środa, 6 maja 2015

Oportunizm i konformizm




Stawiamy na pomnikach ludzi twardych i bezkompromisowych. Podziwiamy ich. Mówimy o nich - bohaterzy. Lecz, czy chcielibyśmy stanąć na ich miejscu? Niespecjalnie. Wszyscy mamy swoje małe słabości i ułomności. Chociaż... bardzo często nam się je wmawia. W wielu krajach i we wielu kulturach umiejętność zdążania i uzyskiwania kompromisu jest uważana za bardzo pozytywną cechę. U nas raczej nie.


Co my mamy robić – ludzie, którym Dobry Pan poskąpił żelaznej woli i twardych, jak skała przekonań? My, którzy się często łamiemy, idziemy na kompromis, a dla świętego spokoju oddalibyśmy serdeczny palec lewej ręki.

Bez publicznej spowiedzi, zastanówmy się w myślach, ile to razy zdarzyło się nam być oportunistą, albo jeszcze gorzej konformistą. Ile razy sprzeniewierzyliśmy się nieubłaganym zasadom moralnym, chociażby dla świętego spokoju.
Jeżeli znany mi bardzo dobrze, jak zły szeląg, sąsiad, bogaty buc, jak chleje to tłucze się z żoną i ja mam dylemat, bo jak pójdę do niego, to wiem, że też będę zmuszony z nim się potłuc, a jak zadzwonię po policję, to jego małżonka wszystkiemu zaprzeczy, to co ja mam robić? Nie robię nic, bo nie chcę eskalacji. Chcę dalej mieszkać w ciszy i spokoju, bez przypuszczalnego konfliktu wiszącego nade mną. Proszę, oto oportunizm pierwszej klasy.

Dlaczego tak jest? Bo właśnie postawy kompromisowe, a w tym oportunizm i konformizm, są zwieńczeniem naszego rozwoju społecznego. Nasza psychika jest w ten sposób  ukształtowana, że staramy się tak mocno, jak tylko możliwe unikać konfliktu i zadrażnień. Nasza nie tak dawno wykształcona empatia ma tu również niemałą rolę. Nie tylko unikanie, lecz również nie czynienie samemu krzywdy drugim, jest bardzo mocno w nas wbudowane. Niejeden z nas, gdyby nagle, z jakiegoś powodu, znalazł się sam na sam, w jednym przedziale Intercity, z tak tu przez nas wyśmiewanym i pogardzanym Jakubem Wojewódzkim, to najprawdopodobniej, nie powiedziałby mu wszystkiego, co o nim myśli. Tacy już jesteśmy.

Jeżeli wujek zapisał się do komunistycznej partii, by zostać dyrektorem przedsiębiorstwa, to może uczynił tak dlatego, że on żyje tylko dla tych, których kocha – żony i dzieci. Czy on wówczas był godnym pogardy konformistą?
Mówi się czasem o kimś – to słaby człowiek. Chyba nawet jest ich więcej niż tych silnych. Raz są twardzi, lecz częściej ulegają w swoim życiu. Pewnie nawet tego żałują. Chciałbym zobaczyć tu wielu bezkompromisowych i radykalnych blogerów, jak oni tą twardą postawę tutaj reprezentowaną, realizują w swoim prywatnym zachowaniu. Bez nicka i awatara. Paru takich pistoletów tu w blogosferze, najprawdopodobniej w życiu to są potulne baranki, leczące swoje kompleksy poprzez agresywne artykułowanie radykalizmów.

Więc dlaczego oportunizm i konformizm są takie pejoratywne? Dlaczego potępiamy tego partyjnego wujka? I dlaczego my się wstydzimy, gdy idziemy na kompromis. O proszę, właśnie – u nas się mówi idziemy na kompromis, zamiast szczytnie – osiągamy kompromis.

Zgoda, bydlakowi nie podamy ręki; zdrajcę należy rozstrzelać, świnią wzgardzić.
Jednakże w całym naszym życiu będziemy małymi oportunistami i chcę zobaczyć tego, który zatrzymany przez policjanta, bo jechał 100 na godzinę, zamiast dozwolonego 70, na sugestię funkcjonariusza, że za 50 zł może zapomnieć o wykroczeniu, mu odmawia.

Polska typu A, czy Polska typu B?


Andrzej Zybertowicz, socjolog, profesor UMK, dokonał oto takiej klasyfikacji państw:

Kraj typu (A) – "[...] jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Jest państwem jednolitym, w którym władza zwierzchnia należy do narodu. [...] to kraj, w którym organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa, a podstawę ustroju gospodarczego stanowi społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej o raz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych." [1]

Kraj typu (B) – "[...] jest sterowany w znacznej mierze przez korupcję, lobbing zblizony do korupcji i przez przestępczość, [...] sterowany przez to, co nazywa się układem, począwszy od poziomu centralnego, gdzie następuje dystrybucja dóbr największych, a skończywszy na układach w gminach i powiatach." [1]

Jak myślicie, skąd wziął się opis państwa typu (A)? Otóż nie z żadnego utopijnego dzieła fantasty, tylko z Konstytucji RP! Tak sobie panowie konstytucjonaliści wymyślili, że taka właśnie ma być nasza ojczyzna.
Przyznacie, że nic dodać nic ująć...

A jak jest w rzeczywistości? Niestety, Polska jest ewidentnym przykładem kraju typu (B). Dużo pisałem o układach. Kraj nasz jest przeżarty nimi od góry do dołu. Spróbujcie coś załatwić w gminie, jako zwykły obywatel. Natraficie na ścianę. Można ją tylko pokonać przy pomocy znajomości, albo przy pomocy łapówki wręczonej odpowiedniej osobie.
Janek Pietrzak powiedział w telewizji, że Warszawa jest opanowana przez maniaka, który wszystkie ulice obstawia słupkami. Maniak? Czyżby? To znajomy pewnej skorumpowanej osoby, która kolesiowi dała glejt na pokrycie miasta milionem słupków. Po prostu, taki koleżeńsko biznesowy układ. Śmiem podejrzewać, że wszystko, co się w Polsce buduje: drogi, osiedla, sklepy, zakłady pracy, to wyłącznie takie koleżeńsko – biznesowe układy. Postronny, nowy człowiek, chcący uczciwie przystąpić do jakiegokolwiek przetargu nie ma najmniejszych szans. Przetargi są dla swoich, czyli układu.

Kraj typu (B) w sposób zdecydowany i bezwzględny broni swoich rubieży. Gdy coś zagraża temu układowi gotów jest posunąć się do każdego przestępstwa. Przedstawiona ostatnio lista ofiar "seryjnego samobójcy" ma złowieszczą wymowę. Przypadkiem wszystkie ofiary zagrażały państwu typu (B). Były dla niego niewygodne i groźne. Więc zdecydowano się na rozwiązania ostateczne.
Beneficjentami tego typu państwa jest wąska grupa ludzi władzy, służb i przedsiębiorców należących do układu lub układów. Reszta społeczeństwa, czyli większość narodu, jak to mówią młodzi, może się walić. Kompletnie nie są w centrum zainteresowania żadnych władz, a raczej nawet przeszkadzają. Są tylko ważni jako ofiary, do różnego rodzaju łupienia. Ich dobrostan jest sprowadzony do najprymitywniejszych poziomów.

Kraj typu (B) powstał na kanwie szalbierstwa okrągłego stołu. My naiwni myśleliśmy, że oto decydują się ważne losy kraju i narodu, a tam szubrawcy dokonywali podziału łupów i kładli podwaliny pod istniejące obecnie układy. Dokonano bezczelnej grabieży, niezbyt bogatego przecież kraju, na oczach zachłyśniętego "wolnością" i "nowością" narodu.

Czy jest możliwe przejście z kraju typu (B) do kraju typu (A)? Teoretycznie tak, jednakże w praktyce będzie to zadanie trudniejsze niż stajnie Augiasza.
Lecz na pewno nie da się tego zrobić, żadną demokratyczną drogą, jak wybory, zmiana władzy, czy nowy sejm. Korupcyjne układy zdołały się przekształcić w szary, przestępczy system, który jest mocno zakorzeniony i niezależny od tego, kto daną władzę sprawuje.

-------------------------------------------------

[1] Prof. Andrzej Zybertowicz, "W centrum, czy na obrzeżach? Przemoc w III RP", Przegląd Socjologiczny
Obrazek użytkownika jazgdyni
Kraj
Andrzej Zybertowicz, socjolog, profesor UMK, dokonał oto takiej klasyfikacji państw:
Kraj typu (A) – "[...] jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Jest państwem jednolitym, w którym władza zwierzchnia należy do narodu. [...] to kraj, w którym organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa, a podstawę ustroju gospodarczego stanowi społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej o raz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych." [1]
Kraj typu (B) – "[...] jest sterowany w znacznej mierze przez korupcję, lobbing zblizony do korupcji i przez przestępczość, [...] sterowany przez to, co nazywa się układem, począwszy od poziomu centralnego, gdzie następuje dystrybucja dóbr największych, a skończywszy na układach w gminach i powiatach." [1]
Jak myślicie, skąd wziął się opis państwa typu (A)? Otóż nie z żadnego utopijnego dzieła fantasty, tylko z Konstytucji RP! Tak sobie panowie konstytucjonaliści wymyślili, że taka właśnie ma być nasza ojczyzna.
Przyznacie, że nic dodać nic ująć...
A jak jest w rzeczywistości? Niestety, Polska jest ewidentnym przykładem kraju typu (B). Dużo pisałem o układach. Kraj nasz jest przeżarty nimi od góry do dołu. Spróbujcie coś załatwić w gminie, jako zwykły obywatel. Natraficie na ścianę. Można ją tylko pokonać przy pomocy znajomości, albo przy pomocy łapówki wręczonej odpowiedniej osobie.
Janek Pietrzak powiedział w telewizji, że Warszawa jest opanowana przez maniaka, który wszystkie ulice obstawia słupkami. Maniak? Czyżby? To znajomy pewnej skorumpowanej osoby, która kolesiowi dała glejt na pokrycie miasta milionem słupków. Po prostu, taki koleżeńsko biznesowy układ. Śmiem podejrzewać, że wszystko, co się w Polsce buduje: drogi, osiedla, sklepy, zakłady pracy, to wyłącznie takie koleżeńsko – biznesowe układy. Postronny, nowy człowiek, chcący uczciwie przystąpić do jakiegokolwiek przetargu nie ma najmniejszych szans. Przetargi są dla swoich, czyli układu.
Kraj typu (B) w sposób zdecydowany i bezwzględny broni swoich rubieży. Gdy coś zagraża temu układowi gotów jest posunąć się do każdego przestępstwa. Przedstawiona ostatnio lista ofiar "seryjnego samobójcy" ma złowieszczą wymowę. Przypadkiem wszystkie ofiary zagrażały państwu typu (B). Były dla niego niewygodne i groźne. Więc zdecydowano się na rozwiązania ostateczne.
Beneficjentami tego typu państwa jest wąska grupa ludzi władzy, służb i przedsiębiorców należących do układu lub układów. Reszta społeczeństwa, czyli większość narodu, jak to mówią młodzi, może się walić. Kompletnie nie są w centrum zainteresowania żadnych władz, a raczej nawet przeszkadzają. Są tylko ważni jako ofiary, do różnego rodzaju łupienia. Ich dobrostan jest sprowadzony do najprymitywniejszych poziomów.
Kraj typu (B) powstał na kanwie szalbierstwa okrągłego stołu. My naiwni myśleliśmy, że oto decydują się ważne losy kraju i narodu, a tam szubrawcy dokonywali podziału łupów i kładli podwaliny pod istniejące obecnie układy. Dokonano bezczelnej grabieży, niezbyt bogatego przecież kraju, na oczach zachłyśniętego "wolnością" i "nowością" narodu.
Czy jest możliwe przejście z kraju typu (B) do kraju typu (A)? Teoretycznie tak, jednakże w praktyce będzie to zadanie trudniejsze niż stajnie Augiasza.
Lecz na pewno nie da się tego zrobić, żadną demokratyczną drogą, jak wybory, zmiana władzy, czy nowy sejm. Korupcyjne układy zdołały się przekształcić w szary, przestępczy system, który jest mocno zakorzeniony i niezależny od tego, kto daną władzę sprawuje.
-------------------------------------------------
[1] Prof. Andrzej Zybertowicz, "W centrum, czy na obrzeżach? Przemoc w III RP", Przegląd Socjologiczny


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/7787/polska-typu-a-czy-polska-typu-b

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

sobota, 2 maja 2015

Nauka klęka przed Bogiem


 



Jak to działa? To pytanie każdego dociekliwego młodzieńca o zacięciu technicznym.
Jak to WSZYSTKO działa, to już z kolei fundamentalne i chyba najważniejsze pytanie nauki.
I coraz częściej naukowcy, uczeni i myśliciele, ci najwięksi, nobliści i niekwestionowane autorytety dochodzą do jedynego wniosku, który pozwala bezspornie odpowiedzieć na to zasadnicze pytanie.

