niedziela, 26 stycznia 2014

Jestem Dyletantem



Mroźnym niedzielnym porankiem, zapomnijmy na chwilę o Majdanie, nieszlachetnym sekretarzu Dziwiszu, Starych Kiejkutach, dżenderze i ferajnie Tuska.
Lat temu parę, zapłodniony ideą pewnych londyńskich dżentelmenów, uznałem, ze bardzo ważnym zadaniem wszystkich blogerów jest budzenie umysłów rodaków. Zmuszenie ich do samodzielnego myślenia i wyrwania z zaklętego kręgu spraw codzienności i tych podsuwanych przez telewizor.
Tak powstał Klub Dyletantów. Kapitułę klubu stanowią nieprzeciętni blogerzy – znana wszystkim Izabela Falzmann Brodacka, słynna artystka KOSSOBOR, skromna, ale wielka sigma, Tadman, oraz jazgdyni – ojciec założyciel.

Klub obecnie ma swoje niewielkie miejsce (cały czas w budowie) -  http://klubdyletantow.blogspot.com/
Dostąpił też kiedyś gościny na Neonie24, gdy portal miał inne władze i inne założenia ( http://neon24.pl/category/28,klub-dyletantow ). Teraz obecnie, jak cały portal zresztą, opanowany przez dziwnych ludzi, dogorywa.

Nie zaprzestanę jednak idei Prawdziwego Dyletanta. Trzeba szerzyć edukację, nie tylko fachową, ale i tą życiową i kulturalną. Trzeba ludzi budzić z marazmu.
Mam nadzieję, że w końcu znajdziemy swoje miejsce w blogosferze.
Do upierdliwych świat należy!


Określenie DYLETANT w powszechnym obiegu ma znaczenie pejoratywne. Ty dyletancie - znaczy tyle, że coś wiesz, ale po łebkach. Nic bardziej mylnego. Dyletant pochodzi do dilettante, a to z kolei od dilettare, lubować się. Dyletant to miłośnik, amator.

Cóż więc jest takiego dziwnego w dyletancie, że odróżnia go od przeciętnego człowieka, który też zapewne „lubuje się” w czymś.
Chociażby w kuflu piwa i paczce chipsów przed telewizorem.
Tym czymś jest ciekawość. Generalnie ciekawość świata i poszukiwanie samemu odpowiedzi na pytania, które ten świat niesie. On nie siedzi tylko przed tym przysłowiowym telewizorem i chłonie jak gąbka to, co mu się podsuwa, chociażby to był kanał National Geografic, na temat życia goryli w niedostępnych lasach
Dyletant woli sam zobaczyć obiekty swoich zainteresowań i dowiedzieć się czegoś więcej. I dyletant nie przyjmuje wiedzy „z góry”, ex catedra, on lubi sam dojść do własnych wniosków i sam czegoś doświadczać.

Dyletant ma dużo wspólnego z „człowiekiem renesansu”. Gdy po ciemnych latach średniowiecza w XV i XVI wieku wybuchło Odrodzenie, albo właśnie Renesans, w momencie, powiedzmy, upadku Konstantynopola, Europa nagle stworzyła coś nowego w historii ludzkości, stworzyła humanizm.Wybuchły sztuki i nauki. Dokonał się niebywały skok.
Leonardo da Vinci jest chyba najwybitniejszym przykładem człowieka renesansu. Zajmował się wszystkim, co go zaciekawiło. I był wybitnym we wszystkim, czego się dotknął. Ta jego pasja i różnorodność zainteresowań stała się wzorem dla późniejszych dyletantów.

Krótki rys historyczny Klubu Dyletantów

Klub Dyletantów formalnie został ustanowiony w 1732 roku w Londynie jako The Society of Dilettanti dla młodych (i bogatych) ludzi z wyższych sfer, którzy odbyli tzw. Grand Tour.A cóż to takiego? To była obowiązkowa w tamtych strefach pielgrzymka, lecz nie religijna, nie do miejsc świętych, ale do miejsc, które się zaznaczyły w kulturze. Głównie taka długa peregrynacja obejmowała Rzym, Wenecję, Florencję. Również Grecja, jako kolebka kultury często wchodziła w zakres takiej podróży.
Jak zauważamy, w późniejszym okresie również polscy romantycy, Mickiewicz, Słowacki, Krasiński kontynuowali tradycję Grand Tour.

Na początku na czele The Society of Dilettanti stanęli Lord Middlesex i Sir Francis Dashwood. Do londyńskiego klubu przystąpiło wielu diuków, lordów, a później również wielu czołowych artystów i pisarzy. Kogo to interesuje to sobie interesujące nazwiska znajdzie.

Klub liczył 60 członków, ni mniej, ni więcej. Był ściśle powiązany z Brook’s,najbardziej ekskluzywnym gentlemen’s clubs, który stoi do dzisiaj na St. James’s Street w Londynie. Niestety nie jestem członkiem (ale też się nie starałem, może szkoda…)
Bardzo szybko Klub stał się wyrocznią Londynu i całej Anglii w sprawach kultury, sztuki, mody i nauki.
Jakie warunki trzeba było spełnić, by zostać członkiem Klubu? Formalnie tylko dwa: odbyć podróż do Italii i starać się, w czasie tej podróży nigdy nie trzeźwieć. Oczywiście, dzisiejsi sceptycy i w swoim przekonaniu demokraci, zepsuci przez klasowe bzdury komunizmu, natychmiast podniosą larum – kogo wówczas było na to stać. Fakt, tylko brytyjskich i innych europejskich krwiopijców. Ale takie właśnie czasy wówczas były i nic tutaj nie zmienimy. Kto ma winę za to, że urodził się w domu lorda, czy innego diuka. Mógł on przecież całe życie uganiać się na koniach za biednymi lisami, poklepywać po pupach panny służące i obżerać się kiepskim brytyjskim jedzeniem. Jednakże, on wybierał wiedzę, naukę i sztukę. Był ciekaw i chciał podróżować. To nie było aż takie proste jak dzisiaj. Więc, żeby zostać dyletantem trzeba było mieć tą chciwość poznania, pragnienie zobaczenia i dotknięcia i tą wszechogarniającą ciekawość.
W nagrodę za te cnoty członkowie Klubu gremialnie się przyczynili do ponownego rozkwitu nauki i sztuki, a jako produkt uboczny zostali, jak to się dzisiaj modnie nazywa – londyńskimi trendmakerami.
Zostali elitą swoich czasów.

