sobota, 3 października 2015

Karczycho, czyli życie codzienne psiapsiółek



Stał za śmietnikiem, palił papierosa i dłubał w nosie. Oczywiście nikogo jeszcze nie było. Jedenasta dla ziomali to wczesny poranek. Wczoraj urzędowali do trzeciej nad ranem, gdy pojawił się Gzyms z nową wypasioną bryką. SR oczywiście i czterysta koni. Kręcili kółka i ryczeli na niskich biegach, aż ktoś zadzwonił po psy i musieli zmienić lokal.
Lecz on specjalnie nie szalał, bo nawet nie miał prawa jazdy. Tyle kumpli w koło z transportem, to po co mu kłopot. I swobodnie zawsze może browca przyjąć i zajarać bez problemu. Nie, żeby ci za kierownicą nie przyjmowali. Ale się musieli pilnować, a on pilnować siebie nie lubił.

Wyjął swoją dumę, ajfona tego największego i oczywiście bielutkiego bez jednej rysy i sprawdził esemesy. Oczywiście – matka, matka, matka. Bywało często, że potrafiła dziennie wysłać mu nawet trzydzieści esemesów. Nawet teraz, gdy została psiapsiółką.

A zaczął ją nazywać matka (i nazywał do dzisiaj), gdy miał sześć lat, a mamusia ciągle wplatała mu wstążki we włosy, które były wówczas długie i jedwabiste, szczotkowane codziennie przez dobry kwadrans. To chyba dlatego golił się teraz na łysą pałę. W zemście za te loki z kokardkami.

No więc z matką się zaczęło dawno, jak usłyszał od starszych słynny dowcip – "matka jest tylko jedna", a którego wówczas całkiem nie rozumiał, ale wszyscy rżeli i rechotali, więc słowo przyswoił i zagospodarował.

Otworzył ostatniego smsa od nadawcy – matka. O kulka... zupełnie zapomniał, Ma się umyć i ubrać porządnie, bo występuje w spocie szefowej. Samochód podjedzie po niego o czternastej.
Wywalczył w końcu, żeby te samochody z borowcami nie podjeżdżały pod klatkę, bo psuje mu to reputację w okolicy. Ziomale wprawdzie wiedzieli, że matka jest psipsiółką, ale z powodu jego wybuchowości woleli na ten temat milczeć w jego towarzystwie. Lecz pewnie za jego plecami naśmiewali się okrutnie. Chuki jedne...

Szybko przeleciał pozostałe wiadomości. To co zwykle. Śniadanie w mikrofali, włączyć na 60 sekund; wyszorować paznokcie i umyć się pod pachami. Bla, bla, bla. Codzienny zestaw instrukcji, jakby ciągle miał sześć lat. A on już jarał, ćpał, pociągał i panienki też nie były dla niego obce. No, ale fakt – matka była najważniejsza.

Karczycho nie mieszał się do polityki. Czasami tylko na prośbę matki wykonywał drobne usługi. Oczywiście był za partią rządzącą, zresztą jak wszyscy ziomale. Bo gdzie im będzie lepiej? Mamuśki i tatuśki dobrze poustawiane, więc hajc ciągle jest. Matka przynosi fajki zarekwirowane z przemytu, więc nie trzeba wydawać kolosalnych sum na palenie. I towar też jest oczywiście. Kolki ze śmiechu wszyscy dostali, jak koledzy matki przeprowadzili pozorowaną akcję walki z dopalaczami. Dopalacze to są dla gimbazy z Grójca. Oni mają prawdziwy towar. I to pełen asortyment. Luz bluz, jak mówi Gzyms...

Czasami jednak ma nocne koszmary. To przez te gadanie matki. Zauważył, że ona wówczas się autentycznie boi, zaczynają jej drżeć ręce i nogi, aż musi usiąść. Wtedy on, ukochany synek, dopadłby tych, co mu matkę denerwują i sponiewierał porządnie. Jednakże w nocy, gdy spał nerwowo, tuląc krokodyla, ulubioną przytulankę, dopadały go koszmary. Uciekał przez nieznaną kamienną dżunglę; nogi były jak z gumy i nie chciały go słuchać. A za nim podążał nieprzerwanie ten groźny nienawistny karzeł, jak Quasimodo, którego pamiętał z dzieciństwa, gdy po obejrzeniu horroru sikał prze tydzień do łóżka. Karzeł trzymał na ramieniu kota o twarzy człowieka ze stalowym spojrzeniem kata Dzierżyńskiego, a drugą ręką dzwonił dzwoneczkiem i wołał: - Karczycho, chodź do mnie. Będziesz miał lepiej niż u mamy.
Sami widzicie jakie to straszne i Karczycho po takim koszmarze cały dzień chodził napięty, oglądał się za siebie i podskakiwał na każdy brzdęk.

....

Odrzucił kipa. Nikt nie przyszedł do klubu i pewnie nie przyjdzie. Pora do domu, by spokojnie zdążyć do roboty. Tak rozumiał te występy i akcje, bo płacili mu za to żywą gotowizną.

....

Czarny audik z dwoma bysiami zawiózł go na miejsce akcji. Zabrał z domu wszystko, co matka mu poleciła. Białej koszulki z napisem: "DAMY WAM SZCZĘŚCIE" jeszcze nie założył, bo gdyby ktoś ze znajomków go zobaczył, to miałby przerąbane do końca życia. Założy się ją na miejscu. Zresztą wszyscy tak robili, bo poruszanie się w takich koszulkach po mieście mogło być ekstremalnie niebezpieczne. To już nie te czasy, jak za darmowe browce na Krakowskim, można było sobie spokojnie robić jaja, jak u Jurka na Łudstoku.

Na planie już rządził i porykiwał ten drągal o nieogolonej twarzy badnyty z historii "Ali Baba i 40 rozbójników". Karczycho go nienawidził, ale tez bał się jego. Bo w stosunku do niego typ zachowywał się jak przywódca konkurencyjnego gangu, który ich właśnie rozbił i sponiewierał. A ponieważ był ścisłym przydupasem szefowej, to nikt się nie odważał mu podskoczyć.
Wzrokiem pełnym pogardy i wściekłości, jakby Karczycho właśnie nasikał mu na buty, przebiegł go wzrokiem i wskazał mu miejsce.
- Masz patrzeć na mnie i wyglądać, że jesteś bardzo szczęśliwy. I uważać. Jak podniosę głowę, to ma być aplauz. Wiesz, co to jest aplauz? A jak uniosę rękę, to plakaty w górę. Zrozumiałeś? Powtórz!

Już tyle razy było tak samo, że Karczycho już nawet nie miał ochoty się wściec. Poza tym dobrze płacą, a jak wszystko pójdzie dobrze, to może jeszcze spodziewać się premii od matki.

Hieny już poustawiały swój sprzęt. Kamerzyści sprawdzali obraz, a wychudzone pindy z mikrofonami przebierały nogami, jak by się im siku chciało.
Wszyscy tutaj nazywali ich hienami. To zawsze ta sama grupa. Byli na telefon, zawsze niezawodni. Pytania też oczywiście były dla nich przygotowane, by z czymś głupim nie wyskoczyli.

Karczycho stał już w grupie podobnych jemu kolesi i lasek. Wszystko znana banda. Ściskał w dłoniach ten kawałek tektury, który mu matka przygotowała w domu. Właśnie go rozpakował. Strasznie chciało mu się zajarać, ale wiedział, że ten Alibaba by go chyba zabił. Wypadało tylko stać i czekać nieruchomo, tu własnie z tyłu za mikrofonem, do którego szefowa będzie paplać swoje kawałki.

W końcu przyjechali. Policzył. W siedem wozów przywieźli jedną babę...

Zaczęło się...
- Proszę państwa, jak wszyscy wiedzą nasi przeciwnicy to najgorsza swołocz ze średniowiecza,a Quasimodo (powiedziała Quasimodo? – pomyślał Karczycho zatopiony w operacji robienia min, by trudno go było rozpoznać) to najstraszniejszy potwór na ziemi.

I tak dalej... Jak zwykle.

W końcu szefowa doszła do akapitu, gdzie Prosiak jej napisał, jacy to jesteśmy wspaniali.
Goryl głowa do góry – pokazujemy szczery entuzjazm.
Szefowa dostała rumieńców, usta wykrzywiły się w bolesnym grymasie symbolizującym triumf i zaczęła piszczeć.
Goryl uniósł rękę.
Więc my tez nasze tektury do góry.

Upłynęło parę sekund, szefowa wzbijała się na orgazmiczną ekstazę, ale kamery nagle zaczęły wykonywać ruchy, jakby chciały umknąć na łąkę.
Jakieś zamieszanie wisiało w powietrzu.
Karczycho rozejrzał się i poczuł na sobie wzrok głównego machera Alibaby. Wyglądał strasznie. Twarz była ciemno-purpurowa; nabrzmiałe węzły żył wystąpiły na ogolonej czaszce i na szyi. A wzrok... tu Karczycho na serio się zaniepokoił, wzrok był taki, jak by goryl miał za chwilę rozszarpać.
No co?
Sprawdził rozporek – miał zapięty. Pachy umyte... co jest?

W przypływie paniki i geniuszu jednocześnie opuścił tablicę, odwrócił ją i przeczytał: Z DUDĄ SIĘ UDA !
Co jest?! Teraz już czuł się poważnie nieswojo widząc zbliżające się tornado. Ki ch... wodę mąci? Co się stało i jak to się stało?

Alibaba wykazywał już oznaki zbliżającego się wylewu. Przemówienie leciało na żywo, o czym nawet informowały widzów znaczki w lewym górnym rogu telewizora. Wszystkie dwadzieścia stacji telewizyjnych i radiowych transmitowało to ważne wydarzenie. A tu taka dywersja! I to kto. Wielokrotnie sprawdzony matołek, syn psipsiółki. Drogo za to zapłacą rozmyślał w stanie agonalnym troglodyta. I puścił wodze wyobraźni. Najgorsza to blogosfera, te nienawistne dranie zaorają nas śmiechem. I te parę wrogich stacji będzie bez przerwy, przez tydzień się wyśmiewać. Nagle zesztywniał – Jezu! – to pójdzie w świat! Może sobie wyobrazić, co powie Berlin i Bruksela. Koszmar!

Karczycho zesztywniał i popadł w stupor. Myśli mu się zapętliły i wciąż powtarzały: jak to się stało, jak to się stało... Nagle pstryk. Stop. Jeszcze gorsza myśl go opanowała – co teraz będzie?! Jezusmaryjajózef (to miał po babci starowince moherowej)! Pewnie odbiorą im wszystkie przywileje, ześlą do jakiejś Pipidówy, matka zostanie kasjerką w Biedronce, a ja....... BĘDĘ MUSIAŁ PÓJŚĆ DO PRACY !!! A ziomale? Gzyms? To już pewnie historia.

Przyjazne jak zwykle media, zagapiły się w szoku i przez pełna minutę transmitowały zamieszanie. Aż w ich wszystkich słuchawkach rozległ się potworny ryk samego prezesa: - STOP! Przerwać natychmiast transmisję!
Potem czyściciele przez cały dzień usuwali z portali i jutubów te kompromitujące fragmenty. Lecz, jak wiemy, w internecie nic nie ginie.

Szefowa oczywiście nic nie zauważyła, a zamieszanie przyjęła jako oznaki szczerego entuzjazmu i jeszcze bardziej niż zwykle się podrajcowała. Taaa, dzisiaj naprawdę dobrze jej idzie.

Karetka reanimacyjna zabrała alibabskiego rozbójnika na sygnale na OJOM.
Karczycho musiał na piechotę i korzystając z komunikacji miejskiej wracać na osiedle. Plakat i koszulkę natychmiast wyrzucił do śmietnika, aby nie oberwać baniek od wściekłych faszystów.

Czuł, że stało się coś strasznego, lecz nie pojmował w pełni ogromu tragedii, jaka była przed nim.


.

wtorek, 29 września 2015

Cel -> Duda: – Pal!

 

No i zaczęło się...
Jak tylko zjednoczone umysły Kremla i Berlina poczują swąd, oznaczający, że w Polsce idzie ku lepszemu; że przypadkiem, nie daj Boże, Paljaczki/Polacken zechcą wybijać się na niezależność, to natychmiast przystępują do akcji, żeby im te głupie pomysły wybić z głowy.
Oraz oczywiście po to, by cały świat widział, że ta cała Polska, to taki lekko cuchnący grajdołek, awanturnicy i wichrzyciele, antysemici i ksenofobi.
Trzeba więc zacząć Polskę dołować na międzynarodowej arenie.


Ambasador Rosji Siergiej Andriejew, to nie żaden młokos, chlapiący językiem, jak nie przymierzając ex-prezydent Komorowski. To wytrawny polityk i dyplomata i jak się wypowiada w telewizyjnym wywiadzie, nie wiadomo ile wódki by wypił, to każde słowo ma dokładnie przemyślane. A cała wypowiedź ma konkretny cel.
Więc jakiż to cel miały bezczelnie zakłamane słowa o czynnej roli Polski w wywołaniu II Wojny Światowej, jak również, że 17 września 1939 Armia Czerwona nie napadła na Polskę, tylko ją wyzwoliła.[1]
Andriejew dobrze wiedział, że jego słowa odbiją się szerokim echem nie tylko w Polsce. I o to mu właśnie chodziło.
W świecie, gdzie już naziści i Niemcy to już dwa różne byty, a Rosja zawsze tylko broni pokoju i jest masa ludzi, którzy w to wierzą, trzeba znaleźć potwora, który w Europie bez przerwy knuje, wprowadza bałagan i prowokuje do agresji.
To właśnie Polska, która według ruskiego ambasadora, wraz z Hitlerem rozpętała tragiczną wojnę światową.

Wysublimowani wąchacze z której strony wiatr wieje; i w Moskwie i w Berlinie, wyczuli, że wybrany w czerwcu polski prezydent Andrzej Duda, niestety nie zostanie spolegliwą marionetką, jak jego poprzednik. Wprost przeciwnie, to nowy przywódca, który autentycznie zamierza dokonać zasadniczych zmian. Nie można do tego dopuścić. Już jeden Orban stwarza dosyć kłopotów, więc gdyby jeszcze Polska dołączyła do tego, to byłoby bardzo źle.
Także ci sami przenikliwi analitycy stwierdzili, że polskie październikowe wybory są już w zasadzie przesądzone i ponownie wypłynie na wierzch, o zgrozo, ta paskudna partia obrzydliwego kartofla Kaczyńskiego.
To najgorszy z możliwych scenariuszy dla Niemiec i Rosji. Trzeba więc, jak najszybciej rozpętać wielką międzynarodową, antypolską histerię. Polska siedziała osiem lat cicho, jadła z ręki, merdała ogonem, a tu wkrótce może mieć roszczenia! Zacznie mówić – NIE! Może nawet dobrotliwą rękę ugryźć...

Trzeba na arenie międzynarodowej stworzyć jak najgorszy obraz Polski, jej władz i jej narodu.

Mówi więc ambasador Rosji w Polsce:

"Polityka Polski doprowadziła do tej katastrofy we wrześniu 1939 roku, bo w ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoja politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim. Częściowo Polska była więc odpowiedzialna za tę katastrofę, do której doszło we wrześniu..." [1]

Tym zdaniem zrobił z Polski, z ofiary agresji paktu Ribbentrop – Mołotow, o czym na zachodzie nie uczą, współsprawcę masakry wojennej, o czym na zachodzie właśnie się dowiedzą z telewizji i gazet.

Niemcy też już wtórują ruskiemu ambasadorowi.
Opiniotwórcza gazeta Die Welt udostępniła swoje łamy paskudnemu polakożercy, Janowi Grossowi, gdzie on napisał:

"To ohydne oblicze Polaków pochodzi jeszcze z czasów nazistowskich. Dla mordowanych Żydów też nie mieli współczucia..."

I dalej:

"Polacy byli nie bez racji dumni z oporu, jaki stawiali nazistowskim okupantom, ale faktycznie podczas wojny zabili więcej Żydów niż Niemców..." [2]

Oto właśnie my, Polacy, jak nas przedstawiają na świecie Andriejew i Gross: - współwinni wybuchowi II WŚ, mordercy Żydów, ciemni prymitywni ksenofobowie.
Moskwa i Berlin, przewidując możliwe dramatyczne zmiany w Polsce, wybijanie się na suwerenność, a na dodatek na przywództwo możliwego Międzymorza (Lepiej – ABC, czyli Adriatyk, Bałtyk, M. Czarne), zaczynają tworzyć spójny, czarny obraz naszego kraju.
To dopiero początek tych działań, ale pewien jestem, że będą się one nasilać.

Nie dość tego, że sąsiedzi i przez tysiąclecie odwieczni wrogowie znowu są wobec Polski napastliwi, to chwilowo jeszcze będąca u władzy koalicja nie przepuści żadnego momentu, by nie atakować prezydenta Dudę i swoich politycznych przeciwników – PIS z Jarosławem Kaczyńskim.
Dokładnie powielają wytarte schematy z akcji podkopywania śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego przez Donalda Tuska.
Przywódczyni Platformy, Kopacz, czyni to jeszcze bardziej wulgarnie i prostacko. Określenie, "jak baba z magla" byłoby obrazą dla tych maglujących kobiet. Kopacz, nie mam najmniejszych wątpliwości na czyje polecenie, a wiemy także, że pierwszy telefon zaczyna się w Berlinie, posiada nieprzebrane zasoby chamstwa, jadu i obelżywości. Widocznie taka rola jej naturalnie pasuje.

W taki to oto sposób, do budowania antypolskiej histerii przez duet Moskwa – Berlin, dołącza się niby polska, niby postępowa Platforma Obywatelska. Smutna nasza historia pokazuje, że zawsze mieliśmy zdrajców na swoim łonie.
Już pokonani, lecz kąsać będą do końca.

Prezydent i przyszły rząd muszą się z tym liczyć, że przez pewien czas będą funkcjonować we wrogim otoczeniu. Ich sile i niezłomności, miejmy nadzieję, będziemy zawdzięczać, że wreszcie wybijemy się, po raz pierwszy od 70 lat na prawdziwą suwerenność.



[1]   http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/ambasador-rosji-w-polsce-w-rozmowie-z-reporterka-czarno-na-bialym,580483.html

[2]   http://wpolityce.pl/polityka/265269-skandaliczny-tekst-grossa-w-die-welt-to-ohydne-oblicze-polakow-pochodzi-jeszcze-z-czasow-nazistowskich-dla-mordowanych-zydow-tez-nie-mieli-wspolczucia

.

sobota, 26 września 2015

Dlaczego nie zrobiłem kariery

 
No właśnie... dlaczego nie zrobiłem kariery? Może po prostu jestem na to za głupi? Tak, to chyba to... Właściwie mógłbym tu już zakończyć i poddać się wrodzonej gnuśności. Tylko... taka Ewka, czy taki Adaś, by trzymać się wyłącznie imion biblijnych przodków, wcale nie są ode mnie mądrzejsi. Ewka to już zupełna katastrofa. A patrzcie gdzie ona jest. Już do końca życia będą mówić do niej – pani premier.

Na te filozoficzno – psychologiczne rozważania naprowadziła mnie wiadomość, że niejaki Kazimierz Marcinkiewicz, żałosny premier w rządzie PiSu, któremu potem palma okrutna odbiła; na początku skromny nauczyciel z miasteczka na prowincji, z solidną rodziną, bogobojny i z zasadami, nagle zaczyna hulać, zmieniać kochanki i patrzcie wszyscy uważnie – w tym swoim chocholim tańcu dorobił się majątku o wartości 20 milionów. Jest kariera? A jakże! Robi za autoryteta, stać go na Ferrari, ma sposób na dziewczyny, choć pała już kompletnie łysa, lecz forsy pod dostatkiem.
Czyli rzeczony Kaziu osiągnął swój poziom szczęścia, które najprawdopodobniej w swoim mniemaniu nazywa karierą.
Choć w moich oczach to wyjątkowo śliski i ohydny typ.


Zastanówmy się na chwilę, czym tak właściwie jest szeroko pojmowana kariera.
Chyba wszyscy się zgodzimy, że to tylko i wyłącznie w powszechnym pojmowaniu: pieniądze, władza i sława - popularność. W tej kolejności i tylko tyle. Im więcej każdego elementu, tym kariera większa. Oczywiście proporcje między tymi trzema elementami mogą się zmieniać, a wtedy Pan sprawia, że zostajemy Kulczykiem, albo takim powiedzmy Balcerowiczem, czy Michnikiem.

Kariery często wykwitają nagle i znienacka, jak na wiosnę mlecze na trawniku. Powiedzmy, taki Janusz Lewandowski. Pamiętam gościa jeszcze z pracy w PLO (Polskie Linie Oceaniczne a nie Palestinian Liberation Organization). Skromny urzędnik, rzucający się w oczy jedynie z powodu cofniętego podbródka i ciekawego uzębienia. Pies z kulawą nogą wówczas nie zwróciłby na niego uwagi. Taki przeciętniak. Okres transformacji, 1989 – 1990 spędziłem w USA, a jak wróciłem, to niesłychanie bogate i to w sensie międzynarodowym, PLO nie miało już 174 nowoczesnych drobnicowców, kontenerowców, statków ro-ro, czy con-ro, tylko cztery takie sobie. Nie żartuję! Reszta floty dziwnie się rozpłynęła po świecie. To oczywiście przypadek, nie mający nic wspólnego z tajemniczym zniknięciem polskiej floty liniowej, ale w tym samym czasie pan Lewandowski zaczął robić błyskawiczną karierę. Czy to spowodowała przynależność do Kongresu Liberalno Demokratycznego – partii Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego, oraz, co należy tu podać, fantastycznego mistrza gry w ruletkę, Pawła Piskorskiego? Nie zapominajmy przy tym, że naród patrzący czujnie na scenę polityczną, szybo ochrzcił KLD – "liberały – aferały".
Czyżby KLD było lewarem, który kreował różne kariery? A może obowiązywało tu słynne prawo, że pierwszy milion trzeba ukraść? Coś w tym zapewne jest.
Dajmy już sobie spokój z Lewandowskim i lib-ferałami. Kiedyś pewnie już na emeryturze, ktoś pokroju Cezarego Gmyza, czy Sumlińskiego rozpracuje ten temat.

Cóż zatem powoduje w Polsce, że taki sobie Wańka, Kazio, czy Januszek może zrobić solidną karierę?
Potrzebny jest tylko jeden, jeden jedyny element, by tego dokonać.
Oczywiście reszta też jest pożądana, lecz są to sprawy drugorzędne i mniej istotne.
A są też cechy wyjątkowo niepożądane, a nawet wręcz szkodliwe. To uczciwość, przyzwoitość, prawdomówność. Posiadając je, kariery raczej nie zrobisz.

Tajemnica polskich karier

W gminie Sierakowice (Kaszuby) nic wielkiego nie zdziałasz, jeżeli nie masz poparcia pewnych braci prowadzących ważny handel.
W Gdyni też raczej masz marne szanse, jeżeli nie jesteś w drużynie prezydenta Szczurka.
A w Pomorskim Województwie nie licz na cokolwiek, jeżeli nie popierasz prezydenta Gdańska Adamowicza i jego ludzi. Tak się składa, że wszyscy z PO.

I tak dalej, aż do samej góry... A tajemnica nie jest tajemnicą, bo wie o tym od dawna każdy rozgarnięty Polak, że –
- kariery w Polsce nie zrobisz, jeżeli nie podepniesz się pod ważny układ władzy.

Nepotyzm, kolesiostwo, sitwy, układy, pajęczyny, czy salony, ojcowie chrzestni, baronowie partyjni, protegujący i protegowani, to niestety normalna codzienność życia Polaków. Od dołu do samej góry. Nawet premier jest premierem, bo została protegowana i namaszczona przez poprzedniego rozgrywającego, Donalda Tuska, który również wylansował właśnie upadłego prezydenta Komorowskiego. A podobno naród go wybrał! Wolne żarty.

To jest oczywiście patologia. Narastająca przez dziesięciolecia, zresztą nie tylko w Polsce, choć u nas przekroczyła już wszelkie granice, zbliżając się groźnie do tego, co w państwach post-sowieckich nazywa się krysza. Krysza to właściwie dach, lecz u nas, już za komuny przyjęło się określenie – plecy. Masz plecy to jesteś gość, albo masz potencjał, by kimś zostać. Kariera, jak masz marne plecy jest praktycznie niemożliwa.
Transformacja 89' kompletnie nic nie zmieniła. Obowiązują te same zasady, choć nieco zmienili się ludzie. Lecz nie za bardzo.

Jeżeli istnieje taki układ, jak widać hierarchiczny, bo lokalny kacyk, też musi mieć plecy gdzieś wyżej, to nasuwa się pytanie – gdzie się to kończy? Co jest na samej górze?

Przekonany jestem mocno, że o wszystkich karierach, a czasem nawet o życiu, czy śmierci, nadal decydują w Polsce służby specjalne. Zdobyły miliardy, m.in dzięki FOZZ, okopały się na newralgicznych stanowiskach: w wojsku, w gospodarce, w mediach i w każdej władzy i praktycznie na dzisiaj, są nie do opanowania.
Czy śp. Jan Kulczyk zostałby najbogatszym Polakiem, gdyby nie kontakty jego i jego ojca ze służbami?
Czy Komorowski zostałby prezydentem gdyby nie jego serdeczne stosunki z WSI?
A wszystkie te "resortowe dzieci" tak wqu...ące naród w telewizji, gazetach, polityce, czy nauce?
Oni wszyscy zawdzięczają dosłownie wszystko służbom, czasami nawet niepolskim (czy poseł/minister/marszałek Radosław Sikorski był prowadzony przez brytyjski MI6 ?). I są tym służbom bezwzględnie posłuszni, bo wiedzą, że wystarczy jeden grymas, żeby wszystko stracić.

Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał, że opozycja zwalczana przez służby, którą obecnie reprezentuje tylko Prawo i Sprawiedliwość nie wytworzyła swoich "pleców". Lecz tutaj sytuacja jest prosta i przejrzysta – liczy się poparcie tylko jednego człowieka – Jarosława Kaczyńskiego.
To prawdziwy "twórca królów". To on z bratem, przeciwstawiając się warszawskiej koterii ulokował Wałęsę na stanowisku prezydenta RP. A teraz dokonał tego powtórnie z Andrzejem Dudą. Podczas, gdy pierwszy wybór był wątpliwej jakości, bo takie były czasy, to wybór obecny jest świetny, najwyższej jakości. Podobnie najprawdopodobniej będzie z desygnowaniem na premiera Beaty Szydło. A i resztę ważniejszych stanowisk prezes Kaczyński porozdziela.

Podobną kryszę starał się zbudować tzw. warszawski salon, oczywiście z najważniejszym mędrcem, Adamem Michnikiem na czele. Ten salon to dziwna mieszanka komuny, żydokomuny i neoliberałów. Zresztą kto wie, czy nie specjalnie utworzony i prowadzony przez służby. Michnik przeplata się z Urbanem, a Kiszczak dla nich jest człowiekiem honoru. Dobrych parę lat udawało im się tworzyć środowisko decydenckie, przy wsparciu tajemniczych darczyńców i protektorów (np. Fundacja Batorego, założona przez złowrogiego miliardera – komunistę, Georga Sorosa). Na szczęście obserwujemy powolny zmierzch wpływów Gazety Wyborczej, Onetu, radia TOK FM i w kolejności telewizji TVN.

Nigdzie na świecie nie da się żyć bez pleców, jeżeli zamierzasz piąć się do góry i robić karierę. To normalne. Wyróżniasz się, zostajesz zauważony, następnie doceniony i idziesz wyżej.
Patologia jest wtedy, gdy nie masz nic, tylko plecy. Jesteś zerem, głupi, zły i nieuczciwy, a mimo to twoje plecy windują cię do góry. I potem każdy boi się ciebie tknąć, a ty psujesz, niszczysz, bądź, w najlepszym wypadku nie robisz nic. Ale jesteś człowiekiem układu i ci, co trzeba, dobrze o tym wiedzą.
Takich właśnie karierowiczów obecnie mamy na pęczki i przez nich w Polsce jest tak, jak jest. I to oni, dobrze znając swój potencjał, często nawet okupując specjalnie dla nich utworzone stanowiska, zębami i pazurami bronią się przed jakimikolwiek zmianami. Pamiętacie, jak się bronił prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej? Lub teraz, jak się broni Jan Bury z PSLu? Oni tak łatwo nie odpuszczą, bo dobrze sobie zdają sprawę, że wyrzuceni poza układ władzy są niczym. Takie słynne zera po Oksfordzie. Dyzmy i Sikorskie.

Na koniec wyjaśnijmy sobie trochę lżej różnicę między karierą, a celebrytyzmem. Celebryta, to wykreowany sztucznie karierowicz. Zazwyczaj jednodniowy. No... powiedzmy - jedno-sezonowy. Celebryci to kompletne marionetki na usługach mediów i władzy. Chwilę są... a za chwilę ich nie ma.
Pokaźny zestaw celebrytów stanowią tak zwani eksperci telewizyjni i prasowi. Takie ad hoc autorytety. Najczęściej obecnie są to politolodzy, socjolodzy i bardzo fajna grupa – psychologowie społeczni, którzy w swoich, okularach, łysinach i brodach, udowodniają nachalnie, że aktualna władza nigdy się nie myli i zawsze ma rację. Oraz oczywiście, że za całe zło winien jest PIS i jego demony – Kaczyński i Macierewicz.
Najzabawniejszym celebrytą, prawdziwym celebryckim klownem jest niejaki ksiądz Sowa. Nie ma na świecie takiego tematu, w którym on nie występowałby jako ekspert. Od skrobanek do Nelsona Mandeli. Od Ukrainy do szwedzkiego komunizmu. Niebywale wszechstronny ekspert. TVN nadal go jeszcze doi, ale już przed świętami go schowa, bo, jak to się mówi – dni ich są już policzone.


Ja, jazgdyni, nie podpiąłem się nigdzie. Nie wyszło. Tyle lat na morzu nie sprzyjało odpowiedniemu wąchaniu, macaniu i schlebianiu, by sobie plecy zbudować.
Ale nie narzekam, choć dzieci nieco cierpią, że tata nie potrafi czegoś załatwić. Cierpią również, bo tata nie nauczył tak niezbędnego życiowego sprytu w dziedzinie kulturystyki rozwijania pleców. Teraz biedaki same muszą do wszystkiego dochodzić.
Jak zdecydowana większość normalnych Polaków.
I dobrze...





.

wtorek, 15 września 2015

Wzięli Szokpy Żyda by pluł na Polaków


Jan Gross to postać dla Polski parszywa. Pół-Polak, pół-Żyd. Tacy właśnie ludzie, bez zdefiniowanej tożsamości, często są najgorsi. Przyłączają się do silnych, by niszczyć słabszych. Czy w czasach Getta Warszawskiego Gross zostałby żydowskim policjantem wyłapujących swoich współbraci? Jego postawa wyraźnie wskazuje na taką możliwość.
To pseudo-naukowiec, niby-historyk, opętany nienawiścią do Polski i Polaków. Samo pełne żółci uczucie mu nie wystarcza. On na każdym kroku jest gotów szkodzić Polsce. Szczególnie, jak się znajdzie mocodawca, który jest gotów mu dobrze za to zapłacić. Właśnie się tacy znaleźli, którzy potrzebowali Żyda, który ma trochę rozgłosu i żadnych moralnych zahamowań, by zaatakował Polskę właśnie teraz.
Kto i dlaczego wynajął Grossa? Spróbujmy się zastanowić.

Fakty , ich kontekst i konsekwencje, są ponure i humorystyczne.
Niemcy, faktyczni sprawcy holocaustu, niewątpliwi zbrodniarze i kaci, wynajmują paranoicznego Żyda, o wątpliwej naukowej reputacji, lecz kto to w Niemczech wie, a wiadomo, że stają oni zawsze na baczność, gdy słyszą słowa – Herr Professor, by oskarżał Polaków wyssanymi z brudnego palca bzdurami.
"Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców" – bezczelnie kłamie ten cyniczny, i niewydarzony głupek. A Niemcy się cieszą i klaskają. Nareszcie jeden z pośród narodu ofiar dobitnie wskazuje, że nie tylko naziści, ale także Polacy, ręka w rękę, działali w niszczeniu Żydów. Odium narodu zwyrodniałych morderców nieco spada z Niemców. Polacy do nich dołączają.
Płatny niby-historyk na usługach, zawsze gotowy, gdy trzeba Polskę uwalić gównem i dobrze mu za to zapłacić, został zatrudniony przez "Die Welt", antypolską szmatę, wsławioną m.in. tym, że wielokrotnie była sądzona za "polskie obozy zagłady". "Die Welt" jest tubą grupy polityków i przemysłowców, jak choćby ex-kanclerz Gerhard Schroeder, obecnie dyrektor w ruskim Gazpromie, którzy budowanie potęgi Niemiec widzą w ścisłej współpracy z Rosją. A konkretnie z putinowską Rosją.
Polska jest i była w osiąganiu tak wyznaczonych celów przykrą przeszkodą. Tym bardziej Polska, która właśnie chce się zerwać ze smyczy, którą tak starannie założyli takim brytanom, jak Tusk, czy Sikorski. Praktycznie prawie osiem lat, III RP robiła wszystko co chcieli Merkel i Putin. Zero sprzeciwu. Gross nie był potrzebny.

A tu nagle bezczelni Polacy chcą się wybijać na samodzielność. Nie dość tego, wzrasta sympatia do nich nawet w Niemczech, a także powoli zyskują pozycję lidera w swoim obszarze Europy. To niedopuszczalne. Natychmiast trzeba ich sprowadzić tam, gdzie powinni być. Panie Gross! Do roboty!

Nagle sprawy polskie zaczęły iść w bardzo niewłaściwym, z punktu widzenia Moskwy i części niemieckiego establishmentu, kierunku.
Zostaje obalony gnuśny i spolegliwy prezydent – prostaczek Komorowski. Nie dość tego, jego miejsce zajmuje człowiek, który odważa się mieć swój rozum i swoje zdanie – prezydent Andrzej Duda. A co najgorsze, nie można się do niego przyczepić, czy czegoś mu przypiąć. A żeby już zupełnie zdruzgotać ewentualnych zachodnich przeciwników, ma on rodzinne powiązania żydowskie, jak również mówi, wraz z małżonką po niemiecku i swobodnie się w kulturze niemieckiej obraca.
W pierwszą wizytę zagraniczną wybrał się do Estonii, co Berlin długo mu będzie pamiętać. A następna wizyta w Berlinie była sukcesem i polski polityk zebrał nadspodziewanie dużo pozytywnych recenzji.
Niemcy zdali sobie ostatecznie sprawę, że odtąd będą miel od czynienia z partnerem, czasami nawet krnąbrnym, a nie z posłusznym wykonawcą woli Berlina i Kremla.
A tu się właśnie szykuje potężna inwestycja, Nordstream II i jeżeli Polacy zaczną rozrabiać i głośno krzyczeć, to nie przejdzie to tak gładko i wspaniale jak pierwszy Nordstream za Tuska. I przez rosnącą sympatię i znaczenie tego Dudy głos Polski może być donośny. Trzeba więc przy pomocy grossów temu zapobiegać.

Jakby tego było mało, w Polsce toczy się burzliwa kampania wyborcza i wygląda na to, że tak znienawidzony w Berlinie "kartofel" – Jarosław Kaczyński i jego ugrupowanie, sięgną po władzę. To już będzie dla Niemców i ich Ostpolitik katastrofa. Nagle może trzeba się będzie liczyć z polskim zdaniem. Coś niesamowitego! I to po umieszczeniu Tuska na takim atrakcyjnym stołku. (Co raczej oznacza, że Tusk staje się niepotrzebny i po połowie kadencji zostanie zmieniony.)

Na to wszystko nakłada się największa od dziesięciu lat niemiecka katastrofa. Angela Merkel i jej bliscy doradcy fatalnie się pomylili. Wezwała ona mianowicie Syryjczyków by przybywali do Niemiec, gdzie znajdą schronienie. Nie wiem, co ona miała na myśli w tym idiotycznym i krótkowzrocznym apelu, czy sobie wyobrażała, że potencjalni uchodźcy będą pokornie przybywać rodzinami w uporządkowany i rozłożony w czasie sposób, bo przecież wiadomo – Ordnung must sain. A tu masz babo placek – Bawaria już zalana emigrantami, woła o pomoc. Jednego dnia granicę węgierską w drodze do Niemiec przekroczyło pięć tysięcy ludzi, a następnego cztery. Niemcy zostały zmuszone do zamknięcia granicy z Austrią. Chwieją się podstawy traktatu z Schengen.
Przesiedleńcy i uciekinierzy z Afganistanu, Pakistanu, Erytrei, Sudanu i jeszcze paru państw, drą i wyrzucają swoje dokumenty, by twierdzić, że są Syryjczykami osobiście zaproszonymi przez Merkel. Niemiecka kanclerz bezmyślnie otworzyła puszkę Pandory.

A tu jeszcze na dodatek ta Polska...
Okres przedwyborczy powoduje, że obie decydujące partie zaostrzają swoje stanowiska. I nawet premier Kopacz, spolegliwa służebnica Tuska, by nie stracić w kampanii wyborczej punktów, nagle zaczyna głośno protestować przeciwko narzuconym przez Brukselę (czyli Berlin) kwotom azylantów do przyjęcia przez Polskę.
Zresztą całkowicie abstrahując od tego, jak to ma być wykonane, gdy żaden "Syryjczyk" nie ma najmniejszej ochoty przebywać na terenie Polski. Czyli co? Mamy ich uwięzić, czy przykuć za nogę do płota? To jest właśnie ta totalna bzdura w "cudownym" projekcie kancelerini Merkel.
Więc nie dość innych zmartwień, a tu jeszcze trzeba zajmować się nagle krnąbrnym i brykającym sąsiadem. I nie ma już Tuska i Sikorskiego, aby zadzwonić i przywołać do porządku. Straszne to jest dla Niemców.

No więc potrzeba Jana Grossa, sprawdzonego polakożercę, usłużnego pół-Żyda, który tak jak nikt potrafi rzygać jadem na Polskę, aby dał głos i pokazał Niemcom, czytelnikom "Die Welt", oraz ku radości Michnika i Blumsztajna, że ta Polska i ci Polacy, którzy nagle podskakują, to ciągle ta sama swołocz, ze swoimi obozami koncentracyjnymi i wściekłymi mordami na Żydach i w mniejszym stopniu na Niemcach.
Wkrótce zapewne we właściwych środowiskach niemieckich wypłynie teza, że gdyby Polski nie było, to nie mielibyśmy II Wojny Światowej. Ten tryb myślenia staje się coraz bardziej popularny u naszych zachodnich sąsiadów. I do tego, wręcz instrumentalnie potrzebny jest Gross.

Co może być gorszego od Żyda ogarniętego histeryczną nienawiścią do Polski?
Widziałem takich na własne oczy...
Chyba tylko pół-Żyd, pół-Polak, człowiek bez własnej tożsamości narodowej, zdrajca, kłamca, człowiek chory – Jan Tomasz Gross.

.

niedziela, 13 września 2015

Jan Karandziej: ULUBIEŃCY MEDIÓW


Przeglądając informacje w internecie natknąłem się na informacje o akcji Jerzego Borowczaka polegającej na wywieszeniu baneru o treści:”przepraszam za wolność ” ze zdjęciem J. Borowczaka i jego podpisem. Nareszcie dowiedziałem się komu zawdzięczam wolność.
……„Była 35. rocznica Podpisania Porozumień Sierpniowych: te oszczercze wypowiedzi, próba wygumkowania nas z tej historii, nie zaproszenie mnie, Bogdana Felskiego i Ludwika Prądzyńskiego na uroczystości uważam za skandaliczne” – mówił. (podaje” Rzeczpospolita”)
Jakiż to wielkich rzeczy Borowczak dokonał ? Czym się tak wsławił, że niezaproszenie go na wyżej wymienione uroczystości jest takim skandalem.
Na podobne uroczystości w latach ubiegłych nie zapraszano działaczy Wolnych Związków Zawodowych, którzy doprowadzili do strajku w 1980 r. i jakoś bohater tej akcji tego nie zauważał.
Najważniejszym wydarzeniem w życiu Borowczaka było rozkolportowanie ulotek w stoczni razem z Felskim i Prądzyńskim w dniu wyznaczonym na rozpoczęcie strajku, do którego przymusił go B. Borusewicz strasząc, że jak tego nie zrobi to wkrótce wyrzucą go z pracy.
W tym dniu w Gdańsku wiele osób kolportowało te same ulotki bez przymusu, wielu doprowadziło do strajku we własnych zakładach, czym więc takim wyróżnił się Jerzy Borowczak.
Chętnych do głębszej analizy postaci zapraszam do artykułu Leszka Zborowskiego :
JAK DOSZŁO DO SIERPNIOWEGO STRAJKU CZYLI ODDZIELMY PRAWDĘ OD KŁAMSTWA [3]
Wspomnę jedynie, że swoją ogromną popularność J. Borowczak zawdzięcza B. Borusewiczowi, który potrzebował go do potwierdzenia własnej legendy, powiedzmy dawał mu alibi. Borusewicz promował Borowczaka za to ten potwierdzał jego wersje wydarzeń.
Borusewicz jako człowiek KOR-u miał dostęp do mediów, Adam Michnik to jego kolega z KOR-u więc wiadomo czyja wersja wydarzeń była dotychczas lansowana i to wcale nie dziwi. Dziwi natomiast fakt, że nawet dziś przez tak zwanych dziennikarzy prawicowych nie można dotrzeć z wersją przedstawianą przez innych uczestników tamtych dni, świadków i twórców tamtych wydarzeń.
Wielokrotnie doświadczył tego między innymi Lech Zborowski, prośby o umieszczenie artykułu kończyły się milczeniem mediów. Obecnie gdy już uznano, że nie da się nadal ukrywać, że to Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża doprowadziły do powstania w 1980 r. niektórzy nadgorliwi dziennikarze piszą, że to Borusewicz tworzył WZZ pomimo, że Borusewicz w wywiadach prasowych przyznawał, że był przeciwny tworzeniu WZZ.
Borusewicz nigdy członkiem WZZ nie był. Był członkiem redakcji wydawanego przez WZZ „Robotnika Wybrzeża”, co nie przeszkadza dowolnej twórczości dziennikarskiej.
Mówi się, że prawda sama się obroni, może i tak jest, my jednak jako uczestnicy tamtych wydarzeń musimy świadczyć, taki jest nasz obowiązek, a szczególnie w czasie gdy profesjonaliści wolą milczeć i nie wychylać się.
Głównym architektem powstania „Solidarności” był Andrzej Gwiazda.
On był jedynym członkiem Komitetu Założycielskiego WZZ, (czyli władz WZZ) działającym przez przez cały okres trwania WZZ.
Wolne Związki Zawodowe poprzez swoje działanie przygotowywały społeczeństwo Gdańska do takiej chwili jaka zaistniała w sierpniu 1980 r. Andrzej Gwiazda był twórcą postulatów i głównym negocjatorem z władzami komunistycznymi.Jeżeli chcemy komuś przypisać ojcostwo „Solidarności” to nikt się ku temu bardziej nie przyczynił niż Andrzej. A głównymi bohaterami sierpnia 1980 r. byli ludzie podejmujący opór przeciw panującym komunistom, strajk był walką o Polskę, niech więc nikt dziś nie mówi, że w 1980 roku walczono tylko o sprawy socjalne.
Jan Karandziej
Członek Komitetu Założycielskiego Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża
fot. Jerzy Borowczak na tle swojego baneru
zdjęcie z profilu FB działacza Solidarności
(Facebook – Jerzy Borowczak)
WZZW.WORDPRESS.COM

środa, 9 września 2015

Zeszmacone imię

 

 

Prawdziwy Polak, człowiek z honorem i tradycjami wie i czuje, że utrata dobrego imienia to koniec. Albo sobie palnąć w łeb, albo po cichu wyjechać na Madagaskar.

Z zeszmaconym tytułem prasowym jest tak samo.


Dawno temu, w czasach głębokiej komuny, w czasach moich zagranicznych wojaży, zawsze usilnie starałem się zdobywać dla siebie i dla taty, wiodące wówczas na świecie, a nie osiągalne za żelazną kurtyną tygodniki – "Time" i "Newsweek". Były to wiarygodne, uczciwe i wydawane na wysokim poziomie merytorycznym i edytorskim periodyki, wówczas niedościgniony wzór dla siermiężnej, komunistycznej, pisanej propagandy Rakowskiego, Passenta i Urbana.

Gdy wreszcie, po transformacji zaczęła się ukazywać polska edycja rzeczonego "Newsweeka", to się ucieszyłem. Fajnie jest, tak myślałem, mieć taki światowy tytuł u siebie, w Polsce.

Ten działający praktycznie nieprzerwanie od 1933 roku magazyn był wzorem na całym świecie. Mianowanie redaktora naczelnego zawsze było w USA wydarzeniem politycznym najwyższej rangi. Wielu dziennikarzy i reporterów "Newsweeka" zginęło w różnych miejscach na całym świecie w trakcie pełnienia obowiązków służbowych. Tam się nie oszczędzano i panowało najwyższe morale.



W roku 2010 polska edycja i firma, Newsweek Polska, który to tytuł był na licencji amerykańskich właścicieli, została wykupiona i przejęta przez słynnego od lat polakożercę –Axel Springer połączonego ze szwajcarskim Ringerem, tworząc Ringier Axel Springer Polska. Koncern medialny (także m.in "Fakt", "Przegląd sportowy", "Forbes") ma specyficzny, żeby nie powiedzieć wprost, antypolski i antynarodowy wydźwięk.

Od tego momentu przestałem kupować ten tygodnik, bo zaczął autentycznie śmierdzieć. Młode pistolety ściekowej żurnalistyki, choć właściwie to propagandy, gotowe były już wtedy napisać wszystko, aby zadowolić antypolskie gusta swoich pracodawców.

Resztę znam już tylko ze słyszenia i doniesień medialnych, bo już nigdy nie wziąłem tej szmaty do ręki.
Od trzech lat, od stycznia 2012 funkcję redaktora naczelnego otrzymał człowiek – oślizły robak, którego nie znosiłem od pierwszego momentu, a który nawet w swojej pysze, próżności i głupocie, zamierzał kandydować na prezydenta RP (sic!!!), niejaki Tomasz Lis. Kompletny badziewiak z Zielonej Góry o urodzie powiatowego sutenera, który, jak donoszą z pochodzenia jest Białorusinem, a nie Polakiem, a jego tata zmienił nazwisko Lisenko, na bardziej polskie – Lis. Czy w USA zmieniłby nazwisko na Skunks, które bardzo by pasowało do synalka?
Otóż pod przewodnictwem tego osobnika do wynajęcia, "Newsweek" zmienił się w rolkę papieru toaletowego i to do wiejskiego wychodka za stodołą.
Natychmiast stał się prorządową tubą, bo pan Tomasz Lis/Lisenko bardzo dbał o tych, którzy mu płacili. M.in. rząd Platformy Obywatelskiej i podległy mu radiokomitet, zapewniał temu człowiekowi cotygodniowe audycje telewizyjne, płacąc mu za nie 82 tyś. złotych każdorazowo.
Realizował więc najbardziej wściekłe i podłe ataki na opozycję, przede wszystkim na PiS, a w szczególności na jego lidera, Jarosława Kaczyńskiego. Karykatury i ponure rysunki prezesa Kaczyńskiego zdobiły chyba z dziesięć okładek tego magazynu. Takie było nasilenie tej goebellsowskiej, żmudnej roboty Lisa/Lisenki.
Atakował też po kolei każdego, kto w jakikolwiek sposób był, choćby w najmniejszym stopniu powiązany z pisem, tworząc obraz ponurego, antyeuropejskiego ciemnogrodu, zagrażającego światłym mocodawcom tygodnika i jego naczelnego redaktora. Leciały ataki na Antoniego Macierewicza, ataki na ojca Rydzyka. Oraz te najnowsze, zakłamane, fałszywe i cuchnące, na obecnego prezydenta Andrzeja Dudę. Nawet jeszcze niżej i podlej, bo również, co jest wyjątkowo obrzydliwe, na jego rodzinę.

W dobrym demokratycznym państwie, którym mam nadzieję Polska stanie się po październikowych wyborach, szmata Lisa/Lisenki pod tytułem "Newsweek", a także sam rednacz, skończyli by wypadem na zbity pysk, skazani przez różne komisje etyki i uczciwe sądy. Na to musimy jeszcze trochę poczekać.

W tym tygodniu rzeczony szmatławiec, dobrał się do przewodniczącego "Solidarności" – Piotra Dudy. Hieny gwałtownie zaatakowały wysmażając absurdalny paszkwil i jak Duda udowodnił, kłamiąc czternastokrotnie w artykule.
Czyli typowy standard tej gadzinówki, jaką się stał "Newsweek" pod przewodnictwem dzielnego komsomolca Lisa. A wyłącznie dlatego, że Piotr Duda i "Solidarność" dokonały porozumień z prezydentem. To im wystarczy, by skierować swe jadoplujki na człowieka.

Zostawmy jednak ten cyrkowy zestaw służalczych ścierwojadów i skunksów redakcyjnych, z tą obrzydliwą super-hieną z rudą kitą na czele. Wiadomo przecież, że za linię czasopisma i większość treści odpowiada wydawca i właściciel. Czyli w tym konkretnym przypadku, niemieccy polakożercy i ich lokalne sługusy. Wiadomo, że szkopy mają alergię na PiS. Boją się, że ich polscy lokaje zostaną zastąpieni ludźmi, którzy podniosą głowy i zawołają: - Hola, hola! Dosyć tego! Że wypieprzą ich z tłustej i bogatej kolonii. Odbudują stocznie, nie oddadzą kopalni, przetrzepią szkopskie banki i sprawiedliwie opodatkują różne Lidle, Kauflandy, czy Obi. I zabiorą im te 80% polskiej prasy, gdzie mogą podżegać, skłócać i manipulować. To będzie ciężki cios dla pruskiej dumy, patrzącej zazwyczaj na tępych Polacken z wysoka.

Czego się Niemcy nie dotkną, w dłuższym okresie potrafią dokumentnie spieprzyć. Tego właśnie dokonali z, onegdaj światowym liderem, tygodnikiem "Newsweek". Obecnie magazynem, który śmiało może konkurować z urbanowskim "Nie", czy popularnym w pewnych zakładach zamkniętych "Fakty i mity".

Mam cichą nadzieję, że były komandos, Piotr Duda, wykończy Lisa/Lisenko w sądach, tak, że ten w biedzie i upokorzeniu będzie musiał wrócić na swoją Białoruś. Życzę mu tego z całego serca.


Ps. Podobno szkopski właściciel "Newsweeka" nieco się w końcu wystraszył i Lis/Lisenko skazany już został na pożarcie.

.

piątek, 4 września 2015

Zniszczyć pełną pychy Europę


Herman the German, jak nazywają typowego szkopa, moi angielscy przyjaciele, ma taką wrodzoną wadę, że od czasu do czasu potężnie mu odbija. Mamy potem różnych bismarcków i hitlerów, a niemieckie szaleństwo rujnuje pół świata.

Czy będziemy ponownie cierpieć z powodu niemieckiej durnoty, pychy i pogardy wobec innych? Bowiem stawiam tezę, że za kolejną falę emigracji, współczesny najazd Hunów, w głównej mierze odpowiedzialne są głównie Niemcy.

Nie znaczy to, że w mniejszym stopniu nie przyczynili się do tego Francuzi. Oni właśnie od czasów tyczkowatego i długonosego de Gaulle'a praktycznie rozwalili całą Afrykę Saharyjską i Bliski Wschód.

Jednakże żabojady już od dawna chodzą na smyczy Niemców i chyba nikt nie zaprzeczy, że Unia Europejska, to taka współczesna wersja Republiki Weimarskiej, albo das Reich nazistów. Ja, ja... ponownie, jak zazwyczaj – Deutschland uber alles!


Na dodatek w tym krytycznym dla Europy momencie na czele Unii stoją m.in., Niemiec, socjalista Martin Schulz i przydupas Angeli Merkel, Donald Tusk. Ich sumaryczny potencjał intelektualny nie byłby w stanie zwalczyć inwazji mniszki brudnicy, a co dopiero nieprzeliczonych tłumów muzułmanów.

Całe cywilizacje upadały z powodu najazdu plemion z zewnątrz. Czy tak nie było z wielkim i wspaniałym Cesarstwem Rzymskim? Pamiętamy Hunów i Attylę? A cywilizacja Azteków najechana przez konkwistadorów?

Obecnie zapoczątkowana emigracja afrykańskich i bliskowschodnich wyznawców Allaha krytycznie zagraża europejskiej cywilizacji łacińskiej i w krótkim czasie może doprowadzić do jej upadku.

To nie są czcze pogróżki i wróżenie z fusów, to proste i logiczne wnioski z rozwijającego się procesu kolejnej wędrówki ludów.

Dobrych parę lat spędziłem na Bliskim Wschodzie i Zatoce Perskiej. Poznałem setki muzułmanów. Poza nielicznym wyjątkami, uczciwie nie mogę o nich powiedzieć czegoś dobrego. Wprost przeciwnie; nie dałbym za nich złamanego szeląga. I było naprawdę niewielu, do których odważyłbym odwrócić się plecami. Bo nóż w plecy to ich ulubiona technika. Najpierw oczarują ciebie, będą się łasić. A jak już ciebie mają, to odczujesz całą ich pogardę i złość.
Przekonała się o tym setka angielskich dziewczyn z północno – wschodniej Anglii, gdzie Arabowie ze specjalnie dla nich ufundowanego z South Tyneside Maritime College w Southshield, błyskając złotem i funtami, zdobyło sobie żony, które teraz w hidżabie, burce czy innym czarczafie, siedzą w domu pod opieką teściowej, nie mogąc wychylić nosa na ulicę. I bez końca oglądają filmy na wideo, żałując swego losu.
Egipcjanin Ali, zdolny inżynier, którego uważałem niemalże za przyjaciela, gdy awansował na Chiefa, gwałtownie ochłódł i oznajmił mi wyniośle: - Teraz już nie jestem Ali, jestem pan chief.

To zupełnie inna cywilizacja i kultura. Kompletnie odrębna mentalność. Według ich powszechnej wykładni Koranu, my na zawsze jesteśmy kafirami – niewiernymi i wrogami. Nie ma ratunku. Chyba, że przejdziesz na islam. I proszę pamiętać dobrze – po przyjęciu islamu nie ma już odwrotu. Kto go chce porzucić jest wolny do odstrzału.
Muzułmanie inaczej się ubierają. Inaczej jedzą. W krajach muzułmańskich nawet zupełnie inaczej pachnie. Jak ktoś ma ochotę tego skosztować nie musi podróżować daleko; wystarczy, że się przespaceruje po Columbiadamm Str. w berlińskiej dzielnicy Neukoelln, gdzie żyje ćwierć miliona muzułmanów. Ostrzegam, że spacerowicz nie będzie mile witany.

Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że to ludzie niesłychanie roszczeniowi i niestety leniwi. I gdziekolwiek się przeniosą, to nigdy się nie zasymilują z miejscową ludnością. Wprost przeciwnie. To oni będą się starali narzucić swoje standardy, swoje przekonania i obyczaje. A z cywilizacji miejscowej wezmą tylko to, co im pasuje. Jak to widziałem w czasie wojny w Iraku - rozradowanych Arabów po strąceniu amerykańskiego helikoptera, świętujących paląc amerykańskie Marlboro i popijając amerykańską Coca Colę.


Dlaczego za obecny kryzys winię przede wszystkim Niemcy i w mniejszym stopniu Francję? A do roli USA w tym całym bałaganie jeszcze dojdę.
Otóż od kilkudziesięciu lat, wówczas gdy u nas ciągle panowała komunistyczna jesień średniowiecza i zanim Gierek sprzedał za długi około milion Polaków, wszystkich niby z niemieckim pochodzeniem, Niemcy sprowadzali tanią siłę roboczą z Turcji, a potem także z muzułmańskich Bałkanów. Byli tam nie tylko Turcy, Albańczycy, Bośniacy, ale także Kurdowie i Syryjczycy.
Obecnie w Niemczech żyje 7,6 miliona obcokrajowców, a 3 miliony to szeroko pojęci "Turcy".
Dla wszystkich muzułmanów, nawet tych z Etiopii i Sudanu, Niemcy to Mekka, Niemcy to raj – bogaty ogród, w którym wszyscy będą szczęśliwi.
Tak właśnie poprzez krótkowzroczność i głupotę, zbudowano w Północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie mit i legendę raju, gdzie nie trzeba pracować, a dobre państwo da gdzie mieszkać i co jeść i nie będzie się wtrącać w prywatne sprawy.
Trzeba tu dodać, że najwięcej głupstw i idiotyzmów popełniono w tych krajach, gdzie u władzy byli socjaliści i generalnie lewacy. To właśnie Niemcy, Francja, Dania, Szwecja i Norwegia cierpią najbardziej, gdy centra handlowe całymi dniami okupują watahy ciemnoskórych wyrostków, szukając pretekstu do bójki i awantury.
Szczytowym elementem tego lewackiego obłędu, który na szczęście u nas wystąpił tylko w postaci brzydkiego pryszcza na d. – Krytyki Politycznej i gazowni, była niesławna multi–kulti, która nareszcie na świecie zdycha pospiesznie.

Dramat przesiedleńców – tak oto lewacka, czyli u nas mainstreamowa propaganda określa kryzysową sytuację. A Polska w swojej powojennej historii wielokrotnie, bez niemieckiego zadęcia, pomagała pokrzywdzonym i zagrożonym przez wojnę. Czy tak nie było z bodajże 5 tysiącami Greków, gdy władzę tam przejęli czarni pułkownicy wprowadzając rządy terroru? A Indonezyjczycy, którzy przybyli do Polski po upadku prezydenta Sukarno? No i wreszcie Wietnamczycy, których nawet dzisiaj jest około 40 tysięcy u nas.

Na mój prosty rozum pomagajmy prawdziwie pokrzywdzonym przez wojnę i terror. Są przecież odpowiednie traktaty międzynarodowe, które dokładnie określają, kto może ubiegać się o azyl. Niech to będą prawdziwe rodziny, mogące to udokumentować i przybywające ze strefy zagrożenia życia. I niech to jasno oświadczą, że chcą się w Polsce osiedlić i akceptują tutejsze prawa i porządek.
Nie akceptujmy takich, którzy potraktują Polskę, jako etap przejściowy, a potem Niemcy, czy Szwecja będą ich nam nieustannie odsyłać.
Nie akceptujmy rzeszy młodych mężczyzn i wyrostków bez rodzin. Oni przyjechali wyłącznie w innych celach. I to nie koniecznie by pracować, tylko obijać się na socjalu i kształcić się w nienawiści i terroryzmie. A ilu już spośród nich jest fanatykami specjalnie wysłanymi przez ISIS i inne Hesbollahy.

Bardzo mnie ciekawi, dlaczego ci wszyscy uchodźcy, załóżmy, że tylko z obszarów objętych wojnami, nie szukają schronienia u swoich braci w wierze? Ilu uchodźców przyjęła Arabia Saudyjska? A ilu państwa Zatoki Perskiej?

Widzimy dzisiaj na Węgrzech, na budapesztańskim dworcu Keleti, jaki chaos potrafią spowodować przesiedleńcy otumanieni nieodpowiedzialnym apelem Merkel, że Niemcy przyjmą wszystkich Syryjczyków.
Niemcy w końcu, na prawdę  poniewczasie zauważyli swoją głupotę, przerazili się i swą mocą europejskiego hegemona, chcą zwalić część kłopotów na barki innych, kompletnie niewinnych państw.
My, Polacy, jak to Niemcy zarządzili, mamy podobno przyjąć bez dyskusji, 10 tysięcy uchodźców.
Lecz wytłumaczę, które europejskie państwa uważam za "niewinne". To te, które nigdy nawet się nie otarły o kolonializm i te, które nie miały interesów w Afryce i na bliskim wschodzie.
A teraz kacyk z Brukseli, skądinąd Polak, Donald Tusk, głośno pokrzykuje, że państwa Europy środkowo – wschodniej są ksenofobiczne i nie chcą solidarnościowo przyjmować imigrantów. – O! Takiego wała! – pokazuje już premier Słowacji i premier Węgier. Premier Polski milczy, bo niestety wała nie ma.
Kolonie miały: Francja, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, Holandia, Belgia i Wielka Brytania. Zarobiły na koloniach i ich eksploatacji, łącznie z niewolnictwem, krocie. To oni niech teraz płacą za swoje postępki.

Do nich właśnie, tych, co mają moralny obowiązek naprawić wyrządzone zło powinny dołączyć Stany Zjednoczone Ameryki. To one, w imię idiotycznie pojmowanej demokracji, doprowadziły do destabilizacji całego regionu, skąd teraz przybywają ludzie. To oni bezrozumnie obalali tyranów – Saddama Huseina, Kaddafiego, w końcowym efekcie pozostawiając zgliszcza, bałagan i terror. Niech teraz partycypują w europejskim problemie.


Jestem ksenofobem. Lub precyzyjniej ksenofobem – patriotą. Może, gdybym się urodził w którymś z państw dobrobytu – Niemczech, Danii, czy Norwegii, to ksenofobem bym nie był. Nie wiem. Nie jestem pewien, bo większość moich norweskich, lub duńskich przyjaciół to ostrzy ksenofobowie. A ostatnie doniesienia z podpaleń azylów przesiedleńców w Niemczech wskazują, że i tam ludzie mają dość.
Tymczasem Polska jest w ogonie dobrobytu Europy. Na dodatek zmaga się z bandą złodziei i hochsztaplerów u władzy. Jest jawnie rozkradana, a obywatele łupieni.
I teraz na dodatek brać dodatkowy balast tysięcy uchodźców, ludzi nam nieprzychylnych i tak na prawdę wcale niechcących mieszkać w Polsce. W imię czego? Zwyczajowego, platformerskiego włażenia w d.   Niemcom? Wydumanej solidarności, która istnieje tylko wtedy, gdy trzeba dzielić się kosztami i kłopotami, a która nigdy nie istnieje, gdy jest podział zysków.

Wielokrotnie twierdziłem, że najbardziej boję się islamu. Nie Rosji, nie Niemiec, USA, czy Izraela. Nawet nie lewaków i pedałów. Ale właśnie muzułmanów. Oni powoli i podstępnie, jeżeli się nie obudzimy i nie zaczniemy ostro i stanowczo działać, opanują nasz kontynent. Na jedno urodzone europejskie dziecko muzułmanka rodzi cztery. Ile lat będzie potrzeba byśmy stali się w Europie biała mniejszością?
Opanują nas bez jednego wystrzału. Taki może być koniec zachodniej cywilizacji na naszym kontynencie.

.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

WAS JUŻ NIE MA !

 

Zawyła jedynie słuszna propaganda. A to dopiero początek wrzasku, jaki się za chwilę podniesie.

Otóż naród, poprzez swoje wreszcie niezależne związki zawodowe zdecydował nie zapraszać na sierpniowe, rocznicowe uroczystości Solidarności, tych, których uważa za niegodnych uczestnictwa w obchodach; władzę, która z narodem walczy i go oszukuje, mimo pełnej gęby frazesów i kłamstw, jak również tych, jak się po latach okazało, których rola w wydarzeniach sierpniowych była dwuznaczna i podejrzana.

Nareszcie pierwsze wolne obchody. Nareszcie powolny powrót do ideałów Solidarności.

A ci, co lubią się podłączać i wypinać piersi, niech stoją tam, gdzie stało ZOMO.

 

Pani premier Kopacz krążyła w tych dniach wokół Wybrzeża, jak osa wokół drożdżówki, mając naiwną nadzieję, że ją zaproszą i uhonorują. Jakże to, przecież ona wszystko dla ludzi zrobi. Jest z ludźmi. Jeździ do nich intensywnie.
A po prawdzie, jest to szczyt bezczelności i hipokryzji. Nie przyszło jej do niezbyt mądrej główki, że za strzelanie do górników parę miesięcy temu trzeba będzie zapłacić?
Że wreszcie naród się obudził i otworzył oczy. I widzi fałsz i obłudę.
Musiało minąć 35 lat, by historia zatoczyła koło. By fałsz i kłamstwa sączone przez dziesięciolecia załamały się, a ludzie odzyskali wzrok.
Dosyć już okradania i upodlania. A jak się narodowi nie podoba, to won z kraju. Identycznie, jak robił Jaruzelski w stanie wojennym. Tylko, że teraz nie w mundurach, lecz w rękawiczkach i pod hasłem, że wreszcie jest wolność podróżowania i angielskiej pracy na zmywaku, lub mycia starców w niemieckim domu opieki.

Nie zaproszono nawet marszałków Sejmu i Senatu ! A przecież Borusewicz to bohater sierpnia !

Czyżby?
Jednym ze sprytniejszych kłamstw sierpniowych było propagandowe wpajanie, że Sierpień zawdzięczamy KORowi, a nie WZZW. Warszawskim inteligencikom, w pełni kontrolowanej i hodowanej przez służby opozycji, a nie prawdziwie ludowym Wolnym Związkom Zawodowym Wybrzeża.
To co mamy dzisiaj, całe nasze niezadowolenie i protest, grabienie państwa i łupienie obywateli, zawdzięczamy właśnie michnikom, gieremkom, kuroniom i wałęsom. Oraz oczywiście Borusewiczowi.
Nigdy nie odpowiedział on publicznie na pytania, jakie zadawała mu prawdziwa  bohaterka Sierpnia, śp. Anna Walentynowicz [ http://blogpress.pl/node/7577 ]. A do jego prawdziwej roli w wydarzeniach sierpnia do dziś mają poważne wątpliwości nieugięci działacze WZZW – Andrzej Gwiazda, Alina Pieńkowska, Lech Zborowski, Joanna Gwiazda i pozostali.
Jeżeli jeszcze ktoś ma wątpliwości kim byli Wałęsa i prowadzący go Borusewicz, musi koniecznie to przeczytać - https://wzzw.wordpress.com/2013/05/25/jak-doszlo-do-sierpniowego-strajku-czyli-oddzielmy-prawde-od-klamstwa/  .


Po wyborze Andrzeja Dudy na prezydenta RP, niezaproszenie obecnych władz na uroczystości Sierpnia, to następny znaczący cios zadany przez naród magdalenkowemu Układowi i Systemowi, o których wielokrotnie pisałem. Bardzo dobrze, że tak się stało. Serce rośnie, jak widać, że naród ponownie się budzi i jednoczy. To bardzo ważne, bo potrzebne będą każde ręce, by w końcu posprzątać. Także na własnym podwórku.

Skowyt wilkołaków agit-propu będzie wielki. Już właściwie się zaczął. Telewizje prorządowe, czyli większość, zaprosiły dyżurne "autorytety", co to za pewną sumkę powiedzą dokładnie to co pan/pani redaktor, funkcjonariusze jedynie słusznej propagandy, życzą sobie usłyszeć. Będą wałkować i pokrzykiwać, jak to możliwe popełnić tak straszne faux pas.

Nie, drogie spasione wołki, od 25 lat tuczące swe obszerne tyłki na rządowych i redaktorskich fotelach, to nie błąd, to nie pomyłka, lecz w pełni świadome i trzeźwe działanie. Wasza rola wreszcie jest uświadomiona wszystkim. Jeszcze wprawdzie niedobitki tych, co jedzą z waszej ręki próbują zawrócić historię, ale to już łabędzi śpiew.


30, 31 sierpnia 1980. Dziesięć milionów Polaków zjednoczonych we wspólnej wizji. 25 czerwca 2015. Osiem milionów Polaków, którzy mają już dosyć oszustw i grabieży wybiera nowego prezydenta, przepędzając marionetkę Systemu. Analogie są nieuniknione. Stary reżim usiłuje jeszcze walczyć. Lecz nie ma, jak Jaruzelski czołgów i ZOMO. Chcieli wprawdzie odsunąć agonię wprowadzając jakąś wersję stanu nadzwyczajnego. Ale się nie udało.

Bo was Panowie i Panie u władzy tak na prawdę już nie ma !
To tylko wasze kukły siłą inercji usiłują trwać i dokazywać.
Wkrótce będziecie mogli wrócić do swych normalnych działań. Tylko ci, którzy w okresie sprawowania władzy popełniali przestępstwa, będą musieli za to zapłacić. Niestety, było takich niemało.

Dzisiaj odzyskujemy po 35 latach Solidarność. I w końcu będzie to Solidarność bez pana Borusewicza i pana Borowczaka. I bez pana Wałęsy. I bez pani Ewy Kopacz.

.

piątek, 28 sierpnia 2015

O pysze i knowaniu, czyli Kulczyk&Tusk

   
Zmarły Jan Kulczyk znany był w otoczeniu z tego, że dobrze płacił. Lecz wyłącznie tym, którzy byli mu nadal potrzebni.
Gdy już przestawali mu być potrzebni, to brutalnie odpędzał domagających się zapłaty od drzwi. Może to poświadczyć pani Edyta Sieczkowska, która nagrała miliarderowi inwestycje na rynku luksusowych nieruchomości w Dubaju, dla jego Kulczyk Investment House. Jeszcze pośmiertnie dobry doktor "wisi" pani Edycie parę milionów dolarów, których ta zapewne nigdy nie zobaczy.



Zaległych pieniędzy domaga się też były totumfacki Kulczyka i jego ścisły współpracownik i podwładny, ex-prezydent z problemami, Aleksander Kwaśniewski. Widocznie jego przydatność dla oligarchy również zaczęła się wyczerpywać. Konfiguracje i polityczne konstelacje zmieniły się i szereg nowych figurantów wyciągało rękę po jałmużnę.

Charakterystyczne w tym szarym układzie jest to, że Jana Kulczyka wylansowały i prowadziły służby specjalne w taki sposób, że majątek jego powstał z wyprowadzania ze skarbu państwa pieniędzy z dużym zyskiem.
Ten miliarder, który niczego nie stworzył i niczego nie zbudował, działał wyłącznie w sektorze – "tanio kupuj – drogo sprzedaj". I tak się złożyło, że tanio kupował zazwyczaj od państwa polskiego. Umożliwiali mu to skorumpowani politycy i urzędnicy szczebla centralnego.
Jeden przekład – Lech Browary Wielkopolski. Tak się szczęśliwie złożyło, że ten nowoczesny zakład, wybudowany za Gierka w latach 1975 – 80, w roku 1993, za głupie 20 mln, co jest ułamkiem wartości browaru, kupuje od skarbu państwa właśnie Jan Kulczyk. A już w 1996 sprzedaje z niesamowitym zyskiem, za około 300 mln, międzynarodowemu olbrzymowi w branży piwowarskiej, South African Breweries International (SABMiller plc – drugie co do wielkości browary na świecie, piwa Foster, Grolsch, Miller, Peroni, Pilsner Urquell, a obecnie polskie marki – Lech, Tyskie, Żubr).
Trzeba tutaj jednak stanowczo stwierdzić, że nie był to "interes życia" Kulczyka. On ciągle się rozwijał i żerując na polskim państwie, robił coraz większe interesy. Aż w końcu Polska okazała się dla niego za mała i postanowił działać na rynkach międzynarodowych.

Jak już wspomniałem, dobry doktor Jan bardzo nie lubił sam niepotrzebnie wydawać forsę i sam przeprowadzać delikatne, lub niebezpieczne działania. Do tego właśnie brał sobie do pomocy polityków, których korumpował tak, aż w końcu stawali się oni całkowicie od niego zależni.
Potrzebował dobrych kontaktów w Rosji, czy na Ukrainie? Proszę bardzo. Zatrudniał rzeczonego Kwaśniewskiego. Potrzebował wsparcia wywiadu i kontrwywiadu? Voila! Znalazł się odpowiedni generał.
Jak donoszą z kuluarów, Jan Kulczyk nie musiał się specjalnie starać o kontakty z politykami i wysokimi urzędnikami. Oni wszyscy pchali się drzwiami i oknami do miliardera, łasząc się i uśmiechając, byleby ten tylko zwrócił na nich uwagę i kapnął coś ze swoich pieniędzy. Szczególnie w okresie rządów Platformy wszechobecna korupcja stała się modnym stylem życia.
Doszło wreszcie do tego, że doktor Jan Kulczyk był nieoficjalnie nazywany w Warszawie Capo di tutti Capi, z czego ten skromny człowiek był bardzo dumny.

Aż w końcu, jak to zwykle bywa, pycha zaczęła go oślepiać. Nie był w stanie zrozumieć, że w świecie, do którego przenosił się z Polski, są ludzie potężniejsi, sprytniejsi i o wiele bardziej groźni. I nie potraktują go jako nowego kolegę, tylko, jako konkurenta i potencjalnego wroga.
Sporo się jednak ten Poznaniak nauczył od czasów skromnej fabryczki czyszczącej pasty BHP, a przyjazne służby nauczyły go, gdzie i jak szukać odpowiedniej pomocy.

Donald Tusk i Jan Kulczyk. Obaj rozsadzani pychą obaj w swoim apogeum. Prawie formalny i nieformalny król Polski. I jednemu i drugiemu zrobiło się w kraju duszno i za ciasno. Obaj wrogowie mądrej lordowskiej, brytyjskiej dewizie: enough is enough, w swoim nieustannym dążeniu do więcej – władzy i pieniędzy. Nie ulega najmniejszych wątpliwości, że ich drogi musiały się przeciąć. Potwierdzają to podsłuchy, które wreszcie zaczynają wypływać na światło dzienne i za które Kulczyk gotów był przed śmiercią zapłacić grube (nawet, jak na niego) pieniądze. Cóż takiego obaj panowie tak usilnie starali się ukryć? Czy zmiana prezydenta i niewątpliwy i ostateczny upadek III RP zmusił tych ludzi do nerwowego i gwałtownego działania, co zakończyło się śmiercią miliardera? Czy do akcji wkroczyła ekipa sprzątająca, znana nam choćby z "Pulp Fiction", zmuszona do działań wobec dokonujących się w Polsce zmian? Wiele na to wskazuje, że przerośnięte ego obu panów i przekroczenie przez nich niedozwolonych granic, zmusiły siły wyższe do podjęcia akcji. Akcji, która zaczęła się podsłuchami, następnie śmiercią Kulczyka, a co będzie dalej, to wkrótce zobaczymy.

Czy udało się Kulczykowi skorumpować Tuska?

Oczywiście aparatczycy Platformy wybuchną oburzeniem: - jakie korumpowanie? To było tylko nawiązywanie współpracy i wymiana grzeczności!

Jak podaje Cezary Gmyz, najsolidniejszy w Polsce dziennikarz śledczy, w tym wypadku chodziło o zabezpieczenie operacyjne ostatniego hobby doktora Jana - sektora energetycznego, a konkretnie przesyłu elektryczności z ukraińskiej Chmielnickiej Elektrowni Jądrowej do Polski. Coś, co bardzo nie podobało się Rosjanom.
Podobno, lecz "podobno" o dużej skali prawdopodobieństwa, bo informacja ta dociera z paru źródeł, Donald Tusk miał w zamian za pomoc, żądać konkretnych efektów finansowych. I to jest uwidocznione na nieszczęsnych taśmach.

Jak to się mówi – chłopaki z podwórka, czyli ludzie z nizin społecznych – Wałęsa, Kwaśniewski, czy Tusk, zawsze byli zafascynowani bogactwem i przepychem. Taki Wałęsa skrzętnie ciuła dolary zarobione na wykładach, Kwaśniewski wysyła nastoletnią córkę na bal księżniczek do Paryża, a Kulczyk, który wydawałaby się, że ma dosyć, żeni córkę z potomkiem polskich arystokratów (małżeństwo szybko się rozpadło).
Nie ulega więc wątpliwości, że ci "biedni" politycy lgnęli do bogatego Capo di tutti Capi, jak muchy do łajna.

Ni pies ni wydra, coś na kształt świdra. Ta maksyma przypisywana królowi Janowi III, akuratnie oddaje strukturę polityczną państwa polskiego. Trochę tego, trochę tego – nic nie jest jasno określone, konkretnie nazwane. Trochę JOWów, trochę demokracji parlamentarnej i szczypta bezpośredniej. Podobno trójpodział władzy, ale kto jest najważniejszy? Prezydent? Czy może Trybunał Konstytucyjny, który go możne łatwo zablokować? A może, jak to ostatnio widzimy, marszałek senatu, który bez skrupułów odrzuca inicjatywę prezydenta. Więc może sejm i posłowie? Tak jak ostatnio – ciemnogród sprowadzony do roli automatów bezwolnie naciskających guziki.
Nie ma w Polsce oligarchów? A to ciekawe! Kim więc był Kulczyk?

Nie ulega wątpliwości, że był najbogatszym Polakiem. Szczególnie wówczas, gdy człowiekiem, o największej władzy w okresie po transformacji, był Donald Tusk. I jeden i drugi chcieli więcej i usilnie do tego dążyli. Byli wówczas bezwzględni, z ogromną władzą i psychopatycznym podejściem do otoczenia.
Musieli się w końcu zjednoczyć. Dla swego dobra. Jednakże w żadnym wypadku dla dobra kraju i obywateli.

Wszyscy ci, którzy już poznali osobiście zapisy z podsłuchów mówią, że to bomba atomowa. Jak wybuchnie, to rozsadzi resztki układu, który już i tak dogorywa. Przecieki do opinii publicznej będą coraz większe, aż w końcu tama puści i szambo się wyleje.

Mamy więc dwie śmierdzące ryby, które wkrótce pokażą swoje wnętrzności, niosąc za sobą zagładę wielu prominentów:  - Aneks do Raportu ws. Likwidacji WSI i taśmę z 70 godzinami zapisu rozmów Tuska z Kulczykiem.

Ja, stary miłośnik dwóch motorów, które kręcą światem – przypadku i teorii spiskowych, zastanawiam się, kto puścił w ruch mechanizm, który prowadzi do likwidacji III RP. Mam swoje teorie i to dosyć optymistyczne, bo sądzę, że to tylko wyjdzie Polakom (no... może nie wszystkim) na dobre. Lecz to już historia na całkiem odrębny tekst.

.PS. Pieprzu tam podsłuchom knowań Tusk - Kulczyk dodaje fakt, że nie były one dokonywane w jednej z podrzędej z warszawskich knajp z ośmiorniczkami, tylko w willi premiera na Parkowej!
Lecz, przypominam - i tak hasło na dzisiaj jest - ŁADUJ W DUDĘ!

środa, 19 sierpnia 2015

Następny krok Putina

TV Republika "odkryła" sprawę porwania estońskiego agenta służb specjalnych z terenu Estonii. Pisałem o tym prawie rok temu. Wówczas bez większego oddźwięku. Dzisiaj wreszcie jest o tym głośno.

Przypominam więc tamten tekst. 


 


Czy wielu Polaków gra w szachy? Oczywiście, nie. Tylko tyle, że znają reguły. Natomiast każdy Rusek ma to we krwi. A kagiebista to nawet w każdym płynie ustrojowym, oraz we włosach i paznokciach.
Podobno 85% rodaków nie rozumie gry w brydża. Jeden Korwin Mikke podobno rozumie.
A jeszcze więcej Polaków nie gra w pokera. A to przecież kwintesencja życia – blef, zmyłka i kamienna twarz. Poobserwujcie sobie kochani Wowę Putina. To przecież właśnie wybitny pokerzysta, szachista i brydżysta. 3 w 1.
A ponieważ Polacy mają do tych gier stosunek pogardliwy, to niestety wymiękają na pierwszym zakręcie, w zderzeniu z putinowskim geniuszem sprytu, perfidii, blefu, dezinformacji, oszustwa, podpuchy i chujograjstwa.
Bo Putin gra tylko w to co lubi. I nie są to skostniałe i spleśniałe gry dżentelmenów, jak jakiś tam krykiet, polo, czy golf. A tym bardziej najbardziej ulubione przez wszystkich zgredów świata, klasyczne wojny. Jak Putin chce wojny, to gra w swoją wojnę, swoimi kartami i swoimi figurami. I to gra tak, że przeważająca większość durni nie ma pewności – czy Putin naprawdę gra w wojnę, czy tylko nam się wydaje? Przecież powiedział sam, a nawet ten jego poważny smętniak Ławrow, że-Rosjanie-się-nie-mieszają-w-Ukrainę. Ich tam nie ma i nie wiedzą co się tam wyrabia. I tak na prawdę, specjalnie to ich nie interesuje.

Czujecie? I siedzą te głupki w europejskich stolicach, czy w Waszyngtonie i dumają – facet ma tylko dwie marne pary, czy może karetę, albo fulla? Albo on gra w coś innego i ma 5 bez atu? Nijak nie mogą go wykapować.
A już większość Polaków, którzy, jak już stwierdziłem, inteligentne gry umysłowe mają w d..., pogubili się absolutnie i zupełnie nie czują bluesa. Usłużne agenciki w zielonych kubraczkach podrzucają im łatwe i proste odpowiedzi, które łykają, jak małpa kit.
A Putin prowadzi grę niezmiernie wyrafinowaną. Strategiczną. Na dziesięć ruchów do przodu. I nieprzewidywalną i zaskakującą. Nawet dla jego znawców i pilnych obserwatorów, często niespodziewaną i tajemniczą.

W te zawiłości putinowskiej polityki wgłębiał się niedawno doktor  Grzegorz Kostrzewa Zorbas, świetny publicysta, politolog i dyplomata. Z tego, co m.in. zapamiętałem z enuncjacji pana doktora, to fakt, że na świecie broń nuklearna nie służy do tego, żeby ją użyć, tylko służy do zastraszania. ALE... oczywiście to nie dotyczy Putina!
Putin może w każdej chwili i w każdym miejscu odpalić ładunek nuklearny, pokazać wała i zapytać: - nu... i szto tiepier?
Oczywiście, na pewno nie zaatakuje bronią jądrową Ameryki, bo to by bolało. Lecz każde inne miejsce na świecie – proszę bardzo.
No więc, poruszając się ruchem konika szachowego, jak to zalecał wspaniały matematyk Levis Carroll w "Alicji w krainie czarów", co nota bene można też swobodnie przetłumaczyć – "Putin w europejskiej cywilizacji", popatrzmy gdzie ruski batiuszka byłby skłonny wycelować swoją zardzewiałą atomową bombkę ( a przypominam, że ma ich aż  8 i pół tysiąca w tym 1800 w gotowości bojowej [1] ).
Jak już napisałem, Stany Zjednoczone odpadają, bo natychmiast sam by spłonął w atomowym ogniu; reszta świata, to albo za daleko, albo nikogo nie obchodzi, więc na mój rozum pozostaje mu tylko Europa.
Paryż nie, bo Ruskie mają od dawna sentyment do tej stolicy wymyślnych rozrywek, a zapewne Francuzi w końcu im te Mistrale sprzedadzą; dalej, Londyn nie, bo tam przecież jest cała forsa nowo-ruskich; a Berlin, to przecież przyjaciele. Można by tak dalej wymieniać punkty na mapie, lecz skrócę - najbardziej pasują Putinowi i jego krwawym dobermanom, Warszawa, albo Wilno.
Według mnie Wilno raczej odpada, bo to za mały kąsek i nie zrobiłby takiego wrażenia. Pozostaje więc tylko, jako najbardziej prawdopodobny cel punktowego ataku nuklearnego, Warszawa. Podejrzewam, że Putin nie użyłby wielu głowic, bo po co? On nie chce niszczyć strategicznych celów przeciwnika, bo Polska tak na prawdę nie jest dla niego żadnym przeciwnikiem.
Ewentualne zniszczenie stolicy Polski głowicą jądrową ma na celu tylko jeden efekt – efekt propagandowy. Żeby na moment cały świat zamarł i stwierdził, że Rosja jest zdolna do wszystkiego i że trzeba z nią bardzo delikatnie. Jeszcze te parę tysięcy głowic zostało...

Wszystko co dotychczas Putin wyczyniał i co wylęgło się w jego kałmuckiej, kagiebowskiej głowie, to było stwarzanie pozorów i blef. Blef zawsze miał usprawiedliwiać następny krok. Popatrzmy przez chwilę na parę jego trików.

***********



Przeklęty przez wszystkich ludzi Rosji człowiek, Michaił Gorbaczow, pozwolił, żeby Związek Radziecki się rozpadł. Każdy, kto chciał, mógł zabrać swoją republikę i odejść w siną dal.
Jak objawił się udręczonemu ruskiemu narodowi Władimir Putin, to serce urosło, bo poszedł przekaz – nie będzie dalszego rozpadu sojuzu, a nawet wprost przeciwnie. Co się da odzyskać, to Rosja odzyska.

 Na samym początku trzeba był pozałatwiać parę spraw wewnętrznych. Bo jakby Związek Radziecki  nie dość stracił, to ci wredni islamscy Czeczeńcy też usiłują się oderwać od macierzy. NIET ! Powiedział Putin. Jeśli ktoś chce się przyłączyć, to proszę bardzo. A jak nie za bardzo chce, to mu przyjacielsko pomożemy. ALE już nikt od Rosji odłączać się nie będzie.
A Czeczeńcy dostaną sprawiedliwą nauczkę. Tzw. pierwsza wojna czeczeńska nie nauczyła ich moresu. Jednakże, żeby rozprawić się z nimi do końca, Putin i jego ludzie, potrzebowali solidnego pretekstu. Wymyślili wtedy i zrealizowali okrutny i brutalny plan – podłożyli bomby w budynkach mieszkalnych, gdzie w rezultacie zginęło 300 niewinnych ludzi. A za te zamachy oskarżyli czeczeńskich terrorystów. Bomby wybuchły we wrześniu 1999, w Bujnagsku w Dagestanie, W Moskwie Pieczatnikach, w Moskwie przy ulicy Kaszyrskoje i w Wołgodońsku. Są dowody i już nikt na świecie nie ma wątpliwości, że zamachy i zabicie tylu niewinnych ludzi było prowokacją FSB, kontynuatora KGB, z którego się Putin wywodzi. [2]
Po tym bestialskim akcie ludobójstwa własnych obywateli, Putin już spokojnie mógł poprowadzić drugą wojnę czeczeńską i eksterminację tego narodu.

Nieco innych pretekstów na kolejną napaść, tym razem na suwerenną Gruzję, czyli zewnętrzne, niezależne państwo, choć kiedyś sowiecką republikę, użył Putin w sierpniu 2008 roku. Tu sygnałem i powodem do napaści było "pokojowe niesienie pomocy" podbitym narodom Osetii i Abchazji wchodzących w skład Gruzji.
Gdyby wówczas polski prezydent, śp. Lech Kaczyński nie zebrał pięciu przywódców państw i nie poleciał, mimo toczącej się już wojny do Tbilisi, to Gruzja, jako samodzielne państwo już by nie istniała. Putin "pokojowo" wyzwoliłby uciemiężone narody spod władzy wstrętnych przywódców. A ci w podzięce zażądaliby przyłączenia do Rosji. Po chwili wahania i konsultacjach na Kremlu i w Dumie, Putin w końcu by się zgodził.

Teraz muszę się cofnąć dwa lata, do roku 2006-go, aby przywołać inny przypadek, w którym Putin chciał pokazać całemu światu, że nie można go bezkarnie obrażać.
Aleksander Walterowicz Litwinienko [3] też był pułkownikiem KGB a potem FSB. Był jednak o dziesięć lat młodszy od Władimira Putina, zaprzysiężonego wroga, który na młodego Litwinienkę wydał wyrok śmierci. Jego kłopoty zaczęły się już w 1998 roku, gdy ujawnił, że wydano mu rozkaz zabicia Borysa Bieriezowskiego, skłóconego z Putinem, bliskiego współpracownika Jelcyna i bardzo bogatego człowieka (majątek ok. 3 mld USD). Wkrótce aresztowano Litwinienkę. Jednakże udało mu zbiec z Rosji i w 2001 roku uzyskał azyl w Wielkiej Brytanii. Może gdyby siedział cicho i nie prowadził demaskatorskiej polityki wobec Putina, to by mu się upiekło. Ale on działał, nagłaśniał przestępstwa ruskich władz i co gorsza, znajdował posłuch. To on między innymi ujawnił, ze terrorystyczne ataki na budynki mieszkalne były prowokacją sfingowaną przez FSB. W ten sposób najprawdopodobniej wydał na siebie wyrok śmierci.

Władcy rosyjscy nigdy nie przebaczają, jeżeli kogoś uznają za osobistego wroga i zdrajcę. To element ich kultury, jakże podobny do zachowań sycylijskiej mafii. Można choćby przypomnieć śmierć Lwa Trockiego, którego po śmierci Lenina Stalin uznał za osobistego wroga. Wygnany z ZSRS tułał się po świecie, aż w końcu schronił się w dalekim Meksyku. Lecz Stalin wydał już wyrok na niego. W 1940 roku dopadł go wysłany za nim oficer NKWD, który czekanem rozłupał mu czaszkę.

