środa, 24 marca 2021

Sieć kultury, czy kulturnaja?

 

Październik 2012. Polska jesień nastraja mnie nie tylko pełnią nostalgii, lecz powoduje, że myśl swobodnie błądzi i kluczy i czasami coś odkrywam.
Nagły błysk. Iluminacja. Czy to możliwe, że tworząc Sieć, dalej Internet, a w końcu portale internetowe z możliwością publicznego demonstrowania własnych myśli, nie żaden tam Hyde Park, gdzie na drewnianej skrzyneczce mówimy do dziesięciu, może nawet do dwudziestu, nie za bardzo zainteresowanych ludzi, dostaliśmy (niestety, jak się wkrótce okazało – nie za darmo) potężne narzędzie, dające możliwość przemawiania nawet do milionów. To więcej niż wydana w kilku nakładach książka.
To wspaniałe narzędzie, które w założeniu miało służyć komunikacji, nagle stało się żyznym, twórczym polem, gdzie można kreować wszystko.
Nie miałem wtedy, tamtej jesieni wątpliwości, że oto jestem nie tylko świadkiem, ale aktywnym uczestnikiem powstawania nowej gałęzi kultury*.

Teraz, tej smutnej, kowidowej wiosny 2021 widzę, jaki byłem naiwny i jak nie uwzględniłem piekielnych mocy.
Koincydencja, a może nie – wraz z rozwojem internetu świat zaczęli przejmować dwaj, najbardziej perfidni synowie Lucyfera – Mamon i Lenin.
W rezultacie media społecznościowe, płonna nadzieja dla kultury, również już teraz w dużym stopniu przejęte są przez forsę i bandycką ideologię.

Czy uda się ludziom przyzwoitym i po prostu poczciwym, kiedyś Internet odzyskać?

<<<<< >>>>>

19.10.2012

Czy zdajemy sobie sprawę, że pisząc, dyskutując i komentując na portalach, tworzymy nową gałąź kultury?

Piszemy. Nagle tysiące ludzi, przeróżnych zawodów i pozycji, od polityków po domokrążców zaczęło pisać w internecie. Łączy ich właściwie tylko jedno – posiadanie komputera i dostęp do internetu. No i może jeszcze jedno – chęć wypowiedzenia się, dania swojej opinii.
To zupełnie nowe zjawisko kulturowe, młodziutkie jak osesek, więc jeszcze bez sztywnych ram etyki, porządku i zwyczajów. To się dopiero tworzy.
Każdy nosi w głowie swoje myśli. Do tej pory dzielił je tylko z najbliższymi: rodziną, wąskim albo szerszym gronem przyjaciół, kolegami z pracy. Był anonimowy, zgubiony w tłumie populacji. Przewrót na miarę kopernikańskiego, ba, twierdzę, że znacznie większy, jakim stał się internet, to jakby w mrocznym pokoju wreszcie odsunięto zasłony, otwarto okna i drzwi i wpuszczono do środka świeże powietrze i promienie słońca. Teraz każdy, kto uważa, że ma coś do powiedzenia, może to powiedzieć, nie tylko najbliższym, ale także zupełnie obcym ludziom. To jest zupełnie coś nowego. Kulturalny przełom.

Jesteśmy narodem, w którym w dużym stopniu nie ma tradycji na przykład pozdrawiania się całkiem obcych sobie ludzi. No, może za małymi wyjątkami, na górskich ścieżkach, czy na łódkach, na jeziorach. Ciągle bronimy swojej świadomej izolacji i prywatności. W innych krajach jest różnie. Ale pomijając wielkie miasta, ludzie pozdrawiają się, choćby uśmiechem, a czasem krótką wymianą zdań.
Chcę powiedzieć, że nie jesteśmy społeczeństwem zasadniczo otwartym. Bardzo trudno u nas buduje się wspólnotę. Choćby te najważniejsze społecznie – wspólnotę zebrania, pochodu, czy masowej imprezy. I oto dano nam zupełnie nowe narzędzie, nową zabawkę. I dzięki niej mamy się zmienić, stać się otwarci i nauczyć się rozmawiać.

I tu jest kłopot. W przeważającym stopniu my nie potrafimy rozmawiać. Mówić i słuchać. I to wszyscy: mąż z żoną, rodzice z dziećmi, koledzy w pracy. Sztuka rozmawiania zanikła. Pozostała tylko szkieletowa sztuka komunikacji, której zasadniczym aspektem są pytania – ile to mnie będzie kosztowało i co ja będę z tego miał.
Musimy nauczyć się rozmawiać. Ponownie przywrócić rozmowę do poziomu sztuki i stworzyć z niej trwały element kultury.

Jest jeszcze głębszy aspekt tej sprawy: psychologiczny i społeczny. Ludzie się wstydzą werbalizować i wypowiadać swoje myśli. Tak się utarło, że mruk i milczek, robiący poważne miny jest odbierany jako osoba nadzwyczaj mądra, a ten co dużo mówi, odbierany jest z lekką pogardą, jako papla, gaduła. Taki głupi stereotyp jest głęboko zakorzeniony. Twierdzę, że ugruntował się w czasach feudalnych, gdzie parobek miał robić, a nie gadać. Mowa była wówczas zbędnym dodatkiem i właściwie przeznaczona tylko do kręgu dworskich salonów. To niestety trwa nadal. Zróbcie uczciwie rachunek sumienia i przypomnijcie sobie, kiedy ostatnio opowiedzieliście bajkę lub jakąś historię swojemu dziecku lub wnukowi. Kiedy siedzieliście z żoną/mężem przy kawie i rozmawialiście o czymś abstrakcyjnym. Prawda? Nie było tego dużo. A myśli w głowie ciągle są, kłębią się i przykro, gdy nie mają ujścia.
Rozmawiajmy więc. Nauczmy się tego.

Internet i blogosfera jest wspaniałym narzędziem, by przełamać tą wielowiekową zmowę milczenia. Po pierwsze – jesteśmy anonimowi. Wprawdzie nie wszędzie, ale tak już się ułożyło, że występujemy pod pseudonimem – nickiem. Nie musimy podawać swojej podobizny, lecz tylko tak zwany awatar – obrazek, jaki nam przyjdzie do głowy. Takie ustawienie pozwala nam pokonać wrodzoną nieśmiałość i wstyd wypowiadania się. W pewnym stopniu jesteśmy anonimowi i liczą się tylko nasze słowa. Oczywiście, przy dłuższej obserwacji danej anonimowej postaci, można o niej, jej charakterze, wadach i zaletach, powiedzieć coś więcej.
Drugim, nie mniej istotnym aspektem, w przełamywaniu barier psychologicznych i społecznych, jest to, że praktycznie zwracamy się do anonimowej publiczności. Nie widzimy twarzy, nie widzimy na nich uśmiechu aprobaty, albo uśmiechu pobłażania, czy kpiny.
To wszystko pozwala nam się wypowiadać, werbalizować myśli nieco swobodniej. Mamy tu przełożenie myśl – tekst, słowo pisane. Nieco inna ścieżka jest w przypadku myśl – wypowiedź, słowo mówione. Bywa tak, że ktoś potrafi pięknie przelewać swoje myśli na papier czy klawiaturę, natomiast absolutnie nie potrafi się wypowiadać. Znamy dużo takich przypadków. Bo przy bezpośredniej wypowiedzi nie ma już tego pancerza anonimowości, o czym pisałem powyżej. By to osiągnąć, trzeba niestety znacznie więcej nad sobą pracować.

Stwierdziłem, że blogosfera tworzy nową gałąź kultury. Lecz istotna jest także relacja odwrotna – kultura w blogosferze.
Mamy właściwie takie relacje: wpis/notatka – komentarz – ewentualna dyskusja. Jeżeli notatka jest tylko informacją, dziennikarskim podaniem faktów, to nieodpowiadanie autora na komentarze jest całkiem usprawiedliwione. Po prostu spełnił on swoją „dziennikarską” powinność.
Natomiast, gdy notatka jest wyrazem przemyśleń, to oczywistym się staje, że jest zachętą do dyskusji. Wówczas autor notatki obowiązkowo powinien uczestniczyć w dyskusji. Taka właśnie jest rola kulturalna prawidłowej rozmowy. Wyjaśnianie i przedstawianie opinii. Zgadzanie się, albo i nie. Kłótnia nawet.
Widać wyraźnie, że tego jeszcze nie potrafimy. A w antycznej Grecji, były szkoły, które tego wszystkiego uczyły. Było coś takiego, co nazywało się sztuką prowadzenia sporu. Teraz to wszystko zanikło. Gdy brak merytorycznych argumentów to usłyszymy – jesteś głupi i masz wszy. Czy tak można prowadzić dyskusję i spór?
A wszystko to dlatego, że oduczyliśmy się rozmawiać – w naturze i w sieci.

