niedziela, 2 lutego 2014

Odgiąć i przegiąć


Wniosek nasuwa się sam. Żeby "odgiąć" nie wolno w żadnej sprawie „przeginać”. Inaczej nikt już nie zechce „odginać” i nawet najsłuszniejsza idea zostanie w ten sposób zaprzepaszczona.

„Żeby odgiąć trzeba przegiąć”- to podobno sentencja Mao Zedonga zwanego Mao Tse-tungiem. Tak przynajmniej twierdził profesor Amsterdamski, ale być może swoim perfidnym zwyczajem wpuszczał mnie – ciemną babę – w maliny. Nie znalazłam tej sentencji w necie. Znalazłam za to inną -nieco podobną w intelektualnym klimacie, charakterystycznym dla tego chińskiego myśliciela : „ nie ma budowania bez burzenia”. Próbowałam również odnaleźć tytułową sentencję w słynnej czerwonej książeczce, którą wraz z innymi książkami w języku francuskim odziedziczyłam po pewnym zmarłym filozofie z pokolenia pryszczatych. Odkurzam je co pół roku na półce. Może kiedyś je przeczytam. Ale to całkiem inna historia.

Państwo pewnie tego nie pamiętacie, ale był czas gdy czerwona książeczka Mao była częścią paryskiego kodu kulturowego i pojawianie się z nią w ręku w ulicznej knajpce w dzielnicy Saint – Germain, gdzie za 20- 25 franków można było zjeść na papierowym obrusie obiad z winem y compris, gwarantowało przyjazne spojrzenie kelnera, a nawet (być może) mniej kwaśne wino do obiadu. Pozostaje zagadką dlaczego młodzi Francuzi tak bardzo cenili Mao? My Polacy traktowaliśmy to jako zboczenie intelektualne, jako aberrację ludzi, którzy nigdy na własnej skórze nie doświadczyli rozkoszy budowania najlepszego ustroju.
Rewolucja francuska była zbyt dawno, żeby Francuzi pamiętali o jej realiach, o tym że alternatywa : „ Liberté, Égalité, Fraternité, ou la Mort”była praktycznie realizowana tylko przez jej drugi człon - la Mort
Zgodnie z koncepcją Mao – rewolucja francuska miała szczytne cele ale nastąpiło „ przegięcie”.Podobnie rewolucja sowiecka-zamiast powszechnej szczęśliwości przyniosła ludziom łagry , tortury i śmierć głodową.Dobre intencje często mijają się z ich realizacją.( „Dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane”)To zjawisko powszechne.Tak zwani ideowi komuniści,broniąc nieludzkich praktyk swej ideologii,zawsze mówią o dobrych intencjach.
Piszę o tym bo kilka razy zostałam niemile zaskoczona przez komentarze czytelników, których nie mogę inaczej nazwać niż „ wdowy po PRL”. Rozumiem, że za PRL niektórym powodziło się lepiejniż teraz,że za Gierka w sklepach bywały nawet cytrusy, można było podobno dostać talon na malucha , a po 25 latach „ dostawało się” mieszkanie, ale żeby tak jak jeden zkomentatorów nazwaćArmię  Czerwoną-tę zbieraninę gwałcicieli, złodziei i pijaków-„ matką naszą” to już chyba przesada.
Czy można żałować młodych chłopakówczerwonej armii, którzy polegli na niegościnnej polskiej ziemi? Oczywiście, że można,a nawet trzeba.Podobnie można żałować młodych żołnierzy Wermachtu. Zarówno jedni jak i drudzy byli najczęściej tylko ślepym mieczem, który został ukarany śmiercią. Nie znaczy jednak, że należy ich gloryfikować i stawiać im pomniki.
Natomiast co do dobrych intencji komunistów miałabym wątpliwości. Jeżeli wsłuchać się dokładnie w Międzynarodówkę padają tam znamienne słowa: „ panami wówczas będziem my”. Międzynarodówka nie postuluje bynajmniej społeczeństwa, w którym nie ma panów i niewolników. Międzynarodówka postuluje zamianę ról. Dlatego określenie „ kawiorowa lewica” jest moim zdaniem bardzo trafne. Przez kilkadziesiąt lat byliśmy we władzy takiej kawiorowej lewicy, która kosztem wyniszczenia dawnych elit i kosztem obrabowywanego społeczeństwa leczyła swoje kompleksy i realizowała marzenia o swojejwysokiej pozycji społecznej. Dużej naiwności trzeba, żeby twierdzić, że którykolwiek z władców Polski Ludowej troszczył się o sztandarowy lud pracujący miast i wsi.
Czy to znaczy, że w społeczeństwie polskim nie było problemu nierówności społecznej? Oczywiście, że był. Tyle że przeginanie nie doprowadziło- jak twierdził Mao- do odgięcia.Przeginanie prowadzi do destrukcji.
Podobnie w tradycyjnym społeczeństwie niewątpliwie istniał problem homoseksualistów, którzy- nawet jeżeli nie byli karani przez prawo-  czuli się dyskryminowani. Lekarstwo okazało się jednak gorsze od choroby. Aby „ odgiąć” doprowadzono do tego, że lobby gejowskie wciska się ze swą propagandą do szkół, że dyktuje społeczeństwu standardy, że krytyka zachowań homoseksualnych podlega karze jako mowa nienawiści.Karanie i dyskryminowanie homoseksualistów zostało zastąpione przez karanie heteroseksualistów.Zgodnie z zasadą że „panami wówczas będziem my”.
Można podać wiele innych przykładówkiedy „ przeginanie” w walce mniejszości o jej prawa okazuje się niekorzystne dla społeczeństwa ,a nawet dla tej mniejszości
Walka o prawa kobiet realizowana przez ideologię gender doprowadza do skrajności, z którymi nie identyfikują się same kobiety.Na „przegięciu” jakim jest ideologia gender stracą kobiety i idea ich równouprawnienia.
Walka o ochronę środowiska doprowadziła do powstania wpływowych grup nacisku żyjących z dyktowania innym swoich standardów torpedujących inwestycje. Ewidentnym „przegięciem” w słusznej sprawie troski o środowisko naturalne jest psychoza nie istniejącego globalnego ocieplenia i związany z tym biznes handlowania pozwoleniami na zanieczyszczanie.Spowodowało to odwrócenie się większości ludzi od tej słusznej idei.
Czy nigdy nie było na świecie antysemityzmu? Oczywiście, że był.Zauważmy jednak, że tragedia Żydów w czasie hitlerowskiej okupacji i słuszna walka z dyskryminowaniem jakichkolwiek nacji zaowocowała antysemityzmem traktowanym jako narzędzie politycznej walki oraz holokaust biznesem, czyli powstaniem grup usiłujących czerpać zyski z męczeństwa rodaków, najczęściej ze szkodą dla tych naprawdę poszkodowanych. „Przegięcie” w tej dziedzinie powoduje niechęć i działa na niekorzyść samych Żydów.
Wniosek nasuwa się sam. Żeby odgiąć nie wolnow żadnej sprawie przeginać. Inaczej nikt już nie zechce odginać i nawet najsłuszniejsza idea zostanie w ten sposób zaprzepaszczona.

autor: Iza

Instancja


Pisałem parokrotnie, że jestem miłośnikiem dobrych kryminałów. Pewien jestem, że wielu z was jest również. Nie tak dawno, skończyłem „Kancelarię” Johna Grishama i zacząłem się zastanawiać nad wielką popularnością, bądź co bądź, dosyć schematycznej prozy tego autora. Grisham pokazuje nam amerykański świat prawniczy – sądy, adwokatów i nieprawdopodobne pozwy sądowe. Więc nie są to kryminały policyjne, ale właśnie sądowe i ostateczna rozprawa jest zwieńczeniem każdej opowieści. I to cieszy się tak wielką popularnością na całym świecie.
Bo sprawiedliwość, dzięki mądremu prawu i niezłomnym sędziom zawsze triumfuje.
U nas, w kraju, często spotykamy się, jakby z odwrotną stronę medalu. Prości ludzie i nie tylko, właściciele domów, działek, czy tylko straganu, w imieniu prawa są krzywdzeni, okradani i niszczeni. To Grisham a rebours. Prawo i sędziowie nie gwarantują sprawiedliwości. Wprost przeciwnie – mogą człowieka zniszczyć.
Jednym z zasadniczych aspektów zdrowia psychicznego człowieka jest poczucie bezpieczeństwa. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś jest jakaś tytułowa instancja, która, gdy dzieje się nam krzywda, na pewno nam pomoże. Jak w dzieciństwie, gdy chuligan z sąsiedniej ulicy chciał nam złoić skórę, to biegliśmy po tatusia lub starszego brata. Dorośliśmy i takiego wsparcia nam zabrakło. Nie mamy na co liczyć. Kompletnie.
Jak się dowiedziałem od Grishama, w samym Chicago jest 40 tysięcy prawników. Mam nadzieję, a właściwie przekonanie, że wszyscy intensywnie pracują i mają dobre zarobki. Stąd wniosek, że mają klientów i ludzie ich potrzebują. Szukanie porady prawnej i pomocy prawnej w Polsce jest koszmarem.
Kim są polscy sędziowie, prokuratorzy, adwokaci? Czym jest polskie sądownictwo i wymiar sprawiedliwości? Czy jest to instancja, na której może się wesprzeć skrzywdzony Polak? W żadnym wypadku. To moloch zainteresowany tylko samym sobą. Dzięki wypracowanemu przez lata systemowi korporacyjnemu i procedurach, które w żadnym wypadku nie mają prowadzić do szybkiego osiągnięcia sprawiedliwości, system prawny w Polsce, to bardzo podejrzana instytucja, raczej nie specjalnie godna zaufania przez Polaków. Kto tylko może, stara się ją omijać z daleka. Zupełnie odwrotnie niż u amerykańskiego autora bestsellerów, gdzie obywatel praktycznie z byle drobiazgiem zwraca się do adwokata. Dlaczego? Bo ma przekonanie, graniczące z pewnością, że znajdzie tam potrzebną pomoc. I 40 tysięcy prawników w Chicago ma pełne ręce roboty.
Ilu jest prawników w Polsce? Kim są sędziowie i adwokaci? To na nich właśnie liczymy, gdy dzieje się krzywda. Nie wiemy, nie znamy tego hermetycznego środowiska. Wydzwaniamy po znajomych, by dowiedzieć się czy znają dobrego adwokata od rozwodów. Czy dana kancelaria jest dobra. Czy można liczyć na sprawiedliwość u tego właśnie sędziego. Normalny obywatel nie ma o tym bladego pojęcia. Więcej, on temu systemowi nie ufa i się go boi. Często niestety bardzo słusznie.
System prawny, przez cały okres komunizmu, będąc elitarną korporacją na usługach władzy, taką pozostał do dzisiaj. Nie potrafił się przekształcić. Ba, on tego nie chce. Wszelkie próby reformatorów spełzły na niczym. Hermetyczna korporacja na usługach władzy wydaje się dla nich najlepszą przystanią życiową. Po co więc iść na niepewny chleb, zabiegać o klienta, negocjować honorarium w zależności od sukcesu w sądzie itd. To zbyt ryzykowne. I niesie za sobą tak znienawidzoną konkurencję.
Poza systemem sądowniczym powinno istnieć dodatkowo sporo pomocniczych instancji odwoławczych. Może ktoś jest w stanie podać mi choć jedną taką instytucję, gdzie spokojnie możemy się odwołać, gdy sprawiedliwość jest łamana, lub choćby zagrożona. Jakaś odwoławcza izba skarbowa, jakieś władne stowarzyszenie konsumentów, czy cokolwiek.
Jak powyżej napisałem, dla zdrowia psychicznego poczucie bezpieczeństwa jest obowiązkowe. Czy możemy przydzwonić włamywacza patelnią w głowę, bo chcemy być bezpieczni we własnym domu? Nie, ręka nam zadrży, bo sąd może nas za to ukarać. Więc nawet we własnym domu nie możemy czuć się bezpieczni.
Grono przyjaciół lansuje szwajcarski ideał posiadania broni przez każdą rodzinę. Ja jestem sceptyczny właśnie z powodu obecnego systemu prawnego. Cóż z tego, że mam broń, jeżeli za jej sprawiedliwe użycie mogę pójść do więzienia. Parę lat temu pani, która na własnej posesji postrzeliła legalną bronią włamywacza miała grube nieprzyjemności.
Więc, gdy całe to gangsterstwo, ta polityczna mafia w końcu padnie, bo padnie, bo musi upaść, to pierwszym zadaniem będzie uczynienie, by powstała Instancja – system sądowniczo – prawny na usługach zwykłych ludzi, przeciwko władzy, przeciwko korupcji, urzędnikom i aparatowi.
To ma być, jak w dzieciństwie: ojciec, albo starszy brat.

autor: jazgdyni

sobota, 1 lutego 2014

Siłą odpowiedzieć na siłę - przypomnienie

Wobec obecnej sytuacji na Ukrainie i rozwijającej się niebezpiecznie dyskusji o umiarze
i rozsądku w swoim działaniu, co jest zakamuflowaną demonstracją swojego, bądź wrodzonego, bądź wykształconego wysiłkiem "pedagogów"
strachu
zdecydowałem na tych łamach przypomnieć i przybliżyć mój tekst, który opublikowałem na łamach dosyć niszowych portali.
Ludzie już się tacy porobili wielopiętrowi, że nawet boją się bać.
Robić należy wszystko, by poczucie bezpieczeństwa nie było zagrożone.
To filozofia życia niewolnika - z ugiętym karkiem i na kolanach jedyne słowa, które dają się wypowiedzieć: - tak panie.



W lipcu 1532 Francesco Pizarro, nieślubne dziecko wieśniaczki i kapitana hiszpańskiej armii wylądował w dzisiejszej Wenezueli. Miał wszystkiego 180 żołnierzy oraz 37 koni.
Już parę miesięcy później, ta marna garstka podbiła całe królestwo Inków na terytorium dzisiejszego Peru.
Jak to możliwe? Co takiego się stało, że wielowiekowy, dumny naród, ze swoim królem Atahualpą, pozwolił się rozbić i opanować garstce hiszpańskich żołdaków?
Ten historyczny fakt, z prawie sześciuset lat temu, powinniśmy mieć stale w pamięci.

Tak dzieje się zawsze, gdy się na siłę nie odpowie siłą. Dumny naród, pełen swojej wielowiekowej tradycji, zginął z rąk garstki oprawców. W Cajamarce, w jednej rzezi, Hiszpanie zabili 5 tysięcy Inków, a króla Atahualpę uwięzili. Hiszpanie zapanowali nad Peru. Świat Inków się skończył.
I wszystko to się stało z żądzy złota i bogactwa. Zawsze tak jest.

