niedziela, 18 kwietnia 2021

Gdy nagle wszystko się zmieniło




 





Moje pokolenie w młodości miało swoje zmory. Czyli coś, co nie pozwalało cieszyć się w pełni spokojem, pogodą ducha i być w pełni radosnym. Coś, co powodowało, że nagle odczuwaliśmy niezidentyfikowany niepokój. Jakiś ponury cień, czy szara mgła przysłaniała nasz dobrze znany wokól świat.

A w nocy dręczyły nas koszmary, z których budziliśmy się spoceni i walącym jak głupie sercem.



Moja szkoła podstawowa na rogu ulic – Wielkopolskiej i Wrocławskiej, była nowym, dużym budynkiem, pełna sali lekcyjnych, gabinetów tematycznych, z dużą salą gimnastyczną i szatnią. Nie był to dom, jak teraz, gdy szkoły zazwyczaj są parterowe, maksymalnie z jednym piętrem powyżej, tylko prawdziwie sporą, dwupiętrową budowlą, w kształcie litery U. W piwnicach mieściły się szatnie. Przed lekcjami trzeba tam było zostawiać płaszcze, kurtki, czapki i najważniejsze, buty. Wewnątrz szkoły chodziło się najczęściej w pepegach. Dziś nikomu ta nazwa nic nie mówi, ale tak właśnie powszechnie nazywano wszelkie tenisówki na białych, gumowych podeszwach, w czasach dzisiejszych potocznie określane jako adidasy. Oprócz tornistrów, a nie plecaków, bo te były wyłącznie do podróży i pieszych wędrówek, do szkoły nosiło się też spory woreczek, a w nim właśnie te pepegi, oraz najczęściej też drugie śniadanie.

Tak więc przed lekcjami przebieraliśmy się w swojej szatni, bo każda klasa miała oddzieloną żelazną siatką klatkę z wieszakami. Szatnia w piwnicach była ciemna i ponura. Jak to we wszystkich piwnicach. Lecz ta szkolna miała jeszcze coś specjalnego. Na końcu z jednej strony był mały korytarzyk, zamknięty potężnymi stalowymi drzwiami. Nigdy nie udało sie nam tam wejść, ani też nikt z dorosłych nie powiedział nam, co tam jest. Może były tam jakieś kotłownie, może magazyny, ale my szybko, po pobycie w szkole, wiedzieliśmy swoje – tak – tam były schrony. I to nie byle jakie. Te budzące prawdziwą grozę – schrony atomowe.

A na dodatek na dachu był umieszczony taki specjalny wyjec. Jak zawył, to było go słychać w całej dzielnicy. Nie oznaczał nic dobrego. Szybko dowiedzieliśmy się po co on jest i co to ponure wycie oznacza.

Były też w szkole przyjemniejsze dźwięki. Na każdym piętrze był całkiem duży, tak zwany dzwonek na lekcje. Nas, uczniów, interesowała wyłącznie jego druga funkcja – dzwonek końca lekcji. Gdy już po 45-ciu minutach mieliśmy dość.



To, co nad nami wszystkimi Polakami, a w szczególności nad naszym wzrastającym, powojennym pokoleniu wisiało, to wybuchająca bomba atomowa, a właściwie jej wybuch sekunda po sekundzie. I często sobie zadawane pytanie – czy jak ta fala do mnie dotrze, te milion stopni Celsjusza i ten podmuch, to czy coś poczuję? Jak skóra zwęgli się na proszek, albo wyparuje, to będzie bolało? Coś poczuję? Będę miał chwilę, by ogarnął mnie potworny strach? Przecież pokazują nam tę Hiroszimę i wiemy, że nigdzie się nie ukryjesz... nie uciekniesz... a pełzanie po ziemi, przykryty białym prześcieradłem do najbliższej jamy.. rowu... albo, no właśnie, schronu, to potężna ściema.


Więc, kto tylko trochę myślał i miał choć krztynę wyobraźni, musiał mieć senne koszmary. Najczęściej własnie takie – po wybuchu bomby atomowej, albo, co gorsza, wodorowej, świat wokół szaleje, płonie i się wali, a ty, czołgając sie pod tym białym prześcieradłem, starasz się uciec, choć jednocześnie szukasz swoich najbliższych.


Władze, nasze dzielne i dobroduszne władze komunistyczne, w radiu, kinach, a wkrótce i w telewizji, uspokajały wszystkich, że będzie dobrze i nie ma czego się bać, choć faktycznie ci podli i krwiożerczy imperialiści, którzy faktycznie nie tylko biją, ale i zabijają murzynów, co bez przerwy pokazują sceny o Ku Klux Klanie, noszą ciągle się z zamiarem, by parę takich atomówek zrzucić na nas, miłujące pokój narody.

Więc, na wszelki wypadek, musimy być gotowi. Po to te schrony i te wyjce na osiedlach. I plany ewakuacji. Kogo... Czego...



Dużo później, gdy już nasze szczęśliwe dzieciństwo minęło, dowiedzieliśmy się, jak cały czas byliśmy oszukiwani. To my – ci pokojowi - byliśmy gotowi zacząć wojnę. Układ Warszawski, miał zacząć pierwszy, co się nazywało uderzeniem wyprzedzającym. Potężne siły radzieckie, zgromadzone na terenie Niemieckiej Republiki Demokratycznej, o godzinie zero, miały ruszyć na zachód, a LWP – Ludowe Wojsko Polskie, miało rozkaz opanować całą Danię, by zabezpieczyć drogi wodne z Bałtyku na otwarte oceany.

Nikt jednak narodowi nie powiedział, że w ten sposób z Polski uczyniono strefę i to z całą sowiecką premedytacją, na którą spadną pierwsze, liczne bomby zachodnich imperialistów, zamieniając kraj w atomową pustynię. I to na setki lat...



Takie to było wychowywanie w pokoju, radości i szczęśliwości. Żyć, nie umierać.

Tylko bolszewików potrzebujesz do tego.

Teraz, od paru lat, podobny schemat, czyli życie w ciągłym zagrożeniu i strachem przed atakiem, neo-bolszewia dyktatora Putina urządza Ukrainie.



<<<<< >>>>>



Niecałe czterdzieści lat człowiek się męczył z nieustannym niepokojem, który jest immanentną metodą sprawowania władzy w ustrojach komunistycznych i innych totalitarnych.

Okrągły Stół miał wreszcie narodowi podarować wszystkim Polakom przynależny spokojny sen. Trochę na początku będzie bolało, ale wkrótce będzie dobrze.

Jak było, każdy ma swoje doświadczenia i ocenę.



<<<<< >>>>>



Może byli tacy, którzy coś tam wiedzieli, co się święci, lecz praktycznie cały świat nie wiedział, co przynosi rok 2020.

