poniedziałek, 30 listopada 2015

Jazgdyni w szponach piratów. Jak to jest



Rok 1995. Dwadzieścia lat temu. To ważne w tym wypadku, bo na morzach nie było jeszcze tego całego przekleństwa z piratami, więc i nie było tych specjalnych procedur, "bezpiecznych" pomieszczeń, drutu kolczastego na burtach, metod postępowania w przypadku ataku. Było po prostu normalnie.
Trochę podwyższony alert był w cieśninie Malacca, najdłuższej cieśninie na świecie, jak również chyba najruchliwszym punkcie żeglugowym, podobnie, jak Kanał La Manche. Cieśnina ta oddziela Sumatrę od Singapuru i sprytni Indonezyjczycy łączą dwie łodzie cienką linką, odpływają na jakiś kilometr od siebie na torze żeglugowym. Jak idący statek zahaczy o linkę, to złapane łodzie zbliżają się do siebie i wkrótce spokojnie płyną za rufą tak "złapanego" statku. Wystarczy teraz linę tylko skrócić by znaleźć się przy burcie i cicho, używając innej linki z hakiem wejść na pokład niczego nie spodziewającej się jednostki.
Dlatego w Malacce zwyczajowo czujność zawsze była wzmożona i dodatkowe oczy wypatrywały tandemy małych łódek.

......................


M/T Gas Al Mutlaa, kuwejcki tankowiec do przewozu skroplonego gazu LPG w temperaturze minus czterdzieści stopni, wielki, jak piłkarskie boisko, załadował gaz w Katarze, aby go z Zatoki Perskiej przewieźć do portu Santos w Brazylii.
Miła i spokojna podróż dookoła afrykańskiego Przylądka Dobrej Nadziei z rzutem oka na Kapsztad.
Teraz dopiero, po dwudziestu latach i miotaniu się przez ostatnie piętnastolecie na różnych offshorach i stoczniach, potrafię docenić uroki długiej podróży oceanicznej. Dosyć monotonnej, ale wyjątkowo uspokajającej i raczej bezstresowej. Taka podróż to prawie miesiąc na morzu. A potem autem poprzez góry z Santosu do Sao Paulo i myk, samolotem do domu.

Była nas na pokładzie prawie trzydziestka: trzech Europejczyków; kapitan i starszy mechanik Anglicy, oraz specjalista od wszystkiego, czyli ja. Pozostali oficerowie i mechanicy to Kuwejtczycy, a szeregowa załoga – Filipińczycy.
W 95-tym, pięć lat po Pustynnej Burzy, gdy Kuwejtowi w obliczu szturmu Saddama rura zmiękła i rozpaczliwie szukali pomocy w Europie i USA, ponownie arabska duma wybitnie się podreperowała i już na Europejczyków nie patrzyli zbyt życzliwym okiem.
Młodzi kuwejccy oficerowie, nie dość, że niezbyt dobrze wykształceni i , bogaci z domu, pływający tylko po to, by zdobyć patent morski w drodze do dalszej kariery, byli aroganccy i nie za sumienni w swoich obowiązkach. Cały czas trzeba było mieć na nich oko. Na szczęście było to rekompensowane Filipińczykami, najlepszymi marynarzami na świecie.

Kłopotów specjalnych w podróży nie było. Między Afryką i Madagaskarem złapała nas dosyć przykra martwa fala, pamiątka po niedawnym sztormie.
Żegnając Ocean Indyjski i Afrykę wpłynęliśmy na Atlantyk, zmieniając wreszcie kurs na północno – zachodni.

Już na parę dni przed dopłynięciem rozdzwoniły się telefony i lawinowo przychodziły faksy, głównie z instrukcjami odnośnie pobytu w porcie i rozładunku. Normalna biurokracja...
Petera, kapitana, właściwie nie Anglika, tylko Szkota, niepokoiły listy od miejscowego agenta w Santosie, w których ten domagał się szeregu nietypowych informacji. Szlag go autentycznie trafił, gdy Brazylijczyk zażądał od niego podania jego prywatnego konta bankowego, bo, jak pisał, kapitan osobiście odpowiada za ewentualne szkody podczas pobytu statku w porcie.
To oczywiście wierutna bzdura, bo na takich właśnie szkodach pasą się rozliczne towarzystwa ubezpieczeniowe i nikomu do prywatnych kont załogi nic do tego.
Z Londynu jednakże dostaliśmy ostrzeżenie, że reda,  gdzie zwyczajowo przez parę dni przetrzymywane są statki przed rozładunkiem jest niezbyt bezpieczna.

Przybyliśmy na redę Santosu. Choć właściwie nie za bardzo. Peter zdecydował, że zgłosimy przybycie, ale nie będziemy rzucać kotwicy na redzie, tylko spokojnie sobie dryfować poza linią horyzontu.
Osobiście podejrzewałem, że chciał on bardziej, niż ewentualnej napaści, uniknąć łodzi pełnych atrakcyjnych mulatek. Jak wiadomo, Filipińczycy to psy na kobiety. Po jednym wieczorze statek byłby pełen dziewczyn, balangi, śmiechu i chichotów.

No więc tak sobie dryfowaliśmy, aż na trzeci, czy czwarty wieczór dostaliśmy z kapitanatu portu słynne "pilot na burcie" o 20:00 LT i zacumowanie w wewnętrznym terminalu gazowym koło północy.

Poszedłem się pakować, przed dyżurem (gdy pilot na burcie, moje miejsce jest w maszynowni w Centrali Manewrowo – Kontrolnej). Jutro lecę do domu.

............................

Zacumowaliśmy spokojnie i bez kłopotów. Terminal gazowy to nieduża wyspa ze sprzętem wyładowczym, połączona z lądem tylko kładką.
Poszedłem spać.

Obudziłem się gdzieś około piątej. Był już przedświt i powoli się rozjaśniało.
Ubrałem się i, jeszcze przed kąpielą, postanowiłem skoczyć na mostek, gdzie zawsze mieli świeżą i dobrą kawę.
Wachtę pełnił Jusuf, wymuskany młody Kuwejtczyk, który nawet jeansy miał od Armaniego. Niezbyt rozgarnięty wesołek. Lecz w sumie sympatyczny dzieciak.
Zrobiłem sobie kawę z tyłu mostku i przeszedłem do przodu. Natychmiast wyczułem, że coś jest chyba nie tak. Jusuf i marynarz wachtowy mieli lornetki przyklejone do twarzy i wypatrywali czegoś na pokładzie.

- Co jest Jusuf? – spytałem zaciekawiony.
- Chyba jesteśmy zaatakowani. – Odparł Kuwejtczyk i zaśmiał się nerwowo.

Wziąłem lornetkę od marynarza i przeczesałem pokład. W połowie dość pustej przestrzeni pokładowej znajdują się pomieszczenia kompresorów, tworząc tak zwany deck house.
Z prawej burty, tuż przy trapie, było widać oświetloną światłem reflektora z terminalu, sylwetkę skulonego człowieka z czymś wyglądającym wyraźnie na pistolet w ręku. Nie było wątpliwości, że na burcie znajdują się złoczyńcy. Policja tak się nie zachowuje.

- Czemu nie alarmujesz ?! – Spytałem się oficera, bądź, co bądź, na wachcie.
- Aaa... jeszcze nie zdążyłem – odpowiedział, a ja widziałem, że wcale mu to nie przyszło do głowy. A ludzie przecież spali i byli całkowicie nieostrzeżeni i bezbronni, jak im rabusie zaczną plądrować kabiny.

Podniosłem zabezpieczenie i nacisnąłem czerwony przycisk General Alarm. Natychmiast zaczął się łomot. Rozdzwoniły się wszystkie dzwonki i zawyły syreny. Prawie rozmawiać nie można w takim hałasie.
Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do kapitana. Zajęte. Spróbowałem jeszcze raz i jeszcze raz. Ciągle zajęte.
Zdecydowałem się pójść osobiście do pomieszczeń kapitana pokład niżej.

Peter siedział w biurze za biurkiem, jeszcze w pidżamie, z paniką w oczach, a nad nim stał wąsaty grubas z wielkim coltem wycelowanym w jego głowę. Też spanikowany, z obłędem w oczach. Kapitan wydzwaniał gdzieś intensywnie. Jak się później okazało, dzwonił na mostek, dlatego nie mogliśmy się z nim połączyć.

- Wyłączcie ten pieprzony alarm, bo kutas mnie zabije! – Ryknął do mnie z wyraźną desperacją.
- Jusuf, wyłącz alarm, polecenie kapitana. Bandziory już tu są. – Wyszeptałem do krótkofalówki.

Cisza, która nastała po alarmie, dzwoniła w uszach.
Rozejrzałem się po biurze. Totalny bałagan. A kapitański sejf szeroko otwarty i jego zawartość rozsypana na podłodze. Jezus Maryja! Nasze paszporty! W tym mój, a ja za parę godzin mam lecieć do domu!

- Dawaj resztę forsy! – Ryknął spocony grubas.

Pieniądze w takich sytuacjach są mało ważne, więc Peter zdjął plastikową mapę, którą miał rozpostartą na blacie biurka i odkrył kupki dolarów, przygotowane na różne rzeczy, jak dla dostawcy żywności, czy na bieżące wypłaty dla ludzi.

Muszę tu wtrącić to, czego dowiedziałem się post factum. Kapitan miał na statku czterdzieści tysięcy dolarów, dostarczone od armatora na pokrycie bieżących wydatków. Zazwyczaj coś koło tego wożą kapitanowie w sejfie, oczywiście w zależności od długości podróży i przewidywanych wydatków.
Sumę posiadanych pieniędzy kapitan zgłasza władzom portowym jeszcze przed zawinięciem. A pozostali członkowie załogi wypełniają deklarację celną, gdzie podają ile mają pieniędzy, ile alkoholu i papierosów, oraz wszystkie wartościowe posiadane przedmioty.

Gruby gangster z coltem w kabinie kapitana dokładnie wiedział ile statek ma forsy. Gdy zmusił do otwarcia sejfu, wewnątrz znalazł tylko trzydzieści tysięcy. I wpadł we wściekłość, że ktoś tutaj chce go orżnąć na dziesięć tysięcy. A na dodatek ja właśnie w tym momencie uruchomiłem alarm. Grubas niemalże wyskoczył z portek.
W końcu jednak zdobył brakującą resztę kapitańskich pieniędzy.

W tym czasie, na niższych pokładach załoga posłusznie stała na korytarzach z rękami podniesionymi do góry, a pilnowało ich dwóch brazylijskich zbirów, również z ponurymi giwerami. Jakikolwiek opór nie miał najmniejszego sensu, bo widać, że bandziory nastawieni są na zdobycze materialne.

Ukryty w kącie połączyłem się z mostkiem i razem zaczęliśmy wywoływać władze portowe, policję, straż i agenta. Zero odpowiedzi. W eterze martwa cisza.

Jak i kiedy bandziory zmyły się ze statku, nie całkiem wiadomo. W zamieszaniu i tym zamrożeniu z rękoma u góry mogli to zrobić w każdym momencie.
Odkryliśmy, że przypłynęli oni gumową, cichą łódką do terminalu. Byli więc piratami. Było ich prawdopodobnie czterech. Obezwładnili marynarza i weszli na pokład po trapie. Kazali się prowadzić prosto do kapitana. Dokładnie wiedzieli (skąd?) ile pieniędzy jest na statku.
Nagły alarm bardzo ich zdenerwował i dlatego najprawdopodobniej zrezygnowali z łupienia kabin załogowych. I to był wielki plus tego alarmu.
Filipińczycy swoje zarobki dostawali co miesiąc od kapitana w gotówce. A ich kontrakty były od 9 do 12 miesięcy. Mieli więc zgromadzone całkiem niemałe sumy pieniędzy. Gdyby bandyci zeszli na niższe pokłady, gdzie mieszkali marynarze, to rozpoczęła by się okrutna walka. To biedni ludzie i od ich zarobionych pieniędzy zależy dobrobyt bardzo licznych rodzin. A do tego to dzielni ludzie. Tak łatwo nie oddaliby swoich ciężko zarobionych dolarów.
Kto wie, jak to by się wtedy skończyło.

Piraci odpłynęli tą samą drogą, jak przypłynęli. Gdy tylko zniknęli za zakrętem, radiotelefony zapełniły się głosami. Nagle wszyscy – policja, straż, władze portowe zaczęły odpowiadać na nasz alert. Jak by ktoś odsłonił kurtynę i odblokował ciszę radiową. Ciekawa sytuacja...

Wróciłem do kapitana. Szkot siedział za biurkiem i przeklinał. Forsa go tak nie martwiła, ale łachudry zabrały jego skórzaną kurtkę i ulubione okulary przeciwsłoneczne. Ja natomiast w stosie papierów odszukałem mój paszport i pozostałe dokumenty. Na szczęście wszystko było. Mogłem jechać do domu.
Oprócz kapitana, bandziory obrobiły mieszkającego tuż obok starszego mechanika, zabierając mu właściwie duperele, i złupiły nieszczęsnego, mojego zmiennika, który tą jedną noc przed moim wyjazdem spędzał w kabinie armatorskiej, obok kapitana. Biedak był poszkodowany najbardziej, bo się nie rozpakował po przyjeździe i zbiry zabrały całe jego bagaże. Tak, że goły i wesoły został tylko w gaciach, w których spał.

Przypominam ten epizod w związku z napadem na polski statek u wybrzeży Nigerii. Wydawałoby się, że Brazylia stoi cywilizacyjnie znacznie wyżej od upadłych krajów afrykańskich, ale korupcja, dokładnie oznaczająca zepsucie, jest taka sama na całym świecie.
Skąd napastnicy wiedzieli dokładnie ile pieniędzy ma kapitan?
Dlaczego w czasie napadu nie można było się połączyć z żadnymi służbami, w tym z policją?

Czwarty dzień od porwania piątki Polaków na afrykańskich wodach. Ciągle cisza. Autentycznie modlę się, żeby faktycznie byli porwani i rozpoczęły się negocjacje. Łatwo domyślić się dlaczego.

Afryka Zachodnia to piekło i dżungla. W latach siedemdziesiątych liniowiec PLO m/s Jelenia Góra trzykrotnie wracał bez kapitanów, którzy zaginęli w tajemniczych okolicznościach. Potem odkryto na statku gang, który współpracował z Nigeryjczykami.
Ja również mój ostatni port dalekomorski zaliczyłem w Pointe Noir w Kongo. Po masakrycznym powrocie do domu zdecydowałem zrezygnować z pływania. Jeszcze nie ze statków, ale ze szlajania się po świecie.

Tak więc opowiadam tutaj, że parę razy miałem wycelowaną odbezpieczoną broń w głowę. W panikę nie wpadałem, ale dziwny dreszcz przebiegał po plecach, a myśli stawały się puste i nieprzyjemne.
Bandziorstwo jest wszędzie, lecz człowiek narażony jest bardziej na obcym terenie. Chyba, że sam prosi się o nieszczęście, jak ta młoda dziewczyna spacerująca sama nad ranem z Sopotu do Jelitkowa.

Teraz, po tylu latach mogę to opowiedzieć, jako anegdotę, ale wówczas w Santosie nie było za bardzo do śmiechu. Chociaż mieliśmy dużo szczęścia.


Ps. Do domu też doleciałem szczęśliwie. Mojemu zmiennikowi ubezpieczenie wypłaciło odszkodowanie, a za zaliczkę kupił sobie spodnie koszule, buty i bieliznę. Chief machnął ręką na straty, a kapitan, jak mi mówiono, chyba nigdy nie przebolał swojej kurtki i okularów.


.

sobota, 21 listopada 2015

Wycie i skowyt

 

"Ruszył walec PISu" – stwierdził Siemoniak u Olejnik. Tytanem intelektu to on nie jest, ale to mu się akurat udało. Bo PIS, ku mojej, jak najgłębszej satysfakcji, ostro zabrał się do roboty. Uczyniła to jedna noc, gdy wypieprzono na zbity pysk (podobno sami złożyli dymisje, gdy koło d. zaczęło być gorąco) poronionych szefów służb, oraz postanowiono rozprawić się z platformerskimi machlojkami wokół Trybunału Konstytucyjnego.
Widać wyraźnie, że przegrana klasa polityczna i ich zaprzyjaźnione media, mimo tego, że dobrze przeczuwali nadchodzącą burzę, byli kompletnie nieprzygotowani na zdecydowane i skuteczne działania nowych władz.
Stąd to wycie i skowyt przetrąconych towarzyszy niedoli, którzy ciągle mieli nadzieję, że jak zawsze, sprawy się rozmyją.

A tu zaczął się dla nich Czas Apokalipsy i jej trzech jeźdźców – Macierewicz, Ziobro i Kamiński ruszyło do walki. A armia którą prowadzą, nie będzie się cofać i nie będzie brała zakładników.

Tak, jak służby na polecenie prokuratury w ostatniej chwili dorwały ukrywającego się i szykującego się do ucieczki z Polski Jana Burego, ex-posła i szefa klubu PSL, na Podkarpaciu nazywanego "królem Janem", tak wielu skompromitowanych osobników, w tym ex-prezydent Komorowski, czy przydupas Tuska, Arabski, zaczynają brać silne środki nasenne, bo inaczej wokół widzą tylko zbliżające się koszmary.
Walec ruszył i nieczyste sumienia włączyły przeraźliwe dzwonki alarmowe. Nadchodzi czas zapłaty.
Wycie i skowyt obwieszcza, że PIS zawłaszcza wszystko w państwie. Niestety nie, drodzy funkcjonariusze propagandy. PIS odzyskuje to, co zostało zawłaszczone przez mafijne struktury Platformy i PSLu.
.
.
.
.
.....................

Kasta półbogów

Czy można być sędzią we własnej sprawie? Nie powinno się być. Jak to stwierdził obecny przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego, sędzia Rzepliński – to bardzo nieelegancko.
Tymczasem wycie i skowyt dookoła PISu dotyczy w dużym stopniu tego Trybunału. Warto sobie o tym "ciele" nieco podyskutować. Ale nieco dalej.
Tymczasem przegrani, spanikowani i poważnie zszokowani, z braku tak zwanej mocy argumentów, powyciągali ze starej szafy nieco spleśniałych i nadwyrężonych sędziów, wszystkich, tak się składa związanych kiedyś z TK, jak panowie Zoll i Safian i Stępień, oraz aktualny przewodniczący Rzepliński, by jako posągowe autorytety, dosłownie we wszystkich wiodących łże-mediach, dowodziły, że działania PISu i prezydenta Dudy wobec Trybunału są bezprawne, bezczelne i tylko (to za Stępniem) w Azerbejdżanie i Kazachstanie takie rzeczy się wyprawia.
Pytany przez Piaseckiego Rzepliński, kto w takim razie jest w stanie rozstrzygnąć konflikt, w którym decyzje wydają prawomocnie wybrani przez naród prezydent i Sejm RP, skromnie odparł, że tylko Trybunał Konstytucyjny.
Czyli on.

I tu dochodzimy do tego największego absurdu systemowego, który stworzyła konstytucja Kwaśniewskiego.
To nie legalnie i bezpośrednio wybrany przez Naród prezydent, to nie zwycięska partia, mająca większość w Sejmie i tworząca rząd, mają ostateczną i decydującą władzę, tylko właśnie Trybunał Konstytucyjny. Pan Rzepliński w tym wypadku. A przedtem Zoll, czy Safian.

Co to q..a jest ?! Kogo my wybieramy, jako naród do sprawowania władzy?
Czy mamy być państwem prawa, czy prawników???

Ten triumwirat szefów TK, choć właściwie należy powiedzieć – kwartet, bo najostrzej wyje i skowycze sędzia Stępień, również skażony TK i co warto dodać – wszyscy naznaczeni Okrągłym Stołem, odznacza się niesłychaną butą i arogancją. To ostateczne wyrocznie i ludzie nie znoszący sprzeciwu. Półbogowie. Nieomylni i niemalże wszechwładni.

Wiemy jaki jest stan sądownictwa polskiego. Tragiczny. To struktury klanowe, często rodzinne, hermetyczne i nieprzeniknione. To coś, co wymaga natychmiastowej i gruntownej naprawy. Wszystko tam jest złe. Zaufania w narodzie nie mają żadnego.
Sędziowie w większości są usłużni i na zawołanie. Wspomniany kwartet ochoczo oblatuje łże-media i z bardzo wysokiej wieży feruje boskie wyroki. Tylko, że są to wyroki we własnej sprawie, bo właśnie po raz pierwszy prezydent i PIS usiłują złamać te kretyńskie rozwiązania prawne, gdzie najwyższą władzą w państwie nie są ludzie wybrani przez obywateli w wolnych wyborach, tylko prawnicy z nadania. Dla mnie to jest niesłychane.

Jasny jest dla mnie trójpodział władzy, ale tu mi się wydaje, że człon sądowniczy uzurpuje sobie prawo do decyzji ostatecznych, stawiając w ten sposób siebie ponad prezydentem, Sejmem i Senatem. To jest jakiś szwindel i szaleństwo.
Jasne, że wymienieni powyżej panowie będą ze wszystkich sił bronić takiego układu. Rzepliński już dzisiaj stwierdził, że przegłosowana właśnie ustawa o TK nie ma żadnych szans, gdy zaskarżona będzie do trybunału. Jasne, nie będzie przecież kopać dołków pod sobą. A Duda i Sejm mogą mu naskoczyć.

No dobrze... więc co?

Będziemy mieli ostre zwarcie.

Na koniec tego fragmentu dodam, że dla mnie żaden polski sędzia, z powodu rangi swojego stanowiska nie jest jakimkolwiek autorytetem. To zdegenerowane środowisko. Zdegenerowane chowem wsobnym, klanowością i ustawową nieomylnością. Warto przypomnieć, jak sędziowie bronili się przed lustracją i jak bronią swojego immunitetu.

...................

Dla wycia i skowytu, które się rozlega, to co się dzieje, to zamach stanu i koniec demokracji. Zamach stanu, bo dotyka się tego wszystkiego, co Układ tak pracowicie sobie wypracował przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, a w szczególności w ośmioletniej końcówce. Koniec demokracji, bo wreszcie ktoś ostro zabrał się do roboty i mając obywatelski mandat, likwiduje tkanki przeżarte gangreną.
To jest dla nich nieprawdopodobne, że już nikt nie pyta się ich o zdanie, albo nie zasięga opinii ich lojalnych ekspertów, jak panowie Zoll, Stępień, Safian, czy Rzepliński.
Tak dobrze im się w tym bagnie żyło, tak kultywowali państwo teoretyczne, a tu nagle ktoś rzeczywiście coś zmienia.
Przeraża ich również tempo. Tak fajnie sprawy się wlokły miesiącami. I to po kolei – jedna po drugiej. A tu nagle mają zamęt umysłowy – tyle spraw na raz! Jak to umysłem ogarnąć?! Warto tu przypomnieć, że przegrana ferajna, to intelektualne miernoty, którym codziennie SMSem trzeba było przekazywać, co mają mówić, aby się nie pogubili.

Cały ten wrzask, który się rozlega, jest dla nich taki przykry, bo praktycznie nie ma wpływu na nic. Wyją i skowyczą tylko dla siebie.
Prezydentowi Dudzie poparcie stale wzrasta. Identycznie premier Szydło. Sondaże wskazują wysokie notowania PISu i spadające PO.
Jeżeli jest zagrożenie dla demokracji i jak to dzisiaj na coverze z twarzą Zolla i wielkim tytułem "20 listopada koniec państwa prawa" zademonstrował główny ściek – GieWu, to niech pociągną naród. Niech zorganizują wielotysięczne protesty, pójdą pikietować pod Sejm i siedzibę PISu.
Nie da się? No cóż, naród was olewa panowie łajdacy. Nikogo już nie zaczarujecie.
Pozostało wam już tylko wycie i skowyt w zaprzyjaźnionych łże – mediach, wrzask, z którego obywatele się śmieją, z dużą dozą satysfakcji.


.

wtorek, 17 listopada 2015

Najwyższy czas na konkrety

Autor:


Co prawda Stalin nie przewidywał, że źródłem chaosu będzie w Europie akurat islam, ale realizacja wszelkich planów wymaga śledzenia zmian w otoczeniu i aktualizacji sposobu działań do bieżących realiów. Skoro proletariat poszedł w rozsypkę, odmienności seksualne zamiast robić rewolucję zajęły się bardziej tym, co je wyróżnia od heteroseksualnych (i trudno się dziwić że intensywnie koncentrują się na tym co ich najbardziej interesuje), ale za to USA zaordynowały totalny chaos na Bliskim Wschodzie, przez co pojawiła się okazja do wykorzystania efektów tego chaosu i "wyzwolenia" Europy poprzez wprowadzenie znanego nam "ładu i porządku". I to w dodatku na zaproszenie. 
Zanim jednak lewicowe rządy multi-kulti Francji, Niemiec, krajów skandynawskich i reszty eurokołchozu do końca zrealizują stary, stalinowski jeszcze plan przejęcia Europy przez sowieckich namiestników, wzywając aktualnego władcę Rosji na pomoc w obronie przed chaosem (w tym wypadku islamskim), warto poszukać alternatywnych rozwiązań przynajmniej dla Europy Środkowej (może wtedy do tej propozycji przyłączą się np. Bawaria, Czechy czy Austria - ostatecznie nadzieja umiera ostatnia...).
Wbrew pozorom nie mamy do czynienia z paneuropejską agonią wyłącznie Cywilizacji Łacińskiej. Co gorsza dla Europy Zachodniej, rozsypuje się też, w całej swojej mamuciej okazałości, również Cywilizacja Bizantyńska. Różnicujący je u podstaw fundamentalny paradygmat, czy PRAWDĘ ROZPOZNAJEMY (Cywilizacja Łacińska) czy USTALAMY (Cywilizacja Bizantyńska), przestał interesować ludzi tresowanych w poprawności politycznej i relatywizmie, bo powszechne stało się przekonanie, że nie ma żadnej stałej prawdy i w efekcie każdy uważa że ma swoją własną i żąda dla niej tolerancji.
A tu nagle pojawia się całkiem spora grupa zdeterminowanych ludzi, którzy nie chcą prawdy ani szukać ani jej ustalać, a to z tej prostej przyczyny że po prostu PRAWDĘ ZNAJĄ. Konkretnie jest zawarta w Koranie, który daje odpowiedź na wszystkie możliwe pytania, a jeżeli na jakieś pytanie akurat nie ma w nim odpowiedzi, to znaczy że pytanie jest niemożliwe a wątpliwości zupełnie zbędne, podobnie jak pytający.
W sztuce niezadawania pewnego rodzaju pytań Europejczycy są obecnie tresowani od kołyski (z tej właśnie stajni jest chociażby ostatnio używane jako argument ostateczny w poważnej dyskusji choćby przez Kopacz czy Schetynę stwierdzenie „nie wyobrażam sobie...” czegoś tam – tak jak gdyby fakt niemożności wyobrażenia sobie jakiegoś zagadnienia przez konkretnego człowieka miał rzutować na możliwość jego istnienia), więc w zasadzie grunt pod zmianę jest gotowy. Pozostaje tylko przedstawienie prawidłowej alternatywy: „Albo Unia albo Białor...”, tfu, przepraszam, to nie ten etap, kartki mi się skleiły, teraz będzie „Albo Kalifat albo Rosja”.
Otóż dopóty, dopóki ludzie mniej lub bardziej chętnie, ale poddają się Państwu uosabianemu przez jego przepisy i egzekwujące je służby, tak długo całe to bizantyńskie ustrojstwo trzyma się jakoś kupy (niekiedy nawet bardzo "jakoś", vide Niemcy). Dlatego też w Cywilizacji Bizantyńskiej tak wielką wagę Państwo przywiązuje/ywało do wczesnej edukacji, która miała za zadanie wyselekcjonować przyszłą kadrę z całej reszty, oraz wszystkim równo wpoić karność (jest to taka cnota woli, która odpowiada za poddanie się prawu stanowionemu).
Dla tej cywilizacji ludzie masowo i jawnie lekceważący przepisy, w dodatku za zgodą Państwa, są jak trucizna - pokazują innym, że można Państwo olać i nikt głowy za to nie urwie. To znaczy Państwo głowy nie urwie, natomiast islam ma swoją koncepcję Kalifatu i wymaganych w nim przepisów, za nieprzestrzeganie których wzmiankowaną głowę utną.
Tak długo, jak długo państwa Cywilizacji Bizantyńskiej oparte były o chrześcijaństwo, istniał jakiś fundamentalny porządek, regulujący podstawowe zasady relacji Państwo - poddany (bo o "obywatelu" w naszym tego słowa rozumieniu nie ma co mówić) i był system wartości dla którego warto było się poświęcać i narażać. System ten uosabiało Państwo i w związku z tym Bizantyniec może tylko "w Państwie, z Państwem, przez Państwo i dla Państwa", bo jest ono nadrzędną wartością. Chrześcijaństwo w Europie Zachodniej już szlag w dużej mierze trafił, na poziomie państwowym w zasadzie całkowicie, ale Państwo zostało.
No i domaga się a to podatków, a to występowania o zgodę na wycięcie drzewka, a to wyznacza zawartość nikotyny w papierosach, a to każe zapinać pasy w samochodzie czy przebierać chłopców za dziewczynki w przedszkolu etc., a tresowany poddany grzecznie kładzie uszy po sobie i co najwyżej protestuje nieśmiało, żeby tak może przynajmniej homoseksualistom nie oddawać dzieci na wychowanie, choć szczerze mówiąc, już nie za bardzo wie dlaczego mu się ten pomysł nie podoba.
A tu przychodzi masa gołodupców nie mówiących w żadnym ze znanych języków i jawnie olewa to Państwo, w dodatku namawiając żeby się do nich przyłączyć w tym olewaniu. Dla zachęty mają uwolnienie od idiotycznych przepisów, a dla opornych prostą opcję: albo się przyłączą albo rozstaną. Z Państwem lub życiem, w zależności od dystansu do granicy.
Założymy się, że masy ludzi w Europie, przyzwyczajonych do zapinania pasów, do bomb kalorycznych w fast-foodach pijących Diet-coke, jeżeli palących, to przepisowe papierosy z przepisową akcyzą, ganiający regularnie do urzędów skarbowych i karnie przystrzegających wszystkich możliwych i niemożliwych przepisów, postawione przed takim dylematem wybiorą walenie czółkiem pięć razy dziennie w zamian za święty spokój? Może kobiety będą protestować, ale do obrony ich interesów potrzeba jednak mężczyzn (bo "uchodźcy" mało się protestami kobiet przejmują), a niby skąd ich w tej całej Europie wziąć?
Za niedługi czas okaże się, że realne bezpieczeństwo na ulicy zapewnia kobietom burka a mężczyznom turban, natomiast noszenie ich będzie wiązało się z koniecznością przejścia na islam, bo przebierańcy będą załatwiani „od ręki”.
W ten prosty sposób w perspektywie dwóch lat będzie po państwach Unii Europejskiej, zostaną tylko wydmuszki, które łatwo będą mogły (zupełnie demokratycznie) najpierw wprowadzić szariat, a później włączyć się do Kalifatu europejskiego.
Chyba że przyjdzie "Zbawiciel" (zgodnie z nomenklaturą Jurija Bezmienowa o dywersji intelektualnej) i zrobi porządek. Oczywiście za takiego "Zbawiciela" będzie uchodzić aktualny władca Rosji, w danym wypadku Putin. Już od lat cała agentura wpływu na Zachodzie pracuje nad tym wytrwale. A tu jak na zawołanie pojawia się zapotrzebowanie na tego, który weźmie wszystko za mordę i wprowadzi porządek.
Problem polega na tym, że ci naiwniacy z Zachodu zupełnie co innego rozumieją pod słowem "porządek" niż ten wymarzony "Zbawiciel". No ale "chcącemu nie dzieje się krzywda", natomiast zdecydowanie najwyższa pora na wypracowanie alternatywy, szczególnie że idąc z Rosji na Zachód trzeba przejść przez Polskę, a doświadczenie uczy, że tych gości jest się bardzo ciężko pozbyć...
Jedyną cywilizacją personalistyczną jest Cywilizacja Łacińska. Jedynie w ramach Cywilizacji Łacińskiej istnieje pojęcie Narodu mające inny charakter niż czysto etniczny, a związane z poczuciem odpowiedzialności za własne działania zarówno wobec przodków i potomnych – dowód jest prosty, łatwy i jednoznaczny: jeżeli cofniemy się w czasie do momentu powstania świadomości narodowej jako poczucia więzi międzygeneracyjnej, to zauważymy że przynależność do Narodu ma charakter deklaratywny (poczucie więzi z Zawiszą Czarnym może być silniejsze niż poczucie więzi z własnym dziadkiem, który akurat dorobił się na donosach czy też służył w UB). W innych cywilizacjach pojęcie Narodu jest związane z pochodzeniem, obywatelstwem, miejscem urodzenia etc., natomiast wolność decyzji co do przynależności narodowej jest w ogóle czymś niezrozumiałym.
A przecież liczni Niemcy, Anglicy, Żydzi, Ukraińcy, Litwini etc. zamieszkujący Pierwszą Rzeczpospolitą, coraz bardziej identyfikowali się z Polakami, stając się w końcu z wyboru uznanymi członkami Narodu Polskiego, składając latami daninę potu, a kiedy była potrzeba – również krwi, często odmawiając najeźdźcom deklaracji powrotu do korzeni nawet kosztem życia. A z drugiej strony ilekroć ludzie od pokoleń związani z Polską bez skrupułów przechodzili do obozu okupanta dla własnych doraźnych korzyści, za nic mając swoich przodków i więzy krwi.  Czyż trzeba lepszego dowodu na poparcie tej tezy?
Bardziej członkiem Narodu Polskiego jest ktoś, kto rozumie istotę bycia Polakiem, to bezustanne dążenie do ograniczonej jedynie etyką katolicką wolności jako bezwzględnego prawa każdego człowieka do rozumego wyboru (nawet jeżeli jest to wybór błędny), to przekonanie o równości wszystkich ludzi w oczach Boga, gdyż za każdego człowieka na równi Bóg oddał życie na krzyżu, to żądanie szacunku dla siebie i innych i niezgody na poniżanie drugiego człowieka, więc bardziej jest członkiem Narodu Polskiego ten choćby słowa po polsku nie mówił lub był czarny jak heban, niż ktoś kto tu urodzony stwierdza radośnie że „polskość to nienormalność”, bo ta istota polskości jest dla niego w ogóle poza obszarem pojmowania, bo jako urodzony niewolnik żąda aby jakieś Państwo powiedziało mu jak żyć.
Aby znaleźć metodę obrony Cywilizacji Łacińskiej należy najpierw zidentyfikować jednoznacznie obszar podstawowy tworzący Cywilizację Łacińską.
Obszar ten jest tworzony przez triadę pojęciową, której fundamentem jest kryterium PRAWDY. Cywilizacja Łacińska zaczęła krystalizować dopiero wtedy, gdy Kościół Katolicki uznał za św. Tomaszem, że PRAWDĘ należy ROZPOZNAWAĆ, że nieprawdziwe jest przekonanie iż PRAWDĘ możemy USTALIĆ.
Nie wystarczy być przekonanym że znamy prawdę, trzeba jeszcze to przekonanie nieustannie weryfikować. To podejście stało się podstawą stworzenia nowego rozumienia etyki katolickiej, bardziej jako zachęty do działań z nią zgodnych niż jako sieci bezwzględnych zakazów (to zresztą temat na osobne opracowanie, potencjalnym oponentom od razu odpowiadam, że cała filozofia Tajemnicy Bożego Miłosierdzia ma korzenie właśnie w tym podejściu – Kościół co najwyżej może orzec że ktoś postępuje wbrew głoszonej przez niego nauce, ale to ostatecznie Bóg ma głos rozstrzygający, gdyż KAŻDY CZŁOWIEK, W TYM LUDZIE KOŚCIOŁA, ZAWSZE MOGĄ SIĘ MYLIĆ, a jedynie Bóg zna prawdę i całą prawdę).
Stąd też zachęta do opierania się na etyce katolickiej jako sprawdzonej przez pokolenia co do obserwacji skutków określonych działań, żeby nie wyważać otwartych drzwi indywidualnymi eksperymentami o z góry spodziewanych skutkach których można w prosty sposób uniknąć, ale też i z drugiej strony Sakrament Pojednania jako kolejna szansa dla grzesznika, którym każdy z nas jest, bo być musi – grzech jest działaniem niezgodnym z wolą Bożą, a jej w naszej konkretnej sytuacji możemy się przecież tylko domyślać, wspierani ogólnymi zasadami przekazanymi nam przez Boga i wypracowanymi przez Kościół.
Tak więc absolutną podstawą Cywilizacji Łacińskiej jest przekonanie o obiektywnie istniejącej prawdzie o całym realnie istniejącym świecie i każdym człowieku, do której mamy się nieustannie zbliżać, a której jedynym depozytariuszem jest Bóg, które to przekonanie znajduje swoje odbicie w etyce Kościoła Katolickiego, stającej się w ten sposób źródłem oddolnie kształtowanego prawa stanowionego (przykazanie „nie kradnij” staje się wzorcem obyczajowym „nie rusz co nie twoje”, ten przekształca się w zwyczaj „cudze jest święte”, a ten zaś domaga się ochrony stron poprzez kształtowanie zapisów prawa, określających zasady penalizacji kradzieży oraz wyjątki od reguły, np. poprzez zasadę roztropnej ochrony wyższego dobra, kiedy możemy z konieczności cudzą rzecz użyć bez zgody celem ratowania życia czy mienia wyższej wartości).
  Dwa pozostałe elementy obszaru podstawowego to istotne zasady prawa rzymskiego oparte o logikę dwuwartościową, ale stosowane nie mechanicznie, lecz biorąc pod uwagę równość ludzi wobec Boga (a w efekcie również wobec prawa) przy całej ich różnorodności i odmienności oraz zasada wolności jako prawa do rozumnych własnych wyborów, ale powiązanych z obowiązkiem ponoszenia ich konsekwencji.
Z tych podstawowych zasad wynika np. wprost zasada zakazu „nawracania na siłę”, czyli przymusu życia w tym właśnie porządku prawnym, gdyż każdy człowiek ma prawo do popełniania swoich błędów i jeżeli jakaś grupa chce żyć „po swojemu”, to powinna określić sobie właściwy porządek prawny i w jego ramach funkcjonować. W tym sensie nie wolno zakazywać amiszom życia na ich sposób, podobnie mormonom, muzułmanom, Żydom czy ateistom, niemniej w obszarze publicznym ma funkcjonować konkretny porządek prawny właściwy dla Cywilizacji Łacińskiej. Oznacza to, że w relacjach pomiędzy osobami z różnych porządków prawnych albo wybierają któryś ze swoich, albo – w braku zgody - z urzędu wchodzi porządek publiczny.
Niemniej nie bez kozery wspominam o Bogu jako źródle prawdy. Słabością Cywilizacji Łacińskiej był brak mechanizmu ochrony tworzących ją zasad, co wynikało z prostego faktu, że ten sposób życia zbiorowego był tworzony „ad hoc” przez ludzi, którzy uważali je za oczywiste – choć dla innych wcale takie być nie muszą.
Co prawda w krajach Cywilizacji Łacińskiej król początkowo pełnił funkcję reprezentanta Boga na ziemi, natomiast realnie bardzo słaby był mechanizm uniemożliwiający królowi sprzeniewierzenie się tej roli. Stąd też później różne aberracje typu „absolutyzm oświecony”, gdzie to król stanowił nie tylko prawo, ale i tworzące je zasady, zaś późniejsze konstytucje miały na celu ochronę poddanych przed totalitarnymi zapędami władcy i petryfikacją struktur społecznych (zresztą, jak pokazuje historia, były to próby kompletnie nieudane).
Dlatego też konieczne jest odwołanie się wprost do źródła zasad i to w sposób uniemożliwiający manipulację przy nich – albo tworzone jest państwo Cywilizacji Łacińskiej i z racji tego musi być oparte o konkretny zestaw zasad, albo komuś się te zasady nie podobają, ale Państwo nie będzie państwem Cywilizacji Łacińskiej. Tertium non datur.    
Stąd też konieczność takiej struktury Państwa, która będzie zakotwiczona w niezmiennej transcendencji jako źródle Prawdy.
Podkreślam – nie chodzi w żadnym wypadku o państwo wyznaniowe, lecz o takie Państwo, którego publiczny system wartości tworzy pewien wzorzec, natomiast jak komuś on nie pasuje, to niech żyje po swojemu.
Przykładem metody tworzenia i funkcjonowania takiego państwa, choć w tym wypadku akurat w oparciu o mechanizm czysto bizantyńskiego lecz ateistycznego i w dodatku odgórnego przymusu, jest Unia Europejska – też nie ma terytorium innego niż państw ją tworzących, tyle że mieszkańcy tych państw muszą funkcjonować w systemie prawnym Unii bez względu na to czy się zgadzali z nim w trakcie wejścia ich Państwa do Unii, oraz bez względu na ich stosunek do późniejszych aberracji.
 Tutaj zaś propozycja jest w pewnym sensie podobna (każdy jest zapraszany), ale jakościowo odmienna (nawet jeżeli korzystamy z zaproszenia, to możemy funkcjonować w sposób jaki uznajemy za stosowny).
Warunek sine equa non jest jeden: w Państwie tym Królem MUSI BYĆ Jezus Chrystus wskazany wprost jako źródło prawdy, reprezentowany przez Regenta będącego jedynie pełnomocnikiem w zakresie określonym w Konstytucji, natomiast cała pozostała struktura może być już wtedy efektem jakiejś zgody.

Poniżej zamieszczam fragment propozycję Konstytucji Rzeczpospolitej Narodu Polskiego – Preambułę oraz dwie części dwóch rozdziałów: o systemie prawnym Rzeczpospolitej oraz jego obywatelach.

Zapraszam do rzeczowej dyskusji.
   
PREAMBUŁA

My, córki i synowie Narodu Polskiego, w obliczu zagrożenia jego dalszego istnienia, świadomi naszych zobowiązań wobec przodków i obowiązków wobec potomnych oraz głęboko pragnąc to co cenne w naszej spuściźnie uchronić i następcom godnie przekazać, spisaliśmy niniejszą Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej jako fundament wolności, praw i obowiązków poddanych i Obywateli Rzeczpospolitej, w tym członków Narodu Polskiego.
Mając świadomość ograniczeń natury ludzkiej w rozpoznawaniu pełnej prawdy o złożoności realnie istniejącego świata i każdego człowieka oraz ułomności ludzkiej przejawiającej się w błędnej skłonności do orzekania prawdy, w tej Preambule zawieramy zestaw niezmiennych zasad w oparciu o które Naród Polski się kształtował a ich nieprzestrzeganie lub nieznajomość były przyczyną jego upadku i których świadome, wolne przestrzeganie i kultywowanie jest niezbędnym warunkiem przynależności do Narodu Polskiego, zaś ich ochrona, obrona i przekazywanie potomnym, zaszczytnym obowiązkiem.
Tymi rozpoznanymi roztropnie trzema fundamentami na których budowano tożsamość Narodu Polskiego jako zrzeszenia ludzi rozumnie wolnych, a których pielęgnowanie i rozwijanie jest obowiązkiem każdego członka Narodu Polskiego, są: leżąca w kompetencjach Władzy Duchowej etyka Kościoła Katolickiego oparta na tomizmie i będąca podstawą prawa Rzeczpospolitej, leżące w kompetencjach Władzy Świeckiej istotne zasady i logika prawa rzymskiego ze względem na wolność i równość wszystkich ludzi w bogactwie ich różnorodności i odmienności wobec Boga a w konsekwencji wobec praw Rzeczpospolitej oraz zasada wolności działania jako rozumnego wyboru w oparciu o dwie pierwsze zasady.

AKT INTRONIZACJI
Aby powyższe fundamentalne wartości Narodu Polskiego trwale w niezmienności zachować oraz przed pokusami i słabościami ludzi tworzących prawo je chronić, ich depozyt Bogu w Trójcy Jedynemu powierzając, Królem Rzeczpospolitej Polskiej na zawsze uznajemy Pana Naszego Jezusa Chrystusa, wierność w każdym czasie i okolicznościach mu ślubując, zarazem pokornie Go prosząc, aby zechciał Rzeczpospolią Polską objąć jako swoje Królestwo, a ponadto miłosierną opieką Królestwo swoje wraz z całym jego ludem aż po kres ich istnienia otaczając, swoich poddanych do wolności zbawienia dzieci Bożych doprowadził.

