piątek, 13 maja 2016

Politycy i politykierzy


 
Dokładnie nie wiem, kiedy to się zaczęło. Pewnie trwa już od dawna, lecz swoisty szczyt politykierstwa osiągnięto, jak Donald Tusk doszedł do władzy.
W powszechnym psuciu wszystkiego, zepsuto również etos polityki. To właśnie wspomniany Tusk powiedział wówczas – "nie róbmy polityki, budujmy drogi". W 2010 roku hasło to atakowało z tysięcy billboardów, kodując w głowach ludności, że polityka to coś brudnego, niegodziwego i sumarycznie – pejoratywnego.
Od tego też momentu zaczęto zamieniać prawdziwych polityków na politykierów.
Zaraz wyjaśnię, co przez to rozumiem.


Powoli wśród widzów telewizji i słuchaczy radia rosła tolerancja na coraz gorszą jakość uprawiania polityki. Nie chcę się tu zajmować czynami, tylko tym, co politycy mówią narodowi. Zaczęło się od wielogodzinnego exspose premiera Tuska, które, jak się później przekonaliśmy, było stekiem kłamstw, złudnych nadziei i obiecanek-cacanek. Świadomy zabieg, żeby polityków przestać traktować poważnie, a także patrzeć im na ręce, a tak w ogóle, to dać im spokój. Wtedy spokojnie będą mogli robić to, po co do polityki przyszli – drobne, albo grube geszefty, w zależności od talentów i umocowań, szwindle i szwindelki, posady dla rodziny, łagodność urzędów skarbowych i tak dalej.

Tak właśnie polska scena polityczna i władza zaczęła przekształcać się w politykierów. To im ma być fajnie i oni nie muszą się wysilać i myśleć (!!!) o czym rozprawiać przed mikrofonem, lub kamerą.
I rozpoczął się bełkot... Bełkot, który w wykonaniu platformersów i nowoczesnych trwa do dzisiaj.

Politykier to człowiek, który wszedł do świata polityki tylko wyłącznie po to, by mieć coś dla siebie – zazwyczaj pieniądze, trochę sławy i zaspokojenie swojego ego. Dla niego to sposób na życie, metoda zarabiania jak najtańszym kosztem i jak najmniejszym wysiłkiem.
Podczas gdy każda inna przyzwoita praca wymaga od człowieka pozytywnych walorów – pracowitości, sumienności, prawości, szczerości, że wymienię tylko kilka, to dla politykiera wartości te są nieprzydatne. Liczy się przede wszystkim zdolność do knucia intryg, umiejętność mimikry, w tym wypadku przystosowanie się do głównego nurtu swojej grupy i wyzbycie się cech indywidualizmu, bo politykierzy danej opcji muszą mówić tymi samymi słowami. Ba, muszą myśleć tak samo, jak ich lider i tak, jaka jest aktualna linia ugrupowania. Niewychylanie się, to podstawowa reguła bycia.

Politykier praktycznie nie robi nic. On trwa, bo trwanie jest jego celem życia. Precyzyjnie to wyłuszczył były lider Tusk. A dzisiaj, po zmianie władzy, widzimy dokładnie tą potworną niechęć do zmian. Zmiany są zaprzeczeniem trwania, które jest kwintesencją egzystencji politykiera. Zmuszony więc został,  aby do jakichkolwiek zmian nie dopuścić.

To właśnie widać dzisiaj, jak na dłoni. Cała prawie opozycja, czyli PO, PSL i Nowoczesna, walczą ze wszech sił i wszelkimi metodami z legalną władzą tylko dlatego, że jest to ugrupowanie zmiany. A zmiana, jak to określiłem, jest głównym wrogiem trwania.
Więc jest totalna walka z władzą tylko dlatego, żeby nie dopuścić do przebudowy systemu. Walka nie po to, by zaoferować inne rozwiązania, jakąś alternatywę, dać jakiś drogowskaz. Nie, to jest walka wyłącznie po to, by nic nie zmieniać. Bo wypracowany z takim mozołem przez ponad ćwierćwiecze system pozwalał cudownie egzystować różnego rodzaju cwanym miernotom.

Wartością, która jest wysoko ceniona w tym zacnym towarzystwie, jest zdolność słowotoku i pustosłowia. Politykierzy zazwyczaj nie mówią, tylko wygłaszają tyrady.
Jak się słucha na przykład Kierwińskiego, Halickiego, Budkę, Szejnfelda, Tomczyka to od razu widać, że pochodzą oni z jednej stajni. Mają ten sam zasób słów, pojęć i sloganów. Centrala im to przygotowuje. A oni mają to maksymalnie przyswoić, jednocześnie całkowicie wykluczając swobodne, rozumne myślenie.
Identycznie jest u Ryszarda Petru: panie Gasiuk-Pihowicz, Scheuring-Wielgus, Lubnauer i Schmidt mówią jednym głosem. Może jedna szybciej, druga wolniej, bardziej, lub mniej zbornie, ale zawsze jest to wywrzaskiwanie tych samych haseł i sloganów.
Tego już się słuchać nie da, bo jest takie nudne. Ileż razy można słuchać dokładnie tych samych słów powtarzanych od tygodni? Chyba, że jest się Moniką Olejnik, która kocha wysłuchiwać bez przerwy tego samego, co ma do powiedzenia Cimoszewicz, Giertych, Kalisz, czy Marcinkiewicz. Widocznie to ją uspokaja.
Mnie natomiast przywołane postacie, panie i panowie posłowie przyprawiają o odruch wymiotny. Nie oni sami, tylko ich tępe i schematyczne wypowiedzi, jak bym bez przerwy puszczał do znudzenia tą samą zgraną taśmę.

Czy ktoś z uczciwych obserwatorów może tych ludzi nazwać politykami?

W ostatnim, niedzielnym panelu dyskusyjnym  "Woronicza 17"w TVP, poseł Halicki nie odpowiedział na ŻADNE pytanie redaktora prowadzącego, mimo, że był pytany wielokrotnie. Pytany o konkretną sprawę nigdy nie odpowiadał wprost, tylko uciekał w zdartą, antypisowską retorykę.
Czy przyzwoite uprawianie polityki ma polegać na tym, że NIE odpowiada się na nasze pytania (bo dobry dziennikarz zadaje właśnie nasze pytania), że kluczy się, mataczy i ucieka w slogany zadane przez centralę.
Ja chrzanię takich przedstawicieli narodu, którzy nie chcą uczciwie rozmawiać

Przez osiem lat rządów Platformy i PSLu, to aż tak bardzo nie rzucało się na oczy. Dlaczego? Ano dlatego, że ci sami politykierzy byli obsługiwani wyłącznie przez zaufane grono zaprzyjaźnionych dziennikarzy (jak dla nędznych polityków jest określenie politykierzy, tak anlogiczne powinno być dla nędznych dziennikarzy). System komunikacji z opinią publiczną wyglądał wówczas prosto i wygodnie: przygotowane pytanie i przygotowana odpowiedź. Jakakolwiek spontaniczność i swobodne myślenie były całkowicie wykluczone. To się nie mieściło w kanonie.
Tak więc wówczas wszystko na styku naród – polityka wyglądało gładko, grzecznie i radośnie.
Pamiętam, jak raz kiedyś, pewien rolnik, plantator papryki, wykrzyknął rozpaczliwie do premiera Tuska – "Jak żyć panie premierze?!". To wówczas było wydarzenie niesamowite. Media długie tygodnie wałkowały ten skandaliczny wybryk wiejskiego chama. Takie były standardy. Taka kultura.
Bo politykierstwo, a nie uprawianie polityki, były w czasach PO i PSL wiodącym trendem, nakreślonym przez głównego ideologa, Donalda Tuska. Dwulicowość i teatr dla mas. Rzucanie setek obietnic, które nigdy nie miały być spełnione.
Jak ciężko pracowali ludzie ówczesnego establishmentu, jakiej wyrafinowanej gry aktorskiej byli zmuszeni używać, dowiedzieliśmy się z nagranych przez państwowotwórczą grupę kelnerów taśm.
Z jednej strony: publicznie buńczuczne – "Idziemy po was!", a prywatnie przy wódce – "Ch..., dupa i kamieni kupa". Tak, tak; to ten sam polityk – minister spraw wewnętrznych, szef policji i służb, Bartłomiej Sienkiewicz. Polityk?

Sytuacja radykalnie się zmieniła po wygranej PISu i całego obozu konserwatywnej prawicy.
Niestety, politykierzy dawnej władzy nie potrafili się nagle zmienić, głównie z powodu ograniczonych predyspozycji umysłowych, gdyż inteligencja, czy mądrość, nigdy wtedy nie była porządaną cechą, by działać w polityce. Natomiast spryt i cwaniactwo – jak najbardziej.
I teraz wyraźnie widzimy, że ci co tak długo mieli władzę, a dzisiaj są opozycją, w której się kompletnie zagubili, nie byli prawdziwymi politykami, a spryt i cwaniactwo, w końcu rozszyfrowane przez społeczeństwo, na niewiele się przydają, gdy otoczenie nagle wymaga prawdy i uczciwości.
W tak niewygodnej i nieprzyjemnej sytuacji można tylko kręcić, kłamać powtarzać propagandowe slogany i chamsko przekrzykiwać oponentów (kultura zawsze była słabą stroną opozycyjnych politykierów).

Politykierów w polityce, tych wszystkich krzykliwych nieudaczników, a także byłych bramkarzy, kajakarzy i gimnastyków, a także niedorobionych synalków jak młody Wałęsa i Cimoszewicz można się pozbyć w prosty sposób – dać wyborcom narzędzia do rozliczania wybranej przez naród osoby. Zawiodłeś lub oszukałeś – won! Bez czekania cztery lata, aż się kompletnie zbłaźni. I ordynacja wyborcza taka, która nie dopuści,by wybierany był kompletny palant, tylko dla tego, że jest wysoko na listach wyborczych, a głosowała wyłącznie na niego liczna rodzina i podlegli pracownicy.

Uprawianie polityki to praca w dużym stopniu altruistyczna – robi się dużo dla innych, dla narodu i państwa. Egocentryzm winien być strictly verboten. Polityk winien być w dużym stopniu kreatywny i cały czas coś budować. Powinien tworzyć i stale coś polepszać.
Model uprawiania polityki wprowadzony przez Tuska i jego zgraję, nie był żadną polityką, tylko administrowaniem. Zarządzaniem wielkim majątkiem państwa i ludzkich zasobów. Zarządzaniem w wielkim stopniu nieudolnym i autorytarnym. Słowo suweren przypomniano dopiero w czerwcu zeszłego roku. Więc Tusk ze swoimi nie pytał się suwerena o zdanie, gdy okradał go ze zgromadzonych oszczędności na emeryturę. Nie pytał, gdy podniósł ludziom wiek emerytalny, a rozmyślał, że najlepiej byłoby, gdyby ludzie pracowali aż do śmierci.
Lecz wszystko to potrafił ładnie tłumaczyć i wyjaśniać. Robił to przecież dla dobra wszystkich. Z biegiem czasu, coraz więcej Polaków widziało, że to bezczelne kłamstwa i matactwa. Puste, obelżywe w swojej hipokryzji słowa.

Co zrobić z obecnymi politykierami? Na początek byłoby dobrze, gdybym chociaż w Telewizji Polskiej nie oglądał tych Halickich, Kierwińskich, Szejnfeldów, czy Tomczyków. To niczym nie uzasadniona promocja tandety. To samo dotyczy Ryszarda Petru i jego kobiet, którzy już dzisiaj są pośmiewiskiem całego internetu.
Niech sobie miniony establishment ogląda na swoich prywatnych stacjach. Kto nie chce bzdur, głupoty i arogancji nie musi tego tam oglądać.
Czy politykierstwo wreszcie zniknie z polskiej sceny? Zniknie. Może nie całkiem, lecz na pewno przestanie być wiodącym trendem, aby w końcu stać się synonimem obciachu i buractwa.
Nie wystarczy jak poseł pięknej ziemi mazowieckiej, Marcin Kierwiński, schudnąć, zamienić fioletowy ślubny garnitur na Vistulę, pokombinować w samorządach, by zostać politykiem. I to z pierwszych ław poselskich! Dobrze przynajmniej, że Michał Kamiński siedzi z tyłu.

Pół roku minęło i politykierska opozycja nie zrobiła nic konstruktywnego. Cała parę skierowała w zniszczenie wyborczych zwycięzców. W odzyskanie utraconych dóbr. Oraz prawa i swobody do bycia cwaniackim, egoistycznym politykierem.


Konstytucja i prawo zakładają możliwość odwołania sprawujących władzę: prezydenta, rząd i sejm. Przynajmniej teoretycznie, lecz legalnie.
Natomiast nikt nie pomyślał, żeby również mozna było odwołać opozycję.
W takim wypadku musimy przestać grać dobrego samarytanina i gentlemana i po prostu opozycję zniszczyć. Nie tak, jak proponowali kibice Legii, ale wymazać ich z życia publicznego.

To nie żadne chamstwo i okrucieństwo z naszej strony. To opozycja otwarcie i wielokrotnie oznajmiła, że cel mają tylko jeden – zniszczyć rządzącą partię i odebrać jej całą władzę. Czy my w takim wypadku mamy pozwolić na bierne okładanie nas sztachetami?
Dopuścić, żeby znowu zapanowało politykierstwo i Polska ponownie stoczyła się w kolonialne bagno, z którego z takim trudem się wydobywamy?

Przedstawienie przez panią premier i jej ministrów rzeczywistego obrazu tego, co zastali w swoich nowo przejętych gabinetach i resortach trwało w sejmie dziesięć godzin. To był katalog fatalnych dokonań, do jakich właśnie może doprowadzić rządzenie państwem przez politykierstwo.

