wtorek, 18 maja 2021

Przypadek Mariana Banasia

 

Pan prezes Najwyższej Izby Kontroli, Marian Banaś, właśnie przedstawił społeczeństwu, jak niedojrzałość emocjonalna i poddawanie się takim paskudnym cechom, jak nienawiść, chęć zemsty i zajadłość, powinna wykluczać człowieka z zajmowania ważnych dla całego państwa, ale nie tylko, także dla każdych decyzyjnych stanowisk.

Pan Banaś pokazał także, że prezes i wicepremier Jarosław Kaczyński (taki sam był jego śp. Brat) czasami nie ma szczęścia w wyborze ludzi na ważne stanowiska. Lub mówiąc bardziej okrutnie – nie potrafi szybko i prawidłowo ocenić człowieka.

Pan Banaś, spoglądając na jego życiorys, musi być człowiekiem porządnie wykształconym, i to na wielu uniwersytetach i w różnorodnych dziedzinach.
Po dużej aktywności antykomunistycznej w czasach PRLu, dodam chlubnej aktywności, po transformacji, czy to za rządu premiera Olszewskiego, potem pierwszej władzy PISu i po roku 2015, pan prezes skoncentrował swoją aktywność w dziedzinie kontroli finansowej i służby celnej. Wiemy, że to niewdzięczna praca, bo kto lubi skarbówkę, albo celników. Szczególnie, my, marynarze nienawidziliśmy obu tych instytucji.

W świetle wczorajszej publicznej napaści na rząd Mateusza Morawieckiego, bardzo zaskoczyła mnie informacja, że Marian Banaś jest karateką. Coś tu się kupy nie trzyma.
Wprawdzie jestem (stare czasy, ale tego się nie zapomina) judoką; mam ciągle swoje jūdōgi, bo nie pozwoliłem żonie tego wyrzucić (a oficerski mundur galowy wyrzuciła), a i swoje obi też mam; ale przecież karate to pokrewna wschodnia sztuka walki i filozofie nie różnią się bardzo.
O co mi chodzi, może wyjaśni ten cytat z jednej ze szkół karate :

Masutatsu Oyama jako jeden z najwybitniejszych karateka minionego stulecia definiuje: "Karate jest sztuką i filozofią walki".
Tą sztukę walki można śmiało kojarzyć z perfekcją, i pełnym zaangażowaniem się.

[...]
Dlatego karate nie powinno być traktowane jako jedynie umiejętności pokonania przeciwnika, ale też jako droga do samorozwoju - tak w sensie fizycznym, jak i duchowym.

No właśnie... Czy prezes NIKu, jako karateka dokonał prawidłowego rozwoju w sensie duchowym? Uczono nas na treningach, jak ważna jest pokora, szacunek dla przeciwnika i niepoddawanie się złym emocjom.
Gdy ktoś z nas w czasie walki, czy tylko treningu demonstrował gniew, czy okrucieństwo, natychmiast był usuwany z tatami.

Nie użyję też tutaj słowa honor, bo jest ono tak wykorzystywane przez pseudo-patriotów twardogłowych, że powoli traci swoje honorowe znaczenie.

Pan prezes NIKu, Marian Banaś, działając tak, jak to widzieliśmy, działa destrukcyjnie wobec państwa, zdradza swoją, jeszcze niedawno, drużynę i przechodzi na pozycję wroga – totalnej opozycji. To też w kodeksie sztuk walki jest nie do pomyślenia i po czymś takim pozostaje tylko, jak to uczeni nazywają, akt definitywny, czyli po naszemu harakiri. Albo się inhumować.

Pan prezes NIKu, Marian Banaś, bo nie wątpię w jego wysoką inteligencję, świadomie oszukuje, przemilczając kontekst zaplanowanych na 10 maja ub. roku wyborów. Gdyby zechciał uczciwie i przyzwoicie spojrzeć i ocenić ówczesną sytuację, to musiałby stwierdzić, że odrzucając poufne polecenia z wiadomej Centrali, personalnie winny za bałagan wyborczy jest marszałek Senatu, pan Grodzki. To on wałkował i przetrzymywał ustawę o głosowaniu korespondencyjnym przez maksymalny, dopuszczalny okres, tylko po to by spowodować chaos w wyborach prezydenckich.

Jaka więc była wina rządu, a konkretnie premiera Morawieckiego i jego kancelarii, że dzisiaj rozhisteryzowane wrzaskuny z bolszewickiej opozycji drą japy, żeby natychmiast odwołać rząd i pogonić na Ziemię Ognistą? Żadna. Władza działała w sytuacji przymusu i stanu nieznanej kompletnie epidemii. Uczą w szkołach zarządzania kryzysowego, że należy działać natychmiast, nawet nie licząc się ze stratami, aby tylko ocalić całość. Fakt, brakuje takich paragrafów w polskiej konstytucji.

Wyobraźmy sobie, per analogiam, że to nie wredny wirus nas zaatakował nagle, tylko typowo ci z pod znaku Gott mit uns. Wtedy Sejm natychmiast by uchwali stan wojny dla kraju, ale... marszałek Grodzki ze swoją karykaturą Senatu, oczywiście po zastanowieniu i konsultacjach z tajemniczymi ekspertami, zdecydował zastanowić się ponownie i dokonać dalszych konsultacji, a ostateczną decyzję podejmie w przewidzianym okresie 30 dni.
Tymczasem najeźdźcy w operacji Drang nach Osten zatrzymali się na Bugu, bo nie mieli paszportów do dalszych państw, a uzbrojone i bojowe Wojsko Polskie, jak to się mówi, stało z bronią u nogi, czekając na ostateczny podpis prezydenta, pod aktem – Jest wojna!

Co jest z tymi niektórymi politykami naszymi, że w momencie pukającej do drzwi starości, oni nadal nie dorośli i ciągle są jak przedszkolaki? Sikorski, Budka, Biedroń, Jachira, Tuleya, no a teraz jeszcze postać na stanowisku, które wymaga wyjątkowej prawości i przyzwoitości. Jesteśmy nadal dosyć biednym narodem, więc raczej nie mozna powiedzieć, że jako dzieciaki zostali rozpuszczeni, jak jakieś Chihuahua. Choć raczej prezes Banaś bardziej przypomina ukochanego buldożka.

Jak znam życie, to już jutro Banaś zniknie medialnie. Źle wybrał, bo jutro PIS będzie popisówę odpalał. Będzie się działo. Łzy popłyną. A opozycyjne paznokcie zostaną ogryzione do łokci.
Więc prezes nic z naszym niehonorowym karatekom nic nie będzie musiał robić. Wystarczy, że nasze wspaniałe służby będą dzwonić do NIKu, że prezesowi firmy dom się pali. A to potrafi każdego rozwścieczyć. Nawet karatekę z zen i buddyzmem.
I już.
 

