środa, 23 października 2013

Jadą wozy kolorowe...

Czekam kiedy TVN nada wreszcie program o polskim dziecku przerobionym na macę.



Od kilku dni media katują nas historią dziecka rzekomo  porwanego przez Cyganów. Wprawdzie nikt jak dotąd nie używa w prasie i TV określenia Cyganie ale wszystko jeszcze przed nami.
Odkąd pamiętam w naszym kraju niezwykle starannie tępione były zawsze wszelkie negatywne stereotypy związane z Cyganami. Do kanonów politycznej poprawności wpisano obowiązek nazywania ich Romami. Źle widziane były również wszelkie wzmianki o kradzieżach, wróżeniu, porywaniu dziewcząt. Świat Cygański to – zgodnie z kanonami politycznej poprawności- wozy kolorowe, poezje Papuszy i fascynacje Ficowskiego. O niczym innym nie wolno było pisnąć. Pod groźbą śmierci cywilnej w środowisku.
Czy spodziewaliście się państwo, że w rządowych mediach ( TVN spokojnie można nazwać telewizją rządową) będziemy śledzić łzawą historię o blondyneczce zmuszanej w Grecji do żebrania, która być może została porwana lub kupiona  przez Cyganów  w Polsce?

Każde odstępstwo od standardów politycznej poprawności karcone jest trzepnięciem po nosie z gromkim „ a fe”.  Tak jak ja karcę swego psa gdy buszuje po stole. Tak został skarcony (excusez le mot)  abp Michalik.
Nie wystarczyło, że natychmiast przeprosił za słowa relatywizujące rolę ofiar molestowania. Wierni dowiadują się dzisiaj, że rzekomo kupił sobie jakiś tytuł czy dyplom w Cambridge. Jeszcze kilka takich rewelacji, a abp sam podda się do dymisji.

W 1991 r.wiceminister zdrowia KazimierzKapera nazwał homoseksualizm zboczeniem. Natychmiast został zdymisjonowany przez ówczesnego premiera Bieleckiego.
Nie ma tolerancji dla nietolerancji.

Prof. Kazimierz Nowaczyk też usłyszał ostatnio  „ a fe”.  Padł ofiarą redukcji etatów na Uniwersytecie w Maryland.

Okazuje się jednak, że w pewnych okolicznościach nie tylko wolno, lecz warto odgrzebać pewne nośne stereotypy. Widać do odwrócenia uwagi obywateli od stanu kraju nie wystarczy już mała Madzia i księża pedofile.
Polski wątek historii nietypowej Cyganeczki został już oczywiście zdementowany. Teraz podobno śledzi jej losy cały świat. Świat światem - ale my będziemy na pewno je śledzić przez wiele dni.
Czekam kiedy TVN nada wreszcie program o polskim dziecku przerobionym na macę.

autor: Iza

wtorek, 22 października 2013

Trujące grzybki

Znowu zadziałała zasada, że jak się zebrało trujące grzybki trzeba je zjeść bo szkoda czasu spędzonego w lesie.



Zebrano około miliona podpisów w sprawie obowiązku szkolnego sześciolatków. Dokładnie- w sprawie referendum, w którym obywatele zadecydowaliby czy sobie tego obowiązku szkolnego dla sześciolatków życzą. Wczoraj marszałek sejmu, Ewa Kopacz odłożyła głosowanie nad referendum na dwa tygodnie. W czasie tych dwóch tygodni media będą nas zapewne bombardować różnymi tanimi sensacjami i epatować wypuszczanymi na wolność mordercami, żeby odwrócić uwagę od tej sprawy.
Na temat słuszności wczesnej edukacji zdania są podzielone. I słusznie – powinny być podzielone. To rodzice najlepiej orientują się w możliwościach swoich dzieci i wiedzą czy nadają się one do przekroczenia progu szkoły. Prawdziwej szkoły, gdzie będą siedzieć w ławkach , gdzie będą po lekcjach tłoczyć się w ciasnej świetlicy, gdzie zetkną się ze starszymi dziećmi , niekoniecznie życzliwie nastawionymi do maluchów.
Twierdzenie Tuska, że im wcześniej zacznie się edukację tym jej rezultaty będą lepsze i tym więcej Nobli zdobędzie Polska,  jest tak żałosne w swojej głupocie, że nie wymaga nawet komentarza.
Upieranie się przy przymusie szkolnym w wieku sześciu lat jest częścią państwowej "urawniłowki". Wszystkie dzieci mają w tym samym wieku zaczynać edukację, niezależnie czy są do tego gotowe czy nie, wszystkie mają się uczyć tego samego, w ten sam sposób. Nauczycielki przedszkoli zeznają, że zabroniono im zachęcać dzieci do czytania. Klocki z literkami mają być pochowane. Jeżeli jakieś dziecko wyróżnia się zdolnościami należy je ukrócić i zmusić do zabawy lalkami czy samochodzikami. Tymczasem jak powszechnie wiadomo rozwój dzieci nie jest jednakowy. Jedna czytają w wieku trzech lat, inne mają kłopoty z czytaniem jeszcze w wieku 9 lat. Jak wykazały badania nie ma korelacji dodatniej pomiędzy wczesnym rozpoczęciem edukacji i późniejszymi wynikami w szkole. Wręcz przeciwnie – stwierdzono, że dzieci wysłane do szkoły wcześniej, często radzą sobie potem gorzej.

Ośli upór rządu przy reformie edukacji ma kilka konkretnych przyczyn. Przede wszystkim rząd dba, żeby obywatele nie rozpuścili się i nie wyobrażali sobie, że mogą mieć na cokolwiek we własnym państwie wpływ. Referenda dobre dla Szwajcarów okazują się dla Polaków niedobre. Bo przecież jesteśmy społeczeństwem przypadkowym, ciemnym, ksenofobicznym i żeby takie społeczeństwo skutecznie trzymać za mordę należy zaczynać indoktrynację obywateli jak najwcześniej. Nawet więcej niż indoktrynację- łamanie kręgosłupa.

Dzieci polskie mają wyjątkowego pecha do reform oświatowych. Reforma gimnazjum jest klasycznym przykładem wielokroć przywoływanego przeze mnie efektu odwrócenia, czyli działania w określonym celu , które przynosi wręcz przeciwny rezultat. Reforma miała zwiększyć szanse edukacyjne młodzieży z małych ośrodków. Faktycznie te szanse zmniejszyła. Małe wiejskie szkoły, w których dzieci mogły spokojnie uczyć się przez osiem lat zostały  polikwidowane, a dzieci zostały zmuszone do podróżowania do dużych szkół, gdzie spotykały się z przemocą , narkomanią i innymi patologiami.
Gimnazja miały z założenia oddzielić młodsze dzieci od starszych i zapobiec w ten sposób ich demoralizacji. Same jednak stały się ośrodkami demoralizacji. O ile szkoła podstawowa wzmożonym wysiłkiem wszystkich nauczycieli była w stanie poradzić sobie z dwiema trudnymi klasami- ósmą i siódmą, to zgromadzenie dużej ilości młodzieży w buntowniczym wieku w specyficznym getcie jakim stało się gimnazjum zaowocowało eksplozją szkolnych patologii. Trzy lata gimnazjalne to lata stracone również z punktu widzenia edukacji. Jeżeli jak dotąd nie likwiduje się gimnazjów, to tylko dlatego, że włożono w reformę ogromne sumy. To samo stanie się z przymusem szkolnym sześciolatków. Raz wdrożonej ogromnym kosztem reformy nikt nie odważy się odwołać.
Znowu zadziałała zasada, że jak się zebrało trujące grzybki trzeba je zjeść bo szkoda czasu spędzonego w lesie.

autor: Iza

Elektorat Platformy za 1 278 249 000 zł


Platforma stosuje metodę kija i marchewki. Urzędnikom instytucji centralnych rozdaje premie, opozycjonistów straszy się "Idziemy po was". Ale wydaje mi się, że całego narodu nie przekupi.


Naukowa konferencja w sprawie Smoleńska mimo skoordynowanych ataków szczujni i paroksyzmów wściekłości  niby dziennikarzy, których nie wpuszczono na nią, żeby swoim rechotem nie zakłócali poważnych naukowych referatów, trwa. Padają znamienne ustalenia, jak np. w sprawie pancernej brzozy, która była złamana już 5 kwietnia 2010 r. Jest problem może powiedzieć dr Lasek, gdyż trudno dyskutować ze zdjęciem satelitarnym, ale ja wierzę w sektę pancernej brzozy i propagandystów/komisarzy medialnych.

Ale ja  nie o Smoleńsku,  chcę zwrócić uwagę na wczorajszą wiadomość w SE. Otóż pracownicy ZUS w latach 2007 - 2012 otrzymali 1 278 249 00 zł premii tak, tak, jeden miliard 278 milionów te kilkaset tysięcy pominę. Czym się zasłużyli pracownicy ZUS, dokładnie nie wiadomo, ale jedno jest pewne te około 47 tysięcy urzędników jest/będzie elektoratem PO. W ciężkich kryzysowych czasach, gdy Rostowski obcina dotacje dla ludzi naprawdę potrzebujących, hydra urzędnicza niczym nienasycona bestia, dostaje więcej i więcej gotówki.

Jeżeli dodamy ponad 300 mln, które w postaci premii Hanka dała swoim urzędnikom, doliczymy do tego urzędy centralne i samorządowe, to możemy być pewni, że elektorat platformy ma się całkiem dobrze a głosy ich PO ma raczej zapewnione. Zostaje pytanie, czy da się przekupić większość, która zapewni PO reelekcję, raczej wątpię, ale już niebawem zaczną się wybory i wówczas okaże się jak jest naprawdę.


http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/zus-rozdal-1-278-249-000-z-na-nagrody_361136.html


autor: Andy51

Herezja libertarianizmu


Oczywistą oczywistością jest, że państwo to zło. Nawet nie da się stwierdzić, że jest to "mniejsze zło" - bo niby jak i do czego to porównać..? Nigdy nie było tak, żeby człowiek jakiejś władzy nie podlegał...
Państwo to zło dlatego przede wszystkim, że jak mało która z instytucji społecznych, podatne jest na głupotę. Głupota niemiłościwie  na całym świecie panujących nam biurokracji w tej chwili (pamiętając o bezprecedensowej koncentracji władzy i nie mniej bezprecedensowej skali oddziaływania tejże władzy - chociażby na środowisko naszej Umęczonej Planety..!) ociera się już o ryzyko likwidacji ludzi jako gatunku biologicznego. Naprawdę: niewiele do tego potrzeba! A różne służby jawne, tajne i bezpłciowe, różne programy i sztaby antykryzysowe, walki z globalnym ociepleniem, dziurą ozonową oraz o równość płci - nieodmiennie, przez swą immanentną a bezdenną zarazem głupotę, koniec sromotny człowieka na planecie Ziemia TYLKO przybliżają.

Można oczywiście lać ciepłym moczem na to, co będzie za lat 20, 30 czy 50 (osobliwie, gdy się człek nie zbiera żyć zbyt długo - choćby ze strachu przed tzw. "służbą zdrowia" - a dzieci, szczęśliwie, nie posiada...). Tak, czy inaczej jednak, logiczną niedorzecznością jest odmawiać komukolwiek prawa do samoobrony. Współczesne, głupotą na wszystkie strony przeżarte gosudarstwa nieustannie stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla życia, zdrowia i mienia swoich nieszczęśliwych poddanych (niezależnie od faktu, że 99% tychże nieszczęśliwych poddanych nie tylko tego zagrożenie NIE DOSTRZEGA, ale wręcz: nieustannie domaga się, nieraz bardzo głośno i bardzo wyraźnie, aby niemiłościwie im panujące gosudarstwo "broniło ich" przed tym lub owym - a owo "to lub owo" coraz to głupsze, coraz to bardziej idiotyczne..!). Bronić się przed nimi zatem każdemu nie tylko wolno, ale i wręcz: zdaje się to być postawą rozsądną i godną zalecenia.
Bronić się przed gosudarstwem można na różne sposoby. Są tacy, którzy biorą za dobrą monetę tzw. "liberalną demokrację" i usiłują niekiedy przekonywać bliźnich swoich, żeby ci odstąpili od niektórych, co głupszych i co bardziej szkodliwych postulatów względem gosudarstwa (na przykład: by kierujący się powszechną wśród szerokich mas ludności bezinteresowną zawiścią tzw. "wyborcy" nie głosowali na partie postulujące wzrost podatków...). Taka postawa wydaje się bezpłodna. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w dziejach jakakolwiek biurokracja dobrowolnie oddała choć kawałek zawłaszczonego uprzednio żerowiska...
Inni, o wiele liczniejsi, zwalczają gosudarstwo czynem. Staje to się zresztą z upływem czasu i tegoż gosudarstwa nieustannym rozrostem - coraz powszechniejsze i coraz łatwiejsze zarazem. Już w tej chwili różne "prawa" uchwalane z szybkością dobrego karabinu maszynowego tak są wzajem sprzeczne, że żyć wedle nich zwyczajnie się nie da. NIKOMU. Samej biurokracji, gosudarstwu służącej, nie wyłączając..!
Bronić się tedy wolno. Ale czy wolno postulować całkowitą likwidację państwa..? "Wolno", oczywiście, w sensie: "czy taka postawa ma sens?", "czy jest to rozsądne?".
Wydaje mi się, że nie. A to dla dwóch powodów.
Po pierwsze: PO CO..? Na jaką cholerę..? A cóż to niby zmieni..?
Państwo nie jest przyczyną, lecz SKUTKIEM tkwiącego w człowieku zła. Państwo istnieją i mają się dobrze, ponieważ ludzie są z natury ambitni, żądni władzy, a nade wszystko: PASJAMI WRĘCZ UWIELBIAJĄ ŻYĆ NA CUDZY KOSZT!
Likwidacja państwa może się powieść wyłącznie w sferze semantycznej. Możemy obalić władzę państwową i ustanowić jakąś inną, która będzie się inaczej nazywała. Czy to jednak coś zmieni..?
A to przypadkiem nie komuniści, postulujący jako swój cel, "stan bezpaństwowy" - ustanowili najokropniejsze tyranie XX wieku, władzę państwa w istocie potęgując do nieznanej wcześniej doskonałości..?
Libertarianom NIE MA PRAWA udać się nic innego..! "Nie ma prawa" - w takim sensie, że to się nie uda, to jest nierealne, to nie ma sensu.
Po drugie: ponieważ, choć toczę tę dyskusję już od bardzo dawna, jak do tej pory ŻADEN dyskutant podający się za libertarianina nie umiał mi odpowiedzieć satysfakcjonująco na pytanie - a kto będzie w ustroju libertariańskim pilnował reguł gry?

To znaczy: kto zapewni, że wśród "wolnych od terytorialnego monopolu na przemoc" nie pojawi się jeden lub wielu osobników dążących skutecznie do tego, aby taki właśnie "terytorialny monopol na przemoc" z korzyścią dla siebie ustanowić, nikogo o zdanie nie pytając..?
Odpowiedzi, jakie do tej pory otrzymałem, są dwie, obie tak samo do dupy.
Odpowiedź pierwsza - że powstaniu na nowo "terytorialnego monopolu na przemoc" zapobiec ma rynkowa konkurencja między różnymi "aparatami wymiaru sprawiedliwości", "agencjami ochrony". No tak! Tyle tylko, że dla każdego z takich "konkurencyjnych aparatów wymiaru sprawiedliwości" opcja dogadania się z konkurentami i podzielenia się "rynkiem" (a właściwie: ludnością w tym momencie już poddaną...) - NIEMAL ZAWSZE jest bardziej opłacalna od uczciwego przestrzegania reguł gry rynkowej i zawartych z klientami umów!



Pięknie to ongiś kolega Iulius w gościnnym wpisie u Adama Dudy ujął (o czym niedawno wspominałem zresztą, tylko za cholerę nie pamiętam, jak się ten mój wpis nazywał...).
Odpowiedź druga natomiast, autorstwa kolegi GPS, przenosi nas na wyższy poziom abstrakcji. Otóż: istnienie ustroju libertariańskiego (inaczej rzecz ujmując: brak "terytorialnego monopolu na przemoc") ma być zapewniane WIARĄ ludzi w jego sens i pożyteczność. Jak ludzie w to uwierzą, to rzecz się ziści i utrzyma...
Hmmm...
Hmmm...
No dobra: długo jeszcze mógłbym tak chrumkać, nieprawdaż..?
Zauważmy na początek, że istnieje ZASADNICZA RÓŻNICA między "wiarą rzymsko - katolicką", a "wiarą libertariańską". Tego, czy Kościół Święty, matka nasza, rzeczywiście prowadzi swych wiernych nieomylnie do zbawienia na tamtym świecie stwierdzić się empirycznie w żaden sposób nie da.
To znaczy - są oczywiście różne objawienia, widzenia, świętych obcowanie i takie tam - ale, umówmy się: jeszcze się taki ateista, heretyk czy schizmatyk nie urodził, którego by tego rodzaju świadectwo nieodparcie i w sposób nie pozwalający na dyskusję przekonało..!
Cel działania Kościoła jest pozaświatowy i nieempiryczny. Nie można ustalić, czy został osiągnięty.


"Wiara libertariańska" stawia przed sobą cel doczesny, empirycznie dostrzegalny, materialny. Bardzo łatwo będzie stwierdzić, czy został osiągnięty, czy nie.
I to wcale nie jest siła, tylko właśnie - WIELKA SŁABOŚĆ "libertariańskiej herezji" (no bo skoro ma to być wyznanie wiary, to czymże jest ono, jak nie herezją właśnie..?).
Religia, a katolicyzm w szczególności, przez to, że nie stawiają sobie żadnych konkretnych celów doczesnych i materialnych, mogą funkcjonować równie dobrze w niemal każdym ustroju społecznym i w niemal każdej kulturze (jakkolwiek, z czasem, nieuchronnie tę kulturę, a w dalszej konsekwencji także i ustrój - zwykły przekształcać...).
"Wiara libertariańska" jest w porównaniu do katolicyzmu doktryną niezmiernie wręcz rygorystyczną, którą albo uda się wcielić w życie "od jednego zamachu", "w całości" - albo wcale.
Nie tak postępował Kościół chrystianizując przed wiekami Europę! Toż nawet wielożeństwo wcale nie zanikało w pierwszym pokoleniu katechumenów, a zniesienie niewolnictwa, o które tak się na mnie zwykli oburzać wielbiciele "czynów" - zajęło Kościołowi całe tysiąclecie..! I wcale nie zapobiegło recydywie...


Kościół dopracował się przez milenia swego istnienia różnorakich mechanizmów zabezpieczających ciągłość i niezmienność doktryny, którą głosi. Ale i tak - nikt, kto wykracza poza najprostszą apologetykę zaprzeczyć nie może, że doktryna ta JEDNAK ulegała zmianom, bywała reinterpretowana, wzbogacana o pewne elementy (a inne, zwłaszcza ostatnio, na skutek "ofensywy modernizmu" - ulegały stopniowemu odsunięciu w cień, lub nawet zapomnieniu). I to pomimo faktu, że "słuszności" lub "niesłuszności" tejże doktryny NIKT na tym świecie empirycznie sprawdzić nie jest w staniem..!
Empirycznie można postrzegać to tylko, co widział Nowosilcow w "Dziadach": że religia dobrze robi ludziom. Ale nawet tego, czy ludzie wierzą naprawdę i gorąco, czy tylko tak mówią - nikt przecież, kto im w głowach nie siedzi, w żaden sposób nie sprawdzi..!
Jak chcą "wierzący libertarianie" nie tylko szeroki ogół do swojej doktryny przekonać (nie wiadomo: wszystkich? Większość..? Jeśli większość tylko - to co z tymi, którzy w libertarianizm nie uwierzą..?), ale i nade wszystko - ciągłość jej rozwoju (zapomnijmy o niezmienności..!) utrzymać, swojego Papiestwa nie tylko nie posiadając, ale i samo istnienie takiej, o spójność doktrynalną dbającej instytucji, jak rozumiem - z założenia odrzucając..?
Brednie, brednie, brednie...


autor: Boska Wola

poniedziałek, 21 października 2013

Czyżbym się mylił?


Gdzieś około roku 2005 czy 2006, kiedy dopiero rozpatrywaliśmy konieczność zakupu własnej ziemi powiedziałem naszemu przyjacielowi, Sebastianowi Karaśkiewiczowi, że na tym interesie nie mogę stracić.
No bo jakżeż miałbym stracić, skoro ludzi coraz więcej, techniki coraz więcej, życie coraz sztuczniejsze i bardziej zindustrializowane - w tej sytuacji wszystko co naturalne, swojskie, wiejskie, żywe - jako że staje się coraz rzadsze, powinno się stawać coraz droższe. Prawo popytu i podaży. Rozumowanie elementarne - czyż nie..?
Minęło parę lat. Właśnie wróciłem z wycieczki do Radomia. Odbywanej bocznymi drogami. Bo i tak pogazować krajową "siódemką", przez wzgląd na stan opon naszej Wendi nie jestem w stanie. A bocznymi drogami bliżej (tylko wolniej się jedzie).
I co? I wygląda na to, że wówczas, te 7 czy 8 lat temu, naiwność przeze mnie przemawiała! Że myliłem się wprost fundamentalnie!
Co widać z okna samochodu, kiedy się jedzie bocznymi drogami z Boskiej Woli do Radomia i z powrotem..?
Pustki widać. Nieużytki. Ziemie opuszczone. Opustoszałe wioski. Zruinowane ogrodzenia nieużywanych, zarastających chwastami pastwisk. Gdzieniegdzie, ale to tylko albo nad Radomką, albo bliżej Radomia - nowe domy. O dziwo mimo, że pustej ziemi wokół ile kto chce - ściśnięte jeden blisko drugiego na miniaturowych działeczkach tak małych, że nawet kozy nie dałoby się utrzymać. Domy owszem - piękne, dostatnie, nawet nie żadne "gargamele", które tak często straszyły w podmiejskich okolicach jeszcze 20 lat temu. Cóż z tego postępu estetycznego jednak, skoro prawie jak w mieście, sąsiad sąsiadowi w okno zagląda..?




