie: sprawia mi perwersyjną przyjemność mówienie prawdy, czym Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ nie zdobędę ani Państwa sympatii, ani takiej popularności jak inni...).
Jak to działa?
Po pierwsze - dobrze jest pisać, jacy to Czytelnicy są wspaniali. Bo, na ten przykład, są Polakami.


Cóż jest takiego w "byciu Polakiem", co może poprawić samopoczucie Czytelnika?

Na razie nic. Ale, jak się do tego doda, że "Polak" to (do wyboru) nosiciel najstarszej w świecie Cywilizacji Miłości (cytat prawie że dosłowny! Nie będę podawał skąd, żeby niezasłużonej popularności oczywistemu kretynowi nie przysparzać!), albo jedyny czysty typ rasowy (no, to już jest trochę naciągane - nawet Profesor Bobola rozróżnia "Polaków", "tutejszych" i zdaje się jeszcze "biedne mieszańce" - czy jakoś tak..?), albo przedstawiciel najdoskonalszej cywilizacji łacińskiej - nooo, to już coś całkiem innego, nieprawdaż..?
Takie "kadzenie" zarówno czytelnikom, jak i samemu sobie (autor takich wypowiedzi jest przecież, co oczywiste, Polakiem najprawdziwszym z prawdziwych...) może się odbywać zarówno wprost (kiedy się wylicza i opisuje rzekome przewagi Polaka nad resztą ludzkiej mierzwy...) - ale to jest dość nudne i w gruncie rzeczy rzadko spotykane - jak i, niejako, a rebours. Metodą opisywania "wrogów" polskości. I wyliczania przyczyn tej wrogości.
Zgodnie z zasadą, że "mój wróg świadczy o mnie". Jeśli do "wrogów polskości" zaliczy się na ten przykład "WASP-owski spisek światowy" (domyślam się tylko, że chodzi o White Anglo - Saxon Protestants?) - to czyż takie stwierdzenie nie podnosi rangi Naszego Umęczonego Narodu na najwyższe możliwe wyżyny..? Jeśli się bąknie przy tym pod nosem, że to wszystko dlatego, iż owe "osy" nienawidzą "cywilizacji łacińskiej" i "katolicyzmu" - to czyż nie jest logicznym stąd wnioskiem, że nie ma bardziej łacińskich łacinników i katolickich katolików niż Polacy..?
Czytelnicy lubią, gdy autor mruga do nich porozumiewawczo i zadaje im zagadki. Ale tylko takie, które mają tylko jedno i łatwe do znalezienie rozwiązanie! Wówczas mogą ugruntować dobre o sobie mniemanie...
Opisywanie wroga i "demaskowanie" jego wrażych zakusów - to najważniejszy, najistotniejszy i nabardziej płodny motyw blogowych dywagacji. Przy czym tylko od fantazji autora i "targetu", w który celuje zależy - kto tym wrogiem będzie.
Tak więc, może być "wrogiem" jakiś monstrualny, światowy spisek dążący do wprowadzenia New World Order (najczęściej jest to wówczas spisek "żydowski", albo "masoński", albo "żydo-masoński"). Może być "wrogiem" klasa finansowych spekulantów: "Wall Street", "banksterzy", "City". Może być też "wrogiem", tradycyjnie, niemiecko - rosyjski sojusz (zwykle dodaje się wówczas, że "odwieczny", a przynajmniej "tysiącletni"...).

Podejrzewam, a nawet wiem, że gdzie indziej, takim "wrogiem" może być Kościół Katolicki czy też "spisek Watykanu". Tyle, że takich blogów staram się nie czytywać...
Oczywistą oczywistością jest, że pierwszą ofiarą takiego nastawienia do świata pada poczucie humoru. Zaiste! Zasoby ponuractwa, które się przy tej okazji ujawniają - rzeczywiście czyniłyby Nasz Umęczony Naród jakimś wyjątkowym, patologicznym przypadkiem w świecie. Czyniłyby - gdybym nie wiedział dobrze, że gdzie indziej - jest dokładnie tak samo.
No cóż: nie może być inaczej. Widział ktoś kiedyś, żeby trzepiący kapucyna onanista sypał przy tym dowcipami..?
Ostatni był bodaj Karol książę Radziwiłł "Panie Kochanku": kazał po każdym szczęśliwym wytrysku bić z działa na cześć małych Radziwiłłków, które właśnie zginęły... Ale to była inna epoka!

