wtorek, 15 października 2013

Hycel i rzeźnia


Jeżeli drogi czytelniku zobaczysz kogoś karcącego psa czy konia proszę cię, nie wzywaj policji. Zastanów się czy dla zwierzęcia jedyną alternatywą nie jest przypadkiem hycel lub rzeźnia.

Wiele lat temu moi znajomi podróżujący po Anglii z ukochanym springer spanielem wypuścili go na parkingu na siusiu. Pies zniknął w lesie i wrócił wytarzany w padlinie. Gdy usiłowali go  wymyć w pobliskim rowie, zatrzymało się kilka samochodów, żeby zwrócić im uwagę , że krzywdzą zwierzę . Za chwile pojawiła się wezwana przez miłośników zwierząt policja. Znajomi stanęli przed sądem i zapłacili ogromną jak na ich możliwości grzywnę za znęcanie się nad psem. Sądu nie przekonał argument, że springer spaniel to pies użytkowy i w czasie polowań na kaczki wielokrotnie skacze po łup do zimnej wody. Co więcej – że kąpiele w zimnej wodzie są jego pasją i trudno go odwieść od nurkowania w parkowych stawach w Warszawie nawet w zimie.  Sąd był zdania, że psa należy -niezależnie od okoliczności- kąpać w ciepłej wodzie i suszyć po kąpieli suszarką, żeby się nie przeziębił. Zarządził kwarantannę w klinice weterynaryjnej, którą to kwarantannę znajomi musieli opłacić i przeczekać w hotelu w pobliskiej miejscowości. Grożono im  również odebraniem psa. Znajomi mieli przewrotną chęć, żeby zostawić tego psa jakiejś organizacji ochrony zwierząt. Zostali przez ten incydent zrujnowani finansowo.  Nie zdecydowali się jednak na to ze względu na dobro pupila . Rozumieli jakim szokiem byłoby dla niego oddanie obcym ludziom i zamkniecie w klatce w schronisku. Powiedzieli jednak sądowi, że następny raz, gdy pies się uperfumuje padliną,  zastanowią się czy nie porzucić go w lesie.
 Sąd ( blondynka w todze) zupełnie nie zrozumiał ich intencji  i odniósł się do ich wypowiedzi bardzo wrogo. A przecież chcieli tylko pokazać, jak kryminogenna jest instytucjonalna troska o zwierzęta. Może skłonić przyzwoitych, dobrych ludzi do tak ohydnego czynu jakim jest porzucenie ukochanego zwierzęcia.
To szaleństwo jakim jest instytucjonalna opieka nad naszymi zwierzętami i histeryczny do nich stosunek było wówczas w Polsce zupełnie nieznane Podobnie nikomu nie przyszłoby do głowy, że można umieścić dziecko w domu dziecka, aby uchronić je przed klapsem ze strony rodziców oraz , że można odebrać dziecko rodzicom tylko za to, że jest zbyt grube, zbyt chude, zbyt wysokie albo zbyt niskie.
Lewica zawsze szuka sobie proletariuszy, aby mieć korzyści z pozorowania nad nimi opieki. Takim proletariuszami czasów współczesnych są dzieci oraz zwierzęta. Instytucjonalna opieka nad dziećmi i zwierzętami to doskonały interes. Skąd czerpaliby pieniądze niezliczeni pracownicy MOPR, kuratorzy, asystenci rodziny, koordynatorzy pieczy zastępczej gdyby ich proceder ukrócić. Kto zatrudniłby inspektorów ochrony zwierząt? I czy istnieje lepszy interes niż pobieranie od gmin pieniędzy za rzekomą opiekę nad zwierzętami, które potem można bezkarnie zagłodzić.?
To szaleństwo weszło do Polski szeroko otwartymi drzwiami.  
Simba to zwierzę ziemno wodne

Simba i jego rodzeństwo

Pierwsza ucieczka

Mój mieszkający obecnie na wyścigach mieszaniec malamuta-  Simba nie jest bynajmniej dobrym pieskiem. Nie trzymamy go jednak  jak dotąd na łańcuchu. Antycypujemy w ten sposób szlachetne ( czytaj – idiotyczne)  założenia nowej ustawy o zwierzętach. Simba wsławił się zagryzieniem wyścigowego ratlerka. Ponieważ wina była po obydwu stronach, bo obydwa psy były bez smyczy, a ratlerek warcząc wkroczył na teren kontrolowany przez Simbę, obie strony pokryły solidarnie koszty operacji- po 500 złotych. Niestety ratlerkowi to nie pomogło, choć Simba ugryzł go tylko raz . Nie udało się go wyleczyć.  Właściciele nie zgłaszali jednak  dalszych pretensji. Powiedzieli, że psy się gryzą bo taka jest ich natura. Na wyścigach są jeszcze- jak widać - normalni ludzie. W innym, tak zwanym cywilizowanym kraju, na przykład w Niemczech lub Danii  Simba zostałby uśpiony,  gdyż prawo wymusza  na obywatelach tych krajów  eliminowanie z hodowli wszelkich osobników agresywnych wobec ludzi i innych zwierząt. Psy są kastrowane już w szczenięctwie. Ideałem ustawodawcy  jest dobroduszny eunuch, który łasi się do każdego. Hodowcy owiec w Anglii mają kłopoty z zachowaniem rasy obronnych psów pasterskich. Idealny pies pasterski zdaniem ustawodawców to miniaturowy collie który, choć sprawnie zagania owce, nie jest przecież w stanie pokonać wilka czy zdziczałego psa . W rezultacie owce są bezkarnie zagryzane, a skarb państwa płaci (ewentualnie) odszkodowania. Nad losem rozpruwanych przez wilki kotnych owieczek ( kotne wolniej biegają) jakoś nikt się nie lituje. Los hodowcy jest również twórcom ustawy zupełnie obojętny.

Kilka dni temu Simba kolejny raz uciekł ze stajni.  Wykapał się w błotnistej rzeczce przepływającej przez wyścigi, od niepamiętnych czasów zwanej smródką, przekroczył sześciopasmową drogę szybkiego ruchu ( Puławska)  i zameldował się cały ubłocony w dziale mięsnym dużego sklepu. Wezwana przez personel córka odebrała recydywistę ze sklepu i nie wysiadając z samochodu pędziła go do stajni długim  batem ujeżdżeniowym, a Simba biegł kolo samochodu pyskując. Przechodnie patrzyli na to ze zgorszeniem.
Simba nie może być uwiązany gdyż ma kłopoty z defekacją i musi mieć - nazwijmy to-  swobodę wypróżniania. Po prostu cierpi na zanik mięśni odbytu. To wada genetyczna częsta u malamutów i ich mieszańców.  
Wczoraj uciekiniera odwiozła na wyścigi straż miejska grożąc mandatem za brak opieki nad zwierzęciem. Simba jest psem starym,  schorowanym i jak widać kłopotliwym. Niejeden udręczony właściciel,  w tej sytuacji uśpiłby go- jak to mówią - dla jego własnego dobra.
I na tym właśnie polega efekt odwrócenia. W intencji poprawienia losu zwierząt ustawodawca czyni im krzywdę prowokując właścicieli do rozwiązań ostatecznych, których oni wcale nie chcą i które trudno przecież  uznać za dobro zwierzęcia. .

Kilka lat temu właściciel pięknego młodego huculskiego wałacha błagał mnie żeby znaleźć mu miejsce. Chciał oddać konia w dobre ręce  za darmo. Ten hucuł jako dwuletni ogierek został zakupiony dla kilkunastoletniej córeczki znajomego. Dziewczynka bardzo kochała konika, ale  nie dawała sobie z nim rady i rozpuściła go na cygański bicz. Jako czteroletni ogier hucuł zrzucił i poturbował znajomego, który- trochę za późno-  usiłował nad nim zapanować. Dodam, że znajomy jest orędownikiem całkowitego zakazu bicia konia batem.
W wieku sześciu lat koń został wykastrowany, ale nie pozbył się już narowów. Nikt go nie chciał,  nawet za darmo. Kto zresztą chciałby ryzykować, że znarowiony koń zabije jakieś dziecko? Trafił do rzeźni.
Takie są rezultaty przesadnej miłości do zwierząt, idiotycznych przepisów i idiotycznych przesądów społecznych zabraniających ich  karania.

Jeżeli zatem drogi czytelniku zobaczysz kogoś karcącego psa czy konia proszę cię, nie wzywaj policji. Zastanów się czy dla zwierzęcia jedyną alternatywą nie jest przypadkiem  hycel lub  rzeźnia.
Jeżeli zobaczysz rodziców karcących dziecko, na przykład za kradzież w sklepie – też nie wzywaj policji. Zastanów się czy obronione przed rodzicami dziecko nie skończy dzięki tobie w domu poprawczym lub w więzieniu.
autor: Iza

poniedziałek, 14 października 2013

Tow. Miller i prezydent wszystkich Polaków – z PO, obronili Hankę

Towarzysze murem za Hanką, wspomaga ich WSI, polska demokracja się wali. Tylko 25% obywateli jest aktywnych, resztę ogarnia tumiwisizm.


Zastępca członka politycznego KC PZPR, Leszek  Miller po społu z obrońcą WSI prezydentem wszystkich Polaków z PO uratowali Hankę.

Do odwołania tej pani zabrakło 20 – 25 tys. głosów.  Żal mi tych 350 tysięcy Warszawiaków, którzy mieli po dziurki w nosie chytrej baby z Warszawy. Ludzie służb, oraz elektorat  komunistyczny uratowali  vice przewodniczącą PO. Przypuszczam, że nastąpią ruchy kadrowe w spółkach komunalnych, wszak komuniści nie poparli za darmo Hanki.

Aparat propagandy ustami  Żakowskiego, Maziarskiego, Paradowskiej, itd. będą próbowali wmówić  naiwnym , że jest to porażka PiS. Byłaby taka, gdyby to PiS był inicjatorem referendum, ale tak nie było. PiS uzyskał umiarkowany sukces, ale w starciu z całym aparatem państwa i przemysłem propagandy  był w bardzo niekomfortowej sytuacji. 

Na zakończenie retoryczne pytanie, jak to się stało, że w pół godziny po zamknięciu lokali referendalnych, propagandziści w zaprzyjaźnionych mediach, gdy nie spłynęły jeszcze głosy z lokali referendalnych, wiedzieli, że referendum jest nieważne ?

autor: Andy51

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 15 - wino mirabelkowo-jabłkowe


Pierwszy raz robiłem wino nie w szkle, a w kanistrze z tworzywa sztucznego. Lepsza Połowa twierdzi, że czuć je plastikiem. Ja tam niczego takiego nie czuję.
Jest wyraźny zapach mirabelek, kwaskowy, przyjemny smak - orzeźwiające, letnie winko. Nie na taką pogodę jak dziś (o czym niżej...).
Wyszło trochę słabe. Stąd wykonałem też wersję nieco wzmocnioną, którą właśnie prezentuję - na kanistrze, który to wino zrodził:


W oryginale nie poprawianym, kolor jest dużo intensywniejszy, mirabelkowy właśnie. Z tym, że dziesięć butelek tego wina odstawiłem w najdalszy kąt strychu, żeby sobie dojrzewało (no i nie przewiduje się w najbliższym czasie upałów...). Bliżej miałem tę wersję, która pewnie z czasem jeszcze zblednie - jak się odstoi. Jeszcze jej nie próbowałem.
Jak widać (albo i nie..?), dopadła nas mgła. Stopień zamglenia najlepiej ocenić po ogrodzeniu:



Licząc słupki (posadowione w odstępach 3-metrowych) łatwo stwierdzić, że widoczność nie przekracza 60 metrów. Pogoda nielotna znakiem tego..!

Gdzieś tam, na skraju mgły widać sylwetkę konia:


Ale trzeba podejść naprawdę blisko, żeby stwierdzić, iż to jest nasz Mijanek:


Prawda, że ciekawe umaszczenie pyska sobie na jesień zafundował..?