Na początku było zwykłe zaciekawienie, podszyte rozsądną ulgą. - O! Znowu jakaś mysia grypa. Jasne... Chiny. A co to jest i gdzie to jest, ten cały Wuhan? Słyszał ktoś? Pekin... Szanghaj... wiadomo. Hong Kong też już niby chiński. A Tajwan to wyspa. Wiem na pewno. Singapur?


Gdy wirus zapukał do bram Rzeczpospolitej, po niedługim wyczekiwaniu wybuchła standardowa panika. Ledwie rok minął, a już zapominamy. Inwazja i dantejskie sceny w Lidlach, czy Biedronkach. Młode pokolenie, właściwie to pokolenia – okrągłostołowcy, pokolenie X, Milleniarsi, no i te Julki, czy Wacki, choć przez chwilę zobaczyli peerelowską prozę i codzienność – puste półki. I te paniusie co się darły: - Policja! Dotyka kartofli gołą ręką! - Policja! Ściągnął maseczkę i chuchnął na mnie! Policja! Policja!

Ciekawostką było, że te Lidle i Biedronki, oraz pozostałe sklepy osiedlowe oblężone, a potem ogołocone z podstawowych towarów, jak mąka, cukier, ryż, konserwy w puszkach, zostały przez tych, co podjeżdżali merolami, a jakże, serii G, beemkami, a w najgorszym wypadku Jeepami (głównie te paniusie). Mieli kasę, a w domu duże pokoje, to kontener towaru mogli wykupić. Oczywiście gorzałę i piwo też. Natomiast winami wzgardzili, a o sushi zapomnieli.

A emeryci, jak zwykle skromnie, z siateczką... chlebek, jajeczka, kurze udka, albo kości na zupę; ziemniaczków parę, cebulka, maggi do smaku i już.


Wtedy też, jak to zazwyczaj w sytuacjach dramatycznych, przez jedną noc zamieniliśmy się w krainę ekspertów.

Maseczki dobre – maseczki złe. Koperty i pocztowe przesyłki są zabójcze. Wirus albo ma skrzydełka, albo jest lżejszy od powietrza, więc sobie fruwa, gdzie chce. Koronawirus to takie mordercze zwierzę, które cały czas poluje, a jego jedyny cel, to zabić jak najwięcej. Ludzi też oczywiście. Ale, ale... mówią, że on nie jest żywy; więc żywy, czy martwy. A jak martwy, to jak się wkrada do komórki i wypija soki, by się zapłodnić i urodzić miliony małych wirusiątek. A po prawdzie to sztuczny mutant. Wychodowany w tajnych laboratoriach w Arizonie, czy Kanadzie, następnie wykradziony przez skośnookich, by stworzyć broń masowej zagłady i pozbyć się wszystkich białych i czarnych. Lecz jak zwykle, bo to łajzy i niechluje, nie upilnowali wirusa, a ten myk, uciekł, schował się w króliku, Chińczyk z rodziną i przyjaciółmi go zjadł, a potem to już reakcja łańcuchowa i mamy, to co mamy.



Pierwsza fala, druga fala, trzecia fala... to się już nigdy nie skończy. Czterej jeźdźcy Apokalipsy przybyli.


Człowiek po części jest rozumną istotą autodestrukcyjną. Raz – zasmakował w zbrojnych konfliktach, które szybko rozwinęły się w pełnokrwiste wojny. Ofiary tych najnowszych liczymy w milionach. I już nie tylko poległych żołnierzy, lecz również ludność cywilną. A patrząc na współczesnych terrorystów, to właściwie tylko ludność cywilną.

Z drugiej strony, gdzieżby tylko spojrzeć na jakiś kawałek świata, to nie ma takiej grupy, takiego społeczeństwa, które by się praktycznie od tysiąclecia nie truło czymś specjalnym i oryginalnym dla swego obszaru. Jak podaje Biblia, to Noe już tęgo popijał na Arce. A Aztekowie tysiąc lat temu nie truli się peyotem? A ich dalecy kuzyni Inkowie liśćmi koka? Półwysep Arabski – to khat, o pieknej polskiej nazwie Czuwaliczka jadalna. Chiny i Indochiny to opium. A jeszcze od Nowej Gwinei po Indie i Pakistan betel.

Wniosek – nie ma miejsca na świecie, gdzie ludzie świadomie i masowo się nie trują.


Okazuje się jednak, że powszechne samobiczowanie się, czy autodestrukcja, to za mało dla w pełni bogatego, emocjonalnego życia. Tym najważniejszym, widocznie niezbędnym do życia elementem zdrowia psychicznego jest strach. Autentycznie wprost kochamy się bać. Po wyjściu z kina z horroru, gdzie piłą mechaniczną rżnięto żywego wrzeszczącego człowieka, krew lała się strumieniami i... oszczędzę reszty, elegancka pani odpowiada:- Rzeczywiście, był pewien dreszczyk emocji...

Przyznam się, że te horrory, to takie fajne, małe oszustewko – pobać się trochę, z pełną świadomością, że to tylko moment, a dokładnie taki teatr. I zawsze mogę to wyłączyć.

Ale ten strach istniał od samego początku, jak tylko zostaliśmy sapiens. Oczywiście na początku naszej rozumnej drogi miało to głęboki sens. Nie byliśmy potężni i silni. Nie mieliśmy ust pełnych ostrych kłów i dłoni zakończonych zabójczymi szponami. Jedyną naszą siła były zaledwie spryt i właśnie strach. To on nas, właściwie nasz organizm, mobilizuje do walki, albo ucieczki. Wiec tak – również od strachu zależało nasze przeżycie.

Gdy później już się ucywilizowaliśmy, utworzyliśmy pewne małe, lub większe społeczeństwa, a nieszczęścia i katastrofy nadal nas spotykały, to swój strach ulokowaliśmy w przeróżnych bóstwach. A u wspominanych Azteków, choć poprawnie u Meksykanów, ich krwiożerczy bożek Quetzalcoatl ( także bożek Tolteków, Chichimeków, Tepaneków, mieszkańców Teotihuacánu, Tollanu, Zapoteków, Mixteków, a także dalekich Majów), życzył sobie rokrocznie ofiarę, z żywcem wyrwanego serca młodzieńca.

Albo ta hinduistyczna bogini Kali - "...ciemnoskóra i wychudzona, z długimi zębami. Odziana w tygrysią skórę i naszyjnik z czaszek; pojawia się najczęściej na polach bitewnych lub na miejscach kremacji. Czasami przedstawiana z wężami wplecionymi we włosy. Często pojawia się z wystającym zwykle nieprzeciętnie długim językiem [...], głową demona w ręce oraz pasem z uciętych rąk. Kali bywa przedstawiana z kilkoma parami rąk."

Naprawdę było się czego bać. A zapatrzenie się w te straszliwe i okrutne bóstwo, stworzyło Thugów – religijne bractwo – gdzie ich nazwa powstała z połączenia słów złodziej i łajdak. Zajmowali się oni rytualnym mordowaniem podróżnych i okradaniem zabitych. Co ciekawe, działali aż do XIX wieku. Oto do czego strach może doprowadzić.