Czy nie pora kultywować szczytne idee Klubu Dyletantów? Zaraz prześmiewcy i malkontenci zakrzykną – o, samozwańczych elit im się zachciewa! Nie ma większej bzdury. Chodzi o pasje, ciekawość i poznanie.
Jak przeglądam artykuły w blogosferze, to widać, że oprócz typowej bieżączki, wielu jest pasjonatów różnych dziedzin: dobrego jedzenia i picia, koni, wędrówek po górach, mazurskich jezior, naszych lasów, polskich dworków, szlacheckiej tradycji, morskich podróży, wielkiego kosmosu i małego atomu, religii, naszej katolickiej, jak też innych,różnorodnych . I wielu wielu różnych tematów.
Miejmy od czasu do czasu wolę, by oderwać się od spraw bieżących i porozmawiać o czymś, czego zwykle w zaganianych czasch brakuje. Przecież wszyscy chcemy byc mądrzejsi i szczęśliwsi.

N'est-ce pas?

autor: jazgdyni



sobota, 25 stycznia 2014

Miller, szpiedzy i dolary



Jeżeli Donald Tusk reprezentuje sobą klasycznego chuligana z gdańskiego podwórka i znienawidzonego w Gdyni kibica Lechii ("Czy to prawda drogi ojcze, że Lechiści to volksdojcze" – bojowe zawołanie kibiców Arki), to towarzysz Leszek Miller jest jeszcze gorszym przykładem – chłopiec z Bałut, jak to się kiedyś mówiło, podwórkowy wirażka.
Miłośnik idiotycznych bon motów, wzbudzających rechot komuchów, ma jakąś inklinacje do dolarów. I to w gotówce.
Już w listopadzie 1990 roku prokurator postawił Millerowi zarzut, że on tak sobie, zapakował do teczki 600 tysięcy dolarów i jak gdyby nic, zawiózł je do Moskwy. Była to część tzw. "Moskiewskiej Pożyczki", którą zagwarantował dla polskich komuchów towarzysz Rakowski. Pieniądze były po to, by po rozpadzie PRLu jakoś się urządzić. No i urządzili się jakoś towarzysze. Do dzisiaj, a nawet na dwa pokolenia do przodu.

**********

W lutowy poranek 2003 roku rejsowy samolot Lufthansy, lecący z Frankfurtu, o godzinie 12:20 wylądował w Warszawie na Okęciu. W momencie, gdy podstawiono schody i pierwsi pasażerowie zaczęli wysiadać, z drugiej strony samolotu podjechał Mercedes z dyplomatycznymi tablicami.
Oficjalny rezydent CIA przy Amerykańskiej Ambasadzie w Warszawie, zgodnie z procedurą, odebrał osobiście pocztę dyplomatyczną, tym razem było to parę worków oznaczonych charakterystycznym pasem, sprawdził plomby, wrzucił do bagażnika i już bez żadnej kontroli zawiózł prosto do Ambasady USA.
W poczcie dyplomatycznej było tym razem 15 milionów dolarów.
Żebyście sobie państwo wyobrazili, dlaczego ja napisałem parę worków. 15 milionów dolarów to paczuszki oznaczone banderolami, każda po sto sztuk studolarowych banknotów; czyli jedna paczka to 10 000 dolarów. Grubości około 2,5 centymetra. Na 15 milionów dolarów w gotówce, a polski kontrahent właśnie zażyczył sobie gotówkę, potrzeba 1 500 takich 10 000 dolarowych paczuszek. To się niestety w kurierskiej walizeczce, przymocowanej łańcuchem do przegubu agenta nie zmieści. Możecie to sobie wyobrazić, że to jednak parę kurierskich worków.

Pieniądze spokojnie czekały sobie w Ambasadzie, aż do dnia, gdy przeprowadzono precyzyjnie zaplanowaną operację przekazania pieniędzy stronie polskiej.
Kolejnego chłodnego poranka dwóch agentów rezydentury CIA wyniosło dwa duże pudła wypełnione dolarami i załadowało je do bagażnika samochodu. Trudno ustalić, jaki to był samochód, lecz najprawdopodobniej nie był to wóz służbowy ambasady. Ze strony amerykańskiej całą operację zabezpieczało dodatkowo dwóch tajnych agentów.
Polską stroną operacji dowodził płk Andrzej Derlatka, zastępca szefa polskiego wywiadu. To on w towarzystwie dwóch polskich oficerów odbierał pieniądze.
Niewątpliwie operacja przekazania była dodatkowo zabezpieczana przez co najmniej pięciu polskich tajnych agentów.
Gdzie dokonano przekazania? Tutaj moje spekulacje się kończą. Czy była to jakaś willa na Saskiej Kępie? Raczej nie, zbyt łatwo to miejsce obserwować i fotografować. Również raczej nie była to jakaś galeria handlowa, restauracja, czy hotel. Dwóch Amerykanów z dużymi pudłami wzbudziłoby zbyt duże zainteresowanie.
Najprawdopodobniej odbyło się to według starych, klasycznych metod, w umówionym punkcie w podmiejskim lesie, w punkcie dobrze zabezpieczonym przez agentów.
Służby tajne są najbardziej zbiurokratyzowaną instytucją. Dlatego też nie była to prosta i szybka operacja. Trzeba było całe pieniądze fachowo przeliczyć. A potem podpisać dziesiątki kwitów. Te papiery z podpisami leżą gdzieś do tej pory. Na pewno w Langley, centrali CIA i gdzieś, nie wiadomo gdzie, w Polsce, w dobrym schowku tajnych służb.

O tych pieniądzach nie mogło wiedzieć zbyt dużo osób. Krąg był niewątpliwie bardzo wąski, jeżeli przez 11 lat udało się te 15 milionów utrzymać w tajemnicy. O tajności tej zapłaty świadczy też fakt, że osobiście przeprowadzał ją zastępca szefa polskiego wywiadu, wspomniany płk Dzierlatka.
Czy wiedział o tych milionach ówczesny szef wywiadu gen Marek Dukaczewski? Pewnie tak, należałoby go o to zapytać.
Wiedzieli za to na pewno, tak się składa, sami towarzysze z 2003 roku: Leszek Miller, premier ówczesnego rządu, nadzorujący wywiad. Wiedział na pewno Zbigniew Siemiątkowski, szef Agencji Wywiadu.
Niewątpliwie dowiedzieli się o tym prezydent RP  Aleksander Kwaśniewski i jego prawa ręka, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Marek Siwiec.
Czy jeszcze ktoś więcej? Może, ale bardzo, bardzo niewielu. Towarzysze potrafią dochowywać tajemnicy i kłamać na zawołanie. Szczególnie jak chodzi o pieniądze, duże pieniądze.