I to niebieskie oko..! Dajcie spokój: jak możecie NIE CHCIEĆ mieć na stałe i wyłącznie dla siebie tak pięknego Mijanka - zwłaszcza, gdy jest taki tani..?

Niedaleko pasł się tatuś Mijanka - Gelshah. Również na sprzedaż. O czym, skądinąd, nie dalej jak wczoraj wspominałem...



Madeszir: (nie)nasza gwiazdeczka..!


Natomiast Ostowarek, oczywiście, przewidując że przyjdę go sfotografować, uświnił się dokumentnie. Głównie igliwiem karłowatej sosenki, spod której go wygarnąłem...


Jeszcze raz mgła. W głębi, po lewej - zarys postaci Mijanka, pokazywanego na początku...
No i co tu robić, w taką pogodę..? Posprzątać po wczorajszej imprezie - i czekać na następnego gościa, umówionego na południe. Ot co...
A potem może spróbuję tego wzmocnionego wina..? Pal licho "odstajanie"...


autor: Boska Wola

niedziela, 13 października 2013

Nadpodziw krótki występ miszcza ciętego drybligu


Trzynasty dzień października okazał się pechowym dla naszego Zł(ot)ego Chłopca. Jego występ zakończyła policja po zaledwie dziesieciu minutach ! Jego fani : Szczecińska Solidarność zapraszają na występ w czwartek 17-tego na pl. Grunwaldzkim.
Występ  pod siedzibą najdroższego na świecie klubu  ZUS PO-land skończył się tak błyskawicznie że nie było czasu zdjąć peruwiańskiej czapeczki.

Nic sie nie stało PO-lacy , nic się nie stało !  W czwartek  PO-każę gdzie....


...odlatują na zimę czekoladowe orły.


autor: cyborg

Zrozumieć ! - jak to łatwo powiedzieć...


Czym jest ilustracja a czym dowód, czym różni się prezentacja od symulacji, czym jest rekonstrukcja a czym manipulacja, co to pomiar a co oszacowanie - to zbyt skomplikowane dla Rządowego Zespołu Tłumaczy Dalekich od Biegłości.
 Właściwie to o co tu chodzi z tym dr Laskiem ?
Rządowy zespół „do spraw wyjaśniania opinii publicznej treści informacji i materiałów dotyczących przyczyn i okoliczności katastrofy lotniczej z dnia 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem” przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, tzw. zespół Macieja Laska, powołany został przez premiera Donalda Tuska 9 kwietnia br. Lasek od maja 2010 r. do lipca 2011 r. zasiadał w komisji ówczesnego ministra Jerzego Millera i był jednym z autorów wielokrotnie krytykowanego rządowego raportu o przyczynach katastrofy smoleńskiej. (1)
Maciej Lasek poza 8,5 tys. zł pensji za szefowanie PKBWL otrzymuje miesięcznie dodatkowe 6,5 tys. zł za przewodniczenie zespołowi przedstawiającemu Polakom rosyjską i rządową wersję tego, co stało się 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku – ustaliła „Gazeta Polska Codziennie”. Pozostali członkowie jego zespołu dostają po 5 tys. zł miesięcznie. (1)
Zespół dr Macieja Laska działający przy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów wydał komunikat prasowy, w którym wzywa Zespół Parlamentarny Antoniego Macierewicza, by ten przedstawił dowody na głoszone teorie dot. katastrofy z 10 kwietnia 2010 r., albo zakończył działalność i przeprosił za wprowadzanie w błąd opinii publicznej.
W komunikacie czytamy, że "po ujawnieniu przez Wojskową Prokuraturę Okręgową w Warszawie zeznań tzw. ekspertów Macierewicza okazało się, że żadna z tych osób nie posiada kwalifikacji do autorytarnego wypowiadania się co do przyczyn katastrofy". "Pomimo, iż lansowane przez zespół parlamentarny alternatywne teorie są ze sobą sprzeczne i nie ma żadnych dowodów na ich potwierdzenie nadal jesteśmy świadkami kampanii kłamstw i oszczerstw, także personalnych wymierzonych w członków Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych".



