czwartek, 26 września 2013

Ciągle nas mają za idiotów


Blogerka Elig przytoczyła trafne obserwacje - http://elig.prawynurt.pl/polityka/opinie/pomys-upartego-nasz-przekaz-dnia-w-sprawie-smolenska,990.htm .

Typowy leming jest niestety dosyć głupim osobnikiem. Do tego naiwnym i łyka każdą sieczkę, abstrahując od tego jak durną i bezczelną, jeżeli tylko pochodzi z jego najważniejszych ambon: GieWu i TVNu.

Dla tego też, te tuby propagandy przestały już kierować swój przekaz do przeciętnego czytelnika, albo widza, a skoncentrowały się na durnowatych lemingach, którzy widocznie zaczynają im wyciekać ciurkiem w stronę rozumu i opamiętania.

 

Jak już pisałem ( http://jazgdyni.prawynurt.pl/klub-dyletantow/jatrzenie-smolenskiem,481.htm ), oficjalna prorządowa propaganda odpaliła śmierdzącą petardę, gdzie cynglową była funkcjonariuszka GieWu do zadań najbrudniejszych (urodzona czyścicielka latryn?), pani Kublik. W tygodniowej akcji wydalania steku bzdur, te dwie przodujące gadzinówki (TVN i GieWu), kompletnie nie licząc się ze zdrowym rozsądkiem i minimalną inteligencją, z braku mamy Madzi pod ręką, starały się żabim rechotem zdyskredytować profesorów wspierających zespół Macierewicza.

Ich działania były na tak żenującym poziomie, że gdybym był lemingiem, to bym się obraził. Za jakiego głupka oni mnie mają? Ciekaw jestem, jak spora grupa bezmyślnych popleczników platformy zareagowała przebłyskiem inteligencji i po raz pierwszy zwątpiła we wiarygodność swoich ulubionych katechizmów.

 

Bardzo interesujące jest pytanie, co spowodowało, że włodarze tych wymienionych mediów zdecydowali na przypuszczenie ataku tak głupiego i prymitywnego. Przecież są tam między innymi ludzie o sporej inteligencji i wiedzy. Dlaczego ustawili poprzeczkę przekazu tak nisko, jakby zwracali się do dzieci z młodszych klas podstawówki. Czy oni całkowicie wątpią w jakiekolwiek zdolności umysłowe swoich wyznawców? Może tak być, jeśli przypomnimy sobie fakt codziennych dyspozycji wysyłanych smsami do członków platformy. Żeby przypadkiem nie mówili z głowy.

50% członków Platformy Obywatelskiej, jak się okazuje, to ludzie z wykształceniem podstawowym. I raczej o stosunkowo niskim poziomie moralności, jak sobie przypomnimy, ze w czasie wyborów PO miało największe notowania we więzieniach i aresztach. Przestępcy instynktownie wyczuwają ewentualne przyjazne środowisko, gdzie dalej będą mogli bezkarnie uprawiać swój proceder.

 

Do takich właśnie ludzi kieruje się przekazy. Popatrzmy sobie, co przez trzy lata oficjalna propaganda wytworzyła i pluła na temat Smoleńska.

Pamiętamy przekaz o idiotach – pilotach; debeściaki, jak spod budki z piwem, którzy brali udział w konkursie sikania na odległość. To przekaz o oszalałym Prezydencie – samobójcy, który zmusił załogę do lądowania w lesie na polanie. To także opowieść o pijanym dowódcy lotnictwa, generale Błasiku, który przejął stery i sam walnął w ziemię.

Tych kompletnych idiotyzmów było więcej. Jeden głupszy od drugiego. Mimo to, massmedia, cały aparat propagandowy RP, poważnie rozważali te wymyślone fakty. To było OK i według oficjalnej strony – wysoce prawdopodobne. Nie tak, jak bzdurne teorie o wybuchu, wątpliwości, co do pancernej brzozy, czy sterowanie lądowaniem z Moskwy.

 

Teraz mamy rechot z naukowców. Ludzi z imienia i nazwiska. Podkreślam to wyraźnie, bo w odróżnieniu od ekspertów Macierewicza, nie znamy nikogo z grupy ekspertów pana Laska, który nota bene jest specjalistą od obróbki skrawaniem.

 

Władza w końcu zaczyna się poważnie bać Smoleńska. Trzy lata minęły, a 40% społeczeństwa nadal im kompletnie nie wierzy. Wysypisko kłamstw i przeinaczeń nie zdołało przykryć nieznanej nam prawdy i zabić zdolności do samodzielnego myślenia. Przy rosnących sondażach PiSu Tusk zaczyna sobie zdawać sprawę, że w końcu przyjdzie mu zapłacić.

Poważnie się obawiają.

 

Nie chcą konferencji ekspertów przygotowywanej przez prezesa Polskiej Akademii Nauk, prof. Michała Kleibera. Nagle może się okazać, że eksperci Millera i Laska to wydmuszki, właśnie po tej stronie są specjaliści od obróbki skrawaniem, a po stronie Macierewicza fachowcy od symulacji komputerowych, wytrzymałości materiałów, teorii materiałów wybuchowych i dynamiki ciała stałego. Bo o tym wiemy na pewno. Ale jak durnowato rechoce Córa Rewolucji propagandowej, pani Kublik – nie ma specjalistów od katastrof lotniczych!

 

Największa tragedia w historii Rzeczypospolitej powinna mieć jak najwyższy priorytet, nawet międzynarodowy. Powinna być traktowana z całkowitą powagą i wybitną uwagą.

Tymczasem robi się z tego durny, wprost kabaretowy show, ośmiesza się i deprecjonuje. Nie postępują w ten sposób ludzie o czystych sumieniach. Wprost przeciwnie, zasłonę propagandy rozpościerają ci, co mają coś do ukrycia, ci, co się boją, że prawda wyjdzie na jaw.

 

No i najsmutniejsze jest to, że władza i cały ten aparat oficjalnej propagandy ma swój własny naród za durni i skończonych debili. Pani Kublik, Olejnik, czy Pochanke, sprzedające z ogniem w oczach cały tem szajs, są kompletnie głupie, czy tylko cyniczne i zakłamane?