==============================
* - Kultura (z łac.(link is external) colere, 'uprawa, dbać, pielęgnować, kształcenie') – wieloznaczny termin pochodzący od łac.(link is external) cultus agri („uprawa roli(link is external)”), interpretowany w wieloraki sposób przez przedstawicieli różnych nauk(link is external). Najczęściej jest rozumiana jako całokształt duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa(link is external). Kulturę można określić jako ogół wytworów ludzi(link is external), zarówno materialnych, jak i niematerialnych: duchowych, symbolicznych(link is external), takich jak wzory myślenia i zachowania.
Bywa utożsamiana z cywilizacją(link is external) i z wzorami postępowania charakterystycznymi dla danego społeczeństwa; także z tym, co w zachowaniu(link is external) ludzkim jest wyuczone, w odróżnieniu od tego, co jest biologicznie odziedziczone. [Wikipedia]

 

niedziela, 21 marca 2021

I N S T A N C J A

 

 

Patrzcie Państwo, napisałem ten felieton w maju 2012 roku, niemalże dziewięć lat temu. Zmieniła się władza. Prawicowa Dobra Zmiana, która od początku uznała naprawę systemu sprawiedliwości za swój priorytet, przez sześć lat rządów ledwie tknęła Kastę, ten bolszewicki monolit.

Władza sądownicza, jak kpiła ze sprawiedliwości i gardziła obywatelami, czyni to nadal. Na dodatek ma dziś wsparcie bolszewickiej Brukseli.

Państwo bez sądów jest kulawe. Ile jeszcze czasu potrzeba, by 

stworzyć prawdziwą trzecią władzę?

 

<<<<< >>>>>

29.05.2012 07:43
 

 

Gdy całe to gangsterstwo, ta mafia w czarnych pelerynach w 

końcu padnie, bo padnie, bo musi upaść, to pierwszym zadaniem 

będzie uczynienie, by powstała Instancja...


 


 

Pisałem już niejednokrotnie, że jestem miłośnikiem dobrych kryminałów. 

Pewien jestem, że wielu z nas jest. Właśnie skończyłem „Kancelarię” 

Johna Grishama i zacząłem się zastanawiać nad wielką popularnością, 

bądź co bądź, dosyć schematycznej prozy tego autora. Grisham pokazuje

 nam amerykański świat prawniczy – sądy, adwokatów i 

nieprawdopodobne pozwy sądowe. Więc nie są to kryminały policyjne, 

ale właśnie sądowe i ostateczna rozprawa jest zwieńczeniem każdej 

opowieści. I to cieszy się tak wielką popularnością na całym świecie.

Bo sprawiedliwość, dzięki mądremu prawu i niezłomnym sędziom 

zawsze triumfuje.


 

Prości ludzie i nie tylko, właściciele domów, działek, czy tylko straganu, 

w imieniu prawa są krzywdzeni, okradani i niszczeni. To Grisham a 

rebours. Prawo i sędziowie nie gwarantują sprawiedliwości. 

Wprost przeciwnie – mogą człowieka zniszczyć.


 

Jednym z zasadniczych aspektów zdrowia psychicznego człowieka jest 

poczucie bezpieczeństwa. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś jest jakaś 

tytułowa instancja, która, gdy dzieje się nam krzywda, na pewno nam 

pomoże. Jak w dzieciństwie, gdy chuligan z sąsiedniej ulicy chciał nam 

złoić skórę, to biegliśmy po tatę lub starszego brata. Dorośliśmy i takiego

 wsparcia nam zabrakło. Nie mamy na co liczyć. Kompletnie.


 

Jak się dowiedziałem od Grishama, w samym Chicago jest 40 tysięcy 

prawników. Mam nadzieję, a właściwie przekonanie, że wszyscy 

intensywnie pracują i mają dobre zarobki. Stąd wniosek, że mają 

klientów i ludzie ich potrzebują. Szukanie porady prawnej i pomocy 

prawnej w Polsce jest koszmarem.


 

Kim są polscy sędziowie, prokuratorzy, adwokaci? Czym jest polskie 

sądownictwo i wymiar sprawiedliwości? Czy jest to instancja, na której 

może się wesprzeć skrzywdzony Polak? W żadnym wypadku. To moloch 

zainteresowany tylko samym sobą. Dzięki wypracowanemu przez lata 

systemowi korporacyjnemu i procedurach, które w żadnym wypadku nie 

mają prowadzić do szybkiego osiągnięcia sprawiedliwości, system prawny

 w Polsce, to bardzo podejrzana instytucja, raczej nie specjalnie godna 

zaufania przez Polaków. Kto tylko może, stara się ją omijać z daleka. 

Zupełnie odwrotnie niż u amerykańskiego autora bestsellerów, gdzie 

obywatel praktycznie z byle drobiazgiem zwraca się do adwokata. 

Dlaczego? Bo ma przekonanie, graniczące z pewnością, że znajdzie tam 

potrzebną pomoc. I 40 tysięcy prawników w Chicago ma pełne ręce 

roboty.


 

Ilu jest prawników w Polsce? Kim są sędziowie i adwokaci? To na nich 

właśnie liczymy, gdy dzieje się krzywda. Nie wiemy, nie znamy tego 

hermetycznego środowiska. Wydzwaniamy po znajomych, by dowiedzieć 

się czy znają dobrego adwokata od rozwodów. Czy dana kancelaria jest 

dobra. Czy można liczyć na sprawiedliwość u tego właśnie sędziego. 

Normalny obywatel nie ma o tym bladego pojęcia. Więcej, on temu 

systemowi nie ufa i się go boi. Często niestety bardzo słusznie.

System prawny, przez cały okres komunizmu, będąc elitarną korporacją 

na usługach władzy, taką pozostał. Z tą tylko różnicą, że teraz jest tej 

władzy największym wrogiem. Nie potrafił się przekształcić. Ba, on tego 

nie chce. Wszelkie próby reformatorów spełzły na niczym. Hermetyczna 

korporacja na usługach najmocniejszych i najbogatszych, wydaje się dla 

nich najlepszą przystanią życiową. Po co więc iść na niepewny chleb, 

zabiegać o klienta, negocjować honorarium w zależności od sukcesu w 

sądzie itd. To zbyt ryzykowne. I niesie za sobą tak znienawidzoną 

konkurencję w zawodzie.


 

Poza systemem sądowniczym powinno istnieć dodatkowo sporo 

pomocniczych instancji odwoławczych. Może ktoś jest w stanie podać mi 

choć jedną taką instytucję, gdzie spokojnie możemy się odwołać, gdy 

sprawiedliwość jest łamana, lub choćby zagrożona. Jakaś odwoławcza 

izba skarbowa, jakieś władne stowarzyszenie konsumentów, czy 

cokolwiek.


 

Jak powyżej napisałem, dla zdrowia psychicznego poczucie 

bezpieczeństwa jest obowiązkowe. Czy możemy przydzwonić 

włamywacza patelnią w głowę, bo chcemy być bezpieczni we własnym 

domu? Nie, ręka nam zadrży, bo sąd może nas za to ukarać. Więc 

nawet we własnym domu nie możemy czuć się bezpieczni.

Grono przyjaciół lansuje szwajcarski ideał posiadania broni przez każdą 

rodzinę. Ja jestem sceptyczny właśnie z powodu obecnego systemu 

prawnego. Cóż z tego, że mam broń, jeżeli za jej sprawiedliwe użycie 

mogę pójść do więzienia. Parę lat temu pani, która na własnej posesji 

postrzeliła legalną bronią włamywacza miała grube nieprzyjemności.


