wtorek, 5 listopada 2013

Rozważanie skonfundowanego blogera

Czy pisanie do szuflady ma sens? Dobre pytanie dla pisarza, ale jest również pytanie dla blogera. Czy pisanie postów, które mało kto czyta i komentuje ma sens? Iście szekspirowskie pytanie, które zostawiam bez odpowiedzi.


Każdy kto złapie bakcyla blogerskiego i zacznie się produkować na portalu/ach pisząc posty, ma pewne oczekiwania. Dlaczego bloger/ka zaczyna pisać posty podpisując je nickiem  lub swoim nazwiskiem? Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego , że piszący odczuwa potrzebę przekazania swoich przemyśleń, uwag, chce się podzielić dręczącymi go problemami itd. Oczywiście jest też inna kategoria blogerów, blogerów, którzy są na służbie i wykonują nałożone na nich zadania.

Są jeszcze grafomani, ale ich pominę. Jest wspaniałą rzeczą sytuacja, która stała się na nE. Tam to grupa nieznających się osób, skrzyknęła się zakładając w pewnym sensie jakby eksterytorialną grupę, nazywając się Klubem Dyletantów. Nie będę przytaczał historii portalu, który użyczył  im miejsca, faktem  jest, że te dobrowolne stowarzyszenie osób, zaczęło komuś przeszkadzać.

Efektem działań osób nieprzychylnych Klubowi Dyletantów, było wycofanie, się części blogerów z tego portalu. Tu dochodzę do meritum. Kołem ratunkowym miał być portal Prawy Nurt.pl

W jakimś sensie spełnił on swoje zadanie, ale ……… Przypuszczam, że większości blogerów i blogerek zależy na tym  żeby pisane posty trafiały do innych. Żeby były czytane i komentowane. Niestety Prawy Nurt przypomina trochę stan wegetatywny pacjenta. Pacjent żyje, ale nie wiadomo co z nim będzie. Na portalu pojawiają się posty, ale komentarzy nie ma prawie żadnych, tzw. klikalność jest  bardzo mała od kilku do kilkudziesięciu wejść.

Ponieważ Neon24 stał się portalem co najmniej kontrowersyjnym, wielu blogerów zaczęło pisać na innych portalach (w tym ja na S 24), gdyż  moim zdaniem przebywanie w towarzystwie co najmniej kilku blogerów/ek z  Neonu24 jest dla mnie dyshonorem.

Szanowne Dyletantki, Szanowni Dyletanci, jest w nas bardzo duży potencjał i zastanówmy się wspólnie jak go wykorzystać w cyberprzestrzeni.



Pozdrawiam

Andrzej

autor: Andy51

poniedziałek, 4 listopada 2013

Właściwości bez człowieka


Wolno nam zatem oceniać tylko właściwości - bez człowieka. Za chwilę zabronią nam nawet tego.

W drodze do rodzinnych grobów na Cmentarzu Powązkowskim mijam liczne groby ich katów. W sensie dosłownym, nie tylko przenośnym.  Tu leży pułkownik UB, który torturował wujka, tu sędzia,  który skazał na śmierć cioteczną siostrę. Zdrajcy leżą obok bohaterów, kaci obok ich ofiar. Są jeszcze odróżnialni, w pamięci rodzin tych ofiar. Ale za kilka lat, gdy odejdą ci, którzy pamięć przechowują,  zdrajcy i kaci zostaną bohaterami. Zajmują przecież na cmentarzu bardzo zaszczytne miejsca. Podobnie jak zaszczytne miejsca zajmowali w życiu społecznym. Choć nigdy nie rozliczyli się przed społeczeństwem, a przede wszystkim przed swymi ofiarami ze swych ciężkich przewinień.

Oni wszyscy są już po drugiej stronie. Nie podlegają mojemu osądowi. Jak niemiecki snajper, który  zastrzelił w czasie Powstania moją 13 letnią cioteczną siostrę Terenię. Odwiedzając jej grób na Powązkach nie zastanawiam się czy mu wybaczam czy nie i czy wybaczyłaby mu matka Tereni i sama Terenia. Nie muszę o tym myśleć z bardzo prostej przyczyny.  Nie grozi mi, że trafię na jego grób w alei zasłużonych. Nie grozi mi, że w jakimś mieście będzie stał jego pomnik. I niewielka jest szansa, że któryś z morderców lub ideologów zbrodni hitlerowskich będzie traktowany jak bohater i stawiany nam,  za wzór osobowy.

Dyskusja na te trudne tematy zaczęła się od Zygmunta Baumana. Pozwoliłam sobie źle ocenić tego człowieka. Zostałam pouczona w kwestii chrześcijańskich standardów (celowo piszę standardów zamiast zasad)  nakazujących przyznać każdemu prawo do nawrócenia, choćby na łożu śmierci. Muszę zatem dokończyć dopóki Bauman żyje. To samo dotyczy Jaruzelskiego. Za chwilę nam się wymkną i nie tylko będą – jak wszyscy zmarli- pod ochroną lecz bez żenady odsłoni się ich spiżowe pomniki. Nikt nie będzie dochodził co kryje się pod warstwą spiżu.