Gdzie indziej jest dokładnie tak samo - a też i zboczenie mentalne, które opisuję wcale NIE OGRANICZA SIĘ do tzw. "ekstremy" - ani "prawej", ani "lewej". To jest właśnie tzw. "główny nurt" zarówno tradycyjnych mediów, jak i internetu!
O co chodzi w marketingu? W marketingu chodzi o to, żeby sprzedać. A co się tak naprawdę sprzedaje klientowi? Klientowi tak naprawdę sprzedaje się nie towar i nie usługę - tylko DOBRE SAMOPOCZUCIE.
Klient, jeśli ma coś kupić - to przecież po to, aby poczuć się w efekcie lepiej, a nie gorzej - nieprawdaż..?
Jak wszyscy doskonale wiemy, im wyższa cena, za którą towar lub usługa zostały kupione - tym bardziej poprawia się samopoczucie klienta TUŻ PO zakupie (inna rzecz, że potem może równie szybko polecieć w dół... Hmm... czegoś to Wam nie przypomina..? Myślicie, że przypadkiem wybrałem tę seksualną metaforę dla dzisiejszego wpisu..?).
Informacja nie jest żadnym wyjątkiem od tej reguły. Gorzej nawet - o ile towar czy usługa poprawiają nastrój klienta by tak rzec pośrednio, oddziałując na jego zmysły - o tyle informacja trafia wprost do mózgownicy. Na ogół - przegrzanej i przepełnionej, bo niezwykła wprost łatwość generowania informacji w sieci sprawia, że jest jej ilość nie do ogarnięcia. W tej sytuacji, przegrzana i przepełniona mózgownica czytelnika - wybiera i zapamiętuje przede wszystkim te informacje, które najbardziej łechcą jego ego.
Co to jest, to już zależy od indywidualnych upodobań. Bardzo wielu ludzi lubi, jak innym jest źle. Stąd - takie powodzenie we wszystkich mediach informacji katastroficznych, negatywnych, groźnych nawet (w rodzaju regularnie powtarzających się doniesień o "kosmicznym zagrożeniu dla Ziemi", "przebiegunowaniu", "burzy słonecznej", itp., itd. - Freud pewnie by przy tej okazji pisał o "instynkcie śmierci", ale moim zdaniem - raczej jest to prosta uciecha z faktu, że jeśliby nawet wszystko miał szlag trafić - to przecież sąsiad, który nam celowo na złość, właśnie kupił sobie nową furę albo chałupę odmalował - wyjdzie na tym gorzej...).

Ludzie en masse lubią się też czuć wyjątkowi i niezwykli. Nawet, jeśli skądinąd nic sensownego nie mają do powiedzenia, a cała ich "tfórczość" to banalne zwierzenia w rodzaju: faceci są jak kibel - albo posrani, albo zajęci. Niejaki Zuckerberg zrobił na tej ludzkiej przypadłości całkiem fajny biznes!


Ludzie lubią też czuć się pewnie i rozumieć świat, który ich otacza. Przy czym słowo "rozumieć" w zdecydowanej większości przypadków nie dopuszcza tłumaczeń wykraczających poza najprostsze możliwe jedno-jednoznaczne związki przyczynowo - skutkowe. Pisałem o tym dawno temu (link).

Ponieważ świat nie jest ani prosty, ani jednoznaczny w interpretacji, a związki przyczynowo - skutkowe, które NAPRAWDĘ w nim występują są o wiele bardziej złożone niż buchalteryjna prostota schematu "jedna przyczyna - jeden skutek" - nawet w me(r)diach głównego nurtu, do żadnej "esktremalności" się nie posuwających - pełno jest obecnie różnego rodzaju "teorii spiskowych", znakomicie upraszczających przecież tę złożoną rzeczywistość.

Tematem na osobne rozważania jest klucz, wedle którego me(r)dia głównego nurtu oddzielają teorie spiskowe "bezpieczne" od "zakazanych". Bodaj zależy to od stopnia ich absurdalności. O Atlantydzie, latających talerzach, "zakazanej archeologii", "świętym Graalu", czy temu podobnych głupotach - jak najbardziej: wolno pisać i to jest nawet (dyskretnie) popierane.
Pisanie o "NWO", "banksterach" czy "żydomasonerii" - nie zawsze i niekoniecznie. Pewnie dlatego, że choć, jak wiele razy pisałem, "teoria Jedynego Spisku" jest absurdalna, to jednak - nie jest absurdalnym podejrzenie, że tacy lub inni spekulanci RZECZYWIŚCIE spiskują, a różne rządy mają niejednego trupa w szafie do ukrycia!
Można wręcz podejrzewać, że przynajmniej w niektórych wypadkach - lansowanie (dyskretne przecież...) absurdalnej "teorii Jedynego Spisku" - znakomicie ukrywa i maskuje różne rzeczywiste "spiski partykularne", a gadanie o "niemiecko - rosyjskim antypolskim przymierzu" - świetnie nadaje się do tego, aby odwrócić uwagę od złodziejstw i niekompetencji. O czym też pisałem, tylko że niedawno (link).
Na tym koniec na dzisiaj. Własne samopoczucie niewątpliwie powyższym tekstem poprawiłem - wykazując niezbicie, że spora część z Państwa to durnie. Co Wy z tym zrobicie - a to już nie moje zmartwienie...

autor: Boska wola

Jątrzenie Smoleńskiem


Miniony tydzień miał starannie wyreżyserowaną narrację. Najpierw do GieWu "wyciekły" materiały z prokuratury wojskowej dotyczące zeznań ekspertów sejmowego zespołu Maciarewicza

Miniony tydzień miał starannie wyreżyserowaną narrację. Najpierw do GieWu "wyciekły" materiały z prokuratury wojskowej dotyczące zeznań ekspertów sejmowego zespołu Macierewicza. Właściwie to były tylko fragmenty, mające nac celu tylko jedno, zdeprecjonować i ośmieszyć fachowość ekspertów, a idąc dalej, podważyć całkowicie dotychczasowe dokonania zespołu Macierewicza. A idąc jeszcze dalej, wykazać, że cały PiS zajmując się Smoleńskiem to durne oszołomy, manipulanci i cyniczne głupki.
Taki był cel artykułu pierwszego cyngla GieWu, pani Kublik.
Jak na komendę, wszystkie współpracujące z ferajną Tuska media rozpoczęły ostre ostrzeliwanie, biorąc na tapetę Smoleńsk, w kontekście niewiarygodności i w ogóle śmieszności wzmiankowanych ekspertów.
Przez cały tydzień była to akcja skoordynowana, priorytetowa i o najwyższym natężeniu. Przykładem może być tu Monika Olejnik, która przez trzy dni z rzędu rozmawiała tylko o ekspertach, a to z panem Laskiem, wyjątkowo aroganckim i niedouczonym propagandzistą, a to z panem Marcinkiewiczem, skompromitowanym ex – premierem, który powie wszystko przeciwko PiSowi, z którego wyleciał, lub z synem jednej ze smoleńskich ofiar, z kompletnie wypranym mózgiem, przez oficjalną propagandę.

Tabuny ekspertów uprawiały rozkoszną propagandę. To nie były merytoryczne dyskusje. Nikt nie mówił o faktach, czy raportach, bo na to dyskutanci byli za głupi. Dyskusje były rechotem z niekompetencji profesorów. To było obśmiewanie wyrwanych z kontekstu zdań. Cała ta propaganda osiągnęła kloaczny poziom i mogła tylko napawać wstrętem.
Na koniec, propaganda rządu zmusiła usłużnych rektorów dwóch macierzystych uczelni naukowców: Politechniki Warszawskiej i AGH do odcięcia się od swoich własnych profesorów.

Zarzut główny w stosunku do ekspertów brzmiał – to nie są specjaliści od katastrof samolotowych. No bo nie są. I co z tego?
W czasie badania katastrof zleca się wiele zadań ekspertom, którzy nie są specjalistami od wypadków. Profesor matematyk, czy informatyk, może przeprowadzać symulacje komputerowe, fizyk zajmujący się dynamiką ciała stałego oblicza zachowanie się bryły statku. Inny specjalista od technologii materiałów bada naprężenia w korpusie. A jeszcze inny potrafi, na podstawie analizy fragmentów, określić, jakie siły zadziałały.
I tak też pracowało trzech zaatakowanych ekspertów Macierewicza. Rzetelnie i prawidłowo, w zakresie swoich specjalizacji. Na to tuskowa propaganda im wyciągała zdania, że w dzieciństwie zajmowali się modelarstwem, albo w czasie lotu, jako pasażerowie, obserwowali skrzydła samolotu.

Ten skomasowany atak mediów na ekspertów i zespół Macierewicza był wredny i głupi, na poziomie dzieciaków w piaskownicy. Przyłączali się do ataku wszyscy z ferajny Tuska, a jak zwykle przed szereg wysunął się facet z dużymi problemami ze swoim ego, minister Sikorski.

Należy sobie postawić pytanie, – czemu zawdzięczamy ten wściekły, skoordynowany atak.
Odpowiedzi są dwie i chyba obie słuszne.
Po pierwsze, Jarosław Kaczyński w sprawie Smoleńska, zbyt długo już agresywnie milczy. Należy więc, sprowokować go do ostrych nierozważnych wypowiedzi. Nie może być tak, że Kaczyński milczy, a PiSowi rośnie. Trzeba ludziom pokazać, że to banda niepoważnych idiotów. I niebezpiecznych. A najgorszy ze wszystkich jest straszliwy demon Macierewicz.
Po drugie, ferajna Tuska ma wyjątkowo dużo do ukrycia, czyli właśnie do przykrycia wrzawą rozpoczętą przez propagandową tubę GieWu.
Trzeba szybko zmienić temat, by ludzie zapomnieli o protestach związkowych. Były one sukcesem i skutecznie ośmieszyły rząd.
Trzeba również zamieść pod dywan wszystko, co jest związane z chybionym budżetem i ciągłym okradaniem biednego narodu. Rząd potrzebuje dużo takiego medialnego kabaretu prowadzonego przez usłużnych funkcjonariuszy propagandy typu Kublik, czy Olejnik, żeby zakryć swoją nędzę i nieudolność
Niestety, wszyscy już widzą, co jest grane i takie triki na niewiele się przydają.
Cała ta hałastra musi upaść.
A Kublik i Olejnik znajdą pracę w zakładowym radiowęźle.

autor: jazgdyni

Pobawmy się...


Widziałem niedawno na Onecie (szukając prognozy pogody) zajawki programu tv z JKM, który miał był podobno twierdzić, że gdyby Beck przyjął propozycje Hitlera - to Sowiety zostałyby pokonane, a Polska byłaby dziś mocarstwem.
Jak już Państwo doskonale wiecie, absolutnie nie zgadzam się z taką opinią i uważam jej powtarzanie za dowód co najmniej powierzchownego podejścia do problemu.
Czy Niemcy do zwycięstwa nad Sowietami potrzebowali polskich piechurów i kawalerzystów? Bo przecież nie: pancerniaków i lotników - tych musieliby SAMI wyekwipować w odpowiedni sprzęt, którego Polska nie produkowała w dostatecznej ilości! Jest to zresztą DOKŁADNIE TEN SAM PROBLEM, który ignorują zwolennicy tezy, że Hitler mógłby wygrać wojnę, gdyby tylko lepiej traktował sowieckich jeńców i ludność cywilną...
Poniekąd zresztą, bloger Pilaster, od którego tez zaczął się ten cykl moich dywagacji, RÓWNIEŻ omawiane zjawisko ignoruje.
Otóż: Niemcy, tak samo jak wcześniej przejęli czeski przemysł zbrojeniowy, przejęli też w 1939 roku gros przemysłu polskiego (poza tymi, stosunkowo nielicznymi zakładami, które znalazły się po sowieckiej stronie nowej granicy). W wielu wypadkach - kończąc inwestycje rozpoczęte jeszcze przez Sanację i uruchamiając nowe fabryki (Generalna Gubernia przez większość wojny była głębokim - i bezpiecznym - zapleczem...).


W tej sytuacji NIE DA SIĘ twierdzić, że "potencjał polski" - funkcjonował w czasie wojny po stronie alianckiej. "Potencjał polski" w czasie wojny JAK NAJBARDZIEJ działał na korzyść i po stronie Niemiec!