środa, 12 maja 2021

Wielkie oszustwa, wielkie zyski III

 

Jak tysiąc naukowców, w tym światowej sławy autorytety, w imię kolejnej kretyńskiej idei, urodzonej w mózgach gwałtownie wzbogaconych miliarderowych szaleńców, może łgać, manipulować i straszyć zwykłych ludzi nadciągającą katastrofą?

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że musimy dbać o przyrodę. Musimy uporządkować własne działania w taki sposób, aby nie szkodzić planecie i wszystkiemu, co na niej jest.
Jeden krótki film umierającego, zaplątanego w plastikowe śmieci pływające w oceanach, delfina wystarczy, by bez wahania zgodzić się, że musimy koniecznie coś z tym śmieceniem i niszczeniem zrobić. I tak - potrzebujemy pomocy całej nauki i całej współczesnej technologii, by tego dokonać.
Jednak gołym okiem widać, że projekt pod nazwą Zielony Ład, to nie krok we właściwym kierunku, tylko kolejna paskudna polityczna i biznesowa operacja.
Jednym dać dużo, a wielu innym zabrać.

Nie dziwię się, że naukowcy kłamią. Takie mamy czasy. Na światowej scenie jest obecnie więcej kłamstwa niż jednoznacznej prawdy.
Kłamią sędziowie, praktycznie cały wymiar sprawiedliwości, dążąc do wyimaginowanej władzy, którą nazwano sądokracją. Oszukują i mataczą. Fałszują wybory; nie karzą sprawiedliwe ewidentnych przestępców. Działają na zamówienie.
Kłamią notorycznie media. Potworek pod nazwą fakenews, czyli spolszczony fejk, urodził się niedawno i zajął zaszczytne miejsce w komunikacji społecznej. Kłamało prestiżowe CNN wymyślając ciężką chorobę kandydata na ponowny wybór na prezydenta, Donalda Trumpa. Nawet będący nie tak dawno wzorem dziennikarskiej rzetelności - brytyjskie BBC obecnie łże jak pies. W Polsce to właśnie lewackie i neobolszewickie media panują nad antyrządową polityką. A politycy tak zwanej opozycji są sługusami tych zakłamanych mediów.
Oszukują też przeróżne koncerny. Kiedyś prestiżowe marki dziś sprzedają ludziom kit, przymuszając nachalną i fałszywą reklamą. Największa u nas sieć handlu detalicznego Biedronka, na hiszpańskich pomidorach i marokańskich ziemniakach nakleja dumny znak – Produkt Polski.
Oszukują urzędy, oszukują banki; przeróżne instytucje i służby, ironicznie kiedyś nazwane – zaufania publicznego.
Kłamią "dla naszego zdrowia" lekarze będący na pasku listy płac wytwórców i sprzedawców leków. Nawet kościoły kłamią, jak to się mówi – dla świętego spokoju.

A tak miało być dobrze i porządnie. Sędziów kształciliśmy i wybieraliśmy tylko w jednym celu – by realizowali sprawiedliwość. A naukowców, ludzi najbardziej predysponowanych do tego, tworzyliśmy tylko dlatego, by w labiryncie naszego świata poszukiwali prawdy. Nic innego.
A co mamy dzisiaj? Czy to już jest kompletny upadek?

Nurtuje mnie pytanie, dlaczego do naprawiania przyrody, usiłując przekonać wszystkich kolejnym oszustwem, że to współczesne działania stechnologizowanego człowieka odpowiadają za ocieplenie klimatu, na pierwszy ogień wzięto wyeliminowanie paliw kopalnych i zastąpienie ich takimi kiepskimi z inżynierskiego punktu widzenia rozwiązaniami, jak turbiny wiatrowe i ogniwa fotowoltaiczne.

Niech skalę przedsięwzięcia da taki przykład, iż aby wyprodukować z pomocą wiatru energię elektryczną o mocy 1,5 kilowata (kW), aby uruchomić twoją suszarkę do włosów, potrzebny jest wiatrak o 3 metrowej średnicy łopatek. Kurcze... aby zapewnić elektryczność dla swojej chałupy, to musisz postawić co najmniej 10 takich wiatraków. No i musisz postawić chałupę, na jakimś wygwizdowiu, gdzie ciągle dmucha. A jak się jednak zdecydujesz, to dzisiejsze ceny na turbinę o mocy 10 kW to 28 000 USD.
Ale nie martw się – główki pracują. Jak mieszkasz nad morzem, to możesz sobie postawić turbinę Vestas V164, a ona dostarczy ci aż 8 megawatów (8 MW), czym zasilisz nie tylko swój dom, lecz jeszcze około 5 000 sąsiadów. Piękna sztuka – 220 metrów wysokości, a wiatrak ma średnicę 164 metry. To prawie półtora długości boiska do piłki nożnej (105 m). Fakt, sporo kosztuje, ale jak sąsiedzi będą zazdrościć.

Kolejne źródło prądu, które dzisiaj na gwałt się lansuje, to panele fotowoltaiczne. Mówiąc po ludzku, gdy świeci na nie słońce, to wytwarzają one prąd elektryczny. Niewielki – pojedyncza cela produkuje napięcie 0,5 – 0,6 volta. Dlatego zestawia się łącząc te cele w panele i takie się sprzedaje. Obecnie typowe rozmiary, to 100 cm szerokości i 165 – 170 cm wysokości. To to grube jest na 4 centymetry i jak ładnie świeci słońce to produkuje nawet 280 W. Więc aby uzyskać dosyć prądu dla niedużego gospodarstwa domowego, to potrzeba co najmniej 35 takich paneli. Czyli dobre 5 metrów na 12 metrów. Powiedzmy – dach dużej stodoły.

Jednakże, rozpoczynając niemalże lawinową produkcję wiatraków i paneli, głośno się nie mówi, że z technicznego, a także ekonomicznego punktu widzenia, są to raczej kiepskie źródła prądu elektrycznego.
Gdy cokolwiek projektujemy, a potem budujemy, to bardzo istotnym parametrem jest efektywność. Czyli ile czegoś trzeba włożyć, aby coś innego otrzymać.
Turbiny wiatrowe mają efektywność w granicach 30 -35%, a panele fotowoltaiczne jeszcze mniej – około 20%. Normalnie, bez oszustwa, taka wydajność czegoś jest nie warta zachodu. Tylko... jak potężną kasę można szybko zbić na seryjnej produkcji wielkiej ilości takich stosunkowo prostych urządzeń i sprzedawać to całym narodom. A mając polityków w kieszeni przy rozporku, po prostu zmusić jak najwięcej państw do kupowania i instalacji tego badziewia, pod szczytnym hasłem Zielonego Ładu i ratowania planety.
Przecież to pomysł kretyna, albo bardzo sprytnego złodzieja.

