sobota, 8 października 2016

Czego chce Ordo Iuris i Łukasz Warzecha?


 
Uporządkujmy sobie dla pełnej jasności:
  • Prawa człowieka są prawami uniwersalnymi
  • Wg. ogólnoświatowego rozumienia, człowiekiem staje się w momencie poczęcia
  • Życie i jego ochrona jest sprawą pozaprawną. A w polskiej Konstytucji jest wartością nadrzędną i pierwszoplanową.



Jestem głęboko przekonany, że odnośnie tego nikt nie ma najmniejszej wątpliwości.
To jest sprawa tak ważna i tak zasadnicza, że jakakolwiek dyskusja powinna odbywać się w pełnej powadze, a także pomiędzy ludźmi o wybitnych umysłach, wielkiej wiedzy i niekwestionowanych autorytetach.
I co najistotniejsze – w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu.

Niemalże już od roku staramy się odzyskać i odbudować Państwo Polskie. Nie jest łatwo. Ci, co mają dużo do stracenia, świetnie się czujący w zgniłej III RP, zarówno wewnątrz kraju, jak i poza jego granicami, robią wszystko, by naprawa państwa się nie udała.
To nie tylko minione osiem lat tragicznych rządów Platformy Obywatelskiej, ale całe stracone ćwierćwiecze rujnowania kraju i obywateli.

Proces odbudowy i tworzenia ponownie państwa opartego na podstawowych wartościach cywilizacji łacińskiej, z uwypukleniem takich cech jak uczciwość, sprawiedliwość i dbałość o dobrobyt wszystkich obywateli jest zadaniem niezwykle delikatnym. Naród nie jest niestety w pełni jednomyślny. Zdecydowana większość pragnąca dobrej zmiany jest spokojna i poważna, natomiast tracąca władzę i przywileje mniejszość - krzykliwa i awanturnicza.
Można nawet powiedzieć, że tym, którzy są w opozycji do nowej władzy, czyli także do "dobrej zmiany" zależy na nieustannej awanturze i grzaniu nastrojów, szczególnie w tej mniej świadomej, ale głośnej części społeczeństwa, którą kiedyś opisywaliśmy jako "młodzi, wykształceni i z dużych miast". Czyli całego tego mięsa armatniego korporacji i urzędów.

Proces odbudowy odbywa się w atmosferze nieustannych ataków przeciwników wybijania się Polski na suwerenność. Wspierani są oni przez międzynarodowych lewaków, czyli po prostu kryptokomunistów, oraz, co jest ewenementem od którego Karol Marks przewraca się w grobie, światowe korporacje i instytucje finansowe.
A całość jest nagłaśniana i podsycana przez wrogie naszej ojczyźnie media.
Wszystko to powoduje, że zamiast tworzyć w spokoju i porządku, nowa władza musi nieustannie walczyć z przeciwnikami. Walczyć w atmosferze wysokiego napięcia, wrzasków, jazgotu, jawnych kłamstw i pomówień, oraz manipulowania podenerwowanymi obywatelami.


Czy w takim właśnie momencie Instytut na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris dokładnie przemyślał swoje postępowanie wprowadzając na scenę polityczną temat aborcji i ochrony życia? Wprowadzając go w gorącym momencie brutalnej walki politycznej.

Opozycja, nazywająca siebie totalną, potrzebuje nieustannie paliwa, żeby podgrzewać emocje i manipulować nieświadomym tłumem. Temat Trybunału Konstytucyjnego wyczerpał swoją energię, a ludzie zobaczyli i pojęli, że sędziowska kasta uzurpatorów jest szkodnikiem działającym wyłącznie we własnym interesie, lekceważącą zwykłych obywateli i dobro państwa.
To paliwo trybunalskie właśnie wyczerpało się i przeciwnicy władzy panicznie rozglądali się, co by dorzucić, by podtrzymać ogień gorących emocji.

I oto, jak dar niebios, spada Instytut Ordo Iuris i przedstawia w takim krytycznym momencie obywatelski projekt przeciw aborcji, projekt tak drastyczny, że nawet kościół oficjalnie odcina się od niego.
Rozmyślam i nie wiem, czy to tylko zwykła głupota, zaślepienie ideologiczne, brak politycznego wyczucia, czy może świadome rzucenie koła ratunkowego przeciwnikom władzy. Nie sądzę, bo byłaby to świadoma dywersja we własnych szeregach.

Wygląda na to, że opozycja tylko na to czekała i wyciągnęła swój projekt obywatelski, skrajnie przeciwny do Ordo Iuris, zezwalający na aborcję na każde życzenie.
Przypomnę tutaj, że w takim działaniu pierwsi na świecie byli komuniści i to Stalin dopuścił powszechną aborcję. To tego ponownie żądają komunistki z Parlamentu Europejskiego.

Widzimy jaki jest rezultat bezrozumnego działania.
Rozhisteryzowane kobiety na ulicach, na które skierowano tysiące kamer z całego świata.
Oszalałe, z obłędem w oczach, posłanki opozycji wrzeszczące niezrozumiale do podtykanych mikrofonów.
A z tyłu zadowoleni macherzy, zacierający tłuste łapki, że znowu udało się podkręcić nastroje, że władza dostała kopa w dupę, a kłoda rzucona jej pod nogi jest wyjątkowo nieprzyjemna.

Czy szacowni profesorowie i doktorzy z Instytutu Ordo Iuris nie zdawali sobie sprawy z możliwych efektów swojego postępowania i ogromu szkód, jakie to może spowodować dla państwa?

Czas leci. Ludzie mogą się zacząć niecierpliwić. A przed władzą na prawdę ważne wyzwania. I jest ich mnóstwo. Jak je spokojnie realizować, jak co rusz pojawia się nowy, skrajnie emocjonalny problem, dezorganizujący prace na wiele dni.

Zgadzam się z redaktorem Łukaszem Warzechą, że sprawa ochrony życia jest tematem fundamentalnym.
Lecz jak się mocno chce kupę, to nie da się poważnie myśleć o świętym sakramencie.


.

wtorek, 4 października 2016

Rzetelność naukowca a manipulacja



 
Wczoraj w programie "Dziś wieczorem" mieliśmy dyskusję dwójki konstytucjonalistów: pani profesor Genowefy Grabowskiej i pana doktora Ryszarda Piotrowskiego.
Ten drugi naukowiec właśnie dobitnie udowodnił dlaczego polskie uczelnie znajdują się dopiero na pięćsetnym miejscu na świecie w tzw. rankingu szanghajskim szkół wyższych.

O co chodziło?
Prowadząca program Danuta Holecka jako temat rozmowy podała przecieki, które wypłynęły z maili dwóch sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Stanisława Biernata i Piotra Tuleji. Pokrótce, korespondencja dokumentuje, że już w kwietniu 2015 roku, czyli na długo przed wyborami prezydenckimi, sędziowie TK zdawali sobie sprawę, że projektowane przez Platformę Obywatelską powołanie pięciu nowych sędziów trybunału jest łamaniem prawa.
Czyli mieli pełną świadomość efektów takiego postępowania, a mimo tego nie interweniowali i dopuścili do takiego wyboru. A w rezultacie skutkowało to w grudniu kuriozalnym wyrokiem, który stwierdza, że ustawa jest niekonstytucyjna wobec dwóch wybranych sędziów, a jednocześnie konstytucyjna wobec trzech pozostałych.
Taki trybunalski kot Schroedingera, który, jak wiemy, jest jednocześnie martwy i żywy.

Od pani prof. Grabowskiej otrzymaliśmy logiczny i merytoryczny komunikat, rozprawiający się z takim prawnym łamańcem. Po prostu – zachowanie sędziów TK było karygodne i nie do zaakceptowania. Podkreślę jeszcze raz: pani profesor skupiła się wyłącznie na merytorycznym przekazie, jaki niesie pozyskana informacja. Bo taka właśnie jest prawdziwa rola naukowca.

Natomiast doktor Piotrowski zaprezentował widzom punkt widzenia, który jest gmatwaniem obrazu, a z nauką nie ma nic wspólnego. Choć może panu doktorowi wydaje się, że ma. Otóż myli on pracownię naukowca z salą sądową.
Pan doktor skoncentrował się i pełnym oburzenia głosem oświadczył, że cała ta sprawa jest wstrętna i nie do przyjęcia, bowiem rozmowa sędziów TK jest złamaniem tajemnicy korespondencji i on, jako doktor prawa i konstytucjonalista nie będzie się do tego ustosunkowywał.
Taka logika naukowca – diamenty są nieprawdziwe, bo przyniósł je złodziej. Albo – komputery PC, laptopy i tablety nie istnieją, bo Steve Wozniak wykradł pomysł polskiemu naukowcowi Jackowi Karpińskiemu (komputer K202).

W porządku, naukowiec też może być chwilami durny i upierać się po stronie etycznej informacji, całkowicie lekceważąc fakty, które ona niesie.
Lecz chyba wszyscy się zgodzą, że taka postawa akurat naukowej sławy i prestiżu nie przynoszą.

