czwartek, 22 lipca 2021

Nie uciekniesz – rewolucja cię dopadnie

 

Zanim przetrawię jako dobry przeżuwacz, świeżą informację, jak to brukselscy szaleńcy, z Timmermansem w ideowym obłędzie na czele, chcą nas cofnąć o tysiąc lat i zrobić z nas zniewolonych dziadów pod hasłem "Fit for 55", przedstawiam moje przemyślenia, jak zmiany technologiczne wpływają na nas w zakresie widzenia świata, czyli komunikacji i informacji

Pod presją zdarzeń, radykalnych zdarzeń, a nie jak kiedyś, gdy w "sezonie ogórkowym" umieszczano dziennikarskie bajki o potworze z Loch Ness, który nagle pojawił się w Wiśle, nie mamy dłuższej chwili, by spokojnie się zastanowić i porozmyślać – dokąd to wszystko prowadzi.

Czy zauważamy, że wszystko ważne dzieje się zawsze na powierzchniach? Czyli na styku dwóch różnych stanów materii, w pewnym sensie różnych światów.
Nasze ludzkie życie głównie toczy się na styku solidnego ciała stałego – Ziemi, z gazową atmosferą. W dużo mniejszym stopniu na styku materii ciekłej – mórz i oceanów i atmosfery. A właśnie zaczynamy dopiero penetrować kolejną powierzchnię: atmosfera – kosmos.
Przyjmijmy tutaj, bo czemu nie, że ta ostatnia "powierzchnia" jest cieniutką płaszczyzną styku, konkretnie granicą ziemskiej atmosfery, powszechnie przyjmowaną na wysokości 100 – 120 kilometrów i nazywaną linią Kármána. A dalej mamy już ten umowny i tajemniczy Kosmos. Kosmos, którego ogromu nie jesteśmy w stanie pojąć.
Ale jak już jesteśmy dostatecznie głupi i bogaci, to możemy sobie za te kilkadziesiąt milionów dolarów polecieć i zobaczyć (choć po prawdzie nic nie zobaczymy) linię Karmana z bliska. W nagrodę dostaniemy dyplom.

To jest generalnie coś bardzo interesującego w fizyce, że najdziwniejsze rzeczy dzieją się właśnie w takich punktach styku, gdzie odbywają się przemiany fazowe – woda/płyn - lód/ciało stałe i vice versa; woda w parę wodną/gaz.
A jeszcze do końca nie są zbadane takie przemiany fazowe, gdzie gaz przemienia się w plazmę i z drugiego końca, czyli w otoczeniu zera absolutnego (−273,15 °C - na razie nie wiemy, czy może być jeszcze chłodniej).

Lecz ciekawość ludzka nie zna ograniczeń. A to zmusza nas do penetrowania coraz dalej, coraz wyżej i coraz głębiej.

Znacie może? https://youtu.be/P8JrirBz9Pg(link is external)
Reaching for a higher elevation
A new destination
New revelation
Find it in your heart
That's where you start, yeah

*****

Lata 70-te... Pół wieku temu. My, wszyscy studenci, lecz też kadra naukowa, nazywaliśmy siebie elektronicy. Nie było jeszcze oddzielenia się informatyki na zupełnie odrębną gałąź. Nie mówiło się jeszcze hardware software. Czyli sprzęt i oprogramowanie.
W tak zwanym nowym gmachu elektroniki winda nie zatrzymywała się na piątym piętrze. Administracja uczelni wykonała prośbę profesora Jerzego Seidlera, człowieka z którego byliśmy niesłychanie dumni, bo był światowym autorytetem w zakresie telekomunikacji i brał udział w projekcie NASA – pierwszego lotu człowieka na Księżyc. To on właśnie obliczył i zaprojektował system nieprzerwanej łączności, która musiała być co najmnie czterokanałowa.
To było moje pierwsze, poważniejsze zetknięcie z Kosmosem, choć od lat połykałem literaturę fantastyczno-naukową, a w zaprzyjaźnionym kiosku Ruchu odkładano mi zawsze Młodego Technika i Fantastykę.

10 lat później.
Zostałem wytypowany jako oficjalny przedstawiciel Polski w londyńskiej centrali korporacji międzynarodowej INMARSAT, gdzie mieliśmy też swoje skromne udziały,
INMARSAT powstał na bazie amerykańskiej sieci wojskowych satelitów geostacjonarnych COMSAT, gdy zbrojeniówka USA uznała, że jest to im już niepotrzebne, mają coś lepszego, ciągle tajnego, więc niech się cywile radują.
Mniej więcej równolegle zaczęła się gwałtownie rozwijać "ucywilniona" sieć satelitów do określania pozycji na ziemi GPS.
Satelity geostacjonarne, a więc i te INMARSATu, krążą na wysokości 35 786 km, co pozwala im być zawsze nad konkretnym punktem na ziemi. Natomiast GPSy latają na wysokości 20 200 km i ich okres jednego okrążenia to 12 godzin. Jest ich obecnie w użyciu 29.

Pracując w PLO zajmowałem się łącznością satelitarną zainstalowaną na ruchomych obiektach, konkretnie na statkach, co powodowało, że falowanie, kołysanie, zmiana kursu, itp., zmuszały do nieustannej korekty położenia anteny, bo musiała ona bez przerw patrzeć na satelitę, z którą miała stałe połączenie (link).
Armator zdecydował się na zainstalowanie łączności satelitarnej na 40 najważniejszych, oceanicznych statkach, A to była spora inwestycja i niezła suma. Producentów urządzeń było kilka, więc trzeba się było na coś przyzwoitego i nie najdroższego zdecydować. Musiałem więc mocno się w tej dziedzinie podszkolić.

Międzynarodowa kariera i wyjazd co najmniej na 4 lata do Londynu z żoną i córką niestety nie doszły do skutku, bo hunta Jaruzelskiego wprowadziła stan wojenny i międzynarodowe kontakty uległy zamrożeniu.

Jednakże aż do emerytury związany byłem z telekomunikacją w oparciu o satelity. Satelity, których przez te 40 lat namnożyło się mnóstwo.

****

Pominę olbrzymie zmiany, które dokonały się w okresie mojej zawodowej działalności. Niemalże cała dotychczasową naukę wywrócono do góry nogami.
O jednym tylko wspomnę – praktycznie skończono z ciągłością czegokolwiek – na początku określało się to zamianą sygnałów (dźwięk, obraz, dokumenty) analogowych na cyfrowe. Dopiero nieco później stwierdzono, że prawie wszystko nie jest takie ciągłe, jak sie nam wydaje, tylko jest poszatkowane na malutkie elementy, powiedzmy – bity. A to jest właśnie proces kwantyzacji.
Już nawet czas, który dotychczas spokojnie sobie płynął, teraz przeskakuje z jednego swojego kwantu na drugi, a nazywa się taki najmniejszy fragment czasy chrononem.
Praktycznie więc, teraz mamy właściwie epokę cyfrową.

Z internetem zaprzyjaźniłem się z pięcioletnim opóźnieniem, jeżeli przyjąć za początek w kraju, dostęp do Wirtualnej Polski poprzez te śmieszne usługi Poczty Polskiej.
Praca mi na to nie pozwalała. Parę lat minęło, jak telekomunikacja stała się ogólnodostępna dla załogi. A najpierw wszyscy chcieli bym zorganizował dostęp do telewizji. Co nie było takie proste, bo wtedy satelita INMARSATu nie miał kanałów TV. Do tego potrzebowałem osobnej anteny z mechanizmem śledzącym i resztę sprzętu pod pokładem. Wtedy tylko drugą antenę mogłem skierować na jakąś Astrę, czy Eutelsata lub Hot Birda.

Początek internetu dla mnie to oczywiście była poczta wp.pl, a potem, jak chyba wszystkich podnieciła Nasza Klasa. Takie to były dziewicze czasy...

*****

Wreszcie w domu... Bez metalowych ścian... niewielkiej kajuty... czasami kiwania takiego, że spać się nie da i nawet w najspokojniejsze dni też lekko kiwa. Nieustanne drgania, wibracje i hałas. Niszczą delikatne kosteczki ucha wewnętrznego, no i potem nie dosłyszysz. No i każdy statek specyficznie pachnie. A tankowce pachną węglowodorami, które nie są dobre dla zdrowia.

Trzy lata po skończeniu z morzem potrzebowałem, by pozbyć się morskiej traumy i przestać się denerwować, że muszę spakować mój symboliczny marynarski worek i jechać w świat

Ale wreszcie mogłem się skoncentrować na rozmyślaniu i to o tym, na co miałem ochotę, a nie tylko na mechanicznych i elektrycznych systemach. I czy są w porządku, czy może coś jest z nimi nie tak.
Moja praca przez długie lata to głównie diagnostyka, naprawa i konserwacja. Mechanizmy, a szczególnie wyrafinowane systemy z zakresu, który dziś nazywany jest robotyką, i choć by były najdroższe i najwspanialsze, też się psują, albo tylko źle pracują.
To zżerało mi kupę czasu i absorbowało umysł. Mimo tego, moim priorytetem zawsze była komunikacja. Konkretnie – telekomunikacja. Od pierwszych na początku wspaniałych radiostacji Mewa i radarów, które kiedyś miały okrągły ekran przykryty gumową osłoną i na który patrzyło się przez wizjer na czubku, aż do czasów, gdy na "dachu" nadbudówki" miałem sześć anten satelitarnych, w tym jedną niemalże trzy metrowej średnicy antenę szerokopasmową, która transmitowała sygnały do statkowych terminali, serwerów, wi-fi i telewizorów, a w Kosmos wysyłała dane badawcze zaszyfrowane kodem nie do złamania. No i oczywiście każdy mógł kiedy chciał skorzystać ze swojego prywatnego telefonu komórkowego.