A przecież mogło być inaczej. Gdyby Inkowie zdecydowali się walczyć, to w jednym momencie zasypali by strzałami nędzny oddziałek.
Lecz oni jeszcze nie pojmowali, że zawsze na siłę należy odpowiedzieć siłą.

W Rosji po tak zwanej rewolucji październikowej komunizm, a w rzeczywistości też garstka oprawców, wymordował 10 milionów własnego narodu. Bezwolni i ogarnięci strachem ludzie szli na rzeź jak stado zwierząt hodowlanych. Nikt, dosłownie nikt nie odważył się na siłę odpowiedzieć siłą.

Cóż takiego jest w ludziach, że wobec siły spuszczają głowy i dają się prowadzić na rozwałkę? Dlaczego siedemset młodych ludzi zgromadzonych na norweskiej wyspie Utoya, uciekało lub chowało głowę pod poduszkę, wobec jednego, JEDNEGO! oprawcy, schizofrenicznego mordercy? Przecież w kilku mogliby go powalić i unieszkodliwić. Ba, zabić właśnie jego, zanim on zastrzeliłby prawie setkę z nich.

Czy tak zawsze musi być? Czy na siłę odpowiedzią zawsze będzie bierność i uległość i oczekiwanie na strzał w potylicę? Kiedy wreszcie ludzie to sobie zakodują, wypalą w mózgach dymiącymi zgłoskami, że na siłę zawsze należy odpowiedzieć siłą.

Napastnik właśnie na to liczy. Że będziemy bierni, że będziemy uciekać i się chować. Ma cały arsenał środków by nas do tego zmusić, by nas zastraszyć. Skrywa twarz oprawców za czarnymi maskami, a ich ciała za wielkimi tarczami. Potężne głośniki mają nas przerazić swoim rykiem. Dymy i gazy zasnuć nasze oczy. Mamy być przerażeni, zanim jeszcze dojdzie do walki. Bo tak na prawdę, oni tej walki się boją. Oni chcą byśmy uciekli bez walki. To nie są jacyś super ludzie, ci oprawcy. To jeszcze bardziej wystraszeni od nas osobnicy skryci za swoimi pancerzami.
Nasz solidny opór, choćby przez chwilę i pójdą w rozsypkę. Oni nie zniosą sytuacji, gdy ktoś na siłę odpowie siłą.

W Polsce, konkretnie w Gdańsku i Gdyni, w 1970 roku widziałem na własne oczy( sam zresztą w tym uczestniczyłem), jak tłum osiągnął taki poziom desperacji, że wspólnie przystępował do ataku; wtedy uzbrojeni oprawcy ZOMO uciekali i szli w rozsypkę. Chowali się za czołgami. Głupieli doszczętnie. Oszalały oprawca gołą ręką chciał odciągnąć zerwany przewód energetyczny, zanim padł porażony prądem. Wtedy widziałem, że wobec oporu, wobec siły na siłę, oni stają się jeszcze bardziej przerażeni, niż kobiety i małe dzieci.

Wszystko co robi przeciwnik, to jest niedopuszczenie do tego, by zaistniał opór. Wobec siły wróg się cofa. Oni chcą wygrać bez walki.
Tak jak Francesco Pizzaro wobec potężnego państwa Inków.

----------------------------------------------------------------------------

Ps. Istnieje wiele powszechnych opinii, ze to nie Hiszpanie, a ospa, którą przywlekli zabiła Inków. To nieprawda.
Pizarro wykonał 4 wyprawy do Peru - pierwszą w 1528 roku:
c. 1528 – The Inca emperor Huayna Capac dies from European introduced smallpox. Death sets off a civil war between his sons: Atahualpa and Huáscar
1528–1529 – Pizarro returns to Spain where he is granted by the Queen of Spain the license to conquer Peru
1531–1532 – Pizarro's third voyage to Peru, Atahualpa captured by Spaniards
1533 – Atahualpa is executed; Almagro arrives; Pizarro captures Cuzco and installs seventeen year old Manco Inca as new Inca emperor.

http://en.wikipedia.org/wiki/Spanish_conquest_of_the_Inca_Empire ]

W pewnym sensie, ci co twierdzą, że to ospa zniszczyła Inków, mają taką rację, że zabiła ówczesnego króla Huyana Capaca i spowodowała wojnę domową.
Jednakże faktycznego podboju dokonał Pizarro cztery lata później z garstką swoich żołnierzy.
 
autor: jazgdyni

piątek, 31 stycznia 2014

Po wannie Wassermana, raport Wassermana


W drugiej połowie ubiegłej dekady GW ekscytowało się posłem PiS śp. Zbigniewem Wassermanem. Chodziło o to, że Pan Wasserman odmówił zapłaty za źle wykonaną usługę. Teściowa właściciela firmy napisała list do jednego z popularnych programów telewizyjnych i do prezesa TVP.
Na taką gratkę tylko czekała GW. Zaczęła się „ jazda”  po Wassermanie, sprawa tzw. wanny Wassermana pełniła wówczas taką rolę w mediach, jak niedawna sprawa mamy małej Madzi. Minęło kilka lat, w 2012 r. już po śmierci śp. Zbigniewa Wassermana, Wielka Izba Europejskiego Trybunału Praw Człowieka odmówiła rozpoznania sprawy Wandy Gąsior, która zaskarżyła wyroki polskich sądów korzystnych dla Wassermana.
Zbigniew Wasserman wygrał wszystkie sprawy przeciwko wykonawcy usług i jego teściowej. Za pomyje wylewane na posła Wassermana GW nawet nie przeprosiła.
Niestety GW chyba zagięła parol na  posła Wassermana. Cyngiel GW , Paweł Wroński napisał, o audycie Wassermana, który miał skrytykować Macierewicza za zniszczenie wywiadu wojskowego. Jest jeden problem, nikt takiego audytu nie widział, oprócz  dziennikarza GW Pawła Wrońskiego. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki  Newsweek, Wprost i inne prorządowe media zaczęły o nim pisać. Beletrystyka tych mediów o audycie/raporcie Wassermana przypomina opowieści o yeti lub  Marsjanach. Wielu o tym pisze, ale nikt ich nie widział.
Cały postępowy establishment  żyje druzgoczący Macierewicza ” raport Wassermana”, który widział tylko konfabulant  Wroński.
Największy jazgot podnosi przybudówka WSI palikociarnia. O co chodzi należałoby się spytać. Wydaje mi się, że tzw. raport archeologów, bez wątpienia wskazuje, że przyczyną katastrofy był wybuch w powietrzu. Kilkadziesiąt tysięcy odłamków, w tym część kilkadziesiąt metrów od uderzenia samolotu o ziemię, powinna rozwiać wątpliwości wątpiących. Mapka ze szczątkami samolotu wygląda jak nocne zdjęcie Nowego  Jorku z kosmosu. O strachu twardogłowych z ekipy Laska może świadczyć wycofanie się z dyskusji eksperta Laska, prof. Kowaleczko z duńskim inż. Pilotem Glennem Jorgensenem. Córka śp. Zbigniewa Wassermana, pani mec. Małgorzata Wasserman powiedziała, że według wszystkich analiz prawnych, Tuskowi nie uda się wywinąć od odpowiedzialności karnej.
GW posługuje się nazwiskiem  Wassermana by oczernić  Macierewicza, jest to szczególnie podłe, gdyż ze zmarły nie może polemizować. Ale czego dobrego można się spodziewać po GW. 
Wnuk komunistycznego dziennikarza i członka KC PZPR Wincentego Kraśko, Piotr Kraśko, ważna fisza w publicznej TVP, w programie  III info wziął na spytki Antoniego Macierewicza chcąc go zapędzić w kozi róg. Ale niestety jak źródłem wiedzy komisarza medialnego była GW, to wynik tej konfrontacji mógł być jeden. Piotr Kraśko może czyścić buty wybitnemu opozycjoniście Antoniemu Macierewiczowi.