Redaktor Holecka, całkiem słusznie zareagowała uwagą, że takie właśnie mamy czasy. W dobie sieci, internetu i komputerów, przecieki informacji są zjawiskiem powszechnym. Ciągle mamy do czynienia z wikileaks, z panama papers, mailami Hillary Clinton, czy ruskimi hakerami włamującymi się do kart chorobowych olimpijczyków. Tego po prostu już uniknąć się nie da.
Kiedyś trochę pracowałem przy przesyłaniu informacji i rozumiem wagę tajemnicy korespondencji. Jednakże stwierdzam, że dzisiaj to już archaizm, związany z otwieraniem listów nad parą, czy przechwytywaniem depesz. Informacja robi się coraz bardziej publiczna i ba... sami żądamy transparentności i upubliczniania wszystkiego, co tylko możliwe.

Postawa doktora Piotrowskiego natomiast, jak żywo przypomina propagandową manipulację Platformy Obywatelskiej i jej asa – ministra "idziemy po was" Sienkiewicza, gdy wypłynęły tak zwane taśmy prawdy i rozmowy polityków ówczesnej władzy przy ośmiorniczkach suto zakrapianych alkoholem.
Przypomnę, że wówczas władza (PO, PSL) doprowadziła do śledztwa wyłącznie kto i jak podsłuchiwał, całkowicie pomijając kompromitującą, merytoryczną zawartość rozmów.
Czyli dokładnie to samo, co dzisiaj prezentuje nasz mądry doktor konstytucjonalista.

Mamy tutaj ewidentny przykład typu dwa w jednym: wymiar sprawiedliwości i środowisko akademickie - obszary państwa, które leżą na łopatkach i kwiczą.
Ilu jeszcze takich Piotrowskich jest w polskiej nauce?
Nie dziw, że potem powstają takie potworki prawne, jak Konstytucja, którą byle Rzepliński może obracać i manipulować, jak mu się żywnie podoba.
Premier Jarosław Gowin ma prawdziwą stajnię Augiasza jako minister nauki i szkolnictwa wyższego. Tak, jak minister Ziobro z wymiarem sprawiedliwości.
W obu tych działach uwili sobie gniazda intelektualni oszuści, miernoty, komunistyczne autorytety i uzurpatorzy.

Taki doktor konstytucjonalista unikając ustosunkowania się do faktów pod dętym moralnym pretekstem pokazał właśnie marność i miernotę polskiego naukowca i polskiego prawnika.

Byłbym bardzo nie w porządku, gdybym w tej krytyce pominął panią profesor Grabowską. Jak to już wielokrotnie udowodniła, jest ona wspaniałym naukowcem i kapitalnym nauczycielem akademickim.
Tym razem siedziała ona w studio bardzo zniesmaczona intelektualnymi wygibasami kolegi naukowca.

Premier Gowin jest człowiekiem opanowanym i kulturalnym. Ja, na jego miejscu już dawno bym przeorał to środowisko, odrzucił plewy i zachował ziarno.

A doktor Ryszard Piotrowski? Cóż, wpisuje się w system kłamstw i manipulacji, na którym opiera się dzisiejsza opozycja, właśnie głośno i wyraźnie deklarująca, że nie obchodzi ją prawda i uczciwość i zlikwiduje Instytut Pamięci Narodowej oraz Centralne Biuro Antykorupcyjne.



.

niedziela, 2 października 2016

Gdzie jest Sędzia?!

Gdzie jest Sędzia?!



Pamiętacie?

"Kiedy Maradona strzelił, w meczu z Anglią, gola ręką, ludzie to zaakceptowali, jako element gry. Wszystko, czego nie zauważy sędzia jest w porządku."
(Jo Nesboe, „Karaluchy” ).

Gdzie jest nasz Sędzia?
Media - czwarta siła? Śmiechu warte.
Niezależne autorytety - nie ma.
A neo-elita jest tak pełna hipokryzji i zakłamania, że właściwie należy ich prawidłowo nazywać agentami wpływu tajemniczego Aparatu.

Poprzez dziesiątki afer minionego ćwierćwiecza, ordynarne złodziejstwa, bezczelne przekręty i pospolite machlojki, aż po wielką traumę dla każdego narodu - Tragedię Smoleńską - GDZIE BYŁ SĘDZIA ?!
Nie zauważył fauli, a naród to zaakceptował, jako stały element gry?
Sędziego nie było i nie ma.
Nie ma elit i niezależnych autorytetów.
W taką grę uczciwie grać się nie da.

I o to właśnie chodzi; choćby po to elity są wszystkim potrzebne. Taki człowiek, jeden z elity cieszącej się powszechnym szacunkiem i odpowiedzialnie służącej narodowi, jest potrzebny; na jego opinię będą czekali wszyscy i ta opinia będzie w ogólnym przekonaniu słuszna i sprawiedliwa.


Wszyscy odczuwamy potrzebę rozstrzygającej, autorytarnej opinii. Pamiętam jak raz Kliczko w dramatycznym meczu nakładł po gębie aroganckiemu Angolowi, lecz nie aż na tyle, żeby to było zaraz jednoznaczne. Czekaliśmy cierpliwie, żeby trzech dżentelmenów policzyło, wyważyło i uznało go zwycięzcą.
Swoje widzieliśmy, a mimo to rozstrzygająca dla nas i naszego systemu wartości była właśnie decyzja facetów przy stoliku.

A dzisiaj, ilu przeciwników demokratycznej władzy, z najbardziej charakterystycznym pośród nich, Borysem Budką, głośno i nieustannie krzyczy, że to i tamto konkretnie powinien rozstrzygnąć Trybunał Konstytucyjny.
Lecz dzisiaj już chyba nikt nie ma wątpliwości, że:
  1. Trybunał Konstytucyjny jest częścią minionego systemu, stworzony przez komunistów, by uwiarygadniać ich matactwa;
  2. Nie posiada należytego autorytetu, tak by jego decyzje, czy opinie były bezdyskusyjnie powszechnie akceptowane. Powaga urzędu została zniszczona przez niegodne zachowania jego znaczących pracowników.

Niemalże codziennie potrzebujemy arbitra.
Taki jest tradycyjny model zwartych zespołów ludzkich. To prawie mamy w genach.

I oto nagle jesteśmy w sytuacji, gdy tego Arbitra, tego Sędziego nie ma!
Potocznie, dla każdego jest wiadomym, że w normalnej demokracji aż dwa najwyższe elementy władzy, sądownictwo i tzw. czwarta władza, czyli media, powinny być naszym codziennym arbitrem i sędzią.

Czy ufamy bezgranicznie sądom i sędziom?
Czy jakaś dziennikarska opinia jest dla nas miarodajna i ostateczna?
Nie i nie.

Zabrakło Sędziego dzisiaj w Polsce.


Ileż to głosów pełnych zachwytu słyszymy zewsząd, jaka to wspaniała była nasza pokojowa rewolucja. Jesteśmy najlepsi! Ani kropla krwi się nie polała! A prawie groziła nam atomowa zagłada.
Nie ma większego steku bzdur. Taka właśnie rewolucja spowodowała, że winni nigdy nie zostali ukarani a pokrzywdzeni nie uzyskali zadośćuczynienia. Czasami jedna kropla krwi, lub choćby paru bandytów w więzieniu, by się przydało.

I ta pokojowa rewolucja wszystko zrelatywizowała, Złodziej – ministrem? Proszę bardzo. Głupiec – prezydentem. Proszę bardzo.

Po „Pokojowej Rewolucji” nie ma rzeczy najważniejszej – odpowiedzialności.
A najgorsze, że nie ma Sędziego, by taki wyrok wydać.

.

Rewolucje i ewolucje

Rewolucje i ewolucje




Jeszcze parę lat temu, gdy ostro walczyliśmy z ówczesnym Układem i Systemem, tym rakiem, który niszczył Polskę i Polaków, pisałem o konieczności działań radykalnych. Działań z pogranicza rewolucji, choć konkretniej – kontrrewolucji, bo chodziło przecież o przywrócenie fundamentów, na których opierała się zawsze Rzeczypospolita.
Atakowany byłem wówczas przez czytelników, bądź, co bądź, prawicowców i konserwatystów, za to, że marzą mi się barykady i chcę, by znowu polała się krew młodych Polaków. Ile ja musiałem się tłumaczyć, że rewolucja nie oznacza tylko czynu zbrojnego, ale także działanie konsekwentne i radykalne, prowadzące do kategorycznej zmiany istniejącego dotychczas porządku rzeczy.
Chodzi po prostu o sposób dochodzenia do celu. Albo szybko i skutecznie, albo w długim, powolnym procesie.

Najnowsza historia naszego kraju pokazuje, że chyba jednak to ja mam rację.

Rok 2016, który właśnie przeżywamy, śmiem twierdzić, będzie w historii Europy rokiem przełomowym. Może jeszcze tego nie czujemy i nie w pełni pojmujemy, lecz dzieją się wydarzenia, które zmienią cały kontynent.

Ano właśnie. Ewolucja.
Proces powolny. Spokojny. Lecz ma jedną poważną wadę. Nigdy nie mamy pewności, jaki będzie ostateczny rezultat. Pozwala się bowiem na to, by wiele różnych czynników oddziaływało na zmiany.
Im dłużej trwa ewolucja, tym wieksze ryzyko patologii, choroby, czy degeneracji, które spowodują, że zamiast dotrzeć do umówionego celu, pójdziemy w zupełnie innym kierunku. Do miejsca niechcianego i niedobrego dla nas.

To właśnie się zdarzyło, gdy w roku 1989, z radością wymuszono transformację i z dumą ogłoszono powstanie III RP.
Jak to wyraźnie dzisiaj, po 27 latach widać, wybierając, a raczej pozwalając sobie narzucić ewolucyjny proces zmian, zaczęliśmy się staczać, państwo stawało się coraz słabsze i zależne; gospodarka zżerana przez pospolitych złodziei i kombinatorów, a rzesze młodych ludzi, nie widząc szans dla siebie w kraju, masowo zaczęły emigrować, poszukując nowych miejsc do życia.
Czy tego chcieliśmy w 1989 roku? Czy taki miał być cel przekształcenia Polski w nowoczesną ojczyznę?
Oczywiście nie. Lecz doprowadziliśmy do tego zezwalając na proces ewolucyjny, co się okazało powolnym gniciem i rozpadem, zamiast już na samym początku zastosować radykalne, rewolucyjne zmiany.

Niestety, nie było wówczas takich możliwości. Bo transformacja w rzeczywistości była farsą, fałszywą maską przygotowaną przez bezpiekę i komunistów z Jaruzelskim i Kiszczakiem na czele, którzy przy wydatnej pomocy podległej im pseudo – opozycji, z Michnikiem, Gieremkiem, Frasyniukiem, oraz niekwestionowanymi współpracownikami urzędu bezpieczeństwa, jak Lech Wałęsa, mieli wmówić narodowi, co im się w pewnym stopniu udało, że w Polsce dokonał się cud, bo dokonano bezkrwawej zmiany, obalono ustrój komunistyczny i wprowadzono demokrację.
Tak, ustrój komunistyczny obalono, lecz komunistom nie zrobiono krzywdy. Wprost przeciwnie. Nie musieli oni już dalej prowadzić na pokaz siermiężnego stylu życia, tylko teraz już jawnie i otwarcie, jako nowi kapitaliści, właściciele ukradzionych narodowi fabryk i banków, żyć pełną parą, zamieniając spółdzielcze mieszkania na ekskluzywne rezydencje, jak Chobielin pana Appelbaum-Sikorskiego, czy Sieniawa pani Suchockiej, apartamenty w Paryżu, Londynie, czy Monaco, jak pan Kulczyk lub pan Rostowski, a także wyposażając się w Mercedesy AMG, Ferrari, Bentleye i Maybachy. Lub tylko Jaguary, jak znany komunista pan Kalisz.
A naród? A zwykli ludzie? Czy w jakikolwiek sposób skorzystali na tym opracowanym przez komunistyczne służby ewolucyjnym procesie?
W żadnym wypadku. Generalnie wszystkim się pogorszyło.
Powstały obszary nędzy, jakiej nie było nawet za komuny. Kolosalnie wzrosło bezrobocie. Pogorszyło się zdrowie ludzi i zarazem pogorszyła się opieka zdrowotna, gwarantowana przecież przez konstytucję.
Bezwzględni gangsterzy w białych kołnierzykach eksmitowali ludzi na bruk.
Skorumpowani urzędnicy odbierali małe dzieci rodzinom pod byle pozorem, by potem je sprzedać dalej bogatym, bezdzietnym klientom z zachodu, a nawet handlarzom ludźmi.
Kraj się wyludniał, bo coraz większa grupa młodych nie widziała szans dla siebie na miejscu.
Jednocześnie degeneracja państwa spowodowana ewolucyjną transformacją wykreowała kastę bezwzględnych, cynicznych kombinatorów, z zapleczem byłych komunistów i międzynarodowych korporacji, którzy bez żadnych skrupułów, bez żadnych moralnych oporów, rozkradali nadal Polskę, nieuczciwie się bogacili, jak pani prezydent Warszawy Gronkiewicz-Waltz i prezydent Gdańska Adamowicz wraz z tysiącem wójtów, sołtysów i burmistrzów.
Autorytet, ikona transformacji, Adam Strzembosz, sędzia, profesor nauk prawnych, wiceminister sprawiedliwości, pierwszy prezes Sądu Najwyższego i przewodniczący Trybunału Stanu. Kawaler Orderu Orła Białego, uspokajając zaniepokojonych obywateli faktem, że w sądach i w całym wymiarze sprawiedliwości nadal pracują komunistyczni, krwawi oprawcy, tuż po transformacji oznajmił – "... środowisko się samo oczyści", negując konieczność przeprowadzenia lustracji w sądownictwie.
Dzisiaj, po tylu latach, widzimy jakie są skutki tego "samooczyszczenia".
Ewolucyjne przekształcanie się trzeciej władzy, władzy sądowniczej doprowadziło do powstania hermetycznej kasty nietykalnych, nieomylnych i ponad prawem. Jakiekolwiek próby ingerencji w ich zamknięty układ spotykają się z gwałtownym atakiem pod pozorem obrony demokracji, atakiem nawet na demokratycznie wybraną władzę, na sejm, rząd z ministrem sprawiedliwości i na prezydenta.

Czy ktoś jeszcze w Polsce może mieć wątpliwości, że poważne zmiany społeczne mogą być dokonane w powolnym procesie ewolucyjnym? Że faktycznie jest to oszustwo mające przykryć konserwowanie i polepszanie bytu poprzednich władców?
Przez całe ćwierćwiecze, najpierw Mazowiecki, potem Wałęsa, potem Kwaśniewski, a jeszcze rok temu ex-prezydent Komorowski, z premierami – Tuskiem i Kopacz, krzyczeli przy lada okazji, jak wspaniała była bezkrwawa rewolucja, która się w Polsce dokonała. Lecz kto to krzyczał?
Czy to nie sami beneficjenci takiej ewolucji?
Pan prezydent Wałęsa z ekskluzywną rezydencją w Gdańsku, milionami na koncie i wnukiem, którego kryminalne przestępstwa są właśnie tuszowane.
Pan prezydent Kwaśniewski, mistrz szemranych interesów, zatrudniony jako konsultant u śp. najbogatszego Polaka, Kulczyka i wysyłający córkę na bal księżniczek do Paryża.
Czy może pan prezydent Komorowski, który odchodząc ze stanowiska ogołocił Pałac Prezydencki z mebli, w tym nawet z sokowirówki i którego córka skorzystała również z przestępczej, warszawskiej reprywatyzacji.

Tych właśnie ludzi, przywódców narodu mieliśmy słuchać i iść za nimi w ogień. Gdy oni się bogacili poprzez kanty i oszustwa, a my nic dobrego nie otrzymywaliśmy.

Sprawująca od prawie roku władzę partia Prawo i Sprawiedliwość z Jarosławem Kaczyńskim na czele, jako swoje główne hasło przyjęła "dobrą zmianę".
Tylko przyklasnąć. Wszyscy chcemy dobrej zmiany. Powiedzmy – prawie wszyscy. Ci, co się dobrze paśli w Polsce w trakcie ewolucji po transformacji są jak najbardziej przeciwni "dobrej zmianie", czy właściwie jakiejkolwiek zmianie. Likwidując w sobie hamulce moralne i jakiekolwiek zasady etyczne nauczyli się świetnie sobie radzić w kraju pełnym korupcji, nieuczciwości i przekrętu.
W obronie starego tworzą nowe byty, jak partia Nowoczesna pana Petru, czy ruch KOD – Komitet Obrony Demokracji, co jest nazwą na tyle humorystyczną, że w internecie, rozszyfrowano ją na tysiące sposobów, a najlepiej, co myślą o tym tworze obywatele oddaje: Komitet Ochrony własnej Dupy.

Czy Jarosław Kaczyński, niewątpliwy twórca i ideolog dobrej zmiany ma pełną świadomość, że jeśli będzie się starał przekształcać kraj, ponownie powoli i ewolucyjnie, to poniesie klęskę?

W zaprzyjaźnionej z Polską od stuleci Turcji prezydent Recep Erdogan nie miał takich skrupułów. Widząc, że rośnie mu poważna opozycja z różnych stron, a kraj zżera korupcja i bałagan, sfingował lipny zamach stanu na siebie, który trwał cztery godziny, a po którym bezwzględnie rozprawił się z przeciwnikami, wsadzając do więzienia, czy wyrzucając z pracy tysiące przeciwników.
To było działanie ekstremalnie rewolucyjne i nie da się zaprzeczyć, że niesłychanie skuteczne.
Mamy świadomość, że takiego rozwiązania Jarosław Kaczyński w Polsce przeprowadzić nie może. Choć, jak podejrzewam, patrzy na to z ogromną zazdrością.
Tak, jak ma cały czas w pamięci Przewrót Majowy dokonany 12 maja 1926 roku przez marszałka Piłsudskiego. Niezależnie jakąkolwiek mamy opinię co do tego wojskowego puczu, był on radykalnym rozwiązaniem, które zatrzymało odbywający się rozpad państwa.

Kaczyński może nie ma do czynienia z całkowitym rozpadem państwa, ale jego choroba i korozja są ewidentne.

Mając to wszystko na uwadze, czy znajdzie się sposób i dosyć sił by konsekwentnie doprowadzić dobrą zmianę do etapu, w którym Polska stanie się państwem całkowicie suwerennym i silnym, a wszystkim obywatelom uda się zapewnić należyty dobrobyt?