Gdy strach odczuwa się stosunkowo krótko, to raczej nic złego się nie dzieje. Natomiast życie w strachu przez okres dłuższy, u wielu osób wywołuje przeróżne zaburzenia nerwicowe. Tu krótkie wyjaśnienie – strach jest reakcją na bieżące wydarzenia, a lęk, to zmartwienie o wydarzenia przyszłe (żebyście wiedzieli, jak psychiatra się was zapyta, ha, ha). Wszystkie te zaburzenia lękowe, a jest ich sporo, mają tendencję do utrwalania się i na prawdę można sobie spieprzyć życie.


Atak wirusa z Chin, dzisiaj jego zmutowanej kolejnej generacji, trwa ponad rok. Nikt więc się nie powinien dziwić, że jest strach w stosunku do tego co się dzieje i lęk, co jeszcze może się wydarzyć i jaka będzie nasza przyszłość.

Jak można to nawet zauważyć na portalach społecznościowych, po tak długim czasie u niektórych już wystąpiło najgorsze z tych zaburzeń – lęk paniczny. Wówczas już wtedy trudno zapanować nad swoimi działaniami i zbornym myśleniem.



Opisany na początku lęk i niepokój, jakimi karmili nas świadomie bolszewicy u władzy przez długie lata, nie miał tak wielkiej intensywności, jak zaraza COVID19 zaledwie przez rok. Może też społeczeństwa po okresie trzech czwartych stulecia bez wielkich konfliktów i katastrof i folgowaniu hedonizmowi zgubiło dzielność i odporność na zagrożenia. Obserwując światowe statystyki depresji, czy zwiększającą się liczbę samobójstw, można wywnioskować, że zdrowie psychiczne ludzi jest nadwątlone.


Czy tych chorych nieszczęśników, ofiary silnego stresu przez ponad rok, gdy już pandemia zniknie, trzeba będzie leczyć na PTSD? Po polsku jest to zespół stresu pourazowego. A PT w nazwie oznacza post traumatyczny. A trauma jest wówczas, gdy stres jest już nie do zniesienia, a cierpiący właśnie przekroczył swoją barierę radzenia sobie i adaptacji.

A tak się żyć nie da.


.

środa, 14 kwietnia 2021

Kto, z kim i dlaczego

 



Znowu powracam do przeszłości. Tym razem styczeń 2014. Dlaczego? Bo właśnie zaprezentowano nam film, a wkrótce też będzie oficjalny dokument, niezbicie i naukowo pokazujący, że 10 kwietnia 2010 roku, ktoś dokonał eksplozji w samolocie TU 154, tuż przy Smoleńsku, zabijając wszystkich 96 pasażerów, łącznie z prezydentem RP, prof. Lechem Kaczyńskim i jego małżonką.

Minęło 11 lat od tego momentu, kiedy pokazano efekty badań i poszukiwań, a mimo tego, bezpośrednio i pośrednio zaangażowani, oraz będące na ich usługach media, nadal kręcą i mataczą.


Nie mam wątpliwości, że musiała zaistnieć międzynarodowa zmowa.


Kto, z kim? Najbardziej logiczne wydaje się, że to tajne porozumienie ówczesnej władzy RP i rosyjskiej ekipy Putina.

Ale kto może zaprzeczyć, że jest również możliwe, iż w tym zbrodniczym porozumieniu nie uczestniczyły również Niemcy? Albo jeszcze ktoś inny, o którym nie mamy pojęcia.


O wiele lat starsza tragedia, w której zatonął prom pasażersko – samochodowy "Estonia", pokazuje jak różne wielonarodowe siły robią wszystko, by mataczyć i ukryć prawdziwe fakty.


Świat nigdy nie jest prostolinijny, tylko kręty, jak kabel od suszarki do włosów i pełen tajnych porozumień, a nawet współpracy oficjalnych przeciwników.

Dlatego przypominam historię zatonięcia "Estonii". I to w kontekście Zamachu Smoleńskiego.



<<<<< >>>>>





Piszę sporo o różnych morskich sprawach. W tym także o katastrofach i zatonięciach. Zacząłem zbierać materiały na temat największej po wojnie katastrofy, zatonięcia nowoczesnego promu MS "Estonia" prawie dwadzieścia lat temu. W Polsce ta tragedia nie miała zbyt dużego oddźwięku. Jednakże na przykład w Szwecji jest oceniana jako jedna z największych, niewyjaśnionych tajemnic, na równi z zabójstwem Olofa Palmego.
Czytając o "Estonii", a szczególnie o jej dalszych losach zauważyłem nagle, że jest dużo punktów zbieżnych z naszą największą powojenną, narodową tragedią, rozbicia TU 154 z prezydentem na pokładzie, w sobotę, 10 kwietnia 2010 roku

MS "Estonia" zatonęła 28 kwietnia 1994 r. To już ponad 20 lat temu,
TU 154 rozbił się prawie 11 lat temu.
To co łączy obie sprawy, to silne podejrzenia, że nie były to "zwykłe" katastrofy spowodowane siłami natury, ludzkimi błędami, czy problemami technicznymi. W Szwecji istnieje powszechne przekonanie, że tragedia "Estonii" jest rezultatem ataku terrorystycznego. W Polsce również jest silne przekonanie, że rozbicie TU 154 jest efektem ataku terrorystycznego.
Jeżeli faktycznie Estonia zatonęła w wyniku ataku terrorystycznego to mówimy o drugim najkrwawszym zamachu w historii (po WTC).
Podobnie można powiedzieć o Smoleńskiej Tragedii – to najpotworniejsze zdarzenie w Polsce po II Wojnie Światowej.



*************


27 kwietnia 1994 roku nowoczesny prom samochodowy wypłynął w rutynowy rejs z Tallina do Sztokholmu, w którym statek, zgodnie z rozkładem powinien zameldować się następnego dnia, o 9:30 rano.
Do katastrofy doszło nocą miedzy 00:55 a 01:50, około 50 mil od wybrzeży Finlandii.
Pierwsze duże zafałszowanie i złą ocenę napotykam w opisie stanu pogody.
Stwierdzono mianowicie, że pogoda była "fatalna". Wiatr wiał z siłą 20 m/s, a fala osiągała 4,5 metra wysokości. Ludzie! Nie dajmy się oszukiwać! To jeszcze nie jest sztorm! Oczywiście, łodzie rybackie uciekają do portów, ale dla dużego, nowoczesnego statku to jest nic specjalnego. Sam byłem setki razy w takiej pogodzie i nie było najmniejszych powodów do niepokoju. Po prostu zła pogoda i tyle.
Tutaj jest pierwsza analogia z Tragedią Smoleńską. Po 10 kwietnia też usiłowano demonizować stan pogody. Mgła podobno była taka gęsta, że z ogonu samolotu nie było widać dziobu. I sięgała od powierzchni ziemi do kilkuset metrów wzwyż. Wykazano później, że była to oczywista nieprawda.
Niewiele wcześniej lądował polski, wojskowy JAK, a 19 lipca 2010 roku podano, że o godz. 8:41 czasu polskiego warunki pogodowe na lotnisku były następujące: wiatr przy gruncie 110–130 stopni, prędkość wiatru 2 m/s, widzialność 300–500 m, mgła, zachmurzenie 10 stopni warstwowe, podstawa chmur 40–50 m, temperatura plus 1–2 stopnie Celsjusza.
To też, mimo, ze media usilnie nas starały się przekonać, nie są warunki krytyczne do lądowania. Przecież zresztą lotniska nie zamknięto. Czyli oceniono na ziemi, że lądować można.
Jednakże w obu tragediach zwrócono uwagę na złą pogodę, bo to pogłębiało chaos informacyjny i budziło pewne wątpliwości.

**************

MS "Estonia" spokojnie wykonywała sobie swoją trasę, gdy po północy rozległy się zgrzyty i hałasy, oraz, jak później oświadczyło wielu świadków, a co zostało utajnione, wybuchy.
Posłuchajcie relacji:
//
Kłopoty zaczęły się tuż przed pierwszą. Większość z 803 pasażerów i 186 członków załogi dawno już spała. Ale jeden z pasażerów, Carl Övberg z kabiny nr 1049, usłyszał odgłosy pomp hydraulicznych i siłowników. Hałas był wyraźny, charakterystyczny, nie do pomylenia. Dochodził z pokładu samochodowego leżącego nad jego kabiną.

Siłowniki hydrauliczne podczas postoju w porcie unoszą furtę dziobową statku i opuszczają rampę, po której do wnętrza promu wjeżdżają pojazdy. Kto i po co włączył te urządzenia na pełnym morzu? - tego mimo kilkuletniego śledztwa wciąż nie udało się wyjaśnić.

Minęła minuta. Övberg usłyszał dwa, może trzy głośne "dziwne, ostre, metaliczne dźwięki". Tak opisywał je przesłuchiwany po katastrofie przez specjalną komisję. Nie był jedynym, który je usłyszał. Dziewięć innych osób znajdujących się w różnych częściach "Estonii" powie później, że to były wybuchy.

Punktualnie o pierwszej w nocy pasażerowie kabiny nr 1027 - Jasmina Waidinger i Daniel Svensson - usłyszeli odgłosy wody wdzierającej się na pokład samochodowy tuż nad ich głowami. Prom przez chwilę chybotał się jak dziecięca kołyska, a po kilku minutach zastygł odchylony 5, może 6 stopni na prawą burtę. Pasażerowie kabiny 1027 uciekli natychmiast na górny pokład. Mieli szczęście. Tylko ci, którzy - jak oni - obudzili się i zdołali szybko opuścić kabiny, mieli szansę na przeżycie.

- Mimo ogólnej paniki i krzyków zaczęliśmy rozdawać kamizelki ratunkowe. Wkrótce przechył był już tak silny, że nie było mowy o spuszczeniu na wodę wszystkich łodzi ratunkowych - opowiadał Jerzy Florysiak, jeden z uczestników katastrofy. - Statek był tak przechylony, że złapałem się za reling [barierkę – jk] żeby nie spaść, ale fala zmyła mnie i znalazłem się w wodzie - mówił.

Jerzy Florysiak grał na "Estonii" w pokładowej orkiestrze. Jej trzej pozostali członkowie - również Polacy ze szwedzkimi paszportami - nie przeżyli katastrofy. Na pokładzie była jeszcze jedna Polka - Agneta Rapp. Jej również nie udało się uratować.//


I dalej:

//
Niemal natychmiast po tajemniczych odgłosach detonacji zatrzymały się silniki "Estonii". Prom zaczął dryfować. Dopiero dwadzieścia dwie minuty po pierwszej, kiedy trzydziestostopniowy przechył statku był już nie do opanowania, załoga "Estonii" wysłała sygnał Mayday. Dlaczego tak późno? Nie wiemy do dziś.

Rozpaczliwe wołanie o pomoc usłyszały dwa statki: "Mariella", którą "Estonia" zostawiła w tyle, i "Silja Europa", największy prom na Bałtyku (zabiera 3 tys. pasażerów) żeglujący pod banderą fińską. Oficer z "Marielli" prosi o szczegóły. "Estonia" podaje pozycję, zgłasza silny przechył i milknie. Kolejne pytania pozostają już bez odpowiedzi.

W tym czasie na "Estonii" rozgrywają się sceny jak z "Titanica". Tyle że tamten transatlantyk tonął trzy godziny, "Estonia" - pół.

- O wpół do dwunastej obudził mnie nagły wstrząs. Ubrałem się i wybiegłem na korytarz. Zobaczyłem przesuwający się automat z coca-colą - opowiadał tuż po uratowaniu Anders Eriksson ze Szwecji. - Biegłem z pokładu na pokład, jak najwyżej, a prom przechylał się coraz mocniej. Cudem zdążyłem założyć kamizelkę ratunko- wą i wsiąść do łodzi ratunkowej - wspominał rozbitek.

Prom bardzo szybko położył się na prawą burtę. Jedna z dwóch potężnych, od kwadransa nieruchomych śrub statku wynurzyła się ponad fale Bałtyku. Mija kolejnych kilka minut i ogromny, ponad 150-metrowy liniowiec, wysoki prawie na 45 metrów, wywrócił się do góry dnem.

Dla tych, którzy zostali we wnętrzu promu, nie było już żadnego ratunku.

Jeszcze przez kilka minut kadłub "Estonii" unosi się na wodzie. Ale pół godziny po pierwszych podejrzanych odgłosach na pokładzie samochodowym rufa promu zaczyna osuwać się pod wodę. Po kilku minutach znika pod jej powierzchnią.

"Estonia" spoczęła na głębokości 90 metrów w odległości około 50 km na południe od wybrzeży Finlandii. Śmierć poniosły 852 osoby. Kapitan poszedł na dno wraz ze statkiem, choć nie wiadomo, co dokładnie robił w ostatnich chwilach "Estonii" - jego ciała na mostku kapitańskim nie znaleziono.//



A jakie były oficjalne ustalenia?