I tym razem ludzie PO, PSL i Nowoczesnej nie wyszli z roli, chociaż prawidłowo należy powiedzieć, że pokazali iż nie dorośli do prawdziwej i uczciwej polityki i na fakty odpowiedzieli chamską propagandą, która tak dobrze poznaliśmy w ciągu minionych ośmiu lat. Głupota, czy nadal cyniczna gra? Wiem, że dla wielu z nich to jest walka o przetrwanie, bo wiele efektów uprawiania politykierstwa i prywaty skończy się w sądzie. Nie mniej, ich odpowiedź udowodniła, że nic się nie zmienili i nadal nie zamierzają się zmienić. Zbyt mocno polubili swój paskudny styl uprawiania władzy.

Czyli ja nie widzę nadziei, że ta fatalna dla Polski zgraja ludzi kiedykolwiek się zmieni. Zadaniem naszym, jeżeli dążymy do tego, by mieć dobre, normalne i uczciwe państwo, jest eliminacja takich ludzi z polityki.
Część z nich zapewne wyeliminuje, tak jak b. posła Burego prokuratura. Pozostałych powinniśmy skutecznie i zdecydowanie również od polityki odsuwać.

Dla naszego wspólnego dobra.

.

czwartek, 12 maja 2016

Przemytnicy i cinkciarze vs agent Miami



Wczoraj w TVP, w programie "Minęła 20", wybijający się anchorman TV, Michał Rachoń, przeprowadził wywiad z Jarosławem Pieczonką – agentem służb wojskowych "Miami", który się ujawnił. [1]
W pewnym czasie rozpracowywał on trójmiejski półświatek, co m.in. zawarte zostało w ostatniej książce Patryka Vegi.
"Rozpracowywał" to może za dużo powiedziane, bo wykonywał on głównie polecenia, jako agent niższego szczebla, związane, jak sam to powiedział, z określeniem lokali kontaktowych, miejsc spotkań i kto brał udział w tej gdyńskiej mafii.
Michał Rachoń się ekscytował, bo to przecież Gdynianin, lecz urodził się dobre dwadzieścia lat za późno, by osobiście zetknąć się z prawdziwym półświatkiem. Nie mógł więc balować w orłowskim Maximie, gdzie na bramce stał Nikodem Skotarczak, zanim został on ojcem chrzestnym wszystkich polskich mafii i znany był, jako Nikoś. Zginął od strzału w głowę, w lokalu odległym kilometr od mego domu.
Agent Miami pocił się strasznie w czasie wywiadu. Pocił się, żeby za dużo nie chlapnąć, co mogłoby go sporo kosztować i pocił się także, bo nie miał odpowiedzi na pytania Rachonia. Po prostu był za małą rybką.

Jako marynarz nieustannie ocierałem się o ten półświatek, który później przepoczwarzył się w pełną, soczystą mafię.
Lecz, że to była całkowicie operacja służb specjalnych, w pełni przez nich kontrolowana, dowiedziałem się dopiero parę lat temu, gdy zacząłem interesować się operacją "Żelazo" [2]. Zbieram materiały, bo z wieloma osobami zetknąłem się osobiście, a kariery ich, teraz wydają się bardzo interesujące.

Dwa lata temu, zanim ktokolwiek zaczął się interesować Trójmiastem, nawet sam Cezary Gmyz, napisałem tekst wspomnieniowy. Napisałem tez więcej. Lecz to dalsza opowieść i może przyszła książka.

**********

Gdynia na tle szarej i ponurej komunistycznej rzeczywistości była miastem innym, niemalże egzotycznym. Było tu bardziej kolorowo, spotykało się więcej cudzoziemców i można też było kupic towary, których, może poza Warszawą, w innych miastach i regionach Polski były nieosiągalne.
*

Gdy jedziesz samochodem, albo kolejką SKMu z Sopotu do Gdyni, to na wysokości skrzyżowania z ulicą Wielkopolską w Orłowie, wzdłuż rzeczki Kaczej i w cieniu zalesionej Kepy Redłowskiej, stoi osiedle pudełkowych domków jednorodzinnych. To jest tak zwane przez tubylców Zegarkowo. Skąd ta nazwa? Ano dlatego, że jest to osiedle marynarskie, jak podaje miejscowa legenda, wybudowane za pieniądze uzyskane z przemytu zegarków Atlantic, najtańszych, ale bądź co bądź szwajcarskich.
Zegarki te w latach 50-tych i 60-tych cieszyły się w naszym kraju niesłychaną popularnością. Szwajcarzy nie nadążali z ich produkcją, a marynarze z ich przemytem do Polski.
Bo wtedy tak było, że prawie wszystko, co marynarz przywiózł, to był przemyt. Praktycznie niczego nie można było przywieść legalnie.
Ale o tym będzie dalej.
*

Najpierw zajmiemy się cinkciarzami.
Otóż proszę państwa, obecnie jesteśmy znacznie łagodniejsi. Mówimy o różnych przekrętach, niepłaceniu podatków, zatrudniani na lewo – szara strefa. Komuna była znacznie bardziej pryncypialnie drastyczna. Mówiło się czarny rynek i już. A jak rynek, to musiały istnieć czarne banki. I to właśnie byli cinkciarze – mobilne, nielegalne kantory wymiany walut.
Ich rozkwit działalności rozpoczął się już w latach 50-tych ub. wieku, a szczyt przypadł na lata 80-te, kiedy już prawie w każdym mieście powstały sklepy, gdzie można było nabywać towary za walutę – Pewexy.
Można by grubą książkę napisać o czarnym rynku walutowym za komuny, a przekonany jestem, że nawet pracę doktorską.

Podam taki króciutki przykład:

[...Przykładowo z samego Zakopanego w 1971 r. wyruszyło po złote runo (do USA – przyp. mój)1370 osób. Po rocznej pracy za granicą, jak podaje dr Jerzy Kochanowski, góralka przywoziła średnio 3,5 tys. dol. a góral 5 tys. Te 5 tys. wymienione na czarno dawały około 600 tys. zł. Były to duże pieniądze, gdy zważymy, że w 1971 r. średnia płaca wynosiła 2358 zł miesięcznie, a na przykład fiaty 126 produkowane od 1973 r. kosztowały 69 tys. Sprzedawano je tylko na talony, przyznawane osobom uprzywilejowanym. Za dolary jednak - cena wynosiła 1,1 tys. dol. - malucha można było nabyć bez kłopotów. W warszawskiej Victorii zaś, jednym z droższych polskich hoteli, dwudaniowy obiad dla dwóch osób (plus po kieliszku wódki) kosztował równowartość około 3 dol. ]
[http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/dolarze-czy-ci-nie-zal (link is external) ]

Acha, jeszcze dodam, że w sklepach Pewexu, a potem i Baltony, litr Żytniej, albo Wyborowej kosztował właśnie jednego dolara. Więc nasza wódka była też pewnego rodzaju walutą (a spróbowałbyś zdobyć Żytnią, czy Wyborową poza Pewexami – to był produkt luksusowy)

Gdy państwo, bodajże w 1957 ustaliło oficjalny kurs dolara na 4 zł, to na czarnym rynku wynosił on około złotych 40-tu. Potem, jak państwo nieco podniosło,to czarny rynek przyjął kurs wymiany 210 zł za dolara.
To oczywiście płynne i chwilowe kursy, bo bywały momenty i sytuacje, że kurs czarnorynkowy był nawet stukrotnie wyższy.
Warto dodać, że jeszcze w 1989 roku, czteroosobowa rodzina mogła świetnie egzystować, za 200 dolarów miesięcznie.

Długo by tak można wspominać, lecz konkluzja była jedna, kto miał dostęp do dolarów to był panisko (przypominam, w latach siedemdziesiątych średnia pensja ok 2000 zł, to równowartość 10 – 12 czarnorynkowych dolarów), a kto ich nie miał, to niestety żył z pensji.

Czarny rynek istniał dlatego, gdyż dolary obywatele mogli posiadać, ale nie mogli nimi handlować. To znaczy mogli je sprzedać w NBP za te cztery złote (ha, ha).

Tak więc cinkciarze stali się niezbędnym elementem idiotyzmów tak zwanej ekonomii socjalizmu, którą obowiązkowo i z uporem maniaka usiłowano wpoić wszystkim studentom, nawet Akademii Wychowania Fizycznego i Szkoły Cyrkowej w Julinku. Niestety, każdy student wiedział swoje, a o tej ekonomii z księżyca natychmiast zapominał po zdaniu egzaminu. Chyba, że był studentem SGPiS, albo licznych WUMLów.

Gdzie było najwięcej cinkciarzy? Oczywiście, tam, gdzie były dolary. Więc w Warszawie, gdzie zawsze było sporo cudzoziemców i różnego szemranego towarzystwa, no i oczywiście w Gdyni – gdzie byli marynarze (zaraz oburzą się również koledzy ze Szczecina, ale dla jasności, pomińmy to miasto).
Dopowiem tylko, dlaczego ja tylko o tych dolarach. Bo dolar był niekwestionowanym królem. To były "twarde" – twarda waluta. Oczywiście cinkciarze dysponowali innymi walutami, markami, koronami funtami. Ale to był tylko margines.

*


No dobrze, lecz co ci marynarze, dzielni pracownicy socjalistycznej ojczyzny mieli do czynienia z dolarami i cinkciarzami? Ano mieli. I to bardzo dużo. Można nawet powiedzieć, że w Gdyni, jedni bez drugich nie mogli żyć.

W latach 70-tych i później w 80-tych, marynarz też zarabiał te liche średnie dwa tysiące, a na dodatek nie było go miesiącami w domu, żył tylko listami, a z żoną rozmawiał 5 minut, dwa razy w miesiącu. Kto by do takiej pracy poszedł? Dziwne, ale wszyscy, którzy tylko mogli to sobie jakoś załatwić.
Bo pensja marynarza wówczas proszę państwa to był nędzny dodatek na napiwki w portowych barach. Marynarz, czy to kapitan, czy najniższy kucharz "jarzynowy", żył dobrze, bo..."handlował", jak się to powszechnie mówiło. Unikało się takich brzydkich słów, jak kontrabanda, przemyt, czy szmugiel, chociaż dokładnie właśnie to się robiło.
Jeżeli marynarz nie pił i się nie łajdaczył, co jak wiadomo było raczej rzadkością, to mógł się dorobić sporego majątku. Tak właśnie jak to orłowskie osiedle wybudowane za zegarki marki Atlantic.
Choć to raczej pospólstwo. Królowie niegdysiejszego marynarskiego przemytu mają domy w Gdyni, na Kamiennej Górze, gdzie posiadłości przekraczają sporo wartość milona dolarów.

No tak, ale wracajmy na ziemię... Jak to wszystko z tym przemytem i cinkciarzami się kręciło?

Na początek, trzeba było mieć trochę pieniędzy na start. Tak, żeby chociaż zacząć od 100 dolarów (pamiętajmy – wówczas to prawie dziesięć pensji).
Armator płacił marynarzom pewną kwotę w dolarach, tzw. dodatek dewizowy. Jak to w komunie, istniał skomplikowany system stref pływania, przeliczeń itd. O ile dobrze pamiętam, dzienna stawka wynosiła 2,5 dolara dziennie. Więc jeżeli marynarz był miesiąc poza krajem, nie wydał ani grosza na zachodnie cuda, jak Coca Cola, Big Maca, czy taksówkę do miasta, to mógł zgromadzić 75 dolarów. To był ten pierwszy krok do powstania "fortuny".
Byłby jednak frajerem, gdyby tylko gromadził, dane mu od państwa dolary. Marynarz musiał nimi obracać, aby je pomnażać.
Weźmy tylko takie dwa przykłady:
Za zgromadzone 75 dolarów, kupował w Hamburgu, Antwerpii, czy Rotterdamie 15 par jeansów. Informacja dla młodzieży – za komuny jeansów kompletnie nie było w sklepach! To był towar nieosiągalny i pożądany. Po przyjeździe do kraju musiał oczywiście te spodnie dobrze ukryć na statku, żeby mu celnicy natychmiast nie zarekwirowali, albo obłożyli niebotyczną opłatą celną. A potem, podczas postoju, wynosił codziennie, po jednej lub dwóch parach spodni do domu. Gdy już miał wszystko bezpieczne, zanosił to do znajomego handlarza i sprzedawał mu to ze 100% zyskiem. Płacono oczywiście w złotówkach, więc musiał się skontaktować ze znajomym cinkciarzem i z powrotem zamienić walutę na dolary, czyli twarde. Tak oto gromadzona przez miesiąc uczciwie waluta, dzięki czarnemu rynkowi wzrastała do 150 dolarów.
Inny przykład – zarobione 75$ marynarz inwestował w zakup 75 butelek wódki w Peweksie lub Baltonie. Sobie tylko znanym sposobem przewoził to przez bramy portowe na statek i tam w specjalnej kryjówce ukrywał. Pamiętajmy – 75 butelek, to prawie 13 kartonów wódki, po 6 litrów w pudle. I jeśli 40 członków na burcie miało ten sam pomysł, to nagle na statku trzeba było ukryć 520 kartonów wódki lub około 3200 litrowych butelek. Wierzcie mi, to potężna logistyczna operacja. I wielce ryzykowna. Kontrabanda nie mogła być odkryta przez celników w Polsce przed wyjściem statku w morze, jak też przez celników w kraju docelowym, na przykład w Finlandii. No i na koniec, trzeba było jeszcze to tam wszystko sprzedać. A to był najbardziej ryzykowny fragment procederu, bo oczywiście nie było tam hurtowników, którzy za jednym razem zakupiliby ponad 500 kartonów wódki. Ponieważ o tym będzie w innej opowieści, zostawmy to w spokoju i załóżmy, że udało się nam wszystko sprzedać – całe 75 butelek (Cholerna praca!). Przebicie, np. w Skandynawii było świetne. Za jedną butelkę płacili równowartość 10 dolarów!
UWAGA! To są tylko rozważania teoretyczne. Gdybym miał ścieżkę, pozwalającą dostarczyć w Polsce na statek chociażby 10 kartonów wódki, następnie gdybym miał na statku dziuplę pozwalającą tą wódkę ukryć, a na koniec skandynawskiego odbiorcę towaru, to dzisiaj pewnie siedziałbym na Seszelach, a nie przed kompem, albo byłbym Kulczykiem-bis.
Mam jednak pewne podejrzenia, że paru takich specjalistów było...