Minęło 7 czy 8 lat odkąd wypowiedziałem moje nierozważne słowa. Przez ten czas Polacy w widoczny sposób się wzbogacili. Widać to po domach i samochodach! Nie piszcie że nie, bo widać..! Owszem, może to i na kredyt, pewnie że nie każdego ten dobrobyt w takim samym stopniu dotyka - ale że dobrobyt jest, temu zaprzeczyć niepodobna, jeśli się tylko człowiek przez okno samochodu rozgląda...
I co - czy wzrósł popyt na ziemię, na czystą, nieskażoną naturę, na produkty naturalne, na konie wreszcie (które są, było nie było, dobrem luksusowym i "naturalnym" zarazem, więc - logicznie rzecz biorąc - winny iść w cenę..?)?
Gdy kupiliśmy w Boskiej Woli ponad 15 ha a zwłaszcza, gdy się tu osiedliliśmy, karczując tę ziemię i czyniąc z niej pastwiska - spowodowało to na krótki czas lokalny boom na rynku nieruchomości. W rok po naszym osiedleniu się, Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa sprzedawała parę okrawków gruntów w okolicy - i pierwszy raz w dziejach Boskiej Woli nawet doszło do licytacji!
Ale minął jakiś czas - i w tej chwili ceny w okolicy wróciły do punktu wyjścia z roku 2007: hektar ziemi można tu kupić za 8 do 15 tysięcy złotych. Oczywiście, jest cała masa wystawionych na sprzedaż nieruchomości, za które ich właściciele życzą sobie dużo więcej - ale te leżą i nie ma chętnych, aby je kupić. W ciągu ostatnich paru lat w pobliżu, oprócz pewnej liczby domków letniskowych, powstały dwie większe inwestycje: ferma norek i piekarnia (zresztą, pracująca głównie na potrzeby "Pierdonki"...). To wszystko. Żeby jakiś większy popyt na ziemię był - nie widzę. Na nasze ogłoszenie w sprawie ewentualnej sprzedaży części ziemi, przez te wszystkie lata nie odpowiedział NIKT.
Być może to wyłącznie kwestia mojego sprzedażowego antytalentu? Tak czy inaczej jednak - wygląda na to, że się myliłem. Albo bowiem popyt na zdrową, nieskażoną naturę NIE ROŚNIE (a wręcz: maleje..!), albo też - ja takowych produktów w żaden sposób sprzedać nie potrafię, niezależnie od tego, jak dobrej są jakości... A przecież, gdybym miał rację, gdyby ludziom coraz bardziej zależało na tym, co nietechniczne - to czy mam talent do sprzedaży, czy go nie mam - i tak bym to, co oferuję (niezależnie od tego, czy był tonaturalny tytoń, fajne źrebięta, czy ziemia...) w końcu sprzedał...
Wydaje się jednak, że jest raczej tak: przyzwyczajenie to PIERWSZA natura człowieka. Ludzie przyzwyczajeni do miejskiego ścisku nawet budując się na wsi - robią co mogą, żeby ze wszystkich stron mieć jakichś sąsiadów płot w płot. Ludzie, którzy przez całe życie kopcili "sklepowe" papierosy - prędzej rzucą palenie, lub przejdą na "e-papieros", niż zgodzą się wziąć do ust coś, w czym nie ma nic poza wysuszonym i sfermentowanym tytoniem. Ludzie, którzy całe życie jedli wyłącznie sztuczną żywność - barwioną, "ulepszaną", "konserwowaną" - nie spojrzą nawet na nieefektowne, szare, zmienne w smaku produkty "tradycyjne" (Wojtek kiedyś o tym u siebie pisał, ale jakoś nie znalazłem tego wpisu...).
No i, oczywiście - nie ma najmniejszego sensu oferować komukolwiek tak rzadkich koni jak achałtekińce. Coś, co jest tak rzadkie - nie ma szans być modne. Bo jest zbyt rzadko spotykane. A jest zbyt rzadko spotykane, bo nie jest modne. I koło się zamyka...
W każdym razie: kompletnie nie rozumiem jeremiad (np. Profesora Boboli...) o rzekomym "przeludnieniu". Jakie znowu "przeludnienie"..? Patrzę w okno i co widzę..? Widzę bezlistny niemal Lasek Centralny, za nim kawał naszej ziemi, na razie do niczego nie wykorzystany, potem dopiero sosnowy młodnik sąsiada. Za tym młodnikiem ciągną się głównie nieużytki, z rzadka przetykane uprawnymi polami - przez dobrych 5 czy 6 km, bo dopiero nad torami kolejowymi są pierwsze, rzadko rozrzucone, domki letniskowe... "Przeludnienia" z całą pewnością przez okno chatki nie widzę..! I przez okno samochodu w czasie dzisiejszej wycieczki - też takiego zjawiska nie widziałem...


autor: Boska Wola

Cyklop


I jak tu być logicznym i konsekwentnym?

Pewnego pięknego jesiennego dnia z podwórka dotarł do mnie straszny rumor i krzyki. Okazało się, że sroki zaatakowały małego, może miesięcznego koteczka , który wygrzewał się na dachu nad bramą i wydziobały mu oczko. Na pomoc kotkowi ruszył sąsiad z drabiną. Odpędził sroki i usiłował zdjąć kotka z dachu. Zszokowany kociak wbił mu się ząbkami w rękę. Sąsiad spadł z drabiny upuszczając kota.
Oddelegowałam córkę, żeby zapanowała nad sytuacją. Córka posługując się ( rozsądnie)  kuchenną rękawicą wsadziła kotka do pudełka od butów i pojechała z nim do weterynarza. Sąsiadem zajęła się żona. Wylądował w szpitalu. Przeżył.
Kotek po zabiegu wrócił do nas do  domu i został umieszczony w przyniesionym ze śmietnika ogromnym pudle po telewizorze. Niestety oczka nie udało się uratować. Jak się łatwo domyślić otrzymał imię Cyklop. W pudle nie mieszkał nawet jednego dnia.   Natychmiast wyskoczył mocno kulejąc. Okazało się, że ma złamaną łapkę, czego w ferworze walki o oko lekarze nie zauważyli.  Przeszedł jeszcze operację gwoździowania. Miły pan weterynarz stwierdził, że wszystko co najgorsze już go spotkało i czeka go teraz długie i spokojne życie.
Cyklop czyta stare Twórczości


Simba musi mieć wszystko pod kontrolą

Cyklop spędził u nas prawie rok. Zaprzyjaźnił się z Simbą, natomiast matka Simby, Dosia nigdy go nie zaakceptowała. Obawialiśmy się, że pod naszą nieobecność może go zaatakować.
Kolega syna , student ostatniego roku farmacji, ujęty tą dramatyczną historią oświadczył, że natychmiast po dyplomie zabierze kota. Nie traktowałam tego zbyt poważnie, ale młodzieniec okazał się słowny. W ten sposób Cyklop został dumnym panem ogromnego parterowego mieszkania przy ulicy  Rozbrat. Wyleguje się w oknie zbierając komplementy przechodniów. Chodzi za swoim panem jak pies. Weterynarz miał rację. Cyklop ma wspaniałe życie.