//
Pierwszą oznaką problemów był dziwny odgłos tarcia metalu o metal, który pojawił się około 01.00, kiedy statek mijał archipelag Turku, jednak podczas oględzin furty dziobowej nie wykryto żadnych uszkodzeń. Około godziny 01:15 burta oderwała się od kadłuba; statek nabrał silnego przechyłu na prawą burtę. Około 01.20 przez system informacji wewnętrznej statku wypowiedziano słabym, damskim głosem słowa: „Häire, häire, laeval on häire", co w estońskim oznacza: „Alarm, alarm, alarm na pokładzie". Wkrótce w ten sam sposób zaalarmowano załogę. Niedługo po tym na statku został ogłoszony generalny alarm ratunkowy. Przechył zwiększył się do 30 - 40 stopni na prawą burtę, co sprawiło, że nie można było już się przemieszczać bezpiecznie po pokładzie statku. Drzwi oraz przejścia zostały zablokowane, aby uniemożliwić ewentualne przelewanie się wody. Pasażerowie, którzy próbowali się uratować zostali uwięzieni. O godzinie 01:22 nadane zostało przez załogę wezwanie Mayday, jednak jego forma nie spełniała międzynarodowych norm. Komunikacja ustała około 01:29. Po blisko siedmiu minutach od nadania pierwszego sygnału pomocy Estonia znikła z pola widzenia wszystkich radarów. Z powodu braku zasilania i silnego przechyłu akcja ratownicza na promie była spowolniona i utrudniona. Statek Mariella dotarł na miejsce tragedii około 02:12; pierwszy helikopter o 03:05.Tak wyglądał oficjalny, tragiczny łańcuch wydarzeń. Niestety, życie pokazało, że Estonia kryje o wiele więcej tajemnic niż mogłoby się wydawać. //
[źródło]

Według oficjalnego raportu z 1997 powołanej do wyjaśnienia przyczyn tragedii wspólnej estońsko – szwedzko – fińskiej komisji (JAIC), przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne furty dziobowej, która nie wytrzymała naporu fal i została urwana, pociągając za sobą i otwierając rampę wjazdową, co spowodowało wlanie się w ciągu 5 minut ponad 1000 ton wody na pokład samochodowy i przechył, prowadzący do zatonięcia.

Tutaj mamy do czynienia z następną analogią między tragediami. Powołane komisje ustaliły jednoznacznie i zdecydowanie przyczyny katastrof: w przypadku "Estonii" to wady konstrukcyjne, a w przypadku TU 154 błędy ludzkie.
Niestety, w obu wypadkach, w zderzeniu z faktami, świadkami, prostą logiką i zwykła fachowością i rzetelnością, oba raporty były co najmniej kontrowersyjne, a tak po prostu stekiem bzdur. Oba raporty przynoszą hańbę i wstyd ich twórcom: raport międzynarodowej komisji JAIC, raport Anodiny i raport komisji Millera. Niestety, przykre jest to, że te ustalenia poszły w świat i ugruntowały ogólnoświatową opinię publiczną/

*************

Najdziwniejsze rzeczy zaczynają się jednak dziać potem. W przypadku jednej i drugiej tragedii rozpoczęły sie akcje dezinformacji, niszczenia dowodów, zacierania śladów i destrukcji. To była świadoma robota. W jednym i drugim wypadku starano się ukryć prawdę.
Przyczyna może być tylko jedna – obie tragedie były spowodowane przez działania terrorystyczne, a rządom prowadzącym śledztwa zależało na ukryciu tego przed światem i ludźmi.
To już trzecia analogia. Jak kręcili polscy i ruscy uczestnicy śledztwa smoleńskiego, to raczej wiemy bardzo dobrze. Natomiast, jak było z "Estonią"?

//Kontrowersje

27 września 1994 roku statek wypłynął w swój ostatni rejs. Miał płynąć ze stolicy Estonii – Tallinna do Sztokholmu. Według oficjalnego raportu z 1997 powołanej do wyjaśnienia przyczyn tragedii wspólnej estońsko – szwedzko – fińskiej komisji (JAIC), przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne furty dziobowej, która nie wytrzymała naporu fal i została urwana, pociągając za sobą i otwierając rampę wjazdową, co spowodowało wlanie się w ciągu 5 minut ponad 1000 ton wody na pokład samochodowy i przechył, prowadzący do zatonięcia. Raport komisji wzbudził jednak wiele kontrowersji. Do nie przekonanych należy m.in. inżynier okrętownictwa Anders Björkman, autor książki "Katastrofa Estonii: Prawda i kłamstwo". Według niego przyczyną zatonięcia promu nie było uszkodzenie furty dziobowej, lecz dziura w burcie poniżej linii wodnej. Mogła ona powstać tylko w jeden sposób – w wyniku eksplozji podłożonej tam bomby[JAIC 3]. Dziura taka została zauważona podczas pierwszej próby dotarcia przez nurków do spoczywającego na dnie Bałtyku wraku. Badania fragmentu poszycia wyciętego z okolic furty dziobowej wraku wskazywałyby w ocenie części ekspertów na działanie materiału wybuchowego. Inne teorie spiskowe łączą zatonięcie z wykorzystywaniem promu do przewozu broni kupowanej potajemnie przez wywiad szwedzki od wojsk rosyjskich stacjonujących w Estonii. Fakt ten został ujawniony w 2004 przez byłego szwedzkiego celnika i został następnie potwierdzony przez Szwecję, która jednak zaznaczyła, iż w dniu tragedii nie było takich transportów. W oficjalnym raporcie wzmianka o dziurze i o transportach nie znalazła się. Zginęły 852 osoby. Promem dowodzili estońscy kapitanowie Arvo Andersson i Avo Piht. Wrak spoczywa na głębokościach 73 – 85 metrów – budzi to wiele zarzutów, głównie spiskowych, iż nie chce się wydobyć wraku, pomimo że jest to całkiem możliwe – przykładem jest Titanic, którego wydobycie rozważano, mimo iż leży na głębokości 3800 m. Oficjalny raport obwinia źle działającą furtę dziobową, zamykającą pokład samochodowy, która odłamała się pod uderzeniami dużych fal. Kiedy furta odłamała się, uszkodziła rampę i odsłoniła pokład samochodowy. Spowodowało to dostawanie się wody na pokład, przez co statek stracił stateczność i zaczął się tragiczny łańcuch wydarzeń  [...]. Ustalenia oficjalnego raportu były wielokrotnie kwestionowane, zwracano uwagę m.in. na potwierdzony fakt wykorzystywania promu do kontrabandy sprzętu wojskowego.

Niemiecka dziennikarka Jutta Rabe rozpoczęła własne śledztwo w tej sprawie -wraz z Amerykaninem Gregem Bemisem rozpoczęła nielegalne nurkowania do wraku celem zbadania przyczyn tragedii. Wkrótce po jej artykułach rząd Szwecji przyznał się do szmuglowania broni z Rosji do Szwecji, lecz zaznaczył, że nie miało to miejsca w dniu katastrofy. W lecie 2000 roku, Szwecja wydała nakaz aresztowania Jutty za naruszenie deklaracji nienaruszalności miejsca spoczynku wraku, które podpisały wszystkie państwa nadbałtyckie poza Niemcami, a co było związane z ekspedycją na wrak, w związku z tym Jutta nie odwiedza Szwecji. Podczas tej ekspedycji pobrano próbki metalu wskazujące na użycie materiałów wybuchowych, gdzie na trzy próbki wysłane do trzech różnych laboratoriów (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy) tylko niemieckie laboratorium zakwestionowało możliwość wybuchu i to właśnie na tym jednym oparła się prasa szwedzka, szwedzki rząd zignorował te dowody argumentując to nielegalnym sposobem zdobycia takowych. Według teorii w przewożeniu ładunków mieli uczestniczyć agenci brytyjskiego MI6, którzy na zlecenie amerykańskiego CIA, mieli umożliwić przepływ radzieckiego sprzętu wojskowego – to miałoby wyjaśniać dlaczego Wielka Brytania przyłączyła się do aktu "Porozumienie w sprawie Estonni".

W wyniku ponownego przeanalizowania sprawy Estonii przez estoński zespół prokuratora Margusa Kurma, którego raport ujawniono 30 marca 2006, rząd estoński zakwestionował wyniki prac wspólnej komisji i zaprosił rządy Szwecji i Finlandii do wznowienia dochodzenia. Raport sugeruje, że rząd szwedzki ukrywał część, mających związek ze sprawą, dowodów. Według analizy zeznań świadków dokonanej przez zespół Kurma, rampa dziobowa była podczas katastrofy jedynie uchylona i nie mogła przez nią dostać się na pokład podawana dotychczas ilość wody, nadto nie jest jasne, skąd brała się woda na pokładzie. Komisja ustaliła, że szwedzkie służby odnalazły urwaną furtę dziobową 9 dni przed oficjalnym ujawnieniem tego faktu, a także prowadziły niejawne nurkowania badawcze, a wnętrze ładowni zostało sfilmowane przez pojazd podwodny, czego również nie ujawniono wspólnej komisji. Podczas nurkowań poszukiwano m.in. jednej walizki z nieujawnioną zawartością, którą następnie zabrano ze statku. Raport ten stwierdza również, że trójstronna komisja nie zbadała hipotezy wybuchu na pokładzie.

Źródło: wikipedia, hasło: MS Estonia



*************

Konkluzje

Rząd szwedzki idzie już dwadzieścia lat w zaparte.Mataczy, kręci i zaciemnia. Zabronił nurkować do wraku. Zamierzał go całego na dnie morza zacementować, co jest 10-krotnie kosztowniejsze niż wydobycie wraku.
Rząd ten zapewne by tak nie był uparty, gdyby za tą tragedią nie stały tajne służby różnych państw, w tym, co udowodniono – KGB i CIA.
Jakie służby stoją za Tragedią Smoleńską, że rząd Tuska idzie już cztery lata w zaparte?
Czy czeka nas 20 lat, tak, jak ma to miejsce z MS "Estonią"?

Tak, jak Szwedzi niszczyli dowody, zasypywali wrak piaskiem, usiłowali go zabetonować, tak rosyjscy żołnierze cięli TU 154 na kawałki, wybijali szyby, zrzucali fragmenty na kupę i co najstraszniejsze, zalutowali różne przypadkowe fragmenty zwłok w trumnach.

Czy życie ludzkie tak już niewiele znaczy, że dla osiągnięcia zbrodniczego celu, np zamaskowania wojskowej kontrabandy z Rosji via Szwecja do USA, można pozbawić życia setki osób? Że dla zlikwidowania niebezpiecznego prezydenta likwiduje się dodatkowo 95 niewinnych pasażerów?
Czy przypadkiem nie przekraczamy jakiejś znaczącej granicy barbarzyństwa?
A rozbestwienie służb i ich pogarda dla normalnego świata nie osiągnęły punktu krytycznego?

Teorie spiskowe są często wyśmiewane. Szczególnie u nas w Polsce stworzono cały przemysł stygmatyzowania tak zwanych oszołomów i smoleńskich idiotów.
Jednakże upór paru ludzi, prywatnych i niezależnych, wykazał, że rządy paru państw bałtyckich kłamią i usiłują ukryć prawdę. Koalicja kłamstwa w końcu się zalamała. Tylko Szwecja, która ma najwięcej do stracenia trwa w uporze.
W Polsce, z tą władzą nigdy nie dojdziemy do prawdy o Smoleńsku. Gra się toczy o bardzo wysoką stawkę. Mogą polecieć głowy.

Jednak najbardziej przerażające jest to, czy istnieją granice, których międzynarodowe tajne służby nie przekroczą. Ponadto, czy będą tajemnice, których opinia publiczna nigdy nie pozna.
Mgła, gęsta i zwodnicza była podobno na smoleńskim lotniskiem.
Lecz chyba bardziej chodzi o mgle w naszych głowach

*************

Ps. Zebrałem bardzo dużo materiałów o MS "Estonia". Znacznie przekraczających ramy tego artykułu. Optymistyczne jest to, że dzięki uporowi zwykłych ludzi prawda powoli wychodzi na jaw i nikt rozsądny nie może mieć wątpliwości, ze na promie dokonano terrorystycznego ataku. I że zaprzecza to całkowicie wersji oficjalnej przyjętej przez Szwecję, Finlandię i Estonię.
To daje nieco optymizmu, że podobnie może się potoczyć z Tragedią Smoleńską.

______________

[źródło] - http://www.paranormalne.pl/topic/25478-tragedia-promu-estonia/

piątek, 9 kwietnia 2021

Brzydule i te urocze

 

Gdy tylko, dobre 100 lat temu, bolszewicy zdobyli władzę, zaczęli realizować swoje zboczone plany zburzenia tradycyjnych, tysiącletnich struktur społeczeństwa. Pierwsze na celowniku znalazły się, wprost wypisane na ich sztandarach prawa własności a także równolegle, w tym samym czasie, najstarsza człowiecza komórka społeczna – rodzina.

Ten cel nazywał się kolektywizacja. Wszechogarniająca całą ludzkość wspólnota. Wszyscy równi i wszystko dla wszystkich. Nie wspomniano tylko, że są zarządcy, którzy będą mieli więcej. Oczywiście wszystkiego. W tym władzy, siły i dóbr.

Powstały kołchozy, sowchozy i przeróżne rady. 

Ba, całe państwo bolszewików to Kraj Rad.

 

 

Kobiety, już wcześniej omamione ideą feminizmu i paleniem 

opresyjnych biustonoszy zaliczone zostały do dóbr wspólnych. 

Czyli też miały być wspólne dla wszystkich. 

Do wyboru, do koloru towarzysze!

Tak zbudowano Piekło Kobiet, które trwa do dzisiaj.

 

Skandynawia to chyba pierwszy obszar kobiet zdecydowanie 

wyzwolonych. Według światowych wyobrażeń są również piękne.

Lecz co dziwne, każdy Szwed, czy Norweg gotów jest stracić 

życie dla Polki. Nie dla Rosjanki, Ukrainki, czy Rumunki. 

Dla Polki...

 

 

Mężczyźni w Skandynawii wprost nienawidzą swoich kobiet. Są takie 

władcze i zaborcze. Bardzo mocno skoncentrowane na sobie. Na swoich 

przyjemnościach i swojej karierze. Mąż nigdy nie może stanąć im na 

drodze. A ona nigdy nie pomyśli, by mogła coś utracić, byleby tylko 

zrobić coś dla niego.