Mam nadzieję, że wkrótce cała ta hołota zejdzie nam z oczu i znajdzie właściwe dla siebie miejsce na śmietniku. Brudami się zajmują, to przydadzą się do segregacji śmieci.


autor: jazgdyni

środa, 25 września 2013

Problem z grzybicą penisa


Tytułowy "Problem z grzybicą penisa" jest zapożyczony z reklamy na Salonie 24. Jak nisko trzeba upaść , żeby ten tak kiedyś opiniotwórczy portal, zdecydował się na zamieszczanie reklam tego typu.
W nawiązaniu do wczorajszego tekstu Trybeusza o zawłaszczeniu , niestety przez księży Marianów i sprzedaży nieruchomości Fawley Court, dzisiaj przeniosę się na bliższe nam tereny . Chodzi o blogosferę.
Lubię serfować po internecie, szczególną estymę czuję do Salonu24, na którym rozpocząłem zabawę w blogera. Od ponad 2,5 roku, tj. od czasu kiedy ocenzurowano mój tekst i zablokowano moje konto, przestałem tam umieszczać swoje teksty, ale od czasu do czasu tam zaglądam. Jakiś czas temu zauważyłem, że portal S24 zaczął schodzić na psy. Wielu blogerów, bardzo dobrych blogerów się wyniosło, innych zablokowano. Ale to co zobaczyłem dzisiaj na S24 , przerosło wszystko. Dziadostwo zagościło na S24 na całego.
Co można powiedzieć o portalu , który ma ambicję być opiniotwórczym, patrzę i nie wierzę własnym oczom. Otóż , na SG nad wszystkimi tekstami na samej górze wisi reklama „ Problem z grzybicą penisa”  i dalej odnośnik do specyfiku. Nie wiem jak czują się blogerzy i blogerki, jeżeli nad ich tekstami wisi taka reklama, ja czułbym się co najmniej zażenowany.
I tu przechodzę do clou mojej myśli przewodniej, portal S24 stracił swoją niezależność i opiniotwórczość. Wydaje mi się, że po sprzedaży udziałów, portal stał się maszynką do zarabiania pieniędzy a teksty stały się sprawą drugorzędną. Nie wiem czy Igor Janke ma jeszcze jakieś udziały w portalu, jeżeli ma, to mamona przesłoniła mu oczy, tak jak księżom Marianom w Anglii.
autor: Andy51

wtorek, 24 września 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 13 - wino z kwiatów czarnego bzu, baniaczek drugi

Mamy dziś pierwszy słoneczny poranek od bardzo dawna. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać, żeby nie pobiec z aparatem i nie popstrykać (bez sensu, jak zaraz powie Lepsza Połowa).


Wschód słońca nad Boską Wolą
Właśnie nastała moja ulubiona w tym przedmiocie pora roku: nasza dzienna gwiazda zapala te kolorowe fajerwerki i pokazuje się na horyzoncie dopiero PO TYM, jak wydam koniowatym śniadanie. Jest więc szansa na zaspokojenie obsesji...
Rozlaliśmy wczoraj drugi z dwóch nastawionych w tym samym czasie baniaczków z winem z kwiatów czarnego bzu. Dodatkowe trzy tygodnie dobrze mu, w porównaniu do brata - bliźniaka zrobiły (link):


Jak widać - zyskało na przejrzystości, kolor jest bardzo ładny. Zapach, podobnie jak w poprzednim przypadku - intensywnie kwiatowy. Smaku, prawdę powiedziawszy, za dobrze nie spróbowałem, bo rozlało się równo na 6 butelek i może pół łyczka zostało na dnie baniaka (a wiadomo, że na dnie - najgorsze).
W każdym razie, nie jest już AŻ TAK słodkie, jak poprzednia wersja, nabrało trochę szlachetności. Ale to w dalszym ciągu wino deserowe - więc dla gości. Cóż: zapraszamy..!
Rozlaliśmy je głównie dlatego, że potrzebny jest nam baniak. Lepsza Połowa dochodzi do siebie po starciu z chińską armaturą łazienkową (Bruce Lee karate mistrz!) i już parę dni temu, mimo częściowo tylko sprawnej prawej ręki (jak się ma rozerwany biceps, to doprawdy trudno cokolwiek sensownego zrobić...), przerobiła na sok pół wiadra owoców czeremchy, które zebrałem.
Niestety: tamto podejście do nastawienia wina czeremchowego (naszego klasyku przecież!) spełzo na niczym za sprawą jednego z koćkodanów (podejrzany jest byt czarno - biały, bo mu łapy drożdżami jechały - ale jak to było, tego nikt nie widział...). Otóż - kupione na targu w Warce drożdże typu "Burgund" nastawiliśmy już w poprzednią sobotę. We wtorek ładnie się spieniły - ale to było dzień po przegranym przez Lepszą Połowę pojedynku karate i mowy nie było o żadnych czynnościach kuchennych (jak zapewne Państwo pamiętacie - skończyło się to boleśnie, za sprawą kebaba z baraniny...).
Odstawiliśmy zatem butelkę po piwie z pracującą już "matką" drożdżową na zewnątrz chatki, żeby miały chłodniej. Tak to specjalnie ustawiłem, aby w pobliżu nie było żadnych przedmiotów, których ruch mógłby spowodować przypadkowe przewrócenie butelki. Cóż - kiedy jak raz w czasie, gdy Lepsza Połowa, zebrawszy wszystkie siły i cały hart ducha, gotowała ten sok, w piątek - ktoś wziął i flaszeczkę najwyraźniej celowo wylał... I któż to mógł być, taki, hę..?
"Burgund" u pani na targu w Warce, gdzie zawsze zaopatrujemy się w drożdże (ma większą rotację towaru niż w sklepach, więc jej drożdże są świeższe, szybciej i pewniej pracują!) jak raz się skończył. W tej chwili zaczęły nam pracować nastawione w sobotę "Uniwersalne". Dlatego (oraz przez wzgląd na stan bicepsa Lepsza Połowy...) ograniczyliśmy na razie ambicje i robimy tylko jeden baniaczek wina czeremchowego - odkładając na razie, kto wie czy nie ostatecznie w tym roku, dorobienie drugiego baniaczka wina z owoców czarnego bzu (na którym bardziej mi zależało, bo zeszłoroczne, choć zrazu niepozorne, okazało się po przezimowaniu - najlepszym winem, jakie nam kiedykolwiek zrobić się udało, godnym wręcz pałacowego stołu: do tego jednak, wolałbym użyć "Burgunda", niczego w sprawdzonym i wypróbowanym przepisie nie zmieniając..!). Co będzie wymagało od Lepszej Połowy przerobienia na sok także drugiej połowy wiadra owoców czeremchy...
Jakoś w tym roku wszystkie nasze nastawy strasznie długo bąbelkują. Nie wiem? Chłodniej jest niż w zeszłym..? Wino z żyta, eksperymentalne, "chodzi" chyba od końca kwietnia (a przecież był miesiąc bardzo gorącej aury!). Podobnie wino z jarzębiny z dodatkiem jabłek, do którego już powoli tracę cierpliwość - bo ile można czekać..? Z typowo letnich nastawów, mamy w tej chwili "w ruchu" jeden baniaczek 5-litrowy wina z owoców czarnego bzu oraz jeden taki sam wina z aronii i duży baniak wina jeżynowego - ale te dwa ostatnie będą raczej słodkie, więc znowu - dla gości, a nie dla nas. Poza czarnym bzem - wszystko to pracuje już dużo dłużej niż standardowe 6 tygodni.
Nastawiłem też wino z mirabelek w plastikowym kanistrze - Bóg jeden raczy wiedzieć, co z tego będzie, nigdy wcześniej takiej metody jeszcze nie próbowaliśmy.
Tymczasem wciąż mamy mnóstwo niewykorzystanych owoców: gruszki - ulęgałki (wspominałem domowej roboty gruszkówkę..? Wspominałem! Wino bym z tego zrobił zwłaszcza, że ubiegłoroczne wcale nie było złe - tylko w co..?), jeżyny (wciąż! A teraz są najlepsze na wino...), pora też zbierać tarninę i różę. Przy okazji grzybobrania, odkryliśmy też drugi krzak aronii - na naszym Dzikim Zachodzie. Jarzębinę zamrozi się i użyje, gdy coś się zwolni - ale pojemność zamrażarki nie jest nieograniczona...
A propos grzybobrania. Aktualny komunikat grzybowy brzmi: coś tam jest...