Pan płemieł powinien razem z nominacją wręczyć dr Maciejowi Laskowi "Słownik wyrazów obcych" i „Słownik wyrazów bliskoznacznych" i surowo nakazać posługiwanie się tymi słownikami przy formułowaniu wypowiedzi dla mediów, aby uniknąć tzw. poruty. Lub może ktoś z internetowego towarzystwa, oddelegowanego na odcinek walki o dobre imię Putina i Tuska, wytłumaczy Laskowi co oznacza słowo "autorytarny".  WIESŁAWA (Salon24) (2)
 Jeden z pełnomocników rodzin ofiar ; Mec. P. Pszczółkowski : Zespół pana Laska jest zespołem propagandowym, a nie badawczym. Gdyby na poważnie traktować owo wezwanie, należałoby przyjąć, że prace komisji Millera będą reaktywowane. Przekazywanie dowodów zespołowi, który ma charakter propagandowy, w moi przekonaniu, nie znajduje jakiegokolwiek uzasadnienia. Warunkiem, niezbędnym do poważnego podejścia, do jakichkolwiek żądań Macieja Laska, byłoby, żeby żądanie to pochodziło od szefa byłej komisji – ministra Jerzego Millera i żeby było poprzedzone decyzją o wznowieniu przez tą komisję prac. Jeśli chodzi o samą współpracę z członkami z tzw. zespołu Macieja Laska, to słusznie minister Macierewicz odpowiadał na te zarzuty, że członkom zespołu pana Laska, zespół parlamentarny przekazywał wszystkie możliwe i dostępne opracowania. W dniu wczorajszym, także prof. Rońda pokazywał, że takie opracowania znajdują się nawet w bibliotekach uniwersyteckich i bibliotekach politechnik. Z całą pewnością na tych samych zasadach, na jakich eksperci zespołu parlamentarnego sięgają po raport końcowy komisji Millera, tak samo Maciej Lasek, jeśli jest zainteresowany, może sięgnąć po opracowania wytworzone przez ekspertów komisji Macierewicza.(3)
 Wiadomo było że coś się kroi w związku z zapowiadaną konferencją Zespołu Parlamentarnego, na którą zaproszono ekspertów byłego KBWL, a obecnie członków Zespołu Tłumaczącego. Wiadomo było że nie stawią się, ale również oczywistym było że gotowy jest jakiś atak.Już 1 września o. Krzysztof Mądel zapowiadał "duży tekst grupy Laska przeciw bzdurom Macierewicza", bo jak stwierdził "łażenie do prokuratury zajmuje im dużo czasu". Okazało się, że o. Mądel nie tylko jest świetnie poinformowany co do działań "grupy Laska" i wojskowych śledczych, ale prawdopodobnie otrzymał od nich szczegółowe zdjęcia z oględzin wraku tupolewa dokonanych przez prokuratorów i biegłych 11 października 2012 r. (4)
 Właściwie już wiadomo że chodzi o zablokowanie jakiejkolwiek analizy zdjęć skrzydła, nie mówiąc już o możliwej rekonstrukcji TEGO FRAGMENTU ! Dostępne zdjęcia są dowodem że pod hangarem znajdują się części skrzydła umożliwiające taką rekonstrukcję częściową. (…)Rzeczywiste zdjęcia z rekonstrukcji urwanego skrzydła wyglądają inaczej (w załączeniu). Wyraźna różnica na zdjęciach wykorzystywanych przez prof. Biniendę wynika z manipulacji w ułożeniu fragmentów zniszczonego skrzydła i twórczego potraktowania zdjęć (…) - krzyczy  dr Lasek ! Oczywiście ma na myśli te zdjęcia które jego zespół uważa za "lepsze". (5)
Mimo odwołania konferencji, rozpędzona akcja propagandowa ruszyła z kopyta wszystkie stacje telewizyjne wyemitowały materiały atakujące personalnie posła Macierewicza i wszelakie użycie zdjęć i rekonstrukcji.  Nagle ludzie którzy uznali że w raporcie użyją zdjęć Amielina, uznali że na pewno nie są zmanipulowane, NAGLE uznają że nie wolno szukać w zdjęciach dodatkowych informacji. Akcja w internecie była nawet śmieszniejsza niż w telewizji, przygotowane teksty często poddano tylko niewielkiej kosmetyce by uczynić je aktualnymi w obliczu odwołania konferencji. Sytuacja wygląda trochę tak jak na wojnie, gdy uda się sprowokować przeciwnika do ujawnienia pozycji artylerii, zamaskowanych pozycji strzeleckich, linni zaopatrzenia i .....jego prowokatorów ! 

To zdjęcie wywołało buńczuczną zapowiedź skierowania sprawy do prokuratury. Co jest na zdjęciach, dostępnych i tych niedostępnych, jakie informacje można uzyskać z analizy i rekonstrukcji, że zdecydowano się posłać Laska na akcję uprzedzającą ?! 
1  http://niezalezna.pl/46463-zespol-laska-slono-nas-kosztuje-gpc-o-rzadowej-komisji-do-spraw-propagandy
2  http://puli.salon24.pl/537115,kuriozalny-apel-dr-laska-do-zespolu-parlamentarnego
3  http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/przesluchanie-ekspertow-millera-i-laska-jest mozliwe,8662104219
4 http://niezalezna.pl/46970-zdjecia-prokuratury-wojskowej-ze-smolenska-w-rekach-o-madla
 5 http://bozeuchowaj.salon24.pl/539809,zdjecia-ktorych-lasek-nie-opublikowal

autor: cyborg

sobota, 12 października 2013

Efekt dużego kwantyfikatora


Stereotypowe myślenie nie likwiduje żadnych patologii. Wręcz przeciwnie- generuje nowe patologie, które koegzystują z dawnymi i na nich się opierają.

W starej ale nadal aktualnej książce „ Struktura rewolucji naukowych” Thomas Kuhn zauważa, że uprawianie tak zwanej instytucjonalnej nauki ( normal science)  odbywa się wyłącznie w zakresie obowiązującego paradygmatu i polega na wyjaśnianiu w jego duchu pojawiających się anomalii. Gdy liczba tych anomalii staje się zbyt duża może ( może ale nie musi) nastąpić zmiana paradygmatu czyli rewolucja naukowa. Dobrym tego przykładem jest tak zwany przewrót kopernikański. W systemie Ptolemeusza dla wyjaśnienia ruchów planet stosowano wymyślne epicykle, deferenty i ekwanty.  Zmiana układu odniesienia wszystkie je zlikwidowała. Opis stał się prostszy i – w zasadzie- jedynie obowiązujący. Trudno sobie wyobrazić, że jakiś astronom będzie się obecnie upierał przy systemie Ptolemeusza, czyli przy układzie odniesienia związanym z Ziemią.  

Zupełnie to samo zachodzi w życiu społecznym. Ponieważ ludzie myślą stereotypowo potrzebują dla właściwego postrzegania rzeczywistości wykładni czyli określonego paradygmatu.
Obecnie staliśmy się naocznymi  świadkami tworzenia takiego paradygmatu. Po „niefortunnej” wypowiedzi abp Michalika na temat udziału ofiar w przestępstwie, konferencja episkopatu, sam Michalik, GW i wszyscy zgodnym chórem ustalili, że niezależnie od okoliczności dziecko zawsze ma być traktowane jako ofiara. Takie poprawnościowe stereotypy nie tylko kształtują opinię publiczną lecz co gorsza determinują orzeczenia sądów.

