poniedziałek, 15 marca 2021

Niezbędnik podróżnika i nie tylko. O tym warto wiedzieć

 

Trzeba sobie radzić. Tak jest. Nigdy nie byłem żadnym harcerzem, czy żołnierzem, czy członkiem jakiejkolwiek zorganizowanej grupy. Nienawidziłem mundurów; nienawidziłem zbiórek, czy wspólnych ćwiczeń, albo jeszcze gorzej – wspólnego odpoczynku, rozrywki, chlania, czy czego tam jeszcze. Lecz tylko do czasu. Do czasu… Życie i cywilizacja zawsze w końcu cię dopadnie.

Coś nie tak. Źle się czujesz. Walnąłeś się. Albo się potknąłeś. Pociąłeś się w kuchni (za dużo noży!). Czyha tego na ciebie sporo. W domu nie ma problemu. Wszyscy mają to magiczne pudełeczko. Lub jak to na filmach pokazują, otwierasz szafkę z lusterkiem w łazience i masz tam wszystko. Pastylki i buteleczki, waciki i plasterki. Na ból głowy (tu duży przerób) i na ból stopy. Jednak w podróży, poza domem, już tak łatwo nie jest. Trzeba wtedy kombinować.

***

Ten tekst dołączę do zbioru moich marynarskich opowieści. „Morskich opowieści” jest strasznie wyświechtane i głównie nadużywane przez tych wilków, co ostatni weekend spędzili na łódce na jeziorze Mamry (zawsze się zastanawiałem, czy powiedzenie – „zamknąć kogoś w mamrze” wzięło się od nazwy tego jeziora. A może odwrotnie). I strasznie fascynują się tymi węzłami. Jakby nie robili niczego innego, tylko bez przerwy cumowali, albo mieli zawsze jakiś sznurek w garści, nazywany wykwintnie linkami.

Marynarz to robota. Też idzie się do pracy i z niej wraca. Niestety, nie do domu, rodzinki, żony, dzieci, kumpli a nawet teściowej, tylko do niewielkiej kabiny, prysznica i sedesu, oraz do najsympatyczniejszego miejsca – koi.

Zebrało mi się już tych opowiadań sporo. Panienki piszczą – więcej, więcej! Taka legenda, że my jesteśmy stale na viagrze. Lecz pozostali potwierdzają, że też chcą czytać. Namawiają, by wydać zbiór, taką książeczkę.

Dawniej sam też lubiłem takie rzeczy czytać. Zanim odkryłem na dobre Conrada, czy Cortazara, wielokrotnie przeczytałem „Pan doktor na morzu” Richarda Gordona. Ciągle fantastyczne, choć dzisiaj to już klasyka.

Ociągam się nieco z tym wydaniem. Wydawnictwa są nawet bardzo chętne. Ale osiemdziesiąt procent z nich tak cienko przędzie i ma taki strach przed ryzykiem wydawniczym, że mówią: – Słuchaj, jasne, że ci to wydamy. Lecz sam będziesz musiał zainwestować w to jakieś pięć tysięcy na początek. Potem oczywiście zwróci ci się to w sprzedaży. To ja mam jeszcze płacić za swoją pracę?! Pokręciło ich? Przetłumaczę sam siebie na angielski i wyślę to do Simon & Schuster, albo do innego Harpera Collinsa.

Szlaki morskiego blogera zresztą przetarł mój rodak z Gdyni, niestety śp., Tomasz „Seawolf” Mierzwiński. Lecz on, jak przystało na kapitana, czyli dowódcę, bardziej był zainteresowany polityką i sytuacją w kraju, niż ja, morski robol, walką ze słoną wodą i kupą złomu, od której zależało moje życie (i nie tylko moje). I uwierzcie, było co robić.  Bo na morzu zawsze dzieje się. Tylko ptaszki nie śpiewają.

***

Lek na biegunkę

Dzisiaj będzie nieco instruktarzowo i nie tylko morsko, lecz raczej podróżniczo. Będąc w podróży, choć konkretnie poza domem, trzeba mieć ze sobą parę rzeczy, które mogą (ale nie muszą) się przydać. Nie chcę tutaj przytaczać podręczników i instrukcji dla surwiwalowców, bo to dosyć wąska i kompletnie stuknięta grupa ludzi. W młodości naoglądali się Rambo i teraz marzą tylko o tym, by traperskim nożem wyciągnąć kulę z rany, a potem ją zszyć na żywca, polewając ją obficie whisky. No i jeść te różne mchy i porosty. Nie, nie – to, co piszę, jest dla zwykłego człowieka, nawet dla takiego, który ma zadyszkę po stu metrach spokojnego spaceru.

Zdecydowanie najważniejszą pomocną rzeczą, którą każdy obowiązkowo musi mieć przy sobie, jest opakowanie, albo jeszcze lepiej, dwa, leku nazwanym na całym świecie naukowo Loperamid. A u nas to Stoperan, lecz wszędzie poza tym, to Imodium. Nigdy nie żałujcie na to grosza i zawsze miejcie to ze sobą. Przekonały się o tym już tysiące wycieczkowiczów do Egiptu, gdzie będąc w zadbanych kurortach, eleganckich hotelach i pijąc wodę tylko z butelek, dostawali takich biegunek, że cały tygodniowy wypad nad Morze Czerwone mieli z głowy. Spędzili go w toalecie, cierpiąc i jęcząc, zamiast rozkoszować się słońcem, plażą i nurkowaniem.

I powiem wam – gdzie indziej jest tylko gorzej. Dlaczego? Moja teoria jest taka, że nasza flora bakteryjna, te parę kilo przyjaznych bakterii w przewodzie pokarmowym, bez których nie możemy żyć, jest bardzo delikatna i kapryśna. Jakakolwiek zmiana w stałym schemacie dietetycznym, nie wiem co, pH, czyli kwasowość, jakaś oba bakteria lub minerał, czy związek chemiczny, powodują, że dostajemy gwałtownej biegunki. Zazwyczaj po paru dnach to przechodzi, ale po co się męczyć? Stoperanem/Imodium zlikwidujemy paskudne dolegliwości w dwie godziny. Dobrze, lecz o niezbędnych w podróży, czy na morzu lekach, pogadamy sobie innym razem.

Klej

O czymś zupełnie innym chcę teraz wam powiedzieć – o czymś, co powszechnie nie łączymy z medycyną.

To obecnie niesłychanie popularny ze względu na swoją uniwersalność i różnorodność zastosowań klej cyjanoakrylowy. W Polsce to powszechnie znana „Kropelka” i parę innych odmian, a na świecie to Super Glue, albo Krazy Glue.

Zazwyczaj sprzedawany w malutkich pojemniczkach, metalowych,  czy plastikowych tubkach. Z prozaicznych, aczkolwiek ważnych względów, o których warto pamiętać:

  • Jest to klej adhezyjny tego typu, że rzeczywiście jedna kropla na dobrze oczyszczonej powierzchni wystarcza na sklejenie dużego obszaru. I jest to klej, który reaguje błyskawicznie, więc nie można się bawić w jakieś opóźnianie, czy czekanie.

  • Klej ma bardzo krótką datę ważności – nie rozpakowany, już po roku jest do wyrzucenia.

  • Raz otwarty pojemnik z klejem trzeba zużyć w ciągu miesiąca. Później jest już do niczego.

Dosyć ciekawa jest jego historia. Został wynaleziony już w 1942 roku. A jakże, przez przemysł wojskowy. I wyobraźcie sobie, że nie znalazł zastosowań, bo… kleił za dobrze. Lecz wojsko, jak to wojsko, miało go cały czas na oku, jak setki innych wynalazków, które mają ukryte w swoim bezdennym skarbcu.

W końcu znalazł praktyczne zastosowanie w czasie wojny w Wietnamie. Ponieważ jest dosyć mało toksyczny, a proces sklejania jest tylko w niewielkim stopniu egzotermiczny, czyli nie wydziela w czasie reakcji wielkich ilości ciepła, tak, by można było się oparzyć, to można go z powodzeniem zastosować na ciele człowieka.

Jednakże mitem dość rozpowszechnionym jest, że klej ten został specjalnie wynaleziony, by pomagać rannym żołnierzom. Tak nie było. Dopiero po wielu latach okazało się, że może być on bardzo przydatny do szybkiego opatrywania ran, zastępując bandaże, plastry, czy opaski uciskowe.

Co jest powodem, który predestynuje tenże klej do roli opatrunku? To, że działa bardzo szybko; wprost błyskawicznie, oraz fakt, że jest niesłychanie odporny na czynniki zewnętrzne, w tym przede wszystkim wodę, powodując po zadziałaniu, nieprzenikalną, hermetyczną ochronę rany. Czyli to, co jest najbardziej pożądane w przypadku opatrunku.

I oto właśnie tutaj chciałbym przekonać wszystkich podróżników (i nie tylko – mamy w kuchni też) do stosowania „Kropelki” do opatrywania tych wszystkich paskudnych krwawiących rozcięć.

Więc teraz pozwolę sobie na krótki instruktarz, by nie popełniać różnych idiotyzmów.

Nasz klej nie nadaje się do wszystkiego rodzaju ran. Jest fantastyczny w przypadku niedużych ran powierzchniowych Tych różnych pospolitych skaleczeń. Więc niech nikt nie pomyśli, że przykleimy tym klejem uciętą rękę, gdy po paru wzmocnionych piwach, zabraliśmy się do ścinania drzewek piłą łańcuchową. Ręki nie przykleimy, a gdyby nawet, to się nie zrośnie. I obciętego palca, czy ucha też nie przykleimy.

Natomiast wszystkie rany powierzchniowe – proste cięcia, powiedzmy, nie dłuższe niż pięć centymetrów, nie za głębokie, opatrzymy fantastycznie. Przecież właśnie takich skaleczeń, czy to nożem, kolcem krzewu, czy nawet krawędzią kartki papieru, doznajemy najwięcej.