ale cudów nie ma. Wczoraj, w czasie deszczu, nazbieraliśmy dwie łubianki. Pełne. Kań ani maślaków nie tykając. W niedzielę, żona M., co prawda całego Wielkiego Padoku nie obchodząc - jedną łubiankę.
Stan gotowości bojowej określiłbym na "Defcom - 2". Co oznacza, że tak naprawdę jest więcej grzybiarzy niż grzybów (grzybiarzami rzeczywiście obrodziło - i bardzo bywają oryginalni! Jak ten, co tuż koło nas skroił, sprawdzając czy nie robaczywe, całą stertę... muchomorów! Albo egzemplarz z koszykiem w jednej i... atlasem grzybów w drugiej ręce...). I bardziej trzeba pilnować ogrodzeń, które nam ta szarańcza miastowa niszczy (średnio co dwa - trzy dni znajduję połamane słupki, brakujące izolatorki, które ktoś ukradł, itp.), tudzież bielizny suszącej się na sznurze - niż grzybów.
Wczoraj, że było zbyt mokro, aby cokolwiek innego zrobić, wypieliłem ostatni nie zajęty przez dynie fragment ogródka. Dynie bodaj trzeba by już powoli zbierać - ale się do tego nie palimy. Raz, że i tak nie mamy tego gdzie składować - a że NIE WIERZĘ w możliwość ich spieniężenia, to wciąż mam nadzieję, że większość (przynajmniej - wagowo..!) uda się po prostu rozdać odwiedzającym nas gościom:



A dwa - że one wciąż kwitną:


I wciąż rosną nowe rekordzistki:


I weź coś takim zrób..? Nawet przymrozek z 8 września - zahamował ich wzrost tylko na kilka dni!
Co do koniowatych, to mają się bardzo dobrze, dziękować, dziękować. Dziś rano już drugi raz powtórzyła się sytuacja, że całe stado ledwo mnie widząc samo przymaszerowało do bramy Wielkiego Padoku - a jedna tylko Melesugun, szefowa stada, uparcie pasła się hen na horyzoncie.



Ona tak robi, gdyż:
a) jest z lekka autystyczna i po prostu nie zauważa, że wszyscy już sobie poszli,
b) chce mi pokazać, kto tu rządzi,
c) z obu powyższych powodów naraz.
Ale dzisiaj trafiła kosa na kamień! Mijanek, o którym już dawno pisałem, że bystry z niego cwaniak:


zorientowawszy się, że ojciec, ciotki i rodzeństwo już sobie poszły pod wiatę, a tylko mama się ociąga - podgalopował do niej, głośno nawołując - po czym zawrócił w moją stronę, nie pozostawiając matce wyboru: musiała potruchtać za nim...
Więcej zdjęć stada pewnie wrzucę popołudniu na angielskiego bloga. Być może - uda mi się jakieś lepsze zrobić, jeśli pogoda się utrzyma..? Wszystkie nasze źrebięta w tej chwili zmieniają futro i wyglądają bardzo mechato, a poza tym - i tak nie udało mi się żadnego w ładnej pozie ująć (takie tam, anegdotyczne zdjęcia - jak Ostowar drapie sobie o gałąź brzozy kłąb czy zad - nic specjalnego, poza tym wszyscy albo spali, w nieładnych pozach, jak to mi zawsze Lepsza Połowy wypomina "skracając kłodę" - albo skubali trawę i w dupach mieli moje próby skłonienia ich do podniesienia łbów...). Ale może, jeśli Lepsza Połowa nie będzie zbyt zmęczona obsługą sokownika - da się namówić, by pokazała, jak cała trójka grzecznie stoi na uwiązach podczas czyszczenia futra i kopyt..?
Na razie zaś kończę. Laptop zaczyna już buczeć, a mnie, skoro pogoda dopisuje - czeka rżnięcie młodych sosenek i brzózek. Zostało mi, optymistycznie licząc, jakieś cztery do sześciu dni roboczych do końca tej kampanii drzewnej...

autor: Boska wola

poniedziałek, 23 września 2013

Peowskie Ardeny


Zagrożony rządzący w Polsce układ ima się różnych chwytów, żeby utrzymać się przy władzy. Historia uczy, że przegrywającym rzadko udaje się odwrócić bieg historii. Sytuacja w PO i w Polsce musi być bardzo zła , że rząd chwyta się wszystkich metod.
Przełom roku 1944/45, cofający się na wszystkich frontach  Niemcy, w połowie grudnia 1944roku wyprowadzają kontruderzenie przeciwko Aliantom na Zachodzie. Początkowo na skutek zaskoczenia Niemcy odnoszą sukcesy, lecz po kilku dniach efekt zaskoczenia przestaje działać, Alianci głównie Amerykanie przechodzą do ofensywy. Operacja kończy się klęską.
Polska 2013 r. Sondaże partii rządzącej lecą na łeb na szyję, popularność premiera i jego rządu jest bardzo niska. Co w związku z tym, zastanawia się sztab Tuska. Wówczas w zakamarkach pokojów pijarowców, prokuratury, sztabu na Czerskiej powstaje pomysł , kontruderzenia w opozycyjną partię. Sztabowcy z Czerskiej na skutek przekazania im przez prokuraturę protokołów przesłuchań niezależnych naukowców zajmujących się katastrofą smoleńską, wybiórczo manipulując wyrwanymi z kontekstu  cytatami, wyśmiewaj naukowców. W poniedziałek 23 września artykuł na pierwszej stronie GW dotyczący przesłuchań jest tak zmanipulowany, że przedstawia profesorów jako mało poważne osoby. GW niczym pierwsza pancerna armia daje sygnał do ataku. Za nią całe stada kundli zaczyna obszczekiwać naukowców,  grono salonowych autorytetów  zapraszanych jest do mediów, gdzie rządowi propagandziści zadają niezliczoną ilość pytań swoim prorządowym gościom, tak skonstruowanych , żeby ośmieszyć niezależnych ekspertów i naukowców. Podobnie jak ofensywa niemiecka w Ardenach w 1944 r , tak i obecna ofensywa PO ze swoją pancerną pięścią GW, po tygodniu straciła na impecie i sytuacja wróciła do stanu poprzedniego.
Ta awantura, służyła do konkretnego doczesnego celu i miała chociaż na chwilę zaprzątnąć  uwagę społeczeństwa po wielkich manifestacjach związkowców w Warszawie i doczesnych problemach Polaków.

http://www.konflikty.pl/a,2057,II_wojna_swiatowa,Niemiecka_ofensywa_w_Ardenach._Grudzien_1944_-_styczen_1945.html

autor: Andy51

Zezowate szczęście



Giovanni Francesco Barbieri zw. Guercino (1591- 1666) – to włoski malarz epoki baroku. Przydomek Guercino został mu nadany ze względu na zeza w prawym oku.
Jego wspaniałe obrazy mogliśmy oglądać w różnych światowych galeriach, ale przede wszystkim w Cento. Trzęsienie ziemi które w ubiegłym roku pozbawiło Cento (miasteczko pod Bolonią) znacznej części historycznych budowli, w tym pinakoteki gdzie mieściła się największa na świecie kolekcja dzieł Guercina sprawiło, że przeszło 30 jego dzieł trafiło do Warszawy.
Wystawa obrazów i rycin Guercino otwarta będzie w Muzeum Narodowym od 20 września 2013 roku do 2 lutego 2014.
Obok dzieł z Cento na wystawie prezentowany jest obraz "Pasterze arkadyjscy" Guercina z Galerii Barberinich w Rzymie. Obraz zawiera zagadkową  inskrypcję "Et in Arcadia ego" ("I ja jestem w Arkadii").

Pokazywane są także obrazy Guercina z polskich zbiorów: Muzeów Narodowych w Warszawie, Gdańsku Poznaniu i Muzeum Diecezjalnego we Włocławku. oraz "Ukrzyżowanie" z Katedry Wawelskiej w Krakowie.
Guercino zawsze mnie fascynował. Przede wszystkim dlatego, że jest przykładem sztuki która broni się sama, nie potrzebuje reklamy i protekcji. Współczesna sztuka ufundowana jest przecież na tych dwóch czynnikach. Wartość finansowa dzieła sztuki podlega wszelkim prawom specyficznego rynku, rynku zaufania. Tak jak pieniądz zaufania  jest tylko zapisem komputerowym i opiera się tylko na przeświadczeniu o trwałości systemów, które go bronią, wartość dzieła sztuki opiera się na zaufaniu do opinii krytyków, marszandów i wszystkich którzy w te dzieła zainwestowali. Ciekawe, że pieniądz zaufania miewa wzloty i upadki natomiast wartość dzieł sztuki na ogół nie spada. Dlatego doradcy finansowi polecają klientom przy dywersyfikacji oszczędności uwzględniać jako lokatę kapitału.  zbiory obrazów i antyków. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z wartością dzieła sztuki dla nas osobiście, czyli z kategorią „ podoba się”, najbardziej i niesłusznie  lekceważoną. Nie ma też nic wspólnego z mityczną , ponadczasową wartością dzieł sztuki, które są jakoby odbiciem jakiegoś idealnego porządku. .
 Guercino malował przede wszystkim dla wiejskich kościołów i swojego rodzinnego miasta. Choć styl malarza uległ pewnej zmianie w trzydziestym roku jego życia, kiedy wyjechał do Rzymu, aby malować na zamówienie papieża Grzegorza XV., pozostał wierny swoim wiejskim odbiorcom i nigdy nie zabiegał o łaski możnych tego świata i o reklamę.  Zawsze był moim idolem ponieważ realizował ideał twórcy, który nie potrzebuje reklamy i zabiegów marketingowych aby osiągnąć sukces.
Nieszczęście miasteczka Cento dało nam możliwość spokojnego obcowania z tym niezwykłym malarzem, a więc okazało się dla nas szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Niepokoi mnie trochę, że kuratorzy wystawy- Fausto Gozzi oraz Joanna Kilian powierzyli czeskiemu scenografowi (Boris  Kudlicka) misję ukazania dzieł Guercino w odpowiednim  „kontekście” . Guercino wyjątkowo na to nie zasługuje. Jego obrazy nie potrzebują żadnego kontekstu.  








autor: Iza

Fiat iustitia, pereat mundus


Domowa gruszkówka ma istotną przewagę nad domową śliwowicą: nie wysusza na wiór i nie daje niepożądanych skutków ubocznych następnego dnia. Tak trzymać!
Jeśli nie jestem świeży jak poranna rosa, to raczej z powodu meczu finałowego Mistrzostw Europy w koszykówce (dygresja pierwsza i nie ostatnia: jak to się dzieje, że komentatorzy zamiast "koszykówka", czy "Mistrzostwa Europy" mówią "eurobasket"..? Ohydztwo..!). Wprawdzie większość ostatniej kwarty przespałem, ale obudziła mnie "Marsylianka" przy dekoracji (dygresja druga: jak to możliwe, że tacy tolerancyjni i "prawoczłowieczy" Francuzi wciąż używają jako hymnu tak brutalnego, krwawego i wojowniczego marsza i nawet zmuszają różnych śniadoskórych, żeby go śpiewać..? To i pozostałe atrybuty jakobińskiego nacjonalizmu, o które wciąż dbają - o czym pisałem [link] - MUSI wcześniej czy później doprowadzić do wybuchu nacjonalizmu i krwawej rzezi "kolorowych"...). Dzięki czemu mogłem Lepszej Połowie, którą to interesowało, powiedzieć rano, że Litwini przegrali.
Nie znałem tylko wyniku (66 : 80) - a chcąc sprawdzić, czy podał go Onet, nadziałem się na coś takiego, co otwiera się zamiast tego portalu:


Ktoś ich zhakował, czy zatrudniani na zasadzie pracy zdalnej za stawkę "5 złotych za 1000 słów", albo "15 złotych za całość" studenci - coś spieprzyli podczas nocnego dyżuru..? Dobrze im tak, szmaciarzom..!

W sumie, tu się kończy trzecia dygresja. Oraz przerwa w pisaniu, podczas której pochłonąłem podaną przez Lepszą Połowę kapustę ze skwarkami (to się nazywa wiejskie śniadanie!) oraz podjąłem próbę wygonienia stada na pastwisko. Nieudaną. Na usilną prośbę Mijanka, który nie miał najmniejszej ochoty wychodzić na deszcz - odpuściłem i nawet dałem jeszcze siana.
Dygresja czwarta: coraz bardziej mi się ta pogoda nie podoba. Nie z powodu deszczu jako takiego. Deszcz jest potrzebny. Problem polega na tym, że w ten sposób z tygodnia na tydzień przesuwa się nam wizyta Pana Doktora (który czas wolny ma właśnie na początku tygodnia...) - a terminy gonią! Już w tej chwili polskich paszportów raczej przed odsadzeniem źrebiąt wyrobić im nie zdołam...
No dobra. Po tylu dygresjach wreszcie pora przejść do rzeczy, nieprawdaż..?
Czy rzeczywiście istnieją wartości dla których sensownym jest rozpatrywanie, jako członu alternatywy - całkowitej zagłady..?
Problem ten posiada dwa aspekty. Teoretyczny i praktyczny.
W aspekcie teoretycznym wydaje się, że traktowanie hasła fiat iustitia, pereat mundi dosłownie możliwe jest tylko przy nader specyficznym pojmowaniu Opatrzności. Takim, które na chrześcijańskim Zachodzie zostało ostatecznie odłożone do lamusa dziejów dawano, dawno temu, w głębokim średniowieczu (jak nie w starożytności nawet...).
Albowiem, aby przyjąć, iż naciśnięcie "atomowego guzika" (czy innego gadżetu sprowadzającego na świat Zagładę) jest przejawem Woli Opatrzności - trzeba albo zakładać, że Opatrzność nie pozostawia stworzeniu żadnego miejsca na własne pomyłki i widzimisia, będzie więc tak czy inaczej, spełnieniem Wyższej Woli - albo mieć poważnie nasrane we łbie. W każdym innym przypadku nawet, jeśli nasz łez padół po tysiąckroć zasłużył na zniszczenie - zrobienie tego własnoręcznie, bez czekania na archanielskie trąby - jest przejawem najcięższej gatunkowo pychy!

Niestety - w Islamie (a poniekąd także i w niektórych odłamach wschodniego chrześcijaństwa) na skutek przypadkowego kaprysu dziejów - zwyciężyło właśnie owo "deterministyczne" pojmowanie Opatrzności. Cokolwiek się z człowiekiem stanie, albo i cokolwiek człowiek zrobi - taka widać była Wola Boga. Ergo: nie ma najmniejszych przeszkód, aby Bóg posłużył się do pokarania grzechów tego świata człowiekiem dzierżącym "atomową walizeczkę" zamiast używać owej nieco już archaicznej aparatury w postaci wspomnianych wyżej trąb, jeźdźców w gotyckich kostiumach, deszczów lawy itp., itd.
Aspekt praktyczny ludzkość miała okazję przećwiczyć całkiem niedawno i wiele wskazuje na to, że w pewnym sensie - ćwiczyć zaczyna ponownie. W czasie Zimnej Wojny dwa supermocarstwa zaposiadły arsenał umożliwiający im GWARANTOWANE zniszczenie "drugiej strony" (GWARANTOWANE, gdyż każde z nich dysponowało takim NADMIAREM środków atomowego zniszczenia, że nie istniała praktyczna możliwość czy to wyeliminowania tego potencjału w porę wyprowadzonym uderzeniem wyprzedzającym, czy to - uchylenia się przed ciosem przy pomocy jakichś środków obronnych: nawet po zniszczeniu w silosach lub strąceniu 80 czy 90% rakiet przeciwnika - i tak pozostała reszta wystarczyłaby do obrócenia w popiół większości amerykańskich czy sowieckich miast).

Mówiło się wówczas o "równowadze strachu". Jako jeden z członów tej specyficznej "równowagi" pojawiła się też możliwość użycia tego arsenału przez stronę PRZEGRYWAJĄCĄ wyścig zbrojeń. Nie po to, aby zwyciężyć (bo to było - dla obu stron tak samo - niemożliwe), tylko po to, aby niedopuścić, by zwyciężyła druga strona. Taki rodzaj podwójnego samobójstwa z czystej złośliwości.
Młodsi z Państwa mają jakieś dziwne dla mnie psychiczne opory przed wczuciem się w tę sytuację i zaakceptowaniem wynikających z niej wniosków. Doświadczyłem tego ostatnio dyskutując na jednym z wątków "historii alternatywnej" (link). A przecież kilka pokoleń ludzi na całym świecie żyło w przeświadczeniu, że w każdej praktycznie chwili - mogą zginąć!
No cóż: człowiek - nie świnia. Do wszystkiego się przyzwyczai!
Nawet fakt, że strona sowiecka ostatecznie wyścig zbrojeń przegrała i rakiet nie odpaliła - NIE JEST dowodem na to, że zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy ZAWSZE zwyciężą nad irracjonalną żądzą zemsty (i rachunkiem strategicznym, dla którego rozróżnienia między działaniami "racjonalnymi" i "irracjonalnymi" sprowadzają się li i jedynie do oceny ich skuteczności w osiągnięciu zakładanego celu LUB niedopuszczeniu, by cel ten osiągnął przeciwnik w grze!).
Wiele wskazuje na to, że Sowieci zwyczajnie przehandlowali swoją rezygnację z odpalenia rakiet - za amerykańską zgodę na "kontrolowaną" transformację ustrojową (z uwłaszczeniem nomenklatury, a bez "komunistycznej Norymbergi") i parę niezłych interesików na boku dla czołowych decydentów.
Jak widać: człowiek nie komputer. Może zmienić priorytety!


Do pewnego stopnia podobnie można opisywać istniejącą w tej chwili współzależność ekonomiczną pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Oczywiście - TYLKO do pewnego stopnia: wszak durni Chińczycy mają w ręku tak naprawdę jedynie papier (a właściwie - jakieś tam impulsy elektroniczne, toż zapewne większość posiadanych przez nich amerykańskich "papierów" dłużnych jest "zdematerializowana"...). Jest to najmiększa z wyobrażalnych rodzajów "soft power". Zapewne OBIE strony kalkulowały początkowo że, mówiąc prosto, wydymają drugą stronę jak dmuchaną lalę.

Amerykanie kalkulowali, że Chińczycy bogacąc się i wchodząc w coraz ściślejszy związek z Zachodem - ulegną jego kulturowej dominacji, przejmy wzorce życiowe, za czym - przestaną być groźni.
Chińczycy - że Amerykanie dając im wejść na swój rynek, pozbędą się z czasem większości przemysłu i pozostaną na łasce i niełasce nowej "fabryki świata", niezależnie od tego, jaką tandetę oferuj (link).
Obie strony mogą się w ten sposób wspólnie rozbić na tej samej rafie: wszak, "westernizując się", stają się Chińczycy coraz to bardziej pazerni na surowce, potrzebne już nie tylko do podtrzymania funkcji działającej na potrzeby obcych "fabryki świata", ale i dla zaspokojenia coraz to większych i coraz to bardziej wyrafinowanych apetytów własnej populacji - i własnych zbrojeń. Ponieważ zaś mimo deindustrializacji, zapotrzebowanie Zachodu na kluczowe zasoby jakoś nie chce zmaleć - robi się z tego coraz trudniejszy do pokojowego rozwikłania kocioł.
A ewidentni rasiści z amerykańskiej i europejskiej lewicy (NIGDZIE nie ma tak szowinistycznych rasistów jak na lewicy! Nie cierpię zresztą tego towarzystwa nie od dziś: link) co i raz epatują publiczność wyliczeniami, kiedy to zabraknie na naszej planecie czystej wody (w domyśle: zużywanej przez nadmiernie przywiązanych do czystości grzesznego ciała Azjatów...), ropy naftowej czy innego zasobu.
Jak na razie - wzajemny strach przed konsekwencjami, które byłyby dla obu stron bardzo bolesne - powstrzymuje świat przed otwartą deklaracją wrogości między Waszyngtonem a Pekinem. Pomimo takich prestiżowych dla Stanów porażek, jak pat w Syrii...
Jeśli ponownie dojdzie do Zimnej Wojny - to czy ta, kolejna już, zakończy się tak jak poprzednia: wspólnym, wesołym oberkiem (fakt, że odtańczonym na bezimiennych mogiłach ofiar...)?
Dalej Państwo sądzicie, że wysyłanie załogowych ekspedycji daleko, daleko, pozna nasz układ planetarny - to czysta fanaberia i marnowanie środków, kiedy tyle palących bolączek wciąż jest niezałatwionych tu, na Ziemi..?

autor: Boska wola

niedziela, 22 września 2013

Kraina łagodności


Całkiem niespodziewanie przewiozłem wczoraj popołudniu konia. Na szczęście - niedaleko. Na szczęście, bo wyszły przy okazji takie usterki naszej przyczepy, których się nie spodziewałem.
Wbrew obiegowej opinii o solidności wielkopolskich rzemieślników, majstrzy którzy remontowali naszą, pierwotnie jeżdżącą w Holandii przyczepę, totalnie sknocili wyjmowaną przegrodę, dzielącą ją w środku na dwa stanowiska dla koni. Przegroda jest nieoryginalna, widać ta holenderska się zużyła, albo posłużyła do czegoś innego.
Generalnie, jest to szkielet z grubościennych, ocynkowanych rurek i trochę skóry. Co tu niby można sknocić..? A jednak! Jakoś tak to pospawali, że niezależnie od sposobu umocowania - powstają w tej nieskomplikowanej konstrukcji naprężenia, przez które całość ma tendencję do luzowania się z zaczepów. Kosztowało mnie to ongiś urwany (i przyszyty, na szczęście z powrotem: dobrze dzięki temu wiem tylko, kiedy będzie zmiana pogody...) środkowy palec u lewej ręki. Przegroda wyskoczyła z zaczepu jak raz przy ładowaniu naszego Dara wlkp - poprzeczka spadła na uwiąz, który trzymałem, uwiąz się wokół niej owinął, a koń szarpnął do tyłu, przestraszony - i już...


Wydawało mi się, że opanowałem problem wykonując dwa proste ruchy:

- zrywając kawałek wykładziny z podłogi, dzięki czemu tył wprawdzie siedzi nieco luźniej, ale za to - przynajmniej go nie wybija z dziury na każdym drogowym wyboju,
- dbając o to, aby uchwyt, służący do zapięcia dwóch przednich poprzeczek, był dobrze przykręcony (przykręca się go wkrętami, dość grubymi) do reszty.
Tak też zrobiłem i tym razem. To znaczy: dokręciłem te wkręty i ruszyłem przed siebie. Nie spodziewając się żadnych niespodzianek. Przegroda przecież przez rok stała sobie luźno oparta o ścianę chatki (do wożenia drewna z poręby, czy też świń w klatce, albo nawet i krów, do czego była używana w tym czasie - przegroda nie jest potrzebna...). Co jej się mogło stać..?
Tymczasem po przyjechaniu na miejsce, 60 km od nas - okazało się, że wkręty trzymające ten nieszczęsny uchwyt nie tylko się poluzowały (co, właśnie na skutek tych naprężeń w konstrukcji jest rzeczą normalną...), ale i - nie da się ich już porządnie przykręcić. Jeden zresztą od razu gdzieś się zgubił - wpadając w ściółkę na podłodze. Otwory się "wyrobiły", czy gwinty wkrętów spaczyły..?
Na szczęście kobyłka, którą wiozłem, stała jak przymurowana, jakieś oznaki niezadowolenia wyrażając dopiero w Stromcu, więc prawie u końca podróży.
15-miesięczne stworzonko jest owocem (podobno przypadkowego i nieplanowanego!) mezaliansu między ogierem rasy American Quarter Horse a polską, zimnokrwistą kobyłą. Wyszedł z tego konik dość (jak na razie...) zgrabny i nawet wcale szlachetny. Myślę, że będzie jeszcze okazja poznać ją bliżej.

Ogier rasy American Quarter Horse - przykładowy (jak ten konkretny wyglądał, przecież nie wiem...)

Klacz zimnokrwista. Też przykładowa. Matki mojej pasażerki nie oglądałem, bo nie było na to czasu. Zresztą - i tak nie miałem przy sobie aparatu...


Z góry wiedząc, że podróż potrwa długo, zabrałem na pokład pilota (nabywcy klaczki byli tam własnym samochodem, po mnie zadzwonili dopiero, gdy dobili targu) - chłopca, który ma być właścicielem tejże klaczki. I chce jej, gdy osiągnie wiek stosowny, używać pod siodło.

Wszystko to na pierwszy rzut oka, gdy się rzecz opowiada - wygląda, prawdę powiedziawszy, nad wyraz marnie.
Ani do takich mezaliansów dochodzić NIE POWINNO (jest to kompletne zaprzeczenie kultury, pracowicie budowanej przez niezliczone pokolenia hodowców w ciągu ostatnich 5 tysięcy lat...). Ani też - obdarowywanie młodego chłopca, który sam się przyznaje, że niezbyt pewnie czuje się na końskim grzbiecie źrebakiem, żeby go sam sobie ujeździł - stanowczo NIE JEST dobrym pomysłem!
Tak więc: nie polecam. A nawet stanowczo odradzam. Zarówno krzyżowania jak popadnie, jak i stosowania takich "indiańskich" metod wychowawczych względem młodych chłopców i źrebiąt.
Ostrzegłszy i odradziwszy - mogę kontynuować opowieść.
Bo tak naprawdę TEN KONKRETNY PRZYPADEK - na żywo i z pierwszej ręki czegoś nie zrobił na mnie złego wrażenia. Może dlatego, że żółć z wątroby spuściłem już rano - i jakaś mnie potem ogarnęła "kraina łagodności"..?
A może dlatego, że chłopiec w rozmowie okazał się nad wiek rozsądny i skłonny do nauki. Podobno od dawna się do nas z wizytą wybierał. O ogrodzenie pastwisk pytał. Uczyć się jazdy chce. Oby mu tylko - w przeciwieństwie do Jakuba, który nawiedzał nas na początku naszego osiedlenia na wsi, starczyło zapału (tamten zrezygnował po pierwszym upadku z nieodżałowanej Dalii wlkp).
Nie planuję udzielania lekcji jazdy konnej - ani nie mam do tego uprawnień (a w dzisiejszych czasach lepiej mieć się na baczności, robiąc cokolwiek "bez papierka" - osobliwie, gdy jest to działalność, z natury rzeczy wiążąca się z guzami i sińcami...), ani upodobania, ani nawet konia, na którego mógłbym początkującego wsadzić. Trzy Gracje są jednak trochę na to zbyt "zrywne"...
Pomyślałem sobie jednak, że na początek, może by się tak wybrać z chłopcem do naszej sąsiadki - sędziny w konkurencji skoków..? A potem się zobaczy. Na przełaj, przez las, mamy od siebie 15 minut stępo-kłusa. Jak już się tę klaczkę ujeździ - w teren zawsze będę mógł ich ewentualnie brać.
Po drodze zaś - pomyślimy, co by tu zrobić, by małej trochę poprawić jakość życia. Na razie stanęła w typowej, chłopskiej komórce, przywiązana do żłobu. Ponieważ jednak z takiej samej komórki wyszła u sprzedawcy - nie ma powodu do przedwczesnego alarmu: chyba jest do tego przyzwyczajona..? Z czasem zaś - o ile tylko chłopak dotrzyma słowa i faktycznie wkrótce nas nawiedzi - spróbujemy coś na ten problem zaradzić.
Ten pie...ony uchwyt będę chyba musiał do przegrody przyspawać. Wprawdzie spaw na pewno też kiedyś puści - ale może zajmie mu to więcej czasu niż potrzebowały na spaczenie się wkręty..?
I to by było na tyle na dzisiaj. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że nadchodząca zima będzie wczesna, ostra i zapewne długa (już parę dni temu nad Boską Wolą przelatywały klucze dzikich gęsi ciągnących na południowy zachód - a wczoraj, podczas powolnej i odbywanej bocznymi drogami wycieczki - nie chciałem powodować korka na główniejszej drodze - miałem okazję zaobserwować nie tylko dojrzałe już, ale wręcz opadające na ziemię owoce dzikiej róży i tarniny: w zeszłym roku zbieraliśmy je dopiero na początku listopada!).

autor: Boska wola

Ostatni Waltz


Dlaczego wahacie się czy zatrudnić w charakterze gospodarza miasta osobę przyłapaną na kradzieży kamienicy?


Pod adresem HGW sformułowano wiele zarzutów. Zablokowanie miasta, zbyt kosztowne inwestycje ( przystanki za przeszło milion złotych) , podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej, które zaowocowały natychmiastowym obniżeniem wpływów do miejskiej kasy, podwyżki czynszów, opłat za wieczystą dzierżawę, pół miliarda podarowane lekką ręką na remont stadionu Legii, porażka z ustawą śmieciową. Oczywiście pani prezydent na wszystko ma jakieś usprawiedliwienie. Nic nie robiła osobiście – za wszystko odpowiada rada Warszawy. (Na przykład   HGW kto decydował o dotacji na stadion Legii, bo jak HGW twierdzi, nie zrobiła tego osobiście.)
Ma oprócz tego pecha. Sprzysięgły się przeciwko niej niebiosa zalewając właśnie otwierany tunel. Wredni współpracownicy ustawili ją do zdjęcia pod napisem CIPA, będącym skrótem nazwy jakiejś współpracującej firmy.
Wielu komentatorów znęcało się nad sposobem ubierania się czy wysławiania HGW oraz przypominało jej dawne grzeszki. Brutalną i bezsensowną rozprawę z kupcami na Placu Defilad, zatajenie dochodów po wyborze na pierwszą kadencję.
Zdumiewa mnie jednak fakt, ze nie zauważyłam żeby ktoś zajął się sprawą najistotniejszą. Otóż urzędująca prezydent miasta bezprawnie przejęła cudzą kamienicę i bezprawnie ją sprzedała narażając lokatorów na wyrzucenie na bruk. Wydaje mi się, że w każdym cywilizowanym kraju spotkałby ją za to Impeachment.
O tym wszystkim pisałam kilka razy. Bez trudu można również znaleźć artykuły na ten temat w wysokonakładowej prasie. Nigdy dotąd nie zdarzało mi się podawać linków do moich starych postów. Wydaje mi się jednak, że są one wyjątkowo aktualne, a nie warto się powtarzać. http://izabela.neon24.pl/post/93450,hgw
i ponieważ nie wiem jak wygląda archiwum NE

Tajemnicą poliszynela jest , że we wszystkich większych miastach kwitnie proceder przejmowania nieruchomości przez fałszywych właścicieli. Sprzyja temu ustawodawstwo- handel roszczeniami i ochrona nabywców w dobrej wierze przez rękojmię zaufania do ksiąg wieczystych. Podobno rekordem jest kupienie kamienicy( roszczeń do kamienicy)  przy ulicy Hożej w Warszawie za 150 złotych. W tym zbrodniczym procederze uczestniczą notariusze, adwokaci, urzędnicy, a także lekarze i pielęgniarki wskazujące przestępcom chorych samotnych, niesprawnych intelektualnie ludzi, których można na łożu śmierci zmusić do sprzedania za grosze tak zwanych roszczeń.
Ale przede wszystkim sprzyja temu wspólnota w przestępstwie. Jaki pan taki kram. Jeżeli pani prezydent ma na sumieniu przejęcie kamienicy na podstawie sfałszowanego pełnomocnictwa, to czego mają się bać inni parający się tym przestępczym procederem. Tyle ,że skutki tego chronionego procederu są tragiczne dla lokatorów kradzionych kamienic, gdyż są wyrzucani na bruk i dla nas podatników , bo prawowici właściciele otrzymują od miasta odszkodowania.
Nie mogę zrozumieć cichego przyzwolenia na to co się dzieje. . Nie mogę zrozumieć dlaczego mieszkańcy Warszawy wiedząc o tym wybrali HGW na drugą kadencję? Dlaczego nie solidaryzują się z wyrzucanymi na bruk? Dlaczego nie boją się, że przyjdzie na nich kolej?
Ostatnio popularne jest prokurowanie na papierku tak zwanej katastrofy budowlanej, po której stwierdzeniu mieszkańcy kamienicy dostają z łaski miast lokale zamienne w gorszej lokalizacji, a miasto potem katastrofę odwołuje i wykorzystuje nieruchomość do własnych celów.  O tym wszystkim chciałam napisać z podaniem szczegółów i adresów ale nie wiem czy warto, jeżeli okazuje się, że dla mieszkańców Warszawy jest to bez znaczenia.
Pani prezydent aby poprawić swój wizerunek nakłania straż miejską do zmniejszenia liczby mandatów oraz zarządziła jutro dzień bezpłatnej komunikacji dla mieszkańców stolicy. Chyba nikt nie da się nabrać na tak prymitywne chwyty propagandowe.
Pozwolę sobie na retoryczne pytanie. Czy zrezygnowaliby państwo z wyrzucenia gosposi złapanej na kradzieży, nawet jeżeli, żeby was udobruchać przyrządziła na pożegnanie dobry obiad?
 Dlaczego zatem wahacie się czy zatrudnić w charakterze gospodarza miasta osobę przyłapaną na kradzieży kamienicy?

autor: Iza