niedziela, 2 lutego 2014

Góra Athos a gender – (wersja skrócona)


W ramach zagrażającej nam i niepotrzebnie zajmującej umysły ideologii gender, warto przypomnieć sobie taką ciekawostkę, jak najbardziej związaną z płcią, czyli po angielsku gender. Okazuje się, że już ponad 1300 lat temu mnisi wyczuli zagrożenie wojującego feminizmu i przewidzieli panią Środę i Szczukę
**********************
Republika Mnichów - XIII wieków bez jednej kobiety na tym terenie. Ciekawe dlaczego?

W miedzianym tygielku zagotowałem sobie słuszną porcję kawy po turecku. Gdybym to tutaj głośno oznajmił, to dostałbym od młodych w zęby. Byłem w Grecji i tak parzona kawa jest po grecku a nie po wrażym turecku. Napar dwa razy zabulgotał, zdjąłem z ognia dodałem cukru i, o zgrozo, mleka.
Rozsiadłem się na tarasie. Czułem, że to będzie dzisiaj, więc cierpliwie czekałem. Chwilę przed wschodem słońca było już dosyć jasno, przyjemnie chłodno, a morze spokojne, prawie jak tafla lodu, tylko od czasu do czasu było widać grzbiet pojedynczej fali. Cicho.
I oto nagle, spoza horyzontu, który był cudownie schowany za lekką mgłą, tak, że można się tylko było jego domyślać, zaczeły strzelać promienie słońca. Czerwony rąbek gwiazdy naszej w końcu precyzyjnie określił gdzie morze, a gdzie niebo. I wtedy oświetlił ją.

Po raz pierwszy z mgielnego niebytu wyłoniła się święta góra Athos. Jakby nagle tam przypłynęła. Mogłeś cały dzień wytężać oczy i nic nie zobaczyć. Ale są takie momenty, a to był właśnie taki jeden, że z odległości kilkudziesięciu kilometrów widać ten dwu kilometrowy szczyt; nieco wyższy niż Kasprowy Wierch, a o całe 500 merów nizszy niż Rysy. Jednak wrażenie jest ogromne, bo to samotny szczyt widoczny od zera, czyli od poziomu morza.
Znajdowałem się na Kassandrze, najbardziej zachodnim palcu trójpalczstego Półwyspu Chalcydyckiego, lub jak kto woli, Halkidiki. Tu przyjeżdża się po słońce, piaszczyste plaże i ciepłe morze. Ale ja przyjechałem specjalnie dla trzeciego, wschodniego palca półwyspu, który, od góry również przyjął nazwę Athos. Środkowy palec, Sithonia jest też piękny, zachęca do wędrówek, lecz cały jest skalisty. Dla porządku jeszcze dodam, że znajduję się w greckiej Macedonii, a duże miasto u nasady półwyspu to Saloniki.

W mitologii greckiej Athos to imię giganta. Gdy giganci podjęli wojnę z bogami Olimpu, słynną Gigantomachię, Athos starł się z Posejdonem i rzucił w niego kawałkiem skały. Tak właśnie powstała góra. Choć inni mówią, że było odwrotnie – to Posejdon przywalił skałą pokonanego giganta.

O górze Athos wspomniał Homer w „Iliadzie”. Pisał też o niej Herodot.
Nieco później, chrześcijańska opowieść związana z tą górą jest, kto wie czy nie piękniejsza.
Matka Boska płynęła w towarzystwie Jana Ewangelisty z Joppy na Cypr, odwiedzić Łazarza. Sztorm zepchnął ich z trasy, tak, że znaleźli się w pobliżu półwyspu Athos. Maria zeszła na ląd w miejscu, gdzie obecnie znajduje się klasztor Iviron. Zachwycona pięknem i dzikością góry pobłogosławiła to miejsce i poprosiła swojego Syna, aby uczynił tutaj jej ogrody. Wówczas odezwał się Głos, który rzekł: „Niech to miejsce stanie się Twoim dziedzictwem i Twoim ogrodem, rajem i niebem zbawienia, dla tych, którzy zbawiena poszukują”. Od tego momentu góra została konsekrowana jako ogród Matki Boskiej i żadna kobieta nie miała tutaj wstepu.

„Palec” Półwyspu Athos wystaje z Halkidiki na 50 kilometrów. Jego szerokość jest pomiędzy 7 a 15 kilometrów. Obszar to około 335 kilometrów kwadratowych. Wody wokół góry są zdradliwe.
Od ponad tysiąca lat Athos jest autonomiczny i zwany Republiką Mnichów. Na chwilę obecną to w ramach Grecji okręg autonomiczny, z pilnie strzeżoną granicą u nasady półwyspu. Dostać się na Athos można jedynie promem. Ruch jest ściśle kontrolowany przez służby.

Ja zapragnąłem odbyć pielgrzymke do tego miejsca. Nie będąc wyznawcą prawosławia, nie jest to takie łatwe. Władze autonomii zezwalają jedynie na pobyt na terytorium tylko 10 mężczyznom spoza prawosławia. I to po spełnieniu szeregu warunków i długotrwałym oczekiwaniu.
Czyli tak, mówiono mi, że dobrze mieć rekomendację od swojego proboszcza, z deklaracją, ze jestem wierzącym katolikiem. Uzyskałem takie pismo i przetłumaczyłem je. Potem się okazało, że nikt specjalnie sie tym nie interesował. Skontaktowałem sie ze specjalnym biurem w Salonikach, zgłosiłem aplikację, załączyłem potrzebne papiery i w końcu dostałem upragniony permit. Biuro przyznaje zgodę na wizytę dla 10 nie-prawosławnych dziennie, oraz 100 Greków i prawosławnych. Ta „wiza” ważna jest cztery dni. Więc przyjazd trzeba sobie odpowiednio dopasować.

Młodzieńcy poniżej 18 roku życia mogą wizytować tylko pod opieką ojca i jak już powiedziałem, kobiety kompletnie na Athos nie mają wstępu.
I tak juz jest od ponad tysiąca lat. Nawet hodowane tam zwierzęta, to same samce. Mnisi tamtejsi to bardzo mądrzy ludzie. Uznali już na początku, że czczą tylko jednę kobietę – Marię, Matkę Boską, a inne kobiety nie powinny przebywać w pobliżu (dokładnie ponad 500 metrów od półwyspu). I powiedzcie, czy nie mają racji? Gdy sprawy boskie, nie zawsze, ale często wpadną w kobiece ręce, to rozpoczyna się krwawa jatka. Znam takie, które tysiąc letnią Republikę Mnichów zniszczyłyby w jeden miesiąc, udawadniając im, jak głęboko się mylą. Toteż, są tam tylko sami mężczyźni bez wężowej natury niektórych pań.

Historia Republiki Mnichów, ta udokumentowana, zaczęła się jakieś 1300 lat temu pod koniec VIII wieku. Choć Według legendy twórcą pierwszego klasztoru na Athosie był Konstantyn Wielki, jednak nie istnieją żadne dokumenty, które potwierdzałyby ten fakt. Bardziej zorganizowana wspólnota monastyczna uformowała się na Athosie przed rokiem 843, w którym delegacja mnichów z Athos brała udział w uroczystości oficjalnego przywrócenia kultuikon wKonstantynopolu. Czterdzieści lat później mnisi zostali zwolnieni z podatków na mocy dekretu cesarza Bazylego I. Ten sam dokument nadawał im wyłączną własność ziemi na półwyspie. W tym samym okresie uformowała się wspólna administracja klasztorów Athosu – rada tworzona przez mnichów różnych, żyjących niezależnie od siebie wspólnot.
Za początek zorganizowanego na większą skalę życia monastycznego na Athos uważa się powstanie w 963 Wielkiej Ławry (oryg. gr.Meghisti - największa).
Zmieniały sie panowania i królestwa na tym terenie, a klasztory, raczej bez wiekszych kłopotów trwały i utrzymywały swoją niezależność. Główną konstytucja atosu był typikon, a rządziła Święta Wspólnota (Święte Zgromadzenie gr.Iera Koinotis). W okresie największego rozkwitu na Athos mieszkało nawet 10 tysiecy mnichów. Obecnie zamieszkuje tam około 2 tysiecy. Tradycyjnie mnisi naplywają od stuleci z Grecji, Serbii, Bułgarii, Rosji. Prawie ¼ posiada wyższe wykształcenie.
Ostatnia wersja konstytucji greckiej z 1975 w wyczerpujący sposób reguluje status Athosu jako obszaru autonomicznego pod władzą rządu Grecji i religijną jurysdykcją patriarchy Konstantynopola (nie zaś autokefalicznego Greckiego Kościoła Prawosławnego). Półwyspem zarządzają organy powoływane przez 20 autonomicznych klasztorów; zabroniona jest wszelka modyfikacja ich liczby oraz relacji między nimi (hierarchiczna kolejność monasterów). Wszyscy mnisi podejmujący życie na Athosie są automatycznie uznawani za osoby narodowości greckiej. Nie ma natomiast możliwości zamieszkania na półwyspie dla osób niebędących wyznawcami prawosławia. Szczególny status Athosu reguluje artykuł 105 konstytucji Grecji.
Athos nie jest podłączony do krajowej sieci energetycznej, jednak w monasterach są wykorzystywane urządzenia elektryczne, na ograniczoną skalę również samochody, łodzie motorowe oraz komputery. Od1997 na terenie półwyspu znajduje się antena telefonii komórkowej. Stopień wprowadzania na Athos nowych urządzeń technicznych pozostaje jednak przedmiotem dyskusji we wspólnocie.
Ze względu na wielką wartość historyczną i kulturalną Athos został wpisany nalistę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.