Pozostaje problem czy potrzebnie wtrącamy się- jak Deus ex machina- w okrutny świat natury, gdzie każdy jest jednocześnie oprawcą i ofiarą?
 Nie jesteśmy samożywni. Nie asymilujemy. Jesteśmy częścią łańcucha pokarmowego. Dominacja naszego gatunku sprawiła, że co raz rzadziej jesteśmy zjadani w sensie dosłownym. Jednak jako wszystkożerni sami zjadamy wszystko co się rusza i nie rusza.  Wegetarianizm jest,  jako program eliminowania cierpienia, dość utopijny. Cierpi ryba wbijana na haczyk, być może cierpi także ścinana roślina. Miłośnicy zwierząt chcąc nie chcąc uczestniczą w cierpieniu innych zwierząt.  Miłośnik rybek karmi je żywą dafnią nie zastanawiając się nad jej odczuciami. Miłośnik pytona karmi go żywymi szczurami, bo pyton tak lubi. Miłośnik psa czy kota karmi go mięsem z krowy czy konia. Jednocześnie miłośnicy koni wykupują je z rzeźni, nie zastanawiając się, że przecież pieski i kotki muszą coś jeść.
I jak tu być logicznym i konsekwentnym?

autor: Iza

Komu jest potrzebny antysemityzm w Polsce? (GW i TVN na pewno)


Polacy mają przepraszać za wszystko, za antysemityzm, którego nie ma, za winy, które Polacy nie popełnili, głównie dlatego, że to co lansował śp. Lech Kaczyński "warto być Polakiem", jest atakowane jako przejaw zaściankowości.


Komu jest potrzebny antysemityzm w Polsce? (GW i TVN na pewno)



Całkowicie niezauważone badania Agencji Podstawowych Wartości Unii Europejskiej. I czegóż my się z tych badań dowiadujemy? Okazuje się, że antysemityzmem w Polsce, to co nam wmawiają, TVN i GW z różnymi salonowymi autorytetami, praktycznie w Polsce nie istnieje.

Europejska  Agencja Podstawowych Wartości, wymienia różne kraje wydawałoby się wzorce demokracji takie jak: Szwecja, Belgia czy Francja, w których Żydzi boją się przyznać do swojego pochodzenia. Niestety dla tropicieli antysemityzmu w Polsce, Polska nie jest wymieniona wśród tych krajów.

Aż, 37 procent rzymskich, 35 procent węgierskich, 31 procent belgijskich, 21 procent brytyjskich i szwedzkich Żydów, doświadczyło antysemityzmu w ubiegłym roku.

Skoro nie ma  antysemityzmu w Polsce, głównie GW postanowiła go stworzyć. Nie ma tygodnia, żeby GW, nie informowała swoich czytelników, o jaskiniowym antysemityzmie Polaków. Antysemityzm potrzebny jest GW tudzież mądralom z TVN jak rybie woda. Że tak nie jest świadczą badania Unijnych Agencji.

http://wpolityce.pl/artykuly/65016-polowa-szwedzkich-zydow-boi-sie-przyznac-do-swojego-pochodzenia-jak-informuje-europejska-agencja-wsrod-krajow-gdzie-zydzi-czuja-sie-przesladowani-nie-ma-polski


autor: Andy51

niedziela, 20 października 2013

Wierutne kłamstwa Wikipedii


Jeszcze całkiem niedawno hasło "koń achł-tekiński" na polskojęzycznej Wikipedii było mocno uproszczonym streszczeniem tego samego hasła z Wikipedii anglojęzycznej. Daleko mu było do precyzji czy choćby prawdy, ale olewałem to, jako "siłę wyższą"...
Niestety - wygląda na to, że znalazł się jakiś domorosły "redaktorek", który postanowił coś dodać od siebie. Bodajby go święta ziemia pochłonęła..!
Porównajcie sobie Państwo teraz sami, aktualny tekst tego hasła na Wikipedii polskiej, na Wikipedii angielskiej - i, jeśli macie czas i siły: bodaj pierwsze dwie części mojej "Historii sekretnej..." która, o ile mi wiadomo, pozostaje do dziś dnia JEDYNĄ CHOĆ MINIMALNIE NAUKOWĄ próbą ujęcia dziejów mojej ukochanej rasy.


Mit o rzekomym używaniu klaczy arabskich w hodowli turkmeńskiej za czasów Tamerlana (rzecz ABSOLUTNIE NIEMOŻLIWA DO ZWERYFIKOWANIA, TYLKO OSTATNI IDIOTA MÓGŁBY COŚ TAKIEGO PODAWAĆ JAKO "PEWNIK"...) wywodzi się z relacji pewnego Francuza, spisanej... w połowie wieku XIX!
W tym samym czasie Marian hr Czapski w swojej "Historii powszechnej konia" dawał zgoła przeciwne świadectwa o koniach turkmeńskich - które sam, na własne oczy niejeden raz widział (twierdził nawet - czego mi się do tej pory nie udało w żaden sposób sprawdzić - że rząd carski użył właśnie w połowie XIX wieku na szeroką skalę turkmeńskich ogierów w tzw. "hodowli terenowej" na Ziemiach Zabranych, czyli - w tej części zaboru rosyjskiego, która nie należała do Kongresówki...).



W ogóle: szkoda gadać..!
I bardzo dziękujemy wczorajszemu Bardzo Miłemu Gościowi, że nam na ten lapsus zwrócił uwagę.
Jak się protestuje przeciw kłamliwym treściom na Wikipedii..???



autor: Boska Wola

Złapał Kozak Tatarzyna…

Żeby dobrze funkcjonowała rodzina, szkoła , a nawet hodowla zwierząt ustawodawca nie może co chwila wtrącać się pomiędzy strony relacji unieruchamiając je swymi przepisami.



Każdy z nas w swoich kontaktach społecznych spotyka się z dwoma opisami rzeczywistości szkoły. Zgodnie z jednym uczniowie są bezczelni i zupełnie bezkarni. W szkole kwitnie narkomania , fala i inne patologie. Uczniowie prześladują kolegów wymuszają od nich pieniądze, biją ich i poniżają. Nie można wyrzucić ich ze szkoły.( Dotyczy to przede wszystkim szkoły podstawowej i gimnazjum)  Nauczyciele boją się uczniów. Spotykają się ze skrajnym nieposłuszeństwem i wulgarnością. Bywają również prześladowani i to często fizycznie. Całą Polskę obiegły kiedyś zdjęcia nauczyciela z koszem do śmieci na głowie.

Drugi opis - to opis szkoły opresyjnej dla dzieci. Nauczyciele znęcają się nad nimi, stawiają pod byle pretekstem pały, poniżają przy klasie. Dzieci cierpią nagminnie na szkolne nerwice. Przed wyjściem do szkoły dostają biegunki, mdleją , mają ataki bólu brzucha albo bicia serca. Niektóre są diagnozowane psychiatrycznie i traktowane lekami psychotropowymi.

Na pozór wydaje się, że są to opisy sprzeczne, jednak rzeczywistość jest jeszcze gorsza niż myślimy. Oba opisy są prawdziwe, bo są to opisy komplementarne, uzupełniające się.

Faktycznie nauczyciel niewiele może zrobić, żeby powstrzymać agresywnego ucznia przed destrukcyjnymi zachowaniami i ochronić klasę przed jego wpływem. Nie wolno mu przede wszystkim ucznia dotknąć. Jeżeli uczeń odmawia wyjścia z klasy, przemawia do nauczycielki per „ty stara k...” i uniemożliwia przeprowadzenie lekcji, nauczycielka może tylko wezwać policję. Policja natychmiast ucznia wypuści , dyrektor obruga nauczycielkę za kompromitowanie szkoły, a wszyscy orzekną, że nie umie ona zbudować sobie autorytetu więc nie nadaje się do zawodu.
Z drugiej strony,  prześladowany przez nauczyciela uczeń i jego rodzice też niewiele mogą zrobić, szczególnie jeżeli dzieciak nie jest uczniem wybitnym. Bezsilny wobec zakapiorów nauczyciel ma swoją słodką tajemnicę i tajną broń. Może zupełnie arbitralnie stawiać oceny. Bandziora nie da się wprawdzie ukarać złymi ocenami, bo on je lekceważy, ale spokojnie można wyładować swoje nauczycielskie  frustracje na spokojnych grzecznych dzieciach, siejąc wśród nich terror.

W większości znanych mi, uważanych za bardzo dobre liceów podstawą sukcesów nauczyciela jest doprowadzenie terrorem do tego, żeby słabsi uczniowie sami się wynieśli, a zostali tylko tacy,  którym szkoła jest właściwie do niczego nie potrzebna, bo uczą się samodzielnie, albo tacy,  których rodziców stać na kosztowne korepetycje. Sprzyja temu system przyjęć nastawiony na wyłowienie właśnie takich uczniów . Ewentualne błędy systemu przyjęć koryguje się w trakcie pierwszego roku nauki. Zostają najsilniejsi nie tylko intelektualnie lecz psychicznie i materialnie. Potem nauczyciel może spocząć na laurach i odcinać kupony od swego lenistwa.
To osobny temat , ale dobrze pokazuje jak błędy prawodawcze generują zło. Tak czy owak na szkołę skarżą się zarówno uczniowie jak i nauczyciele.

Jak jest to możliwe i na jakiej zasadzie funkcjonuje system, z którego obie strony są tak bardzo niezadowolone?
Odpowiem – na zasadzie pata.
Współczesne państwo chce być wszechwładne. Na każde niedociągnięcie systemu, faktyczne lub potencjalne, ustawodawca odpowiada szczegółowym przepisem. Te coraz bardziej szczegółowe przepisy , co chwila poprawiane i doprecyzowane, oplatają strony jak pajęczyna i unieruchamiają w bolesnym zwarciu.
Prześladowany nauczyciel nie może wyrzucić ucznia ze szkoły, nie może go dotknąć, nie może go nawet zwymyślać. Może się tylko mścić na nim lub na innych uczniach za swe podłe nauczycielskie życie. Prześladowany złymi ocenami uczeń nie może nic zrobić aby uzyskać sprawiedliwość ( egzaminy komisyjne są dobrym rozwiązaniem tylko dla silnych psychicznie) , może się tylko mścić- na innych nauczycielach lub kolegach. Prześladującemu kolegów uczniowi też nic nie można praktycznie zrobić. Żeby znalazł się w domu poprawczym musiałby kogoś zabić. Bić i poniżać kolegów może praktycznie bezkarnie, bo rodzice prześladowanych nie mogą go uderzyć ani zwymyślać. Na wszystko są przecież paragrafy. Chyba już dobrze widać mechanizm błędnego koła w którym się wszyscy znaleźliśmy.

To samo dotyczy relacji pomiędzy dziećmi i rodzicami. Zgodnie z najnowszą ustawą rodzice nie mają prawa dziecka skarcić fizycznie, nie wolno go poniżać słownie, nie wolno ograniczać jego wolności. Jeżeli rozpuszczona pannica zechce wyjść na dyskotekę gdzie ma zamiar uprawiać seks, albo przyprowadza „partnerów” do domu rodzice nie mają prawa zamknąć drzwi na klucz, ani potraktować „partnera” kopniakiem. Rodzice stają się zakładnikiem dziecka. Nie mogą go wychowywać, nie mogą go ukarać. Doprowadzeni do ostateczności  mogą tylko zrobić mu największą życiową krzywdę,  jaką jest oddanie go w łapy systemu przemocy reprezentowanego przez państwo i jego agendy. Na przykład do domu poprawczego, gdzie jego demoralizacja zostanie przypieczętowana. Zdarza się, że takie postępowanie system na rodzicach wręcz wymusza.
Coraz częstsze są też przypadki katowania rodziców przez dorosłe albo dorastające dzieci. Na ich podłość nie ma właściwej  reakcji. Rodzic nie może wyrzucić takiego dziecka z domu i  praktycznie nie może go wydziedziczyć.

To samo dotyczy relacji pomiędzy zwierzętami i ich właścicielami. Obezwładnieni przez prawo właściciele zwierząt wybierają czasem w desperacji najgorsze rozwiązanie, jakim jest likwidacja pupila. O tym pisałam ostatnio.

Oczywiście każdy mądrala powie, że dzieci i zwierzęta należy dobrze wychować i wtedy nie ma się z nimi kłopotów. To taka sama bzdura jak twierdzenie, że nauczyciel powinien mieć charyzmat i wtedy będą go uwielbiały nawet największe zakapiory.
Nie każdy ksiądz musi być święty, nie każdy nauczyciel musi mieć charyzmat i nie każde dziecko oraz nie każde zwierzątko  jest z natury łagodne i dobre. A żeby dziecko czy zwierzątko dobrze wychować trzeba mieć nad nim realną władzę.

Żeby dobrze funkcjonowała rodzina, szkoła , a nawet hodowla zwierząt ustawodawca nie może co chwila wtrącać się pomiędzy strony relacji unieruchamiając je swymi przepisami.
To takt jakby na jachcie ktoś unieruchomił ster. W najlepszym wypadku łódź dryfuje – w gorszym wywraca się.

Wracając do szkoły Dla poprawienia jej sytuacji  wystarczyłaby doraźnie zmiana dwóch przepisów. Szkoła powinna mieć możliwość wyrzucenia sprawiającego kłopoty ucznia, rozliczenie z nim pozostawiając rodzicom. Rodzice powinni mieć możliwość ukarania tego ucznia stosownie do jego przewinienia czyli powinni mieć przywróconą realną władzę rodzicielską odebraną im przez prawo.

P.S. Mój opis sytuacji nie jest gołosłowny- płynie z doświadczenia. Przez wiele lat byłam nauczycielką liceum. Dobrze znam uroki pracy z klasą wyselekcjonowaną , gdzie uczniom wystarczy zbytnio nie przeszkadzać, a na przykład klasą zbiorczą, gdzie choćby nauczyciel odtańczył na stole kankana,  nie zainteresuje uczniów swoją osobą i tematem. Miałam klasę z której wyszło- bez żadnej mojej zasługi-  9 profesorów matematyki i klasę której nie mogłam nauczyć dodawania ułamków.

autor: Iza

Beznadzieja...

W czasie, gdy Lepsza Połowa oglądała na TVP Historia jakiś przedwojenny film muzyczny (nawet nie wiedziałem, że takowe wtedy u nas kręcili..?), zmęczyłem wczoraj wieczorem Henninga Mankella "Chińczyka":



Lepsza Połowa ma sentyment do tego autora przez wzgląd na swoją siostrę, która jako filmowiec pracowała przy ekranizacji serii filmów BBC o Kurcie Wallanderze. Dlatego przy ostatniej wizycie w Stromcu wypożyczyłem wszystko, co akurat było tego autora w naszej gminnej bibliotece dostępne - w tym właśnie rzeczonego "Chińczyka", który do tej serii już nie należy...
Czym właściwie jest "Chińczyk"..? Przez 500 stron z okładem czekałem, kiedy autor mrugnie wreszcie okiem i powie, że te wszystkie hymny pochwalne ku czci Mao Zedonga, jednego z największych zbrodniarzy XX wieku, człowieka, który z odmętów niepamięci i skrytek Działu Prohibitów Biblioteki Cesarskiej w Zakazanym Mieście wyciągnął, kierując się li i jedynie nieposkromioną żądzą władzy teorię Tyranii Doskonałej, o której tyle tu pisałem (niezależnie od tego, co o szkole starożytnych chińskich "legistów" opowiadają jacyś niedouczeni liberałowie...) i nie zawahał się wcielić jej w czyn - że to wszystko tylko ironia. Że należy brać to w nawias. W cudzysłów bodaj..!
Nie doczekałem się.
Jeśli zachodnioeuropejskie "pokolenie 68 roku" - ludzie, którzy teraz dobiegają już siedemdziesiątki i dochowali się wnuków, może nawet i prawnuków, wychowując ich na swój obraz i podobieństwo - ma równie bezkrytyczny stosunek do swoich "błędów młodości", jak sportretowana w tej powieści szwedzka sędzina, czy jej przyjaciółka, sinolożka... Jeśli to jest zjawisko szersze, bardziej powszechne - no to nie ma dla naszej cywilizacji ŻADNEJ nadziei!
Przynajmniej tu, na tym świecie. Może jeszcze tylko jakaś bezpośrednia interwencja Opatrzności..?
Tymczasem, ku niezadowoleniu Lepszej Połowy, znowu zerwałem się z łóżka parę minut po piątej (dobrze, że mamy koćkodana, na którego da się winę za takie rzeczy zwalić: bo faktem jest, że ówże wstał przede mną, domagając się żarcia..!). Bez istotnej przyczyny, bo jako żywo - nikt nie chrupał jabłek za chatką, poprawione wczoraj ogrodzenie zdaje się na razie działać, a też i aura, choć zimna, nie była wcale aż tak mroźna, żebym koniecznie musiał tak wcześnie stado pod wiatę ewakuować.
Lepsza Połowa ma rację: wszystkie nasze zwierzaki bardzo chętnie przesuwają sobie pory karmienia WCZEŚNIEJ. W związku z czym, jak się dwa razy pod rząd wstało godzinę wcześniej niż zwykle - to szybko może się okazać, że już się z powrotem do "właściwej" godziny wrócić tak łatwo i prosto nie da...
Z drugiej jednak strony - już niedługo obecna godzina 5.00 stanie się godziną 6.00, czyż nie..? Może lepiej przyzwyczaić się do tego stopniowo, skoro nic na ten bezsensowny, jak najbardziej w duchu Mao leżący kataklizm nic nie możemy poradzić..?
Wczorajsza wizyta Bardzo Miłego Gościa dała mi też do myślenia. Czy Państwo może - choć przecież wyraźnie pisałem, że tak NIE JEST - myślicie, że jeśli chcecie któregoś z naszych odsadków, to musicie tu przyjechać z harmonią pieniędzy w ręku i zapłacić co do grosza sumę, którą podałem..?
Więcej wyobraźni..! Mam dwóch łobuzów, których muszę się stąd pozbyć. Dziś. Jutro. W ciągu tygodnia.
To jest w tej chwili najważniejsze. A pieniądze..? Pieniądze mogą poczekać. Dogadamy się przecież..?


autor: Boska Wola