Jednym z stereotypów, które stały się swego czasu podstawą orzeczeń sądowych powodujących krzywdę ogromnej ilości osób było stwierdzenie, że każde dziecko musi mieć ojca. Jeżeli nie ma chętnego do podjęcia tej roli - ojca wybiera sąd.
Autentyczna historia.(1)  
Pewien znany mi gospodarz w zaprzyjaźnionej wsi został wskazany jako ojciec nieślubnego dziecka przez „ łaskawą dla mężczyzn” pannę. Ponieważ nie miał z nią nic wspólnego stanowczo zaprzeczał. Było to w czasach gdy nie istniały precyzyjne badania genetyczne. Badanie mogło tylko wykluczyć ojcostwo. W jego przypadku nie wykluczyło. Sąd pomimo jego protestów nakazał mu płacenie alimentów, argumentując,  że każde dziecko musi przecież mieć ojca. Gospodarz spłacił alimenty w drodze ugody. Była to ogromna suma. Cała ta  historia zrujnowała jego życie rodzinne. Sąsiedzi mieli mu za złe, że nie chce utrzymywać kontaktów z -nie swoim przecież- dzieckiem.
Po kilkudziesięciu latach matka dziecka przyznała się, że go  „ wrobiła”, gdyż był dobrym gospodarzem i miał z czego płacić. Prawdziwy ojciec dziecka był biedakiem..
Gospodarz dowiedział się również , że uznanie dziecka ( choć go przecież dobrowolnie nie uznał)  w jego imieniu przez sąd jest nieodwracalne, a jego roszczenia o zwrot alimentów czy o ewentualne odszkodowanie za straty moralne- bezzasadne.   Wszystko dla dobra dziecka.

Według najnowszego stereotypu dziecko ma być zawsze traktowane jako ofiara.  Czy również  takie dziecko , które uprawia seks za pieniądze ? Takie które fałszywie oskarża opiekuna w zemście za zakaz wyjścia na dyskotekę? Albo uczestniczy w porachunkach matki z ojcem obejmujących oskarżenie o molestowanie seksualne?

Autentyczna historia(2)
Pewien chłopiec odwiedza księdza twierdząc, że jest głodny. Naiwny ksiądz daje mu pieniądze. Niestety przy świadku. Chłopiec twierdzi, że otrzymał wynagrodzenie za usługi seksualne. Szantażując księdza żąda następnych pieniędzy. Ksiądz nie ulega szantażowi i nagrywa rozmowę. Chłopiec oskarża go o złamanie tajemnicy spowiedzi. Twierdzi, że szantażował księdza właśnie w ramach spowiedzi. Sąd nie dopuszcza nagrania jako dowodu. Nie interesuje się również faktem, że młody człowiek jest notowany na policji jako męska, a raczej dziecięca prostytutka i że jego ojciec też biorący udział w szantażu jest alfonsem własnego syna. Ksiądz zostaje skazany. Traci również prawo wykonywania zawodu ( jakoś tam się to  fachowo nazywa). Jego życie zostało zrujnowane.
Czy naprawdę dziecko jest tu ofiarą?  Prawdziwą ofiarą jest przecież  ksiądz. Przede wszystkim ofiarą własnej głupoty. Następnym  razem  poszczuje żebraka psem. Ale jest również ofiarą stereotypowego myślenia, które obezwładnia otoczenie i niestety również sąd .
Chłopak jest być może ofiarą - swego ojca, swoich skłonności, systemu, ale na pewno nie księdza. Niekorzystny dla księdza wyrok uczynił krzywdę również i dziecku, utwierdził je w jego  haniebnym procederze.
Przyjęcie perspektywy dziecka  czyli bezwarunkowe traktowanie każdego dziecka jako ofiary może sprowokować dziecko do ohydnych czynów jakimi są fałszywe oskarżenie i szantaż. Może straszliwie skrzywdzić fałszywie oskarżonych przez dziecko. Krzywdzi również dziecko ucząc je, że istotna jest wygrana - a nie prawda.
Stereotypowe myślenie nie likwiduje żadnych patologii. Wręcz przeciwnie- generuje nowe patologie, które koegzystują z dawnymi i na nich się opierają.
Zauważmy, że w każdej tych sytuacji podstawowym  błędem jest użycie tak zwanego dużego kwantyfikatora. Na przykład: „Każde dziecko jest niewinne.” „ Każde dziecko musi mieć ojca”.

Pewna znajoma uzyskała rozwód z winy męża zatajając, że jest w ciąży z kochankiem. Kiedy nieśmiało napomknęłam, że nieładnie tego męża potraktowała powiedziała: „ Sama dobrze wiesz, że każdy chłop to świnia, dlaczego go żałujesz ?”.
 I na tym właśnie polega efekt dużego kwantyfikatora.

autor: Iza

piątek, 11 października 2013

Planowanie człowieka


„Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz”
Człowiek lubi planować. Planuje praktycznie wszystko, dlaczego więc nie miałby planować... człowieka. Niemożliwe, powie ktoś, człowieka nie da się zaplanować, człowiek rodzi się taki, jaki się rodzi i nic nie można na to poradzić. Niby racja, ale inżynieria genetyczna.

Zostawmy na boku nieludzkie eksperymenty doktora Franka Sztajna, załóżmy, że zagrożenie strasznymi karami prawa narodowego i międzynarodowego jest skutecznym zabezpieczeniem przed takimi próbami. Czy teraz możemy ze spokojem stwierdzić, że człowieka nie da się zaplanować? W zasadzie, pod względem genetyki, biologii można śmiało stwierdzić, że [czy tylko na razie?] człowieka nie da się zaplanować.

Mimo, iż człowieka nie da się zaplanować, człowiek usilnie próbuje zaplanować człowieka. Przypuśćmy, że ma się narodzić nowy człowiek. Takie niemowlę, zanim się urodzi, już ma plan, a dokładniej nie ono, tylko ludzie, którzy go przyjmują na świat. Nie jest to może plan szczegółowy, zawiera tylko pozycje obowiązkowe: szkoła podstawowa, szkoła niższa, szkoła wyższa, praca, emerytura, śmierć. Nie ma o co kruszyć kopii, przecież takie są naturalne koleje losu, powie ktoś i będzie miał rację, czemu więc się czepiam i wymyślam problemy. Wszystko jest piękne i słuszne, dopóki nie pojawi się ktoś, o kim z góry wiadomo, że tego planu nie będzie w stanie wykonać, na przykład dziecko, u którego wykryto prawdopodobieństwo choroby Downa. Pozostaje ułożyć dla niego nowy plan albo zabić, zanim przestanie się mieścić w ogólnym, uniwersalnym planie. Zabicie łatwo dostosować do planu podstawowego, ot choćby „przerywając ciążę”, układanie nowego planu wiąże się natomiast z wywróceniem do góry nogami kilku innych planów i nawet jeśli rodzice gotowi są na zmianę planów własnych, to nie tylko ich plany muszą zostać przebudowane, bo koszty opieki nad takimi dziećmi (i dorosłymi) ponosi przecież cały NFZ. Konieczność realizacji uniwersalnego planu wymaga więc, iżby wywierać taką presję na rodziców i lekarzy, aby za obywatelski obowiązek poczytywali sobie niedopuszczenie do jakichkolwiek zakłóceń planu.

Planowanie człowieka nie kończy się jednak w momencie narodzin. Zdarzają się przypadki, inne zostawiam na boku, kiedy rodzice planują swoje dziecko bardziej szczegółowo. Planują przedszkole, szkołę i uniwersytet, być może nawet zapisują je na tenże uniwersytet zanim dziecko się narodzi. Dziecko ma więc gotowy plan i wystarczy, że będzie go realizować, i jeśli nie jest szczęśliwe, to rodzice mają satysfakcję z dobrze zaplanowanego dziecka, a że coś nie wyszło, to już wina tego wstrętnego bachora, który tak wspaniałego planu nie potrafił wykonać. Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku, ale owi wymyśleni przeze mnie, hipotetyczni rodzice najpierw zaplanowali człowieka, nic nie wiedząc o jego zdolnościach, a następnie próbowali tego człowieka dopasować do przyjętego z góry planu.

Inni hipotetyczni, wymyśleni przeze mnie rodzice nie mają żadnego planu na swoje dziecko i tu z pomocą przychodzi państwo, które ma w ministerstwach gotowe plany. Wystarczy posłać pociechę do szkoły, a minister edukacji już go do ministerialnego planu dopasuje. Jest to, podobnie jak poprzednio, zaplanowany bez znajomości konkretnego człowieka wzorzec, zgodnie z planem ministra, nadal bez rozeznania co do zdolności konkretnego człowieka. Przecież łatwiej każdego człowieka pasować do jednego planu, niż układać plan dla każdego człowieka indywidualnie, nawet nasza rozrośnięta biurokracja nie dałaby sobie z tym rady. Wprowadza się jedynie korekty w zależności od planowanej ścieżki rozwoju. Jeśli państwo stawia na przemysł chemiczny, wówczas uczniowie mają więcej godzin chemii, a jeśli ktoś nie ma zdolności w tym kierunku, czyli nie pasuje do planu, wówczas sam jest sobie winien, bo wszystkie zaplanowane dla wioślarzy miejsca na galerze są już zajęte. Być może, próbując sprostać wymaganiom planu, zacznie zajmować się chemią, a ponieważ nie ma zdolności, ginąc w wybuchu w laboratorium uratuje plan, bo śmierć, jak już wspomniałem, łatwo do planu dopasować, natomiast „bezrobotny wioślarz” to tylko obciążenie dla planu budżetowego.

Właściwie, to czas już kończyć, ale poprzedni akapit zmusza mnie do zajęcia się jeszcze jednym planem. Poruszając kwestię planowania przez państwo, nie mogę nie odnieść się do liberalizmu i wolnego rynku, który jest niejako w opozycji do socjalizmu, etatyzmu, czy jakkolwiek to nazwać. Nie wnikając w szczegóły różnic między tymi systemami, chcę tylko zaznaczyć, że wolny rynek też jest pewnym planem, jest zaplanowanym z góry zbiorem prawideł, do których człowiek ma się dostosować, aby osiągnąć dobrobyt. Najpierw jest plan dobrobytu, czyli obfitość dóbr i plan jest w tej kwestii identyczny z planem socjalistycznym. Potem plan wolnej konkurencji, a dopiero na końcu plan konkurującego o ograniczoną ilość dóbr człowieka, czyli to człowiek ma się dopasować do planu dobrobytu.
Socjalizm jest dostosowywaniem człowieka do odgórnego planu. Ktoś może się łudzić, że liberalizm jest dostosowywaniem planu do konkretnego człowieka, ale, jak to pokazałem na przykładzie choroby zwanej zespołem Downa, czasem dostosowanie planu do konkretnego człowieka wymaga korekty kilku innych planów, a w nadrzędnym, wspólnym dla liberalizmu i socjalizmu, planie zwiększania ilości przedmiotów opieka nad takim człowiekiem generuje tylko koszty, czyli opóźnia osiągnięcie powszechnej szczęśliwości.
„Nasze plany i nadzieje coś niweczy raz po raz”

autor: Ywzan Zeb

Esprit d'escalier

Przed ciszą wyborczą.



Sędzia do przesłuchiwanego świadka: „ Proszę odpowiadać krotko- tak albo nie”
 „ Nie na każde pytanie da się tak odpowiedzieć, proszę Wysokiego Sądu” –tłumaczy  przesłuchiwany.
„ Na przykład?”- sędzia
„A jak Wysoki Sąd odpowie gdy zapytam czy Wysoki Sąd już przestał brać łapówki?”- na to świadek

Piszę o tym dziś naruszając niepisaną zasadę, że męczę czytelników co najwyżej jednym tekstem dziennie tylko dlatego, że od godziny 24 obowiązuje cisza wyborcza. Trochę za późno przyszło mi do głowy, że w pytaniach może zawarta być jakaś pułapka.
 Jeżeli ktoś zna pytania - niech się z nami podzieli, jeżeli nie  - pozostaje apelować o rozwagę i uważne przeanalizowanie tych pytań.

autor: Iza


DYLETANCI


Określenie DYLETANT w powszechnym obiegu ma znaczenie pejoratywne. Ty dyletancie - znaczy tyle, że coś wiesz, ale po łebkach. Nic bardziej mylnego. Dyletant pochodzi do dilettante, a to z kolei od dilettare, lubować się. Dyletant to miłośnik, amator.


Cóż więc jest takiego dziwnego w dyletancie, że odróżnia go od przeciętnego człowieka, który też zapewne „lubuje się” w czymś.
Chociażby w kuflu piwa i paczce chipsów przed telewizorem.
Tym czymś jest ciekawość. Generalnie ciekawość świata i poszukiwanie samemu odpowiedzi na pytania, które ten świat niesie. On nie siedzi tylko przed telewizorem i chłonie jak gąbka to, co mu się podsuwa, chociażby to był kanał National Geografic, na temat życia goryli w niedostępnych lasach.
Dyletant woli sam zobaczyć obiekty swoich zainteresowań i dowiedzieć się czegoś więcej. I dyletant nie przyjmuje wiedzy „z góry”, ex catedra, on lubi sam dojść do własnych wniosków i sam czegoś doświadczać.

Dyletant ma dużo wspólnego z „człowiekiem renesansu”. Gdy po ciemnych latach średniowiecza w XV i XVI wieku wybuchło Odrodzenie, albo właśnie Renesans, w momencie, powiedzmy, upadku Konstantynopola, Europa nagle stworzyła coś nowego w historii ludzkości, stworzyła humanizm. Wybuchły sztuki i nauki. Dokonał się niebywały skok.
Leonardo da Vinci jest chyba najwybitniejszym przykładem człowieka renesansu. Zajmował się wszystkim, co go zaciekawiło. I był wybitnym we wszystkim, czego się dotknął. Ta jego pasja i różnorodność zainteresowań stała się wzorem dla późniejszych dyletantów.

Krótki rys historyczny Klubu Dyletantów

Klub Dyletantów formalnie został ustanowiony w 1732 roku w Londynie jako The Society of Dilettanti dla młodych (i bogatych) ludzi z wyższych sfer, którzy odbyli tzw. Grand Tour.A cóż to takiego? To była obowiązkowa w tamtych strefach pielgrzymka, lecz nie religijna, nie do miejsc świętych, ale do miejsc, które się zaznaczyły w kulturze. Głównie taka długa peregrynacja obejmowała Rzym, Wenecję, Florencję. Również Grecja, jako kolebka kultury często wchodziła w zakres takiej podróży.
Jak zauważamy, w późniejszym okresie również polscy romantycy, Mickiewicz, Słowacki, Krasiński kontynuowali tradycję Grand Tour.

Na początku na czele The Society of Dilettanti stanęli Lord Middlesex i Sir Francis Dashwood. Do londyńskiego klubu przystąpiło wielu diuków, lordów, a później również wielu czołowych artystów i pisarzy. Kogo to interesuje to sobie interesujące nazwiska znajdzie.

Klub liczył 60 członków, ni mniej, ni więcej. Był ściśle powiązany z Brook’s,najbardziej ekskluzywnym gentlemen’s clubs, który stoi do dzisiaj na St. James’s Street w Londynie. Niestety nie jestem członkiem (ale też się nie starałem, może szkoda…)
Bardzo szybko Klub stał się wyrocznią Londynu i całej Anglii w sprawach kultury, sztuki, mody i nauki.
Jakie warunki trzeba było spełnić, by zostać członkiem Klubu? Formalnie tylko dwa: odbyć podróż do Italii i starać się, w czasie tej podróży nigdy nie trzeźwieć. Oczywiście, dzisiejsi sceptycy i w swoim przekonaniu demokraci, zepsuci przez klasowe bzdury komunizmu, natychmiast podniosą larum – kogo wówczas było na to stać. Fakt, tylko brytyjskich i innych europejskich krwiopijców. Ale takie właśnie czasy wówczas były i nic tutaj nie zmienimy. Kto ma winę za to, że urodził się w domu lorda, czy innego diuka. Mógł on przecież całe życie uganiać się na koniach za biednymi lisami, poklepywać po pupach panny służące i obżerać się kiepskim brytyjskim jedzeniem. Jednakże, on wybierał wiedzę, naukę i sztukę. Był ciekaw i chciał podróżować. To nie było aż takie proste jak dzisiaj. Więc, żeby zostać dyletantem trzeba było mieć tą chciwość poznania, pragnienie zobaczenia i dotknięcia i tą wszechogarniającą ciekawość.
W nagrodę za te cnoty członkowie Klubu gremialnie się przyczynili do ponownego rozkwitu nauki i sztuki, a jako produkt uboczny zostali, jak to się dzisiaj modnie nazywa – londyńskimi trendmakerami.
Zostali elitą swoich czasów.

Czy nie pora wskrzesić szczytne idee Klubu Dyletantów? Zaraz prześmiewcy i malkontenci zakrzykną – o, samozwańczych elit im się zachciewa! Nie ma większej bzdury. Chodzi o pasje, ciekawość i poznanie.
Jak przeglądam artykuły na Nowym Ekranie, to widać, że oprócz typowej bieżączki, wielu jest pasjonatów różnych dziedzin: dobrego jedzenia i picia, koni, wędrówek po górach, mazurskich jezior, naszych lasów, polskich dworków, szlacheckiej tradycji, morskich podróży, wielkiego kosmosu i małego atomu, religii, naszej katolickiej, jak też innych,różnorodnych . I wielu wielu różnych tematów.

Szczegóły tego, czym taki Klub miałby być rodzą się w bólu i cierpieniu, w postaci Manifestu.
Zwrócimy się także do Redakcji nE, by udostępniła nam jakiś kącik, gdzieś z boku, byśmy mogli sobie swobodnie dyskutować o naszych duperelach.
Jak to ma wyglądać – nie wiem. Są przecież tutaj spece od takich spraw.

Pozdrawiam Dyletantów, których zalążek już jest
i
Do usłyszenia


PS. Proszę, kto czuje się potencjalnym Dyletantem i chce się rozwijać niech się zgłasza
       Przypominam, liczba miejsc ograniczona !

Foto własne - uroczy hotel w XIV zamku ***** , 50 km od Sieny (przyszłe miejsce spotkań dyletantów)

Po co Dyletanci? Wstęp

Począwszy od Nowego Ekranu, dwa lata temu chcemy stworzyć swobodny ruch, nazwany od angielskiego pierwowzoru ruchem dyletantów. Co to jest? Oto wstęp do manifestu.


Żyjemy w strasznych i jednocześnie ciekawych czasach.

Nie tak jeszcze dawno przez świat przetoczyły się wielkie i przerażające wojny.

Wojny i zagłady, jakich historia ludzkości nie znała. Najstarsi z pośród nas przeżyli to na własnej skórze.

W tym samym czasie chore i zatrute umysły wymyśliły dwie najstraszliwsze ideologie - komunizm i faszyzm. To one doprowadziły do wojen i śmierci milionów ludzi.

Świat jeszcze się po tym wszystkim nie otrząsnął.

Różni pogrobowcy tych zabójczych ideologii, dla niepoznaki zmieniwszy maski na tak zwanych lewicowców, zielonych, neoliberałów starają się kontynuować swoją destrukcyjną robotę.



Pod fałszywymi i zakłamanymi hasłami starają się zniszczyć kulturę europejską, z jej wielowiekową tradycją, jej wartościami i zasadami.

Ba, ostatnio nawet zabrali się za niszczenie europejskiego systemu państwowego, realizując w ten sposób przeklęte idee Róży Luksemburg, Hitlera, Lenina i Stalina.



Zaczyna się likwidować humanizm.



Aktualne dla współczesnych, często samozwańczych przywódców są tylko dwa starorzymskie hasła: divide et impera – dziel i rządź, oraz panem et circenses - chleba i igrzysk.

A większość ludzi ma być sprowadzona do roli motłochu.



Jednocześnie ostatnimi laty dokonał się niezależnie, choć również przy pomocy tych zbrodniczych wojen, niebywały postęp nauki i techniki.

Spowodowało to, że drastycznie zmienił się styl życia ludzi prawie na całym świecie. Lecz wszystkie te wynalazki jeszcze bardziej odhumanizowują.

Panuje przewaga techniki nad biologią i rozumem.



Współczesnym światem rządzi telewizor, telefon komórkowy i Internet.



Mam nadzieję, że właśnie ten ostatni pozwoli powrócić nam do szczytnych idei humanistycznych epoki Renesansu.

Potrzeba jak najwięcej ludzi o otwartych umysłach i szerokich horyzontach. A tak codziennie, ludzi, z którymi można interesująco pogadać na każdy temat.



Jest to zadanie dosyć trudne, gdyż potrzebna jest porządna edukacja. A psucie edukacji zaczyna się już w przedszkolach i rodzinach. A dalej jest tylko gorzej. Systemy edukacyjne na poziomach szkół podstawowych, średnich i wyższych, kiedyś w miarę spójne i logiczne, po kolei padały ofiarą zwariowanych eksperymentów tzw. reformatorów. Rezultat mamy przygnębiający: młode pokolenia są źle wyedukowane, nie mają potrzeby wiedzy i ich wyobraźnia jest w stanie uwiądu.

Do czego ta destrukcja może doprowadzić? Będziemy mieli coraz większe masy słabo myślących ludzi, którym wystarczy zapewnić podstawowe warunki bytu, aby byli zadowoleni. Ludzi bez głębszych myśli. Bombardowani telewizją i nowymi gadżetami będą się koncentrować na swej mało wymagającej pracy, taniej rozrywce i pełnym brzuchu. Nic więcej nie będzie im potrzebne.

Sterowanie tym systemem i taką społecznością przejmą dwie kasty: kasta przywódców i kasta technokratów. Przywódcy będą pracować nad tym by nowy system doskonalić i utrwalać. Technokraci natomiast zapewniać będą środki techniczne do utrzymywania systemu w ruchu, produkując dostateczną ilość żywności oraz tak potrzebnych społeczeństwu gadżetów, zaspakajających ich naturalne i wymyślone przez przywódców dążenia.



Jeżeli się z taką perspektywą się nie godzimy, to należy natychmiast podjąć odpowiednie kroki. Najważniejszym celem jest niedopuszczenie do zasklepienia się ludzi w roli bezwolnego motłochu. Trzeba budzić ich świadomość i zdolności samodzielnego myślenia. Trzeba pokazywać, że poza porcją codziennej papki dostarczanej przez media jest inny ciekawy świat pełen wyzwań, pytań i odpowiedzi. Sukcesem będzie, jeżeli ludzie zaczną sobie zadawać pytania. I nie o to gdzie i za ile można coś kupić, ale po co się właściwie żyje i czy to życie jest takie, jak być powinno.



Ktoś słusznie zauważył, że w dniu dzisiejszym władze sprawują banksterzy i gangsterzy. Dla nich właśnie produkuje się zegarki po 50 tyś dolarów, samochody po milion euro, jachty po 20 milionów i prywatne odrzutowce po 40 milionów. Podczas gdy członek społeczeństwa zakwalifikowany do motłochu zarabia 2 tysiące zł, marząc by tą sumę podwoić, bo 4 tysiące zapewnią mu względny dobrobyt, nasz krajowy bankster pan Krzysztof Bielecki zadawala się pensją 500 tyś zł. Przedstawiciel narodu w Europie, pan Buzek otrzymuje niestety tylko 100 tyś zł. No, ale Polska jest biednym krajem.

Widać od razu, że przepaść jest ogromna, co najmniej ponad stukrotna, jeżeli chodzi o zarobki. I stale się powiększa.

Dodatkowo banksterzy i gangsterzy zabezpieczyli się systemowo w ten sposób, co widać choćby w obecnym europejskim kryzysie, że gdy coś spieprzą, to za to będzie płacił motłoch. Oni kary za swe błędy nie poniosą.





Dyletanci w założeniu są ludźmi, którzy patrzą i widzą. Mają swoje zdanie, własnym umysłem ukształtowane, a nie z wiodących gazet i telewizji. To nie jest takie skomplikowane być dyletantem – trzeba przede wszystkim umieć myśleć samodzielnie, zdobywać wiedzę i kiedy tylko się da, ją rozprzestrzeniać.

I wyciągać jak najwięcej ludzi, by nie byli skazani na bycie motłochem.


CDN.