Każdy z monasterów jest kierowany przez przełożonego, którego w tajnym głosowaniu wybiera cała wspólnota mnichów. Urząd ten zwyczajowo pełniony jest dożywotnio. W zarządzaniu klasztorem przełożonemu pomaga rada starców (gr. gerontia).

Oprócz 20 monasterów, na Athosie działają mniejsze wspólnoty mnichów lub też miejsca, w których mogą żyć zakonnicy-pustelnicy. Ilość wspólnot nieposiadających statusu monasterów nie jest ograniczona i ulega stałej zmianie. Zależnie od ilości zamieszkujących je mnichów posiadają one status:
  1. skitów ( klasztory, mniejsze, nie bedące monastyrami)
  2. kaliwii (z gr. chaty),
  3. kelii (z gr. cele),
  4. katism (z gr. chaty),
  5. hezychasterii (pustelni)
Podstawą reguły obowiązującej na Athos pozostają wytyczne założycieli klasztorów z X wieku. Podobnie jak w wypadku innych chrześcijańskich wspólnot monastycznych, za filary życia zakonnika uważa się czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.
Warunkiem przyjęcia do jednego z klasztorów Athos jest ukończenie 18 lat, uregulowanie kwestii stanu cywilnego oraz kwestii spadkowych oraz wyrażenie nieprzymuszonej woli dołączenia do wspólnoty monastycznej. Nowicjusze są zobowiązani do zerwania wszystkich związków ze światem świeckim. Zwyczajowy okres próby, poprzedzający złożenie ślubów wieczystych, trwa dwa lata.

Wszystkie monastery Athos posiadają identyczny, ściśle uregulowany rozkład dnia:
  1. 4.00 – modlitwy poranne oraz nabożeństwo jutrzni,
  2. ok. 7.00 – posiłek,
  3. do godz. 12.00 – praca na rzecz monasteru,
  4. 12.00–15.00 - odpoczynek,
  5. ok. 15.00 – praca na rzecz monasteru,
  6. ok. 17 – nieszpory, bezpośrednio po nabożeństwie - posiłek, następniekompleta i czas na samodzielne modlitwy w celach.
 ***********************************
Wstałem rano, wziąłem przygotowany, tak jak zalecają plecak, ubrałem wygodne buty i wyjechałem do Ouranoupolis, gdzie o 6:30 odpływał prom na Mount Athos. Oczywiście długie spodnie obowiazkowo, a kamery, pod groźbą konfiskaty zabronione.

Dwugodzinny rejs i jesteśmy w porcie Dafni w Świętej Górze Athos – Republice Mnichów od 13 stuleci. Odczucia tylko porównywalne z tymi z Watykanu, czy np. Mediolańskiego Duomo. (W Ziemi Świętej, niestey nie byłem). Zwiedzałem wszystko na piechotę. Wrażenia są monumentalne. Przepych monastyrów jest na prawdę bizantyjski. Na co się spojrzy jest bezcennym skarbem. I mnisi – cisi, lecz dostojni. Człowiek wpada w coś w rodzaju ekstazy i nawet chwilami żałuje, że nie jest wyznawcą prawosławia. Tak to silnie działa.

Czasami dobrze jest odetchnąć od kobiet, na ziemi, gdzie przez tysiąclecie nie postawiły one swojej nogi.


http://www.mountathosinfos.gr/pages/agionoros/pilgrims_info.en.html
http://pl.wikipedia.org/wiki/Athos
http://en.wikipedia.org/wiki/Mount_Athos
http://athens.usembassy.gov/mount_athos.html
http://www.inathos.gr/

