niedziela, 19 kwietnia 2015

Nie ma leków! Zdychaj Polaku!





Pisałem już o tym [1]. Genialny duet Kopacz i Arłukowicz doprowadzili swoim działaniem do zapaści rynku farmaceutycznego.

Czy to zwykła głupota? A może świadomy przekręt platformerskich szubrawców bo, jak to zdradziła "niewinna" Sawicka – na służbie zdrowia można duże lody kręcić.

Jakby nie dociekać przyczyn, kliku cwaniaków robi kokosowe interesy na polskich lekach. Najgorsze jest jednak to, że robiąc te interesy na podstawie kretynizmu Ministerstwa Zdrowia, jednocześnie pozbawiają polskich pacjentów dostępu do leków. I to nie byle jakich leków, żadnych tam witaminek, pastylek na ból głowy, czy maści na stawy, których reklamy opanowały wszystkie stacje TV, tylko tych prawdziwych leków, refundowanych, często leków ratujących życie.

Co mają robić ludzie z ciężką cukrzycą, muszących codziennie przyjmować lek, gdy nie ma odpowiedniej insuliny, bo jest wywożona za granicę?


Co się dzieje?
Zmiana przepisów, świadomie, czy nieświadomie, doprowadziła do mafijnej patologii, gdzie nie opłaca się prawidłowo sprzedawać leków pacjentom, tylko handlować nimi na dużą skalę.
Małe, rodzinne apteki, które nie uczestniczą w tym procederze, padają jak muchy.
A obywatele nie wykupują jednej trzeciej przypisanych im przez lekarzy leków.

Jak to możliwe?
Proceder prowadzony jest na dwa sposoby.
"Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo."[2]
Znam osobiście kilka aptek, otwartych niedawno, w bardzo nieatrakcyjnym punkcie, które nawet nie usiłują specjalnie udawać, że służą pacjentom. To apteki do obrotu i eksportu leków za granicę. Korzystając z luk prawnych, wszelkie służby farmaceutyczne, czy skarbowe są kompletnie bezradne.

Tak, jakby ktoś rozciągnął parasol nad tym, z punktu widzenia moralności przestępczym procederem, parasol ochronny. I nie jest to świeża sprawa. Zaczęło się to w roku 2012, natychmiast po nowej ustawie Arłukowicza.
Tak, jakby zaufani ludzie tylko czekali na wejście ustawy, by natychmiast rozpocząć intratny biznes. Byli przygotowani i dobrze wiedzieli, jaki smakowity tort resort im podsuwa.
Oczywiście prokuratury i sądy kompletnie tym się nie zajmują, bo mają, jak wiemy, ważniejsze sprawy na głowie.


Duże hurtownie farmaceutyczne, których jest w Polsce kilka, a ich właściciele figurują w czołówce listy najbogatszych Polaków, albo już zostały spieniężone i sprzedane międzynarodowym konsorcjom, podobnie jak to zrobił dr Kulczyk kupując Browary Wielkopolskie (m.in. marka "Lech") za głupie 20 milionów, by po trzech latach sprzedać potentatowi z RPA za 400 milionów, szybko zwąchały duży interes. Po co mają się zajmować zaopatrzeniem aptek i jeszcze wspierać hurtownie – słupy i fałszywe apteki, jak sami mogą doić krowę.
"Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości - hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.

I tu tkwi sedno problemu - gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia - Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak - na początku 2012 roku - w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych - wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie. Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego." [3]
Każdego dnia o poranku, tuż po otwarciu apteki, właściciel albo kierownik łapie za telefon i rozpoczyna wydzwanianie do producentów leków. Do producentów, nie do hurtowni, bo gdyby oni ten lek mieli, to go natychmiast wyeksportują.
Ponieważ dzwonią aptekarze z całej Polski, więc nierzadko na połączenie można czekać do dwóch godzin. A gdy już człowiek połączy się z działem handlowym producenta, to zaczyna żebrać. Prosi choćby o dwa opakowania leku, choć normalnie zamówiłby dziesięć. Producent odpowiada, że może dać jedno opakowanie. Zdesperowany magister dyktuje receptę, gdzie lekarz wyraźnie wypisał dwa opakowania i jest to ratowanie życia. Producent zgadza się, albo nie. I tak jest codziennie, dzięki geniuszowi Arłukowicza et consortes.

Czy to nie jest paranoja i szwindel dużego kalibru?
Tworzy się ustawy w taki sposób, żeby dzięki sprytnym interpretacjom klika kumpli mogła zarabiać miliony, nie zwracając uwagi, że jednocześnie paraliżuje się cały system sprzedaży leków w kraju.
Czy Ministerstwo Zdrowia i rząd, do którego należy, to taka beznadziejna banda nieudaczników, czy wprost przeciwnie – dzielni pionierzy dzikiego zachodu odkrywający kopalnie złota i diamentów?

Skalę tego zjawiska policzyli dziennikarze.
"W aptekach brakuje nowoczesnych leków na cukrzycę, astmę, a nawet onkologicznych. Powód? Leki masowo wypływają za granicę, gdzie bardziej opłaca się je sprzedawać. Hurtownie i apteki nagminnie łamią przy tym prawo. Skala zjawiska - jak ustalili reporterzy TOK FM - jest potężna. Co roku z Polski wypływają leki warte 3 mld zł. - To często leki ratujące życie i nie mające zamienników - podkreśla główny inspektor farmaceutyczny." [3] Szacuje się również, że 30% leków w polskim obrocie handlowym jest, jak nie wie nikt – legalnie, czy nielegalnie, wyeksportowane za granicę.
Proceder ten jest jeszcze bardziej kryminalny, niż podają w wyliczeniach dziennikarze. To wszystko są leki refundowane, leki na receptę.
Oznacza to, że do tych leków, dopłaca budżet, czyli my wszyscy podatnicy.
I jest tak, ze banda cwaniaków zarabia miliardy, traci państwo, tracą obywatele, a za to Niemcy mają tańsze polskie leki.

Uczcie się rodacy! Świat należy do cwaniaków! Bzdurne prawa i przepisy po to się tworzy, by ktoś inteligentny i dobrze poinformowany mógł się odpowiednio nachapać kosztem państwa i współobywateli.
Więc po co narzekacie?! Zostańcie psipsiółkami i przyjaciółmi Ewy Kopacz, a worek pieniędzy sam się rozwiąże.



[1]   http://naszeblogi.pl/43191-zniszczone-polskie-apteki-aktualizacja (link is external)
[2]   http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234 (link is external)
[3]   http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,17749507,Lekow_brakuje__a_resort_pozwala_lepiej_zarabiac_tym_.html (link is external)

.

Obrazek użytkownika jazgdyni
Kraj


Pisałem już o tym [1]. Genialny duet Kopacz i Arłukowicz doprowadzili swoim działaniem do zapaści rynku farmaceutycznego.
Czy to zwykła głupota? A może świadomy przekręt platformerskich szubrawców bo, jak to zdradziła "niewinna" Sawicka – na służbie zdrowia można duże lody kręcić.
Jakby nie dociekać przyczyn, kliku cwaniaków robi kokosowe interesy na polskich lekach. Najgorsze jest jednak to, że robiąc te interesy na podstawie kretynizmu Ministerstwa Zdrowia, jednocześnie pozbawiają polskich pacjentów dostępu do leków. I to nie byle jakich leków, żadnych tam witaminek, pastylek na ból głowy, czy maści na stawy, których reklamy opanowały wszystkie stacje TV, tylko tych prawdziwych leków, refundowanych, często leków ratujących życie.
Co mają robić ludzie z ciężką cukrzycą, muszących codziennie przyjmować lek, gdy nie ma odpowiedniej insuliny, bo jest wywożona za granicę?

Co się dzieje?
Zmiana przepisów, świadomie, czy nieświadomie, doprowadziła do mafijnej patologii, gdzie nie opłaca się prawidłowo sprzedawać leków pacjentom, tylko handlować nimi na dużą skalę.
Małe, rodzinne apteki, które nie uczestniczą w tym procederze, padają jak muchy.
A obywatele nie wykupują jednej trzeciej przypisanych im przez lekarzy leków.

Jak to możliwe?
Proceder prowadzony jest na dwa sposoby.
"Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo."[2]
Znam osobiście kilka aptek, otwartych niedawno, w bardzo nieatrakcyjnym punkcie, które nawet nie usiłują specjalnie udawać, że służą pacjentom. To apteki do obrotu i eksportu leków za granicę. Korzystając z luk prawnych, wszelkie służby farmaceutyczne, czy skarbowe są kompletnie bezradne.

Tak, jakby ktoś rozciągnął parasol nad tym, z punktu widzenia moralności przestępczym procederem, parasol ochronny. I nie jest to świeża sprawa. Zaczęło się to w roku 2012, natychmiast po nowej ustawie Arłukowicza.
Tak, jakby zaufani ludzie tylko czekali na wejście ustawy, by natychmiast rozpocząć intratny biznes. Byli przygotowani i dobrze wiedzieli, jaki smakowity tort resort im podsuwa.
Oczywiście prokuratury i sądy kompletnie tym się nie zajmują, bo mają, jak wiemy, ważniejsze sprawy na głowie.


Duże hurtownie farmaceutyczne, których jest w Polsce kilka, a ich właściciele figurują w czołówce listy najbogatszych Polaków, albo już zostały spieniężone i sprzedane międzynarodowym konsorcjom, podobnie jak to zrobił dr Kulczyk kupując Browary Wielkopolskie (m.in. marka "Lech") za głupie 20 milionów, by po trzech latach sprzedać potentatowi z RPA za 400 milionów, szybko zwąchały duży interes. Po co mają się zajmować zaopatrzeniem aptek i jeszcze wspierać hurtownie – słupy i fałszywe apteki, jak sami mogą doić krowę.
"Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości - hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.
I tu tkwi sedno problemu - gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia - Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak - na początku 2012 roku - w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych - wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie. Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego." [3]
Każdego dnia o poranku, tuż po otwarciu apteki, właściciel albo kierownik łapie za telefon i rozpoczyna wydzwanianie do producentów leków. Do producentów, nie do hurtowni, bo gdyby oni ten lek mieli, to go natychmiast wyeksportują.
Ponieważ dzwonią aptekarze z całej Polski, więc nierzadko na połączenie można czekać do dwóch godzin. A gdy już człowiek połączy się z działem handlowym producenta, to zaczyna żebrać. Prosi choćby o dwa opakowania leku, choć normalnie zamówiłby dziesięć. Producent odpowiada, że może dać jedno opakowanie. Zdesperowany magister dyktuje receptę, gdzie lekarz wyraźnie wypisał dwa opakowania i jest to ratowanie życia. Producent zgadza się, albo nie. I tak jest codziennie, dzięki geniuszowi Arłukowicza et consortes.

Czy to nie jest paranoja i szwindel dużego kalibru?
Tworzy się ustawy w taki sposób, żeby dzięki sprytnym interpretacjom klika kumpli mogła zarabiać miliony, nie zwracając uwagi, że jednocześnie paraliżuje się cały system sprzedaży leków w kraju.
Czy Ministerstwo Zdrowia i rząd, do którego należy, to taka beznadziejna banda nieudaczników, czy wprost przeciwnie – dzielni pionierzy dzikiego zachodu odkrywający kopalnie złota i diamentów?