Nie starajmy się skleić rany, której brzegi są poszarpane. Więc kleju nie użyjemy będąc pogryzionym przez psa, albo wściekłą żonę, gdy wrócimy o trzeciej nad ranem, w stanie wskazującym, na dodatek pachnąc perfumami „Urok Ukrainy”.

I co ważne i trzeba pamiętać – kleju nigdy nie używamy na ukłucia, oraz na ukąszenia owadów. Nie wiadomo co w tych ranach może być, toksyny, bakterie i lepiej zostawić to otwarte.

Jeszcze jedno poważne ostrzeżenie: z dala od twarzy z tym klejem! Pisałem – klej jest mocno higroskopijny, wchłania wodę jak gąbka. Dlatego jest niesłychanie poważnym zagrożeniem dla oczu, ust błon śluzowych, dróg oddechowych, nosa i gardła. Od twarzy z tym klejem trzymajmy się z daleka!
I niech nikomu bezmyślnie się nie zdarzy przecieranie oczu palcami, gdy po używaniu klejów cyjanoakrylowych, dokładnie nie wyczyściliśmy rąk.

To teraz krótka instrukcja obsługi.

Jak się da, opatrunek wykonujemy sami, lecz, jeśli są to plecy, lub poniżej, albo czubek głowy, bo właśnie chcieliśmy przejść przez superczyste szklane drzwi biura, no i głowa ucierpiała, to poprośmy kogoś o pomoc. Rana oczywiście krwawi. Więc lepiej chwilę poczekać, aż przestanie (chyba, że cierpimy na hemofilię, lecz w tedy i tak musimy natychmiast udać się do szpitala). Koniecznie musimy przemyć ranę środkiem dezynfekującym. Jest ich obecnie sporo, a historycznie, to przede wszystkim spirytus, jodyna, czy woda utleniona.

Gdy rana już mocno nie krwawi i została zdezynfekowana, to palcami przyciągamy do siebie brzegi zranienia (kurcze… gdy rana jest na ręce, to będziemy potrzebowali trzecią rękę) i klejem pokrywamy całą linię zranienia. Nigdy za szybko i za dużo. Cienka powłoka schnie szybciej i mocniej. Taka jest właśnie główna cecha tego typu klejów. Czekamy dobrą chwilę, aż klej zacznie działać i wyschnie. Możemy już spokojnie sięgnąć po dobrze schłodzoną butelkę piwa. Aha, nigdy nie zabieraj się za taką robotę, gdy się boisz, jesteś nerwowy i ręce ci się trzęsą. Narobisz tylko bałaganu i guzik z tego będzie. Lecz my przecież jesteśmy twardzielami, Czyż nie? Zazwyczaj w ciągu 24 godzin, tak opatrzona rana się zagoi.

Dla purystów, którzy nie użyją niczego bez stempla Ministerstwa Zdrowia, mam dobrą wiadomość: są już specjalne, medyczne kleje, zaaprobowane przez służbę zdrowia. Ale ja mam swoje podejrzenia – „Kropelka” kosztuje 2 – 3 zł, a przemysł farmaceutyczny, straszny złodziej i krwiopijca, naklei na ten sam produkt swoją mądrą etykietę, doda „ulotkę dla pacjenta” i skasuje ciebie dziesięciokrotnie drożej. Znany mi dobrze taki produkt, rzeczywiście bardzo dobry, którego nazwy nie wymienię, kosztuje 40 zł za mała buteleczkę.

Pięknie, ładnie opatrzona klejem rana nie zwalnia nas z obowiązku obserwowania, co się z nią dalej dzieje. Gdy, nie daj Boże, zaczyna puchnąć, rozszerza się wokół zaczerwienienie, co zazwyczaj oznacza infekcję, to lepiej od razu szukać pomocy lekarskiej. A jeżeli, z jakichś powodów chcielibyśmy zmyć zaaplikowany klej, to możemy to zrobić acetonem. Zwykły zmywacz do paznokci wystarczy. Ostrzegam – będzie szczypało. Ale niegroźnie.

Oczywiście nie wyczerpałem tematu. Lecz w tym względzie literatury, również w internecie jest mnóstwo. Gdyby ktoś chciał sobie więcej poczytać, polecam bardzo fajny blog, gdzie konkretnie jest o tym sposobie radzenia sobie w sposób nieortodoksyjny.

https://morethanjustsurviving.com/super-glue-for-cuts

Oparzenie

A na koniec, bo weekend praktycznie się zaczyna; pogoda, jak na Majorce, a grille ruszą pełną parą, mała bezpłatna porada na dzisiaj: Pamiętajmy, że oparzenie, to nie tylko ten moment, kiedy dotknęliśmy czegoś naprawdę gorącego i krzyknęliśmy: – Auu! – lecz pewien dłuższy proces, w którym ciepło, lub ludowo gorąc, albo naukowo – energia, rozchodzi się powoli od miejsca sparzenia do dalszych obszarów. I musimy, tak szybko, jak tylko się da, przerwać ten paskudny i bolesny proces. Najprostszą i bardzo skuteczną metodą jest schładzanie oparzenia bieżącą wodą. I to nie przez krótką chwilę, tylko przez dobre parę minut, bo przecież to całe nagłe ciepło trzeba ciału odebrać i przenieść do cieknącej wody.
Jednakże zdecydowanie najlepszą metodą, by po paru piwkach przy grillu się nie poparzyć, jest użycie własnej kochanej małżonki.



piątek, 12 marca 2021

TOYAH O DYLETANTACH Jakimi dyletantami nie chcemy być

  


10 lat temu, jak widać w sierpniu 2012, z blogerem Toyahem, który później ujawnił się jako Krzysztof Osiejuk, gdzieś ze Śląska, nauczyciel angielskiego, bardzo utalentowany mistrz słowa, mieliśmy klasyczne relacje typu love&hate. Dokładniej, z mojej strony więcej love, a z jego - więcej hate.

Nie przyznawał się otwarcie do tego, bo to nie było w jego stylu (on zawsze był ponad wszystko), ale kątem oka śledził początki Klubu Dyleteantów. W końcu napisał o dyletantach. W miarę, jak to u niego uczciwie. Poprosiłem o zgodę na wykorzystanie jego tekstu. I on się zgodził. Tak to wyglądało (patrzcie jak się podlizywałem).

@Toyah

Dziękuję. Dotknąłeś błogiego mojemu sercu projektu. W tym co napisałeś nie ma ani jednego słowa z którym się nie zgadzam. By jednak to wszystko naprawić i przywrócić właściwe proporcje założyliśmy klub dyletanta - Ars Dilettanti.
O tym jest więcej w naszym manifeście: http://jazgdyni.nowyekran.pl/post/47278,klub-dyletanta-poczatek
Nie jest to żaden nowy pomysł,w XVIII wiecznym Londynie była to bardzo silna grupa ludzi, która wywarła wpływ na całą kulturę Anglii. Jak napisano: "The Dilettante Society or Dilettanti is a society of noblemen and scholars which sponsors the study of ancient Greek and Roman art, and the creation of new work in the style." Więcej jeśli ktoś jest zainteresowany tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Society_of_Dilettanti

Często tutaj u Ciebie Toyahu mówimy o odkłamywaniu słów i znaczeń. Mówimy o zapaści semantycznej. Zakładając klub myślałem właśnie o tym, by to nieustannie naprawiać. Nie o żadnym, głupim wymądrzaniu, ale o pokazywaniu głupich absurdów, jakimi jest przesiąknięta nasza rzeczywistość. Jak w Twoim artykule o Kubusiu Puchatku.
A dodatkowo jeszcze, nieco starać się podnosić poziom kultury.

Na przykład projektem, który jest żywcem zaczerpnięty z Twojego blogu, jest przygotowywanie podróży Dyletantów na Kresy. Na Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę.
Dużo też czerpiemy z Coryllusa i jego miłości do polskich dworów i szlacheckiej kultury. Warto to propagować, bo widać te siły, które chcą to zniszczyć, definitywnie wymazać.

Więc, będziemy się starali nie wymądrzać i postępować tak, byś w przyszłości nie miał rozterek, że dyletant to nie laik, ale też nie specjalista.

@jazgdyni
Zwłaszcza że ostatnio autentycznych specjalistów jakby wywiało. A ponieważ ludzie z pasją to przede wszystkim mordercy i oszuści, pozostają nam już tylko ci Twoi dyletanci.

@Toyah

Pozwoliłem sobie zalinkować ten tekst w Klubie Dyletanta. Jako lekturę obowiązkową.

Mam nadzieję, że wkrótce ponownie napiszesz coś tak fajnego u nas.

@jazgdyni
Ależ jak najbardziej. Mogę pisać choćby codziennie.