Jako filmowy fanatyk, który przez czterdzieści lat miał ograniczony dostęp do sztuki filmowej, po skończeniu z morzem skupiłem się na nadrabianiu braków i oglądaniu co przez ten czas kinematografia wyprodukowała. Oczywiście śledziłem też wydarzenia sportowe i zerkałem na kanały informacyjne. Niestety, te ostatnie, czy to nasze – patriotyczne i prawicowe, czy wraże – lewacko neoliberalne, były kiepskie. To jest raczej propaganda, a nie dziennikarstwo.

Nie mniej, dosyć szybko zauważyłem pierwszy syndrom nadchodzącej przemiany, która powoli się zbliżała.

Otóż twierdzę z całym przekonaniem, aczkolwiek z pewną nostalgią, czy nawet smutkiem, że kino w swej klasycznej formie, właśnie powoli umiera.
Żeby było jasne – w żadnym wypadku nie umiera sztuka filmowa; produkcja kolejnych filmów będzie nadal się rozwijała i to nad poziomy, które dzisiaj jeszcze trudno sobie wyobrazić. Natomiast przestaniemy korzystać z sal filmowych. W Gdyni już zniknęło najbardziej lubiane multikino. Pewnie coś pozostanie, ale już bardziej w roli wesołego miasteczka dla całej rodziny, by się wybrać z domu na rozrywkę, na lody i posiedzieć na filmie dla dzieciaków, lub całej rodziny, karmiąc się z wielkiego kubła popkornem i popijając kolą.
Normalnie filmy będziemy oglądać u siebie w domu. Duże płaskie ekrany to już norma. Dźwięk również może być kinowej jakości. Film oglądamy sobie kiedy chcemy, o dowolnej porze. W każdej chwili możemy go zatrzymać, jeśli chcemy zrobić siusiu albo kawę. Lub też, jeżeli nas nudzi, wyłączyć go i oglądać coś innego.
Za około 25 zł. miesięcznie mamy do dyspozycji filmotekę z paru tysiącami tytułów. Od sagi "Ojca chrzestnego", po najnowsze przeboje jak "Incepcja". "Kingsman", czy z szaleństwa super-menów – "Liga sprawiedliwości Zacka Snydera".
Dodam jeszcze jedną obserwację: - również powolutku klasyczny 90-cio minutowy film zaczną zastępować wieloodcinkowe i wielo-sezonowe seriale. Pamiętam, jak już dosyć dawno szaleliśmy za "Miasteczkiem Twin Peaks". A niedawno "Gra o tron" pobiła chyba wszystkie rekordy popularności.
Świetne są również filmy dokumentalne.

Te obserwacje wykonałem patrząc już na dosyć stary, siedmioletni telewizor, który w momencie zakupu był najlepszy na rynku. Lecz w postępie elektroniki użytkowej, siedem lat to cała epoka.
Więc na Wielkanoc zdecydowałem się kupić nowy odbiornik, Głównie dlatego, bo potrzebowałem nieco większy ekran, a po drugie, nadarzyła się okazja, gdyż jeden z pierwszych w rankingach roku 2020 model, już w tym roku był za pół ceny. A to, co proponował, w zupełności mnie zaspokajało.
Tak oto od paru miesięcy odkrywam, czym dzisiaj są najnowsze odbiorniki telewizyjne – niemalże komputery ze sztuczną inteligencją.

*****

Jako nastolatek, co sobotę odbierałem dla taty dobre dwa kilo gazet i magazynów. Prasa to była potęga. Rządziło słowo pisane. I na szczęście, w tamtych czasach gazety i tygodniki, oraz inne periodyki, były śmiesznie tanie. Tanie także były książki. Telewizja dopiero się rozwijała i w zakresie dostarczania informacji była uboga.
Kto by pomyślał, że to wszystko się tak szybko zmieni...

Ten telewizor, który miał siedem lat służył, był niezły, jeżeli chodzi o jakość dźwięku i obrazu. Miał też dwa gniazda światłowodowe, co pozwalało utrzymywanie jakości we współpracy z innymi urządzeniami. Sygnał zewnętrzny – telewizyjny – pobierałem z sieci kablowej. Tej potężnej, amerykańskiej, z której usług jestem zadowolony. Gdy podpisywałem umowę wybierając wypasiony pakiet "Multiroom", to oczywiście zapewniłem sobie także HBO. I wtedy okazało się, że mam pewien kłopot. Filmowe HBO to trzy kanały. Lecz to jest dla mnie mało wartościowe. Ważna jest biblioteka, co nazywa się HBO GO. To tutaj znajduje się do wyboru, do koloru około 5 tysięcy tytułów filmowych i seriali. A mój telewizor jakoś specjalnie nie chciał współpracować z routerem Wi-Fi. Zabawne jest to, że dopiero w tym roku znalazłem rozwiązane, niesłychanie proste, które pozbawiłoby mnie tych kłopotów.

Lecz wtedy dowiedziałem się także od sympatycznego serwisanta, że istnieje coś takiego jak HBO OD, OD to on demand czyli na życzenie. Czyli prosto na dekoderze przy telewizorze już to miałem. Fakt, HBO OD posiada około 2 tysięcy tytułów, czyli mniej niż połowę tego, co ma GO, a dodatkowo jest znacznie prymitywniejsze.

I to mi przez parę lat wystarczało.

*****

W tym roku zacząłem znowu kombinować z przystosowaniem domowej sieci, bym miał swobodny dostęp do tego HBO GO. Praktycznie rozmawiałem już z inżynierami sieci kablowej, konfigurowaliśmy optymalne rozwiązania, by w końcu zgodzić się, że instalacja dodatkowego sprzętu podroży mój abonament o jakieś 30 złotych.
A wtedy Głos Pana szepnął mi do ucha – Kup nowy telewizor. No i kupiłem.

Powtórzę – obecnie 7 lat w rozwoju telewizorów to cała epoka. Ten nowy model, rocznik 2020, po instalacji zmusił mnie bym przesiedział przy nim parę godzin, by wszystko rozkminić. Instrukcji obsługi, w tym wypadku skromna książeczka, jakieś 120 stron, nie czytam zazwyczaj, bo uważam, że obsługa sprzętu domowego powinna być prosta i intuicyjna, nawet na poziomie przysłowiowej "blondynki".
Już naciśnięcie przycisku Włącz/Wyłącz otwiera coś nowego, coś na kształt pulpitu komputera. Nie ma myszki, nie ma płytki dotykowej, co kiedyś zresztą producent próbował. Poruszasz się po ekranie paroma przyciskami maksymalnie uproszczonego pilota, który jest solidny i metalowy i jak sprawdziłem, na pewno nie jest aluminiowy.

Rozpisałem się czego to tam nie ma i jaki jestem zachwycony, ale każdy ma komputer i sam widzi, więc zanudzać nie będę. A cały duży akapit usunąłem.
muszę zwrócić uwagę - nie TV i nie HBO GO, które były głównym motorem modernizacji sprzętu, tylko You Tube zostało moim głównym kanałem.
Poprzednio na YT słuchałem sobie tylko muzykę do wyboru i koloru, a tutaj nagle, w zupełnie innej szacie graficznej i sposobie obsługi, mam wszystko, czego potrzebuję – wiadomości, oczywiście muzyka, wywiady, naukowe, wykłady od religii do historii Kosmosu, gry, itp. To oddzielne zakładki. Oraz oczywiście swoje prywatne subskrypcje i bibliotekę.
I jeszcze coraz częściej przestaję korzystać z Googla, bo jak dzisiaj zerwałem czarne porzeczki to hasło =nalewka z czarnej porzeczki= wystukałem na YT.

I oto do jakich wniosków doszedłem.

Te wszystkie, pochłaniające nasz czas i dające miliardy właścicielom Facebooki, Tweetery, Instagramy, dostaną kopa w dół i spadną do swych nisz, gdzie ich miejsce. Tu dodam, że właśnie uruchomiony przez redaktora Sakiewicza portal komunikacyjny Albicla, niestety jest błędem – ten czas na to właśnie mija.

A kto wygra i wespnie się na szczyt? Oczywiście You Tube. I całkiem możliwe, że będąca CEO w YT nasza rodaczka Susan Wojcicki niedługo dołączy do grona miliarderów i może też zafunduje sobie rakietę. Jej poprzednik na stanowisku, a ponadto to, że on wymyślił YT, Chad Hurlry, swoje pierwsze pół miliarda $$ zarobił dość szybko.

Niestety jest też pewna negatywna strona gwałtownego rozwoju tego cyfrowego formatu. Choć wszystko zaczęło się od tak zwanych podcastów.
Podkasty, bo już się używa spolszczonej pisowni, to audycje internetowe, a dzisiaj szybko rozwijające się, najczęściej audiowizualne, autorskie, albo nie, blogi.

Powoli, lecz nieustępliwie, więdną tradycyjne media społecznościowe, upada blogosfera. Każdy ambitny bloger, jeszcze w sile wieku, już nie chce być tylko piszącym tekstem blogerem. On musi, podążając za trendem, stać się vlogerem.
Vloger to nic innego niż video bloger. Wymyślasz konkretny tekst, interesujący temat, przygotowujesz go, tworzysz w pokoju przy biurku, albo gdziekolwiek, na przykład na łonie natury scenerię, zapewniasz dobre oświetlenie i gadasz do kamery. Może być ta w laptopie, albo nawet profesjonalna kamera.

Tu się przesuwa jądro komunikacji: - od słowa pisanego, najpierw na papierze, potem na ekranie, do audiowizualnej audycji. A You Tube jest platformą, dającą wszystkim możliwość publicznego produkowania się nie tylko pisanym słowem, ale także swoją całą widzialną osobowością.
Nudzisz, nie podobasz się – odpadasz. Jesteś dobry – statystyki oglądalności rosną. Mogą to także być wywiady, rozmowy, prezentacje wykładów w uniwersyteckim audytorium, albo koncerty, publiczne, czy studyjne.
Także twoje produkcje artystyczne – grafiki, animacje, muzyczne clipy, a nawet filmy. Inwencja wprost nieograniczona, jeżeli tylko jesteś twórczy i przyciągasz ludzi.

A twój odbiorca, widz, czy tylko słuchacz, nie musi jeździć gdzieś autem, lub autobusem, tylko siedzi w fotelu wygodnie przed telewizorem. Albo jeśli tak lubi, to ogląda na tablecie, czy smatrtfonie. Tylko w tym wypadku nie ma komfortu i jakości jakie daje współczesny telewizor.

Wierzcie mi – klasyczne media społecznościowe czeka powolny uwiąd. Choćby te springery, czy ruskie pieniądze pompowały kasę.

Oczywiście nie jestem jasnowidzem i nie jestem w pełni w stanie przewidzieć, co ten nasz postęp i innowacje, a także polityka wykręcą. A wiem, że będą bardzo się starały uczynić nam niezłą jatkę.
Dodam tylko, że to, co przewiduję, nie stanie się już za miesiąc, czy nawet rok. Spadek tradycyjnych narzędzi informacji i rozkwit nowych, potrwa parę lat.
Przypomnę tutaj tylko tym inernetowym błazeńskim mądralom, co to się naśmiewali z premiera Morawieckiego, wykrzykując: - Gdzie jest ta elektromobilność?!
Samochód wymyślono w 1886 roku, a pierwszą masową produkcję w Detroit, Michigan, USA, Henry Ford rozpoczął 1 października 1908 roku. Czyli po 22 latach. Tyle właśnie przełomowe idee wchodzą na rynek.

Chyba dosyć tego wieszczenia. Czasy są tak zwariowane, jakich nie było od tysiącleci. Upadek cywilizacji. Władza bolszewickich idiotów. Ogłupianie ludności. Olbrzymie pieniądze w rękach kilku ludzi. COVID...
I jeszcze ta rewolucja naukowo – technologiczna.

 

wtorek, 20 lipca 2021

Też otarłem się o FOZZ

 

Praca na morzu za komuny była niewątpliwie specyficzna. Była przecież Żelazna Kurtyna. Pamiętacie Państwo takie określenie – wyjazd na placówkę zagraniczną? To wówczas było coś, czego wszyscy zazdrościli. Lecz jednocześnie był to wyraz zaufania komunistycznych władz do delegowanego, a przede wszystkim Urzędu Bezpieczeństwa, czyli ubecji.

PRL, chcąc nie chcąc musiał prowadzić handel zagraniczny, wymianę towarową z całym światem – ten eksport i import.
W stworzonym wówczas modelu obsługi tej dziedziny, bolszewicy nie wymyślali nic nowego, tylko sięgnęli do idei II RP, rozwijania dużej, własnej floty handlowej. W rezultacie, w szczytowym okresie komuny w Polsce, biorąc sumarycznie marynarzy i rybaków dalekomorskich mieliśmy około 50 tysięcy ludzi morza.
A nad tą rzeszą zdrowych, dojrzałych mężczyzn (kobiety na morzu były pojedynczymi procentami) służby bezpieczeństwa – cywilne i wojskowe, musiały mieć pełną kontrolę dzień i noc.

Pracownik za komuny był tani. Więc na klasycznym drobnicowcu załoga liczyła zazwyczaj około 45 osób. A jak statek jeszcze zabierał na pokład paru pasażerów, to marynarzy było nawet 60-ciu.
Wobec obecnych standardów, gdzie załoga liczy od 14 do 17 marynarzy i oficerów w pełnej międzynarodowej obsadzie, to rzeczywiście było przeludnienie na statku.

Każdy polski statek w żegludze międzynarodowej, miał wśród załogi przynajmniej dwóch swoich agentów, albo chociaż zawodowych donosicieli, określanych dzisiaj formalnie TW – tajny współpracownik.
Jako również były radiooficer, czyli technik, zazwyczaj nie dopuszczany do tajemnicy (chociaż tacy też byli, przychodzący na to stanowisko z Ludowego Wojska Polskiego) mam pewien poznawczy dysonans w odniesieniu do obowiązków kapitanów w polskiej flocie. Ten temat ciągle jest martwy i jakoś nikt z tego grona, a tych już emeryckich Stowarzyszeń KŻW , nie powie nikt nic o pracy dla służb, jakby przysięga wierności i tajemnicy PRL-owi nadal obowiązywała.
A swoje niepodważalne obserwacje mam. W prawdzie z PLO – Polskich Linii Oceanicznych, ale jestem pewien, że wszędzie było identycznie.

Gdy kolejny rejs był już sprecyzowany i przygotowany, statek gotowy do drogi – ta cała masa roboty wielu ludzi – ładunek zabezpieczony w ładowniach i zbiornikach, załoga skompletowana, prowiant na burcie, paliwo zatankowane, plan podróży gotowy i precyzyjny, a pilot i holowniki czekały, by wyprowadzić statek z portu na otwarte morze, to kapitan z teczką wypchaną dokumentami, czasami również w towarzystwie pierwszego (mówiono też "starszego") oficera, po odprawie w dyrekcji udawał się jeszcze na "tajemnicze" najwyższe piętro biurowca, gdzie niepodzielną władzę miała tak zwana "wojskówka". Nie ma wątpliwości, że był to wywiad i kontrwywiad wojskowy, A o czym tam rozmawiano, jakie dyspozycje i polecenia wydawano, to nikt nieuprawniony nie miał najmniejszego pojęcia.

Jako radiooficer regularnie raz, lub dwa w miesiącu, odbierałem z Gdynia Radio, nadawany wówczas alfabetem Morse'a szyfrogram. Dosyć długi dokument, gdzie przy odbiorze trzeba było bardzo uważać, bo pomyłka choćby jednego znaku mogła zmienić sens całej depeszy. A łatwo nie było, jeżeli odbiera się coś, czego nie można zrozumieć. Bo takie szyfrogramy to były grupy cyfr, zawsze tej samej długości, więc dosyć monotonne. Nie daj Boże nagrywać to, albo robić kopie.
Szyfrogram w jednym egzemplarzu dostarczało się osobiście kapitanowi. A ten zamykał się z pierwszym oficerem w swojej kabinie, wyciągał z sejfu książkę kodów, męczył się z rozszyfrowaniem depeszy, a potem sam szyfrował swoją wiadomość.

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że w załodze na statku zawsze mieliśmy co najmniej dwóch "kabli", czyli donosicieli TW. To zazwyczaj była drobnica, nie przekraczająca poziomu Bolka. Przekonany jestem, że w każdym zakładzie pracy w PRLu były takie kanalie.
Czasami nie wiedzieliśmy, kto jest współpracownikiem służb, może się nawet domyślaliśmy, a czasami było to proste, jak pręt stalowy, bo sami szybko się demaskowali, często według zasady – "wy nie wiecie, kim ja jestem". Najczęściej demaskowano ich w czasie pijaństw, a najzabawniejsze było, gdy jedno "gumowe ucho pracowało dla wojska, a drugie dla cywilnej esbecji i pijani kłócili się, który z nich jest ważniejszy.

Po powrocie z rejsu kapitan ponownie udawał się na najwyższe piętro pięknego, przedwojennego biurowca PLO na ul. 10 lutego i składał szczegółowy raport z podróży, oraz o wykonanych zadaniach.

Strasznie jestem ciekaw i ciągle nic nie wiem, czy już w czasie nauki na Wyższej Szkole Morskiej młodzi nawigatorzy, a w perspektywie paru lat, kapitanowie, byli szkoleni, lub tylko informowani, że również ich chlubnym zadaniem dla ojczyzny jest szpiegowanie i współpraca ze służbami specjalnymi PRLu. A może informowano o tym dopiero, jak już pokładowy oficer junior odbywał obowiązkowy kurs Kapitana Żeglugi Wielkiej (kżw)? Lub też istniała taka możliwość, że informował o tym armator – PŻM, PLO, czy Dalmor – gdy do pracy przyjmował oficerów na stanowiska kapitanów, czy pierwszych oficerów

Opowiem anegdotę: - agentura wojskowa strasznie się nie lubiła, bo walczyła o prymat, z cywilną esbecją. Gdy w sierpniu 1980 roku byłem współorganizatorem przystąpienia marynarzy do strajku, to właśnie wojskówka poprzez zaufanego człowieka, poinformowała, że mamy w komitecie strajkowym kapusi i konkretnie, kto to jest. Dzisiaj, po 40 latach muszę powiedzieć, że mają się oni dobrze, a na fali bohaterów Solidarności, zrobili dobre kariery w Gdyni.