DEKLARACJA PRAW I OBOWIĄZKÓW PODSTAWOWYCH
Zaszczytnym obowiązkiem każdego członka Narodu Polskiego jest wierność Królowi oraz czynne występowanie w obronie zasad i wartości zawartych w Preambule. Nie wolno ograniczać dostępu do słusznych narzędzi ich obrony jak również do obrony własnej i innych.
Prawem podstawowym każdego członka Narodu Polskiego jest prawo odwołania się do rozumianych wprost wartości zawartych Preambule poprzez dowolny w formie wniosek do dowolnej z władz Rzeczpospolitej odpowiadających za ich ochronę, który musi zostać niezwłocznie rozpatrzony w publicznym, dwuinstancyjnym postępowaniu z udziałem przedstawicieli wszystkich tych władz.
Prawo to przysługuje również pozbawionemu członkostwa Narodu Polskiego prawomocnym orzeczeniem przez okres 14 dni od dnia poznania orzeczenia, przy czym od orzeczenia do ostatecznego rozstrzygnięcia postępowania członkostwo pozostaje w suspensie.

DEKLARACJA NIEZMIENNOŚCI PREAMBUŁY
Preambuła, w tym Akt Intronizacji wraz z Deklaracjami Praw i Obowiązków Podstawowych oraz Niezmienności Preambuły, nie podlegają żadnym interpretacjom oraz żadnym zmianom w żadnym czasie, bez względu na okoliczności wewnętrzne i zewnętrzne.

Rozdział I

Rzeczpospolia Polska

Art. 1.1:     Rzeczpospolia Polska jest dobrem wspólnym Narodu Polskiego powołanym do ochrony właściwego mu sposobu życia zbiorowego oraz zarządzania sprawami wspólnymi w zakresie w jakim są mu powierzane, do uczestnictwa w którym zaproszeni są wszyscy ludzie ze wszystkich ludów i narodów na całym świecie, chcący korzystać z wolności Rzeczpospolitej i przyczyniać się do jego rozwoju w realizacji jego celów.

Art. 1.2:     Rzeczpospolia Polska nie ma własnego terytorium innego niż państw lub ich fragmentów powierzonych mu w zarząd przez ludzi mogących zgodnie z prawem danego Państwa o tym decydować i deklarujących akces do Rzeczpospolitej.

Art. 1.3:     Osoby zamieszkałe w państwach lub ich fragmentach powierzonych w zarząd Rzeczpospolitej mogą zarówno przyjąć poddaństwo jak i odmówić poddaństwa, jednoczesnie indywidualnie deklarując pozostanie we wspólnocie  dotychczasowego porządku prawnego. Obowiązkiem tego Państwa jest zapewnienie dla tych osób kontynuacji funkcjonowania dotychczasowego porządku prawnego i przewidzianej nim ochrony oraz określenie terenu jego obowiązywania w sferze publicznej i zasad jego zrozumiałego oznaczenia.

Art. 1.4:     Lud Rzeczpospolitej Polskiej tworzą wszyscy poddani Rzeczpospolitej.

Art. 1.5:     .................................




Rozdział II

Poddani Rzeczpospolitej

Art. 2.1:     Poddanym Rzeczpospolitej może na wniosek zostać każdy człowiek na całym świecie wskutek świadomego, wolnego aktu dojrzałej woli, popartego publiczną przysięgą na przestrzeganie Konstytucji składaną według prawa Rzeczpospolitej, ze wskazaniem jako własnego dowolnego porządku prawnego wybranego z funkcjonujących w Rzeczpospolitej za zgodą właściwej Wspólnoty wyrażonej we właściwy jej sposób podany do wiadomości właściwych władz Rzeczpospolitej.

Art. 2.2:     Nikogo nie można poddaństwa pozbawić, chyba że na jego wniosek lub w wypadku złamania przysięgi stwierdzonego prawomocnie według prawa Rzeczpospolitej przez właściwą władzę.

Art. 2.3:     Prawo Rzeczpospolitej w zakresie sposobu uzyskiwania zgody odpowiedniej władzy Rzeczpospolitej na złożenie przysięgi na przestrzeganie Konstytucji, formy tej przysięgi oraz trybu stwierdzania jej złamania i pozbawiania poddaństwa, stanowi ustawa.

Art. 2.4:     Pozbawienie poddaństwa wyłącza z ochrony praw Rzeczpospolitej, pozostawiając obowiązek dotrzymywania zawartych zobowiązań w odpowiednim porządku prawnym.

Art. 2.5:     Obywatelem Rzeczpospolitej może zostać każdy poddany Rzeczpospolitej, który świadomym i wolnym aktem woli wybierze za swój publiczny porządek prawny Rzeczpospolitej Polskiego, składając osobno publiczną przysięgę według prawa Rzeczpospolitej.

Art. 2.6:     Płeć Obywatela Rzeczpospolitej ustala się według stwierdzonego biologicznego stanu faktycznego z dnia składania wniosku o nadanie statusu Obywatela. Sposób stwierdzania określa ustawa.

Art. 2.7:     Każdy Obywatel Rzeczpospolitej może wystąpić z wnioskiem o złożenie przysięgi przynależności do Narodu Polskiego, jeżeli będzie on poparty przez trzech członków Narodu Polskiego lub odpowiednią władzę Rzeczpospolitej, przy czym w okresie pierwszego roku członkostwa we Wspólnocie Narodu Polskiego popierający wniosek są odpowiedzialni przed Wspólnotą za osobę popieranego, a wobec popieranego za wspieranie. Zasady odpowiedzialności określa prawo Wspólnoty Narodu Polskiego.

Art. 2.8:     Przynależność do Narodu Polskiego jest wolnym, wspartym przysięgą wierności Królowi rozumnym aktem woli takiej osoby, która fundamenty tworzące tożsamość Narodu Polskiego rozumie, przyjmuje i pragnie dożywotnio kultywować we wszystkich aspektach swojego życia, chyba że im swoim życiem zaprzeczy a właściwa władza Rzeczpospolitej w określony ustawą sposób odstępstwo potwierdzi, pozbawiając tym samym członkostwa.

Art. 2.9:     Pozbawienie członkostwa Narodu Polskiego jest równoznaczne z dożywotnim pozbawieniem poddaństwa ze wszystkimi skutkami.

Art. 2.10:   Poddaństwo, obywatelstwo oraz przynależność do Narodu Polskiego są wynikiem indywidualnego aktu woli i nie są przekazywane w drodze dziedziczenia.

Art. 2.11:   Śmierć członka Narodu Polskiego w obronie zasad i wartości zawartych w Preambule nakłada na Rzeczpospolitą obowiązek objęcia należytą opieką rodzinę poległego, przy czym dzieci do osiągnięcia dojrzałości. Sposób i formę objęcia opieką określa ustawa.

Art. 2.12:   Na pośmiertny wniosek właściwej władzy Rzeczpospolitej śmierć poddanego w obronie zasad i wartości zawartych w Preambule nobilituje do godności członka Narodu Polskiego i nakłada na Rzeczpospolitą obowiązek objęcia należytą opieką rodzinę poległego w ramach wskazanego przez rodzinę poległego porządku prawnego, przy czym dzieci do osiągnięcia dojrzałości. Sposób i formę objęcia opieką określa ustawa.