 

Więc, gdy całe to gangsterstwo, ta polityczna mafia w końcu padnie, bo 

padnie, bo musi upaść, to pierwszym zadaniem będzie uczynienie, by 

powstała Instancja – system sądowniczo – prawny na usługach zwykłych

 ludzi, przeciwko władzy, przeciwko korupcji, urzędnikom i aparatowi.

To ma być, jak w dzieciństwie ojciec, albo starszy brat.


 

 

Ps. W jakim stopniu w tej naprawie III Władzy może pomóc 

wprowadzenie instytucji sędziów pokoju, który to projekt już chyba jest 

przesądzony i gotowy do realizacji?




poniedziałek, 15 marca 2021

Niezbędnik podróżnika i nie tylko. O tym warto wiedzieć

 

Trzeba sobie radzić. Tak jest. Nigdy nie byłem żadnym harcerzem, czy żołnierzem, czy członkiem jakiejkolwiek zorganizowanej grupy. Nienawidziłem mundurów; nienawidziłem zbiórek, czy wspólnych ćwiczeń, albo jeszcze gorzej – wspólnego odpoczynku, rozrywki, chlania, czy czego tam jeszcze. Lecz tylko do czasu. Do czasu… Życie i cywilizacja zawsze w końcu cię dopadnie.

Coś nie tak. Źle się czujesz. Walnąłeś się. Albo się potknąłeś. Pociąłeś się w kuchni (za dużo noży!). Czyha tego na ciebie sporo. W domu nie ma problemu. Wszyscy mają to magiczne pudełeczko. Lub jak to na filmach pokazują, otwierasz szafkę z lusterkiem w łazience i masz tam wszystko. Pastylki i buteleczki, waciki i plasterki. Na ból głowy (tu duży przerób) i na ból stopy. Jednak w podróży, poza domem, już tak łatwo nie jest. Trzeba wtedy kombinować.

***

Ten tekst dołączę do zbioru moich marynarskich opowieści. „Morskich opowieści” jest strasznie wyświechtane i głównie nadużywane przez tych wilków, co ostatni weekend spędzili na łódce na jeziorze Mamry (zawsze się zastanawiałem, czy powiedzenie – „zamknąć kogoś w mamrze” wzięło się od nazwy tego jeziora. A może odwrotnie). I strasznie fascynują się tymi węzłami. Jakby nie robili niczego innego, tylko bez przerwy cumowali, albo mieli zawsze jakiś sznurek w garści, nazywany wykwintnie linkami.

Marynarz to robota. Też idzie się do pracy i z niej wraca. Niestety, nie do domu, rodzinki, żony, dzieci, kumpli a nawet teściowej, tylko do niewielkiej kabiny, prysznica i sedesu, oraz do najsympatyczniejszego miejsca – koi.

Zebrało mi się już tych opowiadań sporo. Panienki piszczą – więcej, więcej! Taka legenda, że my jesteśmy stale na viagrze. Lecz pozostali potwierdzają, że też chcą czytać. Namawiają, by wydać zbiór, taką książeczkę.

Dawniej sam też lubiłem takie rzeczy czytać. Zanim odkryłem na dobre Conrada, czy Cortazara, wielokrotnie przeczytałem „Pan doktor na morzu” Richarda Gordona. Ciągle fantastyczne, choć dzisiaj to już klasyka.

Ociągam się nieco z tym wydaniem. Wydawnictwa są nawet bardzo chętne. Ale osiemdziesiąt procent z nich tak cienko przędzie i ma taki strach przed ryzykiem wydawniczym, że mówią: – Słuchaj, jasne, że ci to wydamy. Lecz sam będziesz musiał zainwestować w to jakieś pięć tysięcy na początek. Potem oczywiście zwróci ci się to w sprzedaży. To ja mam jeszcze płacić za swoją pracę?! Pokręciło ich? Przetłumaczę sam siebie na angielski i wyślę to do Simon & Schuster, albo do innego Harpera Collinsa.

Szlaki morskiego blogera zresztą przetarł mój rodak z Gdyni, niestety śp., Tomasz „Seawolf” Mierzwiński. Lecz on, jak przystało na kapitana, czyli dowódcę, bardziej był zainteresowany polityką i sytuacją w kraju, niż ja, morski robol, walką ze słoną wodą i kupą złomu, od której zależało moje życie (i nie tylko moje). I uwierzcie, było co robić.  Bo na morzu zawsze dzieje się. Tylko ptaszki nie śpiewają.

***

Lek na biegunkę

Dzisiaj będzie nieco instruktarzowo i nie tylko morsko, lecz raczej podróżniczo. Będąc w podróży, choć konkretnie poza domem, trzeba mieć ze sobą parę rzeczy, które mogą (ale nie muszą) się przydać. Nie chcę tutaj przytaczać podręczników i instrukcji dla surwiwalowców, bo to dosyć wąska i kompletnie stuknięta grupa ludzi. W młodości naoglądali się Rambo i teraz marzą tylko o tym, by traperskim nożem wyciągnąć kulę z rany, a potem ją zszyć na żywca, polewając ją obficie whisky. No i jeść te różne mchy i porosty. Nie, nie – to, co piszę, jest dla zwykłego człowieka, nawet dla takiego, który ma zadyszkę po stu metrach spokojnego spaceru.

Zdecydowanie najważniejszą pomocną rzeczą, którą każdy obowiązkowo musi mieć przy sobie, jest opakowanie, albo jeszcze lepiej, dwa, leku nazwanym na całym świecie naukowo Loperamid. A u nas to Stoperan, lecz wszędzie poza tym, to Imodium. Nigdy nie żałujcie na to grosza i zawsze miejcie to ze sobą. Przekonały się o tym już tysiące wycieczkowiczów do Egiptu, gdzie będąc w zadbanych kurortach, eleganckich hotelach i pijąc wodę tylko z butelek, dostawali takich biegunek, że cały tygodniowy wypad nad Morze Czerwone mieli z głowy. Spędzili go w toalecie, cierpiąc i jęcząc, zamiast rozkoszować się słońcem, plażą i nurkowaniem.

I powiem wam – gdzie indziej jest tylko gorzej. Dlaczego? Moja teoria jest taka, że nasza flora bakteryjna, te parę kilo przyjaznych bakterii w przewodzie pokarmowym, bez których nie możemy żyć, jest bardzo delikatna i kapryśna. Jakakolwiek zmiana w stałym schemacie dietetycznym, nie wiem co, pH, czyli kwasowość, jakaś oba bakteria lub minerał, czy związek chemiczny, powodują, że dostajemy gwałtownej biegunki. Zazwyczaj po paru dnach to przechodzi, ale po co się męczyć? Stoperanem/Imodium zlikwidujemy paskudne dolegliwości w dwie godziny. Dobrze, lecz o niezbędnych w podróży, czy na morzu lekach, pogadamy sobie innym razem.

Klej

O czymś zupełnie innym chcę teraz wam powiedzieć – o czymś, co powszechnie nie łączymy z medycyną.

To obecnie niesłychanie popularny ze względu na swoją uniwersalność i różnorodność zastosowań klej cyjanoakrylowy. W Polsce to powszechnie znana „Kropelka” i parę innych odmian, a na świecie to Super Glue, albo Krazy Glue.

Zazwyczaj sprzedawany w malutkich pojemniczkach, metalowych,  czy plastikowych tubkach. Z prozaicznych, aczkolwiek ważnych względów, o których warto pamiętać:

  • Jest to klej adhezyjny tego typu, że rzeczywiście jedna kropla na dobrze oczyszczonej powierzchni wystarcza na sklejenie dużego obszaru. I jest to klej, który reaguje błyskawicznie, więc nie można się bawić w jakieś opóźnianie, czy czekanie.

  • Klej ma bardzo krótką datę ważności – nie rozpakowany, już po roku jest do wyrzucenia.

  • Raz otwarty pojemnik z klejem trzeba zużyć w ciągu miesiąca. Później jest już do niczego.

Dosyć ciekawa jest jego historia. Został wynaleziony już w 1942 roku. A jakże, przez przemysł wojskowy. I wyobraźcie sobie, że nie znalazł zastosowań, bo… kleił za dobrze. Lecz wojsko, jak to wojsko, miało go cały czas na oku, jak setki innych wynalazków, które mają ukryte w swoim bezdennym skarbcu.

W końcu znalazł praktyczne zastosowanie w czasie wojny w Wietnamie. Ponieważ jest dosyć mało toksyczny, a proces sklejania jest tylko w niewielkim stopniu egzotermiczny, czyli nie wydziela w czasie reakcji wielkich ilości ciepła, tak, by można było się oparzyć, to można go z powodzeniem zastosować na ciele człowieka.

Jednakże mitem dość rozpowszechnionym jest, że klej ten został specjalnie wynaleziony, by pomagać rannym żołnierzom. Tak nie było. Dopiero po wielu latach okazało się, że może być on bardzo przydatny do szybkiego opatrywania ran, zastępując bandaże, plastry, czy opaski uciskowe.

Co jest powodem, który predestynuje tenże klej do roli opatrunku? To, że działa bardzo szybko; wprost błyskawicznie, oraz fakt, że jest niesłychanie odporny na czynniki zewnętrzne, w tym przede wszystkim wodę, powodując po zadziałaniu, nieprzenikalną, hermetyczną ochronę rany. Czyli to, co jest najbardziej pożądane w przypadku opatrunku.

I oto właśnie tutaj chciałbym przekonać wszystkich podróżników (i nie tylko – mamy w kuchni też) do stosowania „Kropelki” do opatrywania tych wszystkich paskudnych krwawiących rozcięć.

Więc teraz pozwolę sobie na krótki instruktarz, by nie popełniać różnych idiotyzmów.

Nasz klej nie nadaje się do wszystkiego rodzaju ran. Jest fantastyczny w przypadku niedużych ran powierzchniowych Tych różnych pospolitych skaleczeń. Więc niech nikt nie pomyśli, że przykleimy tym klejem uciętą rękę, gdy po paru wzmocnionych piwach, zabraliśmy się do ścinania drzewek piłą łańcuchową. Ręki nie przykleimy, a gdyby nawet, to się nie zrośnie. I obciętego palca, czy ucha też nie przykleimy.

Natomiast wszystkie rany powierzchniowe – proste cięcia, powiedzmy, nie dłuższe niż pięć centymetrów, nie za głębokie, opatrzymy fantastycznie. Przecież właśnie takich skaleczeń, czy to nożem, kolcem krzewu, czy nawet krawędzią kartki papieru, doznajemy najwięcej.

Nie starajmy się skleić rany, której brzegi są poszarpane. Więc kleju nie użyjemy będąc pogryzionym przez psa, albo wściekłą żonę, gdy wrócimy o trzeciej nad ranem, w stanie wskazującym, na dodatek pachnąc perfumami „Urok Ukrainy”.

I co ważne i trzeba pamiętać – kleju nigdy nie używamy na ukłucia, oraz na ukąszenia owadów. Nie wiadomo co w tych ranach może być, toksyny, bakterie i lepiej zostawić to otwarte.

Jeszcze jedno poważne ostrzeżenie: z dala od twarzy z tym klejem! Pisałem – klej jest mocno higroskopijny, wchłania wodę jak gąbka. Dlatego jest niesłychanie poważnym zagrożeniem dla oczu, ust błon śluzowych, dróg oddechowych, nosa i gardła. Od twarzy z tym klejem trzymajmy się z daleka!
I niech nikomu bezmyślnie się nie zdarzy przecieranie oczu palcami, gdy po używaniu klejów cyjanoakrylowych, dokładnie nie wyczyściliśmy rąk.

To teraz krótka instrukcja obsługi.

Jak się da, opatrunek wykonujemy sami, lecz, jeśli są to plecy, lub poniżej, albo czubek głowy, bo właśnie chcieliśmy przejść przez superczyste szklane drzwi biura, no i głowa ucierpiała, to poprośmy kogoś o pomoc. Rana oczywiście krwawi. Więc lepiej chwilę poczekać, aż przestanie (chyba, że cierpimy na hemofilię, lecz w tedy i tak musimy natychmiast udać się do szpitala). Koniecznie musimy przemyć ranę środkiem dezynfekującym. Jest ich obecnie sporo, a historycznie, to przede wszystkim spirytus, jodyna, czy woda utleniona.

Gdy rana już mocno nie krwawi i została zdezynfekowana, to palcami przyciągamy do siebie brzegi zranienia (kurcze… gdy rana jest na ręce, to będziemy potrzebowali trzecią rękę) i klejem pokrywamy całą linię zranienia. Nigdy za szybko i za dużo. Cienka powłoka schnie szybciej i mocniej. Taka jest właśnie główna cecha tego typu klejów. Czekamy dobrą chwilę, aż klej zacznie działać i wyschnie. Możemy już spokojnie sięgnąć po dobrze schłodzoną butelkę piwa. Aha, nigdy nie zabieraj się za taką robotę, gdy się boisz, jesteś nerwowy i ręce ci się trzęsą. Narobisz tylko bałaganu i guzik z tego będzie. Lecz my przecież jesteśmy twardzielami, Czyż nie? Zazwyczaj w ciągu 24 godzin, tak opatrzona rana się zagoi.

Dla purystów, którzy nie użyją niczego bez stempla Ministerstwa Zdrowia, mam dobrą wiadomość: są już specjalne, medyczne kleje, zaaprobowane przez służbę zdrowia. Ale ja mam swoje podejrzenia – „Kropelka” kosztuje 2 – 3 zł, a przemysł farmaceutyczny, straszny złodziej i krwiopijca, naklei na ten sam produkt swoją mądrą etykietę, doda „ulotkę dla pacjenta” i skasuje ciebie dziesięciokrotnie drożej. Znany mi dobrze taki produkt, rzeczywiście bardzo dobry, którego nazwy nie wymienię, kosztuje 40 zł za mała buteleczkę.

Pięknie, ładnie opatrzona klejem rana nie zwalnia nas z obowiązku obserwowania, co się z nią dalej dzieje. Gdy, nie daj Boże, zaczyna puchnąć, rozszerza się wokół zaczerwienienie, co zazwyczaj oznacza infekcję, to lepiej od razu szukać pomocy lekarskiej. A jeżeli, z jakichś powodów chcielibyśmy zmyć zaaplikowany klej, to możemy to zrobić acetonem. Zwykły zmywacz do paznokci wystarczy. Ostrzegam – będzie szczypało. Ale niegroźnie.

Oczywiście nie wyczerpałem tematu. Lecz w tym względzie literatury, również w internecie jest mnóstwo. Gdyby ktoś chciał sobie więcej poczytać, polecam bardzo fajny blog, gdzie konkretnie jest o tym sposobie radzenia sobie w sposób nieortodoksyjny.

https://morethanjustsurviving.com/super-glue-for-cuts

Oparzenie

A na koniec, bo weekend praktycznie się zaczyna; pogoda, jak na Majorce, a grille ruszą pełną parą, mała bezpłatna porada na dzisiaj: Pamiętajmy, że oparzenie, to nie tylko ten moment, kiedy dotknęliśmy czegoś naprawdę gorącego i krzyknęliśmy: – Auu! – lecz pewien dłuższy proces, w którym ciepło, lub ludowo gorąc, albo naukowo – energia, rozchodzi się powoli od miejsca sparzenia do dalszych obszarów. I musimy, tak szybko, jak tylko się da, przerwać ten paskudny i bolesny proces. Najprostszą i bardzo skuteczną metodą jest schładzanie oparzenia bieżącą wodą. I to nie przez krótką chwilę, tylko przez dobre parę minut, bo przecież to całe nagłe ciepło trzeba ciału odebrać i przenieść do cieknącej wody.
Jednakże zdecydowanie najlepszą metodą, by po paru piwkach przy grillu się nie poparzyć, jest użycie własnej kochanej małżonki.



piątek, 12 marca 2021

TOYAH O DYLETANTACH Jakimi dyletantami nie chcemy być

  


10 lat temu, jak widać w sierpniu 2012, z blogerem Toyahem, który później ujawnił się jako Krzysztof Osiejuk, gdzieś ze Śląska, nauczyciel angielskiego, bardzo utalentowany mistrz słowa, mieliśmy klasyczne relacje typu love&hate. Dokładniej, z mojej strony więcej love, a z jego - więcej hate.

Nie przyznawał się otwarcie do tego, bo to nie było w jego stylu (on zawsze był ponad wszystko), ale kątem oka śledził początki Klubu Dyleteantów. W końcu napisał o dyletantach. W miarę, jak to u niego uczciwie. Poprosiłem o zgodę na wykorzystanie jego tekstu. I on się zgodził. Tak to wyglądało (patrzcie jak się podlizywałem).

@Toyah

Dziękuję. Dotknąłeś błogiego mojemu sercu projektu. W tym co napisałeś nie ma ani jednego słowa z którym się nie zgadzam. By jednak to wszystko naprawić i przywrócić właściwe proporcje założyliśmy klub dyletanta - Ars Dilettanti.
O tym jest więcej w naszym manifeście: http://jazgdyni.nowyekran.pl/post/47278,klub-dyletanta-poczatek
Nie jest to żaden nowy pomysł,w XVIII wiecznym Londynie była to bardzo silna grupa ludzi, która wywarła wpływ na całą kulturę Anglii. Jak napisano: "The Dilettante Society or Dilettanti is a society of noblemen and scholars which sponsors the study of ancient Greek and Roman art, and the creation of new work in the style." Więcej jeśli ktoś jest zainteresowany tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Society_of_Dilettanti

Często tutaj u Ciebie Toyahu mówimy o odkłamywaniu słów i znaczeń. Mówimy o zapaści semantycznej. Zakładając klub myślałem właśnie o tym, by to nieustannie naprawiać. Nie o żadnym, głupim wymądrzaniu, ale o pokazywaniu głupich absurdów, jakimi jest przesiąknięta nasza rzeczywistość. Jak w Twoim artykule o Kubusiu Puchatku.
A dodatkowo jeszcze, nieco starać się podnosić poziom kultury.

Na przykład projektem, który jest żywcem zaczerpnięty z Twojego blogu, jest przygotowywanie podróży Dyletantów na Kresy. Na Grodzieńszczyznę i Wileńszczyznę.
Dużo też czerpiemy z Coryllusa i jego miłości do polskich dworów i szlacheckiej kultury. Warto to propagować, bo widać te siły, które chcą to zniszczyć, definitywnie wymazać.

Więc, będziemy się starali nie wymądrzać i postępować tak, byś w przyszłości nie miał rozterek, że dyletant to nie laik, ale też nie specjalista.

@jazgdyni
Zwłaszcza że ostatnio autentycznych specjalistów jakby wywiało. A ponieważ ludzie z pasją to przede wszystkim mordercy i oszuści, pozostają nam już tylko ci Twoi dyletanci.

@Toyah

Pozwoliłem sobie zalinkować ten tekst w Klubie Dyletanta. Jako lekturę obowiązkową.

Mam nadzieję, że wkrótce ponownie napiszesz coś tak fajnego u nas.

@jazgdyni
Ależ jak najbardziej. Mogę pisać choćby codziennie.

Tak więc mamy felieton Toyaha o Dyletantach


O dyletantach - głupich, głupszych i zawodowcach


Znaczenie słowa „dyletant”, jak każdy z nas pewnie wie, powszechnie traktowane jest jako pejoratywne. Dyletant to mianowicie niemal zawsze ktoś, kto się na danej kwestii nie zna, a jeśli zaczyna się nagle na jej temat wypowiadać, uznany zostaje automatycznie – i jak najbardziej słusznie – za osła. Są oczywiście dyletanci, którzy zdecydowanie się w pewnych sprawach nie orientują, tyle że zawsze potrafią wyprzedzająco wyznać, że wie pan, ja w tym akurat zakresie jestem całkowitym dyletantem, no i oni – naturalnie – za osłów uważani nie są. Tak się jednak składa, że, jeśli się zastanowimy nad faktycznym znaczeniem tego słowa, dojdziemy niechybnie do wniosku, że właściwie, bycie dyletantem nie musi być wcale czymś kompromitującym, nawet jeśli ów dyletant postanowi powiedzieć coś w temacie, co do którego jego dyletanctwo jest wręcz oczywiste. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że tak naprawdę dyletant to nie jest żaden cymbał, lecz ktoś, kto mimo braku wykształcenia w danej dziedzinie, dziedziną tą się pasjonuje i stara się ją systematycznie zgłębiać. To jest właśnie dyletant. I co w tym złego?
Co w tym złego, jeśli człowiek, poza swoim faktycznym wykształceniem, ma zainteresowania znacznie wykraczające poza to, co mu było dane poznać podczas wielu lat studiów i pracy zawodowej? Co złego w tym, że człowiek ma tych zainteresowań tak dużo, tak bardzo się stara zdobywać amatorską wiedzę – a jak czas i zdolności pozwolą, może i na w pół zawodową – w każdej dziedzinie, staje się dyletantem więc nałogowym? No chyba nic.
Przyznać jednak tu muszę, że dla mnie bycie dyletantem – nawet tym pozytywnym, a więc tym, który ze swoimi opiniami stara się nie wychodzić przed szereg – nie jest niczym bardzo sympatycznym. Ja oczywiście świetnie zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś kto ma rozległą wiedzę na wiele różnych – często niezwiązanych ze sobą – zagadnień, to postać jak najbardziej pozytywna, tyle że moje dotychczasowe doświadczenie wskazuje na to, że tego typu ludzi raczej nie ma. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że zdecydowana większość z nas ma pewne pojęcie w jednej, maksymalnie dwóch dziedzinach, a co do reszty – róbmy i mówmy sobie, co chcemy, byle nie publicznie. Dlatego że przynosimy wyłącznie wstyd. Sobie i innym. No i bardzo, ale to bardzo, irytujemy.
Uważam, że bycie dyletantem – w tym tak zwanym, pozytywnym sensie – niemal nigdy nie jest kwestią faktycznych talentów, czy realnej wiedzy, ale tylko i wyłącznie charakteru i temperamentu. Jest bowiem pewien typ ludzi, którzy zawsze i wszędzie starają się coś powiedzieć, a robią to w taki sposób, by nikt nie miał wątpliwości, że oto dzieje się coś naprawdę ważnego. Miałem kiedyś kolegę, który z wykształcenia był polonistą, natomiast – poza tym że był, jak najbardziej, znakomitym poetą i specjalistą od języka polskiego na poziomie literatury i gramatyki – znał się świetnie na komputerach, muzyce, samochodach, samolotach, broni, historii wojskowości, i każdej innej, oraz na kinie. I nie znał się na tym wszystkim tak jak ja, a więc ktoś, kto jest w stanie powiedzieć, że ta piosenka jest świetna, a tamta jak każda inna, czy że komputer działa wolno, lub szybko, ale autentycznie zawodowo. Oglądał on na przykład debiutującego wówczas „Szeregowca Ryana” i doskonale wiedział, czy guziki, które jakiś tam żołnierz miał przy swoim mundurze, są autentyczne, czy oszukane. Słuchał wystąepu Jimmiego Page’a już tylko z Robertem Plantem i natychmiast ogłaszał: „Oooooo… cieniutko. Paluszki już nie chodzą tak jak kiedyś”. Poza tym, grał świetnie na gitarze, pisał fantastyczne wiersze, no i po angielsku „wymiatał”.
Jak mówię, dyletantów z ambicjami nie lubię. Źle się w ich towarzystwie czuję, wciąż się tymi ich popisami irytuję, a, co najgorsze, mam nieustanne poczucie, że to co oni mówią, tak naprawdę nie jest warte choćby funta kłaków. Oni wyłącznie robią wrażenie. Wyłącznie, wykorzystując nasz brak wiedzy, zaledwie się popisują, i nawet jeśli sami w tę swoją fachowość wierzą – to tak naprawdę za nią stoi jedynie ta ich wiara. Do tego stopnia nie podobają mi się owi dyletanci, że sam wręcz przesadnie lubię podkreślać wszędzie, że ja się tak naprawdę nie znam na niczym innym, jak tylko na języku angielskim i w pewnym ograniczonym zakresie – polskim. Nie znam się na ekonomii, nie znam się na prawie, nie znam się na medycynie, nie znam się na budownictwie i historii, a nawet na filmie i muzyce. Nie znam się nawet na polityce, a jeśli wciąż o niej gadam, to wyłącznie na zasadzie wskazywania palcem na tych co kłamią, kłamią i kłamią. Od zawsze. A do tego, jak wiemy, nie trzeba zawodowego przygotowania. Wystarczy podstawowa wrażliwość i chłopski rozum.
Niestety – z mojego punktu widzenia, niestety – tak zwana blogosfera stanowi tu miejsce zdecydowanie podwyższonego ryzyka. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale jest jakoś tak, że tu co druga osoba, to czystej krwi dyletant w tym własnie sensie, że wprawdzie z zawodu jest on czy to nauczycielem religii, czy studentem socjologii, czy może lekarzem, ale poza tą swoją skromną dziedziną, zna się absolutnie na wszystkim. A w związku z tym, gdzie tylko pojawi się jakiś atrakcyjny temat, on natychmiast przychodzi i pokazuje swoją jakże specjalistyczną wiedzę. Powtarzam – ja nie mam żadnego sposobu, żeby każdego z nich merytorycznie oceniać, bo sam w tych wszystkich sprawach jestem ciemny jak tabaka w rogu, natomiast kilka dobrych razów zdarzyło mi się, że próbowałem tego typu doniesienia weryfikować u tak zwanego źródła i nieodmiennie okazywało się, że tam zawsze coś mniej lub bardziej nie grało.
Weźmy wspomnianego wcześniej kolegę, który znakomicie grał na gitarze i znał owej gitary najdrobniejsze tajniki. Ja bardzo lubię zespół Led Zeppelin i kiedy słucham jak gra Jimmy Page – mimo że z niego najprawdopodobniej satanista taki, że biedny Nergal mógłby mu najwyżej przyrządzać ziółka – nieodmiennie się wzruszam. I oto ów kolega słucha już mocno podstarzałego Page’a kiwa pobłażliwie głową i mówi, że „paluszki nie chodzą”. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z niejakim Antymosem Apostolisem – gitarzystą w zespole SBB. No i zapytałem go o te paluszki. No i on mi powiedział, że to jest jakiś kompletny absurd. Nie ma takiej możliwości, żeby Page’owi przestały chodzić paluszki. Wręcz przeciwnie. Na starość chodzą mu lepiej. Ja nie mówię, że ten Apostolis to jakiś wielka gwiazda, no ale, jak by nie patrzeć, dyletantem nie jest. Zarówno na poziomie praktyki, jak i doświadczenia.
Ktoś powie, że to są takie przykłady, które ja mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, bo ani to poważne, ani reprezentatywne. Ja jednak przede wszystkim uważam, że to nieprawda, bo one są właśnie bardzo reprezentatywne. Reprezentują one bowiem pewien typ charakteru, który niektórym ludziom każe wciąż robić mądre miny i się nieustannie popisywać jakoś mniej lub bardziej fikcyjną wiedzą. To przede wszystkim. Jest jednak coś jeszcze. Otóż ja tak naprawdę zdążam do czego znacznie poważniejszego niż to, że wśród nas trochę za bardzo się panoszą tak zwani niedzielni specjaliści. Z nimi sobie zawsze jakoś poradzimy. Gorzej jednak jest z grupą dyletantów zupełnie szczególnego typu, a mam tu na myśli tak zwanych lewych profesjonalistów. I tu już nie mamy do czynienia ani z paroma szkolnymi kolegami, czy paroma znajomymi blogerami, ale całym tabunem naprawdę groźnych kłamców. A są to najróżniejsi profesorowie, filologowie, redaktorzy, ekonomiści, prawnicy, socjologowie, lekarze, literaci, muzykolodzy, filozofowie, aktorzy, muzycy… a wspólne ich imię to Legion. I wystarczy choć przez moment posłuchać tego co oni robią, co mówią, jakie są efekty ich wytężonej pracy, by zdać sobie sprawę, że tam to jest dopiero pustka! I wcale nie chodzi mi o to, że taki redaktor Gursztyn czy Ziemkiewicz nie znają się na muzyce, czy teatrze, ale że nie znają się na jak najbardziej swojej robocie. Nie chodzi o to, że ten cierpiący na ADHD gówniarz z TVN-u nie zna angielskiego, ale że nie ma pojęcia o tym, za co, jak by nie było, bierze pieniądze, a więc o ekonomii. Nie chodzi nawet o to, że literat Kuczok, czy Pilch to półgłówki, ale że są oni zwyczajnie złymi i nieciekawymi pisarzami. Można by zresztą wymieniać. Jak mówię – imię ich Legion. Oto przed nami cała masa tak zwanych zawodowców, którzy zostali tymi zawodowcami wyłącznie na takiej zasadzie, że gdzieś tam było wolne miejsce i ktoś ich tam wpuścił.
Wspomniałem nagle tego Gursztyna i chciałbym akurat o nim parę słów powiedzieć, w ramach pewnej swojej jednak kompetencji. Przyznam Odr razu, że nie wiem, czy on też, obok Ziemkiewicza i Semki, należy do tak – przez siebie głównie – zwanych „dziennikarzy niepokornych”, czy może dopiero tam aspiruje. W każdym razie nazwisko już ma, no i przede wszystkim pisze w prowadzonym przez owych rycerzy tygodniku „Uważam Rze”. W ostatnim numerze tego pisma ukazał się jego tekst poświęcony Grzegorzowi Schetynie, w którym oczywiście, ujawnia on największe tajemnice owej mafii, której dumną częścią Schetyna od lat już jest. Ujawnia sekrety tej mafii, tyle że z jakiegoś powodu wszystko to przedstawia najbardziej klasycznym plotkarskim tonem, zupełnie jakby nie opowiadał o przestępczej organizacji, która jakimś niefortunnym zbiegiem okoliczności położyła swoją łapę na całym wielkim narodzie, ale o biznesie, gdzie wiadomo przecież, że zawsze ktoś jest na górze, a kto inny na dole. A zatem mamy tam takie popisy dziennikarskiej retoryki jak „Czy znaczy to, że Tusk mu wybaczył i ułaskawił?”, „Donald uwierzył Angeli Merkel, że będzie dla niego miejsce w strukturach europejskich”, „Przeciw Schetynie stanie też Ewa Kopacz”, „Trzeba pielęgnować więzi w środowisku”, „Widać, że Rafał jest lojalny, choć Donald, mianując go szefem klubu, postawił go w rozkroku”, „Matejuk, policjant z Wrocławia, od zawsze był kojarzony ze Schetyną”, „Minister Budzanowski ma ważne zadanie: dokładnie wyciąć ludzi Grzegorza”… I tak dalej i zawsze w tym stylu. A kiedy w tym swoim reporterskim śledztwie, dochodzi wreszcie do momentu gdzie widzimy jak Jan Krzysztof Bielecki niszczy wpływy nielubianego przez siebie Schetyny, to mamy okazję poczuć niemal literaturę: „Najboleśniejsze straty Schetyna poniósł na zupełnie innym odcinku. Chodzi o urzędy i spółki Skarby Państwa obsadzone przez związanych z nim ludzi”.
Czy coś może z tego wynika? Czy Gursztyn może przedstawia nam jakieś wnioski? Czy może choć jednym zdaniem tworzy coś na kształt refleksji. Mowy nie ma! Choć, przepraszam – raz coś jest. Otóż w pewnym momencie okazuje się, ze całkowicie wbrew statutowi partii, Donald Tusk już od trzech miesięcy nie zwołuje zarządu krajowego partii. Przepisy każą mu go zwoływać co najmniej raz w miesiącu, ale tym razem wszyscy są zajęci czym innym. I wtedy oto właśnie red. Gursztyn pozwala sobie na zadumę: „Nikt jednak przez ostatnie trzy miesiące nie śmiał przypomnieć Tuskowi o jego obowiązku”.
A ja się zastanawiam, kogo Gursztyn – dziennikarz niepokorny – miał na myśli, mówiąc „nikt”. Wygląda na to, że ani siebie, ani żadnego ze swoich kolegów dziennikarzy. Oni w końcu mają swoją robotę i, jak widać, ona ich absorbuje po brzegi. A może mu chodziło o posła Halickiego, lub posłankę Pomaskę? No chyba też nie. W końcu cały artykuł Gursztyna jest o tym, jak oni wszyscy są zapracowani, jak jasna cholera. Myślę i myślę, i w końcu wychodzi na to, że jemu musiało chodzić o mnie. Zapaleńca i dyletanta – jednego z tych bałwanów, co się przejmują jak dzieci, zamiast rozejrzeć się za czymś w miarę pewnym. Jemu na sto procent musiało chodzić o mnie. To ja, zdaniem Gursztyna, powinienem pójść na najbliższą konferencję prasową Donalda Tuska i mu to wszystko wygarnąć. Żeby wiedział, jak wygląda społeczna kontrola władzy.
No i zatoczyliśmy, jak zwykle zresztą, koło. Zaczęło się od tego, że jesteśmy tacy beznadziejni i tacy marni, a na końcu i tak musimy dojść do wniosku, że czym wyżej, tym gorzej. I że zdecydowanie lepiej być nikim niż kimś. Szczególnie takim kimś.


Rzuciłem hasło - Dyletanci - ludzie zaczęli się zastanawiać...

czwartek, 11 marca 2021

G... i D... Zielony ład. A gdzie brązowy?

 

Niemcy to bardzo pomysłowy naród. Od wieków pełen uczonych, pełen wynalazców i pełen artystów. Generalnie – twórców.

Lecz mają również swoje słabości, których nawet specjalnie nie starają się ukryć. Tę słabość uważają to za coś naturalnego, a na dodatek przyjemnego.
Tak więc, dla postronnych narodów, stało się to jedną z ich charakterystycznych narodowych cech.
Nazwałem to zespołem G i D.

Nieco wstecz, chyba tuż po obaleniu muru berlińskiego, bo formalnie istniało jeszcze DDR i RFN, wczesną wiosną, chyba też w marcu, pamiętam mokrym i dosyć ciepłym, podróżowałem autem do Hamburga. Gdy minąłem Berliner Ring, gdzieś blisko Neuruppin, powiew wiatru dostarczył na autostradę i do moich nozdrzy straszliwy smród. Rany Boskie! Jak to śmierdziało. Zmieniłem wlot powietrza do auta na recyrkulację, ale nic z tego, bo smród już miałem w środku. No i, cholera, przewietrzyć nie mogłem. Mówię wam – masakra.
Po jakichś 50 kilometrach, zatrzymałem się na stacji benzynowej, by, jak to się mówi, rozprostować nogi i napić się kawy. Zapytałem się również sympatycznego pracownika stacji, co to za piekielny smród. On w pierwszej chwili zdziwił się, że ja się dziwię i coś paskudnego czuję, gdyż on ma to rokrocznie od dzieciństwa. Ironicznie stwierdził, że dla nich jest to zapach przedwiośnia. Ściśle określona i umiejscowiona sensoryczna sensacja, jak, powiedzmy, zapachy spod pachy.
No tak... Co kraj to obyczaj. Hindusi i Afryka przyrządzają sobie posiłek nad ogniskiem opalanym krowim, czy bawolim, wysuszonym łajnem.
Ale Niemcy, to Niemcy. Sprytniejsi i przemysłowi. Jak mi sympatyczny młodzieniec opisał, ich system kanalizacji jest taki, że osobno gromadzą i przechowują ludzkie odchody, potem je odpowiednio rozcieńczają i tymi perfumami użyźniają łany pól uprawnych. Pojąłem wtedy dlaczego mają takie wspaniałe szparagi i Kartoffeln.

Pomysłowość i ta nadprzyrodzona zaradność Niemców, by wykorzystać wszystko co się da, a nawet zrobić coś z niczego, jest niesamowita. Lecz czy godna zazdrości? Bo oni szybko zapalają się do nowatorskich pomysłów, a już za chwilę okazuje się, że to kompletna klapa. Jak z tymi wiatrakami na lądzie, od Alp po Bałtyk i Morze Północne, które teraz usiłują nam wciskać na siłę, jako używane, po szybkim demontażu u siebie. Albo z zabetonowaniem swoich rzek. Na szczęście nie wzięli się na poważnie za Odrę.

Lecz, przepraszam, że tak się wyrażę, gówniany temat nurtuje nację germańską od pokoleń.
Ci, co mieli dłuższy kontakt codzienny z naszymi zachodnimi sąsiadami, nie ważne czy profesor, czy rolnik, potwierdzą, że oni, choćby w strefie dowcipu, czy tak przez wszystkich ulubionych kawałów, mają wielkie inklinacje do tematu G i D. To chyba jedyne opowieści, które powodują, że śmieją się do rozpuku. A jeśli jeszcze ktoś przy tym, przepraszam ponownie, pierdnie, to wprost tarzają się i łzy radości ciekną im na szyję.
Takie wzmożone zainteresowanie się G i D, naukowo nazywa się skatologią, a badacze dosyć mocno wiążą to z pobudzeniem seksualnym, co z kolei nazywa się w tym psychologicznym slangu, parafilią.
Psychologia wieku dziecięcego, albo psychologia rozwoju, zauważa, że we wczesnych latach dzieciństwa, jest krótki okres, w którym następuje fiksacja na kwestiach analnych. Czyżby Niemcom, przez jakiś wybryk natury, czy skazie w DNA, ta fiksacja 5-latka pozostała na całe życie?
Raczej nie, to kwestia kulturowa. Może to tradycja, która akurat w tych niemieckich księstwach, utrwaliła się setki lat temu, na podstawie XV i XVI wiecznej literatury sowizdrzalskiej, która wówczas była tak popularna, jak dzisiejsze filmy o super bohaterach.
Kto to wie... Lecz fakt faktem. G i D, w kwestii szeroko pojętego humoru, rządzi Niemcami.

Lecz jak to pokazałem wcześniej z tym smrodem, który niemalże mnie zabił, Niemcy mają również praktyczne spojrzenie na G. Bo przecież – takie marnotrawstwo!

Policzmy sobie, usiłując podążać za wielkimi niemieckimi matematykami.
Na wstępie tylko dodam, że wszystko to jest oparte na faktach. W dużej merze naukowych.
Naród niemiecki liczy dzisiaj (2019) 83 miliony. To w samym RFN, bo podobno na całym świecie aż 170 milionów (łoł!).
Jak twierdzą lekarze proktolodzy (specjaliści od G i D) przeciętny człowiek, biorąc średnią pewnej zbiorowości, wydala około 0,5 kilograma odchodów. Wiadomo też, że 75% stolca, to woda. Lecz pozostaje 25% procent fantastycznej i pożytecznej biomasy.
No więc policzmy sobie, zakładając dla uproszczenia, że tej suchej kupki jest tylko 10 deko, czyli 0,1 kg. A to jest dzień w dzień prawe 10 tysięcy ton!
Były kiedyś u nas takie statki nazywane dziesięciotysięczniki. I potwierdzam – to były duże statki. Więc w roku 365 pięć statków klasy G. Kupa wartościowego towaru.

Wiem, że Niemcy w laboratoriach i nawet instytutach, w tym temacie intensywnie pracują. Lecz nie wiem, choć wiemy, że są bardzo pomysłowi, lecz równocześnie nieprzewidywalni, więc wszystkich mogą zaskoczyć, co będzie produktem ostatecznym.

Tak sobie kombinuję, a moja wyobraźnia nigdy nie osiągnie germańskich szczytów (wiadomo – Polak podczłowiek) i wychodzi mi, tak na prędce, że mogą to wykorzystać i przerobić na dwa sposoby:

  • Zastosować to jako nowe paliwo wysokoenergetyczne. Paliwo zielone (brązowe, brązowe...), paliwo odnawialne i powszechne. Dokładnie paliwo BIO! Tona paliwa G, to co najmniej 100 ton paliwa z trzciny i sprasowanego siana. I w odróżnieniu od wiatraków pracuje regularnie każdego dnia. Czy to nie pasjonujące?
  • Przerobić suchą masę na żywność. I to jaką! Jednocześnie VEGE i BIO. Już widzę te McDonaldsy i foodtracki sprzedające pyszne vegeburgeryG. Z sałatą, krążkiem cebulki, plastrem pomidora i z majonezem ze ślimaczego śluzu (obecnie ma na niego monopol przemysł kosmetyczny). I te kolejki po te pyszności.

No dobrze... zaraz mi tu jakiś tradycyjny maruda powie, że co nas to obchodzi. Niech sobie Niemcy jedzą nawet G, lecz my, Polacy, nadal wybieramy kotleta, czy golonkę. Czyżby?! Jak długo? Już niemiaszki potrafią nas przydusić tak, byśmy poszli ich śladem. Nie za pomocą panzerfaustów, tylko kolorowych tygodników, portalu onet.pl i klonów, oraz kolejną Paradą Równości Pokarmowej.
Jak to napisał niezapomniany Wojciech Młynarski:

Ludzie to lubią, ludzie to kupią.
Byle na chama, byle głośno, byle głupio...

.

poniedziałek, 8 marca 2021

Elity jakie mamy dzisiaj

 



Parę dni po tym apelu w sierpniu 2011 roku napisałem nieco ironiczną ocenę ówczesnego stanu faktycznego. Mam wrażenie, że przez te 10 lat, niewiele się zmieniło.

Dziesięć lat minęło (!!!) a prawdziwych elit, jak nie było, tak nie ma.

Tak się dłużej nie da. Państwo i społeczeństwo tego nie wytrzyma. TVP z rozpaczą i na siłę usiłuje wylansować kogoś, którego większość darzyć będzie prawdziwym szacunkiem, a na dodatek go lubić. Udaje się to szczęśliwie ze sportowcami – Lewandowski, siatkarze, Kamil Stoch... Tylko... to gwiazdy sportu, żeby nie nazwać ich tym okropnym słowem – celebryci. I pamiętam też, jak namówiono biednego Grzegorza Lato, by został politykiem. Eeech...



Co ludzie dzisiaj widzą jako elity? Jak część narodu jest w to zapatrzona i daje się omamiać. Obawiam się, że znaczna.

No dobrze, złamałem się. Niech jeszcze coś będzie o elitach.

A konkretnie o neo-elitach. Co to jest? To ci, których smrodek dolatuje do nas codziennie, bo ocieramy się o nich wszędzie.



Bo też wszędzie oni są. Jak wspomniałem jest to układ hierarchiczny, rozciągający swoje macki od poziomu gminy Szemud, po najdroższe apartamentowce stolicy i posiadłości, praktycznie rozsiane po całym kraju (jedno drugiego nie wyklucza; nierzadko dobra posiadłość w Kujawsko – Pomorskim idzie w parze z apartamentem w najbardziej pożądanym domu w Warszawie.

Zazwyczaj, na tym podstawowym, najniższym poziomie, neo-elitę stanowi lokalna grupa przekrętów. Aby te przekręty dawały zyski koniecznie w takiej grupie musi być członek lokalnej władzy – wójt, starosta, sołtys, czy co tam jeszcze. Po prostu musi być styk państwowe – prywatne, bo tam są konfitury. Warto dodać, że ten miejscowy przedstawiciel władzy często nie jest członkiem neo-elity, a tylko aspirantem. Z reguły im bardziej się stara, tym dłużej odsuwany jest na bok. Musi w tej grupie być paru lokalnych biznesmenów, gdyż to oni wypracowują zysk i nadają ton. Jak na przykład wspomniany już przeze mnie Król Karkówki z Kartuz. Te dolne elity są nieliczne. O to właśnie chodzi. Tak ma być, bo dwóch, trzech jest w stanie rzucać światło na swój teren, a jak by było za dużo to istnieje niebezpieczeństwo tworzenia się chaosu i rozbisurmanienia się ludu.

Za to wkoło jest całe mnóstwo aspirantów przebierających nogami i usłużnych, którzy, za uścisk lub poczęstowanie jakimś nienormalnym świństwem (whisky, koniak, cierpkie, czerwone wino, kto to widział? słodkie przecież o niebo lepsze!), podejmują się czynienia drobnych uprzejmości.

Najważniejsze natomiast jest to, że przynajmniej jeden z tej grupy (to sytuacja optymalna) ma, jak to w układzie hierarchicznym, zaczepienie, kontakt z kimś z neo-elity wyższego szczebla. Im wyższego, tym lepiej. Bardzo dobrze, gdy wojewódzkiego, a równie dobrze, gdy centralnego. Jest to warunek obowiązkowy.

Chyba modelowym przykładem takiej struktury, jest były i niebyły pan senator Stokłosa. On w tym pilskim był (i jest?) jednoosobową wyrocznią, panem życia i śmierci, a jego wspaniała małżonka, jest jak żona cesarza (z wszystkimi tego atrybutami, z wyjątkiem urody, niestety). Umocowania w stolicy pozwoliły mu spokojnie przetrwać ciężki okres, gdy listy gończe fruwały po całej Europie.

Szczebel wyżej jest podobnie. Niekoniecznie więcej pieniędzy, ale więcej władzy. Styl jest też nieco inny, ale o tym napiszę osobno. Na tym poziomie zaczynają dominować poważne zawody: prawnicy, których kancelarie obsługują, banki i biznesmenów, bankowcy, którzy decydują, czy dać zarobić kancelariom i biznesmenom i biznesmeni, którzy dają z kolei zarobić kancelariom i bankom. Dla kolorytu jest jakiś niemłody pisarz z mądrą twarzą, lub choćby z piękną siwą brodą, jak na przykład pan Chwin. Jest paru dziennikarzy i dziennikarek, którzy ładnie potrafią opisać i zaprezentować swoją neo-elitę i ogólnie stwarzają odpowiedni, miły i ciepły klimat. Tutaj już możemy mówić o grupie kilkudziesięciu osób. Oczywiście, wszyscy razem dobrze się znają, razem bywają, są na ty, (ale nie przed kamerami) i mają wspólne upodobania, (ale o tym później).

A politycy? Z nimi to raczej różnie. Częściej nie są stałymi członkami elit (wiadomo – wybory); często dostają pozycję leszczy, ci z ambicjami robią za aspirantów, którym czasami starszyzna pozwala ogrzać się przy ognisku.

I tak krok po kroku idziemy do góry, aż dochodzimy do stolicy. I tutaj role się nieco odwracają. Prym w neo-elitach zaczynają wodzić politycy, urzędnicy wysokiego szczebla, oraz dziennikarze pewnych, wybranych tytułów prasowych i stacji telewizyjnych.

I po raz pierwszy celebryci. Ich istnienie na niższym szczeblu jest tylko etapem przejściowym i nie ma sensu, oprócz spotykania się w klubie na Monciaku w Sopocie. Ale tylko po to by móc się wywindować do celebrytyzmu ogólnopolskiego.

Jedynym chyba wyjątkiem w tej grupie jest Kuba Wojewódzki, który aspiruje do bycia celebrytą krajowym, a jest tylko powiatowym (taki dziwny paradoks).



Centralna neo-elita rulez!

Wyciąć kawałek lasku pod kolejkę linową? Ależ proszę! Wybudować ekskluzywne osiedle w jedynej w Europie, tak dziewiczej puszczy? Ależ proszę! Kupować latające barachło o nazwie Embrayer? Oczywiście! Proszę bardzo. Zrujnować poetę, typa jednego, który, cham jeden, nas wyzywa, a w dodatku ma, bezczelny, dobre pióro i poklask motłochu? Nie ma sprawy!



Zrobić i załatwić można wszystko. Pod jednym warunkiem – tylko dla siebie i swoich ludzi.

Dla narodu? Dla Polski? Jaja sobie robicie?! To nie ma sensu i co ja z tego będę miał?

Więc dla Polski i narodu wszystko leży. No może tylko neo-elita chętnie zamiast autostrad i kolei wybudowałaby duży płot, który, w pizdu …, trzymałby motłoch po drugiej stronie.

A najchętniej na kanapie przed telewizorem i niech znają łaskę pana, z pilotem, bo teraz już wszystkie kanały są nasze.



Krótko na koniec: neo-elita nie jest prawdziwą elitą narodu. Wszystko, co robi, robi tylko we własnym interesie. Owszem, starają się narzucać styl, kreować trendy, decydować, o czym się mówi, co się czyta i co ogląda. Lecz dodam raz jeszcze – tylko i wyłącznie we własnym interesie.



Naród generalnie im przeszkadza i mają go w dupie.





JK