autor: jazgdyni

Automatyzacja vs indywidualizacja


Czy aby przypadkiem oczekiwanie iż społeczeństwo wzbogacone w ten sposób odwróci się kiedyś od Mamony i Tandety i zacznie poszukiwać innego boga - nie jest aby nadzieją na wyrost..?
Z powodzeniem, a nawet z niejaką łatwością rozprawiwszy się rano z problemem dostawy siana (jak to jednak solidny ciągnik zmienia życie na wsi...), tudzież solidnie posprzątawszy Padok Zimowy (bo wyszło słoneczko na chwilę i wydawało się, że jest cieplej...), uniesiony falą entuzjazmu, zadzwoniłem do Radka, druha mego serdecznego z pytaniem, czy aby nie wybiera się do cywilizacji..? 
Wendi będzie do odbioru najwcześniej w poniedziałek - a tu trzeba do tego czasu przeżyć, a także wykarmić osobniki czterołape, którym już tylko jedna pusiunia karmy została. Więc - albo uda się z kimś zabrać do ośrodka kultowego poświęconego bliźniaczym bóstwom Mamony i Tandety, znanego powszechnie pod nazwą "Pierdonki" - albo trzeba będzie się kopnąć piechty (jak to się mawia na Kociewiu...) do Strzyżyny i tamże polować na pociąg. A pociągi jeżdżą u nas w tej chwili całkowicie nieprzewidywalnie. Wiem, bo już dwa razy przez ostatnie kilka dni się nimi przewiozłem. Rozkład jazdy sobie - pociągi sobie. Pal licho ten dwukilometrowy marsz - ale już czekanie nie wiadomo jak długo w nieogrzewanej poczekalni... 
Zadzwoniłem - umówiłem się - i... prawie umarłem. Kilkugodzinna wyprawa po prostu była ponad moje siły. Dobrze, że nie wpadłem na pomysł jechać pociągiem do Warszawy (a teoretycznie powinienem - właśnie skończyła się ważność mojego dowodu osobistego na ten przykład i powinienem go chyba odnowić w miejscu zameldowania, nieprawdaż..?). Pod koniec dostałem normalnej, regularnej trzęsiawki - i Lepszej Połowie już się nie udało doprowadzić mnie do porządku, póki nie ległem w wyrku. Za co oberwało mi się po głowie (ale było mi w dużym stopniu wszystko jedno - siedziałem przy kozie w swetrze i trząsłem się, moje grzeszno cielsko utraciło na pewien czas zdolność do termoregulacji...), a teraz obrywa mi się po plecach, bo Hercules zdążył ostygnąć przez noc, zbyt krótko drewnem karmiony i powoli dopiero się rozpala. 
No ale co zrobić, co zrobić..? 
Za to była wyprawa z Radkiem, druhem moim serdecznym, jak zwykle - pouczająca. Doszło podczas niej do zabawnej i instruktywnej konfrontacji, o której pragnę zdać Państwu relację. 
Otóż - pośród wielu innych punktów programu tej wycieczki, odwiedziliśmy też gospodarstwo pewnych starszych państwa (pan ma ponad siedemdziesiąt lat, pani jest niewiele młodsza - ale postawna, energiczna i widać, że krzepę w łapie ma - a i kurwami rzuca jak na prawdziwego chłopa z jajami przystało...). Którzy mieli mieć krowę na sprzedaż. Krowa się wycieliła, urodziła podobno przepiękną jałóweczkę i daje mnóstwo mleka - i już nie jest na sprzedaż. 
Za to, być może państwo będą mieli na sprzedaż kwotę mleczną (o kwotach mlecznych opowiadałem jakiś czas temu) - bo jej nie wykorzystują. Ilościowo. Bo jak chodzi o jakość mleka, to nawet Radek był pod wrażeniem, gdy pani pokazała ostatnie tzw. "paski" (w rzeczy samej, są to wąskie paskie papieru) z wynikami badań odstawianego do mleczarni mleka. 
Teraz - na czym polega interesujący aspekt tego spotkania..? Otóż - przez całą drogę Radek, druh mój serdeczny, któremu dzięki zwyżce cen mleka udało się wreszcie wyjść na prostą, opowiadał mi o kolejnych ulepszeniach i inwestycjach, których planuje u siebie dokonać, żeby zwiększyć skalę produkcji, uczynić ją bardziej zautomatyzowaną i tańszą. Tymczasem państwo doją swoje krowy... ręcznie!
Pani opowiadała, że nawet mają dojarkę elektryczną, ale od nowości nigdy z niej nie skorzystali - stoi sobie i myszy by się w niej zalęgły, gdyby nie piętnaście kotów w gospodarstwie (a koty faktycznie ma dorodne - zwłaszcza wielkiego, czarno - białego kocura...). 
Ci państwo są oczywiście skazani na ekonomiczną zagładę - o tyle ich to już powoli przestaje obchodzić, że wiek emerytalny mają, planują w ciągu roku sprzedać swoje gospodarstwo (ale to sadownicza okolica, ceny ziemi są tam zupełnie inne niż u nas - trudno zatem byłoby tę ofertę uznać za "okazję" - tak tylko wyjaśniam...) i przeprowadzić się gdzieś, gdzie będą mieli święty spokój. 
Skazani są na ekonomiczną zagładę o tyle, że ich sposób produkcji, dający w rzeczy samej produkt wysokiej jakości, jest po prostu dużo gorzej skalowalny od działań Radka: gdyby chcieli zwiększać produkcję zamiast ją zmniejszać, musieliby zatrudniać ludzi - a praca ludzi kosztuje więcej niż praca maszyn (lubo pani opowiadała, że w czasach świetności doili we dwoje TRZY razy dziennie 22 krowy - ręcznie!). Ma to sens, dopóki pracuje się samemu - przesadnie swojej pracy nie ceniąc. 
Oczywiście, jako niepoprawny "prepers" mogę zadać pytanie, czy ta kalkulacja utrzyma się, jeśli cena energii napędzającej maszyny i potrzebnej do tego, aby te maszyny wyprodukować - jeszcze wzrośnie..? To jest jednak perspektywa, którą (wciąż!) liczyć należy na dziesięciolecia - więc naszych sympatycznych gospodarzy, jako żywo, z czysto biologicznych powodów, obchodzić już nie może... 
Obchodzić za to powinna i to nader żywo - Państwa, moich Wiernych Czytelników. Niejeden z Państwa bowiem robi to mniej - więcej, co owi gospodarze: usiłuje wytworzyć produkt indywidualny, rzemieślniczy, nie do kupienia w ośrodku kultowym bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety, zwanym popularnie "Pierdonką". 
Państwo macie nad nimi tę przewagę, że przynajmniej próbujecie marketingować i sprzedawać swoje indywidualne, rzemieślnicze produkty po cenach, na które niewątpliwie zasługują - ale które to ceny są nieosiągalne w ośrodku kultowym bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety, popularnie zwanym "Pierdonką". Nasi gospodarze odstawiają swoje rzemieślnicze, indywidualnie wyprodukowane, od wypieszczonych krów pochodzące mleko po prostu - do mleczarni. Gdzie miesza się je z gorszymi jakościowo produktami zautomatyzowanych farm. Zamiast na miejscu przerobić na masło, sery, śmietanę, itd. (co, nota bene, JESZCZE zwiększyłoby konieczny nakład ręcznej pracy...). 
Popularne wyjaśnienie powodu, dla którego tak trudno jest sprzedać indywidualnie, ręcznie udojone mleko od szczęśliwej krowy po cenie, na którą zasługuje, to "ubóstwo" społeczeństwa. Zauważcie jednak, że to wytłumaczenie nijak się ma do historycznych faktów. W czasach, gdy nasi gospodarze doili ręcznie trzy razy dziennie 22 krowy (produkując ZNACZNIE więcej mleka niż obecnie, gdy krów zostało im trzy...) - realna cena, jaką uzyskiwali za swój produkt była JESZCZE NIŻSZA niż obecnie. Bo generalnie wszyscy wówczas byliśmy biedni (nie licząc tych z Państwa, których nie było jeszcze na świecie, ma się rozumieć...). 
Tak więc historyczne fakty są takie, że społeczeństwo nasze w ciągu ostatnich 25 lat znacząco się wzbogaciło - a mimo to, popyt na indywidualnie wyprodukowane, "rzemieślnicze" produkty - spada. Jako niepoprawny "prepers" mogę się z tym nie zgadzać. Ale byłbym zwykłym idiotą, a nie "prepersem" (nawet niepoprawnym!), gdybym widząc taką kolejność zdarzeń - nie miał wątpliwości i nie zadawał pytań. 
Czy aby przypadkiem nie jest tak, że nasze społeczeństwo w ciągu ostatnich 25 lat wzbogaciło się tak znacząco - DZIĘKI temu, że ma teraz do dyspozycji ośrodki kultowe bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety (nie tylko spod znaku "Pierdonki"...), pozwalające mu zaspokoić podstawowe potrzeby bytowe za ułamek tej pracy, którą trzeba było w tym samym celu wydatkować jeszcze ćwierć wieku temu..? 
Czy aby przypadkiem oczekiwanie iż społeczeństwo wzbogacone w ten sposób odwróci się kiedyś od Mamony i Tandety i zacznie poszukiwać innego boga - nie jest aby nadzieją na wyrost..? 
I czy wreszcie przypadkiem nie mają racji JEDNAK entuzjaści i zwolennicy postępu..? Ostatecznie, taka technologia jak domowe drukarki 3D, wykorzystujące sztucznie wyhodowane komórki, może w przyszłości pogodzić automatyzację z indywidualizmem. Grzebiąc już nie tylko nas, usiłujących funkcjonować w tak archaiczny, wsteczny sposób, ale i zautomatyzowane farmy oraz "Pierdonkę" - a to dlatego, że włożywszy w taką drukarkę odpowiedni "toner" każda gospodyni domowa będzie mogła dowolnie modyfikować program, wedle którego urządzenie wyprodukuje jej takie gotowe danie, na jakie tylko fantazji jej wystarczy..? 
Ba! Nic mi nie wiadomo, aby jakieś prawo natury miało zakazywać tworzenia - taką metodą lub inną - także indywidualnie zaprojektowanych organizmów żywych. Gatunków już istniejących (przez co praca jakiegokolwiek hodowcy straci sens - skoro będzie można sobie zaprojektować czempiona..?) - ale też całkiem nowych, wyłącznie z fantazji twórcy zrodzonych..?  
Oczywiście, jeśli nawet doczekam tych czasów, to będzie mnie to akurat tyle obchodziło, co wczoraj spotkanych, sympatycznych gospodarzy Radkowe plany inwestycyjne - bo będę już tak stary, że i tak ani na tym nie stracę, ani nie zyskam...

autor: Boska Wola

Odgiąć i przegiąć


Wniosek nasuwa się sam. Żeby "odgiąć" nie wolno w żadnej sprawie „przeginać”. Inaczej nikt już nie zechce „odginać” i nawet najsłuszniejsza idea zostanie w ten sposób zaprzepaszczona.

„Żeby odgiąć trzeba przegiąć”- to podobno sentencja Mao Zedonga zwanego Mao Tse-tungiem. Tak przynajmniej twierdził profesor Amsterdamski, ale być może swoim perfidnym zwyczajem wpuszczał mnie – ciemną babę – w maliny. Nie znalazłam tej sentencji w necie. Znalazłam za to inną -nieco podobną w intelektualnym klimacie, charakterystycznym dla tego chińskiego myśliciela : „ nie ma budowania bez burzenia”. Próbowałam również odnaleźć tytułową sentencję w słynnej czerwonej książeczce, którą wraz z innymi książkami w języku francuskim odziedziczyłam po pewnym zmarłym filozofie z pokolenia pryszczatych. Odkurzam je co pół roku na półce. Może kiedyś je przeczytam. Ale to całkiem inna historia.

Państwo pewnie tego nie pamiętacie, ale był czas gdy czerwona książeczka Mao była częścią paryskiego kodu kulturowego i pojawianie się z nią w ręku w ulicznej knajpce w dzielnicy Saint – Germain, gdzie za 20- 25 franków można było zjeść na papierowym obrusie obiad z winem y compris, gwarantowało przyjazne spojrzenie kelnera, a nawet (być może) mniej kwaśne wino do obiadu. Pozostaje zagadką dlaczego młodzi Francuzi tak bardzo cenili Mao? My Polacy traktowaliśmy to jako zboczenie intelektualne, jako aberrację ludzi, którzy nigdy na własnej skórze nie doświadczyli rozkoszy budowania najlepszego ustroju.
Rewolucja francuska była zbyt dawno, żeby Francuzi pamiętali o jej realiach, o tym że alternatywa : „ Liberté, Égalité, Fraternité, ou la Mort”była praktycznie realizowana tylko przez jej drugi człon - la Mort
Zgodnie z koncepcją Mao – rewolucja francuska miała szczytne cele ale nastąpiło „ przegięcie”.Podobnie rewolucja sowiecka-zamiast powszechnej szczęśliwości przyniosła ludziom łagry , tortury i śmierć głodową.Dobre intencje często mijają się z ich realizacją.( „Dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane”)To zjawisko powszechne.Tak zwani ideowi komuniści,broniąc nieludzkich praktyk swej ideologii,zawsze mówią o dobrych intencjach.
Piszę o tym bo kilka razy zostałam niemile zaskoczona przez komentarze czytelników, których nie mogę inaczej nazwać niż „ wdowy po PRL”. Rozumiem, że za PRL niektórym powodziło się lepiejniż teraz,że za Gierka w sklepach bywały nawet cytrusy, można było podobno dostać talon na malucha , a po 25 latach „ dostawało się” mieszkanie, ale żeby tak jak jeden zkomentatorów nazwaćArmię  Czerwoną-tę zbieraninę gwałcicieli, złodziei i pijaków-„ matką naszą” to już chyba przesada.
Czy można żałować młodych chłopakówczerwonej armii, którzy polegli na niegościnnej polskiej ziemi? Oczywiście, że można,a nawet trzeba.Podobnie można żałować młodych żołnierzy Wermachtu. Zarówno jedni jak i drudzy byli najczęściej tylko ślepym mieczem, który został ukarany śmiercią. Nie znaczy jednak, że należy ich gloryfikować i stawiać im pomniki.
Natomiast co do dobrych intencji komunistów miałabym wątpliwości. Jeżeli wsłuchać się dokładnie w Międzynarodówkę padają tam znamienne słowa: „ panami wówczas będziem my”. Międzynarodówka nie postuluje bynajmniej społeczeństwa, w którym nie ma panów i niewolników. Międzynarodówka postuluje zamianę ról. Dlatego określenie „ kawiorowa lewica” jest moim zdaniem bardzo trafne. Przez kilkadziesiąt lat byliśmy we władzy takiej kawiorowej lewicy, która kosztem wyniszczenia dawnych elit i kosztem obrabowywanego społeczeństwa leczyła swoje kompleksy i realizowała marzenia o swojejwysokiej pozycji społecznej. Dużej naiwności trzeba, żeby twierdzić, że którykolwiek z władców Polski Ludowej troszczył się o sztandarowy lud pracujący miast i wsi.
Czy to znaczy, że w społeczeństwie polskim nie było problemu nierówności społecznej? Oczywiście, że był. Tyle że przeginanie nie doprowadziło- jak twierdził Mao- do odgięcia.Przeginanie prowadzi do destrukcji.
Podobnie w tradycyjnym społeczeństwie niewątpliwie istniał problem homoseksualistów, którzy- nawet jeżeli nie byli karani przez prawo-  czuli się dyskryminowani. Lekarstwo okazało się jednak gorsze od choroby. Aby „ odgiąć” doprowadzono do tego, że lobby gejowskie wciska się ze swą propagandą do szkół, że dyktuje społeczeństwu standardy, że krytyka zachowań homoseksualnych podlega karze jako mowa nienawiści.Karanie i dyskryminowanie homoseksualistów zostało zastąpione przez karanie heteroseksualistów.Zgodnie z zasadą że „panami wówczas będziem my”.
Można podać wiele innych przykładówkiedy „ przeginanie” w walce mniejszości o jej prawa okazuje się niekorzystne dla społeczeństwa ,a nawet dla tej mniejszości
Walka o prawa kobiet realizowana przez ideologię gender doprowadza do skrajności, z którymi nie identyfikują się same kobiety.Na „przegięciu” jakim jest ideologia gender stracą kobiety i idea ich równouprawnienia.
Walka o ochronę środowiska doprowadziła do powstania wpływowych grup nacisku żyjących z dyktowania innym swoich standardów torpedujących inwestycje. Ewidentnym „przegięciem” w słusznej sprawie troski o środowisko naturalne jest psychoza nie istniejącego globalnego ocieplenia i związany z tym biznes handlowania pozwoleniami na zanieczyszczanie.Spowodowało to odwrócenie się większości ludzi od tej słusznej idei.
Czy nigdy nie było na świecie antysemityzmu? Oczywiście, że był.Zauważmy jednak, że tragedia Żydów w czasie hitlerowskiej okupacji i słuszna walka z dyskryminowaniem jakichkolwiek nacji zaowocowała antysemityzmem traktowanym jako narzędzie politycznej walki oraz holokaust biznesem, czyli powstaniem grup usiłujących czerpać zyski z męczeństwa rodaków, najczęściej ze szkodą dla tych naprawdę poszkodowanych. „Przegięcie” w tej dziedzinie powoduje niechęć i działa na niekorzyść samych Żydów.
Wniosek nasuwa się sam. Żeby odgiąć nie wolnow żadnej sprawie przeginać. Inaczej nikt już nie zechce odginać i nawet najsłuszniejsza idea zostanie w ten sposób zaprzepaszczona.

autor: Iza

Instancja


Pisałem parokrotnie, że jestem miłośnikiem dobrych kryminałów. Pewien jestem, że wielu z was jest również. Nie tak dawno, skończyłem „Kancelarię” Johna Grishama i zacząłem się zastanawiać nad wielką popularnością, bądź co bądź, dosyć schematycznej prozy tego autora. Grisham pokazuje nam amerykański świat prawniczy – sądy, adwokatów i nieprawdopodobne pozwy sądowe. Więc nie są to kryminały policyjne, ale właśnie sądowe i ostateczna rozprawa jest zwieńczeniem każdej opowieści. I to cieszy się tak wielką popularnością na całym świecie.
Bo sprawiedliwość, dzięki mądremu prawu i niezłomnym sędziom zawsze triumfuje.
U nas, w kraju, często spotykamy się, jakby z odwrotną stronę medalu. Prości ludzie i nie tylko, właściciele domów, działek, czy tylko straganu, w imieniu prawa są krzywdzeni, okradani i niszczeni. To Grisham a rebours. Prawo i sędziowie nie gwarantują sprawiedliwości. Wprost przeciwnie – mogą człowieka zniszczyć.
Jednym z zasadniczych aspektów zdrowia psychicznego człowieka jest poczucie bezpieczeństwa. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś jest jakaś tytułowa instancja, która, gdy dzieje się nam krzywda, na pewno nam pomoże. Jak w dzieciństwie, gdy chuligan z sąsiedniej ulicy chciał nam złoić skórę, to biegliśmy po tatusia lub starszego brata. Dorośliśmy i takiego wsparcia nam zabrakło. Nie mamy na co liczyć. Kompletnie.
Jak się dowiedziałem od Grishama, w samym Chicago jest 40 tysięcy prawników. Mam nadzieję, a właściwie przekonanie, że wszyscy intensywnie pracują i mają dobre zarobki. Stąd wniosek, że mają klientów i ludzie ich potrzebują. Szukanie porady prawnej i pomocy prawnej w Polsce jest koszmarem.
Kim są polscy sędziowie, prokuratorzy, adwokaci? Czym jest polskie sądownictwo i wymiar sprawiedliwości? Czy jest to instancja, na której może się wesprzeć skrzywdzony Polak? W żadnym wypadku. To moloch zainteresowany tylko samym sobą. Dzięki wypracowanemu przez lata systemowi korporacyjnemu i procedurach, które w żadnym wypadku nie mają prowadzić do szybkiego osiągnięcia sprawiedliwości, system prawny w Polsce, to bardzo podejrzana instytucja, raczej nie specjalnie godna zaufania przez Polaków. Kto tylko może, stara się ją omijać z daleka. Zupełnie odwrotnie niż u amerykańskiego autora bestsellerów, gdzie obywatel praktycznie z byle drobiazgiem zwraca się do adwokata. Dlaczego? Bo ma przekonanie, graniczące z pewnością, że znajdzie tam potrzebną pomoc. I 40 tysięcy prawników w Chicago ma pełne ręce roboty.
Ilu jest prawników w Polsce? Kim są sędziowie i adwokaci? To na nich właśnie liczymy, gdy dzieje się krzywda. Nie wiemy, nie znamy tego hermetycznego środowiska. Wydzwaniamy po znajomych, by dowiedzieć się czy znają dobrego adwokata od rozwodów. Czy dana kancelaria jest dobra. Czy można liczyć na sprawiedliwość u tego właśnie sędziego. Normalny obywatel nie ma o tym bladego pojęcia. Więcej, on temu systemowi nie ufa i się go boi. Często niestety bardzo słusznie.
System prawny, przez cały okres komunizmu, będąc elitarną korporacją na usługach władzy, taką pozostał do dzisiaj. Nie potrafił się przekształcić. Ba, on tego nie chce. Wszelkie próby reformatorów spełzły na niczym. Hermetyczna korporacja na usługach władzy wydaje się dla nich najlepszą przystanią życiową. Po co więc iść na niepewny chleb, zabiegać o klienta, negocjować honorarium w zależności od sukcesu w sądzie itd. To zbyt ryzykowne. I niesie za sobą tak znienawidzoną konkurencję.
Poza systemem sądowniczym powinno istnieć dodatkowo sporo pomocniczych instancji odwoławczych. Może ktoś jest w stanie podać mi choć jedną taką instytucję, gdzie spokojnie możemy się odwołać, gdy sprawiedliwość jest łamana, lub choćby zagrożona. Jakaś odwoławcza izba skarbowa, jakieś władne stowarzyszenie konsumentów, czy cokolwiek.
Jak powyżej napisałem, dla zdrowia psychicznego poczucie bezpieczeństwa jest obowiązkowe. Czy możemy przydzwonić włamywacza patelnią w głowę, bo chcemy być bezpieczni we własnym domu? Nie, ręka nam zadrży, bo sąd może nas za to ukarać. Więc nawet we własnym domu nie możemy czuć się bezpieczni.
Grono przyjaciół lansuje szwajcarski ideał posiadania broni przez każdą rodzinę. Ja jestem sceptyczny właśnie z powodu obecnego systemu prawnego. Cóż z tego, że mam broń, jeżeli za jej sprawiedliwe użycie mogę pójść do więzienia. Parę lat temu pani, która na własnej posesji postrzeliła legalną bronią włamywacza miała grube nieprzyjemności.
Więc, gdy całe to gangsterstwo, ta polityczna mafia w końcu padnie, bo padnie, bo musi upaść, to pierwszym zadaniem będzie uczynienie, by powstała Instancja – system sądowniczo – prawny na usługach zwykłych ludzi, przeciwko władzy, przeciwko korupcji, urzędnikom i aparatowi.
To ma być, jak w dzieciństwie: ojciec, albo starszy brat.

autor: jazgdyni

sobota, 1 lutego 2014

Siłą odpowiedzieć na siłę - przypomnienie

Wobec obecnej sytuacji na Ukrainie i rozwijającej się niebezpiecznie dyskusji o umiarze
i rozsądku w swoim działaniu, co jest zakamuflowaną demonstracją swojego, bądź wrodzonego, bądź wykształconego wysiłkiem "pedagogów"
strachu
zdecydowałem na tych łamach przypomnieć i przybliżyć mój tekst, który opublikowałem na łamach dosyć niszowych portali.
Ludzie już się tacy porobili wielopiętrowi, że nawet boją się bać.
Robić należy wszystko, by poczucie bezpieczeństwa nie było zagrożone.
To filozofia życia niewolnika - z ugiętym karkiem i na kolanach jedyne słowa, które dają się wypowiedzieć: - tak panie.



W lipcu 1532 Francesco Pizarro, nieślubne dziecko wieśniaczki i kapitana hiszpańskiej armii wylądował w dzisiejszej Wenezueli. Miał wszystkiego 180 żołnierzy oraz 37 koni.
Już parę miesięcy później, ta marna garstka podbiła całe królestwo Inków na terytorium dzisiejszego Peru.
Jak to możliwe? Co takiego się stało, że wielowiekowy, dumny naród, ze swoim królem Atahualpą, pozwolił się rozbić i opanować garstce hiszpańskich żołdaków?
Ten historyczny fakt, z prawie sześciuset lat temu, powinniśmy mieć stale w pamięci.

Tak dzieje się zawsze, gdy się na siłę nie odpowie siłą. Dumny naród, pełen swojej wielowiekowej tradycji, zginął z rąk garstki oprawców. W Cajamarce, w jednej rzezi, Hiszpanie zabili 5 tysięcy Inków, a króla Atahualpę uwięzili. Hiszpanie zapanowali nad Peru. Świat Inków się skończył.
I wszystko to się stało z żądzy złota i bogactwa. Zawsze tak jest.

A przecież mogło być inaczej. Gdyby Inkowie zdecydowali się walczyć, to w jednym momencie zasypali by strzałami nędzny oddziałek.
Lecz oni jeszcze nie pojmowali, że zawsze na siłę należy odpowiedzieć siłą.

W Rosji po tak zwanej rewolucji październikowej komunizm, a w rzeczywistości też garstka oprawców, wymordował 10 milionów własnego narodu. Bezwolni i ogarnięci strachem ludzie szli na rzeź jak stado zwierząt hodowlanych. Nikt, dosłownie nikt nie odważył się na siłę odpowiedzieć siłą.

Cóż takiego jest w ludziach, że wobec siły spuszczają głowy i dają się prowadzić na rozwałkę? Dlaczego siedemset młodych ludzi zgromadzonych na norweskiej wyspie Utoya, uciekało lub chowało głowę pod poduszkę, wobec jednego, JEDNEGO! oprawcy, schizofrenicznego mordercy? Przecież w kilku mogliby go powalić i unieszkodliwić. Ba, zabić właśnie jego, zanim on zastrzeliłby prawie setkę z nich.

Czy tak zawsze musi być? Czy na siłę odpowiedzią zawsze będzie bierność i uległość i oczekiwanie na strzał w potylicę? Kiedy wreszcie ludzie to sobie zakodują, wypalą w mózgach dymiącymi zgłoskami, że na siłę zawsze należy odpowiedzieć siłą.

Napastnik właśnie na to liczy. Że będziemy bierni, że będziemy uciekać i się chować. Ma cały arsenał środków by nas do tego zmusić, by nas zastraszyć. Skrywa twarz oprawców za czarnymi maskami, a ich ciała za wielkimi tarczami. Potężne głośniki mają nas przerazić swoim rykiem. Dymy i gazy zasnuć nasze oczy. Mamy być przerażeni, zanim jeszcze dojdzie do walki. Bo tak na prawdę, oni tej walki się boją. Oni chcą byśmy uciekli bez walki. To nie są jacyś super ludzie, ci oprawcy. To jeszcze bardziej wystraszeni od nas osobnicy skryci za swoimi pancerzami.
Nasz solidny opór, choćby przez chwilę i pójdą w rozsypkę. Oni nie zniosą sytuacji, gdy ktoś na siłę odpowie siłą.

W Polsce, konkretnie w Gdańsku i Gdyni, w 1970 roku widziałem na własne oczy( sam zresztą w tym uczestniczyłem), jak tłum osiągnął taki poziom desperacji, że wspólnie przystępował do ataku; wtedy uzbrojeni oprawcy ZOMO uciekali i szli w rozsypkę. Chowali się za czołgami. Głupieli doszczętnie. Oszalały oprawca gołą ręką chciał odciągnąć zerwany przewód energetyczny, zanim padł porażony prądem. Wtedy widziałem, że wobec oporu, wobec siły na siłę, oni stają się jeszcze bardziej przerażeni, niż kobiety i małe dzieci.

Wszystko co robi przeciwnik, to jest niedopuszczenie do tego, by zaistniał opór. Wobec siły wróg się cofa. Oni chcą wygrać bez walki.
Tak jak Francesco Pizzaro wobec potężnego państwa Inków.