Przejdę teraz do afery FOZZ, a to, co napisałem powyżej, w pewnym sensie wiąże się z tym potężnym przekrętem.

Jest w pełni zrozumiałe, że jak w każdym zamkniętym środowisku, a takim przecież jest załoga statku w czasie rejsu, nawiązują się przyjaźnie, lub wprost przeciwnie, istnieją animozje i niechęci. Normalnie, jak to w życiu.
A czasami nawet te okrętowe relacje przeradzają się w stałe dobre stosunki na lądzie i dwie rodziny prowadzą klasyczne życie towarzyskie.
Tak też było ze mną i gościem, kompletnie nowym na morzu i nie związanym z WSM, którego zamustrowano w długą morską podróż.
W rezultacie później spotykaliśmy się na regularnych imprezach towarzyskich, odwiedzaliśmy się wzajemnie i po prostu, lubiliśmy się.

Gdzieś tuż po roku 90-tym, nazwijmy to małżeństwo Jaś i Małgosia, zadzwonili alarmująco wieczorem, już po 10-tej. Powiedzieli, że koniecznie natychmiast musimy się zobaczyć i że przyjadą do nas. Cóż robić, przygotowałem kawę i herbatę, plus jakieś ciasteczka.
Gdy już zakończyliśmy zwyczajowe powitalne paplanie, Małgosia przeszła do sedna. Wiedzieliśmy, że w tym małżeństwie to ona jest spiritus movens, inspiratorką. Przedsiębiorczą i pomysłową. Jasiu wolał zajmować się górami i sportem wyczynowym. To co wtedy powiedziała zaszokowało nas i zdenerwowało.
Nigdy nie byłem człowiekiem tak zwanego biznesu. Kultura wyniesiona z domu rodzinnego nauczyła mnie, że pieniędzy potrzeba tylko tyle, by dobrze i godnie żyć. Bogacenie i różne interesy, to nie tylko coś, na czym się nie znałem, ale także było tym, co wzbudzało w całej mojej rodzinie pewną pogardę. W rezultacie w epokę transformacji wszedłem goły i wesoły. Co nie znaczy, że w banku nie cieszyłem się zaufaniem, albo gdzie indziej potrafiłem pieniądze pożyczyć.
Małgosia oznajmiła, że odwiedzają dzisiaj paru przyjaciół, bo jest okazja, która kończy się jutro. Jest do kupienia, w niedalekim od Trójmiasta mieście, zakład pracy, przedsiębiorstwo – znane i solidne. Nowoczesny park maszynowy, kilkuset zatrudnionych, produkcja w pełnym toku, do tego warsztaty i duże magazyny, bocznica kolejowa, a nawet zakładowe osiedle mieszkaniowe. Do kupienia do jutra w południe.
Szoku doznaliśmy pełnego, gdy oznajmiła ile jeden udziałowiec, a nie będzie ich więcej niż czterech ma wyłożyć kasy, by formalnie i legalnie to kupić. To były jakieś drobne na dobry samochód. Powiedzmy w przeliczeniu na dzisiaj, jakieś sto tysięcy, aby kupić przedsiębiorstwo warte chyba z miliard. Oczywiście w skali dzisiejszych realiów.
Nigdy nie byliśmy prawdziwymi hazardzistami, chociaż dla rozrywki, a więcej z ciekawości, po kasynach zdarzało nam się włóczyć. Nie wierzyliśmy także w totolotka i jakiś spadek z Ameryki, po zmarłym wujku – milionerze. Co mieliśmy, to sami zarabialiśmy. I tyle.
Wysupłać 100 tysięcy do jutra w południe dalibyśmy radę. Ale po minięciu szoku – zgodnie odmówiliśmy. I to bez późniejszych wzajemnych żali i rozważań, co by było gdyby. To nam po prostu nieprzyjemnie pachniało.

Gdynia duża nie jest, więc po pewnym czasie poznaliśmy sens niedoszłego interesu.
Po pewnym czasie dotarła do nas wiadomość, jako że wcześniej nie interesowału nas rodzinne koligacje, że stryj Małgosi, to onegdaj prominentny członek Biura Politycznego PZPR, a obecnie cień Leszka Millera, gdyż zawsze go widać za plecami komunistycznego wodza. I to ten stryj podrzucił taką biznesową okazję.

Po nitce do kłębka i w tle ukazała się afera FOZZ, o której już co nieco wiedziałem, a może nawet coś więcej, jak przeczytałem "VIA BANK I FOZZ" Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy.
W mojej głowie dołączyła też wprost bandycka akcja służb "ŻELAZO" o którą się też prawie otarłem w Hamburgu i Antwerpii. Nie zauważyłem opracowania, bądź tylko tekstu, w którym by te dwie paskudne afery służb PRLu łączono. Nic już nie powie, ten, który zapewne wiedział wszystko – generał MO Mirosław Milewski, bo już ponad 10 lat nie żyje, tak jak gen. Kiszczak, który też pewnie wszystko wiedział. Ale jest ciągle sporo komunistycznych aparatczyków, którzy by nam dużo opowiedzieli, gdyby ich tylko odpowiednio zapytać.

Ten biznes, który w pewną noc oferowali Jaś i Małgosia, to fragment operacji finansowych służb specjalnych związanych z FOZZ, zarówno cywilnych, jak i wojskowych, może prania brudnych pieniędzy, ale bezspornie rozkradania majątku narodowego.
Z takich właśnie pieniędzy i mętnych operacji nimi, stworzono firmę ITI . Zrobiło to dwóch agentów: Jan Wejchert i Mariusz Walter ( ten pierwszy też zmarł dziwną śmiercią, jak miliarder Jan Kulczyk, również mający ścisłe kontakty ze służbami).
ITI w końcu spowodowała, że w 1997 rozpoczęła nadawanie telewizyjna stacja TVN.

A ileż to majątku narodowego za pomocą lewara FOZZ przeszło w ręce ludzi bez skrupułów?

Aferę FOZZ i jej przekręty i ludzi odkrył i ujawnił Michał Falzmann, inspektor Najwyższej Izby Kontroli – młody i zdrowy człowiek (to ważne!), który niedługo po swoim odkryciu, zmarł w dziwnych okolicznościach,
Rosyjskie służby od dawna stosowały skutecznie piękną naparstnicę purpurową, stosowaną nawet jako roślinę ozdobną w ogrodach, ze względu na piękne, fioletowe dzwoneczki. Jest to roślina silnie trująca, a zawarte w niej glikozydy, mogą wywołać zawał we właściwym momencie i śmierć.
Czy u tego upartego 37-latka też zastosowano tę sowiecką metodę eliminacji?

A gdy afera zrobiła się głośna rozsypał się worek z dziwnymi zgonami i wypadkami.
FOZZ to było coś tak wartościowego, że życie ludzkie bez specjalnych deliberacji można było poświęcić

Nie całkiem morderczym bolszewikom się udało. FOZZ mało pomóc stworzyć system oligarchiczny w Rzeczpospolitej. Michał Falzmann poświęcił swoje życie nagłaśniając "Matkę wszystkich afer" i to może dzięki temu nie mieliśmy oligarchów, chociaż kilku szemranych miliarderów mieliśmy i mamy.

Już w nowym wieku miałem zaszczyt nawiązać kontakt z Izabelą Brodacką Falzmann – wspaniałą i mądrą kobietą. Podobnie z profesorem Mirosławem Dakowskim, bojownikiem o Polskę i wybitnym profesorem, fizykiem jądrowym, A także ekscentrykiem z dużym poczuciem humoru.

Drążyłem aferę FOZZ, bo wokół niej wszystko jakby zamarło. Nic się nie dzieje, a akta pewnie butwieją na niskiej półce.

Jaś i Małgosia mają się dobrze. Leszek Miller jest niemalże honorowym obywatelem Gdyni. Mała Sycylia ma się dobrze. Jej biznesy również. Dla twardych komunistów po prostu dwóch pętaków z Wrzeszcza, jeden nawet były prezydent, a drugi były premier, zostało sowicie wynagrodzonych i pamiętników zapewne nie napiszą. No, może jakieś panegiryki.

Dzisiaj 30 rocznica dziwnej śmierci Michała Falzmanna. Czy ta śmierć ma pójść na marne? Czy uczestniczący w FOZZ, jak ten obrzydliwy dla mnie Dariusz Rosati, będą kpić i pokazywać faka Polakom?

.

czwartek, 15 lipca 2021

Dlaczego tak długo?

 

 

Hollywood. Luksusowy Beachwalk Elite Hotel.
Młoda, piękna aktorka ma szansę na świetną karierę. Tak wieszczą media i znawcy po jej pierwszym filmie, który przedarł się na szczyty na całym świecie. Jest tutaj umówiona z wielkim producentem filmowym, milionerem i celebrytą i wie, że od tego spotkania może zależeć jej cała przyszłość w branży filmowej.
Hej! - Zwraca się do recepcjonistki. - Mam tutaj umówione spotkanie z...
Wiem, wiem. - Przerywa jej elegancka kobieta za komputerem. - Proszona jest pani udać się do niego do penthouse'u. Proszę wybrać windę PH. Zawiezie ona panią prosto na górę. Nigdzie się nie zatrzymuje. Przeprasza za tę niedogodność, ale czuje się nie za dobrze.

Aktorka zmieszała się, a nawet rozzłościła. To ma być spotkanie biznesowe. Klasycznie przy stoliku w barze, albo w hotelowym lobby. Słyszała wprawdzie, że wielu biznesmenów w podróżach wynajmuje apartamenty i tam, w salonie, załatwiają swoje interesy.
No cóż... Pojechała windą PH prosto na górę.

Otworzył jej drzwi w białym szlafroku, uśmiechnął się przepraszająco i powiedział, że strasznie boli go kark. Odpowiedziała, że zaraz poprosi masażystkę.
Nie, nie! Nie trzeba. - Złapał ją za dłoń i pociągnął za nią do swego penisa w pełnym wzwodzie...

Ten obleśny zboczeniec, to jeden z najważniejszych hollywoodzkich producentów filmowych – Harwey Weinstein, m.in szef Miramaxu.
Paskudny obleśny typ. Całe Hollywood i LA wiedziało o jego skłonnościach. Z nutą pewnego lekkiego podziwu mówiono o nim – seksualny drapieżnik.

Opisany incydent miał miejsce bardzo dawno. Dopiero po 20 latach The New Yorker i The New York Times odważyły się upublicznić cały ciąg gwałtów i napaści na kobiety, co w politycznej poprawności nazywa się molestowanie.

W maju 2018 wreszcie aresztowano go w Nowym Jorku i oskarżono o gwałty i inne przestępstwa.
A w marcu zeszłego roku (2020), skazano go na 23 lata więzienia.
Od aresztowania do osądzenia Weinstein przesiedział w areszcie. Ponad 2 lata czekał na rozprawę...

A jak w Polsce potoczyła się sprawa redaktora naczelnego "Wiadomości" TVN?
Czy można tu snuć pewne analogie i starać się porównywać z Aferą Weinsteina?
Durczok w TVN był postacią z samego szczytu. Do tego warszawskim celebrytą, który nie stronił od alkoholu i od tego, co akurat było modne. Ostro imprezował a wtedy już cały gmach TVNu przy ulicy Augustówka 3 aż huczał od jego seksualnych wyczynów. Te panie, które już miały dosyć tego, mówiły oczywiście językiem poprawności politycznej, ze były molestowane przez niego, oraz stosował on mobbing. Jak by w Polsce nie było właściwych słów na takie czyny; czy to potocznych, czy poprawnych prawnie. Po prawdzie, o rozróbach Kamila Durczoka wiedziała cała Warszawa. Taa.... mobbing i molestowanie... też mi coś!
Przypomnę, że po takim "molestowaniu" Weinberga, w Stanach rozpoczął się ogólnokrajowy ruch – Me too.

Trudno znaleźć w doniesieniach prasowych informację, czy Durczok był sądzony, czy nie, za te seksualne wybryki. Ewidentnie wycisza się ten skandal.
Dopiero na blogu Sylwestra Latkowskiego [ http://latkowski.com/blog/kami...(link is external) ], którego zresztą Durczok pozwał za obrazę w 2015 (I wygrał !!!) można sobie przeczytać:
 

Kiedy słyszę „Durczok wygrał” i jak to bezrefleksyjnie podają media, ręce opadają. Co wygrał Durczok? Podważył zarzuty? Przeprosiny przecież nie dotyczą całości materiału prasowego, a tylko spornego fragmentu. W toku obu procesów (cywilnego i karnego) zeznawały różne osoby potwierdzające przypadki molestowania seksualnego przez Kamila Durczoka wobec podwładnych dziennikarek w ramach pracy redakcji „Fakty TVN”, w tym ofiary tego molestowania.
Sąd Apelacyjny zmienił orzeczenie sądu pierwszej instancji na korzyć Kamila Durczoka. Ten wyrok jest przykładem patologii, jaka panuje w sądach. Po tekstach we „Wprost” TVN powołał wewnętrzną komisję, która potwierdziła, że w redakcji „Faktów” dochodziło do przypadków molestowania i mobbingu. Sąd plunął w twarz ofiarom Durczoka.

Pikanterii dodaje fakt, że Sąd Apelacyjny miał wątpliwości, kto nie miał majtek na sobie – Durczok, czy jego ofiara.

Dopiero 23 marca 2021, mogłem w prasie przeczytać: - "Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro wniósł do Sądu Najwyższego skargę nadzwyczajną od wyroku skazującego czterech dziennikarzy tygodnika „Wprost” za pomówienie byłego redaktora naczelnego „Faktów” TVN Kamila Durczoka ".

Czyli, jak zwykle – końca nie widać. Sprawa molestowania, a potem sprawa dziennikarzy, których skazano za to, że poinformowali o ewidentnym przestępstwie, trwa już prawie 10 lat.

Ale nie zboczeńcami chciałem tu się zająć.

Toczy się właśnie śledztwo "złotego dziecka" Platformy, przyjaciela premiera Tuska i zwykłego żigolo i wirażki z Gdańska. Wykształcenie najśmieszniejsze ze wszystkich – politolog; na dodatek dyplom zdobyty na niesławnym Uniwersytecie Gdańskim, gdzie rektor habilitował się na plagiacie, a po godzinach urzędowania zabawiał się w dewelopera na terenach należących do Uniwersytetu.
Tenże gość, Nowak Sławomir, do końca rządów Tuska pełniący wiele kluczowych stanowisk we władzach państwa, dzisiaj okazał się przywódcą mafii i koordynatorem wielkich grabieży, oszustw i korupcji.
Osobiście nie wierzę, że to właśnie Nowak był capo di tutti capo. Jak ktoś zna struktury mafijne, pełnił on rolę człowieka od załatwiania spraw i całej tej brudnej roboty. To był lieutnant – w wojsku porucznik, lecz w mafii nie byle co.
 

A Lieutenant is a mid-level member of criminal organizations that use a codified rank structure who typically take their orders directly from the Boss. Their position is much like that of a Caporegime in Italian Mafia crime families.

Jeszcze jedno prywatne domniemanie – przekonany jestem, że gdyby Nowak działał tylko w Polsce, a nie wysłano go na Ukrainę, gdzie szybko się połapali, że mają do czynienia z mafijnym kombinatorem, to jego przestępstwa i organizacja nigdy by nie ujrzała u nas światła dziennego.
A to jest bardzo przykre.

Od strony zachodniej kraju Nowakowi raczej nic nie groziło, ba, nawet można podejrzewać, że paru ludzi w Brukseli mogło być zaangażowanych w działalność organizacji Nowaka, a niemiecka "krysza", gdzie jego współpraca z Joschką Fischerem, w młodości bojownikiem lewackiej grupy typu Antifa, dopiero wychodzi na jaw.

Często w felietonach określam, że współczesna Rosja Putina, to kraj cywilizacji turańskiej, spadkobiercy cywilizacji i kultury Mongołów, barbarzyńcy, najeźdźcy i chamy.
Powinniśmy na takim tle, mając z prawa bolszewików, a z lewej bizancjum spadkobierców nazistów, biorąc pod uwagę wartości I Rzeczpospolitej być aniołami i kulturalnymi mędrcami.
Niestety... "Hitler i Stalin zrobili co swoje" jak śpiewało T. Love.

Ci najstarsi – co urodzili się dzień po zakończeniu wojny – 10 maja 1945 roku, dzisiaj mają już 76 lat. Nigdy aż do roku 2015 nie zetknęli się z demokracją i wolnością. A także z prawdziwą uczciwością i przyzwoitością. Nawet, gdy byli najwspanialsi, to byli jak samotna róża na łące zżeranej przez chwasty.
Natomiast ci, którzy się urodzili po 2015, który to rok uważam za początek budowy prawdziwej republiki, czyli po naszemu – Rzeczpospolitej, mają dopiero lat sześć.
Wniosek – 99% procent Polaków, w taki czy inny sposób, a także w różnym stopniu, została skażona bolszewizmem, ze wszystkim degradującymi cechami.
Formowano każdego od okresu wychowania i nauczania, a potem na uniwersytetach, jeżeli się dalej kształcili, a w zakładach pracy szybko przyswajali, jak być człowiekiem podłym i marnym.
Rezultat – nie dorośliśmy jeszcze do demokracji i do wartości republikańskiej. Wszyscy – zarówno z lewej, jak i prawej strony.

76-cio letnia dziura w kontakcie z wolną demokracją nie tylko zdegenerowała obywateli, lecz także pozbawiła całej wiedzy, czym i jaka jest ta demokracja. Jak to działa. Co się dzieje.
W działaniach grup widzimy czysty bolszewizm, anarchizm, neo-liberalizm i kulawy, bezbronny konserwatyzm. Ludzie nawet z tego nie zdają sobie sprawy, lecz głośno wrzeszczą w imię swoich wydumanych standardów, które z powodu braków intelektualnych, moralnych i tradycyjnej wiedzy, po prostu nie daje wiedzy, co myśleć i jak być powinno.
A na dodatek, agenci wrogów Polski, których u nas niestety od stuleci jest zawsze sporo, karmią ich jadem kłamstwa, emocji i głupoty.