Skalę tego zjawiska policzyli dziennikarze.
"W aptekach brakuje nowoczesnych leków na cukrzycę, astmę, a nawet onkologicznych. Powód? Leki masowo wypływają za granicę, gdzie bardziej opłaca się je sprzedawać. Hurtownie i apteki nagminnie łamią przy tym prawo. Skala zjawiska - jak ustalili reporterzy TOK FM - jest potężna. Co roku z Polski wypływają leki warte 3 mld zł. - To często leki ratujące życie i nie mające zamienników - podkreśla główny inspektor farmaceutyczny." [3] Szacuje się również, że 30% leków w polskim obrocie handlowym jest, jak nie wie nikt – legalnie, czy nielegalnie, wyeksportowane za granicę.
Proceder ten jest jeszcze bardziej kryminalny, niż podają w wyliczeniach dziennikarze. To wszystko są leki refundowane, leki na receptę.
Oznacza to, że do tych leków, dopłaca budżet, czyli my wszyscy podatnicy.
I jest tak, ze banda cwaniaków zarabia miliardy, traci państwo, tracą obywatele, a za to Niemcy mają tańsze polskie leki.

Uczcie się rodacy! Świat należy do cwaniaków! Bzdurne prawa i przepisy po to się tworzy, by ktoś inteligentny i dobrze poinformowany mógł się odpowiednio nachapać kosztem państwa i współobywateli.
Więc po co narzekacie?! Zostańcie psipsiółkami i przyjaciółmi Ewy Kopacz, a worek pieniędzy sam się rozwiąże.



[1]   http://naszeblogi.pl/43191-zniszczone-polskie-apteki-aktualizacja (link is external)
[2]   http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234 (link is external)
[3]   http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,17749507,Lekow_brakuje__a_resort_pozwala_lepiej_zarabiac_tym_.html (link is external)

.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/nie-ma-lekow-zdychaj-polaku

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.
Kraj


Pisałem już o tym [1]. Genialny duet Kopacz i Arłukowicz doprowadzili swoim działaniem do zapaści rynku farmaceutycznego.
Czy to zwykła głupota? A może świadomy przekręt platformerskich szubrawców bo, jak to zdradziła "niewinna" Sawicka – na służbie zdrowia można duże lody kręcić.
Jakby nie dociekać przyczyn, kliku cwaniaków robi kokosowe interesy na polskich lekach. Najgorsze jest jednak to, że robiąc te interesy na podstawie kretynizmu Ministerstwa Zdrowia, jednocześnie pozbawiają polskich pacjentów dostępu do leków. I to nie byle jakich leków, żadnych tam witaminek, pastylek na ból głowy, czy maści na stawy, których reklamy opanowały wszystkie stacje TV, tylko tych prawdziwych leków, refundowanych, często leków ratujących życie.
Co mają robić ludzie z ciężką cukrzycą, muszących codziennie przyjmować lek, gdy nie ma odpowiedniej insuliny, bo jest wywożona za granicę?

Co się dzieje?
Zmiana przepisów, świadomie, czy nieświadomie, doprowadziła do mafijnej patologii, gdzie nie opłaca się prawidłowo sprzedawać leków pacjentom, tylko handlować nimi na dużą skalę.
Małe, rodzinne apteki, które nie uczestniczą w tym procederze, padają jak muchy.
A obywatele nie wykupują jednej trzeciej przypisanych im przez lekarzy leków.

Jak to możliwe?
Proceder prowadzony jest na dwa sposoby.
"Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo."[2]
Znam osobiście kilka aptek, otwartych niedawno, w bardzo nieatrakcyjnym punkcie, które nawet nie usiłują specjalnie udawać, że służą pacjentom. To apteki do obrotu i eksportu leków za granicę. Korzystając z luk prawnych, wszelkie służby farmaceutyczne, czy skarbowe są kompletnie bezradne.

Tak, jakby ktoś rozciągnął parasol nad tym, z punktu widzenia moralności przestępczym procederem, parasol ochronny. I nie jest to świeża sprawa. Zaczęło się to w roku 2012, natychmiast po nowej ustawie Arłukowicza.
Tak, jakby zaufani ludzie tylko czekali na wejście ustawy, by natychmiast rozpocząć intratny biznes. Byli przygotowani i dobrze wiedzieli, jaki smakowity tort resort im podsuwa.
Oczywiście prokuratury i sądy kompletnie tym się nie zajmują, bo mają, jak wiemy, ważniejsze sprawy na głowie.


Duże hurtownie farmaceutyczne, których jest w Polsce kilka, a ich właściciele figurują w czołówce listy najbogatszych Polaków, albo już zostały spieniężone i sprzedane międzynarodowym konsorcjom, podobnie jak to zrobił dr Kulczyk kupując Browary Wielkopolskie (m.in. marka "Lech") za głupie 20 milionów, by po trzech latach sprzedać potentatowi z RPA za 400 milionów, szybko zwąchały duży interes. Po co mają się zajmować zaopatrzeniem aptek i jeszcze wspierać hurtownie – słupy i fałszywe apteki, jak sami mogą doić krowę.
"Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości - hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.
I tu tkwi sedno problemu - gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia - Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak - na początku 2012 roku - w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych - wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie. Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego." [3]
Każdego dnia o poranku, tuż po otwarciu apteki, właściciel albo kierownik łapie za telefon i rozpoczyna wydzwanianie do producentów leków. Do producentów, nie do hurtowni, bo gdyby oni ten lek mieli, to go natychmiast wyeksportują.
Ponieważ dzwonią aptekarze z całej Polski, więc nierzadko na połączenie można czekać do dwóch godzin. A gdy już człowiek połączy się z działem handlowym producenta, to zaczyna żebrać. Prosi choćby o dwa opakowania leku, choć normalnie zamówiłby dziesięć. Producent odpowiada, że może dać jedno opakowanie. Zdesperowany magister dyktuje receptę, gdzie lekarz wyraźnie wypisał dwa opakowania i jest to ratowanie życia. Producent zgadza się, albo nie. I tak jest codziennie, dzięki geniuszowi Arłukowicza et consortes.

Czy to nie jest paranoja i szwindel dużego kalibru?
Tworzy się ustawy w taki sposób, żeby dzięki sprytnym interpretacjom klika kumpli mogła zarabiać miliony, nie zwracając uwagi, że jednocześnie paraliżuje się cały system sprzedaży leków w kraju.
Czy Ministerstwo Zdrowia i rząd, do którego należy, to taka beznadziejna banda nieudaczników, czy wprost przeciwnie – dzielni pionierzy dzikiego zachodu odkrywający kopalnie złota i diamentów?

Skalę tego zjawiska policzyli dziennikarze.
"W aptekach brakuje nowoczesnych leków na cukrzycę, astmę, a nawet onkologicznych. Powód? Leki masowo wypływają za granicę, gdzie bardziej opłaca się je sprzedawać. Hurtownie i apteki nagminnie łamią przy tym prawo. Skala zjawiska - jak ustalili reporterzy TOK FM - jest potężna. Co roku z Polski wypływają leki warte 3 mld zł. - To często leki ratujące życie i nie mające zamienników - podkreśla główny inspektor farmaceutyczny." [3] Szacuje się również, że 30% leków w polskim obrocie handlowym jest, jak nie wie nikt – legalnie, czy nielegalnie, wyeksportowane za granicę.
Proceder ten jest jeszcze bardziej kryminalny, niż podają w wyliczeniach dziennikarze. To wszystko są leki refundowane, leki na receptę.
Oznacza to, że do tych leków, dopłaca budżet, czyli my wszyscy podatnicy.
I jest tak, ze banda cwaniaków zarabia miliardy, traci państwo, tracą obywatele, a za to Niemcy mają tańsze polskie leki.

Uczcie się rodacy! Świat należy do cwaniaków! Bzdurne prawa i przepisy po to się tworzy, by ktoś inteligentny i dobrze poinformowany mógł się odpowiednio nachapać kosztem państwa i współobywateli.
Więc po co narzekacie?! Zostańcie psipsiółkami i przyjaciółmi Ewy Kopacz, a worek pieniędzy sam się rozwiąże.



[1]   http://naszeblogi.pl/43191-zniszczone-polskie-apteki-aktualizacja (link is external)
[2]   http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234 (link is external)
[3]   http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,17749507,Lekow_brakuje__a_resort_pozwala_lepiej_zarabiac_tym_.html (link is external)

.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/nie-ma-lekow-zdychaj-polaku

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Morderczy ciąg smoleński – kalendarium zbrodni



To nie jest pełen zbiór  faktów związanych z działalnością  śp. prezydenta Kaczyńskiego, które doprowadziły do Zbrodni Smoleńskiej. Dla jasności przekazu i aby wyraźnie pokazać logiczny ciąg zdarzeń musiałem wiele opuścić.  Lecz wiem o nich bardzo dobrze.


Nawet po tych strzępach publikacji książki Jurgena Rotha, nagle wszystko w mojej głowie ładnie się ułożyło.

Pozwolę sobie na chronologiczne uporządkowanie ogólnie znanych faktów w pewną, logiczną całość.
Oto historia, która zaczyna się w roku 2008 a kończy gwałtownie o sobotnim poranku 10 kwietnia 2010 roku.
Z jednym tylko tragicznym bohaterem – prezydentem Polski, Lechem Kaczyńskim. Tragicznym tym bardziej, bo żeby jego zabić zgładzono jeszcze 95 osób. Niestety, tak właśnie postępuje kacapska dzicz, dla której życie indywidualnego człowieka ma niewielkie znaczenie. Czy to w Katyniu, czy to w Czeczenii, a w 2010 w Smoleńsku.

Ciągiem w matematyce jest odpowiednie, intuicyjne uporządkowanie elementów. Istnieją też ciągi logiczne. Wówczas z jednego zdarzenia wypływa w sposób istotny inne zdarzenie. A zbór takich zdarzeń tworzy zamkniętą, logicznie spójną strukturę. Pokusiłem się o skonstruowanie takiego ciągu, który jest jednocześnie historią ostatnich pięciu lat życia śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego

Ustawmy sobie więc historię.
 