----------------------------------------------------------------------------

Ps. Istnieje wiele powszechnych opinii, ze to nie Hiszpanie, a ospa, którą przywlekli zabiła Inków. To nieprawda.
Pizarro wykonał 4 wyprawy do Peru - pierwszą w 1528 roku:
c. 1528 – The Inca emperor Huayna Capac dies from European introduced smallpox. Death sets off a civil war between his sons: Atahualpa and Huáscar
1528–1529 – Pizarro returns to Spain where he is granted by the Queen of Spain the license to conquer Peru
1531–1532 – Pizarro's third voyage to Peru, Atahualpa captured by Spaniards
1533 – Atahualpa is executed; Almagro arrives; Pizarro captures Cuzco and installs seventeen year old Manco Inca as new Inca emperor.

http://en.wikipedia.org/wiki/Spanish_conquest_of_the_Inca_Empire ]

W pewnym sensie, ci co twierdzą, że to ospa zniszczyła Inków, mają taką rację, że zabiła ówczesnego króla Huyana Capaca i spowodowała wojnę domową.
Jednakże faktycznego podboju dokonał Pizarro cztery lata później z garstką swoich żołnierzy.
 
autor: jazgdyni

piątek, 31 stycznia 2014

Po wannie Wassermana, raport Wassermana


W drugiej połowie ubiegłej dekady GW ekscytowało się posłem PiS śp. Zbigniewem Wassermanem. Chodziło o to, że Pan Wasserman odmówił zapłaty za źle wykonaną usługę. Teściowa właściciela firmy napisała list do jednego z popularnych programów telewizyjnych i do prezesa TVP.
Na taką gratkę tylko czekała GW. Zaczęła się „ jazda”  po Wassermanie, sprawa tzw. wanny Wassermana pełniła wówczas taką rolę w mediach, jak niedawna sprawa mamy małej Madzi. Minęło kilka lat, w 2012 r. już po śmierci śp. Zbigniewa Wassermana, Wielka Izba Europejskiego Trybunału Praw Człowieka odmówiła rozpoznania sprawy Wandy Gąsior, która zaskarżyła wyroki polskich sądów korzystnych dla Wassermana.
Zbigniew Wasserman wygrał wszystkie sprawy przeciwko wykonawcy usług i jego teściowej. Za pomyje wylewane na posła Wassermana GW nawet nie przeprosiła.
Niestety GW chyba zagięła parol na  posła Wassermana. Cyngiel GW , Paweł Wroński napisał, o audycie Wassermana, który miał skrytykować Macierewicza za zniszczenie wywiadu wojskowego. Jest jeden problem, nikt takiego audytu nie widział, oprócz  dziennikarza GW Pawła Wrońskiego. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki  Newsweek, Wprost i inne prorządowe media zaczęły o nim pisać. Beletrystyka tych mediów o audycie/raporcie Wassermana przypomina opowieści o yeti lub  Marsjanach. Wielu o tym pisze, ale nikt ich nie widział.
Cały postępowy establishment  żyje druzgoczący Macierewicza ” raport Wassermana”, który widział tylko konfabulant  Wroński.
Największy jazgot podnosi przybudówka WSI palikociarnia. O co chodzi należałoby się spytać. Wydaje mi się, że tzw. raport archeologów, bez wątpienia wskazuje, że przyczyną katastrofy był wybuch w powietrzu. Kilkadziesiąt tysięcy odłamków, w tym część kilkadziesiąt metrów od uderzenia samolotu o ziemię, powinna rozwiać wątpliwości wątpiących. Mapka ze szczątkami samolotu wygląda jak nocne zdjęcie Nowego  Jorku z kosmosu. O strachu twardogłowych z ekipy Laska może świadczyć wycofanie się z dyskusji eksperta Laska, prof. Kowaleczko z duńskim inż. Pilotem Glennem Jorgensenem. Córka śp. Zbigniewa Wassermana, pani mec. Małgorzata Wasserman powiedziała, że według wszystkich analiz prawnych, Tuskowi nie uda się wywinąć od odpowiedzialności karnej.
GW posługuje się nazwiskiem  Wassermana by oczernić  Macierewicza, jest to szczególnie podłe, gdyż ze zmarły nie może polemizować. Ale czego dobrego można się spodziewać po GW. 
Wnuk komunistycznego dziennikarza i członka KC PZPR Wincentego Kraśko, Piotr Kraśko, ważna fisza w publicznej TVP, w programie  III info wziął na spytki Antoniego Macierewicza chcąc go zapędzić w kozi róg. Ale niestety jak źródłem wiedzy komisarza medialnego była GW, to wynik tej konfrontacji mógł być jeden. Piotr Kraśko może czyścić buty wybitnemu opozycjoniście Antoniemu Macierewiczowi.

http://wpolityce.pl/wydarzenia/73038-podwazyl-smolenskie-tezy-jrgensena-ale-odwagi-na-debate-nie-starczylo-prof-kowaleczko-uchyla-sie-od-rozmowy

autor: Andy51

czwartek, 30 stycznia 2014

Pijany ? poseł PO wyrzucił z domu matkę z małym dzieckiem


To, że  PO jest partią najwyższych standardów wiemy od dawna. Cały szereg zdarzeń w wykonaniu nie tylko szeregowych posłów tej organizacji ale i ich rodzin nie wspominając o posłach pierwszego i drugiego szeregu dobitnie świadczą z jakimi standardami mamy do czynienia.
Dziwne spotkania na cmentarzach i stacjach benzynowych, interesy żon prominentnych posłów PO ( np. Tomczykiewicza czy Grada ), noszenie pożyczonych dużej wartości zegarków ( pos. Nowak), bełkotliwe wywiady (pos. Raś ), kupowanie głosów ( pos. Protasiewicz ), itd., itd.
PO idzie dalej, w ramach polityki prorodzinnej poseł  PO Jarosław Charłampowicz , około północy wyrzuca z domu swoją partnerkę z czteromiesięcznym dzieckiem z domu.
Zaniepokojeni  sąsiedzi wzywają policję, która przyjeżdża do domu posła zastając na korytarzu partnerkę posła stojącą na klatce z płaczącym dzieckiem.  Policja nie może wejść do domu posła, gdyż ten wytrenowanym ruchem pokazuje  policji legitymację poselską. Kobieta odmawia powrotu do mieszkania, udaje się do znajomych.
W tym kontekście warto przypomnieć sprawę Hofmana, kiedy to na prywatnym spotkaniu, zachował się po sztubacku, powiedział coś sprośnego, dziwnym trafem akurat w tym miejscu znajdowała się reporterka „Wprost”, która nagrała tę wypowiedź.
Jakież używanie miała TVN 24, ileż to krytycznych uwag  wyraziły dyżurne autorytety, jakież  święte oburzenie  zapanowało wśród komisarzy medialnych.
Tu cham z PO w dodatku poseł, wyrzuca z domu o 1200w nocy, swoją partnerkę z ich czteromiesięcznym dzieckiem.   
Warto zwrócić uwagę na link z WSI 24, które w komunikacie o tym zdarzeniu podłącza wiadomość o byłej posłance PiS. Widać nie ma dla komisarzy z  WSI 24 tematu, którym przy okazji nie można by było obrzucić błotem  PiS.
A przy okazji chce się spytać, czy w Polsce są jakieś organizacje feministyczne, które z zaciętością brytana walczą o Alicję Tysiąc, a przemoc w rodzinie u posła PO jakoś ich nie interesuje.

autor: Andy51

Gruszki na wierzbie


Uświadomiłam sobie, że zimny chów cieląt ma wiele wspólnego z ideologią gender. Wystarczy uznać, że reakcja na temperaturę otoczenia jest sprawą kulturową, a nie fizjologiczną.

W czasach mego dzieciństwa ogromną traumę wywoływały we mnie doniesienia na temat tak zwanego „ zimnego chowu cieląt”. Otóż w krajowych gospodarstwach państwowych na wzór radzieckich kołchozów w prowadzano zimny chów cieląt sprowadzający się do pozostawiania zimą cieląt bez matek, poza oborą. Uczeni radzieccy twierdzili , że ten sposób hodowli hartuje zwierzęta i jest korzystny dla ich zdrowia. To, że cielęta masowo zdychały nie miało dla nich najmniejszego znaczenia. Zgodnie z dialektyczną zasadą, że „gdy teoria nie zgadza się z faktami- tym gorzej dla faktów” . Podobno litościwi oborowi przemycali słabsze cielęta do ciepłych pomieszczeń ratując im życie co trochę poprawiało statystykę, a zresztą statystyki nie są dla ideologicznych naukowców najmniejszym problemem.
Uświadomiłam sobie, że zimny chów cieląt ma wiele wspólnego z ideologią gender. Wystarczy uznać, że reakcja na temperaturę otoczenia jest sprawą kulturową, a nie fizjologiczną.
Ja też zresztą swego czasu dla potrzeb hartowania się nie nosiłam rękawiczek, ani czapki i nakładanie raków nawet przy sporym mrozie ( za moich czasów mocowały je obrzydliwe taśmy, a nie jakieś modernistyczne zatrzaski) nie było dla mnie żadnym problemem. Do tej pory leczę grypę zanurzając się w lodowatej wodzie i włażąc potem do śpiwora. Ale to mój wybór i nie leczyłam w ten sposób nikogo innego, na przykład dzieci. Cielaki nie miały wyboru i na złość naukowcom masowo zdychały. (Te cielaki to chyba sabotażyści. )
Dzieci wychowywane zgodnie z ideologią gender też nie będą miały wyboru. Chłopców będą w przedszkolach siłą przebierać w spódniczki zindoktrynowane ( zidiociałe) przedszkolanki. Już obecnie to się odbywa- w przedszkolach wytypowanych do wdrażania „wychowania dla równości”.
Swoją drogą to paradoks, że postulowane przez ideologię gender prawo wyboru płci realizowane jest pod przymusem.
Trudno rozczulać się nad cielakami mając świadomość, że w radzieckich szpitalach podawano noworodki matkom dopiero po kilku dniach gdyż radzieccy uczeni uważali, że siara szkodzi dziecku. Matki traciły pokarm, dzieci były karmione mieszankami, doskonale nadawały się zatem do żłobka. W Polsce też nad pediatrią unosił się za PRL duch Łysenki i Miczurina. Kiedy przyznałam się lekarce, że karmię dziecko gdy jest głodne ( teraz nazywa się to naukowo- „ na żądanie”) lekarka straszyła mnie sądem rodzinnym. Nie podobało się jej również, że dziecko nie chciało jeść wywarów mięsnych zaprawianych żółtkiem. Nie trzeba wielkiej wiedzy i przenikliwości, żeby rozumieć, że takie zasady karmienia niemowląt wypracowane przez polskich ( a może radzieckich ) naukowców są odpowiedzialne z epidemię uczuleń w pokoleniu obecnych czterdziestolatków. Rygor karmienia ściśle co trzy godziny moja lekarka tłumaczyła teorią czy przeświadczeniem, że mieszanie się w żołądku dziecka niestrawionego pokarmu ze strawionym jest dla dziecka bardzo niebezpieczne.
„ Szczenięta ssą moją sukę na okrągło przez cała dobę i doskonale się mają” - odparłam.
„ Chyba coś różni człowieka od zwierząt” - zaatakowała mnie oburzona.
„ Biologicznie rzecz biorąc człowiek jest ssakiem. Podobno ma rozum i wolną wolę, ale słuchając pani przestaję w to wierzyć” - odparowałam.
Cóż mogę dodać- musiałam zmienić przychodnię i miałam dużo szczęścia, że nie zainteresował się mną sąd rodzinny.
Teorię Łysenki miały tragiczne konsekwencje. Ten radziecki agronom ( ukończył tylko technikum ogrodnicze) pod pretekstem walki z burżuazyjną biologią uzyskał przywilej wcielania w życie swoich fantasmagorii. Jego teorie były popłuczyną po lamarkizmie – postulował dziedziczną zmienność środowiskową czyli dziedziczenie cech nabytych. Trochę złośliwie wyjaśnię, że aby otrzymać rasę koni z długą szyją wystarczyłoby według Łysenki wysoko umieścić żłób. Co gorsza Łysenko obiecywał władzy otrzymanie odmian zboża odpornych na mrozy i radykalne zwiększenie plonów. Wcielanie w życie jego pomysłów, obok przymusowej kolektywizacji rolnictwa i odbierania chłopom ziarna siewnego są odpowiedzialne za epidemie głodu, w których życie straciły miliony ludzi. Miczurinowi też nie chciały jakoś rosnąć jego gruszki na wierzbie co w niczym nie zmniejszało jego naukowej pozycji. Po prostu nauka radziecka była impregnowana na fakty.
Z teoriami gender jest tak jak z odwracaniem biegu rzek. Jeżeli przyjmiemy, że bieg rzeki jest sprawą czysto kulturową, bo przecież cywilizacja potrafi rzekę zawrócić mamy poczucie, że panujemy nad przyrodą, nad historią nad społeczeństwem. Do czasu katastrofy. Budowa systemów melioracyjnych pobierających wodę z Amu-Darii oraz Syr-Darii doprowadziła przecież do zagłady Morza Aralskiego.
Przebieranie chłopców za dziewczynki w przedszkolu rozchwiewa ich identyfikację płciową. Nie doprowadzi jednak do faktycznej zmiany płci. Operacyjna zmiana płci nie pozwoli mężczyźnie urodzić dziecka. Natomiast zmiana społecznych ról to fantasmagorie godne sowieckich uczonych. To miczurinowskie gruszki na wierzbie, to pszenica odporna na mrozy Łysenki. To pseudonauka i pseudouczeni.
W czasach szkolnych w podręczniku fizyki znalazłam zagadkowe zdanie, którego autorem był podobno Lenin. „ nieskończone są możliwości elektronu”. Wiedza o tym, że jak wykazała sekcja posiadał on tylko połowę mózgu zwolniła mnie od dociekania co właściwie miał na myśli.
Doświadczenia radzieckiej nauki zwalniają mnie od dociekania co piewcy ideologii gender mają na myśli. Wiem,że jak uczeni sowieccy, jak każdy, kto uważa, że człowiek panuje całkowicie nad przyrodą doprowadzą nieuchronnie do katastrofy.

autor: Iza

środa, 29 stycznia 2014

O tajnych służbach i panu Antonim


Bond. James Bond miał, jak powszechnie wiadomo numer 007. Miał też, co chciałbym tutaj podkreślić, licencję na zabijanie. To oznacza, ni mniej, ni więcej, że nawet wszelakie tajne służby mają swoje przepisy, regulaminy, kody. Bardzo ściśle ustalone metody i zakresy działania. Gdy to przestaje funkcjonować, to wszystko się rozpada, służby zamieniają eis w mafie, agenci w gangsterów i przestają obowiązywać wszelkie reguły.
To się wydarzyło w Polsce i z tą stajnią Augiasza zmierzył się Antoni Macierewicz. I za to teraz chcą go zlinczować.

Antoni Macierewicz to bohater wyzwalania Polski spod jarzma komunizmu. To stwierdzenie bezdyskusyjne. Lecz dlaczego był i jest tak znienawidzony przez niektórych? Tu trzeba sobie przypomnieć jego życiorys. A głównie to, że już od szkoły średniej był w opozycji. Na dodatek, z czego wielu sobie nie zdaje sprawy – często w opozycji do opozycji. Do tej licencjonowanej opozycji, która obecnie zawłaszczyła Polskę. I która mówi, co jest dobre, a co złe.

Antoni Macierewicz, rocznik 1948, już w wieku 17 lat był relegowany z Liceum Ogólnokształcącego za działalność polityczną. Pamiętajmy, to rok 1965 i jeszcze nikt w Polsce nie myśli serio o jakiejkolwiek zorganizowanej opozycji.
Potem już było z górki. Młody Antoni wszędzie podpadał. Już w 1968, za strajki studenckie odsiedział prawie pół roku w więzieniu. Tworzył niezależne harcerstwo, zbierał krew dla rannych w wydarzeniach 1970 roku. Organizował polskie podziemie. We wrześniu 1976 założył wraz z Kuroniem i Michnikiem KOR, Komitet Obrony Robotników.
I tu po raz pierwszy wydarzyło się coś, co rozpoczęło serię czarnego pijaru Macierewicza. Już w 1977 roku zorientował się, kim tak na prawdę są Kuroń i Michnik. Co ciekawe, po tym zaraz był w tym roku aresztowany, oraz ponownie wsadzono go do więzienia w 1979.
Gdy nastała "Solidarność" aktywnie się do niej włączył. Działał na najwyższych poziomach. Oczywiście, w stanie wojennym natychmiast go internowano. Tylko on nie mógł usiedzieć i zgrywać bohatera, tylko, jak to mówią młodzi, wziął i uciekł z aresztu w 1982 roku. Ukrywał się do 1984.

Przyszła transformacja. Macierewicz tworzył ZChN, działał i wyczerpująco pracował. W rządzie Jana Olszewskiego został ministrem spraw wewnętrznych.
Wtedy podpadł ponownie, tym razem okrutnie, bo praktycznie w swojej uczciwości i bezkompromisowości zadarł ze wszystkimi. Wykonując tzw. uchwałę lustracyjną Sejmu, opublikował dokument zwany później Listą Macierewicza. A tam na tej liście, jako tajni współpracownicy figurowali Lech Wałęsa i nawet partyjny szef Macierewicza, wówczas marszałek Sejmu, Wiesław Chrzanowski. Oraz wielu innych ówczesnych prominentów.
21 lipca 2006 został mianowany na stanowisko wiceministra obrony narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, jako likwidator Wojskowych Służb Informacyjnych, weryfikator ich kadr, a także pełnomocnik ds. tworzenia służby kontrwywiadu wojskowego.
Jak już wspomniałem, Antoni Macierewicz był sławny ze swojego stalowego charakteru . Powierzenie mu rozpracowania i likwidacji WSI, co ze strony Jarosława Kaczyńskiego było słusznym i logicznym pociągnięciem, rozpętało niebotyczną awanturę.

Tajne służby, w nowych czasach, szczególnie po Magdalence (przypominam – jedna z siedzib tajnych służb), czuły się panami sytuacji.
To one faktycznie rządziły. Szczególnie, jak sobie przypomnimy Jaruzelskiego, jako pierwszego prezydenta III RP i generała Kiszczaka w rządzie. Zresztą potem było jeszcze gorzej, z takimi ludźmi jak Mazowiecki i Geremek u władzy. Teraz wiemy dobrze, jaką role pełnili. A Macierewicz wiedział już to od początku.

Wszystko to by ucichło i przyschło. MON bez słowa sprzeciwu wypłacał wysokie odszkodowania agentom i byłym ubekom. Prezydentem został Komorowski, który jako jedyny z ówczesnej PO, głosował przeciwko likwidacji WSI. Wszystko by się jakoś ułożyło. Agenci odzyskaliby swoje wpływy, a Komorowski i Tusk, tańczyliby, jak by oni im zagrali.
Na nieszczęście dla tego ciepełka i smrodu, który znowu zaczynał panować w Polsce po zamordowaniu głównej przeszkody ubeckiej stabilizacji, Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Antoni Macierewicz 20 lipca 2010 został przewodniczącym, zorganizowanego przez parlamentarzystów PiS, zespołu parlamentarnego ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy rządowego samolotu Tu-154 w Smoleńsku.

Powiedzcie państwo, jakie tajne służby, w jakim kraju, zdolne byłyby tak długo tolerować tak nienawistnego człowieka, jak Antoni Macierewicz?

******

Przejdźmy na chwile do tajnych służb. To są najbardziej zbiurokratyzowane organizacje. Działające według precyzyjnych schematów i kodów. Praktycznie kroku nie można zrobić samowolnie, niezgodnie z instrukcją i bez napisania raportu. Chyba nie ma świecie takich drugich struktur, które by nie były tak ograniczone przepisami, rozporządzeniami i zasadami działania.
Oczywiście, mają dużą władzę. Ale bez demonizowania. W normalnym, demokratycznym państwie, kontrola nad nimi jest skuteczna. Praktycznie nie mogą sobie pozwolić na za dużo, bo natychmiast są stopowane.
Lecz w życiu rożnie bywa. CIA pozwalało sobie na lewe pieniądze z Nikaragui i sprawę Noriegi. Szwedzkie służby brały udział w nielegalnych transakcjach z KGB. To się zdarzało.
Jednakże nigdy i nigdzie znaczenie tajnych służb nie było tak wielkie, jak w państwach totalitarnych.
W Rosji, na czele państwa, manipulując konstytucją, raz jako prezydent, drugi raz, jako premier, od wielu lat stoi pułkownik KGB Władimir Putin.
Państwem, o największym nasyceniu tajnymi służbami było NRD. Jednakże, gdy upadł mur berliński, Niemcy się zjednoczyły, zdyscyplinowane tajne służby potulnie się poddały, częściowo się likwidując, a częściowo przechodząc do BND.

Jednakże inaczej niestety było w Polsce. Tajne służby PRLu, równie potężne i wpływowe, może nie aż tak, jak te z NRD, ale obok bułgarskich wymieniane w czołówce, już po 1980 roku, doskonale przewidując upadek komunizmu, zaczęły się deprawować i zwyradniać, przygotowując sobie grunt pod przyszłą działalność w nowym systemie politycznym. Powoli, zarówno wojskowe, jak i cywilne tajne służby zaczynały się przekształcać niemalże w struktury mafijne.
Wiadomo powszechnie, że za PRLu domeną tajnych służb wojskowych były wszystkie tzw. centrale handlu zagranicznego, wszystkie te – exy. Metalimpex, Stalimpex, a także nasz poczciwy Pewex. Tutaj były prawdziwe pieniądze, tutaj były dolary, tak zabronione zwykłym obywatelom. Przykładem coraz większego degenerowania się tajnych służb była tzw. Afera "Żelazo" (http://pl.wikipedia.org/wiki/Afera_%22%C5%BBelazo%22 ). Wtedy już zezwolono ma kradzieże, włamania, a nawet morderstwa.
To była wylęgarnia i stajnia zdeprawowanych tajnych agentów i skorumpowanych współpracowników. I to oni zasilili w dużym stopniu przyszłe WSI.
Można zasadniczo przyjąć, że wszystkie tajne służby PRL się kompletnie zdegenerowały, a jako, że w Polsce nie przeprowadzono dekomunizacji i "deubekizacji" i nie powstała instytucja na kształt niemieckiego Urzędu d/s STASI Joachima Gaucka, to agenci, już tak zepsuci, mieli wolną rękę.
Część z nich pootwierała swoje własne interesy, w ramach dziedzin, w których uprzednio pracowali. Tak więc, można przyjąć, że dużo firm ochroniarskich, kantorów wymiany walut i przedsiębiorstw importowo – eksportowych opanowali byli agenci.
Inna grupa, tych wyżej usytuowanych wraz ze swoimi tajnymi współpracownikami, przeszła do polityki w III RP, a reszta pozostała przy swoim zawodzie zasilając różne UOPy, ABW, czy właśnie WSI.
Władze, jakie by nie były po transformacji, dobrze o tym wiedziały. Tylko, że większość to tolerowała, a tylko tacy fanatycy, jak Kaczyńscy, Olszewski, czy właśnie Macierewicz, chcieli z tym skończyć.
Jak by nie było, w III RP służby czuły się coraz bardziej rozzuchwalone, I nie mam wątpliwości, że są do dzisiaj. Takie rzeczy się wyrabiały pod wpływem służb, jak upadek rządu Jana Olszewskiego, czy słynny "obiad drawski".
Może też dożyję czasów, że dowiem się, jaki był udział polskich służb w Tragedii Smoleńskiej.

******

I w poprzek tej wielkiej mafijnej strukturze, która kiedyś była polskimi tajnymi służbami, służbami niezbędnymi i ważnymi w każdym kraju, stanęło naprzeciw trzech facetów – bracia Kaczyńscy i właśnie Antoni Macierewicz.
 Lech Kaczyński już nie żyje. Na Jarosława Kaczyńskiego wysłano w Łodzi wariata, który miał go zastrzelić. Pomylił się, zastrzelił kogoś innego.
Natomiast z Antoniego Macierewicza robi się niebezpiecznego wariata, który bezwzględnie powinien siedzieć – albo we więzieniu, albo w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym.
Gdy tylko Macierewicz odkrywał z kim mamy do czynienia, czy to Michnik, czy następnie Wałęsa, przypuszczano na niego skomasowane ataki. Jednakże on nadal robił swoje. Nie dał się złamać, ani nie dał się kupić. Nieustannie ryje pod służbami, lub raczej pod tym, co one dzisiaj stanowią; jest bardzo bolesnym wrzodem na dupie ancien regime. Niszczono go na wszystkich frontach. Chyba żaden polski polityk nie miał tylu procesów sądowych. W większości wygranych przez niego.
Jako przykład można tu podać  procesy wytoczone mu przez Zygmunta Solorza, czy Jana Wejcherta, tak się dziwnie składa, onegdaj najbogatszych ludzi w Polsce, a jednocześnie o bardzo dziwnych powiązaniach i mglistej przeszłości.

Antoni Macierewicz jest nieprzemakalny i teflonowy. Nic do niego nie można przylepić.
Obecna fala ataków, znowu zapewne sterowana przez byłe służby, realizowana jest całą mocą aparatu propagandowego – GieWu, Polityki, Newsweeka, innych gazet gów(nia)nego nurtu, TVP, TVN i Polsatu. Wypuszczono funkcyjnych zagończyków – Palikota, jego prawą rękę Rozenka i towarzysza Millera.
Atak idzie pełną parą. Straszą maluczkich komisją sejmową. Ale się boją, bo Macierewicz wie tyle, że jakby zaczął mówić przed kamerami i posłami, to nie wiadomo, co by się rozpadło.
Wybór momentu ponownego ataku na Macierewicza – to mnie teraz zastanawia. Potem, po takim ataku, zawsze coś spektakularnego się działo. Lub też jest to atak wyprzedzający, na przykład po kolejnych, tym razem archeologicznych sensacjach na temat Tragedii Smoleńskiej. Pożyjemy – zobaczymy.

Muszę przyznać, że podziwiam Antoniego Macierewicza. Trzeba mieć niesłychaną odporność psychiczną i nerwy ze stali by być takim wiecznym opozycjonistą i tak, jak on walczyć z Systemem.
Dodatkowo, że w koło ludzie padają, jak muchy. Szczególnie ci, którzy drążyli za bardzo i za głęboko – generał Papała, Michał Felzmann, Walerian Pańko, Andrzej Lepper, generał Petelicki.
Cześć Ich Pamięci!

autor: jazgdyni