Przekonany jestem, że może się to udać, jeżeli tylko zmiany będą radykalne, zdecydowane i szybkie.
Muszą to być zmiany rewolucyjne, a nie ponownie pełzająca i rozmywająca się ewolucja. Zagrożenia są ciągle duże, a zwyczajowi oportuniści i kombinatorzy, jak zwykle już się podczepiają do partii sprawującej władzę, starając się ugrać swoje. Prezes Kaczyński chyba to dostrzegł, czego rezultatem było pozbycie się ministra Dawida Jackiewicza i zawieszenie doradcy min. Macierewicza, młodego Misiewicza.

Prawo i Sprawiedliwość chyba wyczuło, że minione dziesięć miesięcy sprawowania władzy są niezadowalające, właśnie przez zbytnią opieszałość, słabość zmian i niedużą skuteczność.
Już nawet zaprzyjaźnione Koła Gazety Polskiej zaczynają narzekać i wytykać niezałatwione sprawy. A radykałowie, jak np. dr Targalski głośno krzyczą o nieskuteczności i powolności działań PISu.
W pewnym stopniu wcale się temu nie dziwię. Sam obserwuję w otoczeniu pewne zniecierpliwienie spowodowane czymś, co można określić jako pewna nieporadność rządzenia. Są całe obszary, jak na przykład służba zdrowia, rolnictwo, czy nowo powołane Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, utworzone nie wiadomo po co, jak i tak wszyscy wiedzą, że tym rządzi pewna pani z Gdyni, gdzie obywatele zaczynają być źli, a nawet czasami wściekli.
A opozycja i przeciwnicy mają tylko radość i satysfakcję, punktując kolejne błędy i wpadki.

Ja nie chcę, żeby "dobra zmiana" była pieśnią przyszłości. Dosyć za komuny, Balcerowicza i Wałęsy nasłuchałem się haseł typu: - "Pracujemy ciężko dla dobra naszych dzieci i wnuków".
"Dobra zmiana" już częściowo straciła dziesięć miesięcy. Nie zawsze z winy rządzących, bo kto się mógł spodziewać, że wrogowie uwikłają władzę w idiotyczną walkę z Trybunałem Konstytucyjnym, albo, że trzeba będzie dawać taki odpór lewakom z Unii Europejskiej.
Nie mniej, oczekiwania były większe.
Co zresztą daje się zaobserwować w sondażach. Pomijając zdemolowaną opozycję, która dławi się własnymi problemami, niepokojące jest trwanie na stałych poziomach poparcia od momentu wyborów. Oznacza to, że aprobata do poczynań władzy, oraz nadzieja obywateli na dobrą zmianę nie wzrastają.
A jest to bardzo potrzebne, aby uczynić następny krok, jakim jest niezbędna z miana konstytucji, a potem modyfikacja ustroju państwa.
A bez tego nie da się stworzyć nowoczesnego państwa dobrobytu.

Powiedzmy sobie wyraźnie, partia, która z takim trudem zdobyła władzę bazując na nadzei Polaków, że wreszcie uda się przerwać fatalny stan państwa oparty na stagnacji, niedbaniu o los społeczeństwa i rozkradaniu majątku narodowego, może ją ponownie utracić, jeżeli widoczne efekty działań będą niewystarczające.
500+, darmowe leki dla ludzi starych, rekonstrukcja systemu edukacji, to rzeczy bardzo ważne i niezbędne. Ale to za mało. Ludzie pragną bardziej radykalnych działań. Nie podoba się to, że wrogowie śmieją się nam otwarcie w twarz.
Przywódca opozycji Grzegorz Schetyna publicznie ogłasza, że są opozycją totalną, ktora nie będzie tworzyć nic konstruktywnego, tylko robić wszystko, by obalić władzę.
Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa otwarcie wypowiadają posłuszeństwo legalnej władzy, a Stowarzyszenie Sędziów Polskich publicznie przyrównuje prezesa Kaczyńskiego do Hitlera.
Pan Arabski, obecnie zwykły obywatel oskarżony w procesie arogancko lekceważy sąd i nie przyjeżdża na rozprawy.
Prezydenci i radni kilku miast nie uznają władzy nadzorczej państwa i działają jak udzielne księstwa.
Na to wszystko trzeba w końcu znaleźć sposób. To są przecież działania jawnie wrogie przeciwko państwu, według mnie zahaczające o zdradę stanu.
Można chyba znaleźć w Polsce uczciwe i propaństwowe sądy i sędziów, w których tych, popełniających tak jaskrawe przestępstwa przeciwko państwu można sprawiedliwie skazać.
Taki pan Rzepliński, prezes TK, ma już pełną świadomość faktu, że swoim działaniem popełnia on przestępstwo i może być skazany. On to ubiera w ironię, lecz wie dobrze, jako prawnik, że tak właśnie postępując, popełnia przestępstwo.
Gra na nosie, jak długo go chroni immunitet.

No więc – co dalej? Ewolucja pod fałszywą fasadą transformacji, która trawiła Polskę przez 27 lat, czy ewolucja nieco szybsza ostatnich dziesięciu miesięcy, czy może wreszcie zacznie się dobra zmiana?


Ps. Ciekawe, co prezes Kaczyński mówił wczoraj i dzisiaj swoim ludziom w Jachrance? Może właśnie to, co napisałem?


.

poniedziałek, 19 września 2016

Dlaczego trzeba zniszczyć Polskę




Obserwowaliśmy  bezprzykładny atak Unii Europejskiej na Polskę. Tak – na Polskę, choćby eurodeputowany Janusz Lewandowski nie wiadomo jak zaklinał, że przyjęta rezolucja dotyczy wyłącznie rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość.
Zresztą choćby nawet dotyczyła tylko PISu, to przecież jest to partia, która wygrała uczciwe wybory, oraz prawnie i uczciwie realizuje swoje rządy i uchwala prawa w sejmie.
Jednak nie chodzi eurokratom o PIS, choć prezes PISu, Jarosław Kaczyński jest dla tzw. Europy czarnym charakterem od dawna. Jakakolwiek inna partia realizująca podobny program idący w kierunku pełnej suwerenności, samodzielności, byłaby traktowana analogicznie.

Powszechna jest opinia, że takie właśnie rozstrzygnięcia i taka postawa Unii jest spowodowana zakulisowymi działaniami opozycyjnych partii, które straciły władzę: Platformy Obywatelskiej i w mniejszym stopniu Polskiego Stronnictwa Ludowego, oraz świeżo utworzonej partii bankowców i korporacji – partii Nowoczesna.
Jest dokładnie przeciwnie. Te partie spełniają wtórną rolę hałasujących zagończyków, wypuszczonych w politykę przez swoich zagranicznych mocodawców.
To są bezrozumne narzędzia realizujące cele wielkiej polityki.

A cele tych, którym obecna władza w Polsce tak się nie podoba, są proste i okrutne – nie można dopuścić, by Rzeczypospolita stała się państwem silnym i samodzielnym. Ma być jak dotychczas słaba, potulna i zawsze posłuszna zagranicznym metropoliom. Konkretnie – Brukseli i Berlinowi. A poprzez Berlin także Moskwie.
Toteż używa się wszystkich sił i środków od listopada zeszłego roku, by Polskę niszczyć, dyskredytować i nie dopuścić do samodzielnego rozwoju.

Dlaczego tak się dzieje? Co powoduje, że niby deklarujące przyjaźń i współpracę państwa Europy Zachodniej i częściowo USA, nie chcą dopuścić, by kraj nasz szedł obecną drogą rozwoju?
Bo zdają sobie dobrze sprawę, że taki rozwój, to koniec dotychczasowego układu Europy. To koniec neoliberalizmu; to koniec tego podszytego komunizmem lewactwa i zielonych, a najważniejsze – to koniec obecnego kształtu kapitalizmu, w szczególności absurdalnej władzy banków i korporacji.
Czyli Europa broni dotychczasowego status quo, któremu właśnie Polska zagraża. A tysiące eurokratów walczy o swój ciepły i wygodny byt, bo jak się narody państw europejskich, po polskim przykładzie, zorientują, że są bezczelnie okradani i wykorzystywani, to wyślą brukselskich darmozjadów na Madagaskar,

Drobny przykład: Unia Europejska na sam transport swoich urzędników między Brukselą i Strasburgiem wydaje rocznie 200 milionów euro.
I drugi: Prawie 700 eurodeputowanych pobiera miesięcznie ok. 11 000 euro netto, co w skali rocznej daje prawie 100 milionów gołych pensji. A drugie tyle stanowią dodatkowe apanaże.

Długo żyliśmy w Europie pojałtańskiej. Ówczesne mocarstwa: USA, ZSRR i Wielka Brytania ustaliły na długie lata porządek w Europie.
Polska niestety znalazła się za drutami kolczastymi obozu komunizmu, a jej granice wytyczano linijką na mapie. Na prawie pół wieku zatrzymano nasz kraj w prawidłowym rozwoju. Bezczelnie eksploatowano i okradano, dając niewiele na pocieszenie.