Wszystko, dosłownie wszystko, od najmniejszej drobiny, kwarka, aż po cały Wszechświat działa dzięki mądrości Pana Naszego, Boga Ojca.

Też mi coś! Prychnie w miarę inteligentny i wykształcony chrześcijanin – my to wiemy od zawsze – stwierdzi i będzie miał rację.
Jednakże Nauka, tak, przez duże N, przez całe stulecia, powiedzmy od Galileusza, poprzez Kartezjusza, Newtona i Darwina, aż do Einsteina, Heisenberga, Penrose'a i innych, wszelkimi siłami starała się udowodnić i pokazać wszystkim, że Boski Element był kompletnie niepotrzebny, zbyteczny, posuwając się nawet do takiego absurdu, że może powstać coś z niczego.
Nadchodzi pora, by definitywnie skorygować ten fałsz. I to właśnie zaczyna się dziać.

Jesteśmy właśnie na progu wielkiego przewrotu, gdzie Nauka będzie musiała oficjalnie uznać istnienie Stwórcy, a człowieka za jego ostateczne dzieło.

************


Chyba z miesiąc temu odpowiedziałem przy jakiejś okazji złośliwcom i prześmiewcom, czyli trollom, którzy, jakby nie mieli nic lepszego do roboty, stale mi towarzyszą, ważąc moje każde słowo i z utęsknieniem czekając choćby na najmniejsze potknięcie, a najlepiej, na totalny upadek.
Co odpowiedziałem? Że nie mam teraz czasu na dyskusję z nimi o duperelach, bo właśnie zajmuję się innym, poważnym zadaniem (zauważyliście, jak potwornie się nadużywa słowo projekt?).
Rozpoczęło się natychmiast śledzenie i niuchanie, cóż to za zadanie tak mnie absorbuje. Oczywiście szybko przyjęto moje słowa za głupi wykręt, żeby tylko dalej swobodnie leniuchować i mieć spokój.

Ale ja mówiłem prawdę. Pracuję nad czymś bardzo ważnym. Przynajmniej dla mnie. Wcale nie pracuję poprawnie, jak trzeba, naukowo i systematycznie. Nie przeglądam dużej liczby książek, poważnej prasy, czy nie wyszukuję, aż do obłędu danych w internecie. Nie, w większości to ja pracuję głównie w swojej głowie, starając sobie co nieco powyjaśniać, usystematyzować, znaleźć odpowiedzi i wszystko powiązać w logiczną całość.
Oczywiście, rezultatem takiej właśnie procedury może być kompletna bzdura, albo... może nie...

Ten wpis, to mała, tak zwana "zajawka", bardzo skrótowo mówiąca o sprawie, która mnie absorbuje.

Od lat obserwuję, a można nawet powiedzieć, ze sporym entuzjazmem śledzę postęp i rozwój nauki. Patrzę, jak kolejne bariery są łamane; kolejne cuda ujawniane; i oczywiście, jak w skutek działań współczesnej nauki gwałtownie zmienia się świat wokół nas.
Nauka już zeszła głęboko w dół, nanometry są jak kilometry, a protony, czy nawet elektrony, jak kule armatnie. I tam na dole, w tej subatomowej fizyce, jest już inna mechanika – mechanika kwantowa. I co by dalej nie powiedzieć, gdy klasyczną matematykę, trzeba było zastąpić statystyką, czyli nic już nie jest pewne i dokładne, na co oburzył się nawet Albert Einstein wypowiadając słynne: - Bóg nie gra w kości! – to nagle obraz tego subatomowego świata zaczyna się rozmywać, bardziej to już jest matematyczna przygoda, taka wyjątkowo skomplikowana gra w kółko i krzyżyk, niż precyzyjne prace badawcze.
Wszyscy bez wyjątku naukowcy twierdzą – doszliśmy do granic, a dalej rozpościera się jakby zasłona i nic już wyraźnie nie możemy zaobserwować.

Przy okazji interesuję się filozofią nauki. Ostatnio coraz częściej zadaje się tam takie pytanie: - czy możliwy jest koniec nauki? Czy kiedyś, raczej wcześniej niż później osiągniemy kres w poznawaniu naszego świata i nauka nie będzie już miała nic do roboty?

Jednocześnie, równolegle zajmuję sie uważnym studiowaniem doktorów kościoła. Znajduję tam wiele odpowiedzi. Widać, że pytania, które ja sobie dzisiaj zadaję, istniały już kilkaset lat wstecz. Że wielu ludzi takie same pytania sobie zadawało.
Mam jednak nad nimi malutką przewagę – żyję w XXI wieku i świat już nie jest, jak wtedy, gdy ręcznie kaligrafowano mądre księgi.
Pozwala mi to spoglądać z innej perspektywy i na znacznie szerszy obszar.
Pytania są więc może stare, ale odpowiedzi już nie.

Chyba najważniejszym pytaniem jest istota boskości. Przez tysiące lat wystarczał wizerunek dostojnego starca z białymi włosami i białą brodą. Siedzącego na tronie gdzieś na górze, w otoczeniu aniołów i świętych. Taki obraz istnieje nadal w głowach milionów wiernych. Tak jak wizerunki piekła i nieba.
Wierni specjalnie nie zastanawiają się, dlaczego Bóg Ojciec zstąpił na Ziemię, przybierając postać Jezusa Chrystusa i czym właściwie jest Duch Święty.
Lecz prawdziwa nauka jak najbardziej się tym interesuje.
Wiernym zazwyczaj wystarcza, że mają nieśmiertelną duszę, i gdy za doczesnego życia będą dobrzy, to oczekuje ich nagroda – niebo.

Co do nieśmiertelnej duszy – to mają rację. Jestem o ty głęboko przekonany.

***************



Praktycznie od zawsze, czyli od momentu, gdy zdolny byłem sformułować logiczne pytania fascynowały mnie pierwsze słowa prologu Ewangelii świętego Jana:

 
1 Na początku było Słowo
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.

2 Ono było na początku u Boga.

3 Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.

4 [JK] W Nim było życie.

a życie było światłością ludzi
 

Jakże to, myślałem, przecież był chaos, albo nie było nic, a potem stało się światło i rozdzieliło od ciemności? Więc gdzie umieścić to "słowo"?

Wiele lat musiało upłynąć, mogę nawet powiedzieć, że kilkadziesiąt, że zrozumiałem to po swojemu i udało mi się to prawidłowo to zinterpretować.

Najważniejsze w tym procesie było zrozumienie pojęcia "słowo". Taka nazwa dotarła do naszych czasów, lecz czy dokładnie to miał na myśli święty Jan, jak Pan Bóg obdarzył go natchnieniem?
Może to było tak. Słowo, to wypowiedziana myśl; a jak już mamy myśl, to mamy przecież rozum. Rozum to inteligencja i świadomość. A mówiąc to współczesnym, bardziej naukowym językiem, to wszystko jest informacją.
Czyli... czy możemy przyjąć, że na początku był właśnie rozum z informacją?
I czy może to oznaczać, że Bóg Ojciec jest tym właśnie pierwotnym rozumem przepełnionym informacją? Przecież święty Jan w trzecim wersie prologu mówi: "...i Bogiem było Słowo."
Gdy zaczniemy się zastanawiać nad nieśmiertelną duszą, mamy coraz większe przekonanie, że tak właśnie jest.

Szczególnie dzisiaj, gdy widzimy, że ludzki rozum jest w stanie tworzyć i przeobrażać otaczający świat.


*******************


Zakładam zatem, że Bóg Stworzyciel jest pierwotną inteligencją, pierwotną myślą i rozumem, nie związany z żadnym bytem materialnym, jak to pospolicie przyjmujemy.
A nasze dusze są mikroskopijną cząstką Jego, którą tchnął w nas, abyśmy swobodnie mogli realizować jego Projekt we Wszechświecie, który stworzył, by nam go podporządkować.

To wywala do góry nogami cały, przyjęty dotychczas aksjomat istnienia: człowiek jest malutką cząstką Wszechświata, który powstał nie wiadomo dlaczego, tylko wskutek praw statystyki i teorii złożoności, jako lokalny kaprys Natury.

I to jest według mnie wierutna bzdura. Ktoś, kto tak twierdzi, niech najpierw odpowie wszystkim na takie podstawowe pytania:
  • - czym jest życie?
  • - czym jest rozum?
  • - czym jest myśl?
  • - i czym jest świadomość i po co nam ona?

Proszę bardzo... czekam...
Ktoś bardzo mądry może odpowiedzieć choć na jedno z tych pytań nie angażując Boskiej Istoty?


Nie jestem ani pierwszy, ani osamotniony w takich rozważaniach. Jak podałem na wstępie, coraz więcej poważnych naukowców, a nie tylko taki dyletant, jak ja zaczyna snuć analogiczne rozważania.
Przytoczę choćby jedną teorię, która zaczyna coraz bardziej się rozpowszechniać, zdobywać uznanie i która łączy wiarę z nauką.

Jest ona bardzo młodziutka, a twórcą jej jest naukowiec i doktor medycyny Robert Paul Lanza [1]; Amerykanin, myśliciel, którego poważne periodyki naukowe lokują w pierwszej setce najmądrzejszych ludzi naszej ery.
W natłoku swoich prac, przedstawił on również w 2007 roku teorię Biocentryzmu, która natychmiast narobiła bałaganu w całym naukowym świecie.

Pokrótce i w maksymalnym uproszczeniu można tak ją zaprezentować:

"... Teoria biocentryzmu zakłada, że śmierć świadomości po prostu nie istnieje. Śmierć jest tworem funkcjonującym tylko w myślach, ponieważ ludzie identyfikują się ze swoim ciałem. Materialna powłoka prędzej czy później musi umrzeć i wydaje się, że to samo dzieje się ze świadomością.

Jeśli jednak uznamy, że to świadomość wytwarza nasz organizm i określa go niczym sygnałem telewizyjnym określa się to, co potem widać odbiorniku, to staje się oczywiste, że fizyczny rozpad naszej powłoki nie jest końcem naszej świadomości.

Po prostu świadomość istnieje poza ograniczeniami narzucanymi nam przez czas i przestrzeń. Innymi słowy nie jest ona lokalnie przypisana do ciała, tylko jest obiektem kwantowym z zasady nieprzypisanym do miejsca. Jest obiektem, który określa się w trójwymiarowej przestrzeni dzięki zjawisku dekoherencji kwantowej, czyli ostatecznej siły determinującej kierunek, w którym podąży dany układ kwantowy."
[Wg. książki dr Robert Lanza "Biocentryzm: Jak życie i świadomość są kluczem do zrozumienia natury wszechświata"] [2]

Co w tym podejściu jest przewrotem iście kopernikańskim?
 To mianowicie, że wszystko, nasze otoczenie, nasz świat i cały Wszechświat jest tworem naszej zbiorowej świadomości, która w swojej istocie jest bytem poza-materialnym, oraz poza naszymi wymiarami i czasem, i według mnie, jest w swojej całości właśnie Bokiem Stworzycielem.
I gdy następuje zjawisko dekoherencji kwantowej [3] to rodzi się nowy człowiek.
Czy to odpowiada na stwierdzenie wypowiedziane przez świętego Jana Ewangelistę: - na początku było słowo? Jak najbardziej tak.
Czyli wiemy już od ponad dwóch tysięcy lat, że Bóg jest słowem, a przez słowo rozumiemy myśl, rozum i świadomość, tylko nie potrafiliśmy tego odpowiednio zinterpretować.
 
Tekst powyższy jest napisany w oparciu o większą całość, do której prawa ja posiadam, Janusz E. Kamiński / jazgdyni
 
[1]   http://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Lanza
[2] http://innemedium.pl/wiadomosc/teoria-kwantowa-dowodzi-ze-swiadomosc-w-momencie-smierci-przenosi-sie-innego-wszechswiata
[3]   http://pl.wikipedia.org/wiki/Dekoherencja_kwantowa

 
.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Nadchodzi era głupców


 

 

Wreszcie będziemy mieli prawdziwą demokrację!
Bo przecież jak nauczano, demokracja to rządy większości.
Lecz na świecie tak się składa, nie bójmy się użyć tego brzydkiego sformułowania, że większość to niestety głupcy. Do głupców zaliczyłem też "przeciętniaków", czyli takich, co to życie sobie jakoś ułożą, ale jak to się brzydko mówi – "wyżej ch... nie podskoczą", czyli już raczej po raz drugi koła nie wymyślą.
Rozkład "mądrości" na świecie określa oczywiście słynna statystyczna krzywa dzwonowa i w tym wypadku granicę ludzi inteligentnych przyjęto na IQ=110. I okazuje się niestety, że ludzi naprawdę mądrych jest dokładnie 25,02%. Tyle samo zresztą, jak beznadziejnych tępaków i upośledzonych umysłowo, co to sobie sami butów nie potrafią zawiązać. Czyli tych niespecjalnie mądrych jest 74,98%.
Szokujące dla kogoś dane? Nie do wiary? Tak właśnie stwierdził świat nauki, czyli ci najwięksi mądrale, więc może coś podkolorowali?
Lecz można się samemu przekonać -   http://webspace.ship.edu/cgboer/intelligence.html

I nie ważne, czy skończony głupek, czy autentyczny geniusz – w demokracji i jeden i drugi ma jeden głos i głos głupka i geniusza waży dokładnie tyle samo.

Ktoś teraz może się zdenerwować, oczywiście, ten z klasy mądrali i zapytać: - po co to pitolenie, przecież to od lat powszechna wiedza.
Powszechna, nie powszechna, ale od paru lat, coraz bardziej rzucająca się w oczy. I to nie przy kasach w supermarketach, czy w przypadku słynnych policjantów, tylko w miejscach dla każdego najważniejszych: - w polityce, w rządzeniu, w wymiarze sprawiedliwości, a nawet na uniwersytetach.

Wszędzie nagle nastąpił wylew miernot. A co najgorsze dla wszystkich:  na kierowniczych, decyzyjnych stanowiskach.
Czym to grozi dla państwa i dla obywateli – dzisiaj dokładnie widać.
Skoncentrujmy się na naszym biednym kraju.
Choćby taka obserwacja – prezydencka. Przez minione 25 lat, dane nam było własnym wyborem (choć czasami słynne PKW na ruskich serwerach mogło pomóc) posadzić na tym najważniejszym stolcu takich ludzi:
Wałęsę, Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego Lecha, oraz ostatnie nieszczęście, Bronisława Komorowskiego. Dokładnie czterech ludzi.
Kryterium ponad przeciętnej inteligencji spełniał tylko jeden. To profesor Lech Kaczyński. Według prawideł matematyki i rozkładu Gaussa, dwóch powinno mieścić się w średniej, która zawiera się w obszarze IQ>90 i IQ<110. Lecz tak nie było. Kryteria te od biedy, kryteria średniaka, spełniał jedynie "cwaniaczek" Kwaśniewski, natomiast dwóch pozostałych, czyli "mędrzec Europy" Wałęsa i skaczący po fotelach Komorowski lokują się w dolnym przedziale krzywej. I to nikogo nie obrażając.
Wbrew pozorom, ci dwaj z dolnych przedziałów, Wałęsa i Komorowski nie są najniebezpieczniejsi. To folklor. Rozrywka dla ludu i sposób na dowartościowanie się – patrzcie, nie jestem taki zły i głupi, jeżeli mamy takiego obciachowego prezydenta.
Niebezpieczni najbardziej są ci średniacy. Bo oni już kombinują. To tutaj jest najwięcej towarzyszy szmaciaków. Myślenie już jest na wyższym poziomie, czasem się nawet uda jakąś książkę przeczytać (lecz czy zrozumieć, to już nie takie pewne), lecz nie w pełni wykształcił się u nich żelazny kręgosłup moralny. Tu rządzi, tak ukochany przez lewicę i liberalne lewactwo, relatywizm. Wszystko, co nie jest zabronione paragrafem, czyli ewentualną odsiadką, jest dozwolone. Nawet zmiana płci na życzenie.
Prezydenci Polski są świetnym przykładem, że matematyka jest królową nauk. I jak już raz się niezbicie udowodni, że 2+2=4, to nijak nie może być inaczej. Tak samo z tym statystycznym rozkładem IQ.
Żeby przypadkiem nie było żadnych wątpliwości – to nie jest polska specjalność, to zależności ogólnoświatowe. Lecz do tego dojdziemy później.

Dlaczego to zjawisko w polityce nie było tak widoczne w poprzednich latach? To jest dosyć istotne i tajemnicze pytanie.
Czyżby decydowała o tym istniejąca, nawet szczątkowa klasowość? Czy może to były echa intelektualizmu i szacunku dla mądrości, które zdołały przetrwać lata okupacji, za nim toporna, komusza propaganda obiecała każdemu tępemu parobkowi buławę w plecaku.
Jaka by nie była przyczyna takich postaw to nierozgarnięci przeciętniacy nie pchali się do władzy całymi stadami. Woleli pozostawić rządzenie tym, którzy mieli autorytet. Oczywiście, nie mówimy tu o komunie, bo to był zupełnie inny cyrk.
Ale autorytetów coraz mniej. A nawet jak już są, to są wyśmiewani i na przykład przezywani kartoflami. Pamiętacie?

Mam swoją teorię. Prawdziwe autorytety, czyli jak rozumiem, ludzie mądrzy, którzy mają wpływ na opinię publiczną, świadomie się niszczy, a na ich miejsce podstawia się fałszywki. Najczęściej tak zwanych celebrytów.
Czy kiedyś Czesław Niemen, albo Andrzej Łapicki, niekwestionowane gwiazdy wypowiadały się do każdego podsuniętego przez idiotkę -dziennikarkę mikrofonu na każdy, dowolny temat? Oczywiście, że nie. Po pierwsze mieli oni poczucie własnej godności i własnych niedoskonałości. A po drugie, co nie mniej istotne, mało było wówczas wśród dziennikarzy takich skrajnych i bezczelnych idiotów, jak to ma miejsce dzisiaj. A dzisiaj? Taki powiedzmy Hołdys w kapelutku, z miną ponurego kretyna, czy pani Czubaszek, wg. mnie poważnie zaburzona, robią za niekwestionowane autorytety.

Zgroza i katastrofa.

Lecz najgorszy wniosek, który wysnuwam, to ten, że jest to świadome działanie. Jakieś tajemnicze stowarzyszenie "mędrców", pretendujących do władzy nad światem, czy to Klub Rzymski, który już w połowie lat 70-tych wyliczył, że Polaków powinno być tylko 15 milionów i co chyba właśnie jest realizowane, czy to jakiś inny Bilderberg, zdecydowało, że dla dobra ludzkości trzeba ograniczyć poziom świadomości ludzkości, jak tylko się da, obniżać współczynnik inteligencji, promować przeciętność, propagować głupotę i wykorzystując naturalne lenistwo i gnuśność ograniczać edukację, zdolność do samodzielnego rozumowania, a gotowe wzorce dostarczać propagandowymi massmediami.
Ukształtować nowego człowieka XXI wieku – durnia, ale bezczelnego i nie pojmującego swojej durnoty; chama, rozpychającego się łokciami, kompletnie niewrażliwego na społeczeństwo; chłopka-roztropka, co to wszystkie rozumy pozjadał, a który powtarza tylko kalki sprytnie podsunięte przez wszechobecną propagandę i reklamę.
Tacy mamy być według tych, którzy chcą zdobyć władzę nad ludzkością i całym światem. I niech mi tu kolejny mądrala nie wyjeżdża z kpiną – oto następna teoria spiskowa! Czy to nie najbogatsi ludzie na świecie spotykają się potajemnie w Nowym Jorku, by kształtować losy świata, czy z kolei najbardziej wpływowi, jak ci z Klubu Bilderberg, wynajmują całe odosobnione hotele, czy resorty i strzegą ich spotkania tysiące policjantów? A Putin nie chciałby władać całym światem? Lub, czy ostatnio w sprawie Ukrainy, Niemcy i Francja nie pokazały, kto tak faktycznie rządzi całą Europą? Ktokolwiek pytał się "prezydenta" Tuska o zgodę, albo, co robić?

Są wąskie gremia, które wymarzyły sobie Nowy Porządek Świata, słynny NWO – New World Order.(  łac. Novus Ordo Mundi). Znowu śmiechy chichy – kolejna teoria spiskowa. Tylko już dosyć niemłoda, bo zaistniała z utworzeniem ONZ.
A co niby ta śmieszna teoria m.in. zakładała?
"... utworzenie jednej zależnej religii (projekt Haarp i Blue Beam), praniem mózgu (projekt Monarch (następca MKULTRA)), wszczepianiem innym ludziom chipów pod skórę, propagowaniem transhumanizmu, uwięzieniem ludzi w ogromnych miastach-molochach, powszechnej inwigilacji za pomocą monitoringu i sieci Echelon oraz bezgotówkowym obrotem towarami."
 [ http://pl.wikipedia.org/wiki/Nowy_porz%C4%85dek_%C5%9Bwiata ]
Niech ktoś uczciwy zaprzeczy, że któryś z tych postulatów nie jest realizowany!
Wykorzenia się chrześcijaństwo; pranie mózgu to już od świtu do nocy – coraz mniej ludzi myśli samodzielnie; już zaczęło się wszczepianie mikroczipów i to nie tylko zwierzętom domowym – już wkrótce nam wszystkim – intensywnie pracuje się nad tym; a monitoring... ile już jest kamer w samej Warszawie, kto już nie ma komórki w kieszeni, która stale ciebie namierza; a satelity, które potrafią czytać nawet mały tekst w gazetach... Utopia? Normalna rzeczywistość proszę państwa.

Zachowując pozory demokracji i ułudę wpływu zwykłych ludzi, jednocześnie bardzo starannie, przynajmniej już w Polsce, zniszczono demos, czyli wg. jednej z definicji " Społeczność wolnych obywateli, dorosłych mężczyzn, stałych mieszkańców zamieszkujących dem, lub wywodzących się zeń, prawidłowo wywiązujących się z obowiązków wobec społeczeństwa, przez co ujętych w spisach obywateli jako demotes i posiadających polityczne prawo głosu. " To definicja klasyczna; dzisiaj oczywiście dodajemy tutaj kobiety. Ale od niedawna, gdzieś od 100 lat.

Nie ma już demosu, nie ma prawdziwych obywateli. Są poddani, niemalże niewolnicy, a już takimi są bez wątpienia pracownicy wielkich korporacji, dodatkowo omotani pajęczyną bankowych kredytów.
To nie obywatele z poczuciem przynależności do społeczeństwa i państwa, czyli bez żadnych wątpliwości patrioci. To wolne atomy, egoistyczne i samolubne, nie zainteresowane jakimkolwiek dobrostanem poza końcem nosa.
Po co tym ludziom mądrość, po co im inteligencja? Żeby za dużo rozmyślali, albo jeszcze nie daj Boże zabrali się za religię, naukę i filozofię?
Taki człowiek władcom jest absolutnie niepotrzebny.
Świat dąży w kierunku uczynienia z ludzkości rzeszy poddanych, sterowanych i kontrolowanych na każdym kroku przez bardzo wąską elitarną grupę, posiadającą całą władzę i wszystkie wyobrażalne bogactwa.
Już zresztą jest 80 osób, którzy posiadają tyle, co połowa ludzkości.
[ http://biznes.onet.pl/wiadomosci/swiat/80-osob-ktore-posiadaja-tyle-co-polowa-ludzkosci/bz2gc  ]

To nie wytarty slogan, albo takie sobie hasełko: Bogaci stają się coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi.
Kim myślisz jesteś? Może klasą średnią? Nie ma w Polsce klasy średniej, zniszczono ją prawie całkowicie przez ostatnie 25 lat. Bardzo się o to starali różni Balcerowicze, Kołodki, Kwaśniewskie, Lewandowskie i Jan Krzysztof Bielecki. Klasa średnia w państwie poddanych jest niepotrzebna.
Drobnych polskich przedsiębiorców, jak również handlarzy, czy powiedzmy aptekarzy wykończają wielkie międzynarodowe sieci i korporacje. Mimo, że na początku transformacji można było nie dopuścić do takiego upadku i przyjąć kurs na przedsiębiorczość i bogacenie się obywateli.
Bogacili się tylko ci nieliczni, wskazani przez centralny aparat, nadzorowany przez tajne służby.

W tej nowej rzeczywistości, którą nam się właśnie kreuje, również do polityki i rządzenia nie są potrzebni ludzie wybitni i jakieś umysłowe talenty. Toteż widzimy, to co widzimy. I to nie tylko w Polsce, a pan prezydent USA, Barack Hussein Obama, niech będzie jedynym przykładem światowej "elity intelektualnej".
Koncentrując się na kraju ojczystym, doprawdy mam poważne trudności, żeby wskazać choć jednego intelektualistę i zarazem uczciwego człowieka, który jest we władzach, albo w polityce. Choć nie, europosłem został prof. Krasnodębski. Ale prof. Zybertowicz już nie. No więc kto?
Piłkarzyk Tusk? "Szogun" Komorowski? Kłamczucha Kopacz? Bufon i narcyz Sikorski? "Niebezpieczny dla Rosji" Borusewicz? To sama góra. Gdybym chciał wszystkich wymienić, to pewnie musiałbym napisać z tysiąc nazwisk. Wszystko to totalne miernoty, którym na dodatek odbiło, jak łyknęli nieco władzy. W żadnym wypadku z grupy o IQ powyżej 110. Zyta Gilowska poza polityką. Podobnie prof. Staniszkis. Kandydat Andrzej Duda wygląda optymistycznie, ale muszę go zobaczyć w działaniu. Niech więc zostanie tym prezydentem, a notowania Polski na arenie międzynarodowej natychmiast podskoczą o 10 punktów – nawet w Japonii.