http://wpolityce.pl/wydarzenia/73038-podwazyl-smolenskie-tezy-jrgensena-ale-odwagi-na-debate-nie-starczylo-prof-kowaleczko-uchyla-sie-od-rozmowy

autor: Andy51

czwartek, 30 stycznia 2014

Pijany ? poseł PO wyrzucił z domu matkę z małym dzieckiem


To, że  PO jest partią najwyższych standardów wiemy od dawna. Cały szereg zdarzeń w wykonaniu nie tylko szeregowych posłów tej organizacji ale i ich rodzin nie wspominając o posłach pierwszego i drugiego szeregu dobitnie świadczą z jakimi standardami mamy do czynienia.
Dziwne spotkania na cmentarzach i stacjach benzynowych, interesy żon prominentnych posłów PO ( np. Tomczykiewicza czy Grada ), noszenie pożyczonych dużej wartości zegarków ( pos. Nowak), bełkotliwe wywiady (pos. Raś ), kupowanie głosów ( pos. Protasiewicz ), itd., itd.
PO idzie dalej, w ramach polityki prorodzinnej poseł  PO Jarosław Charłampowicz , około północy wyrzuca z domu swoją partnerkę z czteromiesięcznym dzieckiem z domu.
Zaniepokojeni  sąsiedzi wzywają policję, która przyjeżdża do domu posła zastając na korytarzu partnerkę posła stojącą na klatce z płaczącym dzieckiem.  Policja nie może wejść do domu posła, gdyż ten wytrenowanym ruchem pokazuje  policji legitymację poselską. Kobieta odmawia powrotu do mieszkania, udaje się do znajomych.
W tym kontekście warto przypomnieć sprawę Hofmana, kiedy to na prywatnym spotkaniu, zachował się po sztubacku, powiedział coś sprośnego, dziwnym trafem akurat w tym miejscu znajdowała się reporterka „Wprost”, która nagrała tę wypowiedź.
Jakież używanie miała TVN 24, ileż to krytycznych uwag  wyraziły dyżurne autorytety, jakież  święte oburzenie  zapanowało wśród komisarzy medialnych.
Tu cham z PO w dodatku poseł, wyrzuca z domu o 1200w nocy, swoją partnerkę z ich czteromiesięcznym dzieckiem.   
Warto zwrócić uwagę na link z WSI 24, które w komunikacie o tym zdarzeniu podłącza wiadomość o byłej posłance PiS. Widać nie ma dla komisarzy z  WSI 24 tematu, którym przy okazji nie można by było obrzucić błotem  PiS.
A przy okazji chce się spytać, czy w Polsce są jakieś organizacje feministyczne, które z zaciętością brytana walczą o Alicję Tysiąc, a przemoc w rodzinie u posła PO jakoś ich nie interesuje.

autor: Andy51

Gruszki na wierzbie


Uświadomiłam sobie, że zimny chów cieląt ma wiele wspólnego z ideologią gender. Wystarczy uznać, że reakcja na temperaturę otoczenia jest sprawą kulturową, a nie fizjologiczną.

W czasach mego dzieciństwa ogromną traumę wywoływały we mnie doniesienia na temat tak zwanego „ zimnego chowu cieląt”. Otóż w krajowych gospodarstwach państwowych na wzór radzieckich kołchozów w prowadzano zimny chów cieląt sprowadzający się do pozostawiania zimą cieląt bez matek, poza oborą. Uczeni radzieccy twierdzili , że ten sposób hodowli hartuje zwierzęta i jest korzystny dla ich zdrowia. To, że cielęta masowo zdychały nie miało dla nich najmniejszego znaczenia. Zgodnie z dialektyczną zasadą, że „gdy teoria nie zgadza się z faktami- tym gorzej dla faktów” . Podobno litościwi oborowi przemycali słabsze cielęta do ciepłych pomieszczeń ratując im życie co trochę poprawiało statystykę, a zresztą statystyki nie są dla ideologicznych naukowców najmniejszym problemem.
Uświadomiłam sobie, że zimny chów cieląt ma wiele wspólnego z ideologią gender. Wystarczy uznać, że reakcja na temperaturę otoczenia jest sprawą kulturową, a nie fizjologiczną.
Ja też zresztą swego czasu dla potrzeb hartowania się nie nosiłam rękawiczek, ani czapki i nakładanie raków nawet przy sporym mrozie ( za moich czasów mocowały je obrzydliwe taśmy, a nie jakieś modernistyczne zatrzaski) nie było dla mnie żadnym problemem. Do tej pory leczę grypę zanurzając się w lodowatej wodzie i włażąc potem do śpiwora. Ale to mój wybór i nie leczyłam w ten sposób nikogo innego, na przykład dzieci. Cielaki nie miały wyboru i na złość naukowcom masowo zdychały. (Te cielaki to chyba sabotażyści. )
Dzieci wychowywane zgodnie z ideologią gender też nie będą miały wyboru. Chłopców będą w przedszkolach siłą przebierać w spódniczki zindoktrynowane ( zidiociałe) przedszkolanki. Już obecnie to się odbywa- w przedszkolach wytypowanych do wdrażania „wychowania dla równości”.
Swoją drogą to paradoks, że postulowane przez ideologię gender prawo wyboru płci realizowane jest pod przymusem.
Trudno rozczulać się nad cielakami mając świadomość, że w radzieckich szpitalach podawano noworodki matkom dopiero po kilku dniach gdyż radzieccy uczeni uważali, że siara szkodzi dziecku. Matki traciły pokarm, dzieci były karmione mieszankami, doskonale nadawały się zatem do żłobka. W Polsce też nad pediatrią unosił się za PRL duch Łysenki i Miczurina. Kiedy przyznałam się lekarce, że karmię dziecko gdy jest głodne ( teraz nazywa się to naukowo- „ na żądanie”) lekarka straszyła mnie sądem rodzinnym. Nie podobało się jej również, że dziecko nie chciało jeść wywarów mięsnych zaprawianych żółtkiem. Nie trzeba wielkiej wiedzy i przenikliwości, żeby rozumieć, że takie zasady karmienia niemowląt wypracowane przez polskich ( a może radzieckich ) naukowców są odpowiedzialne z epidemię uczuleń w pokoleniu obecnych czterdziestolatków. Rygor karmienia ściśle co trzy godziny moja lekarka tłumaczyła teorią czy przeświadczeniem, że mieszanie się w żołądku dziecka niestrawionego pokarmu ze strawionym jest dla dziecka bardzo niebezpieczne.
„ Szczenięta ssą moją sukę na okrągło przez cała dobę i doskonale się mają” - odparłam.
„ Chyba coś różni człowieka od zwierząt” - zaatakowała mnie oburzona.
„ Biologicznie rzecz biorąc człowiek jest ssakiem. Podobno ma rozum i wolną wolę, ale słuchając pani przestaję w to wierzyć” - odparowałam.
Cóż mogę dodać- musiałam zmienić przychodnię i miałam dużo szczęścia, że nie zainteresował się mną sąd rodzinny.
Teorię Łysenki miały tragiczne konsekwencje. Ten radziecki agronom ( ukończył tylko technikum ogrodnicze) pod pretekstem walki z burżuazyjną biologią uzyskał przywilej wcielania w życie swoich fantasmagorii. Jego teorie były popłuczyną po lamarkizmie – postulował dziedziczną zmienność środowiskową czyli dziedziczenie cech nabytych. Trochę złośliwie wyjaśnię, że aby otrzymać rasę koni z długą szyją wystarczyłoby według Łysenki wysoko umieścić żłób. Co gorsza Łysenko obiecywał władzy otrzymanie odmian zboża odpornych na mrozy i radykalne zwiększenie plonów. Wcielanie w życie jego pomysłów, obok przymusowej kolektywizacji rolnictwa i odbierania chłopom ziarna siewnego są odpowiedzialne za epidemie głodu, w których życie straciły miliony ludzi. Miczurinowi też nie chciały jakoś rosnąć jego gruszki na wierzbie co w niczym nie zmniejszało jego naukowej pozycji. Po prostu nauka radziecka była impregnowana na fakty.
Z teoriami gender jest tak jak z odwracaniem biegu rzek. Jeżeli przyjmiemy, że bieg rzeki jest sprawą czysto kulturową, bo przecież cywilizacja potrafi rzekę zawrócić mamy poczucie, że panujemy nad przyrodą, nad historią nad społeczeństwem. Do czasu katastrofy. Budowa systemów melioracyjnych pobierających wodę z Amu-Darii oraz Syr-Darii doprowadziła przecież do zagłady Morza Aralskiego.
Przebieranie chłopców za dziewczynki w przedszkolu rozchwiewa ich identyfikację płciową. Nie doprowadzi jednak do faktycznej zmiany płci. Operacyjna zmiana płci nie pozwoli mężczyźnie urodzić dziecka. Natomiast zmiana społecznych ról to fantasmagorie godne sowieckich uczonych. To miczurinowskie gruszki na wierzbie, to pszenica odporna na mrozy Łysenki. To pseudonauka i pseudouczeni.
W czasach szkolnych w podręczniku fizyki znalazłam zagadkowe zdanie, którego autorem był podobno Lenin. „ nieskończone są możliwości elektronu”. Wiedza o tym, że jak wykazała sekcja posiadał on tylko połowę mózgu zwolniła mnie od dociekania co właściwie miał na myśli.
Doświadczenia radzieckiej nauki zwalniają mnie od dociekania co piewcy ideologii gender mają na myśli. Wiem,że jak uczeni sowieccy, jak każdy, kto uważa, że człowiek panuje całkowicie nad przyrodą doprowadzą nieuchronnie do katastrofy.