  • 23 października 2005 roku Lech Kaczyński w drugiej turze wyborów wygrywa przewagą 54,04% z Donaldem Tuskiem i zostaje prezydentem Rzeczpospolitej. To radosne zwycięstwo przypieczętowało jego tragiczny los.
  • 21 października 2007 Platforma Obywatelska wygrywa przedterminowe wybory o których zdecydował wniosek rządzącej PiS o skróceniu kadencji. Gdyby Jarosław Kaczyński wiedział, że tym rozwiązaniem oddaje władzę na długie lata, co spowoduje drastyczny upadek polskiej demokracji i kolosalne zadłużenie państwa, to może szukałby innych rozwiązań.
  • 5 listopada 2007 premier rządu i prezes Prawa i Sprawiedliwości podaje swój rząd do dymisji. Władzę obejmuje Platforma Obywatelska tworząc wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym koalicyjny rząd.
  • Tego samego dnia na pierwszym posiedzeniu Sejmu marszałkiem zostaje wybrany Bronisław Komorowski. Ten wybór na to stanowisko może świadczyć o długofalowych planach przejęcia władzy. Podkreślmy, że nowy marszałek był człowiekiem służb, w tym rozwiązanego przez PiS WSI. Zawsze reprezentował ich interesy, a ci z kolei zadbali, by znalazł się na newralgicznym stanowisku marszałka Sejmu RP.                                                                                        
  •  Rząd Platformy zaczął funkcjonować w warunkach kohabitacji, praktycznie od samego początku demonstrując nieskrywaną wrogość w stosunku do prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Odnosi się wrażenie, że taka postawa PO i nowego rządu jest sterowana z zewnątrz, przez jakieś nieznane siły. Przecież jeszcze dwa lata temu, w 2005 bardzo poważnie rozważano stworzenie prawicowej koalicji PO – PiS.
  • 12 sierpnia 2008 roku prezydent Lech Kaczyński spontanicznie i raczej bez wcześniejszych uzgodnień organizuje lot do Gruzji, która jest w stanie obrony swojej suwerenności przed zmasowanym atakiem wojsk rosyjskich. Do wspólnej demonstracji Kaczyński zaprosił prezydenta Ukrainy Wiktorem Juszczenkę Litwy Valdasa Adamkusa, Estonii Toomasa Ilvesa i premiera Łotwy Ivarsa Godmanisa. Wielce prawdopodobne, że dotarcie tej piątki przywódców narodowych , po perturbacjach do stolicy Gruzji, Tbilisi i udział w wielkim wiecu zapobiegł całkowitej okupacji Gruzji przez Rosję i zmusił Putina do wycofania swoich wojsk. Putin był wściekły i poczuł się ośmieszony. A to jest coś, co Rosjanin i kagiebista nigdy nie wybacza i nie zapomina. Czy to wtedy przypieczętowano wyrok na prezydenta RP? Warto przypomnieć, że to właśnie na wiecu w Tbilisi, Lech Kaczyński wypowiedział złowieszczo prorocze słowa : " Dzisiaj Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Litwa i Łotwa, a później może Polska."
  • Kwiecień 2009 Rosyjska firma z Samary wygrywa przetarg na rutynowy przegląd i remont dwóch rządowych TU154. Nie było w Polsce zakładów, które mogły to wykonać? Widocznie TU154 musiały się na pewien czas znaleźć w Rosji.
  • Kwiecień 2009. Janusz Palikot, bliski przyjaciel marszałka Komorowskiego, osoba godna jak najwyższego zaufania, lecz jako egotyk i bufon czasami coś wypaple. Powiedział w telewizji: - " Na wypadek, gdyby Lech Kaczyński nie był w stanie wypełniać swej roli do końca swojej kadencji, musi być ktoś, kto jest poza tą bieżącą grą, (…) w związku z rolą konstytucyjną marszałka Komorowskiego, który jest wskazywany jako ta osoba, która na wypadek śmierci musi zastąpić prezydenta Polski, to wskazane byłoby, by ludzie nie odebrali tego jako element gry, tylko autentyczne, konstytucyjne uprawnienie marszałka”.
  • 3 maja 2009 roku. Drugi człowiek, tez bufon nie umiejący panować nad językiem, marszałek Komorowski w wywiadzie dla RMF FM powiedział: " Nie pretenduję do roli wieszcza czy proroka (…). Przyjdą wybory prezydenckie albo prezydent będzie gdzieś leciał i to się wszystko zmieni”.
  • 1 września 2009 roku w 70 rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, Władimir Putin przyjeżdża do Gdańska i wygłasza na Westerplatte przemówienie. Donald Tusk określa to za niebywały sukces Polski i jako radykalną poprawę stosunków między RP i Rosją. Wszystko to mimo wyraźnych ostrzeżeń prezydenta Kaczyńskiego. A przyczyna tej wizyty w Polsce rosyjskiego przywódcy była prozaiczna – do Rosji dotarły informacje o potężnych złożach gazu łupkowego w Polsce i Rosja poczuła się zagrożona w przededniu podpisania nowej umowy gazowej z RP, największym indywidualnym odbiorcą rosyjskiego gazu. Putin musiał wymusić na władzach Polski podpisanie nowej umowy. Gotów był przy tym zaproponować Polsce konkretne korzyści. Jakie? Bo na pewno nie korzystny, jak się później okaże, kontrakt gazowy.
  • 1 września 2009 roku, Sopot. Spacer w cztery oczy Putina i Tuska, po zamkniętym wówczas dla ludzi, sopockim molo. Tak jest na świecie, że gdy omawia się najważniejsze sprawy i pod żadnym pozorem rozmowy nie można podsłuchać, a rozmawiający partnerzy nie mają do siebie pełnego zaufania, to wybiera się miejsce, gdzie nawet najwspanialsze mikrofony kierunkowe nie są w stanie dokonać podsłuchu. O czym takim więc, przy tak potężnych środkach ostrożności rozmawiał Tusk z Putinem? Tego się chyba nigdy nie dowiemy. Czy rozmawiali tylko o wspólnym pakiecie energetycznym, co związane było z uzależnieniem Polski całkowicie od dostaw ropy i gazu z Rosji? Czy może, jak niektórzy przypuszczają, planowali już pacyfikację i rozbiór Ukrainy? A może jednak zastanawiali się nad organizacją przyszłorocznej, kwietniowej wizyty władz Polski na uroczystościach w Katyniu? Jest to wysoce prawdopodobne, biorąc pod uwagę to, co niemal natychmiast potem, zaczęło się w tej sprawie dziać. Czy może wtedy planowano szczegóły zamachu na polskiego prezydenta?
  • Styczeń 2010. Premier Donald Tusk oficjalnie rezygnuje z kandydowania na stanowisko prezydenta Rzeczpospolitej. To nagła zmiana swoich projektów. Widocznie Tusk widzi inne rozwiązania na przyszłość
  • 3 lutego 2010 Władimir Putin zaprasza Donalda Tuska do wspólnego uczczenia ofiar katyńskich w kwietniu tego roku. Oficjalnie wiadomo jest, że prezydent Kaczyński rokrocznie w kwietniu składa hołd ofiarom Zbrodni Katyńskiej. List Putina nic nie wspomina o prezydencie RP. Wobec tego, mimo planowania wspólnych kwietniowych uroczystości w Katyniu z udziałem całych władz polskich, następuje rozdzielenie wizyt na różne terminy: Tusk, z Putinem będą w Katyniu 7 kwietnia, a prezydent Lech Kaczyński z najbliższymi współpracownikami i przyjaciółmi 10 kwietnia. W tym momencie chyba klamka zapadła, co do wyreżyserowanej "katastrofy" TU154 z prezydentem na pokładzie.
  • 7 kwietnia 2010. Na czas wizyty w Katyniu premiera Tuska i Władimira Putina, na lotnisku w Smoleńsku zainstalowano dodatkowe systemy nawigacyjne i pomoce lądowania, wybitnie zwiększające bezpieczeństwo tego marnego lotniska. Po odlocie obu najwyższych gości, wszystkie te dodatkowe urządzenia zdemontowano, mimo, że przecież wiedziano, że za trzy dni będzie tam lądował prezydent Polski i tak samo potrzebuje te urządzenia
  • 10 kwietnia 2010 rok. ZBRODNIA SMOLEŃSKA. Wybuchy i rozerwanie samolotu przy próbie podejścia do lądowania powodują, że wszystkie 96 osób na pokładzie, łącznie z prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego ukochaną żoną Marią, ginie w okropny sposób.


Jak dokładnie dokonano zamachu, jak pisze niemiecki dziennikarz śledczy Jurgen Roth, przy pomocy specjalnego,15 osobowego zespołu agentów operacyjnych FSB, kierowanego przez moskiewskiego generała D., to już całkowicie osobna sprawa, na następny, długi precyzyjny tekst. Jedno jest wszakże ważne – wiemy już wszystko; sekunda po sekundzie i żadne próby dezinformacji ze strony polskich władz połączona z obstrukcją śledztwa ze strony Rosji nie może zmienić, czy zaprzeczyć logice ciągu zdarzeń.

Gdy zmieni się władza w Polsce, twarde dowody trafią w odpowiednie ręce w prokuraturze, a sądy w Polsce pozbędą się dyspozycyjnych, komunistycznych sędziów i ich resortowych dzieci, to będziemy w stanie precyzyjnie określić winnych, ich stopień winy, udział i rolę w zbrodni.
A potem odpowiednio ich ukarać, za zbrodnię przeciwko państwu.
Kiedyś, za tą największą zbrodnię wyrok był tylko jeden...

Postscriptum

Już dzisiaj, przy tej niepełnej wiedzy, jaką posiadamy, oraz niewiarygodnej skali mataczenia, którą prowadzą obecne władze kraju, są osoby, którym w kwestii Tragedii Smoleńskiej warto się bardzo dokładnie przyjrzeć.

4 lutego 2010 r. – do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych zostaje przywrócony Tomasz Turowski; od razu mianowany ministrem pełnomocnym w ambasadzie RP w Moskwie. Turowskiemu zostaje powierzone zadanie przygotowania wizyt w Katyniu premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego. Z doniesień IPN wynika, że w latach 1976–1985 Turowski był w PRL agentem najbardziej elitarnej, zakonspirowanej komórki wywiadu: Wydziału XIV w Departamencie I. Dostęp do danych tej agentury miały służby sowieckie. Jak ujawnił „Nasz Dziennik”, Turowski w latach 90. rozpracowywany był przez Urząd Ochrony Państwa, który sprawdzał jego kontakty z oficerem rosyjskiego wywiadu Grigorijem Jakimiszynem. Kim na prawdę jest Tomasz Turowski? Jakie zadanie przy tej okazji ten funkcjonariusz bezpieki otrzymał? Kto go wyciągnął z zamrażalnika? [1]

17 marca 2010 r. – szef Kancelarii Premiera, minister Tomasz Arabski udaje się do Moskwy (to druga z kolei wizyta Arabskiego w Moskwie – pierwsza, według informacji „GP”, odbyła w styczniu 2010 r.). Celem drugiego pobytu w Rosji są ustalenia dotyczące przebiegu wizyty premiera i prezydenta w Katyniu – wynika z relacji towarzyszącego mu funkcjonariusza Biura Ochrony Rządu. Spotkanie z Rosjanami odbywa się... w jednej z moskiewskich restauracji; co jeszcze bardziej dziwne, nie uczestniczy w nim nikt z resortu spraw zagranicznych ani z Ambasady RP w Moskwie. Tego samego dnia Arabski spotyka się też z Jurijem Uszakowem, wiceszefem kancelarii Władimira Putina. Nie wiadomo jednak, czy do rozmowy doszło właśnie w moskiewskiej restauracji, czy wcześniej lub później w jakimś innym miejscu." [1]
Dziś dodatkowo wiemy, że rozmowa z Uszakowem była tak tajna, że wyproszono z pomieszczenia tłumaczkę.
Dlaczego nagle i dosyć gwałtownie wysłano ministra Arabskiego na daleką od Polski placówkę, na stanowisko ambasadora w Hiszpanii? Zdjęto go z oczu i ewentualnych przesłuchań prokuratury zapewniając mu immunitet w odległym kraju?

W październiku 2010, wicepremier i lider PSL, Waldemar Pawlak podpisał wybitnie niekorzystną dla Polski umowę gazową z rosyjskim Gazpromem, uzależniająca nasz kraj na długie dziesięciolecia od Rosji i to za niesłychanie wysoką cenę. Umowa była tak absurdalnie szkodliwa, że aż Unia Europejska ją sama od siebie unieważniła.
Czy może ta umowa miała być zapłatą za Tragedię Smoleńską?


I jeszcze na koniec smutna wiadomość. Jutro 10 kwietnia, po pięciu latach, ewentualne przestępstwa przy przygotowaniu wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu, ulegają przedawnieniu.
Od jutra Donald Tusk i Tomasz Arabski będą mogli spać znacznie spokojniej. Przynajmniej tak długo, jak trwa obecna władza.  __________________________________________________

[1]  W paru momentach korzystałem z kalendarium opracowanego przez redaktorów Gazety Polskiej, panów Leszka Misiaka i Grzegorza Wierzchołowskiego.
http://niezalezna.pl/16612-68-przypadkow-smolenskich


.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Dyletanci nie umierają

Twardo stojąc na gruncie chrześcijaństwa, gdzie istnieje dualizm - umysł/dusza to byt poza cielesny, który tylko używa mózgu do komunikowania się ze światem fizycznym, jesteśmy faktycznie nieśmiertelni.
Czy to oznacza, że nasze ciało jest niepotrzebne? Absolutnie nie. Stanowi ono źródło doznań doczesnych i rozwoju własnej osobowości - wzbogacania ducha.

A ile lat może fizycznie żyć człowiek? Oto, co o tym sądzę.

++++++++++++++

Śmierć jest nierozerwalnie związana z życiem?