Konstytucja Stanów Zjednoczonych nieprzerwanie trwa już 234 lata. I od tego momentu Amerykanie żyją nieustannie w demokracji, z pełnymi swobodami i wolnością (prawda, nie wszystkie rasy miały aż tak długo tyle praw).

I oto, drodzy czytelnicy, w USA, kraju o takich tradycjach, żeby wreszcie skazać seryjnego gwałciciela, którego pozycja, majątek i status społeczny był silną tarczą obrończą, potrzeba było 20 lat, by postawić jemu zarzuty. A potem prokuratura przez 2 lata i 2 miesiące przygotowywała akt oskarżenia tak dobry, by sąd bez zastrzeżeń mógł go sprawiedliwie skazać. I wszyscy w Stanach uważali to za normalne i oprócz wysoko opłacanych adwokatów i tych zwyczajowo biorących łapówki, wszyscy byli zadowolenie ze śledztwa, rozprawy i wyroku.

W Polsce, gdzie minęło tylko 6 lat, w raczkującej demokracji i dążenia do przyzwoitości, po 76 latach zniewolenia nie tylko durna opozycja, zawodowi wyjce, lecz nawet w miarę uczciwi patrioci, niestety również jeszcze niedorośli do praw i wartości demokracji, wrzeszczą w sprawie mafioso Nowaka:
dlaczego posadzono zaledwie podejrzanego na 9 miesięcy do aresztu?!

Dlaczego prokuratura się tak grzebie ze śledztwem?!

I wreszcie słynny idiotyzm prawnych przedszkolaków – "istnieje domniemanie niewinności dopóki sąd nie orzeknie winy". Nawet gdy morderca został przyłapany w światłach kamer, jak podrzyna gardło ofierze.

Wrzeszcząc tak głupio w sprawie rozwlekłości śledztwa Nowaka, nasi umysłowi geniusze, nie wyłączając dziennikarzy i tzw. "ekspertów", darując sobie polityków, nie mają najmniejszego pojęcia w tematach zasady legalizmu i zasady praworządności. A zasady prawa w znaczeniu dyrektywalnym najprawdopodobniej odebrało by im mowę na długi okres.

Jako dilettanti znam się powierzchownie na prawie, ale mniej więcej rozpoznaję co jest źle i jak być powinno. Dodam, że jestem wyznawcą nadrzędności sprawiedliwości nad prawem. Lecz legalizm szanuję.

W tej chwili, mniej więcej po roku, Sławomir Nowak ma 17 zarzutów. Nie przyznaje się do winy i nie współpracuje z wymiarem sprawiedliwości. To klasyczna mafijna postawa – sypiąc, jest się czego poważnie obawiać. Tak zwana omerta.

Tak, jak opinia publiczna, nie wątpię, że również śledczy prokuratury czują, że zaledwie dotykają czubka góry lodowej.
W okresie rządów Tuska, mafia watowska ukradła Polsce, lub jak się mówi oględnie – RP straciła 250 mld zł. Te odnalezione brudne pieniądze u Nowaka, to dosłownie grosze na przysłowiowe waciki.

Nowak czuł się bezkarny. Bo za jego plecami stały potężne siły, takie od miliardów, a nie od milionów.
Sprawa wybuchła teraz, bo Nowak arogancko zlekceważył Ukraińców. A myślał, że będzie tak sielsko i anielsko jak w Polsce, gdzie latami mógł pracować w mafinym procederze.
Jest dużo spraw nawet sprzed 10 lat, gdzie wyczuwa się zapaszek wyperfumowanego Nowaka, a które jakby zostały porzucone i zapomniane.

Czy ktoś jeszcze pamięta aferę "Projekt Chopin" rujnującą wówczas nie-polski bank Pekao SA. Wprawdzie tam za głównego machera uważano byłego premiera – "Pierwszy milion trzeba ukraść" – Jana Krzysztofa Bieleckiego. Serdecznego przyjaciela Tuska, a nawet jego mentora. Nie było tam Nowaka? Był.

A słynna i kiedyś głośna "klapa" ministra Nowaka – zakup pociągów Pendolino nie był również mafijną aferą metodą "na wydrę? Zakup tandety, 20 składów w sumie za 400 milionów euro, od Alstromu – firmy, która w kilku krajach skazana była za afery korupcyjne. Nie wierzę, żeby Nowak nie skorzystał z takiej gratki.

To wszystko, jak już powiedziałem, zostało zamiecione dawno pod dywan, ale nagle w tym śledztwie nadarza się okazja, by te brudy rozwikłać i wyciągnąć na światło dzienne.
I się zapytam – co jest jeszcze? O czym nie wiemy?

Tymczasem ludzie gardłują, popędzają prokuraturę i służby – szybciej, szybciej! Macie dosyć. Skazać drania.
Ale chyba jest istotne, czy za bzdety na trzy lata, czy za zorganizowaną grupę przestępczą okradającą państwo i Polaków, na lat dwadzieścia.

Polacy chcą być nowocześni. I to szybko. Polacy pozują na mądrych. Choć do mądrości jeszcze długa droga. Na ważnych stanowiskach siedzą uzurpatorzy. Ci, co rzucali kamieniami w dinozaury.
Ale wydzierać się przy byle okazji bardzo lubią. Poganiać prokuratorów i policję też. A także pouczać władzę, klasycznym argumentem – ja bym to zrobił lepiej.

Proszę pozwolić w sprawie Nowaka & Co śledczym działać w swoim tempie. Bo jak twierdzę, jest jeszcze wiele wątków, którym trzeba się przyjrzeć.
Także mafiosów jest znacznie więcej wokół Nowaka. Mamy tak, jak przy Amber Gold wsadzić do więzienia prostego słupa z małżonką? Wolałbym, by posypały się na prawdę tęgie głowy.
 

czwartek, 8 lipca 2021

Krótkie scenario na cygański spisek

 

Komisja EU toczy teraz wojnę z Węgrami, jak zwykle pod fałszywym pretekstem walki o praworządność.

Przypadkiem obok Węgier znalazła się Polska, choć my żadnych zmian w prawie nie dokonaliśmy. Wniosek - Węgry są tylko przykrywką, by dobrać się do Polski.

Tusek i jego szemrani kolesie już kiedyś oznajmili, że trzeba zrobić tak, by należne Polsce pieniądze zostały zamrożone, do czasu, aż w RP nastanie "uczciwa" (czytaj lewacka, czytaj tuskowa władza).

No więc Tusek został wysłany z misją, by tak narozrabiać, tak prowokować, aż w kraju zrobi się niespokojnie i brutalnie, by ze spokojem niemiecka komunistka, Timmermans pod nadzorem Sorosa, będą mogli "zamrozić" wynegocjowane w grudniu ub. roku pieniądze. Nastanie Tusk, jak już tę władzę zagarnie z UE,  to pieniądze odmrożą odmrożą, a naród padnie na kolana i pies je*ał LGBT.
Tusk zostanie ogłoszony zbawcą narodu, a Kaczyński piekielnym karłem

Lecz można im ten "genialny" plan rozwalić.

Niech ci neo-bolszewicy blokują tę forsę, aż Tusek nastanie. W tym czasie zespół K & M nie przerwie inwestycji i socjalnej pomocy, a to, czego unijni bolszewicy nie dali, pożyczą sobie w jakichś bankach światowych (we wielu krajach Soros jest ścigany listem gończym) na warunkach, że spłata zadłużenia zostanie odroczona w taki sposób, że gdyby nastąpiła utrata władzy przez Zjednoczoną Prawicę (czyli gdyby jakoś Tusk się do władzy dopchał) to powstały dług należy natychmiast spłacić.
W taki sposób zamrożone "tuskowo - unijne" srebrniki, zamiast dawać blask i chwałę Rudemu, w całości będą musiały pójść na spłatę długu.

Fachowcy od finansowych akrobacji dopracują szczegóły i Wilcze Oczy mogą skoczyć na pukiel w parze z Timmermansem

środa, 7 lipca 2021

Własne podwórko

 

Zapewne wielu czytelników posiada własny domek, a nawet dom. Wcale się nie zdziwię, gdy nawet są tu tacy, co mają swoją posiadłość. A naszych rolników i farmerów dobrze znamy. Ci mają hektary, swoje obejścia, domostwa, budynki gospodarcze i coraz większy park maszynowy. Tu często najlepszym pojazdem jest Lamborghini Nitro.

Tak, czy inaczej, jeżeli masz skromny domek i wokół sto metrów kwadratowych małego, najczęściej zadbanego i ślicznego ogródka, lub 2 -3 tyś. metrów, co już właściwie nie jest ogrodem, tylko parkiem, to każdy z posiadaczy mówi – to moje podwórko.
I wszyscy wiedzą – oto jest gospodarz. I oceniają go, czy jest dobrym, czy nie.

Już w 1992, tuż po transformacji, ustawą stworzono obecny ład terytorialny. Jak dzisiaj, a mówię to z przykrością, gdyż takie struktury mają jak najbardziej sens, niestety widzimy, taki podział, okazał się bombą z opóźnionym zapłonem.

Nie wątpię, że konstruktorem takiego pomysłu i rozwiązania, wprowadzanego na gwałt, był geniusz zła, generał Kiszczak i jego zaufani. On najlepiej wiedział, że nasze niedojrzałe i zagubione wówczas społeczeństwo, łatwo się podda cwaniakom i kombinatorom, często wskazanym przez komunistyczne służby specjalne, którzy obsadzą w terenie wszelkie struktury administracyjne i przedsiębiorstwa podległe gminom, powiatom, miastom i województwom.

Korupcja i sitwy

Tam, gdzie władza spotyka się z nieuczciwością, tam prędzej czy później następuje korupcja. W szczególności, gdy ustawa o terytorialnej administracji, raczej świadomie, a nie z głupoty, czy niechlujstwa, jest dziurawa, jak spróchniały pień. Wtedy każdy robak w to wejdzie i będzie się pasł. A jeśli to stworzenie stadne, to paść się będzie cała rodzina i współtowarzysze.

I wtedy przechodzi się do następnego etapu patologii – w terytorialnym gospodarstwie, od gminy do województwa tworzą się sitwy. To chyba najlepsze słowo określające wzajemne układy między władzą i nieuczciwymi mieszkańcami na skorumpowanym terenie. W sitwie jest szereg nici wzajemnych powiązań i współzależności, zgodnie z zasadą – ja tobie, a ty mnie.

Nepotyzm

Okazuje się, że ci, którzy wspięli się na jakiś szczebel władzy, czy to lokalnej, czy centralnej, stają się z dnia na dzień bardzo rodzinni. Przypominają sobie nawet kuzyna, z którym się nie widzieli i nie rozmawiali od 17 lat. A tu nagle odradza się miłość wielka – za trud i opiekę, trzeba wynagrodzić żonę. A tata? Lał wprawdzie pasem i się upijał, ale to przecież wybitny specjalista od produkcji lodów. No i cały pochód się zaczyna jak w Boże Ciało – siostra ze szwagrem, ukochane dziateczki (starszego syna trzeba na odpowiednim stanowisku utemperować, bo ćpa i się rozpija, popadając w złe towarzystwo), mamusia, kuzyni, nawet dla dziadka coś się znajdzie. Zaraz, zaraz – a przyjaciele?! Nigdy dotąd nie wiedziałem, że tylu ich mam. I co? Jak znowu mnie lubią, to się mam do nich odwrócić plecami?
Wiem, że rysuję obraz karykaturalny. Lecz zawiera on esencję nepotyzmu – mentalny imperatyw, twierdzący, że będę się czuł dobrze, jeżeli wokół będę miał samych swoich.
A do tego jeszcze taki wspaniały bonus – nic mnie to nie będzie kosztowało! Nowe stanowisko zapewnia że, by wynagrodzić i zaspokoić rzeszę pociotków i rodzinnych oferm nie trzeba sięgać do własnej kieszeni! Finansowaniem rodzinnego projektu zajmą się wszyscy Polacy. A konkretnie mieszkańcy gminy, czy obywatele miast.

Panowie – tak, ja mogę żyć! Nawet sądy są po mojej stronie. Jak byłem nieco za cwany i chciwy i za to mnie skazano, to i tak powracam jako wiceprezydent miasta.
Prawda panie Y?

Nie ma co uderzać w wielki dzwon. Nepotyzm jest permanentnym zjawiskiem ogólnoświatowym. Pierwszym z brzegu przykładem choćby synalek nowego prezydenta USA, Joe Bidena. Ale jest granica, kiedy moralnie i etycznie naganne zjawisko staje się po prostu ordynarnym przestępstwem kryminalnym.

Obawiam się, że takich przypadków mamy u nas bez liku. Mam jednak malutką, ale jednak nadzieję, że Kaczyński z zespołem coś z tym zrobią.

Sobiepaństwo

Postępowanie ludzi z nadania Jaruzelskiego i Kiszczaka, a także pana śp. Gieremka, po usadowieniu tych lichych prostackich osobników na czele administracji terytorialnej, spowodowało, że przypomniało mi się słowo z epoki Rzeczpospolitej szlacheckiej – sobiepaństwo. Tłumaczę to sobie tak, że w danym miejscu, które do mnie należy, ja jestem jedynym panem. Nie ma już innej władzy nade mną. Pamiętacie? Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Albo Wolność Tomku w swoim domku.
Taka mentalność, pełna próżności, poczucia ważności i własnej nietykalności, panuje już od wieków. Ciekawe, że gdy w końcu doszliśmy do, kulawej bo kulawej, demokracji, to nadal panuje taki sposób myślenia. Każdy szmondak, który dostaje biurko, długopis, telefon – i najważniejsze – możliwość podejmowania decyzji staje się miniaturowym władcą. W skali urzędu, aż do władania miastem, czy województwem.
Modelowym przykładem takiego kacykostwa i sobiepaństwa był ex-senator Stokłosa, który w końcu musiał w klapkach uciekać za granicę, a w swojej miejscowości, w Śmiłowie, w pilskiem, stworzył księstwo, gdzie za wyjątkiem wąskiej grupki miejscowej "arystokracji", reszta społeczności została niewolnikami. A przy Stokłosie, to książkowy Nikodem Dyzma był wyrafinowanym intelektualistą.

Referendum – pomysł za darmo

To referendum, jakże ważny, a u nas prawie nie istniejący element uczciwej demokracji, to nie mój pomysł. Wczoraj usłyszałem, że zgodnie z należnymi procedurami, zgłoszono obywatelski wniosek o przeprowadzenie referendum, o odwołanie prezydent Łodzi, Hanny Zdanowskiej. Wg. Mojej opinii – niezłego ziółka typu platformerskiego.

I wtedy zaświtał mi chyba niezły pomysł, który bez wątpienia wspomógłby prawicę w walce z totalistarami.

Dlaczego prezes Kaczyński, głośno i jednoznacznie, napiętnując zatrudnianie całych rodzin i to pokolenie w górę i pokolenie w dół w państwowych instytucjach, w tym w creme de la creme, w spółkach skarbu państwa (Tam rzeczywiście można sobie dorobić miesięcznie od 50 tyś. zł w górę) ich radach nadzorczych, czy zarządach, nie spowoduje znacznie potężniejszej narodowej akcji?

Proponuję, bo wiadomo, że wszystkie media będą bacznie śledziły proces sanacji moralnej, a lewactwo będzie atakowało codziennie, jak za sznurowadła Prezesa, zabrać się do roboty, uruchomić tę raczej niewidoczną młodzieżówkę i powolnych posłów z terenu i jednocześnie z nepotyzmem, zorganizować lokalne akcje organizowania referendum, celem zmiany naprawdę kiepskich władz.

Gdynia – Sopot – Gdańsk, to kto wie, czy nie najbardziej przykładowy zespół miejskiej degrengolady. Mówią – Mała Sycylia. Co rusz wybuchają afery, gdzie CBA ma pełne ręce roboty, a aresztowani są ludzie powiązani z przeróżnymi partiami politycznymi i środowiskami.

Pod koniec maja, nasz kochany Urząd Skarbowy w Gdyni doznał uszczerbku – korupcja – pięć osób zamknięto, w tym 3 "przedsiębiorców?, co chcieli się wywinąć od podatków, więc dali dwóm ważnym urzędnikom US – jednemu Porsche, drugiemu wypasione BMW, pewnie używane, bo warte tylko 250 tyś. To info z ostatniej chwili.

Praktycznie co 4 – 5 miesięcy służby i policja coś nowego odkrywają w tym nieszczęsnym Trójmieście.
A nepotyzm i sitwa? Tego zliczyć się nie da, bo nie ma dosyć sił operacyjnych. Dziennikarsko szacuje się, że około 50 osób z Urzędu Miasta Gdańsk jest mocno zaplątanych w korupcję i nepotyzm.

Tu na moim terenie sytuacja sitwy jest potężnie zagmatwana. Nie ma reguły, że musisz należeć do konkretnej partii. Te Julki ma ulicach i te cipki na plakatach, to tylko dekoracja dla gawiedzi. W zaciszu kumple załatwiają grube interesy. Przemek XX, człowiek oficjalnie PiSu, wymyśla sobie łódki, które szybko zbuduje i do własnej kieszeni wyciąga, jak ostatnio podawała prokuratura, około 60 milionów.
Rektor lokalnego uniwersytetu, który już sobie tle nagrabił, że przestraszyły się nawet myszy w norze, gdy zdecydował się pójść w deweloperkę uniwersyteckimi terenami, w końcu wyleciał, bo przy okazji splagiatował swoją habilitacyjną dysertację.
A wszystkie szpitale ustawiono tak, że rządzi nimi Urząd Miasta, a za to poważni lekarze, ba – profesorowie z rady nadzorczej ściągają na konto nawet 300 tyś zł.

Czy Trójmiasto jest jedyne? Nie. Tak jest we wielu miejscach w Polsce.

Setki uczciwych ludzi to widzi, ma dowody, usiłuje interweniować, ale co z tego, jak nawet teraz, gdy Daniel Obajtek wykupił Polska Press, szefem ważnego medium w Trójmieście zostaje były dziennikarz Gazety Wyborczej.

Mam problem - gdyby w Gdańsku – Sopocie albo Gdyni rozpocząć referendum w sprawie obalenia władz lokalnych, to raczej by nie wyszło. Trójmiasto, podobnie zapewne jak Warszawa, przyciągnęły do siebie cały ten prowincjonalny, bezwartościowy moralnie element, który każdemu udostępni własną dupę, byle tyko podskoczyć wyżej.
Taka zgniła klasa...

Nieważne. Jest jednak większość porządnych ludzi. Niestety zmęczonych, zdezorientowanych i czujących swą bezsiłę. Tyle lat walki, a my musimy wzniecać kolejne powstanie?

Akcja #REFERENDUM nie będzie łatwa. To nie sprawa dla prezenterów z TVN, czy doktorów od rolnictwa.

Może jestem samolubny i zakręcony, jeżeli PIS nie wykorzysta tego tematu, to jego strata.
Warto pociągnąć z osobiście zapowiedzianą przez prezesa Kaczyńskiego, co ma wielką wagę, walkę z nepotyzmem w szeregach prawicy, wraz z rozpoczęciem akcji referendalnej, gdzie jeszcze przed formalnymi wyborami, można by spróbować zmienić skorumpowane władze terytorialne.

Sytuacja jest taka, że w każdej gminie, w każdym mieście, wszyscy wiedzą, ale się boją. Tak, jak mi to wczoraj powiedział mechanik samochodowy od znanego dilera – No dobra, podpiszę się imieniem i nazwiskiem na liście do zorganizowania referendum, a za parę dni zawoła mnie szef i mi wytłumaczy: - Co jest Krzysiek? Za politykę się zabierasz? Praca ci niemiła? Za mało zarabiasz? Zastanów się dobrze, czy chcesz dalej u mnie pracować.

W Łodzi by rozpocząć zgodnie z prawem proces referendalny, pod wnioskiem do Komisji Wyborczej podpisało się 15 osób. A potem, by w tym mieście doprowadzić do referendum potrzeba zebrać około 50 tyś. głosów poparcia. A potem tylko głosować. Koszt wszystkiego – 1 – 2 miliony.
W Gdańsku pewnie też trzeba by mieć tyle samo głosów chętnych. W Gdyni może 20 tysięcy. Pewnie tyle udałoby się zmobilizować, gdyby starzy Gdynianie zdecydowali się poprzeć

Lecz w takim referendum we wielu miejscach na raz, nie chodzi tylko oto, żeby wygrać. Już sam fakt ogłaszania referendów, oznacza, że ludzie mają dosyć kradnącego i oszukującego lewactwa na swoim terenie.

Ja już też mam tego wszystkiego dosyć. Całej tej mafijnej strony, oraz niestety strony bezsilnej. Z tego obrazu zdaje sobie sprawę niemalże całe społeczeństwo. 70%, nie mam wątpliwości chce zakończenia tego stanu niepokoju, w tym także zneutralizowania szkodników Rzeczpospolitej. Nie nawołuję do rewolucji, czy Berezy Kartuskiej, ale w obszarze prawawa mamy praktycznie bezczynny Trybunał Stanu, a w Kodeksie Karnym mamy dokładnie art. 127 § 1 k.k , gdzie wyraźnie powiedziano:

Zdrada stanu – przestępstwo, zbrodnia godząca w najistotniejsze interesy państwa, jak udział obywatela w działaniach przeciw własnemu krajowi, próba obalenia jego rządu poprzez zamach stanu, uczestnictwo w działalności zmierzającej do uszczuplenia terytorium państwowego, próba zabójstwa głowy państwa.

Nie jestem prawnikiem, ale poczucie sprawiedliwości i prostą logikę mam dobrze rozwiniętą.

Czy korupcja polityczna nie jest zdradą stanu?
Czy sobiepaństwo lokalnych kacyków odmawiających posłuszeństwo państwu nie jest zdradą stanu?
Czy tworzenie para-mafijnych sitw nie jest zdradą stanu?
Czy składanie hołdu innym państwom, przypadkowo obecnie wrogim Polsce nie jest zdradą stanu?

Jeżeli się mylę, to nie wiem na jakim świecie my żyjemy.

.

niedziela, 4 lipca 2021

Wysłuchałem wściekłego głupca

 


Lekarz mi zalecił ćwiczenia w celu panowania nad emocjami. A tu właśnie okazja – przemawiać będzie Donald Tusk, a ja spokojnie, popijając kawę, wysłucham człowieka. Choć miałem wątpliwości, bo jak pamiętam, gość potrafił gadać w Sejmie ponad cztery bite godziny bez przerwy. Tego bym nie wytrzymał.

Fajnie się politykier nakręcał. Wprawdzie piana na ustach się nie pojawiła, ale jak sobie przypomniałem dokumenty z II WŚ, identycznie nakręcał się facet z grzywką i wąsem, jak Chalie Chaplin. Klasyczny niemiecki sznyt. Na szczęście pilnował się i nie przeszedł na niemiecki i do końa mówił po polsku. No... mniej więcej. Tak jak na to pozwala potencjał intelektualny tego środowiska.

Berlin i więdnąca Andżela, zdecydowali, że teraz trzeba z grubej, rury, zrobić Blitzkrieg i zniszczyć tę zagrażającą Europie zgraję, która jakimś niesłychanym cudem, zdobyła władzę w Polsce.

Niemcy zawsze mieli w rękawie coś na krytyczne momenty – cudowną broń – Wunderwaffe.
W pierwszej wojnie światowej była to Gruba Berta – M-Gerät - Dicke Bertha. Był to moździerz kalibru 42 centymetry. Podobno przebijał nawet 2 i pół metra ściany betonowego schronu. Bertę przewoziło się na dziesięciu wagonach, a do obsługi potrzeba było 100 żołnierzy.
Pewnie też tyle ludzi potrzebuje Tusk, znany leń i nierób. Lecz do transportu wystarczy mu, jak mówią w Platformie, jeden koń. Pomalowany kredkami przez psipsiółki Kopacz i Kidawę-Błońską na biało.

Gruba Berta i jej rodzinka nie pomogły – Niemcy boleśnie dostali po dupie

Za Hitlera i ziomali z NSDP i SS Szkopy dostali autentycznego pierdolca na punkcie cudownej broni – Wunderwaffe.
Jak ktoś sobie chce sprawdzić na Wikipedii, to stronę o tych niemieckich cudach będzie przewijał bez końca.
Chyba najzabawniejszą Wunderwaffe był projekt HAUNEBAU. To mało kto wie, były te latające spodki, od których w 1947 roku w Roswell, Nowy Meksyk Amerykanie zdecydowali się na wyprodukowanie filmów Obcy, czy Terminator.. Czyli to niemieccy naziści wymyślili UFO.

Oni maja na stałe wmurowaną w swoją mentalność germańską tajną broń. Półboginie Walkirie przybędą na koniach i załatwią każdy problem.

Czasy się zmieniły, więc Walkirie nie muszą już być dziewicami, córkami Odyna. Dzisiaj obowiązujące już w krajach głupich, a do takich zaliczam również Niemcy, ideologie gender i LGBT+cotamjeszcze, pozwalają by taki Walkirio (rodzaj nijaki – bez ptaszka i cipki) był na przykład Tuskiem Donaldem – Wunderwaffe, Gruba Berta na dzisiejszą paskudną Polskę. Przypominam – kaliber 42 centymetry (Obwód czaszki? Ja mam wielki łeb i mam 63 cm). I pasuje to jak ulał po sobotnim przemówieniu Lewego Zbawcy, bo najważniejsze Walkirie nazywały się Wyjąca i Wściekła. Czyli wypisz, wymaluj Donald.
Tam przy okazji zobaczyłem pierwszy raz w życiu zbiorowy orgazm sali, gdy Wściekły zaczął Wyć. Tylko jeden Trzaskowski się nie podniecił. Pewnie on po prostu jest bardziej wyuzdany.

Podobno Tusk użyty jako Wunderwaffe, jak mówią ci, co dobrze wiedzą, ma krótki lont, lecz niestety jego materiał wybuchowy to tęczowy kapiszon. Dużo smrodu i huku, ale szkód żadnych. Chyba, że ktoś zdecyduje się wysłuchiwać jego gadania do końca i po prostu zwariuje, albo padnie. Ileż można wpatrywać się w te wilcze oczy?

Po jaką cholerą ja to piszę? Ten Tusk Donald tak mi już zwisa, jak Wałęsa Bolesław. Obaj atrakcja komicznych portali internetu. Już chyba cały Stonoga był atrakcyjniejszy. I o czym tu gadać? Tante Andżela już wydoiła z niego wszystko, co chciała, no i sama idzie na zasłużoną emeryturę, gdzie pewnie zostanie dyrektorem fabryki samochodów Łada. Putin pewnie Tuska to nawet do Moskwy nie wpuści. Tak samo ma zakaz wstępu do Wielkiej Brytanii.

Smutna starość go czeka. Już wkrótce zacznie jak Bolek żebrać o wsparcie, bo dzieci ma sprytne i nie ma wątpliwości, że jak każdy przyzwoity Polak, oddadzą go do DPSu. No, może jeszcze kupią mu piłkę, by sobie pograł.

.