autor: Iza

środa, 29 stycznia 2014

O tajnych służbach i panu Antonim


Bond. James Bond miał, jak powszechnie wiadomo numer 007. Miał też, co chciałbym tutaj podkreślić, licencję na zabijanie. To oznacza, ni mniej, ni więcej, że nawet wszelakie tajne służby mają swoje przepisy, regulaminy, kody. Bardzo ściśle ustalone metody i zakresy działania. Gdy to przestaje funkcjonować, to wszystko się rozpada, służby zamieniają eis w mafie, agenci w gangsterów i przestają obowiązywać wszelkie reguły.
To się wydarzyło w Polsce i z tą stajnią Augiasza zmierzył się Antoni Macierewicz. I za to teraz chcą go zlinczować.

Antoni Macierewicz to bohater wyzwalania Polski spod jarzma komunizmu. To stwierdzenie bezdyskusyjne. Lecz dlaczego był i jest tak znienawidzony przez niektórych? Tu trzeba sobie przypomnieć jego życiorys. A głównie to, że już od szkoły średniej był w opozycji. Na dodatek, z czego wielu sobie nie zdaje sprawy – często w opozycji do opozycji. Do tej licencjonowanej opozycji, która obecnie zawłaszczyła Polskę. I która mówi, co jest dobre, a co złe.

Antoni Macierewicz, rocznik 1948, już w wieku 17 lat był relegowany z Liceum Ogólnokształcącego za działalność polityczną. Pamiętajmy, to rok 1965 i jeszcze nikt w Polsce nie myśli serio o jakiejkolwiek zorganizowanej opozycji.
Potem już było z górki. Młody Antoni wszędzie podpadał. Już w 1968, za strajki studenckie odsiedział prawie pół roku w więzieniu. Tworzył niezależne harcerstwo, zbierał krew dla rannych w wydarzeniach 1970 roku. Organizował polskie podziemie. We wrześniu 1976 założył wraz z Kuroniem i Michnikiem KOR, Komitet Obrony Robotników.
I tu po raz pierwszy wydarzyło się coś, co rozpoczęło serię czarnego pijaru Macierewicza. Już w 1977 roku zorientował się, kim tak na prawdę są Kuroń i Michnik. Co ciekawe, po tym zaraz był w tym roku aresztowany, oraz ponownie wsadzono go do więzienia w 1979.
Gdy nastała "Solidarność" aktywnie się do niej włączył. Działał na najwyższych poziomach. Oczywiście, w stanie wojennym natychmiast go internowano. Tylko on nie mógł usiedzieć i zgrywać bohatera, tylko, jak to mówią młodzi, wziął i uciekł z aresztu w 1982 roku. Ukrywał się do 1984.

Przyszła transformacja. Macierewicz tworzył ZChN, działał i wyczerpująco pracował. W rządzie Jana Olszewskiego został ministrem spraw wewnętrznych.
Wtedy podpadł ponownie, tym razem okrutnie, bo praktycznie w swojej uczciwości i bezkompromisowości zadarł ze wszystkimi. Wykonując tzw. uchwałę lustracyjną Sejmu, opublikował dokument zwany później Listą Macierewicza. A tam na tej liście, jako tajni współpracownicy figurowali Lech Wałęsa i nawet partyjny szef Macierewicza, wówczas marszałek Sejmu, Wiesław Chrzanowski. Oraz wielu innych ówczesnych prominentów.
21 lipca 2006 został mianowany na stanowisko wiceministra obrony narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, jako likwidator Wojskowych Służb Informacyjnych, weryfikator ich kadr, a także pełnomocnik ds. tworzenia służby kontrwywiadu wojskowego.
Jak już wspomniałem, Antoni Macierewicz był sławny ze swojego stalowego charakteru . Powierzenie mu rozpracowania i likwidacji WSI, co ze strony Jarosława Kaczyńskiego było słusznym i logicznym pociągnięciem, rozpętało niebotyczną awanturę.

Tajne służby, w nowych czasach, szczególnie po Magdalence (przypominam – jedna z siedzib tajnych służb), czuły się panami sytuacji.
To one faktycznie rządziły. Szczególnie, jak sobie przypomnimy Jaruzelskiego, jako pierwszego prezydenta III RP i generała Kiszczaka w rządzie. Zresztą potem było jeszcze gorzej, z takimi ludźmi jak Mazowiecki i Geremek u władzy. Teraz wiemy dobrze, jaką role pełnili. A Macierewicz wiedział już to od początku.