Tak więc mamy felieton Toyaha o Dyletantach


O dyletantach - głupich, głupszych i zawodowcach


Znaczenie słowa „dyletant”, jak każdy z nas pewnie wie, powszechnie traktowane jest jako pejoratywne. Dyletant to mianowicie niemal zawsze ktoś, kto się na danej kwestii nie zna, a jeśli zaczyna się nagle na jej temat wypowiadać, uznany zostaje automatycznie – i jak najbardziej słusznie – za osła. Są oczywiście dyletanci, którzy zdecydowanie się w pewnych sprawach nie orientują, tyle że zawsze potrafią wyprzedzająco wyznać, że wie pan, ja w tym akurat zakresie jestem całkowitym dyletantem, no i oni – naturalnie – za osłów uważani nie są. Tak się jednak składa, że, jeśli się zastanowimy nad faktycznym znaczeniem tego słowa, dojdziemy niechybnie do wniosku, że właściwie, bycie dyletantem nie musi być wcale czymś kompromitującym, nawet jeśli ów dyletant postanowi powiedzieć coś w temacie, co do którego jego dyletanctwo jest wręcz oczywiste. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że tak naprawdę dyletant to nie jest żaden cymbał, lecz ktoś, kto mimo braku wykształcenia w danej dziedzinie, dziedziną tą się pasjonuje i stara się ją systematycznie zgłębiać. To jest właśnie dyletant. I co w tym złego?
Co w tym złego, jeśli człowiek, poza swoim faktycznym wykształceniem, ma zainteresowania znacznie wykraczające poza to, co mu było dane poznać podczas wielu lat studiów i pracy zawodowej? Co złego w tym, że człowiek ma tych zainteresowań tak dużo, tak bardzo się stara zdobywać amatorską wiedzę – a jak czas i zdolności pozwolą, może i na w pół zawodową – w każdej dziedzinie, staje się dyletantem więc nałogowym? No chyba nic.
Przyznać jednak tu muszę, że dla mnie bycie dyletantem – nawet tym pozytywnym, a więc tym, który ze swoimi opiniami stara się nie wychodzić przed szereg – nie jest niczym bardzo sympatycznym. Ja oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś kto ma rozległą wiedzę na wiele różnych – często niezwiązanych ze sobą – zagadnień, to postać jak najbardziej pozytywna, tyle że moje dotychczasowe doświadczenie wskazuje na to, że tego typu ludzi raczej nie ma. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że zdecydowana większość z nas ma pewne pojęcie w jednej, maksymalnie dwóch dziedzinach, a co do reszty – róbmy i mówmy sobie, co chcemy, byle nie publicznie. Dlatego że przynosimy wyłącznie wstyd. Sobie i innym. No i bardzo, ale to bardzo, irytujemy.
Uważam, że bycie dyletantem – w tym tak zwanym, pozytywnym sensie – niemal nigdy nie jest kwestią faktycznych talentów, czy realnej wiedzy, ale tylko i wyłącznie charakteru i temperamentu. Jest bowiem pewien typ ludzi, którzy zawsze i wszędzie starają się coś powiedzieć, a robią to w taki sposób, by nikt nie miał wątpliwości, że oto dzieje się coś naprawdę ważnego. Miałem kiedyś kolegę, który z wykształcenia był polonistą, natomiast – poza tym że był, jak najbardziej, znakomitym poetą i specjalistą od języka polskiego na poziomie literatury i gramatyki – znał się świetnie na komputerach, muzyce, samochodach, samolotach, broni, historii wojskowości, i każdej innej, oraz na kinie. I nie znał się na tym wszystkim tak jak ja, a więc ktoś, kto jest w stanie powiedzieć, że ta piosenka jest świetna, a tamta jak każda inna, czy że komputer działa wolno, lub szybko, ale autentycznie zawodowo. Oglądał on na przykład debiutującego wówczas „Szeregowca Ryana” i doskonale wiedział, czy guziki, które jakiś tam żołnierz miał przy swoim mundurze, są autentyczne, czy oszukane. Słuchał wystąepu Jimmiego Page’a już tylko z Robertem Plantem i natychmiast ogłaszał: „Oooooo… cieniutko. Paluszki już nie chodzą tak jak kiedyś”. Poza tym, grał świetnie na gitarze, pisał fantastyczne wiersze, no i po angielsku „wymiatał”.
Jak mówię, dyletantów z ambicjami nie lubię. Źle się w ich towarzystwie czuję, wciąż się tymi ich popisami irytuję, a, co najgorsze, mam nieustanne poczucie, że to co oni mówią, tak naprawdę nie jest warte choćby funta kłaków. Oni wyłącznie robią wrażenie. Wyłącznie, wykorzystując nasz brak wiedzy, zaledwie się popisują, i nawet jeśli sami w tę swoją fachowość wierzą – to tak naprawdę za nią stoi jedynie ta ich wiara. Do tego stopnia nie podobają mi się owi dyletanci, że sam wręcz przesadnie lubię podkreślać wszędzie, że ja się tak naprawdę nie znam na niczym innym, jak tylko na języku angielskim i w pewnym ograniczonym zakresie – polskim. Nie znam się na ekonomii, nie znam się na prawie, nie znam się na medycynie, nie znam się na budownictwie i historii, a nawet na filmie i muzyce. Nie znam się nawet na polityce, a jeśli wciąż o niej gadam, to wyłącznie na zasadzie wskazywania palcem na tych co kłamią, kłamią i kłamią. Od zawsze. A do tego, jak wiemy, nie trzeba zawodowego przygotowania. Wystarczy podstawowa wrażliwość i chłopski rozum.
Niestety – z mojego punktu widzenia, niestety – tak zwana blogosfera stanowi tu miejsce zdecydowanie podwyższonego ryzyka. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale jest jakoś tak, że tu co druga osoba, to czystej krwi dyletant w tym własnie sensie, że wprawdzie z zawodu jest on czy to nauczycielem religii, czy studentem socjologii, czy może lekarzem, ale poza tą swoją skromną dziedziną, zna się absolutnie na wszystkim. A w związku z tym, gdzie tylko pojawi się jakiś atrakcyjny temat, on natychmiast przychodzi i pokazuje swoją jakże specjalistyczną wiedzę. Powtarzam – ja nie mam żadnego sposobu, żeby każdego z nich merytorycznie oceniać, bo sam w tych wszystkich sprawach jestem ciemny jak tabaka w rogu, natomiast kilka dobrych razów zdarzyło mi się, że próbowałem tego typu doniesienia weryfikować u tak zwanego źródła i nieodmiennie okazywało się, że tam zawsze coś mniej lub bardziej nie grało.
Weźmy wspomnianego wcześniej kolegę, który znakomicie grał na gitarze i znał owej gitary najdrobniejsze tajniki. Ja bardzo lubię zespół Led Zeppelin i kiedy słucham jak gra Jimmy Page – mimo że z niego najprawdopodobniej satanista taki, że biedny Nergal mógłby mu najwyżej przyrządzać ziółka – nieodmiennie się wzruszam. I oto ów kolega słucha już mocno podstarzałego Page’a kiwa pobłażliwie głową i mówi, że „paluszki nie chodzą”. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z niejakim Antymosem Apostolisem – gitarzystą w zespole SBB. No i zapytałem go o te paluszki. No i on mi powiedział, że to jest jakiś kompletny absurd. Nie ma takiej możliwości, żeby Page’owi przestały chodzić paluszki. Wręcz przeciwnie. Na starość chodzą mu lepiej. Ja nie mówię, że ten Apostolis to jakiś wielka gwiazda, no ale, jak by nie patrzeć, dyletantem nie jest. Zarówno na poziomie praktyki, jak i doświadczenia.
Ktoś powie, że to są takie przykłady, które ja mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, bo ani to poważne, ani reprezentatywne. Ja jednak przede wszystkim uważam, że to nieprawda, bo one są właśnie bardzo reprezentatywne. Reprezentują one bowiem pewien typ charakteru, który niektórym ludziom każe wciąż robić mądre miny i się nieustannie popisywać jakoś mniej lub bardziej fikcyjną wiedzą. To przede wszystkim. Jest jednak coś jeszcze. Otóż ja tak naprawdę zdążam do czego znacznie poważniejszego niż to, że wśród nas trochę za bardzo się panoszą tak zwani niedzielni specjaliści. Z nimi sobie zawsze jakoś poradzimy. Gorzej jednak jest z grupą dyletantów zupełnie szczególnego typu, a mam tu na myśli tak zwanych lewych profesjonalistów. I tu już nie mamy do czynienia ani z paroma szkolnymi kolegami, czy paroma znajomymi blogerami, ale całym tabunem naprawdę groźnych kłamców. A są to najróżniejsi profesorowie, filologowie, redaktorzy, ekonomiści, prawnicy, socjologowie, lekarze, literaci, muzykolodzy, filozofowie, aktorzy, muzycy… a wspólne ich imię to Legion. I wystarczy choć przez moment posłuchać tego co oni robią, co mówią, jakie są efekty ich wytężonej pracy, by zdać sobie sprawę, że tam to jest dopiero pustka! I wcale nie chodzi mi o to, że taki redaktor Gursztyn czy Ziemkiewicz nie znają się na muzyce, czy teatrze, ale że nie znają się na jak najbardziej swojej robocie. Nie chodzi o to, że ten cierpiący na ADHD gówniarz z TVN-u nie zna angielskiego, ale że nie ma pojęcia o tym, za co, jak by nie było, bierze pieniądze, a więc o ekonomii. Nie chodzi nawet o to, że literat Kuczok, czy Pilch to półgłówki, ale że są oni zwyczajnie złymi i nieciekawymi pisarzami. Można by zresztą wymieniać. Jak mówię – imię ich Legion. Oto przed nami cała masa tak zwanych zawodowców, którzy zostali tymi zawodowcami wyłącznie na takiej zasadzie, że gdzieś tam było wolne miejsce i ktoś ich tam wpuścił.
Wspomniałem nagle tego Gursztyna i chciałbym akurat o nim parę słów powiedzieć, w ramach pewnej swojej jednak kompetencji. Przyznam Odr razu, że nie wiem, czy on też, obok Ziemkiewicza i Semki, należy do tak – przez siebie głównie – zwanych „dziennikarzy niepokornych”, czy może dopiero tam aspiruje. W każdym razie nazwisko już ma, no i przede wszystkim pisze w prowadzonym przez owych rycerzy tygodniku „Uważam Rze”. W ostatnim numerze tego pisma ukazał się jego tekst poświęcony Grzegorzowi Schetynie, w którym oczywiście, ujawnia on największe tajemnice owej mafii, której dumną częścią Schetyna od lat już jest. Ujawnia sekrety tej mafii, tyle że z jakiegoś powodu wszystko to przedstawia najbardziej klasycznym plotkarskim tonem, zupełnie jakby nie opowiadał o przestępczej organizacji, która jakimś niefortunnym zbiegiem okoliczności położyła swoją łapę na całym wielkim narodzie, ale o biznesie, gdzie wiadomo przecież, że zawsze ktoś jest na górze, a kto inny na dole. A zatem mamy tam takie popisy dziennikarskiej retoryki jak „Czy znaczy to, że Tusk mu wybaczył i ułaskawił?”, „Donald uwierzył Angeli Merkel, że będzie dla niego miejsce w strukturach europejskich”, „Przeciw Schetynie stanie też Ewa Kopacz”, „Trzeba pielęgnować więzi w środowisku”, „Widać, że Rafał jest lojalny, choć Donald, mianując go szefem klubu, postawił go w rozkroku”, „Matejuk, policjant z Wrocławia, od zawsze był kojarzony ze Schetyną”, „Minister Budzanowski ma ważne zadanie: dokładnie wyciąć ludzi Grzegorza”… I tak dalej i zawsze w tym stylu. A kiedy w tym swoim reporterskim śledztwie, dochodzi wreszcie do momentu gdzie widzimy jak Jan Krzysztof Bielecki niszczy wpływy nielubianego przez siebie Schetyny, to mamy okazję poczuć niemal literaturę: „Najboleśniejsze straty Schetyna poniósł na zupełnie innym odcinku. Chodzi o urzędy i spółki Skarby Państwa obsadzone przez związanych z nim ludzi”.
Czy coś może z tego wynika? Czy Gursztyn może przedstawia nam jakieś wnioski? Czy może choć jednym zdaniem tworzy coś na kształt refleksji. Mowy nie ma! Choć, przepraszam – raz coś jest. Otóż w pewnym momencie okazuje się, ze całkowicie wbrew statutowi partii, Donald Tusk już od trzech miesięcy nie zwołuje zarządu krajowego partii. Przepisy każą mu go zwoływać co najmniej raz w miesiącu, ale tym razem wszyscy są zajęci czym innym. I wtedy oto właśnie red. Gursztyn pozwala sobie na zadumę: „Nikt jednak przez ostatnie trzy miesiące nie śmiał przypomnieć Tuskowi o jego obowiązku”.
A ja się zastanawiam, kogo Gursztyn – dziennikarz niepokorny – miał na myśli, mówiąc „nikt”. Wygląda na to, że ani siebie, ani żadnego ze swoich kolegów dziennikarzy. Oni w końcu mają swoją robotę i, jak widać, ona ich absorbuje po brzegi. A może mu chodziło o posła Halickiego, lub posłankę Pomaskę? No chyba też nie. W końcu cały artykuł Gursztyna jest o tym, jak oni wszyscy są zapracowani, jak jasna cholera. Myślę i myślę, i w końcu wychodzi na to, że jemu musiało chodzić o mnie. Zapaleńca i dyletanta – jednego z tych bałwanów, co się przejmują jak dzieci, zamiast rozejrzeć się za czymś w miarę pewnym. Jemu na sto procent musiało chodzić o mnie. To ja, zdaniem Gursztyna, powinienem pójść na najbliższą konferencję prasową Donalda Tuska i mu to wszystko wygarnąć. Żeby wiedział, jak wygląda społeczna kontrola władzy.
No i zatoczyliśmy, jak zwykle zresztą, koło. Zaczęło się od tego, że jesteśmy tacy beznadziejni i tacy marni, a na końcu i tak musimy dojść do wniosku, że czym wyżej, tym gorzej. I że zdecydowanie lepiej być nikim niż kimś. Szczególnie takim kimś.


Rzuciłem hasło - Dyletanci - ludzie zaczęli się zastanawiać...

czwartek, 11 marca 2021

G... i D... Zielony ład. A gdzie brązowy?

 

Niemcy to bardzo pomysłowy naród. Od wieków pełen uczonych, pełen wynalazców i pełen artystów. Generalnie – twórców.

Lecz mają również swoje słabości, których nawet specjalnie nie starają się ukryć. Tę słabość uważają to za coś naturalnego, a na dodatek przyjemnego.
Tak więc, dla postronnych narodów, stało się to jedną z ich charakterystycznych narodowych cech.
Nazwałem to zespołem G i D.

Nieco wstecz, chyba tuż po obaleniu muru berlińskiego, bo formalnie istniało jeszcze DDR i RFN, wczesną wiosną, chyba też w marcu, pamiętam mokrym i dosyć ciepłym, podróżowałem autem do Hamburga. Gdy minąłem Berliner Ring, gdzieś blisko Neuruppin, powiew wiatru dostarczył na autostradę i do moich nozdrzy straszliwy smród. Rany Boskie! Jak to śmierdziało. Zmieniłem wlot powietrza do auta na recyrkulację, ale nic z tego, bo smród już miałem w środku. No i, cholera, przewietrzyć nie mogłem. Mówię wam – masakra.
Po jakichś 50 kilometrach, zatrzymałem się na stacji benzynowej, by, jak to się mówi, rozprostować nogi i napić się kawy. Zapytałem się również sympatycznego pracownika stacji, co to za piekielny smród. On w pierwszej chwili zdziwił się, że ja się dziwię i coś paskudnego czuję, gdyż on ma to rokrocznie od dzieciństwa. Ironicznie stwierdził, że dla nich jest to zapach przedwiośnia. Ściśle określona i umiejscowiona sensoryczna sensacja, jak, powiedzmy, zapachy spod pachy.
No tak... Co kraj to obyczaj. Hindusi i Afryka przyrządzają sobie posiłek nad ogniskiem opalanym krowim, czy bawolim, wysuszonym łajnem.
Ale Niemcy, to Niemcy. Sprytniejsi i przemysłowi. Jak mi sympatyczny młodzieniec opisał, ich system kanalizacji jest taki, że osobno gromadzą i przechowują ludzkie odchody, potem je odpowiednio rozcieńczają i tymi perfumami użyźniają łany pól uprawnych. Pojąłem wtedy dlaczego mają takie wspaniałe szparagi i Kartoffeln.

Pomysłowość i ta nadprzyrodzona zaradność Niemców, by wykorzystać wszystko co się da, a nawet zrobić coś z niczego, jest niesamowita. Lecz czy godna zazdrości? Bo oni szybko zapalają się do nowatorskich pomysłów, a już za chwilę okazuje się, że to kompletna klapa. Jak z tymi wiatrakami na lądzie, od Alp po Bałtyk i Morze Północne, które teraz usiłują nam wciskać na siłę, jako używane, po szybkim demontażu u siebie. Albo z zabetonowaniem swoich rzek. Na szczęście nie wzięli się na poważnie za Odrę.

Lecz, przepraszam, że tak się wyrażę, gówniany temat nurtuje nację germańską od pokoleń.
Ci, co mieli dłuższy kontakt codzienny z naszymi zachodnimi sąsiadami, nie ważne czy profesor, czy rolnik, potwierdzą, że oni, choćby w strefie dowcipu, czy tak przez wszystkich ulubionych kawałów, mają wielkie inklinacje do tematu G i D. To chyba jedyne opowieści, które powodują, że śmieją się do rozpuku. A jeśli jeszcze ktoś przy tym, przepraszam ponownie, pierdnie, to wprost tarzają się i łzy radości ciekną im na szyję.
Takie wzmożone zainteresowanie się G i D, naukowo nazywa się skatologią, a badacze dosyć mocno wiążą to z pobudzeniem seksualnym, co z kolei nazywa się w tym psychologicznym slangu, parafilią.
Psychologia wieku dziecięcego, albo psychologia rozwoju, zauważa, że we wczesnych latach dzieciństwa, jest krótki okres, w którym następuje fiksacja na kwestiach analnych. Czyżby Niemcom, przez jakiś wybryk natury, czy skazie w DNA, ta fiksacja 5-latka pozostała na całe życie?
Raczej nie, to kwestia kulturowa. Może to tradycja, która akurat w tych niemieckich księstwach, utrwaliła się setki lat temu, na podstawie XV i XVI wiecznej literatury sowizdrzalskiej, która wówczas była tak popularna, jak dzisiejsze filmy o super bohaterach.
Kto to wie... Lecz fakt faktem. G i D, w kwestii szeroko pojętego humoru, rządzi Niemcami.

Lecz jak to pokazałem wcześniej z tym smrodem, który niemalże mnie zabił, Niemcy mają również praktyczne spojrzenie na G. Bo przecież – takie marnotrawstwo!

Policzmy sobie, usiłując podążać za wielkimi niemieckimi matematykami.
Na wstępie tylko dodam, że wszystko to jest oparte na faktach. W dużej merze naukowych.
Naród niemiecki liczy dzisiaj (2019) 83 miliony. To w samym RFN, bo podobno na całym świecie aż 170 milionów (łoł!).
Jak twierdzą lekarze proktolodzy (specjaliści od G i D) przeciętny człowiek, biorąc średnią pewnej zbiorowości, wydala około 0,5 kilograma odchodów. Wiadomo też, że 75% stolca, to woda. Lecz pozostaje 25% procent fantastycznej i pożytecznej biomasy.
No więc policzmy sobie, zakładając dla uproszczenia, że tej suchej kupki jest tylko 10 deko, czyli 0,1 kg. A to jest dzień w dzień prawe 10 tysięcy ton!
Były kiedyś u nas takie statki nazywane dziesięciotysięczniki. I potwierdzam – to były duże statki. Więc w roku 365 pięć statków klasy G. Kupa wartościowego towaru.

Wiem, że Niemcy w laboratoriach i nawet instytutach, w tym temacie intensywnie pracują. Lecz nie wiem, choć wiemy, że są bardzo pomysłowi, lecz równocześnie nieprzewidywalni, więc wszystkich mogą zaskoczyć, co będzie produktem ostatecznym.

Tak sobie kombinuję, a moja wyobraźnia nigdy nie osiągnie germańskich szczytów (wiadomo – Polak podczłowiek) i wychodzi mi, tak na prędce, że mogą to wykorzystać i przerobić na dwa sposoby:

  • Zastosować to jako nowe paliwo wysokoenergetyczne. Paliwo zielone (brązowe, brązowe...), paliwo odnawialne i powszechne. Dokładnie paliwo BIO! Tona paliwa G, to co najmniej 100 ton paliwa z trzciny i sprasowanego siana. I w odróżnieniu od wiatraków pracuje regularnie każdego dnia. Czy to nie pasjonujące?
  • Przerobić suchą masę na żywność. I to jaką! Jednocześnie VEGE i BIO. Już widzę te McDonaldsy i foodtracki sprzedające pyszne vegeburgeryG. Z sałatą, krążkiem cebulki, plastrem pomidora i z majonezem ze ślimaczego śluzu (obecnie ma na niego monopol przemysł kosmetyczny). I te kolejki po te pyszności.

No dobrze... zaraz mi tu jakiś tradycyjny maruda powie, że co nas to obchodzi. Niech sobie Niemcy jedzą nawet G, lecz my, Polacy, nadal wybieramy kotleta, czy golonkę. Czyżby?! Jak długo? Już niemiaszki potrafią nas przydusić tak, byśmy poszli ich śladem. Nie za pomocą panzerfaustów, tylko kolorowych tygodników, portalu onet.pl i klonów, oraz kolejną Paradą Równości Pokarmowej.
Jak to napisał niezapomniany Wojciech Młynarski:

Ludzie to lubią, ludzie to kupią.
Byle na chama, byle głośno, byle głupio...

.

poniedziałek, 8 marca 2021

Elity jakie mamy dzisiaj

 



Parę dni po tym apelu w sierpniu 2011 roku napisałem nieco ironiczną ocenę ówczesnego stanu faktycznego. Mam wrażenie, że przez te 10 lat, niewiele się zmieniło.

Dziesięć lat minęło (!!!) a prawdziwych elit, jak nie było, tak nie ma.

Tak się dłużej nie da. Państwo i społeczeństwo tego nie wytrzyma. TVP z rozpaczą i na siłę usiłuje wylansować kogoś, którego większość darzyć będzie prawdziwym szacunkiem, a na dodatek go lubić. Udaje się to szczęśliwie ze sportowcami – Lewandowski, siatkarze, Kamil Stoch... Tylko... to gwiazdy sportu, żeby nie nazwać ich tym okropnym słowem – celebryci. I pamiętam też, jak namówiono biednego Grzegorza Lato, by został politykiem. Eeech...



Co ludzie dzisiaj widzą jako elity? Jak część narodu jest w to zapatrzona i daje się omamiać. Obawiam się, że znaczna.

No dobrze, złamałem się. Niech jeszcze coś będzie o elitach.

A konkretnie o neo-elitach. Co to jest? To ci, których smrodek dolatuje do nas codziennie, bo ocieramy się o nich wszędzie.



Bo też wszędzie oni są. Jak wspomniałem jest to układ hierarchiczny, rozciągający swoje macki od poziomu gminy Szemud, po najdroższe apartamentowce stolicy i posiadłości, praktycznie rozsiane po całym kraju (jedno drugiego nie wyklucza; nierzadko dobra posiadłość w Kujawsko – Pomorskim idzie w parze z apartamentem w najbardziej pożądanym domu w Warszawie.

Zazwyczaj, na tym podstawowym, najniższym poziomie, neo-elitę stanowi lokalna grupa przekrętów. Aby te przekręty dawały zyski koniecznie w takiej grupie musi być członek lokalnej władzy – wójt, starosta, sołtys, czy co tam jeszcze. Po prostu musi być styk państwowe – prywatne, bo tam są konfitury. Warto dodać, że ten miejscowy przedstawiciel władzy często nie jest członkiem neo-elity, a tylko aspirantem. Z reguły im bardziej się stara, tym dłużej odsuwany jest na bok. Musi w tej grupie być paru lokalnych biznesmenów, gdyż to oni wypracowują zysk i nadają ton. Jak na przykład wspomniany już przeze mnie Król Karkówki z Kartuz. Te dolne elity są nieliczne. O to właśnie chodzi. Tak ma być, bo dwóch, trzech jest w stanie rzucać światło na swój teren, a jak by było za dużo to istnieje niebezpieczeństwo tworzenia się chaosu i rozbisurmanienia się ludu.

Za to wkoło jest całe mnóstwo aspirantów przebierających nogami i usłużnych, którzy, za uścisk lub poczęstowanie jakimś nienormalnym świństwem (whisky, koniak, cierpkie, czerwone wino, kto to widział? słodkie przecież o niebo lepsze!), podejmują się czynienia drobnych uprzejmości.

Najważniejsze natomiast jest to, że przynajmniej jeden z tej grupy (to sytuacja optymalna) ma, jak to w układzie hierarchicznym, zaczepienie, kontakt z kimś z neo-elity wyższego szczebla. Im wyższego, tym lepiej. Bardzo dobrze, gdy wojewódzkiego, a równie dobrze, gdy centralnego. Jest to warunek obowiązkowy.

Chyba modelowym przykładem takiej struktury, jest były i niebyły pan senator Stokłosa. On w tym pilskim był (i jest?) jednoosobową wyrocznią, panem życia i śmierci, a jego wspaniała małżonka, jest jak żona cesarza (z wszystkimi tego atrybutami, z wyjątkiem urody, niestety). Umocowania w stolicy pozwoliły mu spokojnie przetrwać ciężki okres, gdy listy gończe fruwały po całej Europie.

Szczebel wyżej jest podobnie. Niekoniecznie więcej pieniędzy, ale więcej władzy. Styl jest też nieco inny, ale o tym napiszę osobno. Na tym poziomie zaczynają dominować poważne zawody: prawnicy, których kancelarie obsługują, banki i biznesmenów, bankowcy, którzy decydują, czy dać zarobić kancelariom i biznesmenom i biznesmeni, którzy dają z kolei zarobić kancelariom i bankom. Dla kolorytu jest jakiś niemłody pisarz z mądrą twarzą, lub choćby z piękną siwą brodą, jak na przykład pan Chwin. Jest paru dziennikarzy i dziennikarek, którzy ładnie potrafią opisać i zaprezentować swoją neo-elitę i ogólnie stwarzają odpowiedni, miły i ciepły klimat. Tutaj już możemy mówić o grupie kilkudziesięciu osób. Oczywiście, wszyscy razem dobrze się znają, razem bywają, są na ty, (ale nie przed kamerami) i mają wspólne upodobania, (ale o tym później).

A politycy? Z nimi to raczej różnie. Częściej nie są stałymi członkami elit (wiadomo – wybory); często dostają pozycję leszczy, ci z ambicjami robią za aspirantów, którym czasami starszyzna pozwala ogrzać się przy ognisku.

I tak krok po kroku idziemy do góry, aż dochodzimy do stolicy. I tutaj role się nieco odwracają. Prym w neo-elitach zaczynają wodzić politycy, urzędnicy wysokiego szczebla, oraz dziennikarze pewnych, wybranych tytułów prasowych i stacji telewizyjnych.

I po raz pierwszy celebryci. Ich istnienie na niższym szczeblu jest tylko etapem przejściowym i nie ma sensu, oprócz spotykania się w klubie na Monciaku w Sopocie. Ale tylko po to by móc się wywindować do celebrytyzmu ogólnopolskiego.

Jedynym chyba wyjątkiem w tej grupie jest Kuba Wojewódzki, który aspiruje do bycia celebrytą krajowym, a jest tylko powiatowym (taki dziwny paradoks).



Centralna neo-elita rulez!

Wyciąć kawałek lasku pod kolejkę linową? Ależ proszę! Wybudować ekskluzywne osiedle w jedynej w Europie, tak dziewiczej puszczy? Ależ proszę! Kupować latające barachło o nazwie Embrayer? Oczywiście! Proszę bardzo. Zrujnować poetę, typa jednego, który, cham jeden, nas wyzywa, a w dodatku ma, bezczelny, dobre pióro i poklask motłochu? Nie ma sprawy!



Zrobić i załatwić można wszystko. Pod jednym warunkiem – tylko dla siebie i swoich ludzi.

Dla narodu? Dla Polski? Jaja sobie robicie?! To nie ma sensu i co ja z tego będę miał?

Więc dla Polski i narodu wszystko leży. No może tylko neo-elita chętnie zamiast autostrad i kolei wybudowałaby duży płot, który, w pizdu …, trzymałby motłoch po drugiej stronie.

A najchętniej na kanapie przed telewizorem i niech znają łaskę pana, z pilotem, bo teraz już wszystkie kanały są nasze.



Krótko na koniec: neo-elita nie jest prawdziwą elitą narodu. Wszystko, co robi, robi tylko we własnym interesie. Owszem, starają się narzucać styl, kreować trendy, decydować, o czym się mówi, co się czyta i co ogląda. Lecz dodam raz jeszcze – tylko i wyłącznie we własnym interesie.



Naród generalnie im przeszkadza i mają go w dupie.





JK

piątek, 5 marca 2021

Elity potrzebne od zaraz

 



Dziesięć lat minęło, kiedy napisałem ten tekst, rozmyślając, co Polska najbardziej potrzebuje. Teraz nieco go uaktualniłem, usuwając niepotrzebne dygresje do roku 2011.

Wydaje mi się, że felieton niewiele stracił na aktualności. A może nawet jest jeszcze gorzej.





Polska nie ma elit. Tak zwane salony warszawki czy krakówka, to grupy uzurpatorów sprzedających kit ciemniakom. Ale z pretensjami do bycia elitami. Co za bzdura!