Jeszcze jedna, chyba ważna uwaga tutaj. Turbiny wiatrowe produkują prąd tylko wtedy, gdy wieje watr. A panele fotowoltaiczne nic nie produkują w nocy, lub gdy pada deszcz, czy śnieg i bardzo mało, gdy zachmurzenie jest duże.

Tak ma wyglądać ratunek dla świata?! To jakieś kpiny dużego kalibru.

*****

Dalej, w kolejnym odcinku, postaram się zadać parę pytań panom naukowcom i panom decydentom, którzy przecież, no nie daj Boże, nie siedzą w kieszeni opętanych żądzą bogactwa i swoją boskością chciwych bogaczy.

 

  • Dlaczego nie pracuje się intensywnie nad filtrami i pułapkami zdolnymi eliminować CO2 z wprowadzanych do atmosfery gazów odpadowych.
  • Dlaczego nauka nie przykłada się do taniej produkcji i magazynowania wodoru.
  • Dlaczego zaprzestano prace nad podziemnym zgazyfikowaniem złóż węgla kamiennego w taki sposób, by nie produkować na zewnątrz dwutlenku węgla.
  • Dlaczego korzystanie z wód geotermalnych jest tematem pomijanym w kwestii przyjaznych źródeł energii.
  • Dlaczego prace w dziedzinie elektrochemii są spowalniane i obłożone jakąś tajemnicą.
  • I chyba najważniejsze dla całej planety – dlaczego niemalże od 20 lat, kiedy podobno było już tak blisko, zastopowano badania i prace nad zimną fuzją. A to chyba właśnie jest przyszłością ludzkości w kwestii pozyskiwania energii.

Kto wie, ile jeszcze tajemnic skrywa się przed ludzkością? Jakie tajemnice mają naukowcy, a jeśli oni, to również ci, co im te badania, eksperymenty i laboratoria finansują.
Wszystko, co wymyślono przez ostanie pół wieku, a wymyślono bardzo dużo, miało w zasadzie cel merkantylny. Wszystko tylko by osiągnąć korzyści materialne, dając plebsowi kolejne igrzyska, a jako zysk dodatkowy – ogłupiając pospólstwo coraz bardziej, czyniąc je bezwolnym i spolegliwym.

Jeżeli ktoś, kto ma niby prawo tak mówić, deklaruje, że robi wszystko dla dobra ogółu, to niespecjalnie mu wierzę. Mamy przecież epokę kłamstwa.

.

niedziela, 9 maja 2021

Mentalność gołodupców

 

Najszczęśliwszy jest ten człowiek, który nic nie posiada. Tak mnie przekonywał brat mego kumpla Kurta, od lat żyjący, mimo ciągle posiadanego paszportu norweskiego (Aha – czyli jednak coś posiada), w słynnej kopenhaskiej dzielnicy Christiani, przeuroczym, historycznym zakątku duńskiej stolicy, kiedyś wspaniałomyślnie oddanej przez władze municypalne hippisowskim gminom. Mimo upływu 50 lat charakter tej enklawy wolności, młodości i narkotyków, pozostał i pewnie będzie trwał jeszcze długo.
Więc siedzimy sobie na progu starej kamienicy, przy Pusher Street, mając przed sobą Flea Market, gdzie za darmo można się ubrać, Christian brzdąka na gitarze, a ponieważ ma niewątpliwie charyzmę, potrafi codziennie użebrać na nocleg i pożywienie.
I się cwaniak cieszy, że jest mu dobrze, bo nie ma nic.

Trzeba bez przerwy przypominać, że ciągle jeszcze jesteśmy oseskiem w prawach i kulturze kapitalizmu. A co gorsza całkiem niedawno, w 93,6335 procentach, byliśmy biedni jak mysz kościelna. W miastach nawet mieszkania nie były nasze. Najczęściej należały do jakichś mitycznych "spółdzielni", albo były komunalne, a w jeszcze gorszym przypadku, socjalne. Co to znaczy komunalne, gorzko poczuli na własnej skórze mieszkańcy kamienic w metropoliach, gdy złodzieje w białych kołnierzykach zwęszyli szybki i tłusty biznes w przejmowaniu budynków metodą na 150 letniego dziadka.
Właściwie Polacy, jak to się mówi, żyli od pierwszego do pierwszego. Ważniejsze wydarzenia, jak ślub, pogrzeb, komunia, czy chrzciny, wymagały zastosowania staropolskiej reguły postaw się a zastaw się, czyli konieczność zdobycia pożyczki.

Była więc bieda, a niestety też nędza.

Wojna, a potem sowiecka okupacja, gdzie nachalnie nam wmawiano, że wszystko jest =nasze=, więc po co mieć =swoje=; bankowość praktycznie była czymś obcym dla obywateli, Polacy jak tylko mogli unikali pożyczania i nie daj Boże, kredytów.
Opowieści o przedwojennych lichwiarzach i żydach, którzy z całą bezwzględnością doprowadzali do ruiny nieszczęsne rodziny, były trwałym elementem naszych już tradycyjnych zabobonów. Autentycznie nie potrafiliśmy dobrze gospodarować pieniędzmi i tym, co posiadaliśmy, bo praktycznie mieliśmy wszystkiego tak mało.
Chyba nie przesadzę, jeżeli powiem, że panicznie baliśmy się długów i zadłużenia.

Taki mentalny stereotyp pozostał nam do dzisiaj. Przynajmniej u nieco starszych ludzi. Powiedzmy od pięćdziesiątki wzwyż.

Podczas gdy typowy Polak był w sferze finansów właśnie taki, to nasze wyższe sfery (tak, tak! Zawsze mieliśmy parę procent wyższych sfer) na potęgę pożyczają i zaciągają kredyty. Dlaczego tak robią? Ano po to, by nie naruszać swojego kapitału. Kapitał ma pracować i przynosić zyski. Głównie przez inwestowanie. Kiedyś głównie lokowało się go w ziemi, a były okresy, że sporo w złocie. Teraz obszarów do inwestycji jest mnóstwo. Oczywiście najbardziej jednoznacznym terenem jest giełda. Lecz jest wiele przedsiębiorców co stale poszukują inwestorów. I jak się prawidłowo trafi, to można osiągnąć naprawdę wysokie zyski. Obecnie wyższa klasa średnia, nie tylko polityczni bonzowie, lokują kasę w mieszkaniach. Zarówno nowo budowanych, jak i w starych, w atrakcyjnych lokalizacjach. Cały czas także, uważając to za lokatę długoterminową inwestuje się w dziełach sztuki i w biżuterii. Z ciekawostek dodam, że można też lokować swoje pieniądze w najwartościowszych winach, jak i w whisky i koniakach. Wcale ich nawet nie oglądając.

Jak daje się zauważyć na portalach społecznościowych, dużo jest zdenerwowanych głosów krytykujących polską władzę za decyzję wzięcia pożyczki od Unii Europejskiej. Wbudowany w mentalność strach przed długami biednych przodków, lub nawet swoich skromnych dochodów, powoduje, że tę jakże ważną dla Polski pożyczkę uważają za coś bardzo niewłaściwego.
Przywołują długi Gierka, zapominając przy tym, jak ten komunistyczny przywódca zbudował wiele potrzebnych w kraju inwestycji. Wielu chyba jeździło taką niby autostradą na Śląsk, którą naród nazwał Gierkówką. A ja niedaleko dostałem nowoczesny Port Północny, a pod samym nosem, pierwszą w Polsce Bazę Kontenerową.
Fakt, że później bolszewiccy złodzieje rozkradli sprytnie pieniądze w aferze FOZZ, nie przenosi się w żaden sposób na winę Gierka.

Zawsze najłatwiej jest oszukać i nawet okraść słabego i naiwnego. Nie sądzę, żeby dzisiaj Państwo Polskie było dalej słabe, czy naiwne. Nie ma także u władzy emisariuszy obcych mocastw, co pozwalali, by swobodnie z każdego należnego Polsce euro, 80 centów wracało do Niemiec. Albo by Rosja sprzedawała Polsce, prawda panowie Tusk i Pawlak, gaz po najwyższej cenie w całej Europie.

Więc drodzy internauci – nie panikujcie. Jak się do czegoś zobowiązaliśmy, to nie znaczy, że musimy to natychmiast wykonać. W roku 2004, jak wstępowaliśmy do Unii, to zobowiązaliśmy się, że zmienimy naszą złotówkę na euro. Minęło już 17 lat i nawet nam ochota nie wzrosła by tę głupotę wykonać.

Ps. Tak się kiedyś robiło interesy:
 




czwartek, 6 maja 2021

JURNOŚĆ

 

Jurne chłopy. Panie, czy może być coś dumniejszego? Nie ma mowy! Paczpan na tych mięczaków i na tych lalusiów. Nawet sikać na odległość już nie potrafią.

Faceci zawsze lubili klubować. Czasy takie, że już nie ma przyzwoitych gabinetów, gdzie można by się wspaniale pawić i naprężać przed innymi pawiami.

Pozostała ławeczka. Albo chata u Zdzicha albo Krzycha. Zdzichu ma lodówkę, a Krzychu pędzi dobry samogon.

No to dzisiaj jurne chłopy będą się prężyć, czyli robić, jak to niemiaszki ze swoim słynnym humorem nazywają, szwancparadę.

No to co, chłopaki. Dzisiaj u Zdzicha?

Zdzicha wszyscy nazywają Farmer, bo opracował domową hodowlę szparagów na parapecie. Zdolniacha jeden. Jurne chłopy, nie okazując tego oczywiście, że są dumni z niego.

No więc jak? Szwancparada? Zdzichu – trzeba coś postawić. Piwko chociaż.

Pogadamy jak zwykle i jak zwykle sobie powrzeszczymy – kto z nas byłby najlepszym cesarzem, a kto jest najdurniejszy.

Choć dzwonią im w uszach słowa żon i kochanek:

Wątłe mięśnie naprężasz
Pierś cherlawą wytężasz
Będę miała atletę
I huzara za męża

Głupie baby...

Jurne chłopy? Tylko w gębie. A w życiu? Eunuchy?

<<<<< >>>>>

Tymczasem na świecie dzieje się coś bez przerwy.

Agent 0:o:o spokojnie rozparł się na krześle w sopockim Barze „Przystań”. Wcinał swoje ulubione szprotki usmażone w głębokim tłuszczu, a'la calamares fritos en ingles i popijał nowym piwem Lech z kija, które podobno przeszło metamorfozę, poprzez pozbawienie zawartości kwasu pruskiego.
Beknął dyskretnie na boku, by nie urazić swojego szanownego gościa, choć było to zbyteczne, gdyż w kraju, z którego ten pochodził, głośne i soczyste beknięcie należało do dobrego tonu.
Obaj mieli czarne okulary, bo przedwiosenny dzień był słoneczny i w ogóle boski. Lecz oczywiście to tylko pół prawdy, bo tak na całą prawdę, to okulary były nafaszerowane techniką tak, że najnowszy Mac Pro Ultra wymiękał. Czujniki i dalmierze laserowe, analizatory nastroju i emocji na podstawie skrzywienia warg i unoszenia powiek, czytniki z ruchu warg i symultaniczne translatory. To tylko ułamek tego, co zostało zamaskowane w modnych oprawkach firmy Tom Ford.

Spotkanie dotyczyło starego problemu zostania Drugą Koreą przez nasz biedny, uciemiężony kraj. Koreańczycy nie mogli zrozumieć, czemu nagle porzuciliśmy ten projekt, by z nienacka go zmienić na Druga Kurlandię (to ich na prawdę rozwścieczyło – gdzie Korea, a gdzie Kurlandia? Absurd!). Na a potem znowu inny projekt – Zielony Ład. Tratatata!

Koreańce są bystrym narodem, twórczym i sprytnym, ale te ruchy konika szachowego, chociaż są dobrzy w te klocki, wyprowadziły ich mocno z równowagi.
- Słuchaj 0:o:o – zagaił Kim Penk Tynk – wiesz, ze mój rząd bardzo na to liczył. Gotowi nawet byliśmy odpuścić wam udział w bitwie pod Cushimą i erupcje, powodowane przez jakąś niesforną, wybuchową niewiastę. A wy pokazaliście takiego wała. Prawdziwy mężczyzna, albo wali prosto w pysk, albo siedzi cicho (zacytował tutaj klasyka). My hwarangi i agenci mamy wieczną zdolność honorową. Jak by co, to wiadomo, seppuku. Wiem, że jesteś jurny, sprawdziłem na googlach i fejsbooku. Więc teraz musisz coś z tym zrobić.

Nasz agent podsunął mu drugi kufel piwa marki Lech, już bez kwasu pruskiego, a dla wzmocnienia efektu zaproponował podwójne "Eliksiry Zdzicha" Po prostu miał zamiar Koreańca upić, zmiękczyć, a wtedy go przekonać do naszej racji stanu. Racja stanu czekała na to z niecierpliwością. Jak to kobiety.

________________________________________

Użyłem fragment wiersza Juliana Tuwima
https://youtu.be/0qxP_5x_zTI(link is external)
 

wtorek, 4 maja 2021

Wielkie oszustwa, wielkie zyski II

 

O co chodzi z tym Zielonym Ładem? Czy ktoś to ogarnia? Ja węszę tu potworne oszustwo, oparte na naszym naturalnym umiłowaniu przyrody, miłości do zwierząt i wrodzonej potrzebie porządku i czystości. Temu przecież żadni przyzwoici ludzie się nie sprzeciwią. Lecz ktoś wyraźnie chce nam zamknąć gęby, zawstydzić nas, że jesteśmy przeciw tak ważnej sprawy i potulnie poddać się globalnym dyrektywom, w naszym przypadku zakłamanemu lewactwu rządzącemu Unią Europejską.
A są oni bezczelni i aroganccy. Typowo niemiecka postawa. Jak ten idiotyzm pod nazwą multi–kulti, który się ośmieszył i skompromitował po fiasku projektu Wilkommen. Niemcy po raz kolejny w historii wysmażyli ciężkostrawny pasztet, a jak nie smakował, to wypluli i kazali sąsiadom sprzątać, pod rygorem bolesnych rózg.