Zarzucono mi, że- jak egzystencjaliści-  mylę osobę z osobowością. Oceniając ( słusznie bądź nie ) osobowość,  bezprawnie przenoszę tę ocenę na osobę, która jest nosicielem tej osobowości.  Podobnie jak garbaty niesie garb, a chory wirusa HIV.
Osobowość w tym ujęciu staje się- zawinioną lub nie- ziemską przypadłością osoby. Jak tusza, garb czy bielmo na oku. Choć nie musi podobać mi się garb Jana i choć nikt nie może mi zakazać wyeliminowania Jana- za ten garb - z moich planów reprodukcyjnych, czy rezygnacji z zatrudnienia go w mojej firmie  jako rzecznika prasowego ( tego obecnie nie byłabym taka pewna)  jestem w pełni świadoma że Jan nie sprowadza się do jego garbu. Podobnie jak Jan nie sprowadza się do wąsów Jana, wątroby Jana, do jego tarczycy czy przyrodzenia Jana.
Przede wszystkim Jan ma prawo w każdej chwili wyprzeć się swoich wąsów. Po prostu je zgolić. Trochę trudniej wyprzeć się garbu. Jak się okazuje najłatwiej jednak wyprzeć się swoich czynów i poglądów.  
Można zdefiniować osobę jako rodzaj sztancy, matrycy. Odlew pasuje do niej lub nie, ale w każdej chwili można go poprawić, uzupełnić. Jak nie na tym-  to na tamtym świecie. Krytykowanie Jana,  czyli konkretnego odlewu, nie ma wobec doskonałości matrycy  najmniejszego sensu.
Mogę się zgodzić na taką definicję osoby ( wszak definicja to umowa) , ale nie zgadzam się na traktowanie jej jako intelektualnego  kaftana bezpieczeństwa, który ma odebrać mi prawo oceniania Jana . Tu i teraz . Na ziemi.
Jeżeli tak - nie będę oceniać osoby Jana  lecz  Jana jako konkretnego  człowieka. Wszak osoba nie równa się człowiekowi.
Nie ma to nic wspólnego z jakkolwiek rozumianą tęsknotą do ziemskiej sprawiedliwości. Chętnie się zgodzę, że ostateczne rozliczenie  następuje na tamtym świecie.  Nie oznacza to jednak, że godzę się -patrząc na wszystkosubspecie aeternitatis -nie odróżniać dobra od zła.

Jan ma wiele możliwości odcięcia się od przeszłości i odpowiedzialności za swoje czyny.   „Byłem komunistą a teraz jestem antykomunistą”,  „ wszyscy byliśmy ofiarami” „wszyscy ten system współtworzyliśmy” – te wielokrotnie powtarzane przez Jana  argumenty są tak banalne, że nie ma sensu z nimi polemizować.
 Jeżeli oddzielimy Jana od jego czynów tym łatwiej oddzielić go od tego co tam sobie kiedyś  gadał czy pisał.  Niezależnie od tego co gadał i  pisał nie wolno podobno identyfikować Jana na przykład z nazizmem czy marksizmem, bo Jan to jedno, jego czyny to drugie a poglądy to trzecie. Jana nie wolno oceniać za to co robił i mówił bo osoba Jana, jest całkiem różna od jego czynów i jego poglądów i jak każda osoba przeznaczona jest ku świętości. Jak się okazuje nie chodzi tu o świętość w niebie czy „poprawianie osobowości w czyśćcu tak aby stała się godna miana osoby” lecz świętość czy wielkość konkretnego człowieka, na ziemi,  tu i teraz, subito.

Potomkowie komunistycznych ideologów i komunistycznych morderców nigdy nie poczuwali się do odpowiedzialności za ich czyny, choć korzystali z ich przywilejów.
Rychło zaczęli domagać się szacunku do swych przodków. Najpierw w procesach cywilnych – potem w karnych.
 Następnym krokiem jest penalizacja  wszelkiej krytyki głoszonych przez tych przodków zbrodniczych  idei.

 Nic nas nie nauczyło doświadczenie. Tolerancja dla homoseksualistów zaowocowała prawnym zakazem krytykowania nie tylko konkretnych osób lecz  zjawiska homoseksualizmu. Nie wolno również nazywać po imieniu aborcji. Przekonał się o tym na własnej skórze pewien duchowny.

Czyli wbrew temu co chcą widzieć filozofowie  zakaz oceny przenosi się z osób na osobowości, z osobowości na konkretnych ludzi, a z ludzi na czyny i idee.

Jeszcze łatwiej niż czynów przychodzi Janowi wyprzeć się swojej pisaniny. Jakie znaczenie ma po latach nawoływanie do skazania bpa Kaczmarka?  
 Na ile czyjaś pisanina ma  w ogóle wpływ na dzieje ludzkości . Czy gdyby nieFryderykNietzschenie powstałby hitleryzm? Czy gdyby nie Karol Marks- Pol Pot nie wcieliłby w życie swoich zbrodniczych rojeń?  Czy filozoficzne rozważania, etyczne systemy, polityczne projekty  mają w ogóle jakiekolwiek znaczenie?
Nie można krytykować Jana za to co kiedyś mówił czy pisał bo była to (przecież wszyscy to wiemy) tylko „mowa trawa, do chińskiego ludu przez zamknięty lufcik”.
Nie wolno nam oceniać jego osoby lecz tylko osobowość czyli przelotne i zmienne właściwości.
Wolno nam zatem oceniać tylko właściwości -  bez człowieka. Za chwilę zabronią nam nawet tego.

autor: Iza

niedziela, 3 listopada 2013

Kłamiemy za darmo! (za prawdę trzeba zapłacić 23 074,80)


Telewizyjnej komedii z Lechem Wałęsą w roli Lecha Wałęsy ciąg dalszy. W tym odcinku dowiadujemy się jak odwołać przegraną sprawę sądową już po wyroku, jak poruszać się w czasie oraz jak za darmo nadać reklamę w najlepszym czasie reklamowym.
Najpierw Wałęsa pozywa Wyszkowskiego o to że powiedziawszy prawdę o jego przeszłości, naruszył dobra osobiste b.prezydenta. Zapada kuriozalny, niesprawiedliwy, rujnujący Wyszkowskiego wyrok. Zdumiewające jest kilka aspektów : wypowiedź została wywołana przez pracownika stacji TV, Wyszkowski wyraził swój pogląd na który miał "podkładkę" w postaci badań naukowych, na przeprosinach za głoszenie poglądu opartego na prawdzie miała zarobić stacja TV, która wyemitowała inkryminowany materiał !
Pozywający Wałęsa, nie czekając na wynik odwołań i groźbę wznowienia procesu wobec napływających coraz to nowych dowodów jego współpracy z SB postanowił "puścić w skarpetkach " Wyszkowskiego i dać zarobić TVN. Kuriozalne samo-zlecone samo-przeprosiny zostały wyemitowane a Wyszkowski pozwany o zapłatę za wyemitowany kłamliwy materiał !
Sprawa stała się takim pośmiewiskiem prawnym że tym razem Wałęsa przegrał. Co w takim razie robimy ? 