W roku 1989 komunizm już nie mógł dalej egzystować, praktycznie był trupem, a kolejne "państwa za żelazną kurtyną" odpadały od Związku Radzieckiego, jak ciało od trędowatego. Lecz komuniści, właściwie ludzie komunizmu, którzy z tego ustroju czerpali korzyści i przywileje, postanowili się przepoczwarzyć w dotychczas brutalnie zwalczanych kapitalistów i przy pomocy różnych Sachsów, Balcerowiczów, Kiszczaków, Michników i Wałęsów nadal sprawować władzę. Udawało im się to przez ćwierć wieku.
Jednakże w swoim doktrynalnym zaślepieniu, pazerności parobków i powszechnej głupocie, nie zdawali sobie sobie sprawy, że transformacją roku 1989 wypuścili dżina z butelki.
Rozpoczęli proces, na którego końcu stoi człowiek pokroju Jarosława Kaczyńskiego. To niekoniecznie musi być on, choć właśnie Kaczyński jest dobrą egzemplifikacją, klasycznego, patriotycznego Polaka, jakich znamy choćby z powstań – Styczniowego i Listopadowego. A także tych, co walczyli z Targowicą.

Polska transformacja to "jeden z największych politycznych cudów XX wieku" - powiedział amerykański filozof, politolog i ekonomista Francis Fukuyama w Gdańsku podczas międzynarodowej konferencji "Europa i świat 30 lat po zwycięstwie polskiej Solidarności".
Politolog, autor koncepcji "końca historii", zwrócił uwagę, że system totalitarny chciał kontrolować nie tylko sferę polityczną czy gospodarczą, ale całość życia obywateli aż do poziomu rodziny. - Ambicja systemów totalitarnych polegała tym, by wpływać na jednostki tak, by zniszczyć społeczeństwo obywatelskie, żeby nie doszło do powstania niezależnych organizacji, żeby znikła nić zaufania pomiędzy obywatelami - powiedział. Jak ocenił, komunizm był systemem politycznym, który "w sposób celowy i przemyślany chciał wyeliminować zaufanie pomiędzy obywatelami". [1]
Wybitny naukowiec, Francis Fukuyama powiedział to w Gdański w 2010 roku. Nie mógł więc znać destrukcyjnych poczynań Platformy Obywatelskiej i prawidłowo ocenić minionych dwudziestu lat. Jednakże zdawał sobie sprawę z wagi zainicjowanego procesu i jego wagi praktycznie dla całego świata.

Gdy Polska powoli i z trudem przebijała się w kierunku suwerenności i budowania swojej siły, Europa karlała i gniła, zarządzana przez coraz gorszych polityków, którym przewrócono w głowach lewacką rewolucją 1968 roku i podkopywana przez starającą się o imperialną rekonstrukcję Rosję Putina.
Początkowa szczytna idea Roberta Schumana i późniejsze Traktaty Rzymskie tworzące wspólnotę europejską zostały po Traktacie Lizbońskim karykaturalnie wykoślawione, prowadząc Europę w kierunku, jaki sobie wymarzyła komunistyczna działaczka Róża Luksemburg, a później Stalin i Hitler.
Już za rządów komisarza Unii Jose Manuela Barroso, portugalskiego socjaldemokraty, który dzisiaj doradza bankowi Goldman Sachs, UE zaczęła się psuć. Rozpoczęto w 2004 roku poszerzanie Unii, nie mając niestety wyraźnego obrazu, jaki ma być ten potężny twór.
Jednakże gwałtowny upadek, w którym krawędziami urwiska był taki łańcuch zdarzeń, jak wprowadzenie wspólnej waluty, m.in. skutkujące bankructwem Grecji i kryzysami gospodarczymi w Portugalii, Hiszpanii i we Włoszech; fatalna decyzja Angeli Merkel, zaaprobowana przez Brukselę, o zaproszeniu islamskich imigrantów do Europy i na koniec wyjście Wielkiej Brytanii, tzw. Brexit, z Unii, spowodowała grupa wyjątkowych nieudaczników we władzach UE: triumwirat Jean-Claude Juncker (Luksemburg), Martin Schultz (Niemcy) i Donald Tusk (Polska). A także fakt, że największą frakcją w europejskim parlamencie jest Europejska Partia Ludowa, niby chadecja, a w rzeczywistości zbieranina lewaków, neoliberałów i "postępowców", zawsze idących ręka w rękę z komunistami z Europejskiej Lewicy i Zielonych.
Degrengolada i rozkład UE już trwa i tylko jest jedno pytanie bez odpowiedzi – czy to już faktyczny koniec Unii?
Nie mniej, wydaje się, że cała ta brukselska biurokracja nie zdaje sobie w pełni sprawy z dramatyzmu sytuacji i zamiast natychmiast starać się naprawić, woli zajmować się niszczeniem Polski.

Zapytam się ponownie – dlaczego?

Jeżeli państwo myślicie, że eurokraci, ze wspomnianą trójką: Juncker, Tusk i Schultz na czele, realizują jakieś swoje idee, to się potężnie mylicie.
Zresztą również przywódcy największych państw, w tym Angela Merkel i Francois Hollande, są tylko najemnikami realizującymi cele wielkiego kapitału.
Bo to własnie oni – międzynarodowe korporacje, banki i instytucje finansowe są faktycznymi decydentami rozdającymi karty na światowej planszy do gry.
I to dla nich obecny kurs władz Polski stanowi pewne zagrożenie. Używają więc narzędzi zewnętrznych, jak UE, Rada Europy, Komisja Wenecka, oraz wewnętrznych, czyli, jak się sami określili, totalną opozycję.
Cel jest wyłącznie jeden – robić wszystko, by odsunąć Prawo i Sprawiedliwość od władzy.
Dlatego, że tylko PIS może zrealizować czarny scenariusz dla międzynarodowego kapitału, jaki zakreślił George Friedman, założyciel amerykańskiego think tanku, czyli instytutu prognoz i analiz, Stratfor, najważniejszy obok wspomnianego Francisa Fukuyamy, międzynarodowy analityk i prognosta.
To, że nikt poważny nie może go lekceważyć, świadczy choćby to, że już sześciokrotnie trafnie przewidział rozwój wypadków, np. takich zdarzeń jak arabska wiosna ludów, wojna na Ukrainie, czy powstanie ISIS.
Zanim przejdę do jego prognoz dotyczących Polski pozwolę sobie na taki cytat:

Gdyby w 1950 roku ktoś powiedział, że największymi potęgami gospodarczymi pół stulecia później będą Japonia i Niemcy, zajmując drugie i trzecie miejsce w świecie, z pewnością zostałby wyśmiany. A gdybyśmy w 1970 roku wystąpili z twierdzeniem, że do roku 2007 Chiny staną się czwartą największą potęgą gospodarczą, śmiech byłby jeszcze głośniejszy. Ale w 1800 roku tak samo śmiesznie brzmiałaby przepowiednia, że do 1900 roku Stany Zjednoczone będą światowym mocarstwem. Rzeczy się zmieniają i należy oczekiwać tego, co nieoczekiwane. ("Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek") [2]

Dlaczego to zacytowałem? Żeby uwiarygodnić tezę Friedmana, że w niedalekiej przyszłości Europa będzie miała dwie nowe potęgi, może nawet większe niż Niemcy, czy Francja, mianowicie Polskę i Turcję. Muszę zaznaczyć, że Friedman napisał "Następne 100 lat..." w 2009 roku, siedem lat temu i jak to dzisiaj widzimy, Recip Erdodogan właśnie zaczął realizować jego prognozę właśnie dzisiaj. Turcja dołącza do grona najpoważniejszych europejskich graczy.
A teraz o Polsce i dlaczego wielki biznes i ich pracownicy – europejscy biurokraci, tak się boją wzrosu potęgi Rzeczypospolitej.

W lipcu br. George Friedman powtórzył Polskiej Agencji Prasowej to, co powtarza od lat i co się sprawdza na naszych oczach [3]:

"Polska będzie znaczącą potęgą w regionie; są dwa powody, dla których tak się stanie - słabość Rosji oraz uzależnienie niemieckiej gospodarki od eksportu towarów. Jeśli porównamy, w jakiej sytuacji Polska była w 2005 roku i w jakiej jest w 2015 roku, dostrzeżemy ogromną różnicę. Kraj pełni rolę przywódczą w wielu obszarach, nie tylko jeśli chodzi o prezydenta w Unii Europejskiej (szefa Rady Europejskiej), ale szerzej. Są dwa powody, dla których Polska może być potęgą. Pierwszy to słabość Rosji. Drugi, to sytuacja Niemiec, czwartej największej gospodarki świata, która eksportuje ponad 50 proc. swojego PKB".

A w maju 2014, czyli jeszcze za rządów PO i prezydenta Komorowskiego, podczas Konferencji "Poland Transformed" tak Friedman mówił o Polsce, zapytany, jacy będziemy w roku 2039, czyli sto lat od wybuchu II WŚ:

"Polska będzie jednym z głównych potęg Europy. Zupełnie inaczej będzie z Niemcami. Choć to trudne do wyobrażenia, to już wyjaśniam dlaczego tak sądzę. Jeśli przyjrzymy się ich PKB, to 40 proc. z niego stanowią zyski z eksportu. Co to oznacza? Wystarczy, że klienci przestaną kupować ich produkty i mamy przepis na katastrofę. Ona wisi w powietrzu."
[A Rosja?]
"Ich czeka to samo. Już teraz widać, że powoli zaczynają przegrywać na rynku złóż energetycznych. Wyrosła im poważna konkurencja w postaci Iraku, Iranu, czy Stanów Zjednoczonych. Wystarczy, że oni narzucą konkurencyjną cenę, a odbiorcy, gazu czy ropy zdywersyfikują swoje źródła dostaw i Rosja będzie miała problem. Dla Kremla ten interes stanie się mniej opłacalny."

I dalej ten wybitny politolog oświadcza:

"Tak, Polska będzie znaczącą siłą w Europie w 2039 roku. Głównie dlatego, że wasz kraj się rozrośnie, a inni się osłabią. Wreszcie zaczną was traktować Polskę jako dużego gracza."
[...]
"Możecie być liderem na każdym możliwym polu. Macie dużo złóż naturalnych i świetnie wykształcone siły robocze. Wystarczy sam fakt, że macie więcej informatyków niż inne państwa. Musicie zrozumieć, że jesteście nowoczesną europejską siłą. Macie mnóstwo obywateli, świetny system edukacyjny. Co mogłoby wam zaszkodzić? "


Widać z tych rozważań, że wzrost potęgi Polski będzie się nieodwołalnie wiązał z upadkiem Niemiec i Rosji.
Oni o tym dobrze wiedzą. Mają też swoje instytutu badawcze, prognostyków i politologów. I oni się boją.

I trzeba to wyraźnie powiedzieć – Unia Europejska już upadła. Upadła może jeszcze nie ostatecznie, lecz zasadniczy projekt legł w gruzach. Przekombinowano ze wspólną walutą, przekombinowano z integracją i kompletnie i idiotycznie zalano Europę imigrantami.
Oczywiście, wspomniana powyżej trójka nieudaczników na czele UE, oraz rzesza eurobiurokratów będzie się bronić aż do nieubłaganego, haniebnego końca.
Osobiście przewiduję, że Unia, jaką znamy, zostanie zastąpiona przez nowy twór, bardziej luźny i bardziej narodowy. Swoboda poruszania się Europejczyków w obrębie kontynentu najprawdopodobniej zostanie, bo jest to na prawdę dobre dla wszystkich. Lecz swobodny obrót towarów zapewne zostanie ograniczony. Południe Europy charakteryzuje się prawie 20% bezrobociem i żeby przywrócić miejsca pracy, musi ponownie zacząć stosować protekcjonizm i cła zaporowe. Podobnie, jak USA. A to oznacza, że Niemcy przestaną zalewać nas swoimi towarami. I tu warto przypomnieć, że ponad 40% budżetu tego państwa stanowią wpływy z eksportu (w USA tylko 9%). Zmniejszy się eksport – runie niemiecka gospodarka. A za nią runie Unia Europejska.

Działania UE wobec Polski, to desperacja. Takie zawracanie Wisły kijem. Gdy jeszcze RP rządzili ludzie o mentalności niewolników, a głównym celem ówczesnej polityki było "podobanie się" silnym i wpływowym państwom zachodu, to Bruksela mogła spokojnie oddychać. To między innymi dlatego powołano Tuska na przewodniczącego. Mieli złudne nadzieje, że wzbudzi to dumę Polaków i ugruntuje mocne więzy z zachodem.
Przeliczyli się. U władzy stanęła ekipa silnie wyrażająca wolę większości narodu, wolę, w której na pierwszym miejscu jest Ojczyzna, a dopiero potem europejska wspólnota. A także, co bardzo ważne, na pierwszym miejscu są obywatele, rodziny, a nie korporacje i międzynarodowi gracze.

Viktor Orban wraz z Jarosławem Kaczyńskim, dopiero co, zapowiedzieli wielką kontrrewolucję kulturalną. Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak otwarte zerwanie z ideologią i głównymi doktrynami Brukseli. To powrót do europejskich korzeni i podstawowych wartości cywilizacji łacińskiej. Do środowiska, którego nawet komuniści nie odważyli się zniszczyć.

Ostatnie zdarzenia – wizyta Komisji Weneckiej w Polsce oraz debata w parlamencie europejskim, pokazały wreszcie właściwą postawę, jakiej nie było nawet pół roku temu. Postawę właściwą. Po prostu ich zlekceważyliśmy. Odebraliśmy im pozycję, którą sobie bezprawnie uzurpują. W Polsce ważniejszy jest nasz sejm, nasz rząd i prezydent, a nie instytucje, które już dawno straciły szacunek, instytucje bezsilne, które potrafią tylko gromko pohukiwać, a nie rozwiązywać problemy.

Ja już czuję, że wieje nowy wiatr. Wreszcie u władzy są ludzie, którym najbardziej zależy na sile i suwerenności kraju. Mimo oporu i kłód rzucanych pod nogi rozpoczął się postęp, już nie do zatrzymania.
To, co jeszcze w 2014 mogło się wydawać bajeczną political fiction, teraz w 2016 stało się realne. Inni coraz bardziej zaczynają się z nami liczyć. Polska, piąty kraj w Europie właśnie wykuwa sobie, po raz pierwszy, należne miejsce na świecie.
Jeszcze przez pewien czas wrogie siły będą nas zwalczać. Lecz już nawet oni wiedzą, że przegrali.

.

[1] http://wiadomosci.onet.pl/kraj/fukuyama-polska-transformacja-to-jeden-z-najwiekszych-politycznych-cudow-xx-wieku/p6xgl
[2]      https://pl.wikiquote.org/wiki/George_Friedman
[3]http://www.fronda.pl/a/Polska-bedzie-potega-spelniaja-sie-przepowiednie,59454.html

czwartek, 1 września 2016

Miasto Gdynia historię swoją winno znać dokładnie.



 
Dochodzenie prawdy historycznej jest żmudnym i niewdzięcznym zadaniem. Nawet jeżeli zgromadzi się relacje wielu naocznych świadków zdarzenia, to mogą wynikać z tego całkiem sprzeczne opisy faktów.

Parę lat temu w mojej Gdyni, bardzo zacni i zasłużeni ludzie, m.in. bohater Sierpnia 80, Andrzej Kołodziej, który w wieku 21 lat był już doświadczonym działaczem podziemia, w tym ROPCiO i WZZ i stanął na czele strajku sierpniowego w gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej, oraz Roman Zwiercan, nieustanny działacz Solidarności i Solidarności Walczącej postanowili zająć się najnowszą historią miasta. A jest nad czym pracować, mając choćby na uwadze tragedię roku 1970 i wydarzenia Sierpnia 80.
Założyli Fundację Pomorska Inicjatywa Historyczna. Chwała im za to.
W telefonicznej rozmowie z panem Zwiercanem wyjaśniliśmy sobie jedno – Fundacja nie pretenduje do bycia instytucją historyczną, gdzie celem jest dążenie do uzyskania bezwzględnej prawdy o dziejach. Celem jej m.in. jest gromadzenie jak najwięcej bezpośrednich relacji i przekazów, często z przyczyn oczywistych subiektywnych i nieścisłych, tak by na podstawie takiej bazy stworzyć obraz minionych dni.
Fundacja PIH wydaje również bardzo ciekawe opracowanie, pod wspólnym tytułem LUDZIE SIERPNIA 80 W GDYNI. To ważne, bo Gdynia, przecież tuż obok Gdańska, była bardzo aktywna w czasie strajków 1980. Różnorodne środowiska, nie tylko robotniczych zakładów pracy, ale także oświata, transport, czy służba zdrowia i wiele innych, odpowiedziały na wołanie gdańskich stoczni 16 sierpnia i zaczęły walnie przystępować do Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Radość, entuzjazm i nadzieja właśnie tutaj, na wybrzeżu, rozlewały się błyskawicznie szeroką rzeką.
Nadszedł taki moment, że bycie poza tym autentycznym zrywem narodu, stało się powodem do hańby.
I o tym chciałbym napisać, przy okazji prostując nieco faktów, które przedstawiono w publikacji Fundacji.

******

Zrządzeniem losu w sierpniu 1980, nie byłem na statku w dalekiej podróży. Siedziałem i pracowałem w centrali Polskich Linii Oceanicznych, w Gdyni przy ul. 10 Lutego. Takie były zasady pracy i nazywało się to dejmanką. Za to dostawało się tylko suchą pensję. Miałem dokładnie 30 lat.

W III tomie wspomnianego opracowania LUDZIE SIERPNIA 80 W GDYNI, na stronie 134, natrafiłem na relację o tym, co w Sierpniu 80 wydarzyło się właśnie w PLO.
Wydarzenia te opisał Zenon Nowicki, ówczesny wiceprzewodniczący Rady Zakładowej komunistycznych związków zawodowych (Związek Zawodowy Marynarzy i Portowców), zrzeszonych w niesławnej CRZZ – Centralnej Radzie Związków Zawodowych, na której czele zawsze stali najbardziej zaufani komunisci, jak Ignacy Loga-Sowiński, Władysław Kruczek, a w sierpniu 1980 – Jan Szydlak.
Pamiętam Zenka dość dobrze. Był miłym człowiekiem (działacze komuny często byli bardzo mili). Jednakże, to, co napisał, a FPIH umieścił na stronach swojego opracowania nie całkowicie odpowiada prawdzie. Może to już wiek? Może pamięć płata figle?
Jednakże logika i zdrowy rozsądek mówią, że działacz, bądź co bądź, komunistycznego aparatu władzy, nie mógł wywołać strajku w przedsiębiorstwie i stanąć na jego czele. Prawda, Nowicki był aktywny podczas strajku, był jego częścią. Lecz, czy w dobrej wierze? Teraz po latach, gdy poznałem ogrom nasycenia agenturą Polskich Linii Oceanicznych ( dokładnie to wszystkich form żeglugowych) mam poważne wątpliwości.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Otóż dlatego, że to ja wywołałem strajk w centrali PLO. A, co bardzo chciałbym podkreslić – strajk załóg pływających, rozproszonych po całym świecie. Chyba własnie o to chodziło, a nie o strajk urzędników z biur centrali i zakładów liniowych.
Zanim przystąpiliśmy do strajku, to już w lądowej części PLO, w Zakładzie Transportu Samochodowego i w Zakładzie Kontenerowym, strajk trwał na dobre, a na jego czele stał Janek Kos.