Więc widzicie, za komuny, marynarz, czytaj przemytnik, całe swoje pracowite życie poświęcał przerzucaniu towarów przez granice, walce z socjalistycznym system ekonomii, organizowaniem zabezpieczaniem i pomnażaniem dochodu. Praca zawodowa była tylko koniecznym dodatkiem.

Warto tutaj wspomnieć, że dla przeważającej części pływającej braci nie było tak różowo. Bo statki pływały po całym świecie. Co miał naprzykład dorobić sobie marynarz, który płynął do Wietnamu i stał tam 6 miesięcy w delcie Mekongu? Choć zawsze coś tam się kombinowało.
Jednakże najlepsze były linie europejskie. Szybko, sprawnie i duży obrót. To była ta arystokracja i to teraz są te milionowe domy na Kamiennej Górze. Zachód natychmiast odpowiadał na zapotrzebowanie marynarzy i w Hamburgu, Rotterdamie, czy Antwerpii powstawały sklepy dla marynarzy. Tak zwani żydzi. U żyda kupowało się wszystko to, na co aktualnie był zbyt w Polsce. Nawet, gdy nie wiedziałeś, to oni ci podpowiedzieli, że na przykład najlepiej teraz idą swetry szetlandy, albo rajstopy kabaretki. Albo nawet mleko dla niemowlaków Milupa.

Inne dalekie linie też miały swoją przemytniczą specyfikę. Na przykład na Wielkie Jeziora amerykańskie, głównie do Chicago, woziło się suszone grzyby. Wyobrażacie to sobie? Grzyby! Ale też lisy, najlepiej srebrne pieśce. A do Brazylii prawdziwy ruski kawior w pół kilowych puszkach, Z kolei na Afrykę wszystko – od kremów Nivea, po tranzystorowe radyjka i resztę AGD.
Znam przypadki przemycania instrumentów muzycznych, nawet pianin do Meksyku. Kamieni szlachetnych i pół-szlachetnych z Zatoki Perskiej i Indii do Europy. Był okres, że Polska była zawalona takim jednym "piaskiem pustyni". Przemyt kości słoniowej, przemyt drewna tropikalnego, złotych monet i wiele, wiele innych.
Co przemycano i w co się wdał gang na jednym polskim statku, że w tajemniczych okolicznościach, jeden po drugim, zginęło trzech kapitanów. Zwłoki ostatniego wyłowiono na wschód od Gdańska w Górkach Zachodnich, z przymocowaną do ciała dużą gaśnicą.
Jest tego bardzo dużo i wiele z tego będzie tematem następnych opowieści.

*

Tutaj tylko chciałem naszkicować, żeby sobie romantycy i ci, co śpiewają szanty, uzmysłowili sobie, że za komuny życie marynarza to była ciężka przemytnicza praca. Niebezpieczna i ryzykowna. Można było stracić cały majątek, a nawet życie.
Wszystko to powodował komunizm. Stała ekonomia niedoboru. Idiotyczne przepisy, gnębienie obywateli, powodowały, że człowiek szukał obejścia, jakiegoś rozwiązania, by dało się żyć nieco lepiej.

Tak właśnie, na tak zwanym komunistycznym czarnym rynku, samoistnie powstał system, składający się z marynarzy, cinkciarzy i handlarzy, który sprawnie zaopatrywał kraj w najbardziej pożądane dobra. Przez władze oficjalnie był tępiony, ale nieoficjalnie niejeden komendant komisariatu, czy naczelnik Izby Skarbowej składał zamówienie na kupon krempliny, paskudnego, syntetycznego materiału, który w pewnym momencie stał się hitem przemytu.
*

Komunizm upadł, choć według mnie tylko się przepoczwarzył.
Nie ma już cinkciarzy? Bo po co? Najsilniejsi i najsprytniejsi z nich są teraz właścicielami kantorów. Można nawet powiedzieć, że mali, byli przestępcy wspierają teraz w obrocie finansowym, dużych gangsterów, czyli banki. Oczywiście całkiem legalnie i zgodnie z prawem.
A warto tu dodać, że spora część ówczesnych cinkciarzy, to była czysta ubecja, trzymająca swą ciężką łapę nad wszystkimi dziedzinami życia i gospodarki, więc oczywiste jest, że także nad czarnym rynkiem. Teraz są poważnymi finansistami konkurującymi z bankami w wymianie walut, stosujący te same tricki, spready, ceny zakupu i sprzedaży, private banking i tak dalej.

Marynarze przestali przemycać, jak ręką uciął. Niektórzy już po transformacji ciągle mieli jeszcze te szmuglerskie ciągoty, ale zostali szybko wyeliminowani, lub jak znajomy kapitan, odsiadują 10 lat za przemyt w potwornym więzieniu w Arabii Saudyjskiej.
Przemyt przestał się opłacać, bo praktycznie wszystko już w kraju można kupić. Oraz teraz marynarze zarabiają przecież "twarde". I bardzo sobie cenią. Do tego stopnia, że stali się wzorowymi członkami międzynarodowego morskiego społeczeństwa, wspaniale pracującymi, nie nadużywającymi alkoholu, zdyscyplinowanymi i godnymi zaufania.
Historie o kontrabandach opowiada się teraz, jak legendy.

Ponadto, oprócz marynarzy, już 3 miliony Polaków jeździ po świecie i zarabia pieniądze właśnie w "twardych".
"Z najnowszych danych NBP wynika, że w ubiegłym roku Polacy pracujący za granicą przysłali do kraju 17,4 mld zł (4,2 mld euro). To środki porównywalne z tymi, które inwestują u nas zagraniczne firmy.
Według wstępnych szacunków prof. Krystyny Iglickiej, rektor Uczelni Łazarskiego, w ubiegłym roku wyjechało z Polski około 140 tys. osób.
- To są niezwykle duże pieniądze przesłane legalnymi kanałami. Do nich trzeba dodać trzykrotnie większą kwotę przywiezioną z zagranicy w kieszeniach i walizkach rodaków - komentuje dla "Dziennika Gazety Prawnej" Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha. "
[ http://www.hotmoney.pl/Ile-emigranci-przywoza-do-Polski-To-duze-pieniadz... (link is external) ] .

I tutaj ciekawostka – mimo, że marynarze porzucili ostatecznie szmuglerski proceder, przynależny do ich profesji, inni polscy obywatele przejęli system kontrabandy.
Stałem statkiem badawczym dość długo w Haugesund, w Norwegii, przed mobilizacją i rozpoczęciem naukowego projektu i powoli zaczęły mi się kończyć papierosy. W Norwegii to masakra, paczka byle jakich papierosów kosztuje bagatelka – 16 dolarów, czyli prawie 50 zł!!! [ http://www.cigaretteprices.net/ (link is external) ] . Znajomy Norweg doradził: - nie bądź głupi, idź do Polaków, pracujących w stoczni i bedziesz mógł kupić dużo taniej. I poszedłem. Trafiłem do dobrze zaopatrzonego kantoru, gdzie mozna było dostać polską wódkę, piwo, no i rożne papierosy. Kupiłem marlborasy, jako rodak, a nie skalniak (Norweg) promocyjnie, po 8 dolarów za paczkę.
To i tak 100% zarobek.
No, no, no... zawsze byliśmy obrotnym narodem. I nadal jesteśmy.
.










___________________

[1]    http://vod.tvp.pl/24969793/10052016

[2]   http://niezalezna.pl/13823-operacja-zelazo-zboje-w-sluzbie-prl


Aktualny wróg świata #1



Demon przejmujący trwogą maluczkich. Smok, z którym nie mogą sobie poradzić współcześni rycerze spod tęczowej flagi.
Nasyłano już na niego morderców. Miał też zginąć w tragicznej katastrofie.
Niestety dla wrogów – wciąż trwa.

Oczywiście jest w moich słowach sporo przesady, jednakże i w Europie i w Polsce są setki ludzi, które wolałyby, żeby on nie istniał.
A świat zawsze sobie wymyślał, albo prawdziwych, albo sztucznych wrogów #1. Fidel Castro, Pol Pot, Muammar al-Kaddafi.
Zazwyczaj pełnili tą zaszczytną funkcję bycia No.1 po to, by na nich koncentrować całą złość ludzi; obarczać ich za swoje błędy i swoją nieudolność.

Nie ma chwilowo prawdziwych szkodników i oprawców. Ewentualnie są ludzie szkodzący swoją głupotą i uporem, jak Angela Merkel, która narobiła w całej Europie historycznego bigosu i w swoim narcyzmie, nie chce przyznać się do potwornego błędu, a tym bardziej wycofać się i nie kontynuować szkodliwej polityki. Jest też spryciarz pierwszej kategorii – Recep Erdogan, który z iście otomańską tradycją okrucieństwa i nieposzanowania życia, przeprowadza pogromy Kurdów, a z Unią Europejską cynicznie handluje, tak, żywym towarem, jakim są uciekinierzy z Azji i Afryki, zwabieni do Europy przez wspomnianą Merkel.
Oni nie są wrogami publicznymi. W żadnym wypadku. Wprost przeciwnie, cieszą się powszechnym szacunkiem, mimo tego, że już niedługo poważna i obiektywna historia oceni ich czyny jako wyjątkowo szkodliwe dla społeczności.
Lecz niestety, rządzi propaganda, głównie niemiecka, wszystkie te ZDFy, ARD, czy FAZy, które idąc na pasku rządu niemieckiego przedstawiają rzeczywistość nie taką, jaka ona jest na prawdę, tylko w taki sposób, aby usprawiedliwić działania Niemiec i zmajoryzowanej przez nich UE.

Jednakże całej tej propagandzie, zgodnej ze światłymi zaleceniami doktora Goebbelsa i propagandzistów Stalina, potrzebny jest wróg. I to nie jakiś odległy kacyk z drugiej półkuli, tylko człowiek działający po sąsiedzku – tuż za progiem.

Już w roku 2005-tym zaczęto zohydzać braci Kaczyńskich, jako przykład warcholstwa, pieniactwa i prawdziwej głupoty. Ze strony zachodniej Europy spotykała ich tylko pogarda i kpina.
Było, minęło, skutecznie pozbyto się prezydenta Lecha Kaczyńskiego i znowu, po dziesięciu latach, na czele polskiej polityki i władzy stanął Jarosław Kaczyński.
To jest fakt nie do zniesienia dla lewackiego zachodu, a w szczególności Niemiec. Ten człowiek nie dopuszcza do swobodnej eksploatacji, podkreślam – kolonialnej eksploatacji Polski. Więcej – on jest w stanie pokazać Polakom, że może być inaczej. Że perkal i koraliki rzucane Rzeczpospolitej, to ochłapy z pańskiego stołu oddawane posłusznej służbie i poddanym.

Należy więc go uczynić publicznym wrogiem numer 1. I to nie tylko w Europie, poza granicami Polski, ale także w jego własnym kraju.
Na walkę z Jarosławem Kaczyńskim i jego ugrupowaniem, PIS, przeznaczono ogromne sumy pieniędzy. To według zachodnich strategów nie są pieniądze wyrzucone w błoto, bo niszcząc Kaczyńskiego, będzie można ponownie dorwać się do rozlicznych bogactw, jakie Polska posiada. To nie tylko niesłychanie tania siła robocza, z płacami sztucznie utrzymywanymi na najniższym poziomie; to również nie tylko rozliczne bogactwa naturalne, ale to przede wszystkim potężny rynek zbytu, a także tania urodzajna ziemia i największe w Europie obszary leśne.
Kaczyńskiego należy więc wszelkimi możliwymi sposobami obrzydzać, pomniejszać i deprecjonować.
Ma on właśnie być tym znienawidzonym przez cały świat karłem. Jak się go nie da wymazać, to należy okryć pogardą, ośmieszyć i wzbudzić strach przed nim.

I takich właśnie poczynań jesteśmy świadkami.

Czasami zahaczam o radykalne, antypisowskie środowiska. Zazwyczaj jest to przykre doświadczenie. Koledzy z dawnych lat, onegdaj weseli i trzeźwo myślący, są w jakimś amoku, tańcu chocholim z "Wesela", zasklepieni w pułapce propagandowych stereotypów i haseł. Niezdolni do prawidłowej i uczciwej oceny rzeczywistości.
I zwornik tego wszystkiego – Jarosław Kaczyński. Nie miałem bladego pojęcia, jak on jest przezywany. Jakie absurdalne oskarżenia przeciwko niemu są wysuwane. Wyssane z palca opowieści. Złosliwe i obleśne opinie...
Lecz zawsze jedno jest wspólne – jakikolwiek temat dotyczący naszego kraju byłby poruszany, to dyskusja zawsze kończy się na wspólnym opluwaniu Kaczyńskiego. Jest on jak potężny magnes, który przyciągnął swoim polem wszystkich tych, którzy autentycznie go nienawidzą.
Czy może jest to naturalna potrzeba człowieka, by mieć osobistego wroga, na którym można koncentrować wszystkie swoje złe uczucia?
Mimo tej całej pogardy i nienawiści, jak satelity, nieustannie krążą wokół Kaczyńskiego; jak ćmy wokół płomienia, mimo, że to ich spala i są ludźmi znacznie gorszymi, niż potencjalnie nie powinni być.

I najważniejsze:
Jak Jarosław Kaczyński mówi, to wszyscy go słuchają.

Prezes wygłosił przemówienie. Media rządowe z przyczyn oczywistych transmitowały to zdarzenie. Lecz również wszystkie wrogie na codzień stacje to przemówienie transmitowały, aby potem przez długie godziny, w licznym gronie zaprzyjaźnionych ekspertów, analizować każde wypowiedziane słowo przemówienia prezesa.
Następnie jest on cytowany tygodniami, często, gęsto, zdania zmanipulowane, słowa wyrwane z kontekstu.
Lecz mówią o nim nieustannie. Nie mogą przestać.
Każde wystąpienie Kaczyńskiego to news najwyższej wagi. Stacje telewizyjnę przerywają program, choćby to była msza z Watykanu, czy jakiś Taniec z Gwiazdami.

Oni wszyscy dobrze wiedzą, mimo całej pogardy i obrzydzenia, choć nigdy, nawet we śnie, nie wypowiedzą tego otwarcie, że Jarosław Kaczyński to najważniejszy obecnie dla Polski człowiek. I czy chcą tego, czy nie, z czym się właśnie nie mogą pogodzić, od tego, co on uczyni zależy ich los.
Więc ta nachalna kontestacja podszyta jest również strachem. To także ten strach gromadzi ich przed telewizorami, gdy prezes przemawia. Bo może usłyszą wyrok? Albo dostaną nagrodę...

Środowiska antypisowskie, o których wspomniałem, pogodziły się już z faktem (dotarło to do nich w końcu), że zostały brutalnie oszukani i wykorzystani przez poprzednią władzę Platformy i PSLu – Tuska, Kopacz, Schetynę i pozostałych.
Musieli więc zmodyfikować narrację: tamci byli źli, ale ci są jeszcze gorsi.
Bo po prawdzie, w polityce nie ma dobrych. Zawsze są to egoiści i złodzieje, skoncentrowani na własnych karierach, a naród i kraj mający w dupie.
Kompletnie nie mieści się im w głowach i nie przyjmują tego do wiadomości, że jednak mogą być tacy ludzie, którzy chcą dobra dla wszystkich. Że chcą budować dla wspólnoty, a nie tylko dla siebie. Taki jednokolorowy obraz świata, a w szczególności Polski.

Tak jak ci rozliczni blogerzy i komentatorzy, czasami ze sporym posłuchem, którzy każde wydarzenie, każde działanie, czy projekt analizują, kto za tym stoi: sowieci, Niemcy, czy jak to nazywają – usrael.
Tak długo byliśmy, jako kraj zniewoleni, że już nie potrafią sobie wyobrazić, że może być inaczej – że stajemy się suwerenni, niezależni i sami stanowimy o sobie. To niemożliwe, twierdzą. Zawsze byliśmy pod butem kogoś.
Czyżby? Jak już ma się na stałe mentalność niewolnika, to faktycznie nie można sobie wolności wyobrazić.

Reasumując: sytuacja jest taka, że dla nas, dla obozu zjednoczonej prawicy, Jarosław Kaczyński jest naturalnym przywódcą. Mężem stanu i człowiekiem z wizją dobrej Polski. Mamy tyle zaufania w stosunku do jego umiejętności  i umysłu, że wierzymy, że jest on zdolny osiągnąć sukces. Nie tylko dla siebie, ale dla nas wszystkich: Polski i Polaków.
Natomiast dla naszych wrogów, tych wewnętrznych, głównie beneficjentów III RP i otumanionych przez propagandę pożytecznych idiotów, jak również tych spoza Polski, który z kontynentu chcą uczynić lewacki kołchoz, pod przywództwem zdegenerowanych mędrców z Brukseli i Strasburga, którzy tam uwili sobie przytulne gniazdka, Jarosław Kaczyński jest i będzie Wrogiem Numer 1.
I to choćby Polska stała się krajem mlekiem i miodem płynąca. Wreszcie rządzona przez prawowitego suwerena.

W sobotę, 7-go maja, zjednoczona, totalna opozycja organizuje uliczne pochody, których jawnym celem jest odebranie władzy PISowi i wyeliminowanie Kaczyńskiego.
Tymczasem prezes JK malutkim, drobnym gestem może te pochody zniszczyć i zesłać w niebyt.
Wystarczy, że ogłosi, że w newralgicznym momencie pochodu wygłosi ważne oświadczenie.
Widzę tych dziennikarzy i te wozy transmisyjne, mikrofony i kamery, jak na łeb, na szyję opuszczają pochód by udać się na miejsce, gdzie Jarosław Kaczyński będzie przemawiał.

Bo gdy Kaczyński mówi, to wszyscy go słuchają.
I zawsze jest to wiadomość dnia.


.

piątek, 29 kwietnia 2016

Wojna została wypowiedziana



Już chyba absolutnie nikt śledzący sytuację w naszym kraju, po dniu wczorajszym nie ma wątpliwości – wypowiedziano wojnę legalnej władzy.
A przekładając to dalej – wypowiedziano wojnę narodowi.
Czy czeka nas wkrótce marsz na Belweder? Choć może w tej konkretnej sytuacji marsz na Nowogrodzką, albo na Pałac Prezydencki.

Czy będziemy się biernie przyglądać, gdy zdeprawowane grupy, których interesom zagroził PIS i Kaczyński, te różne kliki, korporacje, salony i garstka otumanionych obywateli, odrzucają legalnie wybranych: Prezydenta, Sejm i rząd i ostentacyjnie łamią, kulawą, bo kulawą, ale jednak ważną, Konstytucję?



Panie Prezydencie i panie ministrze Macierewicz, czy policzyliście już wszystkie armaty i karabiny? Czy pozbyliście się generałów i oficerów szkolonych przez odwiecznego wroga – Rosję?
Bo może trzeba będzie bronić Ojczyzny przed zdrajcami.

Wyłażą ze swoich przepastnych foteli, kiwają siwym głowami na cienkich szyjach i oznajmiają. Ujawniają swoje myśli i rozumowanie, które zostały uformowane w czasach radykalnej komuny, na czerwonych uniwersytetach, z których wiele nadal pozostaje czerwonymi i wsparte odpowiednimi kursami, pośród których WUML – Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu – Leninizmu zabetonował ich sposób myślenia.

Spytam publicznie – czy panowie sędziowie: Strzembosz, Stępień, Zoll, lub Rzepliński byli kiedyś słuchaczami WUMLu? Nie? Nie słyszę.


Kolesie...
Marszałek Terlecki stwierdził, że to delikatne określenie. Zapewne tak, ale nie adekwatne. Ja bym całą tą grupę wspierania ancien regimu Jaruzelskich i Kiszczaków a potem ich spadkobierców: Tusków i Komorowskich, nazwał inaczej.
Fakt – jest to ścisła grupa korporacyjno – towarzyska. Dosyć hermetyczna i ściśle obudowana przywilejami. Lecz nie są to kolesie z podwórka, których zazwyczaj mało co mocno łączy. Nie jest to również salon z doborowym towarzystwem pełen autorytetów. Najbardziej pasuje mi do nich słowo folwark. I to folwark w którym nagle zabrakło nadzorcy. Widać też pewne podobieństwa do "Animal Farm" George Orwella.

Kolesiostwo? A może jeszcze coś więcej...
Pani sędzina Małgorzata Gersdorf, dzisiejszy pierwszy prezes Sądu Najwyższego (od 2014), sądu, który właśnie nawołuje do sprzeciwu wobec legalnej władzy, czyli do anarchii, jest przecież żoną sędziego Bohdana Zdziennickiego, prezesa Trybunału Konstytucyjnego przed Rzeplińskim (jeżeli się nie mylę, bo w tej sprawie internet został dokładnie wyczyszczony).
Czy to nie ciekawe w ramach dyskusji o klikach, korporacjach, koteriach, czy też dewastujących Polskę sitw.


Wczoraj rano były premier i wieloletni przywódca SLD, Leszek Miller spytany przez Adriana Klarenbacha, dlaczego nie podpisał się pod listem otwartym trzech prezydentów, odpowiedział: - "Ja nie należę do tego kręgu towarzyskiego".
I to jest bardzo istotne stwierdzenie – "krąg towarzyski". Były establishment III RP, z braku obycia, wiedzy i kultury wzorowany na czerwonych salonach Polski Ludowej, wyobraził sobie, że jest elitą, nie zdając sobie sprawy, albo nie przyjmując do wiadomości, że jest wyłącznie grupą uzurpatorów; fałszywych autorytetów i wzajemnie wspierających się ludzi. Błogosławił ich biskup Adam Michnik, styl i modę określał Jerzy Urban, a każdy z nich dbał bardzo, by spoczęło na nim życzliwie uważne oko towarzysza Kiszczaka, ich autentycznego, nieformalnego przywódcy.
Prawda pani hrabino Beato Mario Heleno Tyszkiewiczówna – Kalenicka, herbu Leliwa? Liścik pani do generała publicznie dostępny. A może pan Andrzej Celiński, rewolucjonista z nieodłączną pianą na ustach, również poszukiwał łaskawej aprobaty towarzysza generała? Co to był za liścik panie Celiński?

Ta samozwańcza elita, mieszanina prawdziwych komunistów, krypto-komunistów, komunistów kawiorowych i żydo-komuny, po zawarciu dilu z Kiszczakiem i Jaruzelskim przy "okrągłym stole", myślała, że już teraz będzie trwać wiecznie. Utwierdzali ich w tym przekonaniu, metropolitalni nadzorcy z Moskwy, Berlina i Brukseli wraz z oszalałym miliarderem – lewakiem George Sorosem.
Jeszcze w marcu 2015 r. sondaże wskazywały, że mogą spać spokojnie, bo błazen, którego usadowili na fotelu prezydenta, dysponuje 80 procentowym poparciem narodu...

A tu nagle trrrach! Katastrofa! Prezydenckie wybory wygrał Andrzej Duda rekomendowany przez PIS.
To niesie za sobą zagrożenie, że również w wyborach do Sejmu PIS może wygrać.

Rozpoczynają się poufne i gorączkowe narady w kręgach post-komunistycznego establishmentu. Jak widać, w tym budowaniu tamy przeciwko PISowi uczestniczą nagle zjednoczeni niegdysiejsi wrogowie: Wałęsa, Kwaśniewski i Komorowski. Dołącza do nich prawie cały okrągły stół. Bo przecież wszyscy oni to beneficjenci tamtej transformacji, Tłuste bysie, które dobrze się pasą w bagnie III RP.
Dołączają się również zagraniczni politycy, którzy w swoich założeniach widzą Polskę jako państwo neokolonialne, ciche i bierne, bez dyskusji pod-porządkujące się metropoliom.
Paskudny człowiek, odwieczny wróg suwerennej Rzeczypospolitej, George Soros w pośpiechu przeznacza milionowe sumy, by stworzyć nową partię oporu – Nowoczesną z Ryszardem Petru.

Wszyscy ci wyżej wymienieni mają tylko jeden cel i zadanie – położyć tamę władzy PISu i wszelkimi sposobami dążyć do obalenia legalnie wybranych przedstawicieli narodu.

Czy już w czerwcu 2015, po zwycięstwie prezydenta Dudy, zrodził się plan użycia aparatu sądowego do walki z nową władzą? Przekonany jestem, że tak. W sprytnie uknutym spisku Trybunał Konstytucyjny miał blokować kolejne ustawy Sejmu, praktycznie paraliżując możliwość zmian i naprawy państwa. To, z kolei, miało doprowadzić do przyspieszonych wyborów i obalenia rządów PISu.

Na szczęście dla państwa PIS okazał się za silny i za stanowczy. Wrogowie z coraz większym przerażeniem i determinacją patrzą na statystyki i sondaże i widzą, że PISowi nic a nic nie spada. Ciągle z dużą przewagą utrzymują się na prowadzeniu. To jest wprost niebywałe.

Taka sytuacja zmusza ich do eskalacji walki.
Skorumpowane i nigdy nie naprawione środowiska i ugrupowania wypowiadają, już prawie otwarcie wojnę legalnej władzy, używając pretekstu obrony demokracji i praworządności.

Kolejne korporacje sędziowskie nawołują do nieposłuszeństwa wobec dopiero co wybranej w demokratycznych wyborach władzy.

Samorządy Łodzi, Warszawy, Poznania, Bydgoszczy uchwalają, że stają po stronie Trybunału Konstytucyjnego. Czyli przeciw Sejmowi i rządowi. Wkrótce dołącza do nich Kraków i Sopot.
A przecież wszyscy całkiem świeżo mamy w pamięci szwindel wyborczy, jakiego dokonano przy wyborach samorządowych.

Opłacona grupa aktywistów z ad hoc zorganizowanego, najprawdopodobniej również za pieniądze Sorosa, KODu usiłuje wyprowadzić na ulicę tych niezadowolonych i ogłupiałych, którzy bardzo dobrze się paśli kosztem narodu w III RP i dla których dobra zmiana jest śmiertelnym ryzykiem.
Warto tutaj podkreślić, że, coby nie mówili, nie jest to protest obywatelski, tylko odgórnie przygotowywana i sterowana masówka, jak wiece poparcia za Gierka, czy komunistyczne defilady 1 maja.

Nie do pominięcia są również silne naciski zewnętrzne, gdzie głównie lewackie i neoliberalne władze, z przerażeniem widzą, że ta, tak ładnie skolonizowana Polska ucieka w suwerenność. To niedopuszczalne w nowym porządku świata.

*

Czy mamy dzisiaj szachowego pata lub bokserski klincz? W żadnym wypadku. Przeciwnicy obecnych władz kraju nie spoczną tak długo, jak nie odsuną PISu, a najlepiej, jak go kompletnie nie zniszczą.

Niektórzy z nas, ci bardziej niecierpliwi i łagodni mówią: - dajmy im ten Trybunał Konstytucyjny, wydrukujmy to orzeczenie i przyjmijmy ślubowanie od trzech sędziów.
Tylko ktoś bardzo naiwny może myśleć, że to rozwiązałoby cokolwiek. Natychmiast powstałby całkiem nowy punkt konfliktu i ataki na władzę trwały by nadal bez zmian. Bo powtarzam – cel ostateczny jest tylko jeden: zniszczyć PIS i odebrać mu władzę. Na zawsze.
Takie są przecież dyrektywy z Moskwy, Berlina i Brukseli.

Trudno jest powiedzieć, jakie jeszcze kroki powinni podjąć prezydent Duda, premier Szydło i przewodniczący Kaczyński.
Może wcale nie muszą podejmować kolejnych kroków, tylko z uporem i determinacją realizować swoje zamierzenia, zgodnie ze starą, arabską maksymą: "psy szczekają, a karawana idzie dalej".
To wszystko zależy od szybkiej i trafnej oceny sytuacji w czasie rzeczywistym, oraz zdolności przewidywania ruchów przeciwnika.
Gdyby, nie daj Boże, państwo zbliżyło sie do zapaści lub paraliżu, o co właśnie naszym wrogom chodzi, potrzebne będzie podjęcie kroków nadzwyczajnych. Państwo musi się bronić i nie moze biernie dać się rozwalić. A jest przecież wyposażone w odpowiednie narzędzia i środki. I to wszystko w zgodzie i w ramach prawa, choć wiadomo, że druga strona będzie wrzeszczeć i fikać, że dzieje się straszne bezprawie.
Tymczasem, na szczęście sytuacja ciągle jest dosyć daleka od poważnego kryzysu i sejm, rząd i prezydent mogą spokojnie sprawować władzę.
Może tylko należałoby dokonać weryfikacji priorytetów, czy rozłożenia akcentów i szybciej zabrać sie za modyfikacje i naprawę takich systemów jak sądownictwo, czy szkolnictwo wyższe.
Nie zapominajmy, ze są to środowiska, które przez 25 lat broniły się rękami i nogami przed weryfikacją, lustracją, czy jakimkolwiek audytem. Środowiska, które mocno zyskiwały na patologiach III RP.


Jednakże, gdyby mimo wszystko doszło do kryzysu państwa, to naród, który wybrał obecne władze, w nadziei dobrych zmian i wyrwania sie z marazmu, musi ponownie zdecydowanie stanąć u boku swojej władzy.

I nie dać się.


*



Właśnie gdy to piszę, trzech wybitnych opozycjonistów, Andrzej Duda, Krzysztof Wyszkowski i Andrzej Rozpłochowski, faktyczni twórcy i przywódcy polskich, solidarnościowych przemian, osoby nieskazitelne, nieprzekupne i nigdy nie zhańbione czynem niegodnym, odpowiedziały trzem byłym prezydentom, o których opinia publiczna ma już wyrobione prawidłowo zdanie. Odpowiedzieli prosto i dobitnie. Oto fragment:

"Prawdziwym zagrożeniem dla praworządności i demokracji w Polsce jesteście wy sami i wasze działania(tj. Wałęsa, Kwaśniewski i Komorowski – jk) . Zagrożeniem dla demokracji są nikczemne słowa waszego listu. To wy, udając obrońców prawa i obywatelskich swobód, nie schodzicie z drogi niszczenia pokoju społecznego i prób antydemokratycznego odwrócenia wyników ostatnich wolnych wyborów. To wy, kłamiąc i mieszając ludziom w głowach przy aplauzie obcych, eskalujecie konflikty i podziały w społeczeństwie"

http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/1613034,Odpowiedz-opozycjonistow-na-list-otwarty-prezydentow

Non plus ultra - Nic dodać, nic ująć...

 

Gówniarstwo – Pro publico Bono

 
"Dama" Zakonu Maltańskiego, Collegium Invisibile – jeden z niewidzialnych uniwersytetów utworzonych (a jakże!) przez George Sorosa, oraz jak dobrze zorientowani twierdzą, loża masońska - to zaplecze niesłychanie aroganckiej i bezczelnej baby, jaką jest prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz. Zresztą kto wie, do jakich jeszcze tajnych organizacji i stowarzyszeń ta kobieta należy. Nie ważne, już widać, kto ją popiera i lansuje. Ulubiona prymuska Sorosa.

Podobno Polka, podobno gorąca patriotka, jak głosi publicznie jej totumfacki, hodowca najgłupszych psów – dogów niemieckich, łaziebny Halicki, dała wczoraj w publicznym wystąpieniu pokaz "patriotyzmu" i szczucia na Polskę.
"To dowód zacietrzewienia politycznego, odbierającego rozum" powiedział po tym wystąpieniu Rafał Ziemkiewicz.
A Bronisław Wildstein: - "Zrobiła z uroczystości partyjny wiec. Po prostu hańba".
Ja natomiast powiem: - klasyczny przykład gówniarstwa, jakie serwowano nam przez ostatnie lata i jakie nadal się serwuje w wykonaniu platformerskich polityków.


Parę miesięcy po odebraniu władzy poprzednim zarządcom Polski, gdy naród w końcu nie wytrzymał morza afer na każdym szczeblu, lekceważenia Polaków i wszechobecnej korupcji, widzimy bardzo wyraźnie z jakim gówniarstwem i infantylizmem mieliśmy do czynienia.

Na tle niedojrzałych ludzi Platformy, a obecnie również Nowoczesnej, ludzi bez kultury, wykształcenia i niestety rozumu (mimo częstokroć profesorskich tytułów), ludzi bardzo chamskich i aroganckich, bez najprostszej nawet kindersztuby, obecne władze jawią się jako arystokracja wobec stajennych. I to w każdym aspekcie: od kultury wymowy, erudycji i zdolności używania języka ojczystego, znajomości języków obcych, elegancji zachowania, savoir vivre'u i ogólnej ogłady. Nawet wybitna niedbałość odzieżowa Jarosława Kaczyńskiego pasuje do roztargnionego profesora, podczas gdy niechlujstwo i bezmyślnie nie golona twarz prezesa Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego razi nie tylko estetycznie, lecz także niezrozumieniem powagi piastowanego stanowiska.

Zastanówmy się nad takim porównaniem paru postaci, które w Polsce sprawowały i sprawują najwyższe urzędy w kraju: prezydent Andrzej Duda versus Bronisław Komorowski; premier Beata Szydło a Ewa Kopacz, szef MSZ Witold Waszczykowski, a jego poprzednicy Radosław Sikorski, czy wyjątkowo sprawiający folwarczne wrażenie Grzegorz Schetyna, lub jego były wiceminister, słynny ostatnio twórca donosu na własny kraj, Rafał Trzaskowski kontra obecny wiceminister Konrad Szymański. A takie Ministerstwo Zdrowia...
Panowie, wiecznie spocony i rozchełstany Arłukowicz z aroganckim zastępcą Neumannem i z drugiej strony ministrowie, doktorzy Konstanty Radziwiłł i Jarosław Pinkas.
Jakby tego było mało, tego szczeniactwa, buty i absolutnego braku kultury, dodatkowo poziom zdecydowanie zaniżył Ryszard Petru i jego specyficzna "menażeria".

Przekonany jestem, że każdy z nas, który otrzymał jako takie wychowanie i nie uczył się życia, tak jak wg. własnych słów, Donald Tusk, na podwórku, widzi te dysproporcje jaskrawie i rażą go one.

Gdy obecna opozycja, przez parę lat, lecz stanowczo za długo, ze szkodą dla państwa, bawiła się w rządzenie, jej kulturalne, mentalne, moralne i edukacyjne mankamenty były starannie ukrywane przed narodem, przez propagandowe, w dużej mierze niepolskie media. Nawet ewidentne błędy i błazenady na arenie międzynarodowej, ex-prezydenta Komorowskiego, były obracane w serdeczny żart, mimo, że wywoływały niesmak i zażenowanie światowej dyplomacji.

Szkoda była tym większa, bo w tym czasie miliardy państwowych pieniędzy przeciekały przez palce, często bezczelnie kradzione, albo wpompowane w szemrane inwestycje, jak pociągi Pendolino, czy 13 miliardów przeznaczone na zakup helikopterów – wraków, francuskich Caracali. A jak trzeba było więcej pieniędzy na imprezy w ekskluzywnych knajpach, to sprzedało się od ręki coś państwowego, jak na przykład grupę kapitałową Ciech SA Janowi Kulczykowi, za marne 600 milionów, aby już po paru miesiącach potroć swoją wartość do ponad 1 600 milionów.
Gówniarze nierzadko, gdy brakuje im pieniądzy, bez skrupułów okradają swoje zapracowane matki i ojców. A rządząca wówczas gówniarzeria, bez skrupułów kradła pieniądze państwa i obywateli.
Robili to z pełną świadomością, wyrachowaniem i arogancją, czego dowiedzieliśmy się z nagranych rozmów prowadzonych w ekskluzywnych restauracjach, gdzie rachunki za kolację na koszt obywateli oscylowały na poziomie dziesięciu tysięcy złotych.

Gówniarstwo tej ekipy, słusznie często nazywanej ferajną Tuska, na wzór "Cłopców z ferajny", gangsterskiej opowieści z Robertem de Niro, Ray Liotto, Joe Pesci i Samuelem L. Jacksonem, uwidoczniło się pełnej krasie po wyborczej klęsce w październiku 2015.
To, co dotychczas było skrzętnie maskowane przez media głównego ścieku, nie dawało się dalej ukrywać. Byle która transmisja z obrad sejmowych uwidaczniała prawdziwy poziom tych niewydarzonych polityków, głównie stworzonych przez skrycie wrogie Polsce mocarstwa, ludzi dobranych według klucza niedoborów intelektualnych i całkowitym braku moralnego kręgosłupa, wybranych z prostego powodu – takimi właśnie osobnikami łatwiej było kierować ich zachodnim mocodawcom.
Na każde zawołanie byli gotowi spełnić jakiekolwiek, nie wiadomo, jak szkodliwe dla Rzeczypospolitej polecenie, jak choćby likwidacja stoczni przez Tuska, czy zatrzymane w ostatniej chwili zamknięcie kopalń przez Kopacz według projektu, o czym wiemy, opracowanego w Berlinie.
Liczył się tylko interes własny i usłużność wobec możnych i silnych tego świata. Dokładnie tak, jak w blokerskich kręgach gówniarzerii, gdzie młodsi i słabsi służą starszym i silniejszym chuliganom i przestępcom.

Gdy smarkacz nagle zostaje pokonany, to co robi? Wydziera się i usiłuje brutalnie, bez zważania na jakiekolwiek reguły, kąsać, albo leci po pomoc starszych, silniejszych i zaprzyjaźnionych chuliganów.
Czy nie taką, szczeniacką filozofię stosują platformersi z Grzegorzem Schetyną, czy Nowoczesna – utworzona ad hoc, po klęsce Komorowskiego partia Sorosa, z żenująco komicznym Ryszardem Petru?
Schetyna zresztą to otwarcie i publicznie powiedział. I był z tego dumny!

Widzieliśmy niedawno idiotyczne targanie powagi Sejmu. Tak nawet nie zachowywał się śp. Andrzej Lepper, ze swoim pseudo-chłopskim ugrupowaniem.
 Przyszywany "lider" Solidarności, Borowczak, wymachujący rękoma i wrzeszczący na marszałka, krzywousta posłanka Pomaska określająca kolegów posłów – "Co za głupki!". Hucpa i żenada. A także nieudolność i jak zwykle obciążanie kogoś, za swoją klęskę i głupotę.

Nie będę mnożyć tutaj tych przykładów kompletnej niedojrzałości, głupoty i chamstwa spod budki z piwem (poseł Borys Budka z PO jest nieco innym typem natchnionego trolla).
Widzimy to niestety codziennie. Czy to w Sejmie, czy Brukseli, lub nawet, co urąga wszelkiej godności, pod Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie.

Naród to widzi i ocenia. Niestety, ta słabsza część obywateli, która nie dostała porządnej, rodzinnej szkoły, bierze wzorce z takiego zachowania.
I tak rodzą się w przestrzeni publicznej nowe szczeniackie postacie – najczęściej dzieciaki z bogatych domów, albo już korporacyjnie umodelowani lewacy i neoliberałowie. Często, gęsto marzący o komunizmie i tak uroczej multi – kulti, tacy jak Barbara Nowacka, córeczka bogatego tatusia, która ma kaprys, czy nowy ideolo, Sławomir Sierakowski, naczelny "Krytyki Politycznej", podobnie, jak Gronkiewicz Waltz związany z Sorosem poprzez Collegium Invisibile.

Nie można też nie wspomnieć o całej rzeszy prowincjonalnych publicystów, którzy zdecydowali w stolicy robić karierę - Tomasz Lis z Zielonej Góry, Jakub Wojewódzki z Koszalina, czy postać dla mnie wyjątkowo obrzydliwa – Piotr Najsztub ze Żnina i jego koleś, pozujący na autorytet, Jacek Żakowski , wrzeszczący głośno na Dorotę Kanię, że nie jest "resortowym dzieckiem". Jak to nie jest, jak jest?

Mam już swój wiek i mogę na te wszystkie wymienione osoby mówić gówniarze. Nie w sensie wieku, tylko mentalności, pozerstwa i fałszu i obłudy.
Czy nie jest takim 53 – letni Wojewódzki, pozujący na nastoletniego hipstera, lecz o autentycznej mentalności 18 – letniego, niedorosłego szczeniaka?

Na dodatek, w tej całej drugiej fali smarkaterii, która nie załapała się do nowoczesnej Petru, modnym jest być członkiem, bo to i kaska i prestiż wśród małolatów, różnych lewackich fundacji i instytucji.
Mamy więc całe grono niedorobionych smarkaczy z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, krypto-rasistów, którzy będą poniżać Polaków kosztem wędrujących do Polski Arabów. Mamy mocno pukniętych po porodzie ekologów, czy innych "zielonych" z WWF, Greenpeace, Planet Earth i jeszcze ze stu innych.
No i jeszcze te feministki i nieokreślonej płci kolesie z LGBT, choć ostatnio się rozwinęli do LGBTQ, bo dodali literę, której nie ma w polskim alfabecie, a która pochodzi od określenia queer – czyli, kiedyś postać mocno podejrzana, a obecnie całokształt seksualnego pedalstwa.

Polska menażeria – gówniarzeria nie podskakiwałaby bez przerwy tak wysoko jak Roman "Koń" Giertych na spędzie KODu, gdyby ta zdeprawowana Unia Europejska nie była również opanowana przez ogłupiałych smarkaczy – lewaków i lewaczki, oraz cwanych hipokrytów, podtatusiałych żuli, jak niejaki Schultz, którzy dorwali się do zarządzania tym szczeniackim bałaganem.

Każda próba wejścia wyżej po drabinie postępu, przywrócenie chociażby wartości, etyki i kultury II RP, kończy się piekielnym wrzaskiem mentalnych niedorozwojów, koszmarnych, niewychowanych chuliganów politycznych, tępych kolesiów i rozbrykanych, rozhisteryzowanych pannic, które, biorąc pod uwagę 67 letnią Joannę Senyszyn, czy 60 letnią Wandę Nowicką, nie są ograniczone wiekiem.

Czy damy sobie radę z tytułową gówniarzerią? W końcu zapewne tak. Już najmłodsze pokolenie z przedziału 18 – 30 lat, nie cierpi tych dziwolągów. Narasta powrót do normalności, co oznacza również dojrzałość i odpowiedzialność.
Gówniarz w polityce i gówniarz w przestrzeni publicznej zacznie zanikać. Mija epoka Myszki Miki i Szreka.
Jeszcze trochę wysiłku z naszej strony; jeszcze nieco lepszej informacji społeczeństwa o powrocie prawdy, zacności, honoru i odpowiedzialności, a te społeczne pasożyty zaczną znikać, jak kamfora.
W szczególności, jak pierwszy z tych szczeniackich kombinatorów pójdzie siedzieć. Upiekło się Nowakowi i Karnowskiemu, lecz to już chyba koniec odpustu.

Nie tylko my zaczniemy być poważni...

..........

Ps. "Pro publico Bono" to oczywiście cytat z Donalda Tuska, który chciał błysnąć w pogoni za swoim mistrzem epokowych sentencji, Bronisławem Komorowskim. Donald, musisz się bardziej starać! Rośnie ci silna konkurencja, choćby w osobie Ryszarda "Swetru" Petru i pociągu pancernego, Grzegorza Schetyny. Nie daj się chłopie. A jak już do kraju nie wrócisz, to nikt ciebie nie zrozumie. Tak, jak Obama, gdy mu powiedziałeś "Huja tomorrow depends on what we do today".
[  http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/wielka-wpadka-donalda-tuska-krol-europy-do-baracka-obamy-ch-tumorol_552978.html ]


 https://youtu.be/hxw5Vuj-Aec

.

Gówniarstwo – Pro publico Bono

 
"Dama" Zakonu Maltańskiego, Collegium Invisibile – jeden z niewidzialnych uniwersytetów utworzonych (a jakże!) przez George Sorosa, oraz jak dobrze zorientowani twierdzą, loża masońska - to zaplecze niesłychanie aroganckiej i bezczelnej baby, jaką jest prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz Waltz. Zresztą kto wie, do jakich jeszcze tajnych organizacji i stowarzyszeń ta kobieta należy. Nie ważne, już widać, kto ją popiera i lansuje. Ulubiona prymuska Sorosa.

Podobno Polka, podobno gorąca patriotka, jak głosi publicznie jej totumfacki, hodowca najgłupszych psów – dogów niemieckich, łaziebny Halicki, dała wczoraj w publicznym wystąpieniu pokaz "patriotyzmu" i szczucia na Polskę.
"To dowód zacietrzewienia politycznego, odbierającego rozum" powiedział po tym wystąpieniu Rafał Ziemkiewicz.
A Bronisław Wildstein: - "Zrobiła z uroczystości partyjny wiec. Po prostu hańba".
Ja natomiast powiem: - klasyczny przykład gówniarstwa, jakie serwowano nam przez ostatnie lata i jakie nadal się serwuje w wykonaniu platformerskich polityków.


Parę miesięcy po odebraniu władzy poprzednim zarządcom Polski, gdy naród w końcu nie wytrzymał morza afer na każdym szczeblu, lekceważenia Polaków i wszechobecnej korupcji, widzimy bardzo wyraźnie z jakim gówniarstwem i infantylizmem mieliśmy do czynienia.

Na tle niedojrzałych ludzi Platformy, a obecnie również Nowoczesnej, ludzi bez kultury, wykształcenia i niestety rozumu (mimo częstokroć profesorskich tytułów), ludzi bardzo chamskich i aroganckich, bez najprostszej nawet kindersztuby, obecne władze jawią się jako arystokracja wobec stajennych. I to w każdym aspekcie: od kultury wymowy, erudycji i zdolności używania języka ojczystego, znajomości języków obcych, elegancji zachowania, savoir vivre'u i ogólnej ogłady. Nawet wybitna niedbałość odzieżowa Jarosława Kaczyńskiego pasuje do roztargnionego profesora, podczas gdy niechlujstwo i bezmyślnie nie golona twarz prezesa Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego razi nie tylko estetycznie, lecz także niezrozumieniem powagi piastowanego stanowiska.

Zastanówmy się nad takim porównaniem paru postaci, które w Polsce sprawowały i sprawują najwyższe urzędy w kraju: prezydent Andrzej Duda versus Bronisław Komorowski; premier Beata Szydło a Ewa Kopacz, szef MSZ Witold Waszczykowski, a jego poprzednicy Radosław Sikorski, czy wyjątkowo sprawiający folwarczne wrażenie Grzegorz Schetyna, lub jego były wiceminister, słynny ostatnio twórca donosu na własny kraj, Rafał Trzaskowski kontra obecny wiceminister Konrad Szymański. A takie Ministerstwo Zdrowia...
Panowie, wiecznie spocony i rozchełstany Arłukowicz z aroganckim zastępcą Neumannem i z drugiej strony ministrowie, doktorzy Konstanty Radziwiłł i Jarosław Pinkas.
Jakby tego było mało, tego szczeniactwa, buty i absolutnego braku kultury, dodatkowo poziom zdecydowanie zaniżył Ryszard Petru i jego specyficzna "menażeria".

Przekonany jestem, że każdy z nas, który otrzymał jako takie wychowanie i nie uczył się życia, tak jak wg. własnych słów, Donald Tusk, na podwórku, widzi te dysproporcje jaskrawie i rażą go one.

Gdy obecna opozycja, przez parę lat, lecz stanowczo za długo, ze szkodą dla państwa, bawiła się w rządzenie, jej kulturalne, mentalne, moralne i edukacyjne mankamenty były starannie ukrywane przed narodem, przez propagandowe, w dużej mierze niepolskie media. Nawet ewidentne błędy i błazenady na arenie międzynarodowej, ex-prezydenta Komorowskiego, były obracane w serdeczny żart, mimo, że wywoływały niesmak i zażenowanie światowej dyplomacji.

Szkoda była tym większa, bo w tym czasie miliardy państwowych pieniędzy przeciekały przez palce, często bezczelnie kradzione, albo wpompowane w szemrane inwestycje, jak pociągi Pendolino, czy 13 miliardów przeznaczone na zakup helikopterów – wraków, francuskich Caracali. A jak trzeba było więcej pieniędzy na imprezy w ekskluzywnych knajpach, to sprzedało się od ręki coś państwowego, jak na przykład grupę kapitałową Ciech SA Janowi Kulczykowi, za marne 600 milionów, aby już po paru miesiącach potroć swoją wartość do ponad 1 600 milionów.
Gówniarze nierzadko, gdy brakuje im pieniądzy, bez skrupułów okradają swoje zapracowane matki i ojców. A rządząca wówczas gówniarzeria, bez skrupułów kradła pieniądze państwa i obywateli.
Robili to z pełną świadomością, wyrachowaniem i arogancją, czego dowiedzieliśmy się z nagranych rozmów prowadzonych w ekskluzywnych restauracjach, gdzie rachunki za kolację na koszt obywateli oscylowały na poziomie dziesięciu tysięcy złotych.

Gówniarstwo tej ekipy, słusznie często nazywanej ferajną Tuska, na wzór "Cłopców z ferajny", gangsterskiej opowieści z Robertem de Niro, Ray Liotto, Joe Pesci i Samuelem L. Jacksonem, uwidoczniło się pełnej krasie po wyborczej klęsce w październiku 2015.
To, co dotychczas było skrzętnie maskowane przez media głównego ścieku, nie dawało się dalej ukrywać. Byle która transmisja z obrad sejmowych uwidaczniała prawdziwy poziom tych niewydarzonych polityków, głównie stworzonych przez skrycie wrogie Polsce mocarstwa, ludzi dobranych według klucza niedoborów intelektualnych i całkowitym braku moralnego kręgosłupa, wybranych z prostego powodu – takimi właśnie osobnikami łatwiej było kierować ich zachodnim mocodawcom.
Na każde zawołanie byli gotowi spełnić jakiekolwiek, nie wiadomo, jak szkodliwe dla Rzeczypospolitej polecenie, jak choćby likwidacja stoczni przez Tuska, czy zatrzymane w ostatniej chwili zamknięcie kopalń przez Kopacz według projektu, o czym wiemy, opracowanego w Berlinie.
Liczył się tylko interes własny i usłużność wobec możnych i silnych tego świata. Dokładnie tak, jak w blokerskich kręgach gówniarzerii, gdzie młodsi i słabsi służą starszym i silniejszym chuliganom i przestępcom.

Gdy smarkacz nagle zostaje pokonany, to co robi? Wydziera się i usiłuje brutalnie, bez zważania na jakiekolwiek reguły, kąsać, albo leci po pomoc starszych, silniejszych i zaprzyjaźnionych chuliganów.
Czy nie taką, szczeniacką filozofię stosują platformersi z Grzegorzem Schetyną, czy Nowoczesna – utworzona ad hoc, po klęsce Komorowskiego partia Sorosa, z żenująco komicznym Ryszardem Petru?
Schetyna zresztą to otwarcie i publicznie powiedział. I był z tego dumny!

Widzieliśmy niedawno idiotyczne targanie powagi Sejmu. Tak nawet nie zachowywał się śp. Andrzej Lepper, ze swoim pseudo-chłopskim ugrupowaniem.
 Przyszywany "lider" Solidarności, Borowczak, wymachujący rękoma i wrzeszczący na marszałka, krzywousta posłanka Pomaska określająca kolegów posłów – "Co za głupki!". Hucpa i żenada. A także nieudolność i jak zwykle obciążanie kogoś, za swoją klęskę i głupotę.

Nie będę mnożyć tutaj tych przykładów kompletnej niedojrzałości, głupoty i chamstwa spod budki z piwem (poseł Borys Budka z PO jest nieco innym typem natchnionego trolla).
Widzimy to niestety codziennie. Czy to w Sejmie, czy Brukseli, lub nawet, co urąga wszelkiej godności, pod Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie.

Naród to widzi i ocenia. Niestety, ta słabsza część obywateli, która nie dostała porządnej, rodzinnej szkoły, bierze wzorce z takiego zachowania.
I tak rodzą się w przestrzeni publicznej nowe szczeniackie postacie – najczęściej dzieciaki z bogatych domów, albo już korporacyjnie umodelowani lewacy i neoliberałowie. Często, gęsto marzący o komunizmie i tak uroczej multi – kulti, tacy jak Barbara Nowacka, córeczka bogatego tatusia, która ma kaprys, czy nowy ideolo, Sławomir Sierakowski, naczelny "Krytyki Politycznej", podobnie, jak Gronkiewicz Waltz związany z Sorosem poprzez Collegium Invisibile.

Nie można też nie wspomnieć o całej rzeszy prowincjonalnych publicystów, którzy zdecydowali w stolicy robić karierę - Tomasz Lis z Zielonej Góry, Jakub Wojewódzki z Koszalina, czy postać dla mnie wyjątkowo obrzydliwa – Piotr Najsztub ze Żnina i jego koleś, pozujący na autorytet, Jacek Żakowski , wrzeszczący głośno na Dorotę Kanię, że nie jest "resortowym dzieckiem". Jak to nie jest, jak jest?

Mam już swój wiek i mogę na te wszystkie wymienione osoby mówić gówniarze. Nie w sensie wieku, tylko mentalności, pozerstwa i fałszu i obłudy.
Czy nie jest takim 53 – letni Wojewódzki, pozujący na nastoletniego hipstera, lecz o autentycznej mentalności 18 – letniego, niedorosłego szczeniaka?