Wszystko to by ucichło i przyschło. MON bez słowa sprzeciwu wypłacał wysokie odszkodowania agentom i byłym ubekom. Prezydentem został Komorowski, który jako jedyny z ówczesnej PO, głosował przeciwko likwidacji WSI. Wszystko by się jakoś ułożyło. Agenci odzyskaliby swoje wpływy, a Komorowski i Tusk, tańczyliby, jak by oni im zagrali.
Na nieszczęście dla tego ciepełka i smrodu, który znowu zaczynał panować w Polsce po zamordowaniu głównej przeszkody ubeckiej stabilizacji, Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Antoni Macierewicz 20 lipca 2010 został przewodniczącym, zorganizowanego przez parlamentarzystów PiS, zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy rządowego samolotu Tu-154 w Smoleńsku.

Powiedzcie państwo, jakie tajne służby, w jakim kraju, zdolne byłyby tak długo tolerować tak nienawistnego człowieka, jak Antoni Macierewicz?

******

Przejdźmy na chwile do tajnych służb. To są najbardziej zbiurokratyzowane organizacje. Działające według precyzyjnych schematów i kodów. Praktycznie kroku nie można zrobić samowolnie, niezgodnie z instrukcją i bez napisania raportu. Chyba nie ma świecie takich drugich struktur, które by nie były tak ograniczone przepisami, rozporządzeniami i zasadami działania.
Oczywiście, mają dużą władzę. Ale bez demonizowania. W normalnym, demokratycznym państwie, kontrola nad nimi jest skuteczna. Praktycznie nie mogą sobie pozwolić na za dużo, bo natychmiast są stopowane.
Lecz w życiu rożnie bywa. CIA pozwalało sobie na lewe pieniądze z Nikaragui i sprawę Noriegi. Szwedzkie służby brały udział w nielegalnych transakcjach z KGB. To się zdarzało.
Jednakże nigdy i nigdzie znaczenie tajnych służb nie było tak wielkie, jak w państwach totalitarnych.
W Rosji, na czele państwa, manipulując konstytucją, raz jako prezydent, drugi raz, jako premier, od wielu lat stoi pułkownik KGB Władimir Putin.
Państwem, o największym nasyceniu tajnymi służbami było NRD. Jednakże, gdy upadł mur berliński, Niemcy się zjednoczyły, zdyscyplinowane tajne służby potulnie się poddały, częściowo się likwidując, a częściowo przechodząc do BND.

Jednakże inaczej niestety było w Polsce. Tajne służby PRLu, równie potężne i wpływowe, może nie aż tak, jak te z NRD, ale obok bułgarskich wymieniane w czołówce, już po 1980 roku, doskonale przewidując upadek komunizmu, zaczęły się deprawować i zwyradniać, przygotowując sobie grunt pod przyszłą działalność w nowym systemie politycznym. Powoli, zarówno wojskowe, jak i cywilne tajne służby zaczynały się przekształcać niemalże w struktury mafijne.
Wiadomo powszechnie, że za PRLu domeną tajnych służb wojskowych były wszystkie tzw. centrale handlu zagranicznego, wszystkie te – exy. Metalimpex, Stalimpex, a także nasz poczciwy Pewex. Tutaj były prawdziwe pieniądze, tutaj były dolary, tak zabronione zwykłym obywatelom. Przykładem coraz większego degenerowania się tajnych służb była tzw. Afera "Żelazo" (http://pl.wikipedia.org/wiki/Afera_%22%C5%BBelazo%22 ). Wtedy już zezwolono ma kradzieże, włamania, a nawet morderstwa.
To była wylęgarnia i stajnia zdeprawowanych tajnych agentów i skorumpowanych współpracowników. I to oni zasilili w dużym stopniu przyszłe WSI.
Można zasadniczo przyjąć, że wszystkie tajne służby PRL się kompletnie zdegenerowały, a jako, że w Polsce nie przeprowadzono dekomunizacji i "deubekizacji" i nie powstała instytucja na kształt niemieckiego Urzędu d/s STASI Joachima Gaucka, to agenci, już tak zepsuci, mieli wolną rękę.
Część z nich pootwierała swoje własne interesy, w ramach dziedzin, w których uprzednio pracowali. Tak więc, można przyjąć, że dużo firm ochroniarskich, kantorów wymiany walut i przedsiębiorstw importowo – eksportowych opanowali byli agenci.
Inna grupa, tych wyżej usytuowanych wraz ze swoimi tajnymi współpracownikami, przeszła do polityki w III RP, a reszta pozostała przy swoim zawodzie zasilając różne UOPy, ABW, czy właśnie WSI.
Władze, jakie by nie były po transformacji, dobrze o tym wiedziały. Tylko, że większość to tolerowała, a tylko tacy fanatycy, jak Kaczyńscy, Olszewski, czy właśnie Macierewicz, chcieli z tym skończyć.
Jak by nie było, w III RP służby czuły się coraz bardziej rozzuchwalone, I nie mam wątpliwości, że są do dzisiaj. Takie rzeczy się wyrabiały pod wpływem służb, jak upadek rządu Jana Olszewskiego, czy słynny "obiad drawski".
Może też dożyję czasów, że dowiem się, jaki był udział polskich służb w Tragedii Smoleńskiej.

******

I w poprzek tej wielkiej mafijnej strukturze, która kiedyś była polskimi tajnymi służbami, służbami niezbędnymi i ważnymi w każdym kraju, stanęło naprzeciw trzech facetów – bracia Kaczyńscy i właśnie Antoni Macierewicz.
 Lech Kaczyński już nie żyje. Na Jarosława Kaczyńskiego wysłano w Łodzi wariata, który miał go zastrzelić. Pomylił się, zastrzelił kogoś innego.
Natomiast z Antoniego Macierewicza robi się niebezpiecznego wariata, który bezwzględnie powinien siedzieć – albo we więzieniu, albo w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym.
Gdy tylko Macierewicz odkrywał z kim mamy do czynienia, czy to Michnik, czy następnie Wałęsa, przypuszczano na niego skomasowane ataki. Jednakże on nadal robił swoje. Nie dał się złamać, ani nie dał się kupić. Nieustannie ryje pod służbami, lub raczej pod tym, co one dzisiaj stanowią; jest bardzo bolesnym wrzodem na dupie ancien regime. Niszczono go na wszystkich frontach. Chyba żaden polski polityk nie miał tylu procesów sądowych. W większości wygranych przez niego.
Jako przykład można tu podać  procesy wytoczone mu przez Zygmunta Solorza, czy Jana Wejcherta, tak się dziwnie składa, onegdaj najbogatszych ludzi w Polsce, a jednocześnie o bardzo dziwnych powiązaniach i mglistej przeszłości.

Antoni Macierewicz jest nieprzemakalny i teflonowy. Nic do niego nie można przylepić.
Obecna fala ataków, znowu zapewne sterowana przez byłe służby, realizowana jest całą mocą aparatu propagandowego – GieWu, Polityki, Newsweeka, innych gazet gów(nia)nego nurtu, TVP, TVN i Polsatu. Wypuszczono funkcyjnych zagończyków – Palikota, jego prawą rękę Rozenka i towarzysza Millera.
Atak idzie pełną parą. Straszą maluczkich komisją sejmową. Ale się boją, bo Macierewicz wie tyle, że jakby zaczął mówić przed kamerami i posłami, to nie wiadomo, co by się rozpadło.
Wybór momentu ponownego ataku na Macierewicza – to mnie teraz zastanawia. Potem, po takim ataku, zawsze coś spektakularnego się działo. Lub też jest to atak wyprzedzający, na przykład po kolejnych, tym razem archeologicznych sensacjach na temat Tragedii Smoleńskiej. Pożyjemy – zobaczymy.