Dlatego tak wychwalany tam, w tych quasi-komunistycznych krajach 

politycznej poprawności, oficjalnie postawiony na piedestale 

marksistowskich cnót feminizm, prywatnie jest znienawidzony.

 

Podobno wszyscy w życiu dążą do szczęścia... Do czego dążą 

współczesne kobiety?

 

Brzydule widzimy na barykadach. Nie przyrządzają kolacji w domu. 

Muszą się wykrzyczeć. Poczuć jedność z koleżankami. To je wzajemnie 

podnieca.

Brzydule to nie kwestia urody. Mądre, choć nieco wulgarne powiedzenie 

ludowe mówi – każda potwora znajdzie swego amatora.

Brzydota rozumiana przeze mnie, to coś odpychającego, w mowie, 

wyrazie twarzy, w oczach i mowie ciała. To także te piękne Szwedki i 

Norweżki, które otwarcie oznajmiają, że mężów mają wyłącznie dla 

seksu i forsy.

Brzydule bezdyskusyjnie są istotami nieszczęśliwymi.

Często, szczególnie młode rewolucjonistki mówią o sobie suki. Albo sucz.

 

 

Lecz to nieszczęście ma się nijak do tego, co może spotkać, te urocze – 

piękne i powabne.

Gdy już feminizm wyszkolił, że każda kobieta ma obowiązek wziąć swój 

los w swoje ręce, te biedne kobiety stały się obiektem najokrutniejszych 

prześladowań.

 

Czy kobieta przemiła i o wyjątkowej urodzie, która niby samodzielnie 

stała się call-girl czy escort, i z którą za dwa tysiące dolarów za noc 

można zrobić wszystko, co tylko w zboczonym seksie można sobie 

wyobrazić, może być prawdziwe szczęśliwa? I by to robić dzień po dniu, 

bo luksusowy apartament i ciuchy z 5th Avenue kosztują majątek, 

trzeba bez przerwy ćpać extasy, czy kokę. W naszej sopockiej Zatoce 

Świń jest tak samo.

 

A te seksowne (często podrasowane) dziewczyny, biedaczki, które 

publicznie, przed kamerkami udają ekstazę masturbując się namiętnie 

na jakimś portalu XXXX.

 

Oraz najgorsze z tego wszystkiego, w temacie atrakcyjnych dziewcząt – 

tysiące z nich czy to oszukańczo zwabione, czy nawet fizycznie porwane 

i zniewolone, pracujące jako niewolnice dla przeróżnych mafii, które w 

danym obszarze zajmują się handlem ludźmi.

 

Ile jest tych ładnych, często ufnych, naiwnych i niewinnych, które 

pojmano w obszar najczarniejszego zła. Setki tysięcy? Miliony?

 

Tego chciała emancypacja? Walczy o to feminizm?

 

 

Gdy stoimy nad brzegiem morza i widzimy dostojnie płynącą parę 

łabędzi, to się ekscytujemy i nawet wzruszamy. On nieco z przodu, ona 

podąża za nim. Para – rodzina na całe życie.

Wiele jest zwierząt, które na cały żywot tworzą parę, wzajemnie się 

opiekują, rodzą, karmią i wychowują młode.

Ludzie są dokładnie tacy sami. Spełnienie następuje przez zjednoczenie 

kobiety i mężczyzny. Każdej kobiety bez wyjątku. Świadome odrzucenie 

takiego modelu upośledza. Tworzy w człowieku ranę.

 

Macie okazję, to spytajcie się którejś z tych samotnych starych panien.

Nie będzie to wesoła rozmowa.

 

Można pewnie ten tekst wziąć za dzieło mizogina. Albo lepiej – starego 

obleśnego dziada.

Bo jak mówią w Argentynie – Każda ładna dziewczyna chowa w torbie 

czarownicę ... czy jakoś tak.

 

 

.

 

 



piątek, 2 kwietnia 2021

Dobra Nowina już w Wielki Czwartek

 

Nie mogę czekać do niedzieli, gdzie będziemy się radować, że Chrystus zmartwychwstał. Muszę się z wami już dzisiaj podzielić tą informacją.

Bazując na dostępnych danych mogę powiedzieć, że jutro, najwyżej pojutrze, będziemy mieli przesilenie i 3 - 4 - 5 dni, maksymalnie tydzień i epidemia zacznie się wygaszać.
Zastrzec trzeba, że tak nierównomierne zjawisko, nie będzie jednorodne dla całego kraju. Pozostaną obszary, gdzie spadek zachorowań będzie przebiegał wolniej. Jednakże to też będzie spadek.

Miałem zaszczyt zweryfikować swoje prognozowanie z dwoma szanowanymi profesorami i najwyższej klasy ekspertami: z pesymistą i optymistą. Pesymistą tym razem okazał się prof. Gut a optymistą prof. Gielerak. Pesymizm Guta raczej wiązałbym z jego charakterem a nie wiedzą. Zawsze jest ostrożny i taki, co to na zimne lubi dmuchać. Jednakże jest wybitnym wirusologiem i jego opinie zawsze należy brać pod uwagę. O 15 lat młodszy od Włodzimierza Guta, Grzegorz Gielerak jest lekarzem kardiologiem. Jednakże, co ważne w takich strategicznych rozważaniach, jest on równocześnie generałem dywizji WP. A to mu daje dużą przewagę, gdyż ma duże doświadczenie w grach wojennych i symulacjach.

Zanim obu panów uważnie wysłuchałem (gorąco polecam wywiad red. Sakiewicza z prof. Gielerakiem) miałem już własne przemyślenia, więc byłem zadowolony, że generał praktycznie potwierdził moje rozumowanie.

<<< >>>

Analizując wszystkie dostępne dane, widzimy, że znajdujemy się niemalże na krawędzi możliwości i kontroli rozwoju epidemii. Margines bezpieczeństwa jest już dosyć wąski. Gdyby krzywa wzrostu przede wszystkim pacjentów hospitalizowanych nadal rosła w takim samym tempie jak dwa ostatnie tygodnie, to sytuacja kraju stałaby się niewesoła.

Jednakże widać, że po 26 marca krzywa wzrostu zaczyna się lekko wyginać nieco malejąc. Następne sześć pierwszych dni kwietnia powinny przesądzić i odpowiedzieć nam, czy właśnie pokonaliśmy szczyt trzeciej fali.

Rozważmy to teraz symulacyjnie, na podstawie poniższych twardych danych.

  • Do 31 marca zaszczepiono w kraju około 4 miliony ludzi.
  • W kwietniu mamy zapewnionych dodatkowo 7 milionów szczepionek, więc można skalkulować, że wówczas będziemy mieli dodatkowo wyszczepionych 5 milionów.
  • Do końca marca testy wykazały, że zarażonych zostało prawie 2,3 miliona Polaków. Znając standardowe statystyki, zgodnie z tym co twierdzi prof. Gielerak, prawdziwa liczba zarażonych, gdyż większość nie poddała się testom, jest co najmniej 5 krotnie wyższa. Można więc przyjąć, że liczba wszystkich zarażonych – ozdrowieńców, oraz niezidentyfikowanych skąpo i bezobjawowych wynosi od 10 do 12 milionów.
  • Sumując na koniec kwietnia wszystkich zaszczepionych i tych co już COVID19 przeszli, otrzymamy około 20 milionów Polaków z odpornością na wirusa.
  • Istnieje też nieznany, aczkolwiek niewielki procent ludzi, którzy już mieli, czy to wrodzoną, czy jakoś nabytą odporność na koronawirusa.

Co można z tego wywnioskować? Chyba wszyscy już znają dzisiaj to określenie i wiedzą co to jest odporność zbiorowa, populacyjna lub często używana i będąca tłumaczeniem z angielskiego, odporność stadna (herd immunity).
To sytuacja w której część pewnej społeczności staje się odporna ma zarażenie, to wszyscy zaszczepieni i ci co już przechorowali i odporność sami nabyli. Gdy w takiej zbiorowości osiągnie się pewien próg, zazwyczaj określany procentową liczbą odpornych, a naukowo nazywany HIT (herd immunity threshold – próg odporności zbiorowej), to zatrzymuje się rozprzestrzenianie wirusa, czyli epidemię, gdyż wirus nie ma już odpowiedniej liczby ofiar, które jest w stanie zarażać; zostaje przerwany łańcuch zakażeń. Na początku doprowadza się do stanu stabilnego, gdzie liczba zarażonych przestaje rosnąc ekspotencjalnie, by następnie doprowadzić do erydykacji, czyli zwalczenia choroby i stanu, gdzie już nikt nie będzie zarażony koronawirusem.
Modelowanie, gdzie poszukujemy tego progu HIT, zatrzymującego epidemię, przeprowadza się matematycznie wg. konkretnych wzorów i na podstawie zebranych danych statystycznych. HIT jest różny, dla różnych chorób i wirusów.
I tak oto mamy takie progi koniecznej odporności w grupie, by zatrzymać epidemię: - dla grypy jest to 33 – 44%; dla błonicy (dyfteryt) jeszcze w latach 60-tych zbierającej u nas tragiczne żniwo, to 83 – 86%, dla eboli 33 – 60%; a dla COVID19 60 – 75%.

Naukowe, w tym matematyczne modelowanie uwzględnia wiele różnych parametrów, w rezultacie mocno upraszczając, uzyskujemy prognozy, w tym scenariusz optymistyczny i pesymistyczny. Dlatego w tym procentowym HIT są takie widełki. Dochodzenie do takiego przełomu to oczywiście funkcja czasowa, bo to jest dla nas najważniejsze.

Rozważmy teraz naszą, polską przyszłość na podstawie informacji które przedstawiłem jako <twarde dane>/
Przyjmujemy, że na koniec kwietnia będziemy mieli zaszczepionych około 20 milionów Polaków. Pomijając wszystkie dzieci, których na razie się nie szczepi, można wyliczyć, że mamy maksymalnie 33 miliony obywateli w wieku produkcyjnym i emerytów. Stąd prosty wniosek, że na koniec kwietnia, dzieląc 20 przez 33 powinniśmy osiągnąć 60,60%, co oznacza, że przekroczymy próg odporności zbiorowej HIT dla Covid19.

Obserwacja poprzednich epidemii dokładnie udowadnia taką właśnie dynamikę, czyli przebieg rozlicznych zaraz.
Najwidoczniej jest to reguła w odwiecznej walce organizmów żywych ze światem wirusów, prionów i innych infekujących nas nieustannie patogenów.

To, co tutaj piszę, to nie jest żadna fantastyka; żadne wymyślone, niestworzone głupoty. To już się dzieje i każdy może sobie sprawdzić.
Ludność Wielkiej Brytanii to 66 milionów. Gdy już zaszczepili 20 milionów mieszkańców (i to w większości "paskudną" Astra-Zenecą), to nastąpiło przegięcie krzywej wzrostu i liczba zakażeń zaczęła zdecydowanie spadać. Od momentu gdy osiągnięto zaledwie 30,3% wyszczepień populacji! Wiemy, że jeszcze lepsze rezultaty osiągnięto w Izraelu. Nie mam pod ręką danych, ale tam już zaczyna się karnawał.
Oczywiście odporność stadną osiąga tam się rozsądnie, z rozmysłem i kontrolą. Stosuje się oczywiście wszelkie podstawowe środki zapobiegawcze, jak dystans, izolacja, dezynfekcja rąk i te nieszczęsne maseczki.
Można też się starać osiągnąć to głupio, jak usiłowała to robić Szwecja. Puszczono wszystko na żywioł według zasady – kto ma umrzeć to umrze, a kto da radę to przetrwa i wyzdrowieje. Na szczęście, patrząc co sie dzieje, wystraszyli się i opamiętali.

Czy wiedzą państwo, czym w epidemii jest takie określenie, głównie stosowane w ekonomii – free rider problem?
U nas chyba najbardziej odpowiednie jest, że to pasażer na gapę.
A to wszyscy nasi ukochani płaskoziemcy: - ci co są przekonani, że "pandemia to ściema"; wszelkiej maści antykowidowcy, antymaseczkowcy i antyszczepionkowcy. Także wszyscy, którzy swą pychę i egoizm, uważają za "wolność osobistą i nikt nie będzie mnie zmuszał, co mam robić".
To wszystko właśnie pasażerowie na gapę, klienci na krzywika, a mówiąc dosadnie – pasożyty.
Oni palca nie przyłożą w walce z wirusem. Nic nie będą robić. Nie bo nie. Przykre, lecz zapewne pewna część z nich w uporze umrze, a ostatnie słowo będzie – złapałem zapalenie płuc. Ale większość się wyślizga.
Przez to, że my, Polacy z chłopskim rozumem, dosyć krnąbrni, lecz jak trzeba zdyscyplinowani, ze sporą empatią i poczuciem solidarności narodowej, a także z jakże deficytowym zdrowym rozsądkiem, zaszczepimy się, a na codzień przestrzegamy te irytujące wszystkich ograniczenia i doprowadzimy wkrótce do odporności populacyjnej, a także uratujemy, wcale tego nie chcących płaskoziemców. By dalej mogli sobie obsiewać swój ogródek burakami.

Gdzieś za tydzień, około dziewiątego, zobaczymy, czy uda się przełamać trzecią falę i coraz spokojniej zdążać do starego, dobrego porządku i obiadów w ulubionych restauracjach.
I co również ważne – w maju, gdy słońce już nieźle grzeje, nie będziemy sie musieli opalać w maseczkach.

.