Wraz z moim sąsiadem i dobrym kolegą, niestety przedwcześnie zmarłym Leszkiem Ryterskim, którego właśnie późniejsze internowanie w Strzebielinku i kolejne represje doprowadziły do choroby, a który w PLO był Głównym Specjalistą do spraw korozji, byliśmy mocno sfrustrowani, bo już tak zwana ulica zaczęła wytykać palcami marynarzy, którzy jeszce w strajku nie byli, a plowską centralę nazywać zatoką czerwonych świń.
Tymczasem sprawa nie była taka prosta. Żeby zorganizować strajk trzeba mieć do tego legitymację załogi. Nie można ot, tak sobie, jak to opisuje Zenon Nowicki.
W zakładach pracy lądowych, fabrykach, sprawa jest prostsza. Zwołuje się wiec i załoga w jedną chwilę decyduje o strajku. Inna sprawa z marynarzami. Oni są na swoich statkach na całym świecie. Jedni właśnie płyną, a inni stoją w portach. A jak statek stoi w porcie, to radiostacja nie działa. Absolutnie nie ma z tymi ludźmi łączności.
Pamiętajmy, że to nie czasy dzisiejsze. Nie było telefonii komórkowej i nie było jeszcze powszechnej telefonii satelitarnej. Dla nas istniało bardzo siermiężne Gdynia Radio i łączność głosowa i alfabetem Morse'a. Dalekopisy dopiero się zaczynały i nie wszyscy je mieli.
W takich warunkach zaczęliśmy zbierać oświadczenia załóg i decyzje przystąpienia do strajku kolejnych statków. W centrali na 10 Lutego był pokoik z radiostacją, gdzie dyżurny radiooficer, który był na dejmance, starał się utrzymywać łączność z flotą. I to do niego spływały meldunki ze statków.

Na szczęście, gdy nadeszła właściwa pora, mieliśmy tych decyzji ze statków na tyle dużo, by poczuć, że mamy legitymację występować w imieniu załogi pływającej.

I oto nadszedł dzień, w którym, jak to opisuje Zenon Nowicki, związki zawodowe PLO zwołały zebranie w stołówce centrali.
Zgromadziła się dobra setka pracowników. Na więcej nie było miejsca.
Zebranie rozpoczął długą i nudną przemową przewodniczący Rady Zakładowej ZZ. Po dobrej chwili, gdy zniecierpliwieni marynarze zaczynali się już szykować do wyjścia, zorienowałem się, że to rozwlekłe gadanie miało jeden cel – spacyfikować nastroje i nie dopuścić do przystąpienia do strajku. Czyli zupełnie odwrotnie niż mówi wiceprzewodniczący Nowicki.
Brutalnie wówczas przerwałem potok słów i oświadczyłem, że ludzie przyszli tutaj nie na kolejne, jałowe posiedzenie związków, tylko na wiec celem przystąpienia do strajku. Zaprezentowałem także telegramy ze statków, gdzie marynarze domagają się wzięcia udziału w strajkach i dają nam upoważnienie.

I tak rozpoczął się strajk w centrali i załogach pływających PLO.
Dostałem natychmiastowe wsparcie od obecnego na sali przywódcy strajkujących pracowników lądowych, Janka Kosa, a także od emerytowanego już (niestety) kapitana Józefa Kubickiego. Atmosfera uległa zmianie.

Jan Kos, już doświadczony we właściwej organizacji strajku, wziął sprawy w swoje ręce i przedstawił dwa zadania do natychmiastowego wykonania.
Bodajże Jurek Zając, prawnik z kancelarii, powiadomił dyrekcję o przystąpieniu załogi PLO od strajku solidarnościowego i poprosił o udostępnienie możliwości do działania (dyrektor oddał Komitetowi Strajkowemu tzw. małą salę konferencyjną).
Tymczasem Kos zorganizował transport i wyłoniliśmy delegację, która miała udać się do Gdańska, do stoczni i poinformować Międzyzakładowy Komitet Strajkowy o przystąpieniu do akcji strajkowej.
Z emocji i zamieszania niezbyt dokładnie pamiętam, wszystkich, którzy pojechali do Gdańska do słynnej Sali, ale niewątpliwie był to Janek Kos, jako przewodnik, który wielokrotnie odbywał tą trasę, Magda Czerwonka, pracownica Zakładu Amerykańskiego PLO, która zorganizowała bukiet kwiatów, młody marynarz, o zapomnianym nazwisku, Zenek Nowicki i ja.
W drodze do Gdańska byliśmy parokrotnie zatrzymywani przez milicję, ale czynili to bez specjalnego entuzjazmu. Przy samej stoczni Janek doprowadził nas do bocznego wejścia, przez które mogliśmy się spokojnie przedostać na teren zakładu, a potem przejść do sali BHP.

Dlaczego ja tu wymieniam wszystkie te nazwiska? Uważam, że prawda historyczna tego wymaga. Ludziom się to należy. I historykom też.
A jeżeli coś pokręciłem, albo zapomniałem, to mogą oni wspomóc w odtworzeniu konkretnych faktów.

W sali BHP, teraz w miejscu historycznym, wrzało jak w ulu. Wydaje mi się, że było tam w sumie kilkaset osób. Ciepło, atmosfera ciężka, hałas i dym tytoniowy, bo wówczas wszyscy swobodnie palili. I to jeden po drugim papierosie.
Wydaje mi się, że to ja poinformowałem zgromadzonych przez mikrofon o przystąpieniu Polskich Linii Oceanicznych do strajku solidarnościowego. Zenon Nowicki twierdzi, że to on. Może... Ktoś z naszych, co pamięta powinien rozstrzygnąć. To już 36 lat temu i ja też juz swoje lata mam.
Pamiętam tylko, że po krótkim oświadczeniu rozległy się oklaski, a z sali ktoś krzyknął – wreszcie!

Na sali spotkaliśmy także wysokiego, młodego chłopaka, jak się okazało, również marynarza PLO, a konkretnie asystenta maszynowego, Jacka Jaruchowskiego. Nie przypominam sobie kogo on reprezentował i jak się tam znalazł. Może z grupą Janka Kosa? Nie wiem.

Tak wyglądał dzień rozpoczęcia strajku w PLO. Tak, jak to pamiętam.

*****

A potem rozpoczęła się żmudna praca, nieustanne narady, ustalenia i organizacja pracy i działań.
Przewodniczyłem paru takim zgromadzeniom.
Coraz więcej ludzi zaczęło się pojawiać i zgłaszać chęć pracy w Komitecie Strajkowym.
Pamiętam paru, którzy utkwili w pamięci. Oprócz uprzednio wymienionych byli to: pierwszy oficer Bolek Hutyra, będący na kursie kapitanów, Jacek Cegielski (mąż śp. Franciszki, pierwszej prezydent Gdyni). Wspomnainy Jacek Jaruchowski też pracował teraz z nami.

Długo miejsca nie zagrzałem. Głównie dlatego, że nie miałem charakteru do wielogodzinnych nasiadówek i wykłócanie się z dyrekcją o sprzęt, o pomieszczenia, o czas pracy i te wszystkie trywialne codzienności.
Lecz zwinąłem żagle również dlatego, że w komitecie strajkowym zaczęli pojawiać się ludzie dziwni. Czasami nawiedzeni, czasami frustraci. Lecz najgorsze to przecieki ze służb (byli tacy zaufani, którzy dzieli się wiedzą i ostrzegali), którymi PLO była nasączona. Informowano nas kilku, że coraz więcej naszych współpracowników to właśnie oddelegowani do trzymania ręki na pulsie współpracownicy bezpieczeństwa. Parę nazwisk mnie zaskoczyło, lecz inne nie.

Wróciłem na morze...
Gdy nastał stan wojenny, armator prawie rok nie pozwalał mi pływać. Cienko było w domu. Wreszcie dostałem zaokrętowanie na m/s Zabrze, drobnicowiec udający się do Stanów Zjednoczonych, obszar Zatoki Meksykańskiej. To był wyraźny paszport w jedną stronę. USA przyjmowało wówczas wszystkich z Polski, bez wizy i bez gadania. W czasie mojego rejsu azyl wybrało siedmiu marynarzy i oficerów. Ja nie miałem zamiaru uciekać. Wróciłem. I już do końca zostałem marynarzem.

******

Teraz, po 36 latach, mam znacznie większą wiedzę, niż w Sierpniu 80. Wiem więcej o ludziach i uczestnikach tamtych zdarzeń. Nie jest to niestety wiedza pozytywna.
To przykro dowiadywać się ilu kolegów, tak lgnących wtedy do Solidarności, było podstawionych i wykonywali oni po prostu polecone zadania.
Te wątpliwości są tak duże, że zastanawiam się, czy ja sam nie byłem prowadzony i podpuszczany, żeby własnie tak wówczas postępować.
Jeżeli tylu ludzi we władzach Solidarności okazało się zdrajcami, to może cały proces organizacji tego "spontanicznego" ruchu był działaniem zorganizowanym i dobrze przygotowanym.
Wątpię, czy się kiedyś dowiemy i pozbędziemy się niepewności.

 

sobota, 27 sierpnia 2016

Coś wisi w powietrzu




Nie podoba mi się to wszystko. Brzydko pachnie. Coraz bardziej siarką i napalmem.
Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat przestaję czuć się bezpiecznie.
Czy nadchodzi Wielki Przełom? Przełom, w którym siły Zła nie oddadzą bez walki tego, do czego dążą.
Oni chcą urządzić świat po swojemu, w sposób, który będzie końcem wolnego człowieka. Mają już środki, technikę, a przede wszystkim mnóstwo pieniędzy, by zrealizować swe chore pomysły.

W swych mądrych, finansowych i wyszkolonych na Marksie głowach nie uwzględniają tylko jednego – życiem społeczeństw, i jego historią tak na prawdę rządzi chaos.
I chaos wkrótce może zapanować. Warunki są jak najbardziej sprzyjające.
To jest właśnie ten punkt niestabilności. Kulka może się stoczyć w każdą stronę.

Zdecydowana większość, w tym komplet tak zwanych "humanistów" ma w d. matematyczną teorię chaosu, a najprawdopodobniej nigdy o niej nie słyszało, a jeśli nawet, to nie starają się tego pojąć, choćby w najmniejszym stopniu.
Tymczasem to właśnie on – chaos rządzi naturą, rządzi atmosferą na Ziemi, czyli klimatem i pogodą i rządzi przemianami w życiu społeczeństw (rządzi także giełdą, ale o tym cwani banksterzy dobrze wiedzą).

Nawet zapewne nie wiesz czytelniku, jak wiele z teorii chaosu uczeni i inżynierowie już wykorzystali w urządzeniach. Wszystkie te fraktale, fuzzy logic, bifurkacje – rzeczy, których nie musisz rozumieć, pozwalają działać, ba... są niezbędne do działania twojego laptopa, smartfona, cyfrowej kamery, nowoczesnego telewizora i najnowszych aut. A także współczesnej broni – wszystkich inteligentnych pocisków, bomb, rakiet, odrzutowców, helikopterów, dronów, czołgów i krążowników.

I co z tego – zapytasz. Ano to, że są takie punkty, takie momenty, że nagle wszystko może się zawalić. A w naszym konkretnym przypadku cały, dobrze nam znany porządek świata.

Znaki

Podobno ptaki i wiele innych zwierząt potrafi wyczuć na długo przedtem, zbliżającą się naturalną katastrofę. Czy to trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu, lub potężny huragan. Tłumaczymy to sobie zazwyczaj wielokrotnie czulszymi od człowieczych zmysłami. Ale dowodów na to nie ma.
Sami zresztą często, jakby pozazmysłowo wyczuwamy załamanie się pogody, nadciągającą burzę, a nawet jakąś nie związaną z naturą tragedię.
Mówimy potem, że powietrze było jakby naelektryzowane. Że coś wisiało w powietrzu.

To coś właśnie wisi. To nasze przeczucia. Często nieuświadomiona praca mózgu, która zbiera z otoczenia okruchy informacji, przetwarza je, składa do kupy, by nas ostrzec – uważaj – istnieje zagrożenie.

Prości ludzie często w takich przełomowych momentach mówią o znakach, które je poprzedzały. A to na niebie ukazywały się dziwne zjawiska. Lub zwierzęta wariowały. Zawsze to było coś nietypowego, coś, co wzbudzało niepokój.

A takie znaki pamiętacie?
Marszałek Bronisław Komorowski: - "... prezydent gdzieś poleci...".
Czy to w kontekście bliskiej Tragedii Smoleńskiej było tylko głupim chlapnięciem jęzorem, czy chełpliwe pokazanie: - patrzcie, ja też jestem wtajemniczony, też coś wiem.
A premier Donald Tusk: - " Pierwszego września dzieci mogą nie pójść do szkoły". Czy było to tylko koniunkturalne straszenie maluczkim konfliktem na Ukrainie?
Zgoda, miało to miejsce parę lat temu, lecz w historii to tylko moment.

Wszystko to złowrogo nawarstwia się i spiętrza.

Złowrogi dzień dzisiejszy

A sytuacja świata jest obiektywnie taka, że Stanami Zjednoczonymi rządzi największy w historii prezydent – idiota. Barack Obama czego się dotknął to spieprzył. A cały islamski Bliski Wschód obrócił w jedną jątrzącą się ranę. To on współtworzył państwa upadłe – Libię i Syrię, choć właściwie to również Irak i Afganistan, w czym wydatnie pomogli poprzednicy. On też ponosi odpowiedzialność za powstanie i istnienie ISIS – bandy zwyrodniałych morderców i zboczeńców.

Tenże nieudacznik, z kolei, jako przeciwwagę, ma psychopatę, wymóżdżonego przez pracę w służbach specjalnych, przywódcę Rosji Władimira Putina.
Człowieka bez skrupułów, bez ludzkich uczuć, który wielokrotnie udowodnił, że w dążeniu do celu, gotów jest poświęcić tyle istnień ludzkich ile mu się podoba, jak to było w Czeczeni, na wschodniej Ukrainie, czy choćby wysadzając w samej Rosji w powietrze bloki mieszkalne, pełne lokatorów.

Oto oś Ziemi, na której ma się opierać światowy, stabilny pokój. Dwie potęgi: USA vs. Rosja. A na ich czele: idiota vs. psychopata.

Nie dość tego – w reszcie świata nie jest wcale lepiej. Więcej powiem – dawno juz nie było tak źle.
Popatrzmy sobie choćby na naszą Europę. I na nasze lokalne potęgi.
We Francji na czele stoi socjalista, Francois Hollande, prezydent, który od czasów II WŚ, uważany jest przez naród za najgorszego przywódcę. Powodów do tego dał aż za nadto.
W Niemczech rządzi wychowana na komunistycznej ideologii Angela Merkel, która wreszcie przekonała swoich nieruchawych obywateli, że swoją polityką prowadzi kraj do nieuchronnej katastrofy.
A Wielka Brytania? Jak zwykle wyczuła pismo nosem, zrobiła referendum i po angielsku wycofała się z europejskiego burdelu i zamknęła się w swej wyspiarskiej twierdzy.

Nie dość tego – Unia Europejska, której jesteśmy członkami, rządzona jest obecnie przez bandę zdemoralizowanych ex-hippisów, lewaków, kombinatorów, czy nawet degeneratów. Co dobrego można powiedzieć o Jean Claude Junckerze, Martinie Schultzu, Fransie Timmermansie, czy Donaldzie Tusku? Nic. Prawda?
Ci wszyscy ludzie zamiast budować silną, nowoczesną Unię, bez przerwy coś knują, tworzą kretyńskie, wprost komunistyczne idee, praktyczne swoją nieporadnością i wręcz głupotą, prowadząc do faktycznego upadku UE.

Jak by tego jeszcze było mało, objawił sie nowy, groźny watażka, przywódca Turcji, Recep Erdogan.
Prokurując lipny zamach stanu na siebie, za jednym zamachem, w sposób wprost modelowy, pozbył się całej opozycji, potężnie umocnił się na stanowisku i zaczął sterować polityką w kierunku odtworzenia Imperium Osmańskiego.

Tak oto, do imperializmu amerykańskiego, rosyjskiego i niemieckiego, dołącza właśnie imperializm turecki.

Z ostatniej chwili

A najświeższe doniesienia, które w znacznym stopniu wzbudziły mój wewnętrzny niepokój są takie:

- władze Niemiec zalecają swoim obywatelom by ci gromadzili w domach zapasy wody i żywności;
- Rosja organizuje prowokacyjne, niezapowiedziane manewry wojskowe;
- Turcja wtargnęła już ze swoimi siłami zbrojnymi na terytorium Syrii;
- USA stoi przed wyborem miedzy dżumą a cholerą, czyli między nieobliczalnym Donaldem Trumpem a zakłamaną Hillary Clinton.

Przywołam tutaj chaos ponownie. We wszystkim, co działa chaotycznie, w tym także w polityce światowej, już tak jest, że jakiś niespodziewane drobne zdarzenie, z pozoru nieistotne; jakiś serbski anarchista strzelający do arcyksięcia, albo naładowany testosteronem ruski pilot, przez brawurę rozwalający niechcąco natowskie F 16, może spowodować nieobliczalne konsekwencje. Rozumiem przez to wojnę. Żaden tam konflikt, zapomnijmy o politpoprawnych eufemizmach. Normalną wojnę, w której będą ginąć ludzie. A to, przy takich przywódcach, jakich mamy dzisiaj w świecie, przerodzić się może w Armagedon.

Nadzieja

Po odsunięciu wreszcie w Polsce od władzy ludzi, którzy świadomie stawiali na podporządkowanie kraju zewnętrznym metropoliom (słynne słowa Róży Thun: - "Ja jestem Europejką, a potem Polką"), rozpoczęła się intensywna budowa siły państwa, bądź, co bądź, piątego, co do wielkości, w Europie. Kraju wyniszczonego i rozkradzionego.
Pytanie, które z niepokojem sobie zadaję: - czy aby nie za późno?


.