Putin nie musiał deklaratywnie wydawać wyroku na Litwinienkę. Wystarczy, że w odpowiednim towarzystwie rzucił uwagę: - Jak taka swołocz może chodzić po świecie? Jednocześnie dał do zrozumienia, że śmierć byłego pułkownika KGB musi być przykładem dla innych ewentualnych zdrajców i nosić wyraźny podpis najwyższych rosyjskich władz.
1 listopada 2006 roku Litwinienko poczuł się bardzo źle. Wcześniej ze znajomym jadł sushi w słynnej restauracji, więc podejrzewał zatrucie pokarmowe. Bardzo się mylił.
Jeszcze przed pójściem do restauracji spotkał się z czynnym kagiebistą Andriejem Ługowojem i innym nieznanym osobnikiem o imieniu Władimir. Wypili razem herbatę. To w niej wysłannicy Putina umieścili śmiertelną truciznę, która powoli i w niesłychanych męczarniach zabiła Litwinienkę. Miało być spektakularne zabójstwo i było.
Scotland Yard i jego specjaliści długo podejrzewali zatrucie talem, który m.in. bywał stosowany w trutce na szczury. Świadczyły o tym objawy, jak na przykład wypadnięcie wszystkich włosów.
W nocy z 23 na 24 listopada Litwinienko zmarł, zamordowany przez Putina, którego w przed-śmiertelnym liście obarczył winą za swoją śmierć.
Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała rzecz niesłychaną, Litwinienkę zabito izotopem Polonu 210 dosyć słabo radioaktywnego, lecz śmiertelnie toksycznego, podanym mu w herbacie podczas spotkania z kagiebistami. Tutaj przejawia się cała perfidia Putina. Polon, jako pierwiastek nie występuje naturalnie w przyrodzie. Prawie 90% całego polonu jest wytwarzane w jednych zakładach nuklearnych nad Wołgą. Czyli, dla zwykłych ludzi jest nieosiągalny, a na dodatek potwornie drogi.
Przekaz jest jasny i czytelny – zdrajcę i wroga Putina zabiła Rosja.
I co? I nic.

Co Rosja i Putin wyrabiał i nadal wyprawia na Ukrainie mamy świeżo w pamięci. Też tutaj gra dziwną grę, której schematyczni politycy zachodu nie są w stanie ogarnąć.
Gdy ukraiński naród się zbuntował i już dalej nie chciał ruskiej "opieki" i realizującego tą politykę szubrawca i złodzieja, swego prezydenta Janukowycza, Putin chwilowo stracił kontrolę nad Ukrainą, diamentem w koronie ruskich wpływów. To było wprost niesłychane! I oczywiście nie można było tego zostawić bezkarnie.
Dobrze wiemy, co dalej wyrabiał Putin na Ukrainie, którą wg. Moskwy opanowali faszystowscy banderowcy. To określenie warto zapamiętać, bo jest oficjalnym sloganem, używanym również w polskim internecie przez agentów i wyznawców Kremla.
Toczy się wojna bez wojny. Teoretycy świata dwoją się i troją do zrozumienia i określenia tego co się dzieje; nazywają to wojną zastępczą lub wojną hybrydową. A jest to po prostu nowa gra Putina, dla której zachód jeszcze nie ma nazwy.
Zajęto Krym bez jednego wystrzału. "Szczęśliwa" ludność pod ruskimi karabinami przegłosowała przystąpienie do Rosji. I tak odbyło oderwanie się fragmentu terytorium niepodległej Ukrainy, mimo ważnych międzynarodowych traktatów.
Świat cały, zgodnie ze słusznymi przypuszczeniami kagiebowskiego mistrza szachowego pokrzyczał, pokrzyczał i nie zrobił nic.

Warto na chwilę się zastanowić, dlaczego Ukraina i jej podporządkowanie Rosji, jest takie ważne dla Putina. Bez ubezwłasnowolnionej Ukrainy, całkowicie podporządkowanej Kremlowi niemożliwe jest odbudowanie Wielkiego Sojuzu.
Więc wszyscy, którzy myślą, że konflikt zakończy się na federalizacji, albo oderwania Doniecka i Ługańska, grubo się mylą. Rosja musi mieć całą Ukrainę, bez żadnej dyskusji. Albo jako część federacyjna Rosji, albo z całkowicie spolegliwym rządem i władzami, jak to np. ma miejsce na Białorusi i prorosyjskich państwach azjatyckich, z tzw. unii celnej.

Wniosek jest jeden – Ukraina może się jeszcze spodziewać ogromnych przykrości ze strony Rosji. Chwilowo jest rozejm, a Moskwa przystępuje do planu B. Co chyba zresztą się już zaczęło poprzez manipulację dostawami gazu z Rosji do Europy.

Niestety, ciągle jeszcze nie wiemy i nie jesteśmy w stanie określić, jaki ostateczny cel nakreślił sobie Putin i jego sfora w szaleńczych, imperialistycznych zapędach.
Czy po rozprawieniu się z Ukrainą przyjdzie kolej na Łotwę, Litwę i Estonię?
Pewne światło na te zamierzenia może rzucać niesłychanie bezczelny incydent, który tydzień temu rozegrał się na rosyjsko – estońskim przejściu granicznym w miejscowości Luhamaa. [4]
Estoński oficer służby bezpieczeństwa, Eston Kohver, specjalista od rosyjskiej przestępczości transgranicznej, wysokiej klasy agent, który wielokrotnie Rosjanom zalazł za skórę, zwalczając i likwidując ich skandynawskie szlaki przerzutu, pełnił właśnie służbę na granicy. Wówczas rozegrała się scena jak z hollywoodzkiego "Mission Impossible". Nagle została zakłócona wszelka łączność radiowa, zarówno krótkofalowa, jak i komórkowa. Ze strony rosyjskiej rzucono granaty dymne zasłaniające obraz. Wówczas grupa zamaskowanych oficerów FSB,  wtargnęła na terytorium Estonii, obezwładniła Estona Kohvera i uprowadziła go do Rosji. Są tego świadkowie i są na to dowody.
Estonia natychmiast zwróciła się do Rosji o uwolnienie swojego oficera i wyjaśnienie incydentu.
Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) poinformowała agencję Interfax, że zapobiegła tajnej operacji estońskiej służby bezpieczeństwa na terytorium Rosji.
Według FSB estoński oficer Policji Bezpieczeństwa (KaPo), Eston Kohver, został zatrzymany na terytorium Rosji z nabitym pistoletem Taurus, 5 tys. euro w gotówce, szpiegowskimi instrukcjami na piśmie i sprzętem nagrywającym. FSB twierdzi, iż realizował on tajną operację estońskich służb specjalnych. Na podstawie tych oskarżeń sąd  w Moskwie nakazał jego aresztowanie pod zarzutami: nielegalnego przekroczenia granicy, szpiegostwa i nielegalnego posiadania broni.
Co może zrobić mała Estonia wobec tak jawnie bezczelnej prowokacji?
Jakoś o tym wydarzeniu bardzo mało mówi się w Polsce. Sprzyjające Kremlowi media, skutecznie wyciszyły tą informację.
Jednakże wszystkie tajne służby są poważnie zaniepokojone, a specjalistyczna prasa nadaje temu bardzo wysoki niepokojący priorytet.
Porywanie asa wywiadu z terytorium jego własnego kraju jakoś kojarzy mi się z Prowokacją Gliwicką tuż przed napaścią Niemiec na Polskę w 1939 roku.
Jak widać, Rosja zaczyna coś wyczyniać wokół państw bałtyckich – Litwy, Łotwy i Estonii. Putin rozpoczął następną zagrywkę, dokładnie, jak to Lech Kaczyński i jego stratedzy przewidzieli.

A wczoraj Putin zaserwował jeszcze jeden element swojej łamigłówki dla zagranicy. Dostawy gazu do Polski spadły o 45 procent. Na Słowację też około 10%. Niby chodzi o tak zwany rewers, czyli odsyłanie części ruskiego gazu wstecz na Ukrainę.
Czyli do działań militarnych, wojny propagandowej, bezczelnych blefów i prowokacji, Putin dołączył broń ekonomiczną. Pokazuje, że zimą może zamrozić nie tylko Ukrainę, ale też dowolne państwa zachodu. W tym Polskę.
Jeżeli do wczoraj państwa unii i USA z lekka sobie ważyły awanturnicze poczynania Putina, to dzisiaj muszą się poważnie zastanowić i podjąć zdecydowane kroki.
A w Polsce w końcu przestanie się gadać o dywersyfikacji źródeł energii, tylko w końcu zacznie się zdecydowanie działać.

***********

Putin jest kagiebistą; pułkownikiem służb specjalnych. Raz zaprogramowany na tych wszystkich specjalistycznych kursach i szkoleniach, do końca życia będzie już myślał i działał jak tajny agent – czyli pokrętnie, kłamliwie, podstępnie i z zaskoczenia. Tak myślę, że może to i dobrze, ze nie jest on z ruskiej armii, bo wtedy, kto wie, mielibyśmy już otwarty konflikt nuklearny.

Jako kagiebista, kolejny wnuk carskiej ochrany, Putin przykłada wielką wagę do psychologicznego przygotowania przeciwnika. Siania strachu i niepewności, wprowadzenia dezinformacji i podkopywania morale ludności.
Realizuje się to za pomocą rzeszy agentów wpływu. Mają oni za zadanie urabiać opinię publiczną, siać zamęt i niepewność.
Znając strukturę społeczną poszczególnych narodów, na przykład w Polsce, dużą grupę, jak to się pospolicie nazywa "lemingów" bezwolnej i łatwo sterowalnej masy, jak również nieco mniej liczną na prawicy grupę "pożytecznych idiotów", o identycznych predyspozycjach, jak lemingi, kremlowscy agenci wpływu z powodzeniem mogą realizować swoje zadania.
Te nowe wojny – wojna psychologiczna, wojna propagandowa i wojna informacyjna,  w takim natężeniu i intensywności, to kompletnie nowe formy walki, z którymi NATO dopiero tydzień temu, na ostatnim swoim szczycie, zdecydowało się coś zrobić.

Obraz dodatkowo zaciemnia i zniekształca powszechność internetu i telefonii komórkowej, które to techniczne rewolucje wybuchły całkiem niedawno i kompletnie zmieniły percepcję otoczenia i całego świata.
Całkiem incydentalnie, ludzie głupi i słabi dostali w ręce narzędzia, które pozwalają im multiplikować i amplifikować wdrukowane im przez agenturę wpływu postawy i poglądy.
Blogosfera wprost roi się od idiotycznych sformułowań, których  jedyną cechą jest stawianie satrapy i bandyty w lepszym świetle, niż na to zasługuje. Jeszcze nigdy nie miał w Polsce tylu obrońców, co ma teraz. Dobra robota agenturo! Będzie pewnie parę orderów Lenina.

*****************

Cóż jeszcze Putin i jego menażeria może nam zaserwować, ze swojego worka trików? Konkretnie nie wiemy. Nie tylko dlatego, że jest skrajnie nieobliczalny i nieznane są granice jego imperialistycznych ambicji. Również dlatego, że jest człowiekiem kultur azjatyckich, czy to tatarsko – mongolskich, lub jak to określił Koneczny – cywilizacji turańskiej. Ma zupełnie inne kryteria wartości, oceny moralne i poczucie dobra i zła. A naiwny zachód przez tyle lat miał nadzieję, że zdoła go ucywilizować, zaszczepić Rosji demokrację i powoli przeciągnąć ten kraj na europejską strefę wpływów. Tymczasem spłynęło to po nim, jak woda po kaczce.

Jednakże błędem też jest demonizowanie go. Jak dotychczas ponosi on więcej porażek niż sukcesów. Ni udało się całkowicie z Gruzją. Na dzień dzisiejszy jego skomplikowana kampania ukraińska, to też fiasko.
Choć na razie, jego działania, czy to w Gruzji, na Ukrainie, czy w Estonii przypominają zaczepki i potyczki oddziałów tatarskich harcowników, co zazwyczaj nękały przeciwnika, podłamując go i wyniszczając, zanim zwaliły się główne hordy mongolskie.
Wtedy już zazwyczaj było bardzo źle.

Putin też wie bardzo dobrze o jednym. Na obszarze cywilizacji, gdzie się znajduje, przywódcy są cenieni, a nawet uwielbiani, tak długo, jak zwyciężają. Powinie się noga, popełni się błąd i w rezultacie się jakiejś walki nie wygra – wtedy gwałtownie przestaje się być przywódcą. Wewnętrzna, własna sfora natychmiast rozszarpie upadłego gieroja.

Dzień po dniu obraz się zmienia. To element gry Putina. Wszystko jest możliwe i nic nie jest pewne.





[1] http://natemat.pl/63575,rosja-ma-najwiecej-glowic-atomowych-nikt-nie-chce-zrezygnowac-z-broni-nuklearnej
[2] http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamachy_bombowe_na_budynki_mieszkalne_w_Rosji_%281999%29
[3] http://pl.wikipedia.org/wiki/Aleksandr_Litwinienko
[4]
http://www.defence24.pl/news_porwanie-estonskiego-oficera-kapo-jasny-komunikat-moskwy