Za komuny komisarze, politrucy i reszta tym podobnej swołoczy,
lubiła prezentować taki "chitry" dowcip: Jak myślicie towarzysze, Pan
Bóg stworzył mężczyznę do pracy, czy do przyjemności? Zazwyczaj po
dłuższej chwili odpowiadał wesołek Kowalski, którego zawsze można
znaleźć w każdym gronie: - Oczywiście, dla przyjemności, by radować się
życiem!
Odpowiedź była niestety druzgocząca: - Mylicie się Kowalski,
niestety do pracy. Jak by dobry Bóg chciał, byś był dla przyjemności, to
byś miał dziesięć penisów i jeden palec. Ale macie dziesięć palców i
tylko jednego penisa. Powszechne: ha, ha, ha...
Dowcip marny, ale miał do głowy wbijać, że w komunizmie liczy
się tylko praca. Odpoczynki i rozrywki to imperialistyczna dekadencja.
Nie mówili tego wprawdzie publicznie, ale przyświecała im tylko jedna
idea, wykuta w żelazie na bramie w Auschwitz – "Arbeit macht frei".
Tak oto, w komunizmie szło się do raju, w bliżej nieokreślonej
perspektywie, poprzez ciężką niewolniczą wprost pracę. Co więcej – nie
pracujący był elementem wybitnie podejrzanym.
- Darmozjad, bikiniarz i kryminalista – mówiono zazwyczaj.
A czy w kapitalizmie było lepiej? W żadnym wypadku, ale...
Australia była pierwszym państwem, gdzie w XIX wieku wprowadzono
ośmiogodzinny dzień pracy. To naprawdę pierwszy potężny przełom w
relacjach pomiędzy pracodawcą i pracobiorcą. Ale tak naprawdę, dopiero
pierwszy krok.
Europa i Ameryka zatrzęsły się w posadach na taki bluźnierczy australijski pomysł.
- To zahamuje postęp! – wrzeszczeli tak zwani burżuje.
- Ludzie będą umierać z powodu wolnego czasu! Upiją się na śmierć i umrą
z nudów! – wtórowali im, jak zwykle usłużni naukowcy i autorytety.
Po tysiącleciach niewolnictwa, poddaństwa i pańszczyzny, było kompletnie
niezrozumiałe, że nie tylko klasa próżniacza, ale zwykły lud, może mieć
wolny czas, rozrywki i zajęcia nie związane z pracą. To się w głowach
nie mieściło. Nawet tych najbardziej światłych.
Gdy potem nastali dobrzy znani mądrale – Marks, Engels, czy Lenin; sami
zresztą dobrze wypasieni kapitaliści, to w swych wspaniałych dziełach,
nie zachęcali, by ulżyć biednemu człowiekowi, tylko, żeby odebrać
wściekłym krwiopijcom – kapitalistom i wszystkich zmusić do jednakowej,
ciężkiej pracy.
Oczywiście, nie, żeby jutro było nam lepiej, tylko dla raju w przyszłości.
To znowu taki "chitry", jak to oni lubili mówić, zabieg: - raj, to my,
przywódcy, urządzimy sobie zaraz, a wy, reszta, urządzicie raj dla
waszych wnuków, albo precyzyjniej – dla wnuków, waszych wnuków.
Jeszcze w latach osiemdziesiątych, gdy komunizm na świecie ledwo się
słaniał, tak, jak w Polsce, pracowało się na tydzień 48 godzin. Każdego
dnia, łącznie z sobotami 8 godzin. Wolne były tylko niedziele. Choć nie
zawsze, bo komuna kochała urządzać w niedziele tak zwane czyny
społeczne.
W tym samym czasie, w kapitalistycznej, a jakże, Francji (choć z
poważnym pierdolcem na punkcie komunizmu), zaczęto wprowadzać już 36
godzinny tydzień pracy, co mamy do teraz, czyli – od poniedziałku do
czwartku po 8 godzin pracy, w piątek tylko pół dnia, czyli 4 godziny, a
reszta wolne.
Tak, tak, w komunizmie, aby być dobre 50 lat z tyłu za wrednymi
imperialistami, trzeba było tygodniowo pracować 12 godzin więcej.
W końcu, po siedemdziesięciu latach obietnic tego raju w przyszłości,
tego zaharowywania się dla przyszłych pokoleń, to oficjalnie, a
nieoficjalnie, dla kawioru, sklepów z a firankami, nomenklatury, tego
"zdrowie wasze w usta nasze" (to Wałęsa – przypominam), ludziom, jak to
się dzisiaj mówi, łuski w końcu spadły z oczu, rozpieprzyli cały ten
komunizm, drani, jak Ceausescu rozwalili na miejscu, szkop Honecker
musiał spieprzać ruskim helikopterem z Berlina, co widziałem akurat na
własne oczy, by nie spotkał go taki sam los, tylko cholera, u nas, w
Polsce, żydy komuchy i żydy solidaruchy zawarły pod okrągłym stołem
tajny deal (żydzi nie jako naród, tylko żydzi, jako polska swołocz) i
oprawca w czarnych okularach został z honorami pochowany, dożywając w
spokoju 90 lat.
I dlatego w mojej ukochanej ojczyźnie, już od tego przełomu w 1989 roku,
czyli 25 lat mamy totalny burdel, bo nikt nie może szczerze powiedzieć,
czy to już kapitalizm, czy to jeszcze komunizm.
A już najgorzej jest, jeśli chodzi o pracę. Okazuje się, że naprawdę za
marne grosze, Polacy pracują najwięcej w całej Europie! Nie dość tego,
chyba ze cztery miliony wyjechało w świat, by brać tam pracę, której
rozpaskudzony i rozleniwiony "zachód" nie chce wykonywać. Tak jest na
prawdę – bądźmy uczciwi w tym względzie.
Popatrzę tutaj choćby na siebie. Inżynier elektronik po polibudzie, by
założyć i utrzymać rodzinę poszedł na morze. Początkowo 9 – 6 miesięcy
poza domem. A od 30 lat pracujący na zachodzie.
A dlaczego na tym zachodzie z dużą łatwością, ja, czy śp. seawolf
zdobyliśmy pracę, a młodsi nasi koledzy nadal nie mają kłopotów i są
wprost rozchwytywani. Bo "zachód" już nie chce pływać. Bo to samo ma na
miejscu, koło domu. Bo chce być zdrowym i nie umierać młodo, jak nasz
niezapomniany kolega seawolf.
Początkowo byłem tanią siła roboczą, za komuny i na początku transformacji.
Dopiero po wstąpieniu do Unii, czyli od 10 lat, zacząłem być traktowany,
jak równoprawny obywatel świata. Czyli dopiero wtedy dopadł mnie w
pracy kapitalizm. A, żeby było jeszcze lepiej, to ten najbardziej ludzki
– skandynawski (choć jak to już jest od XIX wieku, najprzyjaźniejszy
jest australijski).
Proszę tu nie zazdrościć, bo praca faktycznie jest niesłychanie ciężka, szczególnie we flocie offshore.
Pracuje się tak: jest to system "one on – one off". Co oznacza, że
pracuję cztery, albo pięć, albo sześć tygodni na statku albo w stoczni, a
następnie mam tyle samo – cztery, pięć, albo sześć tygodni wolnego w
domu. Pracuje się bez ustanku siedem dni w tygodniu, na, powiedzmy
statkach typu shuttle tanker 10 godzin dziennie, a na wiertniczych, czy
sejsmicznych,12 godzin. Czyli w tygodniu od 56 godzin do 84 godzin. Co
biorąc pod uwagę system 1 : 1, realnie wynosi 35 do 42 godzin tygodniowo
pracy, przez cały rok. Te wyższe godziny rekompensowane są wyższymi
zarobkami.
To jeszcze mało – Norwegowie już przeszli (pod swoją banderą), a Anglicy
i Duńczycy zaczynają przechodzić na system "one on – two off", 1 : 2.
Powiedzmy, cztery tygodnie pracy i osiem tygodni odpoczynku. Niestety,
nie jestem Norwegiem pod norweską banderą. Ale te decyzje norweskiego
ministerstwa pracy i ministerstwa zdrowia wytyczają światowy trend.
Muszę tu jednak uczciwie zaznaczyć, że piszę tutaj o wyjątkowo szkodliwych warunkach pracy.
**********
Czy wiecie szanowni Państwo kto to taki – Carlos Slim Helu?
Oczywiście, że wiecie. To przecież słynny Meksykanin, najbogatszy
człowiek świata, no nie w tym roku, bo stracił ten przywilej na rzecz
Billa Gatesa, ale był najbogatszym w 2013 i praktycznie od 2008 Carlos
Slim, Bill Gates i Warren Buffett są po kolei najbogatszymi.
Jaki bogaty? Wartość majątku – 72 miliardy USD. Według Forbesa 12
najpotężniejszy człowiek świata. Właściciel rozlicznych firm i
przedsięwzięć na całym świecie, lecz głównie znany jako zawiadujący
całymi sieciami komórkowymi w Ameryce Łacińskiej i Południowej (choć w
USA też ma udziały i nawet posiada duńską KPM).
Po co ja tutaj, pisząc o ludzkiej pracy wspominam tego kapitalistycznego krwiopijcę?
Nie bez powodu. On i Bill Gates – najbogatsi, są jednocześnie
największymi filantropami, starającymi się teraz, już po zdobyciu swoich
miliardów, ulżyć doli wszystkim ludziom na całym świecie. Dosłownie
wszystkim – bez wyjątku.
Kto wie, czy pomysł Carlosa Slima, który poniżej opiszę, nie będzie
takim przełomem w pracy ludzkości, jak ten pochodzący z XIX Australii?
Otóż Carlos Slim wymyślił sobie tak i zaraz zaczął to wprowadzać w życie.
[...]
Miliarder
Carlos Slim Helu, meksykański magnat
telekomunikacyjny podczas biznesowej konferencji w paragwajskim Asuncion
przypomniał o idei, o której wspominał już przed dwoma laty
- zakładającej wydłużenie dnia pracy do 11 godzin, przy jednoczesnym skróceniu tygodnia pracy do 3 dni.
- Pracując trzy dni w tygodniu, mielibyśmy więcej czasu na odpoczynek, na podnoszenie jakości życia - mówił przedsiębiorca, cytowany przez „Financial Timesa”.
Według Slima podzielenie pracy na trzy dni w tygodniu byłoby bardziej
efektywne, a cztery dni wolnego, które dzięki temu uzyskaliby
pracownicy, zmusiłoby ich do szukania nowych aktywności. W ten sposób
doprowadziłoby do pobudzenia kreatywności.
Według miliardera podniesieniu powinien natomiast ulec wiek emerytalny.
Meksykanin twierdzi, że w czasach, gdy żyjemy po 85-90 lat, a praca w
przypadku większości pracowników nie jest tak wymagająca fizycznie jak
dawniej, powinniśmy pracować dłużej - do 70-75 roku życia. Sam Slim ma
już 74 lata.
Jak informuje „FT”, niektóre z przedstawianych koncepcji Slim stara się
wdrażać w swoich firmach. W meksykańskim Telmeksie wdrożył system,
zgodnie z którym osoby pracujące na zbiorowej umowie, które dołączyły do
przedsiębiorstwa jeszcze jako nastolatkowie, po przekroczeniu 50 roku
życia mogą kontynuować pracę w trybie 4-dniowego tygodnia pracy - przy
zachowaniu 100 proc. wynagrodzeń. [...]
http://kariera.forbes.pl/carlos-slim-helu-proponuje-3-dniowy-tydzien-pracy,artykuly,180179,1,1.html
Możliwość skrócenia
tygodnia pracy - z obecnych 40 do 30-35 godzin - rozważa się od wielu lat i w wielu konfiguracjach. Kilka miesięcy temu
na
pomysł ograniczenia dnia pracy do 6 godzin wpadli Szwedzi, którzy na
grupie urzędników z Goeteborga zamierzają sprawdzić, jakie skutki, dla
zdrowia i efektywności zawodowej, może przynieść taka zmiana. W Australii z kolei od jakiegoś czasu testuje się
model
pracy w 4-dniowym trybie - po 9 i pół godziny dziennie. Podobne próby
skracania tygodnia pracy podejmuje się również w niektórych
amerykańskich stanach, np. w Utah czy na Hawajach.
***************
Zaraz ktoś się może mocno zdenerwować i ryknąć: - O czym q...a ten
palant mówi!!! Nie ma pracy, 13% bezrobocie, połowa zatrudniona na
umowach śmieciowych, bez emerytury i opieki zdrowotnej, a on tu pieprzy o
trzydniowym tygodniu pracy!!!
Spokojnie proszę.
To nie ja jestem winien, że przez 25 lat dajemy się robić w bambuko i
nie zadbaliśmy o należyty standard pracy, koncentrując się tylko na
poprawie standardu życia, kupując stukaną brykę w Niemczech (BMW – a
jakże!), łojąc się wyjątkowo tanim alkoholem, otaczając się gadżetami za
1 zł, po podpisaniu cyrografu z niemieckimi, czy francuskimi
złodziejami od telefonów komórkowych na dwa lata. Do tego jeszcze tylko
płaski TV z TVNem i Polsatem i imprezka z takimi samymi przyjaciółmi.
Ale żeby mieć tylko taką namiastkę, głównie z second handu, musimy
zapieprzać, dobrze jak tylko 70 godzin tygodniowo – dwa razy tyle, co
taki Niemiec.
Czy wiecie, że tylko Cypr i Grecja, gdzie kryzys niemalże nie rozwalił
państw. nas wyprzedzają, jako jedyne w Europie, w krótkoterminowych
kredytach konsumpcyjnych? Czyli w pożyczkach na życie. Potem to trzeba
odrobić. Oczywiście.
Przez 25 lat niby niepodległości, nikt, dosłownie nikt, nie pomyślał i
co więcej, nie zadziałał, żeby polepszyć standard życia i pracy
obywateli.
Biedny, otumaniony naród cieszy się – myśli, że jest lepiej. Bo nie wie, jak na prawdę jest na świecie.
Cieszą się bidulki, że autostrady się buduje, że Euro w Polsce i jakie stadiony.
Ta, częściowo zbędna infrastruktura, jak te niebotycznie drogie
stadiony, czy tuskowe Orliki, zamiast obiadu dla każdego głodującego
dziecka (światowy wstyd !!!), które taką dumą napawają posła
Niesiołowskiego, czy panią Kidawę – Błońską, powstały z idiotycznego i
korupcyjnego trwonienia pieniędzy danych przez Unię Europejską. Danych,
ale czego nikt nie mówi, które kiedyś trzeba będzie zwrócić.
Tak, tak... w Polsce się polepsza. W każdej rodzinie i w każdym domu.
No... może nie w każdym, ale na pewno u państwa Kulczyków, Solorzy, Kwaśniewskich, czy Sikorskich.
************
Jeszcze raz na koniec; - świat i to nie ten z czołówki, tylko nawet
"biedny" Meksyk, myśli już poważnie o trzy-dniowym tygodniu pracy przy
zachowaniu pełnej pensji.
A ty Polaku – ile jeszcze zamierzasz jeszcze harać świątek, piątek i niedziela, za nędzne grosze???
.
It's A Hard Life...