Jak powiedział laureat Nagrody Nobla Richard Feynman:”Nie znaleziono dotychczas w biologii niczego, co by wskazywało na nieuchronność śmierci. To nasuwa mi sugestię, że nie jest ona nieuchronna z zasady i że jest tylko kwestią czasu, kiedy biologowie odkryją, co jest powodem naszych kłopotów i że ta straszna powszechna choroba, czyli tymczasowość ludzkiego ciała, zostanie uleczona.”

Stopniowo wyjaśniają się procesy starzenia, a genetyka odgrywa w tym procesie żywotną rolę. Patrząc na królestwo zwierząt, widzimy olbrzymią różnorodność okresów życia. Na przykład nasz DNA różni się od DNA naszych najbliższych krewnych, szympansów, zaledwie o 1,5 procenta, a żyjemy o 50 procent dłużej. Analizując tą garstkę genów różniących nas od szympansów, możemy ustalić, dlaczego żyjemy znacznie dłużej niż nasi genetyczni krewni.

To z kolei da nam „zunifikowaną teorię starzenia”, która połączy poszczególne wątki różnych badań w spójną tkaninę.
Naukowcy wiedzą już, czym jest ten proces. Jest to nagromadzenie błędów na poziomie genetycznym i komórkowym. Błędy te powstają na różnych drogach. Na przykład w trakcie przemian metabolicznych wytwarzane są wolne rodniki o silnych właściwościach utleniających, co uszkadza delikatną maszynerię komórek, powodując ich starzenie. Błędy mogą powstawać w formie „śmieci”, molekularnych szczątków gromadzących się wewnątrz i na zewnątrz komórek.

Gromadzenie się tych genetycznych błędów jest ubocznym produktem drugiej zasady termodynamiki: całkowita entropia (to znaczy chaos) zawsze rośnie. Oto dlaczego rdzewienie, gnicie, rozpad są uniwersalnymi przejawami życia. Od drugiej zasady termodynamiki nie da się uciec. Wszystko, począwszy od kwiatów na polu aż do naszych ciał, a nawet samego Wszechświata, jest skazane na niszczenie i śmierć.

Jest jednak jeden mały, ale kluczowy punkt w drugiej zasadzie, który stanowi, że to całkowita entropia zawsze rośnie. Oznacza to, że w gruncie rzeczy można ją obniżyć w jednym miejscu (i odwrócić starzenie), pod warunkiem, że zwiększymy entropię gdzie indziej.
Możemy tu dać przykład lodówki. W jej wnętrzu entropia maleje wraz ze spadkiem temperatury, ale aby ją obniżyć musimy mieć kompresor z silnikiem, który zwiększa ilość ciepła wytworzonego poza lodówką, zwiększając entropie na zewnątrz urządzenia. Dlatego lodówki są zawsze z tyłu gorące.

Naukowcy wyizolowali już szereg genów (age-1, age-2, daf-2), które kontrolują i regulują proces starzenia u niższych organizmów i które mają również swoje odpowiedniki w organiźmie człowieka.

Prace nad pełnym genomem człowieka trwają w najlepsze i w dużym tempie. Michio Kaku uważa, że w niedalekiej przyszłości (do 30 lat), każdy z nas będzie sobie mógł zrobić za około 100 dolarów własny genom i mieć go na płycie CD albo pendrajwie. Po przeskanowaniu bedzie można wyodrębnić te geny, które decydują o długości życia.
Naukowcy z przekonaniem twierdzą, że długowieczność to cecha rodzinna. Długo żyjące osoby mają zazwyczaj długowiecznych rodziców.
Jednakże długość naszego życia nie jest w 100 procentach zdeterminowana przez geny. Badacze tego zagadnienia są przekonani, że zależy ona od genów tylko w 35 procentach.

Mając swój genom na nośniku oraz analizy komputerowe, które będą mogły precyzyjnie zlokalizować miejsca, gdzie przede wszystkim dochodzi do starzenia, będzie można z tym walczyć.
Wiemy, że w samochodzie starzenie zachodzi głównie w silniku, gdzie benzyna jest utleniana i spalana. Podobnie analiza genetyczna wykazała, że starzenie ograniczone jest głównie do „silnika” komórki, którym są mitochondria, czyli komórkowa siłownia. To pozwoliło naukowcom zawęzić poszukiwania „genów starości” i sposobów przyspieszenia naprawy genów mitochondrialnych, aby odwrócić proces starzenia.

Do roku 2050 może się udać spowolnienie procesu starzenia dzięki zastosowaniu różnorodnych terapii: na przykład komórki macierzyste, sklep z wymiennymi częściami człowieka i terapia genowa w celu naprawy starzejących się genów. Będziemy mogli żyć 150 lat lub więcej.
Do 2100 roku może się okazać możliwe odwrócenie efektu starzenia drogą przyspieszenia komórkowych mechanizmów naprawczych, co pozwoli na jeszcze dłuższe życie.

Ja osobiście chciałbym żyć dłużej. Wy podejrzewam też.

  Napisano na podstawie Fizyka Przyszłości  Nauka do 2100 roku, Michio Kaku, wyd. Prószyński i S-ka, 2011
____________________________________________________________________________

sobota, 4 kwietnia 2015

Dobry smak

Dobry smak




A jeśli z dziękczynieniem coś spożywam, dlaczego mają mi złorzeczyć za to, za co ja dziękuję? A więc czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą" (1 Kor 10, 30 - 31);


Dzisiaj będzie dosłownie. Smak – jeden ze zmysłów danych nam przez Stwórcę. Wydawać by się mogło, że pomniejszy w porównaniu ze wzrokiem i słuchem w nieustannej ocenie świata. Tak, jak zmysł powonienia. Lecz tak jest tylko w przypadku tych, którzy nie rozumieją pełni życia i ubliżają Panu Bogu, który dał nam przecież wszystkie zmysły nie dla ozdoby, nie w twórczym kaprysie, tylko po to, byśmy je w pełni wykorzystywali.
Pan Jezus właśnie zmartwychwstaje. Wspaniały powód do radości i świętowania. A czy nie jest najlepszą metodą świętowania właśnie uczta?
Ileż to razy widzieliśmy Pana Jezusa ucztującego? Nawet przed końcową tragedią odbyła się Ostatnia Wieczerza.

Dobry smak w spożywaniu pokarmów ma to do siebie, że przenosi się na inne dziedziny życia. To on pozwala dostrzegać piękno, odkrywać jakość, budować kulturę.
Dlatego mówiąc o dobrym smaku częściej mamy na myśli nie tylko rozkosze podniebienia, ale również osobisty styl życia, świadome dokonywanie wyborów, nie tylko w stosunku do rzeczy martwych, ale również w stosunku do ludzi, z którymi się obcuje.

Dajmy sobie jednak przy świątecznym stole spokój z tymi górnolotnymi dywagacjami i zajmijmy się smakiem w czystej postaci: cudowny zmysł, dosyć prosty, bo rozróżniamy tylko pięć podstawowych smaków, jednakże dodając do tego powonienie, nagle dysponujemy niezliczonymi tysiącami aromatów.
Dlatego chociażby wyhodowaliśmy tyle gatunków jabłek, żeby zadowolić różnorodne gusta wybrednych smakoszy.

Są ludzie, którzy nie jedzą, tylko się pożywiają, tylko się karmią. To dla nich skonstruowano w ramach pop – kultury, cały system tzw. fast – foodów, żywności śmieciowej. Mogą jeść na stojąco, w biegu, prowadząc samochód. Byle tylko zaspokoić głód. Czym to się różni od tankowania na stacji benzynowej? Lecz jest to niewątpliwa obraza Boga. Grzech.Nie po to mamy nasze zmysły.

Święta Wielkanocne... Chyba najbardziej będę pamiętał te z okresu, gdy pracowałem z Grekami, na promie pływającym między portem Larnaka na Cyprze i portem Jounieh (czyt. Dżuni), 20 kilometrów na północny wschód od Bejrutu. W Libanie toczyła się wojna. Lotnisko i częściowo port w Bejrucie opanowane były przez muzułmańskich bojówkarzy. Libańscy chrześcijanie, czyli połowa narodu, bali się Bejrutu. Dlatego też woleli latać samolotem ze świata na Cypr, a potem promem spokojnie przypływać właśnie do Jounieh, które było już w części chrześcijańskiej Libanu.
Prom płynął tylko nocą, a cały dzień stał w porcie – raz na Cyprze, raz w Libanie.
Tamtej Wielkanocy staliśmy właśnie w Larnace. Odprawa i "wyładunek" pasażerów zakończył się o siódmej rano i nasi greccy marynarze natychmiast przystąpili do powolnego pieczenia barana na ruszcie. Baran był już przygotowany odpowiednio dwa dni przed świętem, mocno nasolony, zamarynowany i bardzo naszpikowany czosnkiem;odpoczywał i nasiąkał aromatami w chłodni.
Grillowanie odbywało się na otwartym pokładzie, marynarze cały czas obracali barana na ruszcie, zmieniając się co pół godziny, racząc się przy tym umiarkowanie piwem, co oczywiście też należało do ceremoniału.

Jedna ważna uwaga – napisałem baran, bo na świecie, gdzie baranina należy do przysmaków wyraźnie rozróżnia się barana (mutton) od jagnięcia (lamb). Dokładnie tak samo, jak u nas wołowinę od cielęciny.
I jeszcze jedno – bardzo żałuję, że u nas baranina jest w takiej pogardzie. To na prawdę wspaniałe mięso, choć o specyficznym posmaku. Ponad to, u nas owce hoduje się wyłącznie na wełnę i trochę dla mleka. Nie ma odmian typowo "mięsnych". Światowym liderem w zaopatrzeniu w baraninę jest Nowa Zelandia.

Gdy w końcu Grecy uznali, że baran jest już gotowy, dano mu nieco odpocząć i poćwiartowano. Ummm, co to była za uczta. Dokładając do tego jeszcze wspaniałe surówki, nie typowo greckie, lecz raczej libańskie, z zielonych warzyw u nas kompletnie nieznanych. Oczywiście pietruszkę, kolendrę i tymianek rozpoznałem natychmiast. Lecz czym jest warzywo o liściach nieco podobnych do pietruszki, albo selera o cudownym ostrym smaku rzodkiewki, nie wiem do dzisiaj. No i oczywiście pochodzące z Libanu obowiązkowe i tradycyjne mezzes – różnego rodzaju pasty, takie jak tahini, pasta oparta na sezamie, czy osiągalny już w naszych sklepach humus, który to ten prawdziwy, libański składa się z cieciorki, pasty sezamowej, czosnku i jogurtu. Wszystkie te pasty nabiera się z małych miseczek kawałkiem chleba pita,  który jest chlebem powszednim w tamtych rejonach Morza Śródziemnego. Tych małych miseczek w tamtej strefie kulturowej jest bardzo dużo, z różnorodnym dodatkami do dań głównych. Bardzo namiętnie używa się w tej kuchni wspomnianą ciecierzycę, a także soczewicę, orzeszki pinii, sezam, miętę, jogurt, czosnek i kolendrę.Pychota.
Obowiązkowo do tego należy dodać wyjątkowo radosny nastrój z jakim związane są Święta Wielkanocne w grecko-katolickiej Grecji i Cyprze. A słowa: Xristos Anesti! (Christos Anesti) – Jezus Zmartwychwystał! rozlegają się wszędzie i bez przerwy, jak prawdziwa, radosna nowina.
Bardzo gorąco polecam spędzenie Wielkiej Nocy chociaż raz w życiu w tamtych regionach. Pozostawi to wspomnienie na zawsze. Wspomnienie radosne, słoneczne, z bardzo mocnym i osobistym przeżywaniem wskrzeszenia Chrystusa i to pośród radujących się szczerze z tego powodu ludzi.