Na dodatek, w tej całej drugiej fali smarkaterii, która nie załapała się do nowoczesnej Petru, modnym jest być członkiem, bo to i kaska i prestiż wśród małolatów, różnych lewackich fundacji i instytucji.
Mamy więc całe grono niedorobionych smarkaczy z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, krypto-rasistów, którzy będą poniżać Polaków kosztem wędrujących do Polski Arabów. Mamy mocno pukniętych po porodzie ekologów, czy innych "zielonych" z WWF, Greenpeace, Planet Earth i jeszcze ze stu innych.
No i jeszcze te feministki i nieokreślonej płci kolesie z LGBT, choć ostatnio się rozwinęli do LGBTQ, bo dodali literę, której nie ma w polskim alfabecie, a która pochodzi od określenia queer – czyli, kiedyś postać mocno podejrzana, a obecnie całokształt seksualnego pedalstwa.

Polska menażeria – gówniarzeria nie podskakiwałaby bez przerwy tak wysoko jak Roman "Koń" Giertych na spędzie KODu, gdyby ta zdeprawowana Unia Europejska nie była również opanowana przez ogłupiałych smarkaczy – lewaków i lewaczki, oraz cwanych hipokrytów, podtatusiałych żuli, jak niejaki Schultz, którzy dorwali się do zarządzania tym szczeniackim bałaganem.

Każda próba wejścia wyżej po drabinie postępu, przywrócenie chociażby wartości, etyki i kultury II RP, kończy się piekielnym wrzaskiem mentalnych niedorozwojów, koszmarnych, niewychowanych chuliganów politycznych, tępych kolesiów i rozbrykanych, rozhisteryzowanych pannic, które, biorąc pod uwagę 67 letnią Joannę Senyszyn, czy 60 letnią Wandę Nowicką, nie są ograniczone wiekiem.

Czy damy sobie radę z tytułową gówniarzerią? W końcu zapewne tak. Już najmłodsze pokolenie z przedziału 18 – 30 lat, nie cierpi tych dziwolągów. Narasta powrót do normalności, co oznacza również dojrzałość i odpowiedzialność.
Gówniarz w polityce i gówniarz w przestrzeni publicznej zacznie zanikać. Mija epoka Myszki Miki i Szreka.
Jeszcze trochę wysiłku z naszej strony; jeszcze nieco lepszej informacji społeczeństwa o powrocie prawdy, zacności, honoru i odpowiedzialności, a te społeczne pasożyty zaczną znikać, jak kamfora.
W szczególności, jak pierwszy z tych szczeniackich kombinatorów pójdzie siedzieć. Upiekło się Nowakowi i Karnowskiemu, lecz to już chyba koniec odpustu.

Nie tylko my zaczniemy być poważni...

..........

Ps. "Pro publico Bono" to oczywiście cytat z Donalda Tuska, który chciał błysnąć w pogoni za swoim mistrzem epokowych sentencji, Bronisławem Komorowskim. Donald, musisz się bardziej starać! Rośnie ci silna konkurencja, choćby w osobie Ryszarda "Swetru" Petru i pociągu pancernego, Grzegorza Schetyny. Nie daj się chłopie. A jak już do kraju nie wrócisz, to nikt ciebie nie zrozumie. Tak, jak Obama, gdy mu powiedziałeś "Huja tomorrow depends on what we do today".
[  http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/wielka-wpadka-donalda-tuska-krol-europy-do-baracka-obamy-ch-tumorol_552978.html ]


 https://youtu.be/hxw5Vuj-Aec

.

Wiem co knuje PIS!

 

No może nie całkiem wiem, ale się domyślam...
W każdym bądź razie ja bym tak zrobił, a przekonałem się już wielokrotnie, że potrafię podążać skomplikowanymi meandrami umysłu Jarosława Kaczyńskiego.
Umysłu bardzo niebezpiecznego, który wpędził w ciężką chorobę Stefana Niesiołowskiego, spowodował, że Grzegorz Schetyna musiał zainstalować sobie nowe, cyrkonowe zęby, a szereg posłanek PO i Nowoczesnej cierpi na jakże przykrą anorgazmię. Zresztą paru posłów też.

Pomysł ten, albo, jak się obecnie mówi – projekt, jest tak perfidny i zarazem skuteczny, że długo się wahałem, czy to napisać, bo może Prezes będzie wściekły, że przedwcześnie ujawniam tajemnicę. Ale co tam – mi też należy się cokolwiek.

ZSSR, czyli Zjednoczone Siły Skubania Rzeczpospolitej, siły wewnętrzne – PO, Nowoczesna, mistrz skubania PSL, establishment i Michnik, oraz siły zewnętrzne, czyli głównie nasi najbliżsi sąsiedzi, już od stuleci wyspecjalizowani w skubaniu, twierdzą i wołają gromkim głosem, z Tercetem Nie-egzotycznym – Schltz, Petru i anorgiastyczna Kamilka Gasiuk-Pihowicz na czele, a za nimi cały chór wujów, z pianą na ustach,że władza musi opublikować wyrok (???) Trybunału Konstytucyjnego z grudnia ub. roku. Wyrok miażdżący tak zwaną ustawę naprawczą TK.

Muszą, albo i nie muszą...
Lecz dobrze... wybiegnijmy do przodu i sami uznajmy, że nasza grudniowa ustawa była pomyłką i już jest dla nas nie ważna. I co?! Zatkało kakao?
I wtedy, jak całe ZSSR będzie stało z rozdziawionymi gębami, słusznie spodziewając się najgorszego i rozglądając się trwożnie z której strony padnie cios, to my cyk – wyciągamy nową ustawę o TK i składamy ją do Sejmu.
Uwierzcie, efekt będzie piorunujący.

Dlaczego sądzę, że PIS tak knuje? Ano dlatego, że nie widzę innego celu powołania w tej sprawie komisji ekspertów przez marszałka Kuchcińskiego jakieś dwa tygodnie temu. Czy mają oni tylko wysmażyć stanowisko wobec opinii Komisji Weneckiej? Nieprawdopodobne... Szanowni profesorowie prawa, tuzy palestry i teoretycy różnych konstytucji precyzyjnie cyzelują nową ustawę naprawczą Trybunału Konstytucyjnego.

Jest oczywistym, ze nowa ustawa unieważnia i ustawę czerwcową, wiekopomne dzieło PO i Rzeplińskiego, które miało wgnieść w glebę PIS i Kaczyńskiego i ustawę grudniową, która przecież wykazywała się dobrocią i wspaniałomyślnością, bo nie przeniosła TK do Ustrzyk Dolnych, choć mogła.

Jak widać nowa ustawa rozwiąże szereg problemów, wykaże dobrą wolę rządzącego ugrupowania, a opozycji da możliwość zademonstrowania swej koncyliacyjności i po raz pierwszy – dobroci.

Schultz et consortes stracą powód do pohukiwania i plucia z góry na głowy polskich patriotów.
Generalnie rzecz biorąc, wszystko powinno się uspokoić i złagodnieć.

Czyżby?

Niestety... wrzask po tym będzie taki, jakiego najstarsi nie pamiętają. Tak, jak w przedszkolu, gdy pani czyta, jak wstrętny wilk zaatakował świnki trzy. Czyli Kaczyński Schetynę, Petru i Kosiniaka-Kamysza.

Trzymajmy kciuki Polacy...

Na koniec warto jeszcze zacytować konkurencję, prawnika Mikołaja Drozdowicza, gdyż przypomina on podstawowe prawdy:

"... warto mieć na uwadze art. 4 ust. 1 ustawy zasadniczej, zgodnie z którym władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do narodu, A naród wybrał Sejm, Senat i prezydenta, a nie sędziów Trybunału Konstytucyjnego. [...] Szukając rozwiązania obecnej patowej sytuacji, warto powiedzieć obywatelskie "sprawdzam" tym, którzy mienią się obrońcami demokracji w Polsce i zaproponować zniesienie Trybunału Konstytucyjnego. W takim przypadku rolęs ądu konstytucyjnego przejąłby Sąd Najwyższy, wyposażony we wszystkie, co do jednej, kompetencje obecnego TK wymienione w art. 188 i 189 konstytucji."  [ "Do rzeczy" nr 15/166]

To co? Robimy referendum z jednym pytaniem – "Czy jesteś za likwidacją Trybunału Konstytucyjnego i powierzeniem jego kompetencji w całości Sądowi Najwyższemu?"  [j.w.]


.

Fair play

 

Pamiętacie finał Mistrzostw Świata w Niemczech w 2006? Francja gra z Włochami.
Nagle małe zamieszanie, Włoch na murawie zwija się z bólu (czysty teatr), a zawodnik francuski dostaje czerwoną kartkę.
Niby normalka na murawie, tylko to, że usuniętym z boiska jest najwybitniejszy piłkarz wszech-czasów Zinedine Zidane.
A było tak: Marko Materazzi przytrzymał za koszulkę Zidane'a, ten go się zapytał, czy zamierza tą koszulkę kupić, na co Włoch odparł: - "Nie, wolę kurwę, jaką jest twoja siostra".
Zinadine Zidane bez namysłu walnął z byka Włocha w pierś.
Czerwona kartka za obronę czci swojej rodziny...
Co na to mówi słynne "Fair Play"?


Piszę o tym właśnie dlatego, że zjednoczona prawica będąca u władzy w wyniku woli narodu, wykazanej w uczciwych i powszechnych wyborach, jest nieustannie faulowana przez przeciwników, mimo tego zachowując stoicki spokój, promieniuje kulturą i jest odporna na prowokację.
 
Sprowokowany Zidane zadziałał instynktownie, zgodnie z wartościami w jakich został wychowany. Za to został ukarany i usunięty z boiska. A chamski i bezczelny Włoch Marco Materrazi, zadowolony ze swojego sprytu i chamstwa, śmiał się radośnie. Dodam jeszcze tylko, że wówczas Francja przegrała rzutami karnymi...
 
Czy wrogowie Polski, bo za takich mam ludzi tak zwanej opozycji totalnej – całe te bandy od Schetyny i Petru, wraz z ich opiekunami z Unii Europejskiej, będą faulować, pluć nam w twarz, obrażać rodzinę i nasze wartości, jak Materazzi, licząc na to, że w impulsie gniewu, oburzenia, lub nawet wściekłości, sfaulujemy tak, że trzeba będzie nas zdjąć z boiska?

Czy tak właśnie nie jest panowie Petru, Schetyna, Schultz i  Verhofstad?
Liczyć na to, że rozwścieczycie Kaczyńskiego tak, że w końcu walnie z byka?!

A... takiego wała!

Co wcale nie oznacza, że mamy być świętsi od papieża i cały czas grać fair play, gdy te moralne karły cały czas kopią po kostkach i targają za koszulki. Mamy grać swoją grę i to tak, aby wygrać. A Materazzim nie dać się sprowokować.

W nagłówku swojego bloga umieściłem zdanie Kena Folleta, pisarza, którego bardzo szanuję: " ... w gruncie rzeczy życie nie polega na dokonywaniu wyborów między dobrem a złem, lecz na tym, czy się wygrywa, czy przegrywa". Jeżeli ktoś powie, że tak nie jest, to ja powiem, że kreuje się na świętego Szymona Słupnika. Zawsze w życiu chodzi o to, by w końcu wygrać.

Sztywne trzymanie się zasad fair play, może często prowadzić do katastrofalnych skutków. Tak się nie da. Dobry Bóg założył, że jesteśmy istotami grzesznymi z pewną pulą i prawem do pomyłek.
A już ta zasada w polityce, to najszybsza droga do klęski.

Działanie władzy, zakładając jej dobrą wolę, musi być elastyczne i dostosowane do zmiennych warunków otoczenia. Inne jest, gdy wokół jest pokój, wzajemne zrozumienie i życzliwość. I diametralnie inne, gdy działa w otoczeniu wrogim. Tak, jak obecna władza, mająca opozycję, która nie jest w żadnym stopniu konstruktywna, nie akceptuje wyników wyborów, wszelkimi, nawet bardzo brudnymi sposobami usiłuje legalną władzę unieważnić, a co gorsza, będąc praktycznie słabym i głupim zgromadzeniem, pomocy szuka u odwiecznych wrogów Polski, oraz wariatów marzących o nowym porządku świata.
Tak zdefiniowane działanie władzy nazywa się inteligencją. A mnie się wydaje, że chyba poraz pierwszy po wojnie mamy właśnie inteligentną władzę.

Nie mam zielonego pojęcia, jakie są strategiczne plany prezesa Kaczyńskiego. Może ma ukryty cel w trwaniu w obecnym konflikcie, bez wykonywania gwałtownych ruchów?
W tym czasie opozycja ulega naturalnej erozji, a władza ma czas na czyszczenie stajni Augiasza, którą zostawili poprzednicy. I nie oburzajmy się na wymianę kadr i obsadzanie stanowisk ludźmi przychylnymi, bo tak było i jest zawsze w dziejach wszystkich państw, gdy dochodzi do zmiany władzy.