Bardzo proszę , powoli, bardzo powoli przeczytać pismo !  Naruszono już wszystkie prawa ludzkie, teraz  naruszana jest już logika i FIZYKA !  Wałęsa razem z kontem bankowym i panią mecenas przemieścili się w czasie w przyszłość zainkasowali pieniądze, a teraz cofają się w przeszłość i odwołują pozew by uniknąć kosztów i wstydu. Na wszelki wypadek pismo jest wadliwe i nie może rodzić skutków prawnych (gdyby sprawa się rypła !)
…a gdy uda sie zabawa -- mogę ci pierścionek kupić…

autor: cyborg

sobota, 2 listopada 2013

Jak wyprowadzić 54 mln za pomocą bilonu


Brytyjczycy wyprodukują tańsze grosze, a NBP zaoszczędzi ponad 50 milionów złotych ! Radosna wiadomość dla The Royal Mint z Wielkiej Brytanii, ale czy dla nas ? Widziane oczami technicznego który uczył się ekonomiki.
Tym którzy zapomnieli, pozwolę sobie przypomnieć że ekonomika jest nauką stosowaną. Oznacza to, że w niej, w  odróżnieniu od ekonomii politycznej socjalizmu - bilans musi wyjść na zero.
Zaczęło sie od komunikatu NBP : 31 października 2013 r., w wyniku zakończonego postępowania przetargowego zawarto umowę na dostawę monet 1, 2 i 5 groszy ze zmienionego stopu i nowym awersem. Na mocy zawartego kontraktu od kwietnia 2014 do końca 2016 roku ich producentem będzie The Royal Mint z Wielkiej Brytanii.
Umowa z The Royal Mint przewiduje w pierwszej dekadzie stycznia 2014 r. dostawę pilotażową po jednym milionie sztuk każdego z wymienionych nominałów. NBP, w pierwszym kwartale 2014 r. będzie udostępniał monety pochodzące z tej dostawy profesjonalnym uczestnikom rynku gotówkowego m.in. operatorom automatów sprzedających (branża vendingowa) oraz dostawcom tzw. akceptatorów monet, w celu umożliwienia rekalibracji tych urządzeń do użytku z wykorzystaniem monet z nowego stopu.
W jaki to cudowny sposób NBP osiągnął taki efekt ? Ano zamiast dotychczasowego drogiego mosiądzu manganowego, postanowiono przejść na stal pokrytą mosiądzem. Rozwiazanie to jest stosowane w ponad stu krajach. No dobrze, ale czy monety nie może bić polska mennica ? Oczywiście że może ! Złożyła ona dwie oferty : na kwotę 61,3 mln zł (monety ze stali powlekanej dwuwarstwowo) oraz na kwotę 64,9 mln zł (monety ze stali powlekanej jednowarstwowo). Ponieważ dotychczas stosowano inny materiał więc oferta musi zawierać koszt przestawienia parku maszynowego na nowa produkcję. Wyjściowe koszty przy starym materiale wynosiły 107 mln. Tak więc zasadniczą oszczędność osiągnięto na materiale (pytanie - dlaczego dopiero teraz ! ), oszczędność wynikająca z wyprowadzenia produkcji z kraju to zaledwie 7,3 miliona złotych, pod warunkiem że wliczono dostawę do Polski (śmiem watpić). Normalnie zarządzany zakład produkcyjny, owszem, kupi u konkurencji podkładki kosztujące mniej o 13,5 % , ale tylko wtedy, gdy dla wydziału produkcji podkładek ma inne zamówienie ! Koszty ciagnione zawieszenia produkcji, nie mówiąc już o kosztach likwidacji takiego wydziału są gigantyczne.
Przystosowanie akceptatorów i liczarek monet do pracy z wymieszanym bilonem mosiężnym i stalowym, będzie kosztowne i wyprowadzi sporo pieniędzy z Polski.
Może ktoś wytłumaczy takiemu dyletantowi jak ja, dlaczego NBP się cieszy, dlaczego organy kontrolne nie wyrzucaja nikogo na zbity pysk a prokurator śpi ?

autor: cyborg

czwartek, 31 października 2013

Neronów dwóch: Kaczyński i Schetyna


Genialny mucholog prof. Niesioł już wie kto podpala Polskę. Dotychczas maił na oku tylko Kaczyńskiego, a tu maż babo placek, okazuje się, że znalazł się drugi podpalacz, kolega Niesioła, Grzegorz Schetyna.
Główny strażak kraju, przewodniczący komisji obrony narodowej, specjalista od muszek prof. Niesioł już wie kto podpala Polskę.  Dla  Niesiołowskiego, Kaczyński jest w tej sprawie aksjomatem, tym bardziej, że jeszcze nie dawno wspierał go w takim myśleniu Cimoszewicz.

Ale wróg nie śpi, każdy może wyhodować  żmije na swojej piersi, w szeregach PO znalazł się Brutus, którego wprawnym okiem entymologa wykrył  profesor od muszek.

Jakiż to musiał być cios dla muszkowego profesora, że w szczujni TVN24 niemal z pianą na ustach wykrzykiwał.

On chce podpalić Platformę, a przy okazji Polskę! Któż to jest trzeba zapytać? Nie, nie wierzę, to żaden Kaczyński, to kolega  Niesioła, były marszałek, Grzegorz Schetyna. Cóż percepcja Niesiołowskiego będzie musiała być podzielna, dotychczas na oku miał jednego piromana, który chciał podpalić Polskę, Kaczyńskiego, teraz doszedł mu drugi, Schetyna.



http://wpolityce.pl/wydarzenia/65901-w-po-musi-byc-bardzo-bardzo-zle-furia-niesiolowskiego-schetyna-chce-podpalic-platforme-a-przy-okazji-polske-bedzie-odpowiedzialny-za-recydywe-i-rzady-pis-oni-az-kwicza-z-rozkoszy


autor: Andy51

środa, 30 października 2013

Złapał Kozak Tatarzyna…2


Konsultowałam sprawę poduszki z dwójką uroczych łobuziaków. „Wolałbym sto razy dostać w tyłek niż siedzieć na jakimś idiotycznym jeżu” – zdecydowanie oświadczył młodszy z nich, a starszy gorąco go poparł.

Pewnego dnia kupując puszki dla psa w Rossmanie, byłam świadkiem następującej sceny.
5 letni na oko chłopczyk przebiegał koło półek zwalając na ziemie szampony i perfumy, które – ku jego radości- efektownie rozbijały się i rozlewały . Za chłopczykiem biegła zdesperowana matka jęcząc „Piotrusiu, proszę przestań.” Za matką przerażona ekspedientka. „Ja wszystko pokryję”- zapewniała matka.
Zrezygnowałam z zakupów i wyszłam, bo poczułam niepokojące mrowienie w palcach. Czułam, że za chwilę nie opanuję się i wyniosę smarkacza za uszy na dwór, gdzie dokończę egzekucji. Uważam , że byłaby to jedyna adekwatna reakcja na to co się działo i że matka zrobiłaby dokładnie to samo gdyby nie obawa, że znajdzie się jakiś idiota, który zadzwoni na policję, dziecko zostanie jej w trybie pilnym odebrane i umieszczone w domu dziecka lub w rodzinie zastępczej. Na pewno żadna matka tego dla swego dziecka nie chce. Dlatego staje się jego zakładnikiem.

Ustawodawca celowo lub przez głupotę stawia rodziców i dzieci w sytuacji patowej. Podobnie jak nauczycieli i uczniów. Podobnie jak hodowcę i zwierzę.

Kilka dni temu Astra pisała o przemocy wobec ludzi starszych.http://astra.neon24.pl/post/99947,dziecko-nie-przy-ludziach
Oczywiście, że taka przemoc nie jest normą. Ale jeżeli się zdarza - stary człowiek nie ma żadnego sposobu, żeby się jej przeciwstawić. Przede wszystkim człowiek po siedemdziesiątce jest dla instytucji państwowej całkowicie niewiarygodny.
Osobiście znam kilka przypadków oddania starych rodziców do zakładu opiekuńczego wbrew ich woli.
Jeden z tych przypadków dotyczył znanej działaczki katolickiej, która umieszczona w zakładzie  położonym 100 km od Warszawy błagała odwiedzających o pieniądze na autobus i pomoc w dojechaniu do miasta.
Nikt nie chciał tego zrobić z bardzo prostej przyczyny. Jej mieszkanko na Saskiej Kępie zostało natychmiast sprzedane, a ksiązki i pamiątki wylądowały na śmietniku. Kobieta zmarła bodajże po roku. Nie ujawniam nazwiska, bo nie chciałby kompromitacji swoich ukochanych, też ortodoksyjnie katolickich dzieci.
W innym przypadku do prywatnego zakładu przyjęto na podstawie podpisu syna dwoje starszych rodziców, choć nie byli oni ubezwłasnowolnieni i dawali sobie sami radę,  bez pomocy tego syna. Podobno w mieszkaniu było brudno. Ale oczywiście chodziło tylko o jego sprzedaż. Ponieważ ojciec bronił się przed przemocą pielęgniarek, został umieszczony w pasach, a potem faszerowany środkami farmakologicznymi. Obydwoje wkrótce zmarli.
Niedawno pochowaliśmy starszą panią, która swe piękne, ogromne mieszkanie w starej kamienicy przy  Śniadeckich  przeznaczyła dla siostrzenicy. W ramach rewanżu siostrzenica, wbrew jej woli, wepchnęła ją do zakładu, gdzie staruszka uprzejmie zmarła. Nic innego nie mogła zrobić.
Wyobraźmy sobie, że osoba zamknięta wbrew jej woli w zakładzie wzywa policję. Policja – jeżeli w ogóle się pojawi- chętniej wysłucha elokwentnego, dobrze ubranego młodego człowieka niż zdeprymowaną zamknięciem, starszą osobę. Potem policja odjedzie, a starsza pani za niesubordynację dostanie szpilę.

Każdy mądry powie, że trzeba dobrze wychować dzieci, a wtedy nie ma się takich kłopotów. Dobrze-  to znaczy bez przemocy i kar fizycznych. Bo przecież przemoc rodzi przemoc.

Są jednak dzieci trudne, z którymi nie radzą sobie nie tylko rodzice ale i instytucje państwowe.
Opiszę taki autentyczny przypadek. Zamożny dom pod Warszawą, służąca, dzieci którym nie brakuje ptasiego mleka. Młody człowiek wyłamuje już w wieku 15 lat i poświęca się handlowi narkotykami. Okrada rodziców. Nie chodzi do szkoły. Wysypia się do południa, potem zjada obiad podany przez gosposię i idzie „w miasto”. Rodzice chronią go jak mogą przed zakładem poprawczym. Wiadomo, że spotkałby się tam z prawdziwą przemocą, a poza tym jego przestępcza edukacja osiągnęłaby profesjonalny poziom. Nie chcą i nie mogą wyrzucić go z domu. I tak policja przywiezie go tam, gdzie jest zameldowany. Nie mogą wbrew jego woli oddać go do szkoły z internatem. Raz nawet próbowali. Ojciec wywiózł go do klasztornej szkoły w Anglii. Młodzieniec po kilku dniach powiadomił o przetrzymywaniu go siłą angielską policję, a przerażeni zakonnicy nie tylko go wypuścili, lecz oddali mu do rąk wszystkie pieniądze przeznaczone przez rodziców na jego  roczny pobyt w internacie.
Chłopak wracał do domu przez Lazurowe Wybrzeże. Jak się łatwo domyślić dotarł bez grosza.
Gdyby to było za czasów komuny ojciec – jak sam twierdzi- oddałby go na roczny rejs na statek rybacki do patroszenia śledzi czy łososi, z zakazem wychodzenia na ląd. Uważam, że (jak w opowiadaniu Londona, o zblazowanym złotym młodzieńcu, którego reedukacja polegała na czyszczeniu łańcucha kotwicznego), byłaby jakaś szansa na wyratowanie go. Ustawodawca odebrał rodzicom taką szansę wychowawczą, całkowicie ich ubezwłasnowolniając. Młody człowiek trafił wreszcie za narkotyki do więzienia. Oczywiście wrócił jeszcze gorszy. Terroryzuje teraz bezradnych rodziców. Nie pracuje. Nie mogą wyrzucić go z domu. Nie bardzo mogą go nawet straszyć wydziedziczeniem… Jak dobrze wie przysługuje mu zachówek.

Kształtowanie uległego, bezradnego społeczeństwa polega przede wszystkim na ubezwłasnowolnieniu każdego z jego członków przez prawo. Nie mogąc samodzielnie rozwiązać żadnych problemów rodzinnych, nie mając prawa do skarcenia własnych dzieci, do wymówienia im mieszkania, czy utrzymania ( prawo stanowi, że rodzice są obowiązani utrzymywać dziecko do jego usamodzielnienia się, natomiast nie precyzuje kiedy to ma nastąpić) ludzie tkwią w bezruchu, oplątani pajęczyną idiotycznych, wzajemnie sprzecznych przepisów. Czasami jedynym rozwiązaniem ich problemów jest zrobienie czegoś naprawdę złego, czego wcale nie chcą- uśpienie psa, który jest kłopotliwy, oddanie dziecka do zakładu poprawczego.
Jeszcze ważniejsze, że wdrukowuje się ludziom pewne stereotypy, które oni bezmyślnie akceptują, powtarzają  jak litanię, a być może nawet zaczynają w nie wierzyć:
„Nikogo nie osądzam…Nikogo nie potępiam…Wszystkie dzieci są nasze…Wszystkie dzieci są niewinne…Nie wolno dziecka uderzyć…Wszystkim dzieciom przysługuje ten sam start…”
.Rzadko kto odważy się – tak jak ja- stwierdzić. „Kogo trzeba osądzam, potępiam tego kto moim zdaniem na to zasłużył, nieprawda, że wszystkie dzieci są nasze, nieprawda, że wszystkie dzieci są niewinne, nieprawda, że wszystkie dzieci muszą mieć ten sam start”

Ten ostatni stereotyp, jest bardzo niebezpieczny, gdyż podobnie jak inne egalitarne utopie zrywa związek między staraniami rodziców i losem ich dzieci. Kształtuje postawę nieodpowiedzialności za swoje czyny.

Wracając do Piotrusia. O tym, że nie wolno dziecka uderzyć decyduje obecnie prawo. Wykreowana przez TVN jako ekspert od wychowania niania proponuje, żeby za karę sadzać niegrzeczne dziecko na 20 minut na poduszce w kształcie jeża. Ciekawe jak bez przymusu bezpośredniego potrafiłaby  zmusić tak rozwydrzone jak Piotruś dziecko do siedzenia na poduszce.
Konsultowałam sprawę poduszki z dwójką uroczych łobuziaków,  których zabraliśmy w czasie ostatnich wakacji  na rejs. „Wolałbym sto razy dostać w tyłek niż siedzieć na jakimś idiotycznym jeżu” – zdecydowanie oświadczył młodszy z nich, a starszy gorąco go poparł. Wierzę w ich zdrowy rozsądek.

autor: Iza

Zrozumieć wyniki badań opinii publicznej


Sponsorem tej notki jest literka "i" (and) ważny znak koniunkcji, umożliwiający manipulację przy przetwarzaniu danych zebranych w ankietach.
 Tuż przed II Konferencją Smoleńską, zorganizowaną przez Komitet Inspirujący i Doradczy oraz Komitet Naukowy zespołu Macierewicza pokuszono się o sprawdzenie czy aby społeczeństwo się nie znarowiło. Robią to co miesiąc, tylko pytania dostosowują do aktualnych wydarzeń.
Badanie „Aktualne problemy i wydarzenia” (281) przeprowadzono metodą wywiadów bezpośrednich (face to face) wspomaganych komputerowo (CAPI) w dniach 3–9 października 2013 roku na liczącej 1066 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski.
51 proc. ankietowanych jest zdania, że nie ma potrzeby powoływać międzynarodowej komisji w sprawie badania przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Niby jasne i proste: vox populi… Ale, ale czytamy jeszcze raz: …nie ma potrzeby powoływać MIĘDZYNARODOWEJ komisji …Ja też uważam że komisja powinna być polska, boć przecie MAK to właśnie Miażdunarodnoj Awiacjonnoj Komitiet. TAK!! Międzynarodowy! Ponad dwie piąte badanych (43 proc.) dostrzega jednak celowość takiej inicjatywy. Reasumując: sześć osób na sto nie ma zdania na temat powołania nowej komisji, czterdzieści trzy chciałoby komisji miedzynarodowej, nieznana liczba, mniejsza niż pięćdziesiąt jeden, chce nowej, polskiej komisji, nieznana liczba chciałaby wznowienia prac dotychczasowej, nieznana liczba nie chce jakiejkolwiek komisji. Wzajemnych proporcji tych trzech opcji nie znamy! Śmiem twierdzić że jedynym, poprawnym wnioskiem jest to, że zaledwie sześciu  procentom respondentów problem jest obojętny. Połączenie: komisja - i (and) - międzynarodowa, pozwala manipulować rozmiarem zbioru.
Największa grupa badanych (45 proc.) jest zdania, że dla wyjaśnienia przyczyn i okoliczności katastrofy pod Smoleńskiem rząd wiele zrobił, ale dopuścił się też wielu zaniechań.  No i znowu mamy zbiór składajacy sie z tych co uważają ze rząd wiele zrobił  i (and) tych co uważają że zaniechań było więcej niż działań. Dla odmiany, literka "i" zagra rolę ograniczenia zbioru do minimum. Prawie jedna trzecia (31 proc.) krytycznie ocenia postępowanie rządu w tej sprawie i jest zdania, że przez jego zaniedbania straciliśmy możliwość rzetelnego wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy. Oczywiście do tego zbioru wejdą tylko ci którzy spełnią oba kryteria, czyli nie dość że będą "krytyczni", to jeszcze muszą wierzyć że straciliśmy już szansę na wyjaśnienie! Oczywiście "poprawne media" w opisach odrzucą końcowe cześci zdań złożonych! 

autor: cyborg

wtorek, 29 października 2013

Strzeż się blondynki wieczorowa porą!


Przerażenie w oczach Moniki Olejnik, panika w zachowaniu Radosława Sikorskiego - to najbardziej zapamiętają widzowie z programu „Kropka nad i ”. A to tylko było logicznie nasuwające się pytanie ! Dotychczas nie wolno go było zadać.
Jak prawie wszyscy pamiętamy – już kilkadziesiąt minut po katastrofie rządowego TU -154 M – minister Radosław Sikorski oswiadczył, że to zdarzenie było spowodowane winą pilotów. Tak też zapamiętał wypowiedź telefoniczną Jarosław Kaczyński :  ....zadzwonił Sikorski kategorycznie stwierdził, że katastrofa była wynikiem błędu pilota. Pamiętam jego słowa " to był błąd pilota ! ” .....
Pan minister nie wypiera się, a wprost przeciwnie, pytany, po raz kolejny wygłasza starą partyjna formułkę, wzbogacając prywatną dawką dramatyzmu : "Mnie pytają różni partnerzy o wypadek smoleński i ja się dzielę swoją opinią. A moja opinia jest taka, że jeżeli piloci zbliżają się do lotniska, gdzie jest fatalne lotnisko, fatalne warunki pogodowe i zniżają się świadomie poniżej wysokości decyzyjnej, wbrew instrukcji samolotu, wbrew instrukcji lotniska, wbrew własnym uprawnieniom, z wyjącym systemem ostrzegawczym, to błąd - to jest najłagodniejsze określenie, jakim można to określić". Tym razem jednak wszedł blondynce na linię ognia ! Ona też postanowiła zaimprowizować coś od siebie.
M.O.: Ale tego dnia Pan jeszcze nie wiedziało tym,10 kwietnia o tym, że były ostrzeżenia i, że samolot leciał...
R.S. : A nie no to wtedy to stawiałem wyłącznie robocze hipotezy. Jeżeli z wieży mam wiadomość, że samolot zawadził o drzewa no to wiadomo, że zszedł za nisko, ano dlaczego mógł zejść za nisko.
Proponuję powołać kolejny  zespół pod kierownictwem dr Gaika do „ wytłumaczenia społeczeństwu” geniuszu intelektualnego p. ministra Radosława Sikorskiego.


autor: cyborg

Tadeusz Mazowiecki człowiek z plasteliny


Wczoraj zmarł Tadeusz Mazowiecki, człowiek któremu w każdym systemie było dobrze, człowiek, którym zapewnił postkomunistom godne życie w przeciwieństwie do tych którzy walczyli z komuną a dzisiaj nie starcza im na chleb.


Wczoraj zmarł śp Tadeusz Mazowiecki i jako człowiekowi należy  się Mu szacunek, lecz jego działalność polityczną należy oceniać.  W tej działalności było wiele czynów haniebnych  jak np. książka z 1952 r.  „Wróg pozostał ten sam”. Mazowiecki napisał ją wspólnie z Zygmuntem Przetakiewiczem, byłym działaczem przedwojennej „Falangi” i bliskim współpracownikiem Bolesława Piaseckiego. Książka była elementem bezwzględnej komunistycznej kampanii wymierzonej w polskie podziemie niepodległościowe i wszelką opozycję.

Należy wspomnieć co pisał po haniebnym procesie biskupa Kaczmarka :

„Kierowały ks. bp. Kaczmarka i współoskarżonych poglądy prowadzące do utożsamiania wiary ze wsteczną postawą społeczną, a dobra Kościoła z trwałością i interesem ustroju kapitalistycznego. Z tego stanowiska wynikało wiązanie się z imperialistyczną i nastawioną na wojnę polityką rządu Stanów Zjednoczonych” – pisał Mazowiecki w „WTK” 27 września 1953 roku.

Tadeusz Mazowiecki był posłem w okresie PRL-u w latach 1961 – 1972, należy dodać, że interpelował w sprawie wydarzeń z marca 1968 r, ale również to, że władze PRL-u wielokrotnie go odznaczały, z okazji 20-lecia  PRL jako redaktor „Więzi” otrzymał Krzyż Kawalerski OOP,  a z okazji 25 lecia PRL, Mazowiecki otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.

Bardzo negatywnie o Tadeuszu Mazowieckim wypowiada się Krzysztof Wyszkowski. Wydaje się, że Tadeusz Mazowiecki jako licencjonowany katolik świecki nie miał za PRL-u źle, w nagrodę po związaniu się w latach 70 – tych z opozycją w październiku 1989 r. został premierem.

Obecną Polskę, w dużej mierze zawdzięczamy Mazowieckiemu, który nie rozliczył komunistów, nie przeprowadził lustracji doprowadzając do tego, że byli władcy PRL-u spadli na cztery łapy, a ci którzy walczyli o wolną Polskę często żyją w nędzy.

Nie chciałbym, żeby  Tadeusz Mazowiecki był kolejnym złotym cielcem po Wałęsie, Kuroniu, Geremku. Marzy mi się , żeby znaleźli się w Polsce historycy, którzy na podstawie dokumentów napisali biografię  tych panów, a żaden salon, żaden premier nie decydowali, które biografie można pisać, a które nie.

Tadeusz Mazowiecki jawi mi się jako człowiek plastelina, człowiek, który potrafi się dopasować do każdej sytuacji.


http://blackblogsheep.salon24.pl/544225,nie-placze-po-mazowieckim-prawdziwa-biografia


autor: Andy51

Paradoks pańszczyźniany


Szerokie stosowanie pracy przymusowej jest nieomylnym sygnałem... braku rąk do pracy..!
To przecież oczywiste, czyż nie..? Kiedy Niemcy zaczęli na masową skalę "importować" robotników z łapanek i więźniów..? Gdy mieli u siebie 25% bezrobotnych - czy dopiero wówczas, gdy na front poszedł każdy mężczyzna, który był w stanie łopatę lub mausera utrzymać, obu moich dziadków, zdecydowanie do najbardziej uświadomionej i przodującej części "rasy panów" nie należących, nie wyłączając..?
Sowiety w latach 30-tych wydają się zaprzeczeniem tej tezy, ale to łatwo wytłumaczyć. Program forsownej industrializacji, który wdrażały był "ponad miarę". Przekraczał realne możliwości. Można go było zrealizować tylko drastycznie obniżając poziom życia ludności. Nikt by dobrowolnie nie pracował w kołchozach czy na "wielkich budowach socjalizmu" żyjąc w efekcie O WIELE GORZEJ niż wcześniej - gdyby nie druty kolczaste i karabiny...
Całkiem podobnie było z folwarkiem pańszczyźnianym. Z tym, że nie był to - jak w wojennej gospodarce III Rzeszy, czy w Sowietach - proces nagły, ani gwałtowny. Dostępne źródła wskazują, że otwartego gwałtu używano nader rzadko. A do pogorszenia się warunków życia ludności zależnej doszło tak naprawdę dopiero pod sam koniec funkcjonowania tego systemu.

Żebyście mnie starym capem nie nazywali, dzisiaj ilustracja dla pań...

W całej Europie Środkowej pańszczyzna, czyli tzw. "renta odrobkowa" poczęła się upowszechniać w drugiej połowie XV wieku. Wcześniej dominowała u nas tzw. "renta produktowa": mieszkańcy wsi, korzystający z gruntów należących do pana płacili mu czynsz w postaci części uzyskanych plonów. Oczywiście - już wcześniej wypełniali też pewne posługi. A niektórzy to nawet płacili i czynsz pieniężny, jakkolwiek - takie sytuacje były niezmiernie rzadkie.
Od połowy XV wieku powoli zaczyna się w Europie koniunktura na produkty rolne. Ceny rosną - zrazu powoli, by potem, gdy w pierwszej połowie następnego stulecia kontynent zaleje potop amerykańskiego srebra, skoczyć pod niebiosa.
Przyczyny są dość jasne: Europa Zachodnia odbudowuje się demograficznie po katastrofie "czarnej śmierci" z wieku XIV, pojawiają się nadmorskie ośrodki miejskie domagające się zboża, drewna na budowę statków, smoły, suszonego lub solonego mięsa i ryb, tranu, skór itp.
Z rosnącej koniunktury oczywiście w pierwszej kolejności korzystają ci, którzy mają najbliżej: rolnicy z Wysp Brytyjskich, Francji, nadreńskiej części Niemiec i Niderlandów. Ponieważ tkacze z Brugii czy Gandawy zgłaszają niemal nieograniczony popyt na wełnę owczą - właściciele ziemscy w Anglii zaczynają wyrzucać chłopów ze wsi, przekształcając swoje majątki w wielkie pastwiska (o tym, do jakich wyżyn doszła sztuka utrzymania takich pastwisk, pisał jakiś czas temu kolega Wojtek Majda...).
Trochę inaczej dzieje się w Europie kontynentalnej. Na co nie bez wpływu pozostają wydarzenia polityczno - militarne. Francuskie rycerstwo zwłaszcza - zmuszone było płacić sute okupy po serii klęsk w czasie Wojny Stuletniej. Żeby je zapłacić rodziny rycerzy zapożyczały się gdzie tylko się dało, w tym także - u własnych chłopów. Którzy skorzystali z okazji, aby uwolnić się od zdecydowanej większości feudalnych powinności. Przyszło im to tym łatwiej, że będąc blisko rynków zbytu i mając koniunkturę - nie cierpieli na brak gotówki czy kredytu.
Zupełnie inaczej jest u nas i w innych krajach Europy Środkowej. Klimat mamy gorszy. Co oznacza, jak wiele razy już powtarzałem - MNIEJSZĄ PEWNOŚĆ I BEZPIECZEŃSTWO uzyskania plonów. Żeby prowadzić u nas działalność rolną - trzeba to było robić na pewną skalę. Rolnik pojedynczy i indywidualny bardzo rzadko był w stanie przetrwać nieurodzaj. Nie miał wystarczających rezerw ani kredytu.
Jesteśmy też o wiele dalej od rynków zbytu. A to oznacza znacznie wyższe "koszty transakcyjne"! Żaden pojedynczy, indywidualny chłop nie spławi zboża do Gdańska (no chyba, że ma gospodarkę... w Pruszczu..?).
Wreszcie: już na starcie jesteśmy o wiele biedniejsi, brakuje nam kapitału (i nie chodzi mi tu tylko o kruszce, czyli mroczny przedmiot pożądania merkantylistów z wieku XVII i XVIII - lecz o "kapitał" w najszerszym możliwym sensie: obejmujący także inwentarz, budynki, narzędzia, a przede wszystkim - WIEDZĘ). Cóż poradzić..? Cholerni Rzymianie nie raczyli ruszyć tyłków i pobudować nam podstawowej infrastruktury, jak Francuzom i najzachodniejszym z zachodnich Niemców...
Przy tych wszystkich słabościach - i u nas jednak, z pewnym opóźnieniem w stosunku do Zachodu, ale zawsze - pojawia się owa koniunktura na towary rolne i leśne. Chłopi zaczynają się bogacić. Ich panowie, dysponujący wciąż częścią plonów niby też - ale, jak wskazują źródła z epoki: frustrująco powoli..!
Chamy, o niczym innym nie myślące, jak tylko o żarciu, chędożeniu i chlaniu chodzą w złotych łańcuchach i całymi dniami po karczmach w karty rżną - a panowie rycerze karku nadstawiający za ojczyznę po dawnemu, w jednej kapocie, po ojcu, jak nie po dziadku (jeszcze pod Grunwaldem krwią zaplamionej...) i z niemodnym mieczem..?
To oczywiście legenda... W rzeczy samej, przełom XV i XVI wieku to także wybuch epidemii "francuskiej choroby" - która w dużo większej mierze dotknęła elitę niż prosty lud. Bardzo wiele rodów rycerskich i magnackich kończy się... choć - niekoniecznie! U nas, mospanowie - wolność. W takiej Francyji czy u innych Angliczanów to mają rody szlacheckiej pospisywane co do głowy. Jak się ród kończy, Korona łapę na jego dobrach kładzie - i żegnaj majątku! A u nas? U nas żadnych spisów nie ma. Zawsze się jakiś pociotek do dziedziczenia znajdzie. Choćby przyszywany!
Tak więc w Anglii mamy "grodzenie" - a u nas: "wykup wójtostw". Co polega na tym, że szlachta przejmuje różnymi sposobami z rąk dotychczasowych posiadaczy (zasadźców, wójtów wsi - wynagradzanych wcześniej, w XIII czy XIV wieku większym niż inni mieszkańcy gospodarstwem, czasem prawem wyszynku, łaźnią lub innym urządzeniem "komunalnym"...) istniejące wcześniej folwarki lub... owi wójtowie, z dawna przywykli łączyć gospodarkę z wojaczką (bo bywali obowiązani do służby, czasem nawet konnej - jako lekka jazda...) stają się szlachtą. Ale już "nową szlachtą": ziemiaństwem - obywatelstwem, dla którego zawód rycerski jest tylko częścią stylu życiu. A prowadzenie interesów (rozmaitych! Tacy Lubomirscy wypłynęli na warzeniu soli z solanek - wcale nie na rolnictwie...) - rzeczą jak najbardziej naturalną...
Folwark się rozrasta. W miarę jak potop amerykańskiego srebra dociera i do nas (i jak sprytni Holendrzy przy pomocy Gdańszczan i Żydów organizują sobie siatkę zadłużonych dostawców - co daje im kontrolę nad cenami...). Rozrastający się folwark potrzebuje robotników. Tylko skąd ich wziąć..?
Najprostszym rozwiązaniem była zamiana dominującej wcześniej "renty produktowej" na "rentę odrobkową". Zboże, które chłop mógł wyprodukować pracując (własnym sprzężajem i narzędziami) na pańskim - było zwyczajnie więcej warte niż ta część plonów, którą wcześniej oddawał jako swój czynsz. A, żeby ograniczyć konkurencję - na chłopów spadają coraz to nowe restrykcje. Już nie tylko zakaz noszenia złotych łańcuchów, długiej broni białej przy boku czy gry w karty (to, było nie było, sprawa honorowa...). Ale i zakaz opuszczania wsi bez zezwolenia pana, zakaz podejmowania jakiejś ubocznej działalności nawet - zawierania małżeństwa poza pańską domeną (z czego potem narodziła się legenda - najzupełniej bzdurna - tzw. "prawa pierwszej nocy"...).
O męskich czytelnikach przecież też nie zapomnę...

Poziom życia chłopów DALEJ rośnie. To nie jest, jak w Sowietach - zagonienie ludzi jak bydła do zagrody. Widzimy przecież przez cały wiek XVI i pierwszą połowę wieku XVII intensywną kolonizację wewnętrzną, zagospodarowywanie pustek, zakładanie nowych wsi (i nowych folwarków!), wzrost liczby ludności, intensywny ruch budowlany, a nawet - jakkolwiek dane są mocno fragmentaryczne przez wzgląd na późniejsze, dotkliwe zniszczenia, także archiwaliów - poprawę poziomu alfabetyzacji.
Tyle tylko, że TERAZ - poziom życia chłopów rośnie wolniej niż szlachty. Szlachta, korzystając ze strategii "kija i marchewki", tj. wprowadzając prawne ograniczenia dla chłopów i grożąc im przemocą (jakkolwiek - nader oględnie...) a zarazem - podejmując się na szeroką skalę roli "powszechnego ubezpieczyciela" od ognia, głodu i wojny (z funkcji tej  W TYM SAMYM CZASIE, "wypisała się" szlachta angielska - zwyczajnie wyrzucając swoich chłopów na zbity ryj ze wsi i gruntów, które tamci zajmowali wcześniej przez setki lat... I, wbrew różnym legendom - w dupach mieli lordowie, czy ich byli poddani znajdą gdzieś przytułek w mieście lub w koloniach których, w tym czasie, Królestwo Anglii bynajmniej jeszcze nie posiadało...) - odwróciła trend, który groził jej deklasacją. No dobra: zrobili tak ci, którzy byli dostatecznie sprytni. Mniej sprytni - zaginęli bez śladu, mrąc bezpotomnie lub dając się "w chłopy obrócić" tak więc, jako nieobecni, racji nie mają..!
Niestety, w połowie wieku XVII cała ta idylla wzięła i się skończyła... Ale o tym - może innym razem..?
Pańszczyźniany "etos pracy" - ilustracja nawet z epoki...

Dzisiaj ważny jest "paradoks pańszczyźniany": sposób i okoliczności narodzin gospodarki folwarczno - pańszczyźnianej wskazują, iż w naszej części Europy praca ludzka była RELATYWNIE (bo wcale nie twierdzę, że w - jakkolwiek mierzonej - skali bezwzględnej...) droższa niż na Zachodzie. Skoro opłacała się nawet leniwa, niedbała, niestaranna praca pańszczyźnianych, patrzących tylko jak się uwalić brzuchem do góry, gdy ekonom odwróci się w drugą stronę - i czekać, aż słońce zajdzie, wyznaczając w ten sposób koniec dniówki..?


autor: Boska Wola