Często i chętnie pomagam przy gotowaniu. Mam swoje przepisy z całego świata i moje smaki. Wszyscy mówią, że moja tajska zupa jest przepyszna. Tak, jak kompletnie nieznany u nas dalekowschodni kilowin z surowego tuńczyka, różniący się znacznie od południowo-amerykańskich ceviche.
Lecz oczywiście nie są to smaki na polską Wielkanoc.

Czym się będę raczył w gronie rodziny? Bardzo, bardzo tradycyjnie.
Wymienię z tego tylko parę polskich smakołyków.

Oczywiście będzie staropolski, klasyczny żurek, który przygotuje żona, bo jej mistrzostwa w tej potrawie chyba nigdy nie osiągnę.
Oczywiście, na co wszyscy się chyba zgodzą, żurek obowiązkowo musi korespondować z jajkiem na twardo oraz przepyszną białą kiełbasą. Znalazłem jakiś czas temu producenta, który robi wspaniała białą. To przede wszystkim kwestia konsystencji, użycia odpowiedniego mięsa i należytych przypraw. Dużo majeranku, który również jest w odpowiedniej ilości w żurku.
Wszystkich moich zagranicznych gości, którzy pierwszy raz odwiedzają Polskę częstuję żurkiem. Znam restauracje, które potrafią go świetnie zrobić i zaserwować w specjalnie wypiekanych chlebach. To robi wrażenie i jeszcze nikt nie pozwolił sobie, żeby nie okazać po konsumpcji zachwytu. Uwierzcie –żurek to numero uno, number one polskiego jedzenia i polskiej kuchni.
Niemcy też robią białe kiełbasy. Lecz jest to kompletnie coś innego. W zupełności mają rację Amerykanie zdecydowanie odróżniając polską kolbasa, od niemieckiego wursta, a na końcu całe to pozostałe pospólstwo nazywając sausage (sosedż).
Nikt chyba nie ma wątpliwości, że przez całe święta królują na stole jajka. Jednakże jakoś w tym roku nie chciało się nam zrobić jajek faszerowanych, choć wszyscy za nimi szaleją. Będziemy je na pewno robić na emeryturze, bo wymagają sporego zachodu.
Na danie główne w tym roku wybraliśmy coś trochę bardziej pracochłonnego niż drób, lecz również danie bardzo polskie – zrazy zawijane. W gęstym wołowym sosie będą podane z kaszę gryczaną, zasmażanymi buraczkami i dobrze ukiszonymi, jędrnymi ogóreczkami.

Namęczyłem się też trochę z pasztetem z zająca. Polskie pasztety nie mają nic wspólnego z francuskimi pate, w tym z najsłynniejszym foie gras, czyli pasztetem z gęsich wątróbek. Te francuskie, to delikatne pasty, pyszne, a owszem, natomiast polskie dobre pasztety, szczególnie te, które ja preferuję – pieczone, mają strukturę bardziej ziarnistą i przepyszną chrupiącą skórkę. Pamiętajcie – nie żałujcie do tego świeżo startej gałki muszkatołowej. Opłaca się.

Dość długo poszukiwałem odpowiedniej wędzonej szynki, którą na święta dodatkowo gotuję. Osiemdziesiąt procent tego, co jest na rynku zawiera oszukańczy ekstrakt z soi i konserwantów oraz ulepszaczy, pokrywających niemalże całą tablicę Mendelejewa. W końcu ją znalazłem. W składzie tylko mięso z szynki (niestety,często jest to łopatka), sól i przyprawy.
Teraz właśnie ją gotuję. Chociaż to złe określenie. Szynka odbywa kąpiel w temperaturze 80 stopni, w dobrze posolonej wodzie, by szynka swojej soli nie oddawała, w towarzystwie ząbka czosnku, paru kulek ziela angielskiego i dwóch pokruszonych liści laurowych. Dwukilowa szynka, to dwie godziny gotowania, a natychmiast po tym, prysznic z zimnej wody, by zahartować szynkę i spowodować, by soki pozostały wewnątrz. I na koniec leżakowanie w pokojowej temperaturze.

Na robienie słodkości niestety nie mamy czasu. Na szczęście jest duży wybór naprawdę dobrych wyrobów cukierniczych, a w mojej okolicy,  pysznych, choć półlegalnych ciast i tortów domowych.
Będą więc mazurki, tak kiedyś ochoczo wykonywane, gdy dzieci jeszcze były w domu. Będzie spora babka, tak, jak lubimy, drożdżowa. Sernik tradycyjny tylko z rodzynkami, upieczony i oblany lukrem. I jeszcze po kawałku dla każdego świetnej, naszego kresowiackiego symbolu – paschy.

Stół, a właściwie cały dom tonie we wiosennej zieleni.
Koszyczek ze święconką już przygotowany. Wewnątrz wszystko, co potrzeba, aby ksiądz obficie poświęcił, a Dobry Pan zadbał, aby niczego z tego nie zabrakło w moim domu.

Christos Anesti! Alleluja!
Niech Zmartwychwstanie Pańskie, które niesie odrodzenie duchowe, napełni wszystkich spokojem i wiarą,



Ps. Koszyk ze wszystkim co potrzeba, a przede wszystkim z solą, abyśmy się nie popsuli już poświęcony. Odmówiliśmy tez krótką modlitwę za pokój na świecie, bo nie jest dobrze.


.
.





A jeśli z dziękczynieniem coś spożywam, dlaczego mają mi złorzeczyć za to, za co ja dziękuję? A więc czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą" (1 Kor 10, 30 - 31);


Dzisiaj będzie dosłownie. Smak – jeden ze zmysłów danych nam przez Stwórcę. Wydawać by się mogło, że pomniejszy w porównaniu ze wzrokiem i słuchem w nieustannej ocenie świata. Tak, jak zmysł powonienia. Lecz tak jest tylko w przypadku tych, którzy nie rozumieją pełni życia i ubliżają Panu Bogu, który dał nam przecież wszystkie zmysły nie dla ozdoby, nie w twórczym kaprysie, tylko po to, byśmy je w pełni wykorzystywali.
Pan Jezus właśnie zmartwychwstaje. Wspaniały powód do radości i świętowania. A czy nie jest najlepszą metodą świętowania właśnie uczta?
Ileż to razy widzieliśmy Pana Jezusa ucztującego? Nawet przed końcową tragedią odbyła się Ostatnia Wieczerza.

Dobry smak w spożywaniu pokarmów ma to do siebie, że przenosi się na inne dziedziny życia. To on pozwala dostrzegać piękno, odkrywać jakość, budować kulturę.
Dlatego mówiąc o dobrym smaku częściej mamy na myśli nie tylko rozkosze podniebienia, ale również osobisty styl życia, świadome dokonywanie wyborów, nie tylko w stosunku do rzeczy martwych, ale również w stosunku do ludzi, z którymi się obcuje.

Dajmy sobie jednak przy świątecznym stole spokój z tymi górnolotnymi dywagacjami i zajmijmy się smakiem w czystej postaci: cudowny zmysł, dosyć prosty, bo rozróżniamy tylko pięć podstawowych smaków, jednakże dodając do tego powonienie, nagle dysponujemy niezliczonymi tysiącami aromatów.
Dlatego chociażby wyhodowaliśmy tyle gatunków jabłek, żeby zadowolić różnorodne gusta wybrednych smakoszy.

Są ludzie, którzy nie jedzą, tylko się pożywiają, tylko się karmią. To dla nich skonstruowano w ramach pop – kultury, cały system tzw. fast – foodów, żywności śmieciowej. Mogą jeść na stojąco, w biegu, prowadząc samochód. Byle tylko zaspokoić głód. Czym to się różni od tankowania na stacji benzynowej? Lecz jest to niewątpliwa obraza Boga. Grzech.Nie po to mamy nasze zmysły.

Święta Wielkanocne... Chyba najbardziej będę pamiętał te z okresu, gdy pracowałem z Grekami, na promie pływającym między portem Larnaka na Cyprze i portem Jounieh (czyt. Dżuni), 20 kilometrów na północny wschód od Bejrutu. W Libanie toczyła się wojna. Lotnisko i częściowo port w Bejrucie opanowane były przez muzułmańskich bojówkarzy. Libańscy chrześcijanie, czyli połowa narodu, bali się Bejrutu. Dlatego też woleli latać samolotem ze świata na Cypr, a potem promem spokojnie przypływać właśnie do Jounieh, które było już w części chrześcijańskiej Libanu.
Prom płynął tylko nocą, a cały dzień stał w porcie – raz na Cyprze, raz w Libanie.
Tamtej Wielkanocy staliśmy właśnie w Larnace. Odprawa i "wyładunek" pasażerów zakończył się o siódmej rano i nasi greccy marynarze natychmiast przystąpili do powolnego pieczenia barana na ruszcie. Baran był już przygotowany odpowiednio dwa dni przed świętem, mocno nasolony, zamarynowany i bardzo naszpikowany czosnkiem;odpoczywał i nasiąkał aromatami w chłodni.
Grillowanie odbywało się na otwartym pokładzie, marynarze cały czas obracali barana na ruszcie, zmieniając się co pół godziny, racząc się przy tym umiarkowanie piwem, co oczywiście też należało do ceremoniału.

Jedna ważna uwaga – napisałem baran, bo na świecie, gdzie baranina należy do przysmaków wyraźnie rozróżnia się barana (mutton) od jagnięcia (lamb). Dokładnie tak samo, jak u nas wołowinę od cielęciny.
I jeszcze jedno – bardzo żałuję, że u nas baranina jest w takiej pogardzie. To na prawdę wspaniałe mięso, choć o specyficznym posmaku. Ponad to, u nas owce hoduje się wyłącznie na wełnę i trochę dla mleka. Nie ma odmian typowo "mięsnych". Światowym liderem w zaopatrzeniu w baraninę jest Nowa Zelandia.

Gdy w końcu Grecy uznali, że baran jest już gotowy, dano mu nieco odpocząć i poćwiartowano. Ummm, co to była za uczta. Dokładając do tego jeszcze wspaniałe surówki, nie typowo greckie, lecz raczej libańskie, z zielonych warzyw u nas kompletnie nieznanych. Oczywiście pietruszkę, kolendrę i tymianek rozpoznałem natychmiast. Lecz czym jest warzywo o liściach nieco podobnych do pietruszki, albo selera o cudownym ostrym smaku rzodkiewki, nie wiem do dzisiaj. No i oczywiście pochodzące z Libanu obowiązkowe i tradycyjne mezzes – różnego rodzaju pasty, takie jak tahini, pasta oparta na sezamie, czy osiągalny już w naszych sklepach humus, który to ten prawdziwy, libański składa się z cieciorki, pasty sezamowej, czosnku i jogurtu. Wszystkie te pasty nabiera się z małych miseczek kawałkiem chleba pita,  który jest chlebem powszednim w tamtych rejonach Morza Śródziemnego. Tych małych miseczek w tamtej strefie kulturowej jest bardzo dużo, z różnorodnym dodatkami do dań głównych. Bardzo namiętnie używa się w tej kuchni wspomnianą ciecierzycę, a także soczewicę, orzeszki pinii, sezam, miętę, jogurt, czosnek i kolendrę.Pychota.
Obowiązkowo do tego należy dodać wyjątkowo radosny nastrój z jakim związane są Święta Wielkanocne w grecko-katolickiej Grecji i Cyprze. A słowa: Xristos Anesti! (Christos Anesti) – Jezus Zmartwychwystał! rozlegają się wszędzie i bez przerwy, jak prawdziwa, radosna nowina.
Bardzo gorąco polecam spędzenie Wielkiej Nocy chociaż raz w życiu w tamtych regionach. Pozostawi to wspomnienie na zawsze. Wspomnienie radosne, słoneczne, z bardzo mocnym i osobistym przeżywaniem wskrzeszenia Chrystusa i to pośród radujących się szczerze z tego powodu ludzi.