No dobrze... ale co z tą erozją opozycji?
Stan na dzisiaj jest taki, że Konrad Morawiecki jest w stanie wyciągnąć z ugrupowania Kukiz15 około dziesięciu posłów. Tak samo jak były kandydat na prezydenta, Adam Jarubas może wyciągnąć z PSLu również dziesięciu posłów.
A najlepiej poinformowani donoszą, że Platformę Obywatelską, na dzisiaj, gotowych jest opuścić czterdziestu posłów.
Policzmy więc sobie teoretyczne szable: 235 (PIS) + 10 (Kukiz15) + 10 (PSL) + 40 (PO) = 295 posłów.
To już pozwala na sporo; nawet na odwołanie tego fatalnego, lewackiego Rzecznika Praw Obywatelskich.
Lecz wiadomo, że PISowi, Jarosławowi Kaczyńskiemu i nam wszystkim chcącym dobrej zmiany, chodzi o zmianę tragicznej Konstytucji. Do tego potrzeba głosów 2/3 Sejmu, czyli 307 głosów.
Paweł Kukiz szedł ze swoim ugrupowaniem do Sejmu również z deklaracją konieczności zmiany Konstytucji. Zakładająć, że PIS zdobył już tych 295 posłów, ugrupowaniu Kukiz15 nadal pozostaje 32 członków i gdyby w głosowaniu o zmianę Konstytucji przyłączyli się do PIS, to w sumie mielibyśmy 327 głosów.
Możemy wówczas Konstytucję zmienić i pełną parą reformować kraj.
Tylko, zastanawiam się, czy ewentualna koalicja z Kukizem nie byłaby taka, jak z Lepperem i tym śmiesznym, podskakującym Giertychem?
Czy nie lepiej, by PIS sam zgromadził 307 posłów? Może to właśnie realizuje prezes?

No dobrze, jedźmy dalej. Załóżmy, że będziemy jeszcze mniej święci i na czas walki przyjmiemy metody podobne do tych, jakimi gra przeciwnik. Odejdziemy od defensywy i sami rozpoczniemy taniec.
A może by tak zastosować, tak wychwalany przez establishment sposób sędziego Rzeplińskiego?
Przypominam, że w stosunku do ustawy naprawczej TK, pan Rzepliński i jego gromada dyspozycyjnych sędziów, uznali, że pies drapał konstytucję i ustawy, które twierdzą, że Ustawa Sejmu ma domniemanie zgodności z Konstytucją tak długo, aż orzeczenie TK tego nie obali. W tym przypadku, ewidentnie łamiąc zapisy Konstytucji, Rzepliński przyjął już na wstępie, przed rozprawą TK, że ustawa naprawcza jest niekonstytucyjna, więc on będzie pracował na podstawie ustawy czerwcowej, którą nota bene, sam napisał! Taki spryciul i cwaniaczek!

Ale dobrze, zagrajmy taką samą piłkę. Umówmy się z Kukizem i zwołajmy nadzwyczajne posiedzenie Sejmu, a na nim, mówiąc brzydko, olejmy Konstytucję Kwaśniewskiego z 1996 roku, twierdząc, że to relikt komunistyczny, więc władza opierać się będzie na Konstytucji Kwietniowej, która mówi:
      "Zmiana konstytucji mogła być dokonywana z inicjatywy:
  • Prezydenta – wymagana wówczas większość zwykła w obu izbach parlamentu,
  • Rządu lub 1/4 ustawowej liczby posłów – wymagana wówczas większość ustawowej liczby posłów i senatorów."

Prezydent oczywiście wystąpi o zmianę, a Sejm i Senat zatwierdzą decyzję.
I zabieramy się za nową konstytucję panowie i panie!

Mając specyficzne i nieco wisielcze poczucie humoru dużo bym dał, żeby zobaczyć, co się wtedy będzie działo w Sejmie!
Niesiołowski – apopleksja. Pomaska zwariowała i lata, jak dron ze swoją komórką, poseł Jerzy Borowczak, odciągnięty przez straż marszałkowską, jak niemalże nie udusił prezesa Kaczyńskiego, Borys Budka stanął w postawie Mojżesza i zaczyna ogłaszać X Przykazań.. A Petru i Schetyna wiszą na telefonach, błagając swych mocodawców o instrukcję – co robić.
To byłby na prawdę piękny widok...
Niestety. Wydaje mi się, że taki scenariusz mógłby się źle skończyć, bo już następnego dnia mielibyśmy w Warszawie Bundeswehrę, Luftwaffe i Armię Czerwoną. I koniec marzeń o lepszej zmianie.

Więc grać, czy nie grać fair play?
Pozwolić by KOD pluł na patriotów i nie obrzucić ich, choć raz zgniłymi pomidorami i jajkami.
Nie ostrzyc na łysą pałę zdrajców Polski z europarlamentu.
Nie odpowiadać niegrzecznie na niegrzeczne i chamskie zaczepki Schultza, Tuska, Joglanda et consortes.

Obawiam się, że wówczas naród, patrioci, mogą się nieco wnerwić i wziąć sprawy w swoje ręce. A wtedy Petru, Schetyna i ich bady mogą być nie dość szybkie w spierniczaniu za przyjazne granice.

.

Czy Unia wkroczy do Polski? Czy Schetyna i Petru biorą kasę?


Środa – ciąg dalszy linczu prowadzonego na Polsce przez euro-idiotów, w skutek donosów i skomleń zdrajców kraju z panami Schetyną i Petru na czele.

Parę dni temu napisałem o aktywnym planie zniszczenia Polski i pokrzyżowaniu tego zamierzenia poprzez zwycięstwo w wyborach Andrzeja Dudy i zjednoczonej prawicy [1]
Lecz upiory nie odpuszczają. Usiłują nadal Polskę rozwalić. Rezolucja UE jest tego dobitnym przykładem.

Właśnie zdrajcy dopięli swego. Neoliberalne lewactwo z Brukseli, za podszeptami panów Schetyny i Petru i rękami dwóch kobiet z podejrzaną przeszłością: Cornelii Ernst z byłego NRD, wychowanki Honeckera i ex-komunistki z SED – Socjalistycznej Partii Jednosci Niemiec (Czy ex-komunistka? Osobiście wątpię. Ludzie Honeckera komunistami pozostają do końca.), oraz Moniki Hohlmaier, Niemki, a jakże, lecz z Bawarii, córki słynnego polakożercy, Franza Josepha Straussa; ta dama z kolei o przeszłości kryminalnej ( fałszowała listy wyborcze i jakieś pieniądze lepiły się do rąk, za co z hukiem po wyroku sądu przestała być ministrem kultury i wyleciała z tatusiowego CSU). [2]
Wcale bym się nie zdziwił, jakby tekst dyktowały im polskojęzyczne koleżanki z PO – Róża Thun, Julka od dorsza Pitera, czy Lidia Geringer de Oedenberg – prościej – Ulatowska.
Taki mają właśnie styl, co już zademonstrowały obalając wybór Janusza Wojciechowskiego.
Patrząc na te panie, muszę stwierdzić, że kiedyś w maglu panowała większa kultura.

Mam problem natury psychologiczno – socjologicznej. Czy można być aż tak głupim i amoralnym, żeby judzić i szczuć na własny kraj, jak robią to Schetyna z Petru? Niech nikt nie da się zwieść, że to wyłącznie atak na PIS i Kaczyńskiego. Ten atak ma szkodzić Polsce. Ma ją osłabiać i wykolejać z obranej drogi, tak niebezpiecznej dla europejskiego (i nie tylko) establishmentu.
A może panowie Schetyna i Petru, jak i jeszcze paru, nie są durniami, tylko są brudnymi najemnikami i są, jak to wielu plotkuje, na utrzymaniu, na przykład światowego awanturnika – komunisty George'a Sorosa? Albo kogoś tam jeszcze?

Pan Neumann, faryzeusz pierwszej kategorii, stwierdza właśnie publicznie, że ta rezolucja, to ostrzeżenie.

Ostrzeżenie? Ja czytam i widzę, że są to żądania wobec Polski. Podobne do żądań Hitlera z 1939 roku w sprawie korytarza do Gdańska.


Idąc tokiem myślenia, który wyłożyłem tutaj – [1], Polska będzie w porządku, jeżeli powróci do poddańczej postawy, z marionetkowym rządem, jak ten, który widzieliśmy do 2015 roku.

Powstaje pytanie – jak daleko mogą się posunąć zewnętrzni wrogowie Rzeczpospolitej i ich wewnętrzni najemnicy?

W najgorszym scenariuszu może dojść do tego:

- Schetyna buńczucznie zapowiedział wyprowadzenie miliona ludzi na ulice. To oczywiście czcza przechwałka, lecz jest zdolny wyprowadzić tyle ludzi, by spowodować krwawe zamieszki uliczne.

- Ciągle nie została usunięta ustawa Druk nr.1066 – "O udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach
lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej". W Art. 3.1. pkt 1. określono: "Z wnioskiem do organu państwa wysyłającego o udział zagranicznych
funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach
ratowniczych, zwanym dalej „wnioskiem”, występuje:
1) Komendant Główny Policji, Komendant Główny Straży Granicznej, Komendant
Główny Państwowej Straży Pożarnej albo Szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego...".
Czyli nie potrzeba prezydenta, Sejmu, Senatu, Marszałków, rządu i ministrów. Wystarczy jeden "swój" człowiek na odpowiednim stanowisku, by zawezwać bratnią pomoc w celu "obrony demokracji" w RP.

- może już państwo zapomnieli, że Komorowski z Rzeplińskim majstrowali przy ustawie o TK i również wsadzili tam taką minę:
"Przepychany w Sejmie w wielkim ostatnio pośpiechu, z inicjatywy Prezydenta B. Komorowskiego, projekt nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym (druk 1590), obok wielu zasadniczych sprzeczności z obowiązującą Konstytucją i regułami demokracji przewiduje też wykraczającą poza ramy Ustawy Zasadniczej procedurę „stwierdzenia przeszkody w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej”." [4]
Może właśnie dlatego Rzepliński tak mocno walczy o swój stołek, bo w razie czego ma odwołać prezydenta Dudę, a idąc dalej – podać rząd do dymisji, rozwiązać Sejm i Senat i przywrócić poprzednie władze z Kopaczową na czele. Fantazja? W żadnym wypadku. Pisał szczegółowo o możliwości takiego scenariusza baczny obserwator sceny politycznej, bloger "Obserwator".


Oczywiście to bardzo czarny scenariusz i nie mam złudzeń, że krew by się polała. Lecz może tak być. Skąd wiemy, kto jeszcze jest zdrajcą? Mimo czujności w PISie byli i Marcinkiewicz i Kluzik-Rostkowska.
A europejskie lewaki wprost zacierają ręce, z Martinem Schultzem, Guy'em Verhovstatem i oczywiście Donaldem Tuskiem, na czele, by może sprokurować małą wojenkę i wreszcie rozwiązać ropiejący problem "demokratycznej Europy" – ubezwłasnowolnić Polskę.

Warunki są sprzyjające: - jest neo-targowica, która wrzeszczy, że w Polsce dzieje się źle, łamana jest demokracja, totalitaryzm już za progiem, a zły demon – Kaczyński dąży do dyktatury. Otumanieni niecnymi obietnicami Polacy fatalnie wybrali, lecz już chcą zmian, co widać po demonstracjach na ulicach (KOD) i na dachach (Greenpece). Padają urocze konie, Trybunał Konstytucyjny sparaliżowany, padł trójpodział władzy, sędziowie i instytucje prawne gremialnie zwracają się przeciwko władzy. Kaczyński gwałtownie przejmuje media, by uprawiać swoją propagandę, a byłemu premierowi, a obecnie przewodniczącemu Rady Europejskiej, Donaldowi Tuskowi grożono śmiercią przez powieszenie.

Wystarczy?

Dla dobrych bolszewików, aby przyjść z bratnią pomocą wystarczy aż za nadto.

To oczywiście kompletny political fiction. Lecz może jakiś zręczny politolog z dobrym matematykiem obliczą, jakie jest prawdopodobieństwo takiego scenariusza.

Zreasumujmy na koniec:
- polska opozycja, ta dominująca – PO i Nowoczesna określiły siebie, jako opozycję totalną, nie idącą na żadne kompromisy, której jedynym celem jest obalenie władzy zjednoczonej prawicy. I to, jak stwierdził Schetyna – używając ulicy i zamieszek, oraz pomocy "zagranicznych przyjaciół".
- instytucje Unii Europejskiej, w całości opanowane przez lewackich neoliberałów, kryptokomunistów i libertynów, nie akceptują Polski, jako suwerennego, konserwatywnego i katolickiego kraju.
- wielki, międzynarodowy biznes poczuł się poważnie zagrożony. Dojna krowa, jaką była Polska przez minione 25 lat nagle zaczyna wierzgać i krociowe zyski odpływają w siną dal. I najgorsze – Kaczyński nie bierze łapówek i pilnuje, by jego ludzie nie dali się skorumpować. Zegarki droższe niż 400 złotych są bardzo źle widziane. Jak żyć i działać w takim państwie – zastanawiają się światowe finansjery i korporacje.

Dzisiaj przyjęto hańbiącą dla UE rezolucję. Rezolucję dla której nie ma nawet podstaw prawnych. Oznacza to, że walka na ostro się właśnie zaczęła.

My wiemy, że to my mamy rację. Prawda i sprawiedliwość jest po naszej stronie. Ale to oni, jako, że są bardziej podli i cyniczni, atakują. Nie przebierają w środkach i nie stosują fair-play.
Dlatego ja nie jestem pewien, czego jeszcze możemy się spodziewać.



-




[1] http://naszeblogi.pl/61387-zniszczenie-polski-projekt-ktory-sie-nie-udal

[2] http://wpolityce.pl/swiat/288364-kto-przygotowuje-rezolucje-przeciw-polsce-skompromitowani-niemieccy-politycy-ktorzy-w-normalnych-warunkach-powinni-zniknac-z-zycia-publicznego

[3] https://www.senat.gov.pl/download/gfx/senat/pl/.../1886/.../1066.pdf
[4] http://ruch-obywatelski.com/polityka/wladza-szykuje-specjalna-ustawe-ktorej-celem-jest-pozbawienie-urzedu-ewentualnego-nowego-prezydenta/

.