Trzeba by dopiero udowodnić tezę, że fabryki na terenie Polski pracowałyby wydajniej, gdyby były zarządzane przez Polaków, a nie przez Niemców. Teza ta, przy całym okropieństwie i długoterminowym nonsensie pracy niewolniczej - wydaje się jednak dość trudna do udowodnienia.

Tym, co EWENTUALNIE Niemcy mogli pozyskać "na Wschodzie" - to jest, zarówno w Polsce, jak i w Sowietach, a czego nie pozyskali metodą podboju, to mniej lub bardziej dobrowolne (to jest - bardziej niż mniej dobrowolne, inaczej - nie ma to przecież sensu...) uczestnictwo polskich, ukraińskich, litewskich czy rosyjskich poborowych w wojnie. Całą resztę - I TAK JUŻ MIELI.
Tak samo jak faktem jest, że kilkudziesięciu (tak jest! Kilkudziesięciu!) oficerów Gestapo, zamiast zwalczaniem polskiego podziemia - zajmowałoby się czymś innym (być może także - nieco mniejsze siły niemieckie potrzebne byłyby do ochrony szlaków komunikacyjnych na Wschodzie: naiwnością jest jednak sądzić, że mając Polaków za sojuszników, a podbijane Sowiety traktując "ludzko" - mogliby Niemcy CAŁKIEM zrezygnować z własnych garnizonów tamże: nigdzie tak nie robili, o czym boleśnie przekonali się Włosi i Węgrzy, gdy próbowali zmienić stronę i zadać Niemcom "cios w plecy" - były też formacje używane w tym celu zazwyczaj lekko uzbrojone i niezbyt się nadawały na front...).
Tak samo możliwym (choć wcale nie takim pewnym - patrz to, co pisałem o "tyranii doskonałej"!) byłoby, że widząc ludzkie zachowanie się Niemców - poddani Stalina zbuntowaliby się przeciw niemu i sami pozbawili go władzy.
Mencjusz był zwolennikiem tezy, że władzę zyskuje się dzięki dobremu przykładowi i moralnemu prowadzeniu się - a zbrojenia są nieistotne, bo "lud tak będzie kochał dobrego władcę, że kijami i kamieniami przepędzi każdego, kto będzie mu zagrażał..."
No niestety - praktyczne udowodnienie tej starożytnej maksymy nie jest takie proste...

Znając systematyczność, pracowitość i praktyczny geniusz narodu niemieckiego - NIE MAM WĄTPLIWOŚCI, że do zdobyczy materialnych, uzyskanych na Wschodzie - nic, albo prawie nic nie dałoby się już dodać.
Innymi słowy: dobrowolna kooperacja Polaków, Litwinów, Ukraińców, Rosjan itd, itp. - NIE SPRAWI, że Niemcy mogłyby dysponować większą niż dysponowały faktycznie liczbą czołgów, dział, samolotów, paliw, smarów i całej reszty klamotów potrzebnych do prowadzenia wojny.

Wręcz przeciwnie: jeśli Polacy będą wciąż sami zarządzać własnymi fabrykami zbrojeniowymi i posiadać własną armię - to tak naprawdę, liczba czołgów, dział, samolotów, itp., dostępnych dla uzbrojenia Wehrmachtu - będzie mniejsza (zaś pytanie, czy polski sojusznik wykorzysta ten sprzęt lepiej niż Niemcy - pozostaje otwarte...). Co do terenów dalej na wschód: trudno powiedzieć. Ale całkiem możliwe, że mniej bezwzględna, bardziej ludzka polityka okupanta sprawi, że pozyskanych zostanie mniej koni taborowych, miedzianej blachy z dachów kościołów i chałup, mniej będzie do dyspozycji paliw i smarów (bo coś trzeba będzie zostawić cywilom...), itp., itd.


Materialnie: Niemcy wychodzą na zero, albo nawet i na jakiś (do zimy 1941/1942, która nas tu najbardziej interesuje - zapewne: niewielki...) minus w stosunku do tego, co posiadali faktycznie.
Mają za to szansę być "do przodu" moralnie! I posiadać więcej piechurów i kawalerzystów polskich, litewskich, ukraińskich, rosyjskich...

Zaraz, zaraz! A to Litwini, Ukraińcy, Rosjanie - nie garnęli się całymi tłumami do różnych służb pomocniczych, formacji policyjnych, do Waffen SS wreszcie - NIEZALEŻNIE od tego, co wyprawiano z ich rodakami..? A to moich dziadków, choć bez najmniejszej wątpliwości byli Polakami - nie wzięto ciupasem do Wehrmachtu, gdy tylko, po Stalingradzie, uznano to za konieczne..?
Sądzicie, że zimą 1941/1942, gdy ważyły się losy kampanii wschodniej Wehrmachtu (odpartego spod Moskwy...) - teoretycznie nieco większa jeszcze liczba tych słabo uzbrojonych, na ogół niezbyt nadających się do służby frontowej "pomocników" - COŚ by zmieniła..?

Każdy, kto twierdzi, że Hitlerowi do zdobycia Moskwy "zabrakło 5 polskich dywizji" - bredzi. Po pierwsze dlatego, że trudno taką tezę udowodnić i ja się z precyzyjnym (tj. opartym na ścisłych wyliczeniach, a nie na fantazji...) dowodem nie spotkałem. Po drugie dlatego, że popełnia logiczny błąd.
Hitler pod Moskwą MIAŁ owe "5 polskich dywizji" - a nawet więcej niż 5: miał ich karabiny, działa, amunicję, żywność, kożuchy (siłą odbierane ludności cywilnej...), konie taborowe i wszystko inne, co tylko okupowana Polska mogła Wehrmachtowi oddać.
Zimą 1941/1942 Wehrmachtowi nie brakowało rekrutów - tylko paliwa, smarów zimowych, amunicji i nowoczesnej broni. Sojusznicza Polska czy też humanitarniej traktowane, okupowane Sowiety - cóż mogły do tego zasobu dodać, czego w rzeczywistości nie dodały..?

No tak: spontaniczne obalenie Stalina na wieść o tym, jacy ci Niemcy są mili...
Reasumując: sojusz Polski z Niemcami wcale NIE GWARANTUJE zwycięstwa w wojnie z Sowietami. Nie gwarantuje tego również żadna zmiana w stosunku do ludności cywilnej czy jeńców wojennych.
Ba! Nawet brak antysemickiego szaleństwa u Hitlera - wcale niekoniecznie zwiększałby w istotny sposób jego szansę na wygranie wojny!
Oczywiście - biorąc pod uwagę to, że Żydzi niemieccy byli dobrze zasymilowani, a wielu z nich odgrywało istotną rolę w niemieckiej fizyce czy chemii - brak takiej obsesji zapewne sprawiłby, że spora część tych uczonych, którzy stanowili podstawową kadrę "Projektu Manhattan" - pracowałaby dla Hitlera. Tyle tylko, że Stany wydały na ten projekt 2 miliardy przedinflacyjnych dolarów. Czy Hitler KIEDYKOLWIEK mógł się spodziewać dysponowania takimi środkami - mając o tyle mniejszy od amerykańskiego potencjał i będąc od samego początku ciężko uwikłanym w kosztowne zbrojenia lądowe i powietrzne..?