Często i chętnie pomagam przy gotowaniu. Mam swoje przepisy z całego świata i moje smaki. Wszyscy mówią, że moja tajska zupa jest przepyszna. Tak, jak kompletnie nieznany u nas dalekowschodni kilowin z surowego tuńczyka, różniący się znacznie od południowo-amerykańskich ceviche.
Lecz oczywiście nie są to smaki na polską Wielkanoc.

Czym się będę raczył w gronie rodziny? Bardzo, bardzo tradycyjnie.
Wymienię z tego tylko parę polskich smakołyków.

Oczywiście będzie staropolski, klasyczny żurek, który przygotuje żona, bo jej mistrzostwa w tej potrawie chyba nigdy nie osiągnę.
Oczywiście, na co wszyscy się chyba zgodzą, żurek obowiązkowo musi korespondować z jajkiem na twardo oraz przepyszną białą kiełbasą. Znalazłem jakiś czas temu producenta, który robi wspaniała białą. To przede wszystkim kwestia konsystencji, użycia odpowiedniego mięsa i należytych przypraw. Dużo majeranku, który również jest w odpowiedniej ilości w żurku.
Wszystkich moich zagranicznych gości, którzy pierwszy raz odwiedzają Polskę częstuję żurkiem. Znam restauracje, które potrafią go świetnie zrobić i zaserwować w specjalnie wypiekanych chlebach. To robi wrażenie i jeszcze nikt nie pozwolił sobie, żeby nie okazać po konsumpcji zachwytu. Uwierzcie –żurek to numero uno, number one polskiego jedzenia i polskiej kuchni.
Niemcy też robią białe kiełbasy. Lecz jest to kompletnie coś innego. W zupełności mają rację Amerykanie zdecydowanie odróżniając polską kolbasa, od niemieckiego wursta, a na końcu całe to pozostałe pospólstwo nazywając sausage (sosedż).
Nikt chyba nie ma wątpliwości, że przez całe święta królują na stole jajka. Jednakże jakoś w tym roku nie chciało się nam zrobić jajek faszerowanych, choć wszyscy za nimi szaleją. Będziemy je na pewno robić na emeryturze, bo wymagają sporego zachodu.
Na danie główne w tym roku wybraliśmy coś trochę bardziej pracochłonnego niż drób, lecz również danie bardzo polskie – zrazy zawijane. W gęstym wołowym sosie będą podane z kaszę gryczaną, zasmażanymi buraczkami i dobrze ukiszonymi, jędrnymi ogóreczkami.
Namęczyłem się też trochę z pasztetem z zająca. Polskie pasztety nie mają nic wspólnego z francuskimi pate, w tym z najsłynniejszym foie gras, czyli pasztetem z gęsich wątróbek. Te francuskie, to delikatne pasty, pyszne, a owszem, natomiast polskie dobre pasztety, szczególnie te, które ja preferuję – pieczone, mają strukturę bardziej ziarnistą i przepyszną chrupiącą skórkę. Pamiętajcie – nie żałujcie do tego świeżo startej gałki muszkatołowej. Opłaca się.

Dość długo poszukiwałem odpowiedniej wędzonej szynki, którą na święta dodatkowo gotuję. Osiemdziesiąt procent tego, co jest na rynku zawiera oszukańczy ekstrakt z soi i konserwantów oraz ulepszaczy, pokrywających niemalże całą tablicę Mendelejewa. W końcu ją znalazłem. W składzie tylko mięso z szynki (niestety,często jest to łopatka), sól i przyprawy.
Teraz właśnie ją gotuję. Chociaż to złe określenie. Szynka odbywa kąpiel w temperaturze 80 stopni, w dobrze posolonej wodzie, by szynka swojej soli nie oddawała, w towarzystwie ząbka czosnku, paru kulek ziela angielskiego i dwóch pokruszonych liści laurowych. Dwukilowa szynka, to dwie godziny gotowania, a natychmiast po tym, prysznic z zimnej wody, by zahartować szynkę i spowodować, by soki pozostały wewnątrz. I na koniec leżakowanie w pokojowej temperaturze.

Na robienie słodkości niestety nie mamy czasu. Na szczęście jest duży wybór naprawdę dobrych wyrobów cukierniczych, a w mojej okolicy,  pysznych, choć półlegalnych ciast i tortów domowych.
Będą więc mazurki, tak kiedyś ochoczo wykonywane, gdy dzieci jeszcze były w domu. Będzie spora babka, tak, jak lubimy, drożdżowa. Sernik tradycyjny tylko z rodzynkami, upieczony i oblany lukrem. I jeszcze po kawałku dla każdego świetnej, naszego kresowiackiego symbolu – paschy.

Stół, a właściwie cały dom tonie we wiosennej zieleni.
Koszyczek ze święconką już przygotowany. Wewnątrz wszystko, co potrzeba, aby ksiądz obficie poświęcił, a Dobry Pan zadbał, aby niczego z tego nie zabrakło w moim domu.

Christos Anesti! Alleluja!
Niech Zmartwychwstanie Pańskie, które niesie odrodzenie duchowe, napełni wszystkich spokojem i wiarą,

Ps. Koszyk ze wszystkim co potrzeba, a przede wszystkim z solą, abyśmy się nie popsuli już poświęcony. Odmówiliśmy tez krótką modlitwę za pokój na świecie, bo nie jest dobrze.


.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/dobry-smak

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.
.





A jeśli z dziękczynieniem coś spożywam, dlaczego mają mi złorzeczyć za to, za co ja dziękuję? A więc czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek czynicie, wszystko czyńcie na chwałę Bożą" (1 Kor 10, 30 - 31);


Dzisiaj będzie dosłownie. Smak – jeden ze zmysłów danych nam przez Stwórcę. Wydawać by się mogło, że pomniejszy w porównaniu ze wzrokiem i słuchem w nieustannej ocenie świata. Tak, jak zmysł powonienia. Lecz tak jest tylko w przypadku tych, którzy nie rozumieją pełni życia i ubliżają Panu Bogu, który dał nam przecież wszystkie zmysły nie dla ozdoby, nie w twórczym kaprysie, tylko po to, byśmy je w pełni wykorzystywali.
Pan Jezus właśnie zmartwychwstaje. Wspaniały powód do radości i świętowania. A czy nie jest najlepszą metodą świętowania właśnie uczta?
Ileż to razy widzieliśmy Pana Jezusa ucztującego? Nawet przed końcową tragedią odbyła się Ostatnia Wieczerza.

Dobry smak w spożywaniu pokarmów ma to do siebie, że przenosi się na inne dziedziny życia. To on pozwala dostrzegać piękno, odkrywać jakość, budować kulturę.
Dlatego mówiąc o dobrym smaku częściej mamy na myśli nie tylko rozkosze podniebienia, ale również osobisty styl życia, świadome dokonywanie wyborów, nie tylko w stosunku do rzeczy martwych, ale również w stosunku do ludzi, z którymi się obcuje.

Dajmy sobie jednak przy świątecznym stole spokój z tymi górnolotnymi dywagacjami i zajmijmy się smakiem w czystej postaci: cudowny zmysł, dosyć prosty, bo rozróżniamy tylko pięć podstawowych smaków, jednakże dodając do tego powonienie, nagle dysponujemy niezliczonymi tysiącami aromatów.
Dlatego chociażby wyhodowaliśmy tyle gatunków jabłek, żeby zadowolić różnorodne gusta wybrednych smakoszy.

Są ludzie, którzy nie jedzą, tylko się pożywiają, tylko się karmią. To dla nich skonstruowano w ramach pop – kultury, cały system tzw. fast – foodów, żywności śmieciowej. Mogą jeść na stojąco, w biegu, prowadząc samochód. Byle tylko zaspokoić głód. Czym to się różni od tankowania na stacji benzynowej? Lecz jest to niewątpliwa obraza Boga. Grzech.Nie po to mamy nasze zmysły.

Święta Wielkanocne... Chyba najbardziej będę pamiętał te z okresu, gdy pracowałem z Grekami, na promie pływającym między portem Larnaka na Cyprze i portem Jounieh (czyt. Dżuni), 20 kilometrów na północny wschód od Bejrutu. W Libanie toczyła się wojna. Lotnisko i częściowo port w Bejrucie opanowane były przez muzułmańskich bojówkarzy. Libańscy chrześcijanie, czyli połowa narodu, bali się Bejrutu. Dlatego też woleli latać samolotem ze świata na Cypr, a potem promem spokojnie przypływać właśnie do Jounieh, które było już w części chrześcijańskiej Libanu.
Prom płynął tylko nocą, a cały dzień stał w porcie – raz na Cyprze, raz w Libanie.
Tamtej Wielkanocy staliśmy właśnie w Larnace. Odprawa i "wyładunek" pasażerów zakończył się o siódmej rano i nasi greccy marynarze natychmiast przystąpili do powolnego pieczenia barana na ruszcie. Baran był już przygotowany odpowiednio dwa dni przed świętem, mocno nasolony, zamarynowany i bardzo naszpikowany czosnkiem;odpoczywał i nasiąkał aromatami w chłodni.
Grillowanie odbywało się na otwartym pokładzie, marynarze cały czas obracali barana na ruszcie, zmieniając się co pół godziny, racząc się przy tym umiarkowanie piwem, co oczywiście też należało do ceremoniału.

Jedna ważna uwaga – napisałem baran, bo na świecie, gdzie baranina należy do przysmaków wyraźnie rozróżnia się barana (mutton) od jagnięcia (lamb). Dokładnie tak samo, jak u nas wołowinę od cielęciny.
I jeszcze jedno – bardzo żałuję, że u nas baranina jest w takiej pogardzie. To na prawdę wspaniałe mięso, choć o specyficznym posmaku. Ponad to, u nas owce hoduje się wyłącznie na wełnę i trochę dla mleka. Nie ma odmian typowo "mięsnych". Światowym liderem w zaopatrzeniu w baraninę jest Nowa Zelandia.

Gdy w końcu Grecy uznali, że baran jest już gotowy, dano mu nieco odpocząć i poćwiartowano. Ummm, co to była za uczta. Dokładając do tego jeszcze wspaniałe surówki, nie typowo greckie, lecz raczej libańskie, z zielonych warzyw u nas kompletnie nieznanych. Oczywiście pietruszkę, kolendrę i tymianek rozpoznałem natychmiast. Lecz czym jest warzywo o liściach nieco podobnych do pietruszki, albo selera o cudownym ostrym smaku rzodkiewki, nie wiem do dzisiaj. No i oczywiście pochodzące z Libanu obowiązkowe i tradycyjne mezzes – różnego rodzaju pasty, takie jak tahini, pasta oparta na sezamie, czy osiągalny już w naszych sklepach humus, który to ten prawdziwy, libański składa się z cieciorki, pasty sezamowej, czosnku i jogurtu. Wszystkie te pasty nabiera się z małych miseczek kawałkiem chleba pita,  który jest chlebem powszednim w tamtych rejonach Morza Śródziemnego. Tych małych miseczek w tamtej strefie kulturowej jest bardzo dużo, z różnorodnym dodatkami do dań głównych. Bardzo namiętnie używa się w tej kuchni wspomnianą ciecierzycę, a także soczewicę, orzeszki pinii, sezam, miętę, jogurt, czosnek i kolendrę.Pychota.
Obowiązkowo do tego należy dodać wyjątkowo radosny nastrój z jakim związane są Święta Wielkanocne w grecko-katolickiej Grecji i Cyprze. A słowa: Xristos Anesti! (Christos Anesti) – Jezus Zmartwychwystał! rozlegają się wszędzie i bez przerwy, jak prawdziwa, radosna nowina.
Bardzo gorąco polecam spędzenie Wielkiej Nocy chociaż raz w życiu w tamtych regionach. Pozostawi to wspomnienie na zawsze. Wspomnienie radosne, słoneczne, z bardzo mocnym i osobistym przeżywaniem wskrzeszenia Chrystusa i to pośród radujących się szczerze z tego powodu ludzi.