Art. 2.13:   ....................................

Rozdział IV

1.    System prawny Rzeczpospolitej


Art. 4.1.1:  System prawny Rzeczpospolitej oparty jest o prawo publiczne Rzeczpospolitej oraz prawa wspólnot poddanych Rzeczpospolitej.

Art. 4.1.2: Porządek prawny Rzeczpospolitej dotyczy indywidualnych osób a nie terytorium, z wyjątkiem obszarów wspólnot wyznaczonych na podstawie art. 3 Konstytucji.

Art. 4.1.3:  Rzeczpospolia Polskie gwarantuje poddanym prawa i wolności oraz egzekwuje obowiązki zgodnie z porządkiem prawnym Rzeczpospolitej.

Art. 4.1.4:  Ochrona praw poddanego jest konstytucyjnym prawem poddanego i obowiązkiem Rzeczpospolitej, egzekucja nakazanego prawem obowiązku jest konstytucyjnym obowiązkiem zarówno poddanego jak i Rzeczpospolitej.

Art. 4.1.5:  Publiczne prawo Rzeczpospolitej stanowi Prawo Rzeczpospolitej zawarte wyłącznie w Konstytucji i ustawach stanowionych przez Władzę Ustawodawczą.

Art. 4.1.6:  Wyłączne prawo interpretacji Konstytucji i wyłącznie na wniosek Regenta spoczywa na Komisji Konstytucyjnej, w skład której wchodzi trzech delegatów: jeden przedstawiciel Regenta, jeden przedstawiciel Senatu oraz jeden przedstawiciel Prymasa.

Art. 4.1.7: Komisja Konstytucyjna na dany wniosek przeprowadza rozprawę z udziałem wnioskodawcy oraz ewentualnej opozycji i dokonuje jednogłośnie konkretnej interpretacji zapisu Konstytucji w terminie trzech tygodni od dnia sporządzenia wniosku przez Regenta lub złożenia do niego wniosku przez Trybunał Konstytucyjny lub Senat; na Regencie spoczywa obowiązek niezwłocznego zwołania posiedzenia Komisji Konstytucyjnej, lecz nie później niż na trzeci dzień od wpłynięcia wniosku z Trybunału Konstytucyjnego lub Senatu.

Art. 4.1.8:  Konkretna interpretacja zapisu Konstytucji dokonana przez Komisję Konstytucyjną staje się wiążąca dla Trybunału Konstytucyjnego po ratyfikacji przez co najmniej dwóch z trzech delegujących, przy czym przekroczenie terminu ratyfikacji uznawane jest za milczącą zgodę. Termin ratyfikacji dla wszystkich wynosi jeden miesiąc, przy czym dla Senatu o ile interpretacja została dokonana i złożona delegującym w czasie trwania jego sesji, inaczej termin wynosi jeden tydzień od dnia rozpoczęcia najbliższej sesji.  

Art. 4.1.9:  Wyłączne prawo interpretacji zapisów prawa spoczywa w gestii Władzy Ustawodawczej na wniosek właściwej Władzy Sądowniczej lub Regenta i odbywa się w sposób właściwy dla stanowienia tego prawa;

Art. 4.1.10:            Każda grupa co najmniej siedmiu poddanych może utworzyć wspólnotę własnego prawa regulującego relacje pomiędzy dorosłymi członkami wspólnoty, poprzez złożenie do odpowiedniej władzy Rzeczpospolitej wniosku o rejestrację wraz z przepisami prawa tej wspólnoty, sposobów jego zmian i ich zatwierdzania przez wspólnotę oraz zasad rozstrzygania sporów i egzekucji praw i obowiązków.

Art. 4.1.11:            W sprawach nie objętych aktualnie zgłoszonym prawem danej wspólnoty ma zastosowanie prawo publiczne Rzeczpospolitej na wniosek dowolnej strony złożony właściwej władzy Rzeczpospolitej. Złożenie takiego wniosku jest konstytucyjnym prawem poddanego, korzystania z którego nie wolno zakazać ani utrudniać pod sankcją wynikającą z przepisów rozdziału o ochronie Konstytucji.

Art. 4.1.12:            Każdy potomek poddanej Rzeczpospolitej podlega prawu Rzeczpospolitej jak poddany w porządku prawnym matki od momentu przyjęcia poddaństwa przez matkę lub od momentu poczęcia aż do czasu osiągnięcia dojrzałości, lecz nie dłużej niż do 21 roku życia.

Art. 4.1.13:            W przypadku wątpliwości przyjmuje się, że matką jest ta, która urodziła będąc poddaną lub przed przyjęciem poddaństwa ważnie przysposobiła według właściwego prawa.

Art. 4.1.14:            Poddani mogą przysposabiać i być przysposabiani jedynie w ramach własnego porządku prawnego.

Art. 4.1.15:            Sieroty po poddanych oraz sieroty po rodzicach bez poddaństwa, podlegają ochronie i publicznemu porządkowi prawnemu Rzeczpospolitej jak Obywatele.

Art. 4.1.16:            Rzeczpospolia Polskie strzeże umów zawartych w systemie prawnym Rzeczpospolitej według porządku w którym zostały zawarte.

Art. 4.1.17:            Wszelkie cywilne relacje prawne pomiędzy poddanymi z różnych porządków prawnych wymagają dobrowolnego określenia z góry porządku prawnego w którym będą mieć miejsce. W wypadku nieokreślenia z góry i późniejszego braku zgody stron, przyjmuje się że właściwy jest porządek publiczny, chyba że strony mogły rozpoznać lub wiadome im było że jedną ze stron jest członek Narodu Polskiego, gdyż wtedy przyjmuje się, że właściwe jest Prawo Wspólnoty Członków Narodu Polskiego.

Art. 4.1.18:            W cywilnych relacjach prawnych pomiędzy poddanymi w ramach jednego porządku prawnego, strony mogą dobrowolnie z góry określić jako właściwy publiczny porządek prawny Rzeczpospolitej pod warunkiem zachowania formy pisemnej i niezwłocznej rejestracji we właściwej władzy Rzeczpospolitej pod rygorem nieważności aktu. Akt dotyczy wyłącznie zdarzeń przyszłych.

Art. 4.1.19:            W relacjach pomiędzy członkami Narodu Polskiego ma zastosowanie wyłącznie Prawo Wspólnoty Członków Narodu Polskiego.

Art. 4.1.20:            Każdy poddany w każdym czasie może wskazać funkcjonujący w Królestwie porządek prawny któremu chce podlegać, poprzez świadomy i dobrowolny akt woli złożony wobec właściwej władzy Rzeczpospolitej według prawa Rzeczpospolitej określonego ustawą, składając zarazem zobowiązanie bezwzględnego dotrzymania wszelkich już istniejących zobowiązań w ramach porządku prawnego w jakim zostały zawarte.

Art. 4.1.21:            W wypadku popełnienia pomiędzy członkami różnych wspólnot prawnych czynów zakazanych określonych w prawie choć jednej z nich, jeżeli popełniający miał możliwość rozpoznania prawnej przynależności ofiary czynu zakazanego zastosowanie ma prawo tej z zaangażowanych wspólnot które jest surowsze według kryteriów prawnych Rzeczpospolitej określonych ustawą. W innym wypadku stosuje się prawo sprawcy lub prawo Rzeczpospolitej, w zależności od tego które jest surowsze według kryteriów prawnych Rzeczpospolitej.

Art. 4.1.22:            .....................................................


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/obserwator/najwyzszy-czas-na-konkrety#comment-1498960

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.