Nie sądzę, by to była naturalna głupota. Wprost przeciwnie. To przebiegły, bolszewicki pomysł, by nas wykończyć. Rozwalić co się da, wszystkie tradycyjne reguły i struktury, a na ich miejsce stworzyć coś nowego. I to szybko. Zielony Ład ma cezurę ustanowioną na 2049 rok. To tylko chwila od dzisiaj. Zaledwie 28 lat. Nowo narodzony nie zdąży dojrzeć.

Dom powinno budować się solidnie, jeżeli chce się żyć w spokoju, porządku i ma być bezpiecznie. Wiemy, że najważniejsze są fundamenty. Bolszewia wyrosła na azjatyckich, właściwie mongolskich standardach stawia jurty, namioty i szałasy. Żadnych fundamentów, lecz za to szybko i na głowę się też nie leje.
Albo powróci się do jaskiń, by żyć jak Bin Laden.
Dlatego ta cała ekologia jest robiona tak szybko, właściwie tylko przy pomocy idiotycznych protestów, wystawiania do władz kompletnie odurniałych naukowców, jak pani Spurek. I notoryczne oszustwa i manipulacje. Tu nie ma solidnej postawy i żmudnej, długoletniej pracy, jak sto lat temu mądrze wymyśliła II RP powołując Lasy Państwowe.
Solidne i niespieszne budowanie domu to naturalna i prawidłowa ewolucja. Tworzona przez i na stulecia. W następnym kroku na tym tworzy się tradycja.
A stawianie nurt, szałasów i namiotów? To jest właśnie rewolucja. .Z zasady burzy i właściwie niczego nie buduje.

Więc jeszcze raz – o co do licha chodzi?

Może nieco tłumaczy to punkt 5. oficjalnego pisma UE - "Europejski Zielony Ład to nowa strategia rozwoju gospodarczego Unii Europejskiej ."

Oto on:

"Osiągnięcie celów Zielonego Ładu będzie wymagało zainwestowania dużych pieniędzy. Coraz więcej analiz wskazuje jednak, że zielone inwestycje generują więcej miejsc pracy, tworzą trwalsze fundamenty przyszłego dobrobytu i niosą ze sobą więcej korzyści społecznych (np. w obszarze zdrowia publicznego) niż podążanie starą, wysokoemisyjną ścieżką. Stąd wśród ekspertów i liderów europejskich panuje niemal powszechna zgoda co do tego, że realizacji celów Zielonego Ładu nie należy rozpatrywać w kategoriach kosztu, tylko opłacalnej inwestycji w przyszłość. W kontekście kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią koronawirusa gospodarki państw UE tak czy inaczej potrzebują dużego zastrzyku nowych inwestycji, a europejscy politycy nie mają wątpliwości, że powinny one służyć zielonej transformacji unijnej gospodarki [...]"

Moje podkreślenia powinny odkryć, choć częściowo, o co dzisiejszym złodziejom i i oszustom, a w przyszłości władcom świata chodzi.

https://zielonewiadomosci.pl/tematy/zielony-lad/europejski-zielony-lad-w-pieciu-punktach/(link is external) ]

 

  • wymóg zainwestowania dużych pieniędzy ... No tak... Nie czarujmy się – każda inwestycja to w istocie pożyczka, zazwyczaj wysoko-oprocentowana. Inwestor, najczęściej bank, lub wielka korporacja, na przykład Google, zainwestuje, jak ma pewność, że grubo zrobi. Lecz by jeszcze więcej zarobić, to sobie poszuka ja zwykle od czasu Medyceuszów, tych naiwnych, co to wpłacali do Amber Gold, czy Getback, a potem wszystko stracili. To my – wszyscy zwykli ludzie, czy chcemy tego, czy nie, zostaniemy małymi inwestorami, którzy na końcu wylądują z ręką w nocniku.
  • Koszty nieważne – to inwestycja w przyszłość. Boże! Ile lat sowiecka komuna nam to wmawiała – Dzisiaj zaciskajmy pasa, by w przyszłości nasze dzieci i wnuki miały lepiej. My dobrze wszyscy wiemy, że bolszewicka przyszłość oznacza "święty nigdy". A to znaczy dla nas, że nie będzie już nam lepiej. Więcej pracy i mniej płacy. A strumień pieniędzy do sejfu, do którego nie mamy kluczy.
  • Politycy nie mają wątpliwości... A kimżesz są ci tfu, unijni politycy? Ci, co naprawdę mają władzę, to urzędasy – biurokracja przez żaden naród nie wybierana. Tak samo, jak wszechwładni sędziowie TSUE. To nędzne gremium cwaniaków i sługusów możnych tego świata, reagujących na skinięcie pana, bo za tym idzie gotówka. Przecież taki Soros większość czasu spędza w Brukseli, bawi się w dyrygowanie i wrzucanie groszy do kapeluszy. A po co do Putina na Kreml pojechał unijny minister Borrell, robiąc z siebie publicznie idiotę. O jaką sumę chodziło? Czy może to było te słynne Radosława Sikorskiego "robienie laski"?

Do powszechnego zakłamania tego całego lewactwa zdążyliśmy już się przyzwyczaić. Robią to przecież nieustannie. Nie tak dawno dziennikarz stacji CNN przyznał, że oni by obniżyć szanse prezydenta Trumpa wymyślali choroby, na które jakoby Trump choruje. Czyli teraz do fałszu dorzucono jeszcze powszechne spodlenie.

Pierwszym krokiem tych bogaczy, światowych oszustów i złodziei na nieznaną w historii planety skalę stało się opodatkowanie powietrza, którym oddychamy. Zrobiono to za pomocą tak zwanych kwot CO2. Każde państwo, które nie jest tylko krainą koczujących nomadów, coś produkuje, ma fabryki, zakłady przetwórcze, energetykę i transport. Czyli nie ma siły – wytwarza poza naturą dodatkowe ilości dwutlenku węgla (co z tego, że cały przemysłowy świat wytwarza tyle samo przez 100 lat, co potrafi w skutkach uczynić jeden wulkan w ciagu jednego tygodnia erupcji). Więc dalejże! Od tej chwili krajowa emisja CO2 jest takim samym towarem jak kartofle, czy Volkswageny z oszukanymi katalizatorami i mamy coś nowego do handlowania i nowy biznes.
I jak zawsze tak się dzieje – bogaci jeszcze bardziej się bogacą, a biedni biednieją.