Jak widać spełnia się idea międzynarodowych macherów rzeczywistością, wyznawców, nie tylko w teorii NWO – głupcy wybierają głupców; albo odwrotnie – głupcami rządzą głupcy.

Mądrość i inteligencja jest passe. Gdy rozsądnie wypowiadasz się i dyskutujesz, to te dolne 75% przystępuje do ataku. Mądrość i wiedza jest niemile widziana. Wywołuje złość i opór. Chociaż w pewnym stopniu trudno się dziwić, bo omawiane miernoty, coraz częściej sięgają po akademickie tytuły doktorskie i łatwo, jak nigdy je zdobywają. Mamy więc i doktora Kulczyka, oraz doktor "Barbie" Ogórek. Nawet ta "poczciwina mentalna" Komorowski umieścił ten tytuł przed nazwiskiem, chociaż nie ma do tego prawa. Jak ex-prezydent Kwaśniewski do tytułu magistra, bo wyższej uczelni nie chciało mu się (albo nie zdołał) ukończyć.

Czy to zjawisko, które opisuję, jest już nieodwracalne i zafiksowane?
To przecież koniec naszej łacińskiej cywilizacji. To ponure wizje przyszłości o której pisali Huxley, Orwell, Fukuyama, czy nasz genialny Stanisław Lem.

Jestem optymistą i wydaje mi się, że ten diaboliczny wobec ludzkości projekt walnie i się rozpadnie. Takie auto – destrukcyjne i nihilistyczne ruchy zawsze mają miejsce w przełomowych momentach dziejów ludzkości. Lecz rozsądek zawsze w końcu zwycięża. Nie jesteśmy przecież samobójcami i urodzonymi niewolnikami. Po co Pan w Niebiosach dał nam wolną wolę? Po co pozwolił nam decydować o własnym losie?
Od nas wyłącznie zależy, czy przywrócimy tak zaburzony przez okropieństwa XX wieku, szczególnie faszyzm i komunizm, naturalny porządek rzeczy.
Słabsi i mniej lotni ponownie zaufają tym trochę mądrzejszym i obdarzą ich koniecznym szacunkiem. A ci nieco mądrzejsi nigdy nie będą działać egoistycznie, lecz tylko i wyłącznie dla dobra wspólnego. Dobra wszystkich – swojej rodziny, otoczenia, społeczeństwa i narodu.

Tak zazwyczaj do tej pory kończyła się walka dobra ze złem.
A pamiętajmy, że najsilniejszą bronią Szatana jest właśnie głupota.

 

piątek, 24 kwietnia 2015

Interes POLSKA


Jak państwo myślą – ile warta jest Polska? Tak, jako towar rynkowy.
Dużo, bardzo dużo. Mimo dwudziestu pięciu lat systematycznego rozkradania, ciągle wartość Polski jest ogromna. Tak, tak – łakomy kąsek.

Oczywiście była więcej warta w roku 1989, gdy w Magdalence zdefiniowano konkretny status i przyszłość państwa. To właśnie tam, śmiem twierdzić, zdecydowano zakończyć zabawę w Polskę – rozwijające się normalnie państwo i zamiast tego, wystawić nasz kraj na rynek, albo giełdę, jako towar, lub inaczej, masę upadłościową po komunizmie, którą od tego czasu będzie można spieniężyć, czy to poprzez "wyprzedaż", czyli pospolitą grabież, zmianę faktycznego właściciela (prywatyzacja), ordynarną kradzież, czy nawet poprzez czynności upadłościowe (stocznie). Przecież dosłownie wszystko było bezpańskie - należało do mitycznego "Narodu". Jak tu tego nie brać?

Ja widzę tutaj zastosowany klasyczny neokolonializm. O takiej właśnie przyszłości Polski zdecydowano nie tylko w Magdalence, ale także we wielu europejskich gabinetach.
A my, naiwne prostaczki uznaliśmy, że dano nam wolność i suwerenność. Ha, ha... Tak samo, jak Ukrainie.
Suwerenność i wolność to my dopiero będziemy musieli sobie wywalczyć. Zerwać neokolonialne kajdany; przepędzić z kraju metropolitalnych pachołków, co to już stolicę Polski przenosili do Berlina. Zwrócić Polskę Polakom.

Co obecnie się dzieje:
pełna i gruntowna eksploatacja przez metropolie, kompletnie skorumpowany aparat władzy wewnętrznej, ludność tubylcza również traktowana jako źródło zysku (3 mln emigrantów). Dosłownie wszystkie poczynania dokonywane na terenie Polski nie miały zwiększać dobrostanu kraju, czyli zapewniać rozwój, tylko miały przynosić zyski. W przeważającej mierze  ludziom i instytucjom obcym, oraz marginalnie wykształconym w procesie grabieży majątku narodowego oligarchom, a także skorumpowanym decydentom na różnych szczeblach władzy.
Dokładnie takie same działania i praktyki mogliśmy obserwować kilkadziesiąt lat temu, gdy kolonializm był czymś normalnym na świecie. A nawet dzisiaj to się dzieje w stosunku do takiego Konga, czy Nigerii, niby krajów post-kolonialnych, lecz ciągle wyniszczająco eksploatowanych, już nie tylko przez metropolie, ale także wielkie międzynarodowe korporacje.
Do tej grupy dołączono młodziutką i bogatą kolonię – Polskę. Ma ktoś argumenty, aby przeciwko temu zaprzeczyć?

Przypatrzmy się i policzmy, z jaką wartością Polski, jako towaru, albo interesu do zrobienia, mamy do czynienia. To już zostało dokładnie wyliczone. A jakże! Pełna inwentaryzacja magazynu z towarami pod nazwą Polska. Aż się przeraziłem, jak sprawdziłem ile tych wyliczeń jest i kto to sobie skrupulatnie liczy. Choć mimo tego, są to wyliczenia niekompletne i powierzchowne. Odnoszę wrażenie, że to tylko to, co łatwo daje się ukraść i spieniężyć i to, co przynosi konkretny standardowy zysk.

Według takich informacji Polska dzisiaj jest warta 1 bilion 46,3 miliarda złotych. Aby być konkretnym, jest to majątek Skarbu Państwa. ( [1], [2]). Czyli takie rzeczy, które łatwo policzyć i oszacować – grunty, infrastruktura, odkryte zasoby, pieniądze, domy, zakłady należące do państwa, itd.
Pod tą sumę podaną powyżej, państwo polskie może na świecie zaciągać pożyczki. Bo na tym można położyć łapę. Przejąć, albo sprzedać. Jak dzisiaj Grecja, by spłacać długi, chce sprzedawać swoje wyspy, a słynny port w Pireusie przejmują zagraniczni właściciele.

Więc chociaż tego się głośno i publicznie nie mówi, ten bilion z hakiem, to nie jest cała wartość Polski. To tylko fragment. Ale i tak niezły.

Przede wszystkim nie wzięto pod uwagę wartości NBP i jego skarbca. Tymczasem według oficjalnych danych nasz bank centralny dysponował rezerwami w kwocie blisko 97,8 mld dolarów na koniec 2011 roku. Najnowsze dane NBP mówią już o 109 mld dolarów lub na dzisiaj około 400 mld złotych.

W istniejącym "Sprawozdaniu o stanie mienia Skarbu Państwa" nie wzięto też pod uwagę zabytków, a przede wszystkim zasobów naturalnych. Ukryte w naszej ziemi węgiel, miedź, srebro, siarka, cynk czy ołów są warte miliardy dolarów. O gazie łupkowym już nie wspominając.

Oraz oczywiście nie ma w tym wyliczeniu Skarbu Państwa wartości polskich lasów, bo nasi ojcowie sprytnie i przewidująco wynieśli to dobro poza łatwe manipulacje rządów i ich ministerstwa skarbu, zabezpieczając to konstytucją.
Wartości lasów polskich są drastycznie zaniżane. Podejrzewam, że to przygotowania w celu rychłej sprzedaży.
Na przykład sama wartość drzewostanu szacowana jest na 200 mld złotych. Ale... w śmiesznym przeliczeniu 20 tyś zł za 1 hektar [4]. Chętnie sam bym kupił parę hektarów za taką cenę. (Np. hektar jodły to już 40 tyś. zł) Nieważne...
Ale jest też druga strona medalu. Gdyby na wzór niemiecki pokusić się o oszacowanie wartości niematerialnych [ lasów – jk], to wyliczenia mogłyby wzrosnąć pięć, a może nawet 11 razy [4]pozostając przy najniższym oszacowaniu, to wartość lasów polskich to jeden bilion złotych (1 bln zł.)
Czyli same nasze lasy są warte niemalże tyle co cała reszta Skarbu Państwa !!!
Wyobrażacie sobie państwo, jaka tu może być skala przekrętu i dlaczego kombinatorzy od lewych zysków czaili się w sejmie z nocnymi głosowaniami tuż przed świętami.

Jednakże, te wszystkie oszacowane dobra materialne, to jest nic, pestka, w porównaniu z największym dobrem kraju do rozkradzenia – ludzi, Polaków.

Na początek najłatwiejsza część – majątek Polaków. Polacy są biedni, a ja osobiście powiedziałbym – bardzo biedni. Mimo, że dwukrotnie bogatsi od przeciętnego Chińczyka, to czterokrotnie biedniejsi od typowego Greka. A już od Szwajcara Polak jest 20 razy biedniejszy.
Ile jest tej biedy? Średni majątek Polaka wynosi 26 tyś USD, czyli około 80 tysięcy złotych. [5]To bardzo skromnie. Lecz nawet wówczas, gdy zaokrąglimy, że jest nas Polaków 38 milionów, to zgromadzony w naszych rękach prywatny majątek wynosi 3 biliony 40 miliardów złotych. Jest z czego, nas bidaków okraść. Co zresztą czynią nieustannie takie niepolskie instytucje, jak rząd (niby-polski), banki, towarzystwa ubezpieczeniowe itp.
Było nie było – to co jest w rękach polskiej biedy to i tak trzy razy więcej niż wartość Skarbu Państwa.

Lecz to tylko mały pryszczyk w odniesieniu do najważniejszego – wartości samego człowieka, wartości Polaka.
Pozwólcie państwo, że dla efektu przytoczę oryginalny fragment:
" Average British person has a net worth of £147,134 - less than 0.01 per cent of that of David Beckham..." [6] (Wartość netto typowego Brytyjczyka to 147 134 funty, co stanowi nieco mniej niż 0,01 % Davida Beckhama)
Jak widać, cena człowieka, człowiekowi nie równa. Lecz właśnie po to obliczamy średnią, uwzględniając i niemowlaków i starców o lasce.
Polacy zasadniczo od Brytyjczyków się nie różnią, choć ja bym uczciwie stwierdził, że są od nich więcej warci. Lecz liczmy po brytyjsku. Funt UK dzisiaj to około 5 zł, więc wartość jednego Polaka to 735 tysięcy złotych. I ponownie, przyjmując 38 mln polskich obywateli, mamy wartość Polaków = 27 bilionów 730 miliardów złotych. To jest prawdziwy polski skarb!
Dla treningu umysłowego na temat jak się rozkrada tą środkowo-europejską kolonię, Polskę, popatrzmy sobie na te 3 miliony Polaków, którzy wyemigrowali z kraju po 2004 roku (niektórzy twierdzą, że to była też umowna cena za przystąpienie do UE). Załóżmy, że oni już nigdy nie wrócą do ojczyzny.
To nie dzieci i starcy wyjechali na zachód, tylko kobiety i mężczyźni w tak zwanym wieku roboczym. Wartość takiego człowieka szacuje się na świecie na około 1 mln USD. Czyli na dzisiaj zaokrąglając – 3,5 mln zł. Świat ( choć w 98% Europa) dostał towar = 3,5 mln x 3 mln. Proszę sprawdzić nasz śliczny prezencik dla opływający w dobrobyt zachód w wysokości 10 i pół biliona złotych. Z dodatkowym bonusem, bo są to wszyscy, jak jeden mąż, ludzie wykształceni, w tym znaczna część na poziomie uniwersyteckim.

Czy mogę zatem powiedzieć, że współcześni neokolonialiści i łowcy niewolników, znaleźli pod samym nosem prawdziwy skarb – postkomunistyczną, rozbitą Polskę, z władzami gotowymi sprzedać wszystko za każde pieniądze?
Oczywiście, trzeba zaznaczyć, że taki scenariusz byłby absolutnie niemożliwy, gdyby tak zwane "obalenie komunizmu" i późniejsza "transformacja" byłyby uczciwe i rzetelne. Lecz tysiące dogadanych już z partnerami magików, ze wymienię tylko najbardziej szkodliwych – Kiszczak, Wałęsa, Michnik, Balcerowicz, zadbało o to starannie, żeby polski wóz potoczył się dokładnie w tą stronę i gładko wpadł w koleiny neokolonializmu.
Odbył się chyba deal stulecia – przejęcie Polski, wraz z całym majątkiem i stanem osobowym, przez światowe metropolie i międzynarodowe korporacje.

Oczywiście to jest proces który ciągle trwa, nie da się tego zrobić w jedną chwilę. Jednakże szkody już poczynione, są ogromne. Rozgrabiono i zniszczono ogromny majątek.
I jeszcze w koło pełno aktywnych kombinatorów: - dzisiaj, na naszych oczach wyciągają swe brudne łapy po polski majątek: Amerykanie i Rosjanie po polski gaz i metale, Niemcy po węgiel i media, Francuzi po pieniądze na modernizację armii. Nawet Żydzi chcą polskie miliardy za wyimaginowane straty, które po prawdzie spowodowały Niemcy i Rosja.
Oraz cała Europa, a teraz już nawet kraje Zatoki Perskiej, bardzo chcą polskiego człowieka: pielęgniarki, lekarzy, inżynierów, informatyków, inżynierów, ślusarzy, spawaczy, robotników i hostessy. Wszystkich, za darmo dla nich, wykształconych w kolonii.

Każdy patrzy na Polskę, nie jak na suwerenne państwo, tylko jak na dobry interes. Takie są zasady kolonializmu i współczesnej eksploatacji zasobów.

Czy chcemy stać się kolejną kolonią? Czy możemy do tego dopuścić? Widziałem Kongo, Angolę, Nigerię i dziesiątki innych byłych kolonii i to nie tylko w Afryce. Dziesiątków, jeżeli nie setek lat potrzeba potem, żeby się z tego wydźwignąć.
A będzie się z czego wydźwigać, jak już Polska zostanie kompletnie rozkradziona?

By uratować kraj, przed kolonialnym upadkiem najpierw trzeba przegonić obecną władzę i rozbić Układ, który tą fasadową władzą steruje. Przecież widać, że oni robią tylko interesy.
Tak było z Kopacz, jak chciała zamykać kopalnie. I tak jest dzisiaj z Tuskiem, który sobie kupił francuskie poparcie za helikopterowy kontrakt rujnujący polski przemysł zbrojeniowy.

Jak już odzyskamy władzę i naród ponownie, prawie po 80 latach jarzma, stanie się suwerenem, będziemy wiedzieć, co dalej robić – jak zaprowadzić porządek, jak się rządzić, jak rozliczyć zdrajców i szkodników państwa i jak odrodzić zrujnowaną, likwidowaną gospodarkę.
Polska ma nadal być dobrym interesem. Tylko już nie dla międzynarodowych mafiozów i "zaprzyjaźnionych" rządów oraz garstki krajowych zdrajców. Koniec grabieży panowie i panie.

Teraz Polska będzie dobrym interesem dla wszystkich Polaków. Krajem gdzie dobrze się rodzić, wychowywać, uczyć, zakładać rodzinę i bezpiecznie odpoczywać na starość.

 



[1] http://infografika.wp.pl/title,Ile-warta-jest-Polska,wid,15272486,wiadom...
[2] http://polimaty.pl/2015/03/ile-kosztuje-polska/
[3] http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-2108363/Apple-worth-Polan...
[4] http://www.laspolski.pl/W_sejmie_lasy_warte_200_miliardow,strona-2308.html
[5] http://www.bogatyelblag.pl/ile-majatku-srednio-posiadaja-polacy,22633.html
[6]
http://www.dailymail.co.uk/news/article-2574038/Average-British-person-n...

.
Idee
2015-04-24 11:04

Jak państwo myślą – ile warta jest Polska? Tak, jako towar rynkowy.
Dużo, bardzo dużo. Mimo dwudziestu pięciu lat systematycznego rozkradania, ciągle wartość Polski jest ogromna. Tak, tak – łakomy kąsek.

Oczywiście była więcej warta w roku 1989, gdy w Magdalence zdefiniowano konkretny status i przyszłość państwa. To właśnie tam, śmiem twierdzić, zdecydowano zakończyć zabawę w Polskę – rozwijające się normalnie państwo i zamiast tego, wystawić nasz kraj na rynek, albo giełdę, jako towar, lub inaczej, masę upadłościową po komunizmie, którą od tego czasu będzie można spieniężyć, czy to poprzez "wyprzedaż", czyli pospolitą grabież, zmianę faktycznego właściciela (prywatyzacja), ordynarną kradzież, czy nawet poprzez czynności upadłościowe (stocznie). Przecież dosłownie wszystko było bezpańskie - należało do mitycznego "Narodu". Jak tu tego nie brać?

Ja widzę tutaj zastosowany klasyczny neokolonializm. O takiej właśnie przyszłości Polski zdecydowano nie tylko w Magdalence, ale także we wielu europejskich gabinetach.
A my, naiwne prostaczki uznaliśmy, że dano nam wolność i suwerenność. Ha, ha... Tak samo, jak Ukrainie.
Suwerenność i wolność to my dopiero będziemy musieli sobie wywalczyć. Zerwać neokolonialne kajdany; przepędzić z kraju metropolitalnych pachołków, co to już stolicę Polski przenosili do Berlina. Zwrócić Polskę Polakom.

Co obecnie się dzieje:
pełna i gruntowna eksploatacja przez metropolie, kompletnie skorumpowany aparat władzy wewnętrznej, ludność tubylcza również traktowana jako źródło zysku (3 mln emigrantów). Dosłownie wszystkie poczynania dokonywane na terenie Polski nie miały zwiększać dobrostanu kraju, czyli zapewniać rozwój, tylko miały przynosić zyski. W przeważającej mierze  ludziom i instytucjom obcym, oraz marginalnie wykształconym w procesie grabieży majątku narodowego oligarchom, a także skorumpowanym decydentom na różnych szczeblach władzy.
Dokładnie takie same działania i praktyki mogliśmy obserwować kilkadziesiąt lat temu, gdy kolonializm był czymś normalnym na świecie. A nawet dzisiaj to się dzieje w stosunku do takiego Konga, czy Nigerii, niby krajów post-kolonialnych, lecz ciągle wyniszczająco eksploatowanych, już nie tylko przez metropolie, ale także wielkie międzynarodowe korporacje.
Do tej grupy dołączono młodziutką i bogatą kolonię – Polskę. Ma ktoś argumenty, aby przeciwko temu zaprzeczyć?

Przypatrzmy się i policzmy, z jaką wartością Polski, jako towaru, albo interesu do zrobienia, mamy do czynienia. To już zostało dokładnie wyliczone. A jakże! Pełna inwentaryzacja magazynu z towarami pod nazwą Polska. Aż się przeraziłem, jak sprawdziłem ile tych wyliczeń jest i kto to sobie skrupulatnie liczy. Choć mimo tego, są to wyliczenia niekompletne i powierzchowne. Odnoszę wrażenie, że to tylko to, co łatwo daje się ukraść i spieniężyć i to, co przynosi konkretny standardowy zysk.

Według takich informacji Polska dzisiaj jest warta 1 bilion 46,3 miliarda złotych. Aby być konkretnym, jest to majątek Skarbu Państwa. ( [1], [2]). Czyli takie rzeczy, które łatwo policzyć i oszacować – grunty, infrastruktura, odkryte zasoby, pieniądze, domy, zakłady należące do państwa, itd.
Pod tą sumę podaną powyżej, państwo polskie może na świecie zaciągać pożyczki. Bo na tym można położyć łapę. Przejąć, albo sprzedać. Jak dzisiaj Grecja, by spłacać długi, chce sprzedawać swoje wyspy, a słynny port w Pireusie przejmują zagraniczni właściciele.

Więc chociaż tego się głośno i publicznie nie mówi, ten bilion z hakiem, to nie jest cała wartość Polski. To tylko fragment. Ale i tak niezły.

Przede wszystkim nie wzięto pod uwagę wartości NBP i jego skarbca. Tymczasem według oficjalnych danych nasz bank centralny dysponował rezerwami w kwocie blisko 97,8 mld dolarów na koniec 2011 roku. Najnowsze dane NBP mówią już o 109 mld dolarów lub na dzisiaj około 400 mld złotych.

W istniejącym "Sprawozdaniu o stanie mienia Skarbu Państwa" nie wzięto też pod uwagę zabytków, a przede wszystkim zasobów naturalnych. Ukryte w naszej ziemi węgiel, miedź, srebro, siarka, cynk czy ołów są warte miliardy dolarów. O gazie łupkowym już nie wspominając.

Oraz oczywiście nie ma w tym wyliczeniu Skarbu Państwa wartości polskich lasów, bo nasi ojcowie sprytnie i przewidująco wynieśli to dobro poza łatwe manipulacje rządów i ich ministerstwa skarbu, zabezpieczając to konstytucją.
Wartości lasów polskich są drastycznie zaniżane. Podejrzewam, że to przygotowania w celu rychłej sprzedaży.
Na przykład sama wartość drzewostanu szacowana jest na 200 mld złotych. Ale... w śmiesznym przeliczeniu 20 tyś zł za 1 hektar [4]. Chętnie sam bym kupił parę hektarów za taką cenę. (Np. hektar jodły to już 40 tyś. zł) Nieważne...
Ale jest też druga strona medalu. Gdyby na wzór niemiecki pokusić się o oszacowanie wartości niematerialnych [ lasów – jk], to wyliczenia mogłyby wzrosnąć pięć, a może nawet 11 razy [4]pozostając przy najniższym oszacowaniu, to wartość lasów polskich to jeden bilion złotych (1 bln zł.)
Czyli same nasze lasy są warte niemalże tyle co cała reszta Skarbu Państwa !!!
Wyobrażacie sobie państwo, jaka tu może być skala przekrętu i dlaczego kombinatorzy od lewych zysków czaili się w sejmie z nocnymi głosowaniami tuż przed świętami.

Jednakże, te wszystkie oszacowane dobra materialne, to jest nic, pestka, w porównaniu z największym dobrem kraju do rozkradzenia – ludzi, Polaków.

Na początek najłatwiejsza część – majątek Polaków. Polacy są biedni, a ja osobiście powiedziałbym – bardzo biedni. Mimo, że dwukrotnie bogatsi od przeciętnego Chińczyka, to czterokrotnie biedniejsi od typowego Greka. A już od Szwajcara Polak jest 20 razy biedniejszy.
Ile jest tej biedy? Średni majątek Polaka wynosi 26 tyś USD, czyli około 80 tysięcy złotych. [5]To bardzo skromnie. Lecz nawet wówczas, gdy zaokrąglimy, że jest nas Polaków 38 milionów, to zgromadzony w naszych rękach prywatny majątek wynosi 3 biliony 40 miliardów złotych. Jest z czego, nas bidaków okraść. Co zresztą czynią nieustannie takie niepolskie instytucje, jak rząd (niby-polski), banki, towarzystwa ubezpieczeniowe itp.
Było nie było – to co jest w rękach polskiej biedy to i tak trzy razy więcej niż wartość Skarbu Państwa.

Lecz to tylko mały pryszczyk w odniesieniu do najważniejszego – wartości samego człowieka, wartości Polaka.
Pozwólcie państwo, że dla efektu przytoczę oryginalny fragment:
" Average British person has a net worth of £147,134 - less than 0.01 per cent of that of David Beckham..." [6] (Wartość netto typowego Brytyjczyka to 147 134 funty, co stanowi nieco mniej niż 0,01 % Davida Beckhama)
Jak widać, cena człowieka, człowiekowi nie równa. Lecz właśnie po to obliczamy średnią, uwzględniając i niemowlaków i starców o lasce.
Polacy zasadniczo od Brytyjczyków się nie różnią, choć ja bym uczciwie stwierdził, że są od nich więcej warci. Lecz liczmy po brytyjsku. Funt UK dzisiaj to około 5 zł, więc wartość jednego Polaka to 735 tysięcy złotych. I ponownie, przyjmując 38 mln polskich obywateli, mamy wartość Polaków = 27 bilionów 730 miliardów złotych. To jest prawdziwy polski skarb!
Dla treningu umysłowego na temat jak się rozkrada tą środkowo-europejską kolonię, Polskę, popatrzmy sobie na te 3 miliony Polaków, którzy wyemigrowali z kraju po 2004 roku (niektórzy twierdzą, że to była też umowna cena za przystąpienie do UE). Załóżmy, że oni już nigdy nie wrócą do ojczyzny.
To nie dzieci i starcy wyjechali na zachód, tylko kobiety i mężczyźni w tak zwanym wieku roboczym. Wartość takiego człowieka szacuje się na świecie na około 1 mln USD. Czyli na dzisiaj zaokrąglając – 3,5 mln zł. Świat ( choć w 98% Europa) dostał towar = 3,5 mln x 3 mln. Proszę sprawdzić nasz śliczny prezencik dla opływający w dobrobyt zachód w wysokości 10 i pół biliona złotych. Z dodatkowym bonusem, bo są to wszyscy, jak jeden mąż, ludzie wykształceni, w tym znaczna część na poziomie uniwersyteckim. Czy mogę zatem powiedzieć, że współcześni neokolonialiści i łowcy niewolników, znaleźli pod samym nosem prawdziwy skarb – postkomunistyczną, rozbitą Polskę, z władzami gotowymi sprzedać wszystko za każde pieniądze?
Oczywiście, trzeba zaznaczyć, że taki scenariusz byłby absolutnie niemożliwy, gdyby tak zwane "obalenie komunizmu" i późniejsza "transformacja" byłyby uczciwe i rzetelne. Lecz tysiące dogadanych już z partnerami magików, ze wymienię tylko najbardziej szkodliwych – Kiszczak, Wałęsa, Michnik, Balcerowicz, zadbało o to starannie, żeby polski wóz potoczył się dokładnie w tą stronę i gładko wpadł w koleiny neokolonializmu.
Odbył się chyba deal stulecia – przejęcie Polski, wraz z całym majątkiem i stanem osobowym, przez światowe metropolie i międzynarodowe korporacje.
Oczywiście to jest proces który ciągle trwa, nie da się tego zrobić w jedną chwilę. Jednakże szkody już poczynione, są ogromne. Rozgrabiono i zniszczono ogromny majątek.
I jeszcze w koło pełno aktywnych kombinatorów: - dzisiaj, na naszych oczach wyciągają swe brudne łapy po polski majątek: Amerykanie i Rosjanie po polski gaz i metale, Niemcy po węgiel i media, Francuzi po pieniądze na modernizację armii. Nawet Żydzi chcą polskie miliardy za wyimaginowane straty, które po prawdzie spowodowały Niemcy i Rosja.
Oraz cała Europa, a teraz już nawet kraje Zatoki Perskiej, bardzo chcą polskiego człowieka: pielęgniarki, lekarzy, inżynierów, informatyków, inżynierów, ślusarzy, spawaczy, robotników i hostessy. Wszystkich, za darmo dla nich, wykształconych w kolonii.
Każdy patrzy na Polskę, nie jak na suwerenne państwo, tylko jak na dobry interes. Takie są zasady kolonializmu i współczesnej eksploatacji zasobów.
Czy chcemy stać się kolejną kolonią? Czy możemy do tego dopuścić? Widziałem Kongo, Angolę, Nigerię i dziesiątki innych byłych kolonii i to nie tylko w Afryce. Dziesiątków, jeżeli nie setek lat potrzeba potem, żeby się z tego wydźwignąć.
A będzie się z czego wydźwigać, jak już Polska zostanie kompletnie rozkradziona?
By uratować kraj, przed kolonialnym upadkiem najpierw trzeba przegonić obecną władzę i rozbić Układ, który tą fasadową władzą steruje. Przecież widać, że oni robią tylko interesy.
Tak było z Kopacz, jak chciała zamykać kopalnie. I tak jest dzisiaj z Tuskiem, który sobie kupił francuskie poparcie za helikopterowy kontrakt rujnujący polski przemysł zbrojeniowy.
Jak już odzyskamy władzę i naród ponownie, prawie po 80 latach jarzma, stanie się suwerenem, będziemy wiedzieć, co dalej robić – jak zaprowadzić porządek, jak się rządzić, jak rozliczyć zdrajców i szkodników państwa i jak odrodzić zrujnowaną, likwidowaną gospodarkę.
Polska ma nadal być dobrym interesem. Tylko już nie dla międzynarodowych mafiozów i "zaprzyjaźnionych" rządów oraz garstki krajowych zdrajców. Koniec grabieży panowie i panie.
Teraz Polska będzie dobrym interesem dla wszystkich Polaków. Krajem gdzie dobrze się rodzić, wychowywać, uczyć, zakładać rodzinę i bezpiecznie odpoczywać na starość.


 _________________________________________________________________________________________________________________
[1] http://infografika.wp.pl/title,Ile-warta-jest-Polska,wid,15272486,wiadom... (link is external)
[2] http://polimaty.pl/2015/03/ile-kosztuje-polska/ (link is external)
[3] http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-2108363/Apple-worth-Polan... (link is external)
[4] http://www.laspolski.pl/W_sejmie_lasy_warte_200_miliardow,strona-2308.html (link is external)
[5] http://www.bogatyelblag.pl/ile-majatku-srednio-posiadaja-polacy,22633.html (link is external)
[6]
http://www.dailymail.co.uk/news/article-2574038/Average-British-person-n... (link is external)

.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/interes-polska#comment-1475533

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.
Idee
2015-04-24 11:04

Jak państwo myślą – ile warta jest Polska? Tak, jako towar rynkowy.
Dużo, bardzo dużo. Mimo dwudziestu pięciu lat systematycznego rozkradania, ciągle wartość Polski jest ogromna. Tak, tak – łakomy kąsek.

Oczywiście była więcej warta w roku 1989, gdy w Magdalence zdefiniowano konkretny status i przyszłość państwa. To właśnie tam, śmiem twierdzić, zdecydowano zakończyć zabawę w Polskę – rozwijające się normalnie państwo i zamiast tego, wystawić nasz kraj na rynek, albo giełdę, jako towar, lub inaczej, masę upadłościową po komunizmie, którą od tego czasu będzie można spieniężyć, czy to poprzez "wyprzedaż", czyli pospolitą grabież, zmianę faktycznego właściciela (prywatyzacja), ordynarną kradzież, czy nawet poprzez czynności upadłościowe (stocznie). Przecież dosłownie wszystko było bezpańskie - należało do mitycznego "Narodu". Jak tu tego nie brać?

Ja widzę tutaj zastosowany klasyczny neokolonializm. O takiej właśnie przyszłości Polski zdecydowano nie tylko w Magdalence, ale także we wielu europejskich gabinetach.
A my, naiwne prostaczki uznaliśmy, że dano nam wolność i suwerenność. Ha, ha... Tak samo, jak Ukrainie.
Suwerenność i wolność to my dopiero będziemy musieli sobie wywalczyć. Zerwać neokolonialne kajdany; przepędzić z kraju metropolitalnych pachołków, co to już stolicę Polski przenosili do Berlina. Zwrócić Polskę Polakom.

Co obecnie się dzieje:
pełna i gruntowna eksploatacja przez metropolie, kompletnie skorumpowany aparat władzy wewnętrznej, ludność tubylcza również traktowana jako źródło zysku (3 mln emigrantów). Dosłownie wszystkie poczynania dokonywane na terenie Polski nie miały zwiększać dobrostanu kraju, czyli zapewniać rozwój, tylko miały przynosić zyski. W przeważającej mierze  ludziom i instytucjom obcym, oraz marginalnie wykształconym w procesie grabieży majątku narodowego oligarchom, a także skorumpowanym decydentom na różnych szczeblach władzy.
Dokładnie takie same działania i praktyki mogliśmy obserwować kilkadziesiąt lat temu, gdy kolonializm był czymś normalnym na świecie. A nawet dzisiaj to się dzieje w stosunku do takiego Konga, czy Nigerii, niby krajów post-kolonialnych, lecz ciągle wyniszczająco eksploatowanych, już nie tylko przez metropolie, ale także wielkie międzynarodowe korporacje.
Do tej grupy dołączono młodziutką i bogatą kolonię – Polskę. Ma ktoś argumenty, aby przeciwko temu zaprzeczyć?

Przypatrzmy się i policzmy, z jaką wartością Polski, jako towaru, albo interesu do zrobienia, mamy do czynienia. To już zostało dokładnie wyliczone. A jakże! Pełna inwentaryzacja magazynu z towarami pod nazwą Polska. Aż się przeraziłem, jak sprawdziłem ile tych wyliczeń jest i kto to sobie skrupulatnie liczy. Choć mimo tego, są to wyliczenia niekompletne i powierzchowne. Odnoszę wrażenie, że to tylko to, co łatwo daje się ukraść i spieniężyć i to, co przynosi konkretny standardowy zysk.

Według takich informacji Polska dzisiaj jest warta 1 bilion 46,3 miliarda złotych. Aby być konkretnym, jest to majątek Skarbu Państwa. ( [1], [2]). Czyli takie rzeczy, które łatwo policzyć i oszacować – grunty, infrastruktura, odkryte zasoby, pieniądze, domy, zakłady należące do państwa, itd.
Pod tą sumę podaną powyżej, państwo polskie może na świecie zaciągać pożyczki. Bo na tym można położyć łapę. Przejąć, albo sprzedać. Jak dzisiaj Grecja, by spłacać długi, chce sprzedawać swoje wyspy, a słynny port w Pireusie przejmują zagraniczni właściciele.

Więc chociaż tego się głośno i publicznie nie mówi, ten bilion z hakiem, to nie jest cała wartość Polski. To tylko fragment. Ale i tak niezły.

Przede wszystkim nie wzięto pod uwagę wartości NBP i jego skarbca. Tymczasem według oficjalnych danych nasz bank centralny dysponował rezerwami w kwocie blisko 97,8 mld dolarów na koniec 2011 roku. Najnowsze dane NBP mówią już o 109 mld dolarów lub na dzisiaj około 400 mld złotych.

W istniejącym "Sprawozdaniu o stanie mienia Skarbu Państwa" nie wzięto też pod uwagę zabytków, a przede wszystkim zasobów naturalnych. Ukryte w naszej ziemi węgiel, miedź, srebro, siarka, cynk czy ołów są warte miliardy dolarów. O gazie łupkowym już nie wspominając.

Oraz oczywiście nie ma w tym wyliczeniu Skarbu Państwa wartości polskich lasów, bo nasi ojcowie sprytnie i przewidująco wynieśli to dobro poza łatwe manipulacje rządów i ich ministerstwa skarbu, zabezpieczając to konstytucją.
Wartości lasów polskich są drastycznie zaniżane. Podejrzewam, że to przygotowania w celu rychłej sprzedaży.
Na przykład sama wartość drzewostanu szacowana jest na 200 mld złotych. Ale... w śmiesznym przeliczeniu 20 tyś zł za 1 hektar [4]. Chętnie sam bym kupił parę hektarów za taką cenę. (Np. hektar jodły to już 40 tyś. zł) Nieważne...
Ale jest też druga strona medalu. Gdyby na wzór niemiecki pokusić się o oszacowanie wartości niematerialnych [ lasów – jk], to wyliczenia mogłyby wzrosnąć pięć, a może nawet 11 razy [4]pozostając przy najniższym oszacowaniu, to wartość lasów polskich to jeden bilion złotych (1 bln zł.)
Czyli same nasze lasy są warte niemalże tyle co cała reszta Skarbu Państwa !!!
Wyobrażacie sobie państwo, jaka tu może być skala przekrętu i dlaczego kombinatorzy od lewych zysków czaili się w sejmie z nocnymi głosowaniami tuż przed świętami.

Jednakże, te wszystkie oszacowane dobra materialne, to jest nic, pestka, w porównaniu z największym dobrem kraju do rozkradzenia – ludzi, Polaków.

Na początek najłatwiejsza część – majątek Polaków. Polacy są biedni, a ja osobiście powiedziałbym – bardzo biedni. Mimo, że dwukrotnie bogatsi od przeciętnego Chińczyka, to czterokrotnie biedniejsi od typowego Greka. A już od Szwajcara Polak jest 20 razy biedniejszy.
Ile jest tej biedy? Średni majątek Polaka wynosi 26 tyś USD, czyli około 80 tysięcy złotych. [5]To bardzo skromnie. Lecz nawet wówczas, gdy zaokrąglimy, że jest nas Polaków 38 milionów, to zgromadzony w naszych rękach prywatny majątek wynosi 3 biliony 40 miliardów złotych. Jest z czego, nas bidaków okraść. Co zresztą czynią nieustannie takie niepolskie instytucje, jak rząd (niby-polski), banki, towarzystwa ubezpieczeniowe itp.
Było nie było – to co jest w rękach polskiej biedy to i tak trzy razy więcej niż wartość Skarbu Państwa.

Lecz to tylko mały pryszczyk w odniesieniu do najważniejszego – wartości samego człowieka, wartości Polaka.
Pozwólcie państwo, że dla efektu przytoczę oryginalny fragment:
" Average British person has a net worth of £147,134 - less than 0.01 per cent of that of David Beckham..." [6] (Wartość netto typowego Brytyjczyka to 147 134 funty, co stanowi nieco mniej niż 0,01 % Davida Beckhama)
Jak widać, cena człowieka, człowiekowi nie równa. Lecz właśnie po to obliczamy średnią, uwzględniając i niemowlaków i starców o lasce.
Polacy zasadniczo od Brytyjczyków się nie różnią, choć ja bym uczciwie stwierdził, że są od nich więcej warci. Lecz liczmy po brytyjsku. Funt UK dzisiaj to około 5 zł, więc wartość jednego Polaka to 735 tysięcy złotych. I ponownie, przyjmując 38 mln polskich obywateli, mamy wartość Polaków = 27 bilionów 730 miliardów złotych. To jest prawdziwy polski skarb!
Dla treningu umysłowego na temat jak się rozkrada tą środkowo-europejską kolonię, Polskę, popatrzmy sobie na te 3 miliony Polaków, którzy wyemigrowali z kraju po 2004 roku (niektórzy twierdzą, że to była też umowna cena za przystąpienie do UE). Załóżmy, że oni już nigdy nie wrócą do ojczyzny.
To nie dzieci i starcy wyjechali na zachód, tylko kobiety i mężczyźni w tak zwanym wieku roboczym. Wartość takiego człowieka szacuje się na świecie na około 1 mln USD. Czyli na dzisiaj zaokrąglając – 3,5 mln zł. Świat ( choć w 98% Europa) dostał towar = 3,5 mln x 3 mln. Proszę sprawdzić nasz śliczny prezencik dla opływający w dobrobyt zachód w wysokości 10 i pół biliona złotych. Z dodatkowym bonusem, bo są to wszyscy, jak jeden mąż, ludzie wykształceni, w tym znaczna część na poziomie uniwersyteckim. Czy mogę zatem powiedzieć, że współcześni neokolonialiści i łowcy niewolników, znaleźli pod samym nosem prawdziwy skarb – postkomunistyczną, rozbitą Polskę, z władzami gotowymi sprzedać wszystko za każde pieniądze?
Oczywiście, trzeba zaznaczyć, że taki scenariusz byłby absolutnie niemożliwy, gdyby tak zwane "obalenie komunizmu" i późniejsza "transformacja" byłyby uczciwe i rzetelne. Lecz tysiące dogadanych już z partnerami magików, ze wymienię tylko najbardziej szkodliwych – Kiszczak, Wałęsa, Michnik, Balcerowicz, zadbało o to starannie, żeby polski wóz potoczył się dokładnie w tą stronę i gładko wpadł w koleiny neokolonializmu.
Odbył się chyba deal stulecia – przejęcie Polski, wraz z całym majątkiem i stanem osobowym, przez światowe metropolie i międzynarodowe korporacje.
Oczywiście to jest proces który ciągle trwa, nie da się tego zrobić w jedną chwilę. Jednakże szkody już poczynione, są ogromne. Rozgrabiono i zniszczono ogromny majątek.
I jeszcze w koło pełno aktywnych kombinatorów: - dzisiaj, na naszych oczach wyciągają swe brudne łapy po polski majątek: Amerykanie i Rosjanie po polski gaz i metale, Niemcy po węgiel i media, Francuzi po pieniądze na modernizację armii. Nawet Żydzi chcą polskie miliardy za wyimaginowane straty, które po prawdzie spowodowały Niemcy i Rosja.
Oraz cała Europa, a teraz już nawet kraje Zatoki Perskiej, bardzo chcą polskiego człowieka: pielęgniarki, lekarzy, inżynierów, informatyków, inżynierów, ślusarzy, spawaczy, robotników i hostessy. Wszystkich, za darmo dla nich, wykształconych w kolonii.
Każdy patrzy na Polskę, nie jak na suwerenne państwo, tylko jak na dobry interes. Takie są zasady kolonializmu i współczesnej eksploatacji zasobów.
Czy chcemy stać się kolejną kolonią? Czy możemy do tego dopuścić? Widziałem Kongo, Angolę, Nigerię i dziesiątki innych byłych kolonii i to nie tylko w Afryce. Dziesiątków, jeżeli nie setek lat potrzeba potem, żeby się z tego wydźwignąć.
A będzie się z czego wydźwigać, jak już Polska zostanie kompletnie rozkradziona?
By uratować kraj, przed kolonialnym upadkiem najpierw trzeba przegonić obecną władzę i rozbić Układ, który tą fasadową władzą steruje. Przecież widać, że oni robią tylko interesy.
Tak było z Kopacz, jak chciała zamykać kopalnie. I tak jest dzisiaj z Tuskiem, który sobie kupił francuskie poparcie za helikopterowy kontrakt rujnujący polski przemysł zbrojeniowy.
Jak już odzyskamy władzę i naród ponownie, prawie po 80 latach jarzma, stanie się suwerenem, będziemy wiedzieć, co dalej robić – jak zaprowadzić porządek, jak się rządzić, jak rozliczyć zdrajców i szkodników państwa i jak odrodzić zrujnowaną, likwidowaną gospodarkę.
Polska ma nadal być dobrym interesem. Tylko już nie dla międzynarodowych mafiozów i "zaprzyjaźnionych" rządów oraz garstki krajowych zdrajców. Koniec grabieży panowie i panie.
Teraz Polska będzie dobrym interesem dla wszystkich Polaków. Krajem gdzie dobrze się rodzić, wychowywać, uczyć, zakładać rodzinę i bezpiecznie odpoczywać na starość.


 _________________________________________________________________________________________________________________
[1] http://infografika.wp.pl/title,Ile-warta-jest-Polska,wid,15272486,wiadom... (link is external)
[2] http://polimaty.pl/2015/03/ile-kosztuje-polska/ (link is external)
[3] http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-2108363/Apple-worth-Polan... (link is external)
[4] http://www.laspolski.pl/W_sejmie_lasy_warte_200_miliardow,strona-2308.html (link is external)
[5] http://www.bogatyelblag.pl/ile-majatku-srednio-posiadaja-polacy,22633.html (link is external)
[6]
http://www.dailymail.co.uk/news/article-2574038/Average-British-person-n... (link is external)

.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/interes-polska#comment-1475533

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Nie ma leków! Zdychaj Polaku!





Pisałem już o tym [1]. Genialny duet Kopacz i Arłukowicz doprowadzili swoim działaniem do zapaści rynku farmaceutycznego.

Czy to zwykła głupota? A może świadomy przekręt platformerskich szubrawców bo, jak to zdradziła "niewinna" Sawicka – na służbie zdrowia można duże lody kręcić.

Jakby nie dociekać przyczyn, kliku cwaniaków robi kokosowe interesy na polskich lekach. Najgorsze jest jednak to, że robiąc te interesy na podstawie kretynizmu Ministerstwa Zdrowia, jednocześnie pozbawiają polskich pacjentów dostępu do leków. I to nie byle jakich leków, żadnych tam witaminek, pastylek na ból głowy, czy maści na stawy, których reklamy opanowały wszystkie stacje TV, tylko tych prawdziwych leków, refundowanych, często leków ratujących życie.

Co mają robić ludzie z ciężką cukrzycą, muszących codziennie przyjmować lek, gdy nie ma odpowiedniej insuliny, bo jest wywożona za granicę?


Co się dzieje?
Zmiana przepisów, świadomie, czy nieświadomie, doprowadziła do mafijnej patologii, gdzie nie opłaca się prawidłowo sprzedawać leków pacjentom, tylko handlować nimi na dużą skalę.
Małe, rodzinne apteki, które nie uczestniczą w tym procederze, padają jak muchy.
A obywatele nie wykupują jednej trzeciej przypisanych im przez lekarzy leków.

Jak to możliwe?
Proceder prowadzony jest na dwa sposoby.
"Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo."[2]
Znam osobiście kilka aptek, otwartych niedawno, w bardzo nieatrakcyjnym punkcie, które nawet nie usiłują specjalnie udawać, że służą pacjentom. To apteki do obrotu i eksportu leków za granicę. Korzystając z luk prawnych, wszelkie służby farmaceutyczne, czy skarbowe są kompletnie bezradne.

Tak, jakby ktoś rozciągnął parasol nad tym, z punktu widzenia moralności przestępczym procederem, parasol ochronny. I nie jest to świeża sprawa. Zaczęło się to w roku 2012, natychmiast po nowej ustawie Arłukowicza.
Tak, jakby zaufani ludzie tylko czekali na wejście ustawy, by natychmiast rozpocząć intratny biznes. Byli przygotowani i dobrze wiedzieli, jaki smakowity tort resort im podsuwa.
Oczywiście prokuratury i sądy kompletnie tym się nie zajmują, bo mają, jak wiemy, ważniejsze sprawy na głowie.


Duże hurtownie farmaceutyczne, których jest w Polsce kilka, a ich właściciele figurują w czołówce listy najbogatszych Polaków, albo już zostały spieniężone i sprzedane międzynarodowym konsorcjom, podobnie jak to zrobił dr Kulczyk kupując Browary Wielkopolskie (m.in. marka "Lech") za głupie 20 milionów, by po trzech latach sprzedać potentatowi z RPA za 400 milionów, szybko zwąchały duży interes. Po co mają się zajmować zaopatrzeniem aptek i jeszcze wspierać hurtownie – słupy i fałszywe apteki, jak sami mogą doić krowę.
"Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości - hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.

I tu tkwi sedno problemu - gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia - Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak - na początku 2012 roku - w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych - wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie. Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego." [3]
Każdego dnia o poranku, tuż po otwarciu apteki, właściciel albo kierownik łapie za telefon i rozpoczyna wydzwanianie do producentów leków. Do producentów, nie do hurtowni, bo gdyby oni ten lek mieli, to go natychmiast wyeksportują.
Ponieważ dzwonią aptekarze z całej Polski, więc nierzadko na połączenie można czekać do dwóch godzin. A gdy już człowiek połączy się z działem handlowym producenta, to zaczyna żebrać. Prosi choćby o dwa opakowania leku, choć normalnie zamówiłby dziesięć. Producent odpowiada, że może dać jedno opakowanie. Zdesperowany magister dyktuje receptę, gdzie lekarz wyraźnie wypisał dwa opakowania i jest to ratowanie życia. Producent zgadza się, albo nie. I tak jest codziennie, dzięki geniuszowi Arłukowicza et consortes.

Czy to nie jest paranoja i szwindel dużego kalibru?
Tworzy się ustawy w taki sposób, żeby dzięki sprytnym interpretacjom klika kumpli mogła zarabiać miliony, nie zwracając uwagi, że jednocześnie paraliżuje się cały system sprzedaży leków w kraju.
Czy Ministerstwo Zdrowia i rząd, do którego należy, to taka beznadziejna banda nieudaczników, czy wprost przeciwnie – dzielni pionierzy dzikiego zachodu odkrywający kopalnie złota i diamentów?

Skalę tego zjawiska policzyli dziennikarze.
"W aptekach brakuje nowoczesnych leków na cukrzycę, astmę, a nawet onkologicznych. Powód? Leki masowo wypływają za granicę, gdzie bardziej opłaca się je sprzedawać. Hurtownie i apteki nagminnie łamią przy tym prawo. Skala zjawiska - jak ustalili reporterzy TOK FM - jest potężna. Co roku z Polski wypływają leki warte 3 mld zł. - To często leki ratujące życie i nie mające zamienników - podkreśla główny inspektor farmaceutyczny." [3] Szacuje się również, że 30% leków w polskim obrocie handlowym jest, jak nie wie nikt – legalnie, czy nielegalnie, wyeksportowane za granicę.
Proceder ten jest jeszcze bardziej kryminalny, niż podają w wyliczeniach dziennikarze. To wszystko są leki refundowane, leki na receptę.
Oznacza to, że do tych leków, dopłaca budżet, czyli my wszyscy podatnicy.
I jest tak, ze banda cwaniaków zarabia miliardy, traci państwo, tracą obywatele, a za to Niemcy mają tańsze polskie leki.

Uczcie się rodacy! Świat należy do cwaniaków! Bzdurne prawa i przepisy po to się tworzy, by ktoś inteligentny i dobrze poinformowany mógł się odpowiednio nachapać kosztem państwa i współobywateli.
Więc po co narzekacie?! Zostańcie psipsiółkami i przyjaciółmi Ewy Kopacz, a worek pieniędzy sam się rozwiąże.



[1]   http://naszeblogi.pl/43191-zniszczone-polskie-apteki-aktualizacja (link is external)
[2]   http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234 (link is external)
[3]   http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,17749507,Lekow_brakuje__a_resort_pozwala_lepiej_zarabiac_tym_.html (link is external)

.