Cóż to takiego są te elity we współczesnej Polsce? Kim są ludzie, którzy sprawują, albo przynajmniej chcą sprawować rząd dusz? I dlaczego mamy właśnie takie środowiska opiniotwórcze, bądź w zamyśle opiniotwórcze.



Pofolguję sobie i powiem poetycko, że społeczeństwo bez elit jest jak łódź, ciemną nocą, u skalistych wybrzeży, bez żadnej latarni na widnokręgu.. Po prostu miota się i łatwo może pójść na dno. To samo ją czeka, gdy na skalistym wybrzeżu płoną fałszywe latarnie, zapalone właśnie po to, by tą nieszczęsną łódź (społeczeństwo) sprowadzić na manowce.

Takie fałszywe latarnie, czyli samozwańcze elity, płoną właśnie teraz w Polsce.



Ktoś może się oburzyć i stwierdzić – elity to elity, jakże mogą być „samozwańcze”? Ja jednak twierdzę, że takimi są i postaram się to poniżej wyjaśnić.



Kiedyś, przed wiekami, (ale nie tak dawno, jak by się wydawało) sytuacja była niezmiernie prosta. Istniała struktura wybitnie zhierarchizowana, piramidalna wręcz na danym terytorium:

władca – dwór – arystokracja – szlachta, bądź rycerze, czy inni panowie – i na dole, szeroką ławą – lud. Były okresy, gdy jeszcze niżej byli niewolnicy, ale tutaj możemy to pominąć.

Elitarność, czyli zdolność do narzucania opinii, tworzenia wzorców, jak i również marzeń, co do wspinania się do góry, była absolutnie zawężającym się kręgiem i co oczywiste, punkt centralny stanowił władca – król, cesarz, czy inny monarcha, będący arbitrem absolutnym.

Elitaryzm stanowił układ społeczny, którego celem było znalezienie się w jak najwyższym i zarazem najwęższym kręgu i pilne strzeżenie, by nikt inny, w łatwy sposób do tego kręgu nie dołączył.



Co ciekawe, pieniądze, również tak stare jak ten hierarchiczny układ, nie stanowiły przepustki do wybranego kręgu elity. Żydowscy bogacze, od których niejeden król chętnie pożyczał pieniądze, byli w głębokiej pogardzie i niezmiernie rzadko stawali się członkami elit. Jeszcze gorzej było z tymi, których dzisiaj nazywamy artystami. Chociaż pod koniec nieco to się zaczęło zmieniać. Za to zupełnie inaczej było z myślicielami, albo jak byśmy dzisiaj powiedzieli, naukowcami (i pseudonaukowcami też). Często wchodzili do elit swoich czasów. Ba, lecz równie często ci właśnie myśliciele byli zwariowanymi arystokratami albo ekscentrycznymi szlachcicami, więc nic w tym dziwnego.



Wszystko to niestety się rypnęło we Francji, za Rewolucji, gdy na sztandary wpisano te głupie słowo „egalite” i od tego czasu, w erze nowożytnej zaczęły powstawać tylko różne paskudztwa, jak: socjalizm, komunizm, faszyzm, neoliberalizm, geizm (mój patent – choć znaleźli sobie naukowe słowo - gender)) i jeszcze inne, równie paskudne – izmy.

Muszę tu stanowczo zaznaczyć, że powstały egalitaryzm nie ma nic wspólnego ze starogrecką demokracją. Tam istniał system autorytetów i elit. A prymitywny egalitaryzm elity zniszczył, a w pustce po nich zaczęły wyrastać zrakowaciałe potworki, jak np. zjawisko celebrytyzmu (lub jak by było właściwiej z punktu widzenia psychologii – cele-debilizmu), albo "eksperci TVNu".



Po tym okresie, różnie to bywało z elitami oraz tworzeniem się nowych elit. Na przykład w Wielkiej Brytanii do dzisiaj niewiele się zmieniło w tradycyjnej strukturze elit. Może tylko częstsze nadawanie tytułów szlacheckich piłkarzom i aktorom, którzy zastąpili sławnych piratów, czy innych zamorskich grabieżców (oczywiście, gdy dzielili się łupem z koroną).

W Stanach Zjednoczonych początkowo sprawa była jasna – elity stworzyli tzw. „ojcowie pielgrzymi”, generalnie przybysze na statku Mayflower. Dołączyli do nich później „ojcowie założyciele”, czyli pierwsi przywódcy Stanów, twórcy konstytucji i całego systemu.

Jeszcze dzisiaj, przynależność do którejś z tych rodzin nobilituje człowieka automatycznie. Fakt, z reguły z takimi rodami związane są także duże pieniądze. Te pieniądze w USA miały duże znaczenie w przynależności do elit. I to nieważne często, jak zdobyte. Takim klasycznym przykładem jest rodzina Kennedych, gdzie ojciec Joseph zdobył fortunę na szmuglu alkoholu w czasach prohibicji, a już synowie zrobili wspaniałą karierę polityczną, z prezydenturą USA włącznie. Obecnie sprawa z amerykańskimi elitami jest nieco bardziej skomplikowana. Można przyjąć, że nie ma jednego centralnego ośrodka opiniotwórczego.

Jest Wschodnie Wybrzeże z Waszyngtonem, Nowym Jorkiem, Bostonem i Filadelfią. Jest Kalifornia z Los Angeles i San Francisco i jest reszta Stanów.



W takiej Szwecji natomiast Rewolucja Francuska i egalitaryzm spowodował, że praktycznie nie ma w pełni wykształconych elit. Jest sporo autorytetów w różnych dziedzinach, ale praktycznie wszystkie środowiska są otwarte i każdy, jak się wykaże, to staje się osobą opiniotwórczą. I to, mimo, że jest król i dwór.



Polska miała szerokie i mocne elity. Podstawą była dość szeroka szlacheckość i o czym pisał Coryllus, rozproszona struktura dworów szlacheckich, jako centrów skupiających i regulujących życie na danym terenie. W XVIII wieku powoli część szlachty, nierzadko zubożała, zaczęła tworzyć elity intelektualne. Wielu szlachciców zostało zmuszonych, przez wypadki dziejowe do zdobywania wykształcenia i podejmowania pracy. Tak powstały silne grupy naukowców, lekarzy i inżynierów. Także wykształconych administratorów. Obok szlachty, grupą, która dobrowolnie starała się zdobywać wykształcenie byli polscy Żydzi.



No i gdzież jest ta polska elita, lub polskie elity?



Skutecznie rozprawili się z nimi Hitler i Stalin.

Zdawali sobie świetnie sprawę z tego, co napisałem na początku – naród bez elit jest jak ta łódź nocą, na wzburzonym morzu bez światła brzegowej latarni.

Listy proskrypcyjne polskich elit, nawet tych w najniższym stopniu lokalnych były przez Niemców przygotowywane na długo przed II Wojną. I gdy wojna wybuchła rozpoczęło się wielkie zabijanie. Weźmy tylko trzy przykłady, z którymi czuję się osobiście związany: mordy i egzekucje, z dnia na dzień, profesorów, uczonych i ich rodzin w Krakowie i Lwowie; bestialskie mordowanie całych rodzin ziemiańskich, nauczycieli, administracji, księży i policji na Grodzieńszczyźnie i zagładę wszystkich prominentnych mieszkańców Gdyni, zabitych w pobliskich Lasach Piaśnickich, albo w Konzentrationslager Stutthof.

To była pełna premedytacja, naród polski bez elit, to będzie bezwolne stado niewolników.

Nigdy nie uda się zniszczyć wszystkich. Ale to, czego Hitler nie zdołał wykonać w 100 procentach, starał się kontynuować Stalin, od razu po zakończeniu wojny.

No i stało się. Poprzez zbrodnicze działania dwóch tyranów, morderców przerwana została ciągłość historyczna polskiej tradycji, myśli i patriotyzmu, której nosicielami były narodowe elity. Niedobitki, które przeżyły po tych makabrycznych czasach, nadal były ciężko zastraszone, bo przez lata komuny polowanie wcale się nie zakończyło.

Próżnia nie może istnieć, więc rosyjskie władze okupacyjne przywiozły, dosłownie na tankach, swoje elity – różnych tam Bermanów, Bierutów, Cyrankiewiczów czy Jaruzelskich.

Cel był jeden, ustanowić całkowicie nowe centra decyzyjne i opiniotwórcze i w żadnym wypadku nie dopuścić do odrodzenia się ciągłości historycznej polskich elit przedwojennych.

Jaka jest różnica między tymi „starymi” elitami, każdy myślący widzi na pierwszy rzut oka. Wybudowanie portu i miasta Gdyni zajęło ministrowi Kwiatkowskiemu Przed wojną z Gdyni do Warszawy jeździła popularna „Luxtorpeda”. Potrzebowała na podróż około 3 godzin. Teraz niemalże po 100 latach, potrzeba, na tym samym dystansie tyle samo.



Nowe elity, które mają ludziom do zaoferowania tylko kulturę grilla, piwa i Tańca z Gwiazdami są tak marne, że bezprawnym jest wobec nich używanie pojęcia elita.

One zostały zastąpione przez wszechobecne Układy. System, który czuwa nad wszystkim, uważa, że elity w starym stylu są niepotrzebne. Jak trzeba ludziom dać jakiś autorytet, to podsuwa się naprędce skleconego celebrytę, fałszywego do szpiku kości, jak chociażby pana Hołownię.



W takiej sytuacji nic dziwnego, że 50% ludności nie chce głosować.

Ciągłość historyczna została przerwana i nie można mieć nowych, dobrych elit stworzonych na zasadzie castingu.



Autorytet i szacunek to coś, co albo się ma, albo nie ma. A kupić tego nie można.





PRODUCENT SMRODU

 

 
Jak myślicie – kto produkuje ten smród?
Widzimy tylko lokajskich wykonawców, którzy ten gnój rozrzucają, aby ochlapać tego, który nagle staje się dla producenta niebezpieczny.
 
Kogo to już tak nie załatwiono przyklejając mu g. do twarzy...
Pamiętacie jak w 2001 roku w taki sposób, kierując smród na Romualda Szeremietiewa, wówczas wiceministra Obrony Narodowej, wyrzucono go w niebyt, na śmietnik historii. Jak sam mówi – został "Opluty, Zaszczuty, Skompromitowany(link is external)(link is external)"Słynna akcja zatrzymania promu do Szwecji "Rogalin" na środku Bałtyku i komandosi aresztujący asystenta wiceministra.
A wszystko było prowokacją ówczesnych służb specjalnych.
Lecz kto wydał polecenie i kto wyprodukował ten smród, by zniszczyć dobrego człowieka, nie wiemy.
 
Tak, czy inaczej, w obecnie wprowadzanej post-kulturze, choć bardziej adekwatnym określeniem jest anty-kultura, każdego można zgnoić. Nawet świętego.
 
 
Wprawdzie wytwórcy smrodu działają na całym świecie, a sama metodyka działania w ten sposób, pomijając historyczne pamflety i paszkwile, które wspaniale rozkwitły w dobie Oświecenia, często nazywanym wiekiem "rozumu" (ha, ha), gdzie przeróżne mądrale nazywający siebie filozofami, wprowadzali takie idee jak indeferentyzm, czy naturalizm, została rozwinięta i skatalogowana, w państwie barbarzyńskim, czyli w Rosji, przez carską Ochranę, a potem jeszcze udoskonalona przez Czeka.
Więc ja twierdzę, że metodę obrzucania wrogów, czy choćby przeciwników gnojem, wprowadzili na wyżyny życia społecznego komuniści, a dokładniej bolszewicy.
A dzisiaj, gdy kłamstwo zwycięża z prawdą, szubrawcy z ludźmi przyzwoitymi, tę metodę walki smrodem kontynuują europejscy i polscy lewacy i "liberałowie", którzy, chyba już nikt nie ma wątpliwości, faktycznie są kryptokomunistami – ruchem neo-bolszewii, gdzie ideowym wodzem nie jest już Karol Marks, tylko Altiero Spinelli.
 
Czy ktoś uważa, że producentem smrodu, który właśnie poinstruował polską, nędzną opozycję, że ma codziennie skakać do gardła demokratycznej władzy, jest Donald Tusk? Gdzież tam. To leszcz. Nędzny leszcz. Dla mnie to lokajski psychopata, który już otwarcie działa w interesie Niemiec i przeciwko Polsce. Własnej inicjatywy nie ma. On posłusznie wykonuje polecenia. Ponieważ ma wredny charakter, jest mściwy i paskudny, to rozrzucanie gnoju przychodzi mu łatwo.
Za to właśnie, co w sumarycznym rezultacie jest szkodzeniem Polsce, jest on doceniany przez swoich mocodawców.
 
Więc może w fabryce smrodu kluczową rolę odgrywa bezpośredni mocodawca polskiego ex-premiera, pani kanclerz Niemiec Angela Merkel?
Nie sądzę, żeby ta przywódczyni, której kariera usiana jest rozlicznymi błędami i wpadkami (chyba najgorsza jest akcja Wilkommen) była motorem napędowym i siłą inicjującą niszczenie ludzi. Owszem, zapewnia odpowiednie środki, nie oglądając się nawet na pozory przyzwoitości.
Wysłany przez nią do Polski ambasador, Arndt Freytag von Loringhoven jest dla strony polskiej tak wątpliwym kandydatem z powodu swoich powiązań ze służbami bezpieczeństwa ( do 2010 roku był wicedyrektorem niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej (BND) ), oraz z powodu możliwości udziału w medialnych atakach na władze RP w czasie wyborów prezydenckich, że ten autentyczny baron z przodkami, bohaterami Wermachtu II WŚ, już ponad miesiąc czeka na tzw. agrément, czyli zgodę, bo to strona polska decyduje, kto tutaj może zostać ambasadorem. Do tego czasu jest tylko zwykłym turystą.
Angela Merkel też jest tylko figurantką na niemiecki sposób ( zu Befehl! - wedle rozkazu). Dobrze wytresowana w komunistycznym DDR, świetnie pasuje do pruskiego bizancjum, która to cywilizacja dominuje w Niemczech.
No dobrze, lecz kto w takim razie wydaje jej te Befehle by szczuć i niszczyć różnych niewygodnych oponentów lewackiej Europy?
Przecież nie, powiedzmy, Frans, a dokładniej Franciscus Cornelis Gerardus Maria Timmermans, zatwardziały ukryty bolszewik, który nienawidzi dwóch milleniów cywilizacji łacińskiej, co powoduje, że agresywnie zwalcza konserwatywnych tradycjonalistów w Unii Europejskiej, w konkretnym przypadku rządy Orbana i Kaczyńskiego. To także zwykły leszcz, dobrze przeszkolony w czasie swojego długiego pobytu w Moskwie.
 
 
Tu mała dygresja – nie zajmuję się w tym felietonie zorganizowaną, państwową, czy rasową nagonką na Polskę. Wystarczy powiedzieć, że w niszczeniu naszego kraju en bloc, politycznie, ekonomicznie, historycznie i wizerunkowo odwiecznie i nieustannie działają Niemcy i Rosja. A po drugiej wojnie dołączyli do tych naszych wrogów, amerykańscy Żydzi. Tylko ta ich emocjonalna nienawiść i pogarda wynika z czystego biznesu.
 
Wracając do tematu producenta smrodu, który poza wspomnianym ministrem Szeremietiewem, zniszczył takich symbolicznych ludzi, jak Antoni Macierewicz, czy śp. Profesor Jan Szyszko, oraz nadal usiłuje dobrać się do skóry Zbigniewowi Ziobro i Mariuszowi Kamińskiemu, a jest także ciągły mafijny wyrok na prezydenta Dudę i premiera Morawieckiego, pewnie wielu podejrzewa, że za tymi aktami bandyckiej dintojry, czy sycylijską vendetty, stoi zidiociały 90 letni starzec, na nieszczęście miliarder, George Soros.
Mimo wszystko ja wątpię, żeby to on był na samym szczycie tej parszywej plejady zwyrodnialców. Tam ponad nim są niestety jeszcze inni. I bogatsi i silniejsi.
 
Więc kto? Tego niestety nie wiemy.
 
Nie wiemy nawet, czy istnieje jeden, scentralizowany "ośrodek dowodzenia", czy wedle nowoczesnych metod zarządzania i dowodzenia, jest to struktura rozproszona.
I nie można w tym wypadku poszukiwać, tych producentów/producenta smrodu według kasjuszowskiego dogmatu cui bono, bo nie ma tu ani ukrytych motywów, ani konkretnej osoby, lub grupy odnoszącej korzyść z tego gnojenia. Bo jest to czysta destrukcja w imię ideologii nowego porządku. Tak, jak palenie kościołów.
Analogicznie jest z sentencją - is fecit, cui prodest - ten jest sprawcą przestępstwa, komu przyniosło korzyść.
 
Wielu z nas usiłuje spersonalizować tych na szczycie rewolucji cywilizacyjnej, związanej z destrukcją, którą obserwujemy i jak chyba słusznie sądzimy, jest upadkiem cywilizacji łacińskiej, w całym szerokim kontekście, czyli cywilizacji "białych", którzy opanowali cały świat, albo inaczej – cywilizacji europejskiej, która była i nadal jest kolebką i wytwórczynią wszystkiego, co nas otacza, oraz zdecydowała, jak dzisiaj żyjemy.
Wymienia się tutaj amerykański duet R+R, czyli rody Rothschildów i Rockefellerów, amerykańskie klany miliarderów, może obecnie nie najbogatszych (ale kto to wie), lecz ugruntowanych swoją stuletnią tradycją.
Wiadomo też jest, że tym najbogatszym na świecie, szczególnie nuworyszom, mąci się w głowach i opanowuje ich mania wielkości tak potężna, że nagle czują, iż są w stanie zmienić cały świat. R+R to nie tylko dwie rodziny, bo dołączają do nich im podobni super – bogacze. A jest to zjawisko ironiczne, patrząc na ideologię Marksa - bogate burżuje zostają komunistami.
Inni szukają wpływu urzędującego dzisiaj "demona zła" – prezydenta Rosji Putina. W pewnym sensie niebezzasadnie, gdyż jego wpływ na politykę europejską, na instytucje Unii Europejskiej, czy poszczególne państwa, w tym najsilniejsze – Niemcy i Francję, jest bezdyskusyjny.
 
Lecz znacznie więcej zwolenników mają sugestie, że za tą hybrydową, neokomunistyczną rewolucją na świecie, więc także za "fabrykę smrodu", odpowiadają różne, nieformalne organizacje, często zasłonięte kurtyną tajemniczości.
Spotkania takiej Bilderberg Group ochraniają niemal zawsze tysiące policjantów i ochroniarzy, i to w takim stopniu, że nad terenem spotkań zawiesza się ruch lotniczy, a tym bardziej nie wolno latać helikopterom i dronom.
Natomiast z USA przypłynęła teoria o istnieniu "deep state" – głęboko zakamuflowanej i potężnej władzy, decydującej o wszystkim na świecie.
Nie należy zapomnieć o niezachwianej wierze niektórych ludzi w potęgę i wszechmoc masonerii. To ma pewien rys historyczny, bo masoni kiedyś byli o wiele silniejsi i rys dziecięcej tajemniczości związanej z tajnymi rytuałami, obrzędami, strojami, inicjacjami, czy poziomami wtajemniczenia.
Także obecnie poprzez tajemniczość Kabały i jej ukrytych znaczeń, za światowych manipulatorów uważani przez niektórych są Żydzi. Co nie wyklucza faktu, że Żydzi kochają manipulować i starają się coraz bardziej.
Tego typu poglądy na temat źródła i przyczyn obecnej niestety rewolucji kulturowej biorą się głównie z dziecięcej fascynacji mistycyzmem. Baśnie i legendy są przecież tym przepełnione. A potem historia ludzkości podrzuciła nam doniesienia i relacje w tym fascynującym temacie: Arka Przymierza, Święty Graal, Różokrzyżowcy, Templariusze, Iluminaci. Można na kultywowaniu tych marzeń grubo zarobić, co udowodnił pseudo-naukowiec Erich Deniken, pisarz Dan Brown z nakładem swoich wydanych książek na poziomie 200 milionów, Czy twórcy filmów z Indiana Jonesem, jak "Poszukiwacze zaginionej Arki".
Bo przecież we wszystkich z nas jest zawsze też małe dziecko. A u niektórych jest wyłącznie małe dziecko.
 
Tylko to nam nie odpowiada na tytułowe pytanie – kto zarządza przemysłem smrodu.
Kto niszczy ludzi, by na końcu, jak to powiedział Szeremietiew – być do końca życia - Opluty, Zaszczuty, Skompromitowany.
Kto przeprowadza rewolucję, a jak dotychczas, żadna rewolucja nie przyniosła nic dobrego, aby cywilizację łacińską zniszczyć wraz z fundamentami – prawdą, dobrem i sprawiedliwością.
 
 
Jako konserwatysta i to najgorszego sortu, bo tradycjonalista, uważam, że powinniśmy robić wszystko, by nie dopuścić, by cała ta anty-kultura zwyciężyła.
I jak będzie trzeba, ich rewolucji przeciwstawić naszą kontrrewolucję.
 
To przeszłość, tradycja spowodowały, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Nasze dzieje – zwycięstwa i porażki. Tego nie można ot tak, uciąć i wyrzucić. Próbował Lenin, próbował Hitler; a także, Mao, Castro, czy Pol Pot. Jedyne co z tego wyszło, to ludzkie tragedie, chaos i nieszczęście.
Ma się to ponownie powtórzyć?
 
Pięknie o konieczności powiązania życia z tradycją napisali w przedmowie do "Zwrotnice dziejów", profesor Andrzej Chwalba oraz dziennikarz i publicysta Wojciech Harpula:
 
Zależność "dziś" od "wczoraj" jest oczywista, zarówno w przypadku jednostek, jak i zbiorowości – ze wspólnotami narodowymi na czele. Naród nie może istnieć bez pamięci o czasie minionym. Może się ona sprowadzać do podręcznego zestawu skojarzeń i symboli, w które każdego obywatela wyposaża system edukacji. Ale może też przybrać formę dojrzalszą – budzącą pokorę wobec historii świadomość, że wszystko, co się zdarzyło nam, Polakom, podczas wspólnej drogi przez stulecia, jest aktualne także dziś i przejawia się na setki sposobów. Wzorce życia publicznego, jakość funkcjonowania instytucji państwa, dominujące typy relacji społecznych, postawy wobec określonych systemów wartości, formy odbioru i przetwarzania trendów kulturowych, metody organizowania przestrzeni, stopień rozwoju gospodarczego, czy gęstość sieci drogowej i kolejowej – to wszystko (i wiele więcej), co składa się na naszą codzienność, jest w dużej mierze takie, a nie inne, ponieważ dawno temu wydarzenia potoczyły się tak, a nie inaczej.
[...]
Wszak każdy historyk zgodzi się, że jeśli nie zrozumiemy dobrze naszej przeszłości, nie mamy szans na to, by zrozumieć siebie ani dzisiaj, ani w przyszłości.
 
 
Wytwórcy smrodu działają obecnie pełną parą. W oparciu o kłamstwo, które wypiera prawdę, obrzucają łajnem kolejne osoby z obszaru prawicy.
Zdołali złamać i zmusić do odejścia ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i jego wiceministra Janusza Cieszyńskiego. Tylko dlatego, że wyrastali na światowe gwiazdy w walce z pandemią. Lepiej takich zaszczuć, niż pozwolić, by ktokolwiek z władzy pisowskiej został autorytetem i idolem Polaków.
 
Na taki smród nie pomagają żadne perfumy, czy dezodoranty. Zasłaniamy nosy, zamiast zasmradzających wykąpać w smole i siarce.
Tu trzeba działać kontrrewolucyjnie a nie mediacyjnie szukać porozumienia.
 
Słusznie się mówi, że polityka to brudna sprawa. Nie dajmy się brudzić w imię wartości i naszego stylu życia ukształtowanego przez wielowiekową tradycję naszego narodu.
 
 
.

środa, 3 marca 2021

Szczęściarze i przegrani?

 



Czy pandemii uda się dokonać tego, co już od lat światowe lewactwo usiłuje osiągnąć?

Podzielić ludność świata na dwie kasty. Lepszych i gorszych.

Tylko, że wobec zupełnie innych kryteriów, niż neomarksiści sobie wymyślili.



Całkiem niedawno miałem wymianę zdań z dobrym kolegą blogerem z drugiego końca kraju, gdzie dzięki współczesnej technice, przegadaliśmy godziny przez telefon. A pamiętają Państwo taką usługę – rozmowa międzymiastowa? Nie było to ani łatwe, ani tanie.


Kolega ma taką pracę, że musi dużo podróżować po Europie, więc często przekracza różne granice. Do końca 2019 roku, to nawet tego się nie zauważało dzięki traktatowi z Schengen. Z pandemią to się powoli kończy.

Kolega kategorycznie stwierdził, a ja mu wierzę, bo to twardy charakter, że on się nigdy, przenigdy nie zaszczepi na COVID19. Nie, bo nie i koniec.

Wtedy ja mu, na podstawie swojej oceny działań przeróżnych władz powiedziałem:

    • Słuchaj, przecież ty ciągle podróżujesz po świecie. Nie obawiasz się, że mogą ciebie nie wpuścić do jakiegoś kraju?


Wykrakałem?


Coraz głośniejsza i to z różnych stron, jest, na razie przynajmniej w Unii Europejskiej, dyskusja nad koniecznością wprowadzenia tak zwanych paszportów szczepionkowych. To nie są jakieś dziennikarskie kaczki, tylko całkiem już poważna sprawa.


  • "Wszyscy zgodzili się, że potrzebujemy cyfrowego certyfikatu (szczepień - red.)" – mówiła w czwartek kanclerz Angela Merkel. Szefowa KE Ursula von der Leyen ocenia, że wdrożenie systemu zajmie około trzech miesięcy. [1]


Te paszporty to nie "ciężka" operacja zorganizowania dostaw szczepionek do Unii, co jak widzimy, okazało się kompletną klapą. To tylko umiłowana przez wszystkich biurokratów, a brukselskich w szczególności, operacja tworzenia kolejnych dokumentów, restrykcji, ograniczeń, itp. Więc podołają.


  • Podróże, które nie są niezbędne, mogą nadal podlegać w UE restrykcjom – przyznał w czwartek szef Rady Europejskiej Charles Michel

  • Koncepcja jest taka, by zwolnione z nich były osoby zaszczepione z "paszportem" potwierdzającym szczepienie [1]



W roku 1980 wybuchła Solidarność, przekraczając w szczycie 10 milionów świadomych Polaków, demonstrując całemu światu, że ludzie mogą i chcą się jednoczyć wokół mądrych i jednościowych idei gwarantujących wszystkim jednakową, bezprzymiotnikową wolność.

Ci, co dobrze pamiętają tamten rok, potwierdzą, że był to ekscytujący powiew, jakby powietrze ktoś zaprawił opium. Niepowtarzalne przeżycie.

Lecz potem już niestety, zaczęło się dzielenie. Świadomie i sztucznie kreowano podziały. Jak homo i hetero. Jak wege i mięsożercy. Jak miłośnicy i przeciwnicy kornika drukarza.

Każdy pretekst był dobry, aby rzymskie divide et impera, ta najbardziej cyniczna dewiza reguł sprawowania władzy, miała się jak najlepiej.



My, w tym pięknym zakątku Europy, te wykreowane podziały przeżywaliśmy najokrutniej. Zamknięto nas za żelazną kurtyną. Siedź w domu chłopie. Po co ci wędrówki po świecie?

Padł mur berliński – symbol żelaznej kultury. Jednak jeszcze kilkanaście lat trzeba było poczekać, żeby w ramach dopuszczenia nas do Traktatu z Schengen, pozwolić nam na swobodę poruszania się po całym kontynencie, tak, jak wszyscy. A USA dopiero rok temu uznało, że jesteśmy godni łaski normalnego wizytowania Stanów.



Lecz lewactwo, co zawładnęło niemalże całą Europą (i połową świata), ciągle marzyło, by dokonać radykalnego podziału. Na lepszych i na gorszych. Kombinowano Europę dwóch prędkości. Euroland i złotówkowe peryferie. Itd.

I oto zaraza daje Brukseli i Berlinowi (wg. teorii Übermenscha) pretekst, by powrócić do systemu granicznych kontroli, obserwacji ruchu obywateli różnych krajów – i najważniejsze – do decydowania, kto ma prawo być w ruchu swobodnym, a kto tego prawa nie ma.



Zaszczepieni i antyszczepionkowcy to początek. Doktryna rozdawania przywilejów karnym i posłusznym właśnie ruszyła.



Jako konformista pełen sprzeczności, bo zazwyczaj nie karny i nie posłuszny, jednak się zaszczepię. Czyli stoję wobec poważnego dylematu.



[1] https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/paszporty-szczepionkowe-w-ue-czym-beda-kiedy-sie-pojawia/9ez3msx