Kwoty CO2, które teraz mają już wymierną cenę, to konieczny wstęp do kroku drugiego. Kroku o wielkim znaczeniu zarówno biznesowym, jak i politycznym.
To likwidacja korzystania z energii uzyskiwanej ze złóż surowców kopalnianych – węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego. I zastąpienie tych odwiecznych surowców nowymi zabawkami, takimi, które przyniosą duuużo pieniędzy.

I tutaj, wprost instynktownie narzuca się pytanie: - dlaczego dla tego Zielonego Ładu, tego obniżania wytwarzania dodatkowego CO2 wybrano takie komediowe, nowe źródła energii, jak głupie generatory wiatrowe – "wiatraki naszych czasów" i nędzną fotowoltaikę na olbrzymie hektary.
Przecież to tak mało efektywne źródła energii, takie zawodne. Po prostu dziadowskie. Przecież jest wiele pomysłów, wiele projektów, które rokują znacznie lepsze efekty. Nagle o tym wszystkim cicho. Podobnie jak o gazie łupkowym w Polsce.

Ale o tym w kolejnym artykule. Zapraszam na odcinek III.

.

piątek, 30 kwietnia 2021

Wielkie oszustwa, wielkie zyski

 

W pewnym momencie swojego rozwoju człowiek odkrywa ze zdumieniem, że na kłamstwie, na oszustwie można zarobić znacznie więcej niż na prawdzie i uczciwości. Przyznam się, że dla wielu ciągle bardzo młodych, właściwie dzieciaków, jest to duży szok poznawczy, bo rodzimy się z prawdą na ustach i długo, długo nie potrafimy kłamać.

Mimo tego, w przeszłości szokującego, dziecięcego odkrycia, kiedy każdy buduje swoją wewnętrzną moralność, długo nie sądziłem, że powstaną potężne gałęzie biznesu, legalne i "moralne"; żaden tam półświatek, które właśnie na oszustwie zbudują swoją potęgę.
Co więcej, obserwuję nawet, że wiele branż, które restrykcyjnie dbając o swoją reputację i markę, nigdy w przeszłości nie uciekały się do oszustwa, dzisiaj w żywe oczy kłamią swoim klientom.
Żeby tylko w produkcji, czy handlu tak było... Oszukują (wg. hierarchii zakłamania) władze państwowe, banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, władze terytorialne, system sprawiedliwości... etc, etc. Chyba łatwiej wymienić, kto nas nigdy nie oszukuje. Takie czasy... Ciekawe czasy

<<<<< >>>>>>

Kiedy byłem małym chłopcem (świadomy trybut dla Tadeusza Nalepy) to prawie każde lato i słoneczne dni, to było plażowanie. Nic wspanialszego. Czasem nawet mi się śni. Ruszaliśmy miedzy 9-tą i 10-tą. Później już było gorzej, bo wczasowicze ruszali nad Bałtyk po słońce. I tak nad morzem spędzaliśmy czas mniej więcej do 3-ciej.
Żadnych parawanów, czy dmuchanych materaców. Klasyczne miejsce na plaży, w zależności od liczebności ekipy, to rozpostarte koce na podgrzanym już piasku, a my dzieciaki wokół naszego gniazda usypywaliśmy piaszczysty wał. Nikt się od sąsiadów nie izolował kolorowymi szmatkami na patykach. Pozdrawialiśmy się i atmosfera zazwyczaj była miła i przyjazna.

My, dzieciaki, czasami nawet było nas sporo, większość czasu spędzaliśmy na tej ciągle ruchomej linii, gdzie leniwe zazwyczaj, choć czasami gwałtowne fale obmywały ciągle mokry piasek. A to był wspaniały materiał do przeróżnych budowli. Nawet nie było potrzeby jakichś łopatek, czy wiaderek (choć te były mile widziane, bo można nimi było nabierać wodę potrzebną do konstrukcji, gdy piasek wysychał). W piasku z rozkoszą grzebaliśmy dłońmi i zawsze nas to napawało dumą, gdy wyryliśmy dziurę tak głęboką, że na dnie pokazywała się woda. Oczywiście dziury zawsze musiały być, bo ten wilgotny urobek z kopania służył do stawiania przeróżnych twierdz, budynków i innych konstrukcji, które, jak usłyszałem nieco później, dorośli, głównie różni poeci, pisarze, czy filozofowie, nazywali zamkami na piasku,
Kopaliśmy też kanały do morza, nawodnione fosy wokół budowli, a nawet spore jeziora, głównie do moczenia nóg.

To radosne taplanie się w piaskowym błotku, pod palącym słońcem, co należy do ulubionych zajęć wszystkich dzieciaków - czyli zajęcia błotne po ulewach, bagna, czy kałuże, miało jeszcze jeden niesamowicie fascynujący i ekscytujący element: - była to słynna i tajemnicza dziewiąta fala.
Choćby na naszym Bałtyku, który jest niemalże niedomkniętym jeziorem i który wcale nie jest słony, była kompletna flauta, co w żeglarskim slangu oznacza – zero wiatru i morze jak lustro, to na plaży centymetrowe fale łagodnie i cicho obmywały brzeg, wchodząc na dwa trzy metry "na ląd". A nagle, kompletnie niewidocznie przychodziła ta dziewiąta fala i zalewała plażę nawet na dziesięć metrów.
A ponieważ my, budowniczowie musieliśmy korzystać z ciągle mokrej części plaży, więc zazwyczaj byliśmy jakieś pięć metrów od wody. No i ta skubana fala, często po godzinnym wysiłku wszystko nam psuła. Rozmywała kanały, zatapiała zamki i ulice, rozwalała wieże. Czego my nie wymyślaliśmy, by katastrofie zapobiec. Od strony morza stawialiśmy wały, Kopaliśmy z boku głębokie rowy, by wodę skierować w inną stronę. I nic. Diaboliczna fala pokonywała wszystko i jakby złośliwie rozwalała efekty naszej pracy.

Wtedy powoli i po kolei, jak bym obierał skórkę od banana, lub nie – jakbym warstwa po warstwie obierał cebulę, doszedłem do wielkiej prawdy – człowiek i jego działania w stosunku do sił przyrody, dzisiaj, jako człowiek wierzący powiedziałbym w stosunku do praw i mechanizmów Boga Stworzyciela, jest mało istotnym i raczej bezsilnym elementem.
I co tu dużo gadać – taka jest prawda. Jednakże kłamać i zmyślać można na różne sposoby.

<<<<< >>>>>

Jeżeli na kłamstwie i bzdurze można dobrze zarobić, to czemu nie?

Budujemy więc zamki na piasku, a ponieważ już dziećmi nie jesteśmy, to chcemy przy tym zarobić. Czemu nie?
Kiedyś byliśmy poważni, pryncypialni. Mieliśmy to swoje dorosłe życie. Lecz cóż może zaszkodzić, gdyby dodać do tego trochę dzieciństwa? Przecież to jest najlepszy czas życia każdego.

<<<<< >>>>>

Dziewiąta fala nie niosłaby żadnego przekazu, gdyby nie była inna od pozostałych i gdyby nie była destrukcyjna. I jeszcze jedno – udowodniała, że próżne nasze wysiłki, by się jej przeciwstawiać.

Taka właśnie anomalia wśród stałej i niezmiennej cykliczności zdarzeń, właśnie nas zalewa. Ale my już jesteśmy mądrzy i dojrzali, a na dodatek rządzi nami pragnienie zysku, więc dalej do roboty.

Przeszukując wyłącznie naukowe, bo przecież nauka to zawsze dążenie do prawdy i istoty rzeczy, ta najważniejsza opinia, na której wszyscy się opierają, rządy podejmują działania, a ludność martwi się i płaci, opinia będąca więc powszechną, oznajmia, że za zmianami klimatu, w 100% odpowiedzialne są działania człowieka. Więc te tysiące naukowców różnych dziedzin, zwabionych najmilszym zapachem – zapachem pieniędzy, dokonuje przeróżnych majstersztyków i umysłowych kombinacji, by nikt nie miał żadnych wątpliwości. Więc pieniądze płyną, a najmądrzejsi z ludzi kłamią. Na nasze szczęście, nie wszyscy. Choć klamka już zapadła.

Najważniejszym i bezdyskusyjnym argumentem poprawnej nauki (nauka poprawna to taki odpowiednik na przykład ekonomii socjalistycznej, czy prawdy obiektywnej) jest fakt, że w epoce przedindustrialnej poziom dwutlenku węgla w atmosferze był niższy, a gdy nagle gwałtownie zaczęły powstawać te przeróżne maszyny, więc i fabryki, nagle najważniejsze stały się paliwa, które w procesie spalania napędzały te wszystkie maszyny, produkując parę wodną, czy elektryczność, a ubocznym efektem były spaliny, które zaburzyły odwieczną strukturę atmosfery.
Człowiek polepszając sobie życie jednocześnie niszczył świat. Takie działanie jest destrukcyjne i dalsza kontynuacja takiego schematu prowadzi do zagłady. Trzeba więc jak najszybciej zrezygnować z paliw kopalnych, zapomnieć o ropie naftowej i węglu, a nieco później również o gazie ziemnym. I wymyślić coś kompletnie nowego, co już nie spowoduje fatalnego wzrostu CO2 w atmosferze, a temperatura średnia nie przekroczy wzrostu o 1,4 stopnia, co doprowadzi do tragedii i ogólnoświatowej katastrofy.

My ludzie, zburzymy nasze stare zabawki i zbudujemy sobie nowe. Postawimy kolejne zamki na piasku. A ile przy tym można zarobić...

Zawsze jednak są krnąbrni naukowcy, którzy korzystając ze swoich obserwacji i doświadczeń, twierdzą, że to co w temacie ocieplenia klimatu przedstawia poprawna nauka, to wierutna bzdura.
Na przykład wielu, głownie indyjscy naukowcy twierdzą, że to nie industrializacja powoduje takie atmosferyczne efekty tylko agrokultura. Czyli proces naszego wpływu na środowisko zaczął się znacznie wcześniej, długo przed industrializacją, gdy zaczęliśmy intensywne uprawy i hodowle zwierząt. To właśnie zwiększa ilość gazów cieplarnianych, a na dodatek zwierzęta roślinożerne wydalają olbrzymie ilości metanu, gazu, który ma stukrotnie silniejszy wpływ na ocieplanie niż CO2.
Zgrabna teoria i wcale nie fałszywa. Lecz nie jest zbyt popularna, bo roztacza raczej brzydkie zapachy, a nie ten najwspanialszy – zapach pieniądza. A jak zarobić dużo nie można, to po co sobie tym głowę zawracać.

A naukowcy skupieni wokół NASA, czyli związani z kosmosem, a nie z tym, co się dzieje na powierzchni planety, to już kompletnie odjechali, bo nawet produkują zysk ujemny, twierdząc, że te zjawiska klimatyczne, które nas dzisiaj tak frasują, to całkowicie normalne cykliczności, głównie związane ze zmianami aktywności naszego słońca.
Choć tych zdroworozsądkowych wątpliwości trzeba sobie poszukać, bo nawet w NASA, które się cieszy dużym szacunkiem, oficjalna wersja powodów zmian klimatycznych, w kajdanach politycznej poprawności mówi, że wpływ ludzkich działań, jest o niebo większy od wpływu słońca, bez którego przecież nie ma życia. Fakt, do nas na ziemię dociera zaledwie około 4% energii słonecznej. Ale jest to dokładnie tyle, ile nam potrzeba.
Aczkolwiek nasze słońce jest ciałem niesłychanie dynamicznym w nieustannym procesie reakcji termonuklearnych, mimo tego jest w dużym stopniu całkiem stabilnym. Oczywiście to zależy, jaką skalę czasową zastosujemy. Gdy zaczniemy analizować w skali milionów lat, to już tak spokojnie nie będzie.

Tak, czy inaczej, najbardziej znany jest 11 letni cykl aktywności słonecznej. Daje się to łatwo obserwować, patrząc na ilość plam słonecznych.
Natomiast istnieje bardziej dramatyczny cykl, tym razem kilkusetletni, zwany "Grand Minimum".
Ta zmienna aktywność słońca, zazwyczaj z obniżoną emisją energii – zanika słoneczny magnetyzm, mniej i nieregularnie występują plamy słoneczne, zmniejsza sie promieniowanie UV, powoduje, co pewien czas, nawet kilkusetletnie okresy nazywane "Małą epoką lodowcową". Takie ostatnie ochłodzenie miało miejsce gdzieś od XIII do połowy XIX wieku. A zdecydowane oziębienie, zwane Maunder Minimum w latach 1645 – 1715. W Polsce to był okres królowania Sasów, a jak podawali ówcześni kronikarze, to wówczas podobno można było saniami z konnym zaprzęgiem, po zamarzniętym Bałtyku , przejechać z Rzeczpospolitej do Szwecji.

Czy to nie jest kosmiczny odpowiednik takiej 9-tej fali? Czy istnieje taka ludzka próżność, by sądzić, że takim prawom natury jesteśmy zdolni się przeciwstawić?

Są też jeszcze inne naturalne powody zmian klimatycznych, jeżeli spojrzymy na świat bez fałszów politycznej poprawności, chciwości biznesu i będących na ich smyczy, manipulujących mediów i sprzedajnych naukowców.

To, co przecież od dawna jest wiadomo i sam pamiętam, jak prasa i tv tym straszyły, zmiany trajektorii wielkich prądów morskich – w szczególności pacyficznego El Niño , lecz również atlantyckiego Gulf Stream'u, zwanego u nas Prądem Zatokowym, albo Golfsztromem spowodują potężne zmiany klimatyczne na świecie.

A to i tak jest delikatne, jak łaskotanie za uchem. Gdy w roku 1883 na maluteńkiej, indonezyjskiej wysepce Anak, w Cieśninie Sundajskiej, między dwoma olbrzymami, Jawą i Sumatrą wybuchł wulkan Krakatau, czego grzmot było słychać nawet z odległości 5000 kilometrów, a pył i gazy, wyrzucane do atmosfery na wysokość wielu dziesiątków kilometrów przez tydzień spowiły całą ziemską atmosferę tak, że Słońce wyglądało jak mały Księżyc.
Zaznaczę tylko, że zginęło ponad 36 tysięcy ludzi, fala tsunami przekroczyła wysokość 30 metrów, a jak później zbadano, przebywanie w odległości mniejszej niż 40 kilometrów powodowało śmierć przez sam długotrwały huk wybuchu.
A klimat jak ucierpiał? Podane w 2006 roku przez wiarygodny magazyn Nature dane mówią, że ten wybuch wulkanu spowodował spadek globalnej temperatury o 1,2 stopnia Celsjusza; o tyleż samo spadek temperatury wód powierzchniowych oceanów; oraz to, że efekt tej tygodniowej erupcji trwał przez całe stulecie.
Co również poprzez dedukcję oznacza, że ochłodzenie to zakończyło się w roku 1983 – niecałe 40 lat temu i dopiero od tego momentu klimat przestał zależeć od pojedynczego wybuchu. Co niewątpliwie ma wpływ na to, co dzisiaj z pogodą się dzieje, a co pozwala wywoływać ogólnoświatową panikę, oraz zarabiać miliardy na inscenizacji sztuki teatralnej "Ocieplenie klimatu przez człowieka".

Muszę tutaj przedstawić jedną dosyć paskudną informację: naukowcy, geolodzy i sejsmolodzy, w oparciu o wieloletnie obserwacje i modele matematyczne twierdzą i są zdecydowanie przekonani, że w najbliższych latach czeka ludzkość podobna potężna i destrukcyjna erupcja. A wtedy te wszystkie wiatraki świata i ogniwa fotowoltaiczne wytworzą tyle energii, że będziemy trząść się z zimna i przyświecać sobie świecami.

Jednakże uczciwie przyznać trzeba, że człowiek również dołożył swoją działkę do zwiększenia cieplarnianego CO2 w atmosferze. Lecz nie poprzez przemysł, który się teraz zwalcza, tylko przez wieloletnie wycinanie lasów, w tym zintensyfikowane ostatnio wycinanie lasów deszczowych.
Olbrzymie połacie tych nieprzebytych dżungli są wycinane tylko po to, by zsadzić tam jakąś kukurydzę, czy marchewkę, albo palmy kokosowe, palmy oleiste, lub nieduże drzewka owoców mango. Wszystko dla szybkiego biznesu.

Dodam tylko, że lasy, właściwie cała zielona przyroda non-stop, dzień po dniu, za darmo i ze szczerą chęcią, bo to przecież pokarm flory, absorbuje od 25 do 30% CO2 z atmosfery. A drugie tyle pochłaniają morza i oceany, a głównie plankton, który unosi się blisko powierzchni.
Oznacza to, że przyroda sama ma sposoby by sobie radzić z takimi problemami natury, bez względu na mądrość, czy głupotę człowieka.

Znany powszechnie jest fakt, że przeciętny człowiek, psychicznie mało odporny, gdy nagle, szczęśliwym trafem zacznie się ogromnie bogacić, by w końcu osiągnąć taki pułap, że może kupić wszystko i zrobić co chce, po prostu głupieje i wariuje.
Tradycyjne majątki najbogatszych ludzi świata były kiedyś budowane w znoju przez całą rodzinę – długimi wiekami i przez wiele pokoleń przodków. To pozwalało na właściwą adaptację do rosnącego statusu i możliwości.
Lecz ci nuworysze, co wystrzelili w ciągu 20 – 10 lat na pierwsze miejsca list najbogatszych ludzi świata i którzy nawet nigdy swego bogactwa nie widzieli, bo nie ma takich skarbców, czy sejfów zdolnych pomieścić choćby dziesiątą część gwałtownie zdobytego majątku, praktycznie oszaleli.
Ci, najbardziej psychologicznie predysponowani do poddania się manii wielkości, uwierzyli, jak kiedyś tyranie i władcy starożytnych cywilizacji, w swoją boskość. Więc jako tacy, są w stanie panować nad światem, nad ludzkością i zmieniać zgodnie ze swoim widzimisię.

<<<<< >>>>>

Na brzegu oceanu, gdzie odpływ pozostawił szeroki pas wilgotnego piasku, kucają na cienkich, wydepilowanych nóżkach, lub siedzą, mocząc swoje kąpielówki, łyse lub siwe bobasy. Budują, zamki z piasku. Ładują wilgotne błoto, wykopane złotymi łopatkami do wysadzanych diamentami platynowych wiaderek. Budują zamki z piasku. Nie zważają, że wkrótce odwieczny przypływ, kierowany kosmicznymi prawami bliskości Księżyca i Słońca, wkrótce ich dzieło zniszczy.

A jak się znudzą, to pójdą sobie porzucać piłeczką, na której są kontynenty, wyspy, morza i oceany, rzeki, góry, lasy i pustynie... i mnóstwo krzątających się, niewidocznych gołym okiem mikrobów.

Ps. To tylko fragment dłuższego eseju o tym, jak współcześni władcy świata, w oparciu o kłamstwo, chciwość i swoje wirtualne, ogromne majątki, chcą nam wszystkim zmienić życie. Niestety na gorsze.

Miałem już parę stron więcej napisane, lecz moja zaborcza kocica uznała, że jest pora na pieszczoty i wskoczyła na klawiaturę, kasując mój wysiłek. Może dobrze zrobiła, bo teraz rozbiję tę pracę na parę odcinków.

Oto co będzie dalej:

Cóż więc takiego gremia bogaczy z Davos, ze zidiociałym księciem Karolem, wsparci lepkimi łapkami usłużnych pismaków z mediów wszelkiego rodzaju i sprzedajnymi mędrcami, kiedyś zależnymi wyłącznie od Bożej Łaski, a dzisiaj od kromki chleba z masłem rzuconej przez pana, współczesnego Midasa, byli w stanie wymyślić, by szybko i jak najbardziej zyskownie wykorzystać naturalny proces cyklicznych zmian klimatu Ziemi. Przecież na strachu, barwiąc to jeszcze odpowiednim kłamstwem można zarobić miliardy. Te wirtualne skarbce napchać jeszcze bardziej.

CDN