Obrazek użytkownika jazgdyni
Kraj


Pisałem już o tym [1]. Genialny duet Kopacz i Arłukowicz doprowadzili swoim działaniem do zapaści rynku farmaceutycznego.
Czy to zwykła głupota? A może świadomy przekręt platformerskich szubrawców bo, jak to zdradziła "niewinna" Sawicka – na służbie zdrowia można duże lody kręcić.
Jakby nie dociekać przyczyn, kliku cwaniaków robi kokosowe interesy na polskich lekach. Najgorsze jest jednak to, że robiąc te interesy na podstawie kretynizmu Ministerstwa Zdrowia, jednocześnie pozbawiają polskich pacjentów dostępu do leków. I to nie byle jakich leków, żadnych tam witaminek, pastylek na ból głowy, czy maści na stawy, których reklamy opanowały wszystkie stacje TV, tylko tych prawdziwych leków, refundowanych, często leków ratujących życie.
Co mają robić ludzie z ciężką cukrzycą, muszących codziennie przyjmować lek, gdy nie ma odpowiedniej insuliny, bo jest wywożona za granicę?

Co się dzieje?
Zmiana przepisów, świadomie, czy nieświadomie, doprowadziła do mafijnej patologii, gdzie nie opłaca się prawidłowo sprzedawać leków pacjentom, tylko handlować nimi na dużą skalę.
Małe, rodzinne apteki, które nie uczestniczą w tym procederze, padają jak muchy.
A obywatele nie wykupują jednej trzeciej przypisanych im przez lekarzy leków.

Jak to możliwe?
Proceder prowadzony jest na dwa sposoby.
"Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo."[2]
Znam osobiście kilka aptek, otwartych niedawno, w bardzo nieatrakcyjnym punkcie, które nawet nie usiłują specjalnie udawać, że służą pacjentom. To apteki do obrotu i eksportu leków za granicę. Korzystając z luk prawnych, wszelkie służby farmaceutyczne, czy skarbowe są kompletnie bezradne.

Tak, jakby ktoś rozciągnął parasol nad tym, z punktu widzenia moralności przestępczym procederem, parasol ochronny. I nie jest to świeża sprawa. Zaczęło się to w roku 2012, natychmiast po nowej ustawie Arłukowicza.
Tak, jakby zaufani ludzie tylko czekali na wejście ustawy, by natychmiast rozpocząć intratny biznes. Byli przygotowani i dobrze wiedzieli, jaki smakowity tort resort im podsuwa.
Oczywiście prokuratury i sądy kompletnie tym się nie zajmują, bo mają, jak wiemy, ważniejsze sprawy na głowie.


Duże hurtownie farmaceutyczne, których jest w Polsce kilka, a ich właściciele figurują w czołówce listy najbogatszych Polaków, albo już zostały spieniężone i sprzedane międzynarodowym konsorcjom, podobnie jak to zrobił dr Kulczyk kupując Browary Wielkopolskie (m.in. marka "Lech") za głupie 20 milionów, by po trzech latach sprzedać potentatowi z RPA za 400 milionów, szybko zwąchały duży interes. Po co mają się zajmować zaopatrzeniem aptek i jeszcze wspierać hurtownie – słupy i fałszywe apteki, jak sami mogą doić krowę.
"Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości - hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.
I tu tkwi sedno problemu - gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia - Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak - na początku 2012 roku - w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych - wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie. Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego." [3]
Każdego dnia o poranku, tuż po otwarciu apteki, właściciel albo kierownik łapie za telefon i rozpoczyna wydzwanianie do producentów leków. Do producentów, nie do hurtowni, bo gdyby oni ten lek mieli, to go natychmiast wyeksportują.
Ponieważ dzwonią aptekarze z całej Polski, więc nierzadko na połączenie można czekać do dwóch godzin. A gdy już człowiek połączy się z działem handlowym producenta, to zaczyna żebrać. Prosi choćby o dwa opakowania leku, choć normalnie zamówiłby dziesięć. Producent odpowiada, że może dać jedno opakowanie. Zdesperowany magister dyktuje receptę, gdzie lekarz wyraźnie wypisał dwa opakowania i jest to ratowanie życia. Producent zgadza się, albo nie. I tak jest codziennie, dzięki geniuszowi Arłukowicza et consortes.

Czy to nie jest paranoja i szwindel dużego kalibru?
Tworzy się ustawy w taki sposób, żeby dzięki sprytnym interpretacjom klika kumpli mogła zarabiać miliony, nie zwracając uwagi, że jednocześnie paraliżuje się cały system sprzedaży leków w kraju.
Czy Ministerstwo Zdrowia i rząd, do którego należy, to taka beznadziejna banda nieudaczników, czy wprost przeciwnie – dzielni pionierzy dzikiego zachodu odkrywający kopalnie złota i diamentów?

Skalę tego zjawiska policzyli dziennikarze.
"W aptekach brakuje nowoczesnych leków na cukrzycę, astmę, a nawet onkologicznych. Powód? Leki masowo wypływają za granicę, gdzie bardziej opłaca się je sprzedawać. Hurtownie i apteki nagminnie łamią przy tym prawo. Skala zjawiska - jak ustalili reporterzy TOK FM - jest potężna. Co roku z Polski wypływają leki warte 3 mld zł. - To często leki ratujące życie i nie mające zamienników - podkreśla główny inspektor farmaceutyczny." [3] Szacuje się również, że 30% leków w polskim obrocie handlowym jest, jak nie wie nikt – legalnie, czy nielegalnie, wyeksportowane za granicę.
Proceder ten jest jeszcze bardziej kryminalny, niż podają w wyliczeniach dziennikarze. To wszystko są leki refundowane, leki na receptę.
Oznacza to, że do tych leków, dopłaca budżet, czyli my wszyscy podatnicy.
I jest tak, ze banda cwaniaków zarabia miliardy, traci państwo, tracą obywatele, a za to Niemcy mają tańsze polskie leki.

Uczcie się rodacy! Świat należy do cwaniaków! Bzdurne prawa i przepisy po to się tworzy, by ktoś inteligentny i dobrze poinformowany mógł się odpowiednio nachapać kosztem państwa i współobywateli.
Więc po co narzekacie?! Zostańcie psipsiółkami i przyjaciółmi Ewy Kopacz, a worek pieniędzy sam się rozwiąże.



[1]   http://naszeblogi.pl/43191-zniszczone-polskie-apteki-aktualizacja (link is external)
[2]   http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234 (link is external)
[3]   http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,17749507,Lekow_brakuje__a_resort_pozwala_lepiej_zarabiac_tym_.html (link is external)

.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/nie-ma-lekow-zdychaj-polaku

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.
Kraj


Pisałem już o tym [1]. Genialny duet Kopacz i Arłukowicz doprowadzili swoim działaniem do zapaści rynku farmaceutycznego.
Czy to zwykła głupota? A może świadomy przekręt platformerskich szubrawców bo, jak to zdradziła "niewinna" Sawicka – na służbie zdrowia można duże lody kręcić.
Jakby nie dociekać przyczyn, kliku cwaniaków robi kokosowe interesy na polskich lekach. Najgorsze jest jednak to, że robiąc te interesy na podstawie kretynizmu Ministerstwa Zdrowia, jednocześnie pozbawiają polskich pacjentów dostępu do leków. I to nie byle jakich leków, żadnych tam witaminek, pastylek na ból głowy, czy maści na stawy, których reklamy opanowały wszystkie stacje TV, tylko tych prawdziwych leków, refundowanych, często leków ratujących życie.
Co mają robić ludzie z ciężką cukrzycą, muszących codziennie przyjmować lek, gdy nie ma odpowiedniej insuliny, bo jest wywożona za granicę?

Co się dzieje?
Zmiana przepisów, świadomie, czy nieświadomie, doprowadziła do mafijnej patologii, gdzie nie opłaca się prawidłowo sprzedawać leków pacjentom, tylko handlować nimi na dużą skalę.
Małe, rodzinne apteki, które nie uczestniczą w tym procederze, padają jak muchy.
A obywatele nie wykupują jednej trzeciej przypisanych im przez lekarzy leków.

Jak to możliwe?
Proceder prowadzony jest na dwa sposoby.
"Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo."[2]
Znam osobiście kilka aptek, otwartych niedawno, w bardzo nieatrakcyjnym punkcie, które nawet nie usiłują specjalnie udawać, że służą pacjentom. To apteki do obrotu i eksportu leków za granicę. Korzystając z luk prawnych, wszelkie służby farmaceutyczne, czy skarbowe są kompletnie bezradne.

Tak, jakby ktoś rozciągnął parasol nad tym, z punktu widzenia moralności przestępczym procederem, parasol ochronny. I nie jest to świeża sprawa. Zaczęło się to w roku 2012, natychmiast po nowej ustawie Arłukowicza.
Tak, jakby zaufani ludzie tylko czekali na wejście ustawy, by natychmiast rozpocząć intratny biznes. Byli przygotowani i dobrze wiedzieli, jaki smakowity tort resort im podsuwa.
Oczywiście prokuratury i sądy kompletnie tym się nie zajmują, bo mają, jak wiemy, ważniejsze sprawy na głowie.


Duże hurtownie farmaceutyczne, których jest w Polsce kilka, a ich właściciele figurują w czołówce listy najbogatszych Polaków, albo już zostały spieniężone i sprzedane międzynarodowym konsorcjom, podobnie jak to zrobił dr Kulczyk kupując Browary Wielkopolskie (m.in. marka "Lech") za głupie 20 milionów, by po trzech latach sprzedać potentatowi z RPA za 400 milionów, szybko zwąchały duży interes. Po co mają się zajmować zaopatrzeniem aptek i jeszcze wspierać hurtownie – słupy i fałszywe apteki, jak sami mogą doić krowę.
"Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości - hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.
I tu tkwi sedno problemu - gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia - Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak - na początku 2012 roku - w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych - wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie. Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego." [3]
Każdego dnia o poranku, tuż po otwarciu apteki, właściciel albo kierownik łapie za telefon i rozpoczyna wydzwanianie do producentów leków. Do producentów, nie do hurtowni, bo gdyby oni ten lek mieli, to go natychmiast wyeksportują.
Ponieważ dzwonią aptekarze z całej Polski, więc nierzadko na połączenie można czekać do dwóch godzin. A gdy już człowiek połączy się z działem handlowym producenta, to zaczyna żebrać. Prosi choćby o dwa opakowania leku, choć normalnie zamówiłby dziesięć. Producent odpowiada, że może dać jedno opakowanie. Zdesperowany magister dyktuje receptę, gdzie lekarz wyraźnie wypisał dwa opakowania i jest to ratowanie życia. Producent zgadza się, albo nie. I tak jest codziennie, dzięki geniuszowi Arłukowicza et consortes.

Czy to nie jest paranoja i szwindel dużego kalibru?
Tworzy się ustawy w taki sposób, żeby dzięki sprytnym interpretacjom klika kumpli mogła zarabiać miliony, nie zwracając uwagi, że jednocześnie paraliżuje się cały system sprzedaży leków w kraju.
Czy Ministerstwo Zdrowia i rząd, do którego należy, to taka beznadziejna banda nieudaczników, czy wprost przeciwnie – dzielni pionierzy dzikiego zachodu odkrywający kopalnie złota i diamentów?

Skalę tego zjawiska policzyli dziennikarze.
"W aptekach brakuje nowoczesnych leków na cukrzycę, astmę, a nawet onkologicznych. Powód? Leki masowo wypływają za granicę, gdzie bardziej opłaca się je sprzedawać. Hurtownie i apteki nagminnie łamią przy tym prawo. Skala zjawiska - jak ustalili reporterzy TOK FM - jest potężna. Co roku z Polski wypływają leki warte 3 mld zł. - To często leki ratujące życie i nie mające zamienników - podkreśla główny inspektor farmaceutyczny." [3] Szacuje się również, że 30% leków w polskim obrocie handlowym jest, jak nie wie nikt – legalnie, czy nielegalnie, wyeksportowane za granicę.
Proceder ten jest jeszcze bardziej kryminalny, niż podają w wyliczeniach dziennikarze. To wszystko są leki refundowane, leki na receptę.
Oznacza to, że do tych leków, dopłaca budżet, czyli my wszyscy podatnicy.
I jest tak, ze banda cwaniaków zarabia miliardy, traci państwo, tracą obywatele, a za to Niemcy mają tańsze polskie leki.

Uczcie się rodacy! Świat należy do cwaniaków! Bzdurne prawa i przepisy po to się tworzy, by ktoś inteligentny i dobrze poinformowany mógł się odpowiednio nachapać kosztem państwa i współobywateli.
Więc po co narzekacie?! Zostańcie psipsiółkami i przyjaciółmi Ewy Kopacz, a worek pieniędzy sam się rozwiąże.



[1]   http://naszeblogi.pl/43191-zniszczone-polskie-apteki-aktualizacja (link is external)
[2]   http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234 (link is external)
[3]   http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,17749507,Lekow_brakuje__a_resort_pozwala_lepiej_zarabiac_tym_.html (link is external)

.


Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/jazgdyni/nie-ma-lekow-zdychaj-polaku

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.