Często i chętnie pomagam przy gotowaniu. Mam swoje przepisy z całego świata i moje smaki. Wszyscy mówią, że moja tajska zupa jest przepyszna. Tak, jak kompletnie nieznany u nas dalekowschodni kilowin z surowego tuńczyka, różniący się znacznie od południowo-amerykańskich ceviche.
Lecz oczywiście nie są to smaki na polską Wielkanoc.

Czym się będę raczył w gronie rodziny? Bardzo, bardzo tradycyjnie.
Wymienię z tego tylko parę polskich smakołyków.

Oczywiście będzie staropolski, klasyczny żurek, który przygotuje żona, bo jej mistrzostwa w tej potrawie chyba nigdy nie osiągnę.
Oczywiście, na co wszyscy się chyba zgodzą, żurek obowiązkowo musi korespondować z jajkiem na twardo oraz przepyszną białą kiełbasą. Znalazłem jakiś czas temu producenta, który robi wspaniała białą. To przede wszystkim kwestia konsystencji, użycia odpowiedniego mięsa i należytych przypraw. Dużo majeranku, który również jest w odpowiedniej ilości w żurku.
Wszystkich moich zagranicznych gości, którzy pierwszy raz odwiedzają Polskę częstuję żurkiem. Znam restauracje, które potrafią go świetnie zrobić i zaserwować w specjalnie wypiekanych chlebach. To robi wrażenie i jeszcze nikt nie pozwolił sobie, żeby nie okazać po konsumpcji zachwytu. Uwierzcie –żurek to numero uno, number one polskiego jedzenia i polskiej kuchni.
Niemcy też robią białe kiełbasy. Lecz jest to kompletnie coś innego. W zupełności mają rację Amerykanie zdecydowanie odróżniając polską kolbasa, od niemieckiego wursta, a na końcu całe to pozostałe pospólstwo nazywając sausage (sosedż).
Nikt chyba nie ma wątpliwości, że przez całe święta królują na stole jajka. Jednakże jakoś w tym roku nie chciało się nam zrobić jajek faszerowanych, choć wszyscy za nimi szaleją. Będziemy je na pewno robić na emeryturze, bo wymagają sporego zachodu.
Na danie główne w tym roku wybraliśmy coś trochę bardziej pracochłonnego niż drób, lecz również danie bardzo polskie – zrazy zawijane. W gęstym wołowym sosie będą podane z kaszę gryczaną, zasmażanymi buraczkami i dobrze ukiszonymi, jędrnymi ogóreczkami.
Namęczyłem się też trochę z pasztetem z zająca. Polskie pasztety nie mają nic wspólnego z francuskimi pate, w tym z najsłynniejszym foie gras, czyli pasztetem z gęsich wątróbek. Te francuskie, to delikatne pasty, pyszne, a owszem, natomiast polskie dobre pasztety, szczególnie te, które ja preferuję – pieczone, mają strukturę bardziej ziarnistą i przepyszną chrupiącą skórkę. Pamiętajcie – nie żałujcie do tego świeżo startej gałki muszkatołowej. Opłaca się.

Dość długo poszukiwałem odpowiedniej wędzonej szynki, którą na święta dodatkowo gotuję. Osiemdziesiąt procent tego, co jest na rynku zawiera oszukańczy ekstrakt z soi i konserwantów oraz ulepszaczy, pokrywających niemalże całą tablicę Mendelejewa. W końcu ją znalazłem. W składzie tylko mięso z szynki (niestety,często jest to łopatka), sól i przyprawy.
Teraz właśnie ją gotuję. Chociaż to złe określenie. Szynka odbywa kąpiel w temperaturze 80 stopni, w dobrze posolonej wodzie, by szynka swojej soli nie oddawała, w towarzystwie ząbka czosnku, paru kulek ziela angielskiego i dwóch pokruszonych liści laurowych. Dwukilowa szynka, to dwie godziny gotowania, a natychmiast po tym, prysznic z zimnej wody, by zahartować szynkę i spowodować, by soki pozostały wewnątrz. I na koniec leżakowanie w pokojowej temperaturze.

Na robienie słodkości niestety nie mamy czasu. Na szczęście jest duży wybór naprawdę dobrych wyrobów cukierniczych, a w mojej okolicy,  pysznych, choć półlegalnych ciast i tortów domowych.
Będą więc mazurki, tak kiedyś ochoczo wykonywane, gdy dzieci jeszcze były w domu. Będzie spora babka, tak, jak lubimy, drożdżowa. Sernik tradycyjny tylko z rodzynkami, upieczony i oblany lukrem. I jeszcze po kawałku dla każdego świetnej, naszego kresowiackiego symbolu – paschy.

Stół, a właściwie cały dom tonie we wiosennej zieleni.
Koszyczek ze święconką już przygotowany. Wewnątrz wszystko, co potrzeba, aby ksiądz obficie poświęcił, a Dobry Pan zadbał, aby niczego z tego nie zabrakło w moim domu.

Christos Anesti! Alleluja!
Niech Zmartwychwstanie Pańskie, które niesie odrodzenie duchowe, napełni wszystkich spokojem i wiarą,

Ps. Koszyk ze wszystkim co potrzeba, a przede wszystkim z solą, abyśmy się nie popsuli już poświęcony. Odmówiliśmy tez krótką modlitwę za pokój na świecie, bo nie jest dobrze.


.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/dobry-smak

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

wtorek, 31 marca 2015

Dilettanti spełniają założenia





 
 Jak wiadomo obowiązkiem Dyletantów jest odwiedzanie słonecznej Italii, zgłębianie sztuki, rozmyślanie oraz raczenie się jadłem i wybitnymi lokalnymi trunkami. Generalnie - cieszenie się życiem.

Tanie linie lotnicze spowodowały, że Europa stoi otworem i to za nieduże pieniądze. Jak się trochę pokombinuje i pogrzebie w Internecie, to do Mediolanu, a konkretnie Bergamo, tam i z powrotem, można polecieć za 300 złotych. Stamtąd, za naprawdę nieduże pieniądze, wynajętym samochodem, dwie godziny jazdy i jesteśmy w naprawdę wysokich Alpach, takich do 4500 metrów, u końca doliny Aosty, która kończy się tunelem St. Bernarda, lub jak kto woli, szczytem Cervinii (to po włosku), bardziej popularnie zwanym Matterhorn (4478 metrów). Samotny szczyt robi wrażenie. Tak samo, jak liczba alpinistów, którzy na nim zginęli. Bo każdy głupek, jak tylko poczuje się alpinistą, chce się z tą górą zmierzyć, a to raczej trudne zadanie.

Mimo końca sezonu, ale z powodu fenomenalnej pogody, w miasteczku Cervini, na 2000 metrów wszystko było pozajmowane, ale nieco bliżej i niżej (1700 mtr) z fajnymi wyciągami w Champoluc, było miejsca aż zanadto, trasy świetne i dosyć puste. Rewelka wprost.
Górskie domki schludne i puste. Ludzie przemili i spokojni. Urzeka brak nachalstwa, który tak doskwiera w naszych Tatrach. Skipass na wszystkie trasy, na jeden dzień to 20 Euro i na gondole, czy krzesełka nie ma wcale kolejek, więc zjeżdżać można tyle ile nogi pozwolą. A jeżdżą dzieciaki od lat 3, do dojrzałych obywateli 75-letnich.





Wjazdu do doliny Aosty, która ma niezależną administrację od Piemontu, broni monumentalny fort Bard, rozbudowany w XIX wieku przez rodzinę Savoy  , na miejscu starych fortyfikacji, jeszcze z V wieku, postawionych przez Teodoryka. Muzeum Alp, świetnie odnowione, jest sporą atrakcją.

W taki piękny dzień, jak piątek i sobota, z samego Mediolanu pięknie widać, od zachodu na wschód Alpy z pogórzem, a z dala, 200 kilometrów od miasta, szczyty otaczające dolinę Aosty błyszczą śniegiem w porannym słońcu. Tym razem w Mediolanie (pomijając obowiązkowe dla pań outlety w Vicolungo) tylko najważniejsze rzeczy do oglądania – centrum z katedrą Duomo i zabukowana, na długo wcześniej wizyta w kościele Santa Maria delle Grazie z kontemplacją Ostatniej Wieczerzy Leonarda.

Duomo, a dokładniej,  Katedra Narodzin św. Marii w Mediolanie (wł. Duomo St. Maria Nascente di Milano),wprost zatyka. Cudownie odnowiony różowy marmur, fascynuje bogactwem zdobień. I to z każdej strony.

Natomiast ogrom i majestat wnętrza uczy pokory, nawet najbardziej zatwardziałych bufonów.


Duomo jest jednym z największych (a dla mnie i najpiękniejszych) kościołów na świecie. Krzyż długi na 157 metrów, a szeroki na 109 metrów. Wspaniałe witraże w chórze katedry też należą do największych na świecie . Obecną budowlę rozpoczął książę Visconti w 1386, a zakończono dopiero za Napoleona. Coś, co się buduje 500 lat musi być tylko dziełem człowieka dla swego Boga. Nigdy, nigdzie nie budowano czegoś równie potężnego, jak chrześcijańskie katedry.

Okolice katedry to Mediolan – stolica światowej mody. Oczywiście Armani, Prada, Valentino, D-G, Versace, Luis Vuiton i paru jeszcze, ale raczej dla pani Kulczykowej lub Krauze. Dla Kwaśniewskiej raczej ciut, ciut nie. Najlepsze butiki zgromadzone pod dachem tutaj.

Zbliżający się tydzień paschalny musiał się otworzyć kontemplacją Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci. Naścienny obraz (460 x 880 cm) namalowany na zamówienie księcia Mediolanu Lodovico Sforzy w ciągu 3 lat w refektarzu kościoła Santa Maria delle Grazie, był nad wyraz nowatorski, szczególnie jeśli chodzi o symbolikę i ekspresję postaci. Nowatorska była też technika malowania fresku, lecz niestety, użyte przez Leonarda farby nie były zbyt trwałe. Ostatnia wielka renowacja zakończyła się w 2000 roku i trwała pięć razy dłużej niż malowanie obrazu. Można się przekonać, że Don Brown plótł bzdury o nadmiarowej ręce na obrazie. W rzeczywistości należy ona do św. Piotra. Jezus na obrazie właśnie ogłosił, że zostanie zdradzony. Stąd różne silne emocje na twarzach Apostołów. I Judasz jest między nimi. Niestety, robienie zdjęć jest bardzo no-no, więc tylko wizerunek kościoła.

Kuchnia regionalna Aosty i Piemontu, praktycznie nie różni się od reszty Włoch. Pizza, krok po kroku, idąc od Neapolu, przywędrowała na północ i opanowała całe Włochy. Jednakże północ tradycyjnie gustuje w polentach (kaszka manna z gryczaną, długo przygotowywane) i w risottach. Góry mają swoje fantastyczne nalewki alpejskie, a Piemont, to obok Toskanii najważniejszy region produkujący świetne, światowe wina, z flagowym winem Włoch Barolo. Świetne jest też Barbaresco i mgliste Nebbiolo. A dla oryginałów preferujących wina białe, czyli mnie, rozkoszy dostarczają wszystkie Asti, w tym musujące Asti Spumante.
Odwiedzającym ten region polecam picie win wytwarzanych domowym sposobem przez gospodarzy i , że tak powiem, karczmarzy. Są one tak świetne, że picie piwa tam właśnie uważam za profanację. Zachwyt mój wzbudziła fantastyczna na nalewka z ziół alpejskich – Braulio, należących do słynnych Amaro, znanych na świecie jako Digestif, do którego należy popularny już w Polsce Jaegermeister, który obżarciuchy wypijają po przejedzeniu, a pijacy, na kaca, następnego dnia.
By zrobić dobrą nalewkę Amaro używa się takie zioła: gencjanę, anżelikę, melisę i chininę, jałowiec, anyż, miętę i tymianek, liść laurowy, lukrecję, kardamon, szafran, cynamon i kwiat szarotki. I jeszcze pewnie nie wymieniłem wszystkiego. Braulio zaczyna się w ustach od mentolu, a potem przechodzi przez taką gamę smaków, że trudno nadążyć. Potwierdzam, że dobrze robi na żołądek.


Więc jeśli ktoś ma ochotę, to zachęcam w tamte strony. Gwarantuje, że wyjdzie taniej niż w Zakopanym i znacznie, znacznie przyjemniej.
No i oczywiście, pogłębia się swoją wartość, jako prawdziwego Dyletanta. 
____________________________


Duomo po środku, po lewej, pod łukiem (i pod szklanym dachem), raj kobiet, najbardziej ekskluzywne boutiki świata


poniedziałek, 30 marca 2015

Polskę trzeba wziąć za pysk.

Droga do niewolnictwa już jest blisko



Niestety... to bardzo smutna konstatacja. Lecz innej drogi wyrwania się z tego szamba nie widzę.
A jak nie uczynimy tego sami, to inni to zrobią. Najpewniej Berlin, albo Moskwa i będziemy posłusznie chodzić w obcym zaprzęgu.

Oczywiście będę głosował na Andrzeja Dudę. Na dzień dzisiejszy nie ma lepszego kandydata. Lecz czy jest on Herkulesem mającym przed sobą stajnie Augiasza? Czy on jest chociaż twardym Viktorem Orbanem mającym odwagę bezczelnej Europie i światowym banksterom powiedzieć – nie?
Otóż Andrzej Duda jest potrzebny tylko po to, by przerwać ten chocholi taniec niemocy i bezsilności i wygonić Ali Babę i czterdziestu rozbójników z jaskini pełnej skarbów, jaka jest Polska.
Jednakże już w chwilę potem, zakładając, że Duda wygra, a na jesieni wygra PiS, jest tak wielki ogrom zadań i tak wielki sprzeciw materii, że Andrzej Duda, wraz z Jarosławem Kaczyńskim nie dadzą rady.
Jeżeli obaj są prawdziwymi mężami stanu, z silnym imperatywem państwowo-twórczym, mającymi na myśli wyłącznie polską rację stanu i poprawę dobrobytu biednego społeczeństwa, to bardzo szybko muszą stworzyć podstawy dyktatu, żeby tego brzydko nie nazywać dyktaturą.

Bo będzie wtedy potrzebna żelazna pięść. Inaczej się nie da. Zmarniejemy, zgnijemy i rozpłyniemy się po świecie, a polskie bogactwa przypadną tym co zwykle: - międzynarodowym hochsztaplerom, światowym korporacjom i garstce, może setce najbogatszych ludzi świata.

Takie ważne zadania staną przed tymi, którzy będą konsekwentnie chcieli odzyskać suwerenną Rzeczpospolitą:
 
  • Jak zmienić wybitnie szkodliwą, specjalnie skonstruowaną pod partyjniactwo konstytucję?
  • Jak doprowadzić do odzyskania i odbudowy polskiego przemysłu i gospodarki?
  • Jak rozliczyć tych, co nakradli i odebrać im to co się da?
  • Jak ukarać i zepchnąć w niebyt tych skorumpowanych i amoralnych polityków i urzędników, którzy doprowadzili do tragicznego poziomu państwa?
  • Jak odrodzić polską armię, wzmocnić bezpieczeństwo państwa i przegonić tych wszystkich kacapskich generałów?
  • Jak przeobrazić polski wymiar sprawiedliwości, by Polska ponownie stała się państwem prawa? Jak się pozbyć komunistycznych sędziów i prokuratorów, jak rozbić korporacje z królującym tam nepotyzmem i jak przywrócić należyta rangę sądom i sędziom?
  • Jak odsunąć tych wszystkich "ekonomistów" – Balcerowiczów, Rosatich, Krzysztofów Bieleckich i innych, którzy działają na zamówienie światowych szubrawców i złodziei?
  • Jak odzyskać bądź, co bądź publiczne media, by ponownie stały się obiektywną "czwartą władzą"?
I na koniec, kto wie, czy nie najważniejsze zadanie w tym bagnie – przeprowadzić pełną dekomunizację i lustrację, pozbyć się na zawsze Ludzi Systemu, którzy faktycznie z cienia rządzą Polską, tych wszystkich niedobitych kacapskich służb, tych, z WSI, tych byłych ubeków, którzy opanowali całe sektory gospodarki, całej tej tajnej mafii. Wachowskich, Dukaczewskich i setkę innych?

Potężna lista i epokowe zadanie.
Lecz nie do uniknięcia, jeżeli chcemy silnej suwerennej ojczyzny, kraju wolnych i zamożnych obywateli. Państwa, gdzie inni będą poszukiwać pracy, tylko my już nie popełnimy błędów zgniłej Europy, nie wpuścimy terrorystów, nie dopuścimy multi-kulti, które się kompletnie skompromitowało, a idei i poglądów nie będą narzucać zboczeńcy i dewianci. Homoseksualizm jest chorobą i tego trzeba się trzymać.

Czy Jarosław Kaczyński wespół z Andrzejem Dudą są zdolni do przeprowadzenia tak ogromnego zadania? Niestety – nie sądzę.
Potrafię jednak sobie wyobrazić, że gdyby prezes Kaczyński w interesie państwa, oddał część swojej władzy, gdy już wygra wybory i utworzy zespół, jakiś triumwirat, albo radę konsulów, a w nim powiedzmy, na czele takiej władzy wespół z prezesem Antoni Macierewicz, Romuald Szeremietiew, oraz Mariusz Kamiński, to może (???) byliby zdolni stworzyć podwaliny pod nową Polskę.

Popatrzmy co oferują dzisiaj pozostali, już zatwierdzeni kandydaci na prezydenta Polski. Pomińmy tu obecnego prezydenta Komorowskiego, bo niestety dobrze wiemy na co go stać i dał się poznać, jak zły szeląg.
  • Janusz Korwin Mikke – wystarczy popatrzeć wstecz na minione 30 lat by łatwo ocenić, co ten człowiek jest wart – destrukcja i zbliżenie z Rosją
  • Magdalena Ogórek – utrwalanie i ochrona post-komunizmu w Polsce
  • Adam Jarubas – utrzymanie złodziejskiej i skorumpowanej mafii PSLu na prowincji
  • Paweł Kukiz; fajny chłopak, ale bądźmy poważni, co można w Polsce zmienić, bazując na cokolwiek szczątkowym haśle utworzenia JOWów? Dzisiaj JOWy, to tylko woda na młyn lokalnych szubrawców z PSL, PO, i reszty
  • Grzegorz Braun; też fajny chłopak ale utopista i raczej marzyciel ideolog, a nie twardy przywódca państwa na krawędzi upadku
  • Resztę sobie daruję, bo to typowy folklor.

Czy ktokolwiek uważa, że tak głęboką rekonstrukcję państwa można przeprowadzić na zasadzie obywatelskiej umowy społecznej? Bardzo w to wątpię. Opór będzie zbyt silny, bo beneficjentów bagna III RP jest jednak sporo.
Natomiast przewrót rewolucyjny niesie za sobą ryzyko, że władzę znowu przejmą demagodzy i oszuści, którzy będą realizować cele właśnie, albo mocodawców, którzy ich będą wspierać ( obce rządy, miejscowi oligarchowie, międzynarodowe korporacje).

Ważnym zadaniem nowej, twardej władzy będzie także przeoranie mentalności Polaków. Dosyć już cwaniactwu, kombinowaniu i korupcji i bylejakości. Każdy Polak powinien być dumny ze swojej pracy i należycie za nią opłacany. Skończy się wówczas emigracja zarobkowa, która w rzeczywistości jest perfidnym planem dostarczania taniej siły roboczej dla zachodnich gospodarek. Powtórzę po raz setny: - "Państwo jest bogate bogactwem swoich obywateli" (Adam Smith). Budowanie nowej edukacji. Budowanie nowego etosu urzędniczego (każdy urzędnik jest osobiście odpowiedzialny za swoje decyzje). Budowanie, a raczej odbudowanie tradycyjnej, polskiej kultury, z wszystkimi wartościami chrześcijańskimi i łacińskimi. Stop ogłupiającej i nachalnej pop-kulturze. Nawet ta masowa może mieć wymiar artystyczny, którego zapewne nie ma taniec na rurze, czy walki roznegliżowanych kobiet w kisielu.

Oczywiście ja dobrze wiem, co to jest polityka i działania polityczne. I jak ostro na świecie zwalczane są twarde reżimy, które starają się przeciwstawić ogólnoświatowemu zakłamaniu i pazerności elit. Wiem, jaki wrzask by się podniósł za granicą, a także w samym kraju. Wybicie się Polski na suwerenność jest zabronionym scenariuszem. Przedsmak tego mieliśmy za rządów PiSu – jak wściekle zwalczani byli Kaczyńscy, a jeden z braci przypłacił to własnym życiem.
W planach władców świata nie ma na razie zgody na Polskę suwerenną. Jak to widzę, chociaż większość obywateli nie zdaje sobie z tego sprawy, przeznaczono jej rolę kolonii.
Mija dwa lata, jak przyleciałem z Brazzaville, stolicy Konga i osobiście widziałem, jak jeden z najbogatszych w surowce krajów świata, jest świadomie rujnowany przez Belgów, Amerykanów, Chińczyków, Rosjan i inne międzynarodowe instytucje.
Czy przypadkiem takiej samej roli nie przeznaczono Polsce? Tym bardziej, że u władzy jest tyle pasożytów, niby – polaków, którzy z całym zapałem takiemu scenariuszowi będą służyć ze wszystkich sił.

Czy to oznacza, że nie ma szans? Orbanowi pozwolono rekonstruować Węgry, popędzić szubrawców z Unii Europejskiej, banksterów i korporacyjnych hochsztaplerów. Lecz Węgry to kraj niewielki i nikt specjalnie się nie wysila, bo straty dla złodziei też raczej nie są duże. Tak samo jest z Islandią, która nawet ostatnio zdecydowała, że do Unii Europejskiej wchodzić nie będzie.
Lecz Polska, to znacznie bardziej łakomy kąsek. Nawet stan bogactw naturalnych jest ukrywany przed narodem. A potencjał siły roboczej? A ogromny rynek zbytu?

Po I-wszej Wojnie Światowej Polska również była niechcianym bękartem. Ileż między innymi Ignacy Paderewski musiał się napracować, by doprowadzić do światowej zgody na zaistnienie niepodległej Polski.
Uważam, że tym, co pójdą w jego ślady będzie jeszcze trudniej.

Może to co piszę, o tej konieczności "przejściowej dyktatury" to utopia. Lecz jakoś nie widzę, żeby inaczej można było wyjść z impasu.
A czas leci... 25 lat zmarnowano. Jest coraz gorzej – coraz mniej suwerenności, coraz mniej bogactwa – i co najgorsze, coraz mniej obywateli.

Jak już nas w pełni skolonizują, a z nas – Polaków uczynią bezwolnych poddanych, to rozważania, jakie władze powinniśmy mieć w Polsce stracą całkowity sens.
Bo nie będziemy mieli nic do powiedzenia.


.