Muszę przyznać, że podziwiam Antoniego Macierewicza. Trzeba mieć niesłychaną odporność psychiczną i nerwy ze stali by być takim wiecznym opozycjonistą i tak, jak on walczyć z Systemem.
Dodatkowo, że w koło ludzie padają, jak muchy. Szczególnie ci, którzy drążyli za bardzo i za głęboko – generał Papała, Michał Felzmann, Walerian Pańko, Andrzej Lepper, generał Petelicki.
Cześć Ich Pamięci!

autor: jazgdyni

Mityczny rynek


Co to zresztą za rynek, w którym nie działają prawa popytu i podaży? Pracodawcy nie chcą poprawić oferowanych warunków, poszukujący pracy nie obniżają wymagań.

Wysłuchałam ostatnio kilku programów publicystycznych na temat rynku pracy. Banalnym jest stwierdzenie, że zdania w tej kwestii są jak zwykle ( zależnie od punktu siedzenia ) podzielone. Z jednej strony niepokojący jest wysoki poziom bezrobocia i liczba osób korzystających z opieki społecznej. Z drugiej - ogromne kłopoty pracodawców ze znalezieniem odpowiedniego pracownika.

Jestem osobą zdecydowanie starszą z wszelkimi uprawnieniami emeryta. Pomo wieku, którego nie ukrywam i adekwatnej do wieku aparycji, kilka razy w roku spotykają mnie propozycje nowej pracy. Na ogół staram się dowiedzieć od potencjalnego pracodawcy co widzi we mnie atrakcyjnego poza zwolnieniem z tak zwanych kosztów pracy (co oczywiście jest argumentem niebagatelnym) gdyż składki odprowadza za mnie ZUS.
Pan, który od dłuższego czasu namawia mnie na zarządzanie jego pensjonatem na Mazurach powiedział mi wprost: „ pani nie będzie chlać z personelem” ( na pewno, bo nie piję wódki), „nie zaśnie z papierosem” ( na pewno, bo nie palę) „ i nie będzie wynajmować pokoi na godziny prostytutkom” ( na pewno, bo w tej branży nie mam znajomości). Okazało się , że w ciągu ostatnich lat zmieniał zarządcę kilkanaście razy. Nie miałam mu kogo polecić. Znane mi młode osoby wszystkie ciężko pracują, natomiast za kogoś słabo znanego nie wezmę odpowiedzialności. Zastanawialiśmy się czego brakuje jego pracownikom. Oświadczył, że przede wszystkim lojalności. Lojalność przestała być w naszej kulturze wartością.
Przypomniał mi wydarzenie z czasów głębokiego PRL na którym zapewne opierał swoją dobrą o mnie opinię. Odwiedziłam koleżankę, która była zootechnikiem w PGR koło Działdowa. Nierozsądny dyrektor polecił umieścić stertę nawozu na podwórzu, a jeszcze głupsze od tego dyrektora owce, częściowo zeżarły ten nawóz. Zaczęły zdychać, a dyrektor niefrasobliwie wybrał się na polowanie.
Wezwałyśmy młodego wiejskiego weterynarza i prawie całą noc trwała akcja ratunkowa. Łapałyśmy z koleżanką owce (i barany) , przytrzymywałyśmy je siłą, a weterynarz wlewał im do gardła jakąś miksturę i robił zastrzyk. Pomogło- stado zostało uratowane. Potem do rana przewoziliśmy na taczkach nawóz do szopy, żeby uniknąć ze strony owiec recydywy. Pamiętam, że po tej pracy wchodziłam po schodach do swego pokoju na czworakach.
Nikt nie zastanawiał się nad odpowiedzialnością ( choć wina była ewidentnie po stronie dyrektora), nikt nie pytał o wynagrodzenie. Zadałam sobie sama pytanie: „wobec kogo właściwie byłam lojalna?”. Na pewno nie wobec systemu oraz nie wobec dyrektora idioty – typowego prowincjonalnego aparatczyka, który ( nieudolnie) bawił się w ziemianina. Oczywiście żałowałam owiec, ale przede wszystkim miałam do każdej pracy stosunek- nazwijmy to- zadaniowy.
Taki stosunek jest obecnie coraz rzadszy.

Dozorczyni sprzątająca ( dodajmy bardzo niedbale) podwórze naszej kamienicy zwierzyła mi się ostatnio, że ta praca jest dla niej poniżająca . Nie byłam w stanie jej przekonać, że poniżające jest korzystanie z zasiłków, a nie praca. Obecna przy rozmowie wnuczka wypytywała mnie potem o moją pracę fizyczną na wyścigach. Wnuczka zapewne chciała poznać tradycyjny etos jeźdźca amatora, bo zgodnie z rodzinną tradycją jest już amatorem.
Odparłam , że zamiatałam stajnię, czyściłam boksy, wywoziłam gnój i czułam się poniżona wyłącznie wtedy gdy mi coś nie wychodziło. Na przykład za moimi taczkami zawsze pozostawała na chodniku cienka strużka nieczystości. Kiedyś trener z sąsiedniej stajni powiedział, że znalazł mnie idąc za tą strużką jak za nicią Ariadny ( erudyta się znalazł) a chłopcy rechotali, ale nie zdradzili mi dlaczego oni nie zostawiają śladów.
Myślę, że nasz trener Michalczyk- świadomie lub nie - stosował wobec amatorów politykę Tomka Sawyera. Nie każdy z amatorów miał prawo brać widły do ręki. „Zostaw, bo przebijesz sobie nogę, albo co gorsza konia” - mówił trener . Gdy wreszcie pozwolono mi wyczyścić boks czułam się zaszczycona, a nie upokorzona.
Widać nie pracowałam najgorzej. Kilka dni temu spotkała mnie ze strony dawnego znajomego z wyścigów propozycja zamieszkania w stadninie dla prowadzenia tak zwanej księgi stadnej i wypisywania koniom paszportów. Znajomy powiedział, że nie chce młodej osoby, bo nie pójdzie ona do stajni, żeby sprawdzić czy opis konia w paszporcie jest zgodny z rzeczywistością, nosi zapewne buty na obcasie, a poza tym – taka młódka na ogół nie identyfikuje się ze swoją pracą, nic ta praca jej naprawdę nie obchodzi, jest nielojalna.

Nie ma chyba racji- to nie kwestia wieku, podobny niezrozumiały dla mnie stosunek do pracy prezentują nie tylko osoby młode.
Sąsiadka, zadłużona u wszystkich w kamienicy, nie zechciała przyjąć pracy na pół etatu w kiosku. Powiedziała, że „nie będzie nikomu usługiwać”. Pewna daleka znajoma, którą na wiosnę czeka eksmisja za permanentne unikanie płacenia czynszu, odmówiła pracy wychowawcy w internacie, gdzie dostałaby mieszkanie, utrzymanie i pensję. Samą propozycję takiej pracy uznała za poniżającą. Korzystanie z zasiłku jakoś jej nie poniża - co więcej uważa, że z tytułu tak zwanego dobrego urodzenia należy jej się ( jak królowej brytyjskiej) bezpłatne mieszkanie od miasta.

Na marginesie - lawinowo rośnie liczba osób, które gotowe są pełnić rolę elity czyli żyć wzorcowo i wygodnie na koszt społeczeństwa. Na ich nieszczęście społeczeństwo polskie nie potrzebuje takich elit, których jedyną rolą jest wzorcowa konsumpcja. Są wśród nich artyści, niebieskie ptaki, byli politycy. Ich wszystkich poniżałaby praca poniżej ich ( wyimaginowanych) możliwości, trudno więc oczekiwać od nich zapału do pracy, etosu pracy i elementarnej lojalności.

Co to zresztą za rynek, w którym nie działają prawa popytu i podaży? Pracodawcy nie chcą poprawić oferowanych warunków, poszukujący pracy nie obniżają wymagań.
Istnieje wiele innych podobnych pseudo- rynków nie osiągających homeostazy. Skorelowany z rynkiem pracy rynek mieszkaniowy, na którym ogromna liczba nowych pustostanów nie powoduje znaczącej obniżki cen mieszkań, a młodych ludzi i tak nie stać na mieszkanie, niezależnie od zarobków. „ Po co mam pracować? Na bilety MZK?” - zapytał mnie pewien energiczny młody człowiek. Faktycznie oferowano mu pensję nie rozwiązującą żadnych problemów życiowych.
Dostęp do tak podstawowego dobra jakim jest mieszkanie umożliwia- jego zdaniem - jedynie synekura w radach nadzorczych, czy też inne prace „ przy rządzie” z klucza partyjnego, albo kontrakt gwiazdorski w mediach.
Słyszałam zresztą, że PO jest faktycznie największym w Polsce pośrednikiem na rynku pracy. To po części tłumaczy notowania tej partii. Te notowania ostatnio słabną. Czy możemy liczyć, że sytuacja się unormuje? Ciekawe czy ewentualna nowa rządząca partia będzie na zasadzie TKM również obsadzać nie tylko rady nadzorcze lecz wszystkie stanowiska od prezesa do babci klozetowej?
Mnie to na szczęście nie dotyczy. Dają sobie radę sama.

autor: Iza

wtorek, 28 stycznia 2014

Walcz Ukraino! Popieram Cię całym sercem


Siedzę przed telewizorem i obserwuję, jak dzielny dziennikarz TV Republika, Bartłomiej Maślankiewicz, z niesamowita odwagą, wprost brawurą relacjonuje i pokazuje starcia demonstrantów z policją.
Rośnie gula w gardle, dokładnie tak samo "bawiliśmy się" z zomowcami w 1970. Rozbili mi aparat fotograficzny "Zorkę". Jestem bardzo emocjonalnie nastawiony do tego przekazu. Momentalnie chciałbym tam być z nimi.
Tymczasem, tchórzliwa konkurencja – m.in. Wyborcza i Tok FM natychmiast cytują moskiewskiego korespondenta BBC – "Brave or foolish reporting? Or both? - Siedzi sobie bryton w Moskwie popijając kawior szampanem i się zastanawia.
http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,15336407,Repo......
Oczywiście to woda na młyn mediów głównego nurtu – trzeba taki przekaz, który na pewno przejdzie do annałów światowego reportażu zdeprecjonować i ośmieszyć – "Odwaga, czy głupota? A może jedno i drugie?". Nawet nie własnym zdaniem, tylko dla zadęcia i powagi cytują durnego Brytyjczyka z Moskwy.
Przeżyłem analogiczne wydarzenia u siebie w Gdyni, więc jestem bardzo emocjonalny, Przekonuję się, że nawet młodzieńcza trauma pozostawia ślad na całe życie.
Życzę Ukrainie i Majdanowi wszystkiego najlepszego. Żeby wygrali.
I życzę tego bezwarunkowo.
Bezwarunkowo, bo od wczoraj walczę w internecie z kolegami i nawet przyjaciółmi, którzy swoje poparcie dla ukraińskiej sprawy warunkują od rozwiązania historycznych zaszłości – oczywiście chodzi o Rzeź Wołyńską i stosunek do Stepana Bandery.
Koledzy blogerzy w sprawie Ukrainy prezentują "Mieszane uczucia". Piszą "najpierw muszą nas przeprosić, zanim wybaczymy".
Takim pisaniem i taką postawą pokazują, że kompletnie nie mają wyczucia chwili. Że nie czują i nie rozumieją historycznego momentu. I nie są w stanie sobie wyobrazić, jaki impakt, dla nas Polaków mają i będą miały wydarzenia na Majdanie, a dzisiaj już również we Lwowie, Winnicy, Równem i wielu innych miastach.
Ja nie zapominam ani na chwile o Rzezi Wołyńskiej. Mam też osobisty i krytyczny stosunek do Stepana Bandery. Jestem przecież, w swoim najgłębszym przekonaniu polskim patriotą.
Potrafię jednak wyzwolić sie na chwilę z więzienia swojego umysłu i choć przez moment starać się myśleć jak Ukrainiec na Majdanie.
Czy gdy dzieją się takie chwile, gdy tworzy się być, albo nie być całego, młodego narodu, jest czas na spieranie się o czerwono – czarne flagi, o Banderę i wzajemne krzywdy? Przecież oni mają zupełnie inny punkt widzenia i inna perspektywę. A przede wszystkim inne priorytety.
Wyrównanie rachunku krzywd i wyprostowanie historycznych zaszłości to zadanie, oczywiście konieczne, ale na spokojnie, w zaciszu gabinetów, z udziałem historyków i mądrych ludzi z obu stron.
To nie jest zadanie dla zdesperowanego tłumu na placach i ulicach, przy dziesięciostopniowym mrozie, gdy milicja, co rusz przypuszcza ataki, a snajperzy z dachów strzelają, aby zabić.
Koledzy blogerzy, proszę was, miejcie poczucie proporcji i wagi chwili.
Nie miejcie "Mieszanych uczuć" właśnie teraz. To jest bezsensowne.
Naród Ukrainy potrzebuje TERAZ naszego, jak najmocniejszego i bezwarunkowego wsparcia, by obalić cichego dyktatora, demokrację oligarchów i ciągłe silne uzaleznienie od Rosji.
To walka przełomowa. Tusk z Komorowskim bacznie obserwują, moment po momencie, co się na Ukrainie dzieje. Choć zapewne nie oglądają TV Republika. Ale oni już wiedzą, że to, co się tam dzieje, jest bardzo niebezpieczne dla nich.
Polacy patrzą i się uczą. Starsi sobie przypominają nastroje pierwszej, czystej Solidarności. A młodzi poznają siłę ulicy, co znali dotychczas tylko z opowieści.
Europa milczy. Bruksela tez milczy. Czekają... I też wiedzą, że najlepiej byłoby tą Ukrainę ukryć. Schować i zasłonić czymś innym,
Bo ich obywatele tez obserwują i wyciągają wnioski.
Ukraina może stać się pierwszą iskrą dla całej Europy.
Jednakże, to my, Polacy, sąsiedzi Ukrainy powinniśmy najmocniej wspierać ludzi na Majdanie. Jak im się powiedzie, to czemu następnie nie ma się nam powieźć? Az tak bardzo się nie różnimy. Też rządzi u nas oligarchia i władza o brudnych rękach. Też przyjdzie taki moment, że wszyscy zapragniemy być obywatelami – wolnego i niezależnego państwa, gdzie przepędzono zdrajców, oszustów i skorumpowaną swołocz.
Proszę raz jeszcze tych niektórych blogerów – nie budujcie murów i szklanych ścian miedzy Polską i Ukrainą. One dzisiaj są wyrazem niezrozumienia przemian światowych, które właśnie mają miejsce.
Może wreszcie Jałta się kończy? A wraz z nią strefy wpływów. Może wreszcie nadchodzą czasy prawdziwej suwerenności i samoistnym decydowaniu obywateli o losie swojego kraju.

autor: jazgdyni