Co gorsza - tak naprawdę, jeśli patrzeć w sposób realny - w 1939 roku TRUDNO SIĘ BYŁO SPODZIEWAĆ, że Niemcom może ta wojna pójść aż tak dobrze, jak im w rzeczywistości poszła.
Pokonanie Francji..? Dajcie spokój...
Wszystko to, co napisałem powyżej oczywiście NIE ZNACZY, że Beck, Rydz - Śmigły i Mościcki nie popełnili żadnych błędów.
O niektórych spośród nich już pisałem. Jest rzeczą oczywistą, że Rydz nie spodziewał się tak całkowitej, tak totalnej i tak szybkiej klęski!
Stąd zresztą - tezy blogera Pilastra o jakimś "sanacyjnym spisku", trafnie przewidującym wynik wojny - można uważać li i jedynie za figurę retoryczną i za nic więcej.
Skąd to wnioskuję..? No cóż - pobawmy się..!
Pakt Ribbentrop - Mołotow był jawny. Tajny był tylko załączony do niego protokół. Który zresztą - BYĆ MOŻE (bo to jednak nie jest jeszcze na 100% pewne), znany był dość szybko naszym sojusznikom.
Skądinąd jednak - po tym, jak nie udała się wiosenna próba zawiązania sojuszu brytyjsko - sowieckiego JAKIEŚ porozumienie sowiecko - niemieckie (posiadające przecież długą tradycję w okresie międzywojennym: Rapallo, Rapallo moi drodzy - to w Rapallo zdecydowały się losy Polski, a nie w Jałcie...), prawie na pewno - gwarantujące Stalinowi udział w spodziewanym łupie - było rzeczą logiczną i nie trzeba było wielkiego geniuszu, żeby dostrzec, że robi się gorąco...
Taki Gombrowicz bynajmniej, którego wcale o polityczny geniusz nie podejrzewam - chyba przeczuł pismo nosem, skoro w inkryminowanym momencie był już na pokładzie transatlantyku płynącego do Buenos Aires!
Co mogła sanacyjna elita zrobić DOWIADUJĄC SIĘ o istnieniu owego "tajnego protokołu".
No cóż - częściowo przynajmniej: mogła zwyczajnie, po ludzku, wpaść w panikę. Wiejąc gdzie pieprz rośnie (a już na pewno - wysyłając zagranicę żony, dzieci, majątek ruchomy i likwidując konta bankowe...). Jak wiemy - takiego ruchu na wielką skalę przed wojną jakoś nie było. Dopiero potem były Zaleszczyki - i nawet rzekomi "spiskowcy", tj. najwyższej rangi sanacyjni dygnitarze najwidoczniej dali się tej ewakuacji zaskoczyć, skoro tak łatwo przyszło ich internować w Rumunii (wcale nie palącej się do "goszczenia" tylu niedawnych sojuszników...).

Pomijając po ludzku zrozumiałą panikę - przede wszystkim jasnym się stało w momencie zawarcie paktu Ribbentrop - Mołotow, że Polskę czeka raczej dłuższa niż krótsza okupacja. I to okupacja podwójna, bo niemiecka i (najprawdopodobniej) także sowiecka. Okupacja taka jest nieuchronna i potrwa dość długo NAWET przy założeniu, że Hitler przegra wojnę z Francją i Wielką Brytanią. A to dlatego, że taka wojna, jeśli Hitler miałby ją przegrać, musiałaby przyjąć kształt "wojny materiałowej", której czas trwania - biorąc pod uwagę materiałowe wsparcie Sowietów dla Hitlera - należałoby liczyć raczej w latach niż w miesiącach.
Co gorsza: dość oczywistym było, że rząd polski na emigracji w Paryżu znajdzie się bardzo szybko w nader niewygodnym położeniu, gdyż oczywistą pokusą dla aliantów będzie przeciągnięcie na swoją stronę Stalina - a to się da zrobić TYLKO kosztem Polski...
W tym momencie:
  • polski opór zbrojny stracił znaczenie militarne: była to już tylko i wyłącznie okazja do politycznej demonstracji - nie sądzę jednak, w przeciwieństwie do Pilastra, że ustawienie większości zmobilizowanych sił tuż przy niemieckiej granicy było ze strony Rydza przygotowaniem do politycznej demonstracji właśnie - raz dlatego, że cóż to za "demonstracja" w wyniku której życie traci lub ranę odnosi co piąty powołany pod broń (to jest rzeź, a nie "demonstracja"..!), a dwa - że, w przeciwieństwie do blogera Pilastra, nie dostrzegam żadnych oczywistych korzyści z demonstrowania TYLKO woli walki z Niemcami, a z Sowietami już nie: owszem, ułatwialibyśmy w ten sposób zadanie Francuzom, aż palącym się do sojuszu z Moskwą - tylko po co..? Czyż nie byłoby korzystniej przeciwnie: UTRUDNIĆ taki sojusz, a potem, no cóż - cynicznie sprzedać własne usługi w usunięciu tego utrudnienia...
  • należało, w miarę możliwości, chronić i konserwować "substancję narodową" oraz zapewnić sobie możliwość posiadania jakichś kart przetargowych, jakiejś przestrzeni do bycia użytecznym i potrzebnym - także w przyszłości, gdy będzie się już zbliżała przewidywana klęska Hitlera i dojdzie do targów między zwycięzcami o podział łupu.
Cóż ja bym zrobił na miejscu Rydza, Mościckiego i Becka w tak dramatycznej sytuacji..?
No cóż - zostwiłbym przy granicy tylko tyle wojska, żeby doszło do strzelaniny, gros sił koncentrując pomiędzy Warszawą a Brześciem: tam możliwe byłoby dokonanie "demonstracji zbrojnej" JEDNOCZEŚNIE przeciw Niemcom i Sowietom - a potem, w miarę mało kosztowna kapitulacja, RACZEJ przed Niemcami (jako przeciwnikiem "bardziej cywilizowanym" i - w tym momencie - mniej zbrodniczą posiadającym reputację...).

Nie sądzę, aby w efekcie Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę także Stalinowi. Jednak - dobrze udokumentowane (najlepiej przez licznie zaproszone ekipy dziennikarzy z krajów na razie neutralnych - jak Stany Zjednoczone w pierwszym rzędzie) niemiecko - sowieckie braterstwo broni: to byłby przynajmniej jakiś atut propagandowy, UTRUDNIAJĄCY aliancko - sowieckie porozumienie kosztem Polski w przyszłości...
W ramach "konserwacji substancji narodowej" trzeba było co prędzej ekspediować zagranicę nie tylko złoto i niszczyciele, ale też archiwa, zbiory muzealne, majątek ruchomy. Przez parę dni nie wiadomo ile się tego nie wywiezie - ale zawsze: coś... Oczywiście: także pracowników naukowych, studentów (przynajmniej kierunków technicznych i ścisłych!). W ogóle - dobrze by było rozdać jak najwięcej... nie wypisanych paszportów i dowodów osobistych!
Zaś w ramach "zapewniania sobie atutów na przyszłość" - trzeba by zadbać o stworzenie warunków dla długotrwałej, dobrze ukrytej konspiracji oraz - dla istnienia jakichś polskich sił zbrojnych na obczyźnie. A także z góry zapewnić sobie jakiś wpływ na przyszłe, już emigracyjne, "władze" polskie.
W tym pierwszym celu - należało zawczasu ukryć zapasy broni i amunicji, drukarnie (w tym takie, umożliwiające podrabianie dokumentów i waluty...), radiostacje. Należało też zawczasu stworzyć kadrową konspirację (jak wiemy, w rzeczywistości - takie działania podjęto dopiero pod koniec września i była to dość rozpaczliwa improwizacja...).
Co do drugiego zadania - to należało, oprócz wykonujących rozkaz "Pekin" okrętów wojennych, ewakuować co prędzej także nadliczbowych (tj. - nie posiadających przydziału mobilizacyjnego z braku sprzętu) oficerów i żołnierzy rezerwy wojsk "technicznych": artylerii, broni pancernej, lotnictwa. Należało także, w miarę możliwości, ewakuować kadrę ośrodków zapasowych tych broni. Spora część "Łosi", które i tak nie wzięły udziału w walkach, bo nie miały przyrządów celowniczych - mogła odlecieć na Zachód (nawet jest taki wątek na moim ulubionym historycznym forum!).

Co do ostatniego, ale chyba najważniejszego zadania - to jasnym było, że jeśli Sanacja myśli o jakimś funkcjonowaniu w podziemiu i na emigracji, musi się co prędzej dogadać z opozycją. Powołanie koalicyjnego rządu z udziałem narodowców i ludowców (który to rząd mógł się zresztą od razu udać in corpore "z roboczą wizytą" do Paryża...) - GDYBY Sanacja miała bodaj najbledsze pojęcie o tym, co się stanie (NIEZALEŻNIE od tego, czy stałoby się tak w wyniku "genialnej intuicji kierowniczej trójki" - jak proponuje Pilaster, czy zwyczajnie - w wyniku przechwycenia "tajnego protokołu" do Paktu Ribbentrop - Mołotow...) - wydaje się krokiem oczywistym i jedynym możliwym...
Jak wiemy, niczego takiego nie zrobiono, a "komisarzem cywilnym przy Naczelnym Wodzu" został... były komendant twierdzy brzeskiej, "ciężki" dla przetrzymywanych tam opozycjonistów! Chyba o lepszy dowód całkowitej niewiedzy sanatorów co do tego, jak będzie wyglądała ich najbliższa przyszłość - trudno..?
Czy w efekcie byłoby "lepiej" niż było naprawdę, gdyby tak zrobiono, jak proponuję..? A bo ja wiem..? To temat na zupełnie osobne dywagacje...

autor: Boska wola