Dla formalności trzeba tu napisać, że główny bohater tego tekstu – 15 milionów dolarów w gotówce, to wytargowana przez towarzyszy, kiedyś przecież internacjonałów i wrogów USA, zapłata amerykańskich tajnych służb CIA za zgodę na lądowanie na lotnisku w Szymanach tuż obok Szczytna tajnych samolotów amerykańskich, przywożenie niezidentyfikowanych osób do wydzierżawionej willi w tajnym ośrodku wywiadowczym w Starych Kiejkutach, by tam te osoby przesłuchiwać. Oczywiście, nikt nie miał zielonego pojęcia, że Amerykanie w trakcie przesłuchań stosują tortury, ze słynnym waterboardingiem na czele ( http://pl.wikipedia.org/wiki/Waterboarding )
(http://youtu.be/6IKpaTEZ8KA ).
Zawzięcie walczący o pokój na świecie towarzysze, łamiąc przy okazji polską Konstytucję, za garść zielonych dolarów sprzedali amerykańskim oprawcom i fachowcom od tortur, swoje szczytne idee wypisane na sztandarach.
Zawsze wiedziałem o ich cynizmie i fałszu. Wszystko co robią i robili, to tylko się nachapać, jak najszybciej i bez żadnych moralnych ograniczeń. Od akcji "Żelazo", gdzie napadano i rabowano na Zachodzie, po Stare Kiejkuty, gdzie torturowano, obojętnych dla Polski, durnych fanatyków.

Ciekawe, jak już wspomniałem, przy dolarach zazwyczaj można spotkać towarzysza Millera. Już w 1990 kręcił się przy zielonej gotówce. I 13 lat później przy znacznie większych pieniądzach, niż te nędzne moskiewskie grosze. Miller jest twardym zawodnikiem, jeszcze wczoraj zaklinał, że o niczym nie wie i o niczym nie słyszał. Jak dobry czekista idzie w zaparte. Ciekawe po ilu sekundach waterboardingu on by się złamał?

Cała ta interesująca ferajna towarzyszy, ludzi niebiednych, ba, wręcz bogatych, Kwaśniewski, Siwiec, Kalisz ( on też był w BBN w 2003, więc mógł też swoje tłuściutkie paluszki umoczyć w szpiegowskiej transakcji), zgrupowała się teraz przy czarodzieju z Lublina, Palikocie. W ramach Polski Plus będą startować do parlamentu europejskiego. Cóż, kasy, nie wiadomo jakiej, jest ciągle za mało.

A na koniec pytanie za 100 punktów – gdzie się podziało te 15 000 000 dolarów?
Czy są kwity, papiery i podpisy w Biurze Bieżącej Obsługi Finansowo – Technicznej WSI ? A może tylko w Agencji Wywiadu?

Może tego właśnie nie chciał ujawnić śp. Prezydent Lech Kaczyński w słynnym Aneksie rozwiązania WSI, bo trzeba by wielu towarzyszy, w tym tych pełniących kiedyś najwyższe funkcje w kraju wsadzić do więzienia?
 
___________________________________________________

Przebieg operacji przekazania pieniędzy jest oczywiście moją fikcją. Ale nie tak do końca, bo opartą na procedurach opisanych przez prawdziwych szpiegów, Kuklińskiego i Zacharskiego.

************

http://www.washingtonpost.com/world/national-security/the-hidden-history-of-the-cias-prison-in-poland/2014/01/23/b77f6ea2-7c6f-11e3-95c6-0a7aa80874bc_story.html

autor: jazgdyni

piątek, 24 stycznia 2014

Kolejna śmierć dziecka


Twierdza Arłukowicz obroniona, PO z PSL mogą być dumne,  nieodpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu pozostał.  A tym czasem kolejna niepotrzebna śmierć 3 letniego chłopca, tym razem w Poznaniu. Szpital nie przyjął chłopca w efekcie dziecko nie żyje.



autor: Andy51

Pierwsze kłopoty z małą Doną


Dona była śliczną dziewczynką. W przedszkolu wszyscy strasznie ją lubili. Te rude kucyki, duże, przenikliwe oczy i to rozkoszne seplenienie.
Mamusia już natychmiast po porodzie zdecydowała, że on będzie dziewczynką i wspólnie z tatusiem nadali mu imię Dona.
Była ona grzecznym i posłusznym dzieckiem. Długo potrafiła sie sama w ciszy bawić piłeczkami. A dodatkowo była do szaleństwa zakochana w swojej straszej siostrze Andżeli. Wpatrzona w nią jak w obraz, chodziła wszędzie za nią i natychmiast spełniała wszystkie jej polecenia. Doprawdy, wielka siostrzana miłość.
Gdy Dona miała cztery latka i w przedszkolu zaczynali właśnie zabawy i nowe lekcje z poznawania ciała, które prowadziła nowa Pani, która się przedstawiła – Koleżanka Onanka, nasza milusińska przyjrzała się dokładnie siostrzyczce Andżeli w kąpieli i zapytała:
- Mamusiu, dlaczego ja mam siusiaka, a Andzia szparkę? My jesteśmy coś innego?
- Nie, nie, kochanie – zaczęła pierwszy seksualny wykład mamusia i nawet tatę zawołała, żeby to poważniej wyglądało. – To jest tak: są dziewczynki z pisiorkiem i są dziewczynki z cipeczką. Dalej – są chłopczyki z pisiorkiem i chłopczyki z cipeczką. Potem są chłopczyki i z pisiorkiem i cipeczką oraz takie same dziewczynki. Potem tym dziewczynkom i chłopczykom ze szparką rosną cycuszki, a dziewczynkom i chłopczykom z siusiaczkiem rosną brody. Chłopcom i dziewczynkom z siusiaczkiem i cipcią nic nie rośnie.
Po długiej chwili, gdy intensywne procesy myślowe uwidoczniły się na twarzy małej Dony, która przecież dopiero nauczyła się liczyć do czterech, twarz maleństwa się rozpromieniła i radośnie wykrzyknęła:
- Już wiem! Koleżanka Onanka nam powiedziała, że to jest płeć.
- Brawo! – krzyknął tata i klepnął mamę w pupę. – A co teraz robicie w przedszkolu? Pamiętaj, że już za rok będziesz miała 5 lat i idziesz do szkoły.
- A my mieliśmy już pierwsze zajęcia z nową panią – odparła Dona. – Mieliśmy już gilganie, całowanie z języczkiem, ale Jarek miał kanapki z cebulą i nie smakował najlepiej. W ogóle to ten Jarek ciągle robi mi na złość. Jak mieliśmy całowanie w uszko, to wepchnął mi do ucha gumę balonówę i musiałam iść do pani higienistki, by mi ją wyciągnęła.
- To straszne – stwierdziła mama – ale jak ja mam pogadać z jego rodzicami, gdy to straszni fanatycy. Wyobraźcie sobie, ze oni nawet chodzą do kościoła!
Mała Dona, doprawdy chodzący komputer, kontynuowała:
- A za tydzień będziemy mieli, jak pani powiedziała, lekcje rozkoszy indywidualnej, potem lekcje rozkoszy wzajemnej i na koniec, przed świętami, coś co się nazywa – trzy kroki do orgazmu.
- No, no no! – zgodnym chórem mama i tata wyrazili swój podziw.
Rodzice mieli pewien problem z Doną. Gdy tylko były wolne dni od przedszkola, a potem,gdy osiągnęła 5 lat, od szkoły. Dona wraz z grupką przyjaciółek, głównie filigranowej Sławci i masywnej i przebojowej Grzesi, grały w piłkę i regularnie spuszczały manto drużynie chłopaków, którzy nieraz wprost z babskim płaczem udawały się do domów, by szukać utulenia w ramionach rodziców. Dona była niekwestionowaną liderką, a przeciwników wycinała, nieraz brutalnie faulując.
- Nie martw się – pocieszał mamę ojciec – jak Dona podrośnie i znajdzie sobie chłopaka, to się ustatkuje.
Mama na to rozryczała się na całego.
- Tak! Ale ja chcę mieć wnuuuki! Wiesz jak trudno będzie Donie znaleźć odpowiedniego chłopca!? Wszystkie te chłopaki ze szparką są wprost rozrywane, przez chłopaków z siusiakiem. Dla dziewczynek takich jak nasza Dona już nic nie zostaje.
- A na dodatek ona teraz kocha się w Sławci, a to też dziewczynka z siurakiem!
Tysiące rodzin w Polsce, ba... w całej Europie borykało się z problemem, który dopiero co powstał.
Kiedyś w przyszłości Dona, jak zrobi karierę, usłyszy zrozpaczonego ojca:
- Jak żyć pani premier !!!???

autor: jazgdyni

Szaman ministrem zdrowia


Arłukowicz ministrem zdrowia, to polska wersja american dream. W  Ameryce pucybut może zostać milionerem, w Polsce lekarz, członek załogi karetki pogotowia, morze stać się ministrem.
Co musiało się stać, żeby z lekarza z załogi karetki pogotowia zrobić ministra. Ano trzeba było być w SLD, z pasją atakować Tuska, w odpowiednim momencie zmienić front i stać się załogantem PO. Trzeba było również być na wzór i podobieństwo swojego szefa, czyli osobą nijaką. Takie oto przymioty charakteru spowodowały, że PDT namaścił Arłukowicza na ministra zdrowia.
Arłukowicz nie posiadający żadnego zaplecza politycznego jest w 100% zależny od PDT. Zmarszczenie czoła przez PDT spowoduje, że Arłukowicz wyleci z hukiem z szefowania ministerstwem. Powtarza się syndrom PRL-u , gdzie I sekretarze byli oderwani od rzeczywistości , a Trybuna Ludu z Dziennikiem Telewizyjnym przekonywali naiwnych, jak to jest dobrze w PRL-u. Obecnie przewodnią siłą  narodu jest PO z dostawką PSL  a tubami propagandowymi rządu PO-PSL są: TVN, TVN24, PolSat i Gazeta Wyborcza.
Arłukowicz realizuje przesłanie pani Kopacz, której lekarstwem na służbę zdrowia było i jest uszczelnienie systemu. Mimo uszczelniania systemu, wzrostowi składki i ilości pieniędzy w systemie, kolejki do specjalistów rosną, oczekiwanie na operacje również, ( np. zaćma do dwóch lat), o onkologii nie wspomnę. Prywatyzacja nić nie dała, a główną przyczyną takiego a nie innego stanu polskiej służby zdrowia jest osławione kręcenie lodów, które zapowiadała była poseł Sawicka.
Zastępcą Arłukowicza jest Neumann specjalista bankowości. Stąd nie pacjent jest na pierwszym miejscu lecz koszty,  zamiast pacjenta jest świadczeniobiorca, lekarza świadczeniodawca, nad którymi dominuje płatnik czyli NFZ.
PDT nie przyjmuje do wiadomości faktów, stąd w iście putinowskim stylu nakazał Arłukowiczowi w ciągu trzech miesięcy przedstawić plan likwidacji kolejek. Niestety szamaństwo wsparte nawet voodoo nie poprawi sytuacji. PDT ze swoimi miernotami ( lista miernot PDT) w linku poniżej nic nie zmieni, a że PDT jest mistrzem bajeru przekonała się większość Polaków. Arłukowicz bierze przykład ze swojego mistrza i obieca wszystko. Powiedzenie nikt wam tyle nie da co Tusk obieca pasuje jak ulał do obecnej sytuacji. A wystarczyło realizować plan człowieka , który na służbie zdrowia znał się jak mało kto. Chodzi o śp. prof. Zbigniewa Religę, który miał jedną wadę, wadę nie do przyjęcia dla PDT, był ministrem w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Stąd zwyciężyła koncepcja pierwszej kłamczuchy  III RP Ewy Kopacz o uszczelnianiu systemu, którego wyniki widzimy obecnie.   
    
autor: Andy51

czwartek, 23 stycznia 2014

Prokuratura (nie)zależna od premiera i prezydenta


Czy możecie sobie państwo wyobrazić w kraju o ugruntowanej demokracji, sytuacje, w której premier i prezydent po społu atakują ponoć niezależną prokuraturę za umorzenie jakiejś sprawy ? Jeżeli spytać się o to czy premier/prezydent może ingerować w pracę prokuratury, przeciętnego, Anglika, Niemca, Holendra czy Szweda, przypuszczam , że takie pytanie, byłoby dla niego niezrozumiałe. Jego percepcja nie obejmowała takiego pytania, gdyż coś takiego, podkreślam w krajach demokratycznych, jest nie do pomyślenia. Gdyby jednak tak się zdarzyło, to niezależna prasa nie pozostawiłaby suchej nitki na takich politykach, natomiast politycznie byliby skończeni. Ale czego można spodziewać się po Lisie, Olejnik, Pohanke, Kuźniarze, Zalewskiej, Maziarskim , et consortes ? To towarzystwo wystąpi w wspólnym chórze dyrygowanym przez premiera i prezydenta.
W 2010 roku prorządowe media ekscytowały się domniemanymi naciskami śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na pilotów, żeby wylądowali w Smoleńsku. Nikt nigdy nie udowodnił , że takie zdarzenie miało miejsce, ale potok słów od dyżurnych autorytetów i piór do wynajęcia nie krył  oburzenia.
Dzisiaj mamy ekspressis verbis naciski wygłaszane w mediach przez prezydenta wszystkich Polaków z PO, wspieranego przez PDT na ponoć niezależną prokuraturę, które mówią , nie jesteśmy zadowoleni z umorzenia przez prokuraturę sprawy przeciwko  Antoniemu Macierewiczowi. Sygnał do nagonki dała niezawodna GW, która  ponad 160 stronnicowe uzasadnienie do umorzenia sprawy streściła w paru zdaniach, doszukując się nieprawidłowości w tym umorzeni. GW staje się czymś w rodzaju  Radia Erewań i nie ma co zwracać uwagi na to co pisze, ale dla prezydenta i premiera widać jest to główne źródło informacji.
Ciekawe, że po ponad 7 latach przypomniało się „bohaterom” raportu o jakichś nieprawidłowościach, ale prezydent wszystkich Polaków z PO, jest być może bohaterem raportu lub aneksu do raportu o likwidacji WSI. Kolega prezydenta Palikot, dostał zadanie i stara się wykonać je jak najlepiej.
Daje do myślenia fakt, że prezydent czy premier nie byli oburzeni na umorzenie przez prokuraturę sprawy afery hazardowej, no ale tam czołowymi bohaterami byli ludzie związani z PO, więc nie ma się co dziwić.



autor: Andy51

środa, 22 stycznia 2014

Na kłopoty III RP Trynkiewicz , Macierewicz i ………………


Był już PiS, Kaczyński, mama Madzi never ending story o księżach pedofilach, gender, itp. Obecnie na topie prorządowych mediów, jest Trynkiewicz z Macierewiczem. Nie jestem w stanie tego zrozumieć, jak 38 mln państwo nie może sobie dać rady z jednym mordercą, który na skutek politycznej poprawności polityków na początku lat 90 - tych, został skazany na 25 lat a nie na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Tworzenie prawa pod konkretne zdarzenie lub konkretną osobę jest czymś niebezpiecznym.
Z drugiej strony jakże to wygodne dla PDT. Obywatele nie zajmują się, problemami Polski i Polaków. Nie pytają o: fatalny stan służby zdrowia, infoaferę, fatalny stan na kolei, aferę  Amber Gold, aferę hazardową, nie zastanawiają się nad ustawą o „bratniej pomocy”, itd., itd.
W kolejce czeka nowa wrzutka, Macierewicz i likwidacja WSI. Służba , która była długim ramieniem Moskwy , a za rozwiązaniem , której było  również PO, nagle okazuje się, że likwidacja była be a głównym podejrzanym jest jej likwidator Antoni Macierewicz. Nie dziwię się miłośnikowi WSI Komorowskiemu, creme de la creme  tych służb gen. gen. Dukaczewski czy Czempiński, ale nawet wśród  członków PO  byli ludzie , którzy naprawdę szczerze tak chcieli , chyba, że to wszystko była maskirowka. Antoni Macierewicz, jeden z najwybitniejszych opozycjonistów  w Polsce , twórca KOR-u ma stanąć przed  komisją sejmową. Chichot historii, gdyż największymi zwolennikami komisji są pogrobowcy PZPR  obecnie SLD i palikociarnia, ludzie, których doradcami są byli członkowie WSI. Oni, jeżeli powstałaby taka komisja mają przesłuchiwać Macierewicza.   
Kłania się grzech pierworodny III RP. Media nie są niezależne, dwie koncesje na prywatną TV  dostali byli współpracownicy służb. Większość prasy jest w rękach obcych podobnie jak banki i wiele innych spraw.
Nie wiem czy społeczeństwu doszczętnie wyprano mózgi, to się okaże przy najbliższych wyborach, ale jedno jest pewne, sprawy Polski idą w złym kierunku.


autor: Andy51

wtorek, 21 stycznia 2014

Rozwalanie świata


Oxfam, międzynarodowa organizacja humanitarna, pochodząca z Wielkiej Brytanii, całkowicie niezależna od jakichkolwiek państw, czy koncernów, więc "czysta i przejrzysta" podała, iż 85 najbogatszych ludzi świata...





Wczoraj poznałem wiadomość, nagie fakty, co do których już od dawna miałem pewne podejrzenia. Otóż Oxfam, międzynarodowa organizacja humanitarna, pochodząca z Wielkiej Brytanii, całkowicie niezależna od jakichkolwiek państw, czy koncernów, więc "czysta i przejrzysta" podała, iż 85 najbogatszych ludzi świata, multimiliarderów, posiada tyle pieniędzy, co połowa całej ludzkości, czyli 3,5 miliarda ludzi. Wyobraźcie sobie: 85 facetów i pań, którzy swobodnie zmieszczą się w jednym przegubowym autobusie, ma tyle forsy, co połowa reszty świata.
To jest chore. I jako takie, musi w końcu pęknąć.
Aby to jeszcze bardziej obrazowo podać – 1% ludzkości zgromadziło bogactwo wartości 110 trylionów dolarów (110 000 000 000 000 $$), co jest 65 razy tyle, co posiada wspomniana połowa ludzkości.
Robi wrażenie, prawda?
Oxfam wyliczył to teraz, gdy ci bogacze umówili się na coroczną kawkę w ekskluzywnym szwajcarskim kurorcie w Davos.
To jest kanwa, na której snuję dalsze rozważania na temat przyszłości planety Ziemi.

Acha, żeby sobie ktoś nie pomyślał, że ja sobie te wiadomości wyssałem z palca, oto doniesienia zachodniej prasy:

http://www.theguardian.com/business/2014/jan/20/oxfam-85-richest-people-half-of-the-world
http://www.usatoday.com/story/news/world/2014/01/20/davos-2014-oxfam-85-richest-people-half-world/4655337/
http://www.independent.co.uk/news/world/politics/oxfam-warns-davos-of-pernicious-impact-of-the-widening-wealth-gap-9070714.html

*



Nie każdemu było dane przeżyć zmierzch i upadek cywilizacji.
Nam niestety jest to dane, I to w stopniu, jak nigdy dotychczas.

Kiedy to się zaczęło? Czy już w 1789 roku wraz z Wielką Rewolucją Francuską? Nie sądzę. Wtedy zmieniono tylko istniejący system władzy, choć pojawiły się pewne nowatorskie idee. Sformuowane w 1793 - Liberté, Égalité, Fraternité, ou la Mort, z którego dość szybko wyrzucono zbyt kategoryczne "albo śmierć" mąci do dzisiaj.
Potem ukształtował się kapitalizm. Przyszła rewolucja techniczna. Zaczął się wiek pary, a potem elektryczności. Wreszcie nadeszła era komputerów i internetu.
W międzyczasie kobiety uzyskały równouprawnienie.
 Najpierw Europą, a następnie całym światem zawładnął zbrodniczy nazizm i  praktycznie równocześnie jeszcze gorszy komunizm.
W krótkim okresie czasu wymordowano na całym świecie dziesiątki milionów ludzi.
Wreszcie, od prawie 70 lat mamy w Europie pozorny spokój.

Dużo się wydarzyło w tak krótkim okresie czasu. Prawda? Twierdzę, że na tak dużą skalę i tak ogromnym zasięgu nigdy jeszcze w historii człowieczeństwa nie było tak wielkich skomasowanych zmian.

Napisałem to, żeby pokazać światowy kontekst i żebyśmy my sami, uczestnicy tych zmian zastanowili się nad tym.

Jednakże to, co się dzieje obecnie, na naszych oczach, niby mimochodem, bez wyraźnych deklaracji i manifestów, to coś dotychczas niespotykanego i potwornie groźnego.
Ani Stalin, ani Hitler, czy Lenin; czy też nieco mniejsi kacykowie, Mao, Pol Pot i Idi Amin, nie mieli zamiaru tego dokonać, ba, nawet im przez mordercze umysły nie przyszło, by tym się zająć.
Natomiast wykłębiło się w głowach zniewieściałych facetów, częściowo homoseksualistów i pedofilów, wąsatych bab, albo brzydkich hermafrodyt z parad równości, pokracznych profesorów i intelektualistów jak Chomsky, Sartre , czy Claude Lévi-Strauss (podaję imię, by nie mylić z jeansami).
Otóż oni wymyślili sobie całkiem nowy świat. Co jest oczywiście tożsame z upadkiem wielu cywilizacji, w tym najważniejszej dla nas, ponad dwa tysiące letniej cywilizacji łacińskiej.

Idioci, niestety wpływowi i inteligentni, bo przecież inaczej ich nazwać nie można, postanowili swiat kompletnie przemeblować. Dokładnie nie wiemy, jak ten ich projekt wygląda, bo specjalnie się tym nie chwalą, lecz na nasze nieszczęście, nieszczęście zwykłych ludzi, mają potężne wsparcie tych kilku najbogatszych ludzi świata i sterowanych przez nich czołowych światowych polityków.
Dla naszego jednoznacznego uproszczenia, nazwano nieoficjalnie ten toczący się projekt NWO – New World Order, czyli Nowy Porządek Świata.
Gdy zaczęto o tym głośno mówić, większość domniemywała, że chodzi tylko o rozwiązania ekonomiczne i finansowe. O nadrzędną rolę wielkich międzynarodowych korporacji, o pozbycie się dolara jako waluty światowej i w końcu o podporządkowanie polityki rządów tymże międzynarodowym interesom.
Wizjonerzy przywoływali tutaj dzieła Huxleya (do którego jeszcze wrócę), czy Orwella. Rozważano na podstawie literatury powstanie kasty magów i nadzorców i całej reszty ludzkości – niewolników. Koncentrowano się oczywiście na sytuacji ekonomicznej i dostępie do dóbr i technologii.

Jednocześnie nikt nie przypuszczał, że może w tej przebudowie świata chodzić o coś znacznie głębszego i radykalniejszego. O kompletne zmiany kulturowe i godzenie w podstawowy porządek świata.

*

Dobry Pan Bóg, a dla niewierzących Natura, tak sobie wymyśliła, że najpraktyczniejszą metodą rozwoju i kontynuacji wszelakich gatunków w tym właśnie człowieka, jedynej istoty w pełni rozumnej, jest stworzenie płci, samca i samicy, mężczyzny i kobiety. Tak było od zawsze. Istnieją wprawdzie inne marginalne metody rozrodu, lecz pełnią one kompletnie nieistotną rolę w naszym świcie.
Dobry Pan ustalił także, że to właśnie rodzice zajmują się rozwojem potomstwa, tak długo, aż może ono samodzielnie egzystować. Czy to człowiek, czy słoń, czy mrówka. Tak miliony lat temu powstała rodzina.
W miarę upływu czasu, w związku z płcią i rodziną powstały odpowiednie prawa, rytuały i metody postępowania. Różnią się one nieco w zależności od plemienia, gdzieś na świecie, lecz zasadniczo wszędzie są one podobne. Kulturowo przypisano pewne role społeczne i dotychczas wszystko to wspaniale funkcjonowało i istniał stały postęp i rozwój.



Nagle, po rozpasaniu rewolucji obyczajowej 1978 roku, pokolenie hippisowskich komun, swobody seksualnej, "wspólnych" dzieci i narkotycznych eksperymentów, dorwała się do władzy, mediów i opinii publicznej grupa zdeprawowanych, niemoralnych i kompletnie bez zasad tych właśnie ex – hippisów, wspierana na dodatek przez podstarzałych obecnie lewackich "rewolucjonistów" z różnych Czerwonych Brygad, Rote Armee Fraktion, Revolutionärer Kampf (vide Joshka Fischer czy Cohn-Bendid).
Mimo, że teraz są u władzy, o jakiej nigdy im się nie marzyło, to umysłowo pozostali na poziomie rewolucji 1968 i wczesnych lat siedemdziesiątych. Młodzieńcze fantasmagorie postanowili wcielić w życie.

Na początek postanowili rozpieprzyć tradycyjną rodzinę. To już nie ma być mąż i żona. To mają być partnerzy. Juz nie jest ważne, czy obupłciowi, czy jednopłciowi. Homoseksualiści, pedały i lesby, nie są przecież wstydliwym marginesem, medycznym schorzeniem, dewiacją, które w przyrodzie się zdarzają, tylko świadomymi swojej roli, ba, dumnymi ze swojej orientacji obywatelami, którym przysługują wszystkie prawa, w tym oczywiście również te związane z rodziną.
Jak wiadomo, w hippisowskich komunach (przepraszam za wulgaryzm) wszyscy pieprzyli się ze wszystkimi, nie ważne, czy chłopak, czy dziewczyna, a nawet, czy to było dziecko. To oczywiście upadło i przeminęło, jak każda dewiacja. Lecz nie w głowach tych, co teraz rządzą w Waszyngtonie, Brukseli, Paryżu, czy Berlinie.
Istnieje w psychologii i seksuologii prawo częstych kontaktów, a na dodatek, prawo pierwszych kontaktów. Albo, jak to lud mówi – "czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci".
I oni właśnie teraz na starość "trącą". Niestety, mają władzę.
I mając tą władzę chcą z całego świata zrobić taką pseudo-hippisowską komunę.
Małżeństwa do lamusa. Skreślamy słowa mąż i żona. Mój partner, moja partnerka, to jest to. Już nie rodzice; teraz opiekunowie dziecka: facet i kobieta, lub dwie baby, albo dwóch facetów. A jak coś nie wypali to i tak im się tego dzieciaka odbierze i da do wspólnego kojca, co już udowodniły różne tam Jugendamty Niemiec, czy Szwecji.
W Polsce odebrano rodzinom 85 tysięcy dzieci. W tym 850 tylko dlatego, że w domu była bieda.
Czyli, to już się proszę szanownego państwa dzieje – rodziny się skutecznie i intensywnie rozpieprza.

Jeżeli tak, to można pójść krok dalej. Po cholerę trzymać się sztywno płci. Dajmy swobodny wybór – chcesz być chłopczyku dziewczynką? Okej, nie ma sprawy. A ty dziewczynko chłopczykiem? No pewnie, mądra jesteś.
Przy okazji, za jednym zamachem zniknie cała ta durna dyskusja o pedałach i lesbach, bo teraz już kompletnie nie będzie wiadomo, kto jest kto.
Dobrze te smaczki i trendy wyczuł Palikot wprowadzając pierwszą jaskółkę Nowego Świata pana/panią Annę Grodzką.
Reasumując: dziecko ma mieć całkowitą swobodę, jaką płeć zamierza reprezentować, mimo widocznego siusiaka, czy cipki. Ma też samo sobie wybrać, czy chce być hetero, czy homo.
Ileż to daje nowych możliwości! Zboczeńcy, ci wszyscy łysi hippisi się cieszą. Dzieciak z penisem, o osobowości żeńskiej i orientacji hetero-seksualnej, to co? Normal? Lesbijka? Pedał? Nieważne, to tylko tymczasowe etykietki, które po okresie przejściowym zanikną w Nowym Wspaniałym Świecie.
To będzie "jazda bez trzymanki", jak by powiedział guru nowego świata, funkcjonariusz Owsiak.

Muszę wspomnieć, że oprócz głównego natarcia na kulturę i więdnącą cywilizację, są ataki poboczne, czyli na wszystkich konserwatystów.
A najważniejsze oczywiście na Kościół. Kościół trzeba zniszczyć. Wszystkich księży, ukrytych lub jawnych pedofili zagnać do pożytecznej roboty. Kościoły, niektóre tysiąc-letnie, w tym katedry, które dla Boga budowano przez 500 lat, pozamieniać na galerie, dyskoteki, czy co tam jeszcze do głowy przyjdzie. Przecież Wielki Myśliciel powiedział – "religia to opium dla mas". Co jest opium dla mas to decyduje Waszyngton i Bruksela. Jak na razie to telewizja i internet..

*

Czy zrealizuje się scenariusz rozwalenia naszej cywilizacji. Mimo rozwoju techniki, ludzie są słabi i coraz słabsi. Świadomie się ich wyniszcza. Młodym nie daje się możliwości pracy, a starych namawia się do eutanazji.
Tak na prawdę, tym 85 multimiliarderom wymienionym na początku nie potrzeba tyle ludności. Klub Rzymski już dawno temu wyliczył, że wystarczy by Polaków było tylko 15 milionów...

Czy zdobędziemy się na kontrrewolucję? Czy staniemy w obronie wypracowanych przez tysiąclecia prawd, praw i wartości?
Doprawdy nie wiem... Ale chciałbym tego dożyć!



autor: jazgdyni

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Niedole blogera


Dlaczego odrobina kultury wymaga nadludzkiego wysiłku?

Miewałam kiedyś dość regularnie audycje w Radiu Maryja. Ojcu Dyrektorowi jestem bardzo wdzięczna za to że audycje te realizowały moim zdaniem ideał wolnego dziennikarstwa. Mogłam, na swoją odpowiedzialność, mówić co tylko chciałam. Mogłam wymieniać nazwiska. Ksiądz prowadzący bronił mnie przed zbyt natarczywymi słuchaczami. Przede wszystkim przed antysemickimi prowokacjami w stosunku do Radia. Jeżeli ktoś zaczynał od „ niech będzie pochwalony, wszystkiemu w Polsce winni są Żydzi „ - wiadomo było, że chce Radiu zaszkodzić, bo takie teksty idą potem na rachunek Radia. Ojcowie nauczyli się eliminować podobne prowokacje.
Niezależnie od nich - osobiście bardzo ceniłam kontakt ze słuchaczami. Naprawdę bardzo wiele się od nich nauczyłam.

Jedną z audycji poświęciłam podatkowi katastralnemu. Przygotowałam się solidnie ale nie jestem przecież ekonomistą i nie mogę znać dokładnie stosunków gospodarczych każdego kraju na świecie. Audycja cieszyła się powodzeniem, była powtarzana. Nie tylko wybaczono mi błędy, które popełniłam, ale zadzwoniło do radia wiele osób z krajów w których podatek obowiązuje i dzięki ich uwagom zrozumiałam wreszcie dokładnie do czego sprowadza się jego mechanizm. Jeden ze słuchaczy, pewien lekarz z Kanady, umówił się nawet ze mną na kawę podczas pobytu w Warszawie żeby mi wyjaśnić w jaki sposób podatek katastralny mógłby w Polsce przeszkodzić w tworzeniu się latyfundiów postkomunistycznych prominentów. Jak wiadomo najbardziej operatywni z nich zgromadzili w ręku tysiące hektarów kupowanej za grosze od agencji rynku rolnego ziemi z naruszeniem praw byłych właścicieli, wbrew interesom drobnych rolników i wbrew interesom społeczeństwa. Oni monopolizują teraz profity z dopłat dla rolnictwa i odetną kupony z zysków z handlu ziemią. Pan doktór miał to wszystko bardzo dobrze przemyślane i jego wspaniały wykład na ten temat oraz na temat systemu kanadyjskiego zapamiętałam do dziś.

Inna audycja poświęcona była aferze ze sprzedażą łąk oborskich w okolicy Konstancina inwestorom wskazanym w specjalnym dokumencie ministerstwa skarbu państwa. Do Radia pojechaliśmy w czteroosobowej grupie gdyż audycję połączono z częścią poświęconą tak zwanemu dekretowi Bieruta. O dekrecie Bieruta wiedziałam tyle co wszyscy i to czego dowiedziałam się od telefonujących słuchaczy jest dotąd dla mnie bezcenne. Jak powiedziałam- Radio realizuje dla mnie ideał wolnego dziennikarstwa. Dziennikarz nie może być we wszystkich sprawach ekspertem. Tylko wywołuje temat. Prowokuje dyskusję w której słuchacze i on sam precyzują stanowiska.

Podczas tej audycji po raz pierwszy spotkałam się jednak ze słuchaczem niedowiarkiem żądającym dowodów, których z oczywistych przyczyn nie mogłam ujawnić. Słuchacz oświadczył, że nie wierzy w to aby ministerstwo skarbu państwa wskazywało nabywców łąk oborskich i zażądał pokazania przed kamerą odpowiedniego dokumentu. Pokazałam kopię nie ujawniając oczywiście kto ją zrobił, a wtedy słuchacz oświadczył, że dokument ten, ewidentnie nielegalnie zdobyty, nie może być dla niego dowodem. Nie wiem czy był po prostu dociekliwy czy pracował na określone zlecenie. Odpowiedziałam, że nie jesteśmy w sądzie amerykańskim i nic nie muszę mu udowadniać. Ksiądz prowadzący po prostu go wyłączył.

Kiedy zaczęłam poruszać różne nurtujące mnie problemy w blogach spotkałam więcej takich niedowiarków. Napisałam kiedyś , że podczas katastrofy Titanica nie wykorzystano wszystkich ratunkowych łodzi. Przeświadczenie to oparłam na francuskim filmie który tłumaczyłam dla stacji Planete. Pewien nerwowy komentator nie tylko wydrukował z Wikipedii numery łodzi uczestniczących w akcji ( ich kolejność miałby dowodzić, ze wszystkie zostały wykorzystane) ale poddał w wątpliwość fakt tłumaczenia filmu, żądając jego tytułu i daty emisji. Jego wiarę w Wikipedię podważyłam polecając mu wpisanie w wyszukiwarkę hasła „ prawdziwe zdjęcia duchów”. Każdemu polecam taki eksperyment. Pokazywania umowy z Planete odmówiłam. Tytułu filmu nie pamiętam do dziś. Przetłumaczyłam setki filmów i nie jestem ich w stanie na każde żądanie odnaleźć.

Następna wtopa dotyczyła dziecinnej wyliczanki po angielsku. Zacytowałam ją z pamięci . Według niezliczonych ekspertów popełniłam same błędy. „ Jesteś beznadziejna, jeżeli nie znasz angielskiego naucz się go nie używać”- napisał mi pewien sympatyk . Przyznam się ze wstydem, że dość długo nurtowało mnie pytanie dlaczego zapamiętałam wyliczankę w nieprawidłowej wersji, ale nie chciałam nic zmyślać na swoje usprawiedliwienie. I oto chwila tryumfu. Wyrzucając stare podręczniki znalazłam tekst wyliczanki w podręczniku dla 9 klasy czyli 2 klasy mojego starego liceum. Jest to podręcznik Janiny Smólskiej pod tytułem LET'S LEARN ENGLISH. Na 38 stronie tego podręcznika umieszczona jest inkryminowana wyliczanka w następującej , podobno nieprawidłowej wersji.
As I was going to St.Ives
I met a man with seven wives
Every wife had seven sacks
Every sack had seven cats
Every cat had seven kits
Kits, cats, sacks, wives-
How many were going to St. Ives?
Nie jestem anglistką. Chętnie przyznaje, że nie znam angielskiego. Oczekuję, że osoby znające ten język wytłumaczą mi (1) jak powinna wyglądać prawidłowa wersja tej wyliczanki? (2) dlaczego nieprawidłowa wersja króluje w podręcznikach?
Czytelnicy i komentatorzy blogów są zdecydowanie ostrzejsi niż słuchacze Radia Maryja. Kiedy zapytałam eksperta od Titanica czy mógłby zwracać mi uwagę w innym tonie, na przykład: „ chyba się mylisz , postaram ci się to wytłumaczyć” zamiast” jesteś beznadziejna i piszesz same idiotyzmy” odparł, że się postara ale będzie wymagało to od niego nadludzkiego wysiłku. Mam więc następny problem do poruszenia. Dlaczego odrobina kultury wymaga nadludzkiego wysiłku? Nie jestem socjologiem ani psychologiem. Tylko wywołuję temat mając nadzieję, że się czegoś ciekawego dowiem od czytelników.

autor: Iza

sobota, 18 stycznia 2014

Trutnie czyli Irek do tablicy


Profesor Ireneusz Krzemiński bez trudu uzyskałby grant na zbadanie tego niepokojącego zjawiska. Byliśmy kiedyś na ty dlatego pozwolę sobie powiedzieć. „Irek do tablicy- pokaż co potrafisz”.

Znajoma mieszkająca w Niemczech skarżyła mi się ostatnio na córkę, która ma przeszło 30 lat, nie skończyła nawet pierwszej klasy liceum,a co gorsza związała się z grupą ludzi, których ideologią jest odmowa pracy i oszukiwanie państwa. Są wśród nich prawnicy i lekarze, mieszkają w pustostanach, żyją z wyłudzanych zasiłków, bezprawnie ( nie płacąc składek) korzystają z AKA. Wyspecjalizowali się również w wyłudzaniu od właścicieli i administracji domów odszkodowań za zaniedbania zagrażające rzekomo ich życiu i zdrowiu. W restrykcyjnym niemieckim systemie właściciel domu woli zapłacić frycowe niż użerać się z kontrolami sanitarnymi i kontrolami instalacji. Młodzi ludzie korzystają z jadłodajni dla ubogich, z przeterminowanych produktów wystawianych w sklepach wielkich sieci w korytarzu , zbierają resztki jarzyn na bazarach. Jeżdżą z zasady na gapę nawet dalekobieżnymi pociągami. W restauracji znajdują w zupie włos albo karalucha, żeby nie płacić za posiłek. Bezwzględnie eksploatują swoje rodziny wyłudzając od nich pieniądze i inne świadczenia.
Ich ideologia sprowadza się do negowania wszelkich społecznych obowiązków, natomiast korzystania z wszelkich praw. Nie pamiętam jak to zjawisko oficjalnie się nazywa, ale liczę na wiedzę czytelników.
Opowiadałam o tym innej, polskiej znajomej, która pracowała kiedyś jako psychiatra dziecięcy w CZD, a teraz jako lekarz kontraktowy pracuje w różnych ZOZ-ach w kraju. Ponieważ na ogół jest w terenie jedynym lekarzem tej specjalności zgłaszają się do niej zatroskani rodzice nie tylko małych lecz dorosłych dzieci, które odmawiają usamodzielnienia się. „ Nie chce pracować, nie chce się uczyć, nie chce się żenić- włóczy się po wsi i popija” - słyszy lekarka od zrozpaczonych rodziców delikwenta. Czasami młody człowiek terroryzuje rodziców czy wymusza pieniądze od babci. Według znajomej to zjawisko ma charakter plagi, wręcz epidemii, ale nie było jak dotąd przez nikogo badane. Niewiele może pomóc- nawet gdyby zdiagnozowała depresję czy psychozę, nie można nikogo leczyć przymusowo. Poza tym (wbrew temu co chcieliby na ogół usłyszeć rodzice) nie jest to depresja czy psychoza czy inna choroba psychiczna lecz zaburzenie funkcji społecznych. W najgorszym przypadku charakteropatia a nie choroba.
Po tej rozmowie przeprowadziłam ankietę wśród znajomych. Interesowało mnie kto i z jakich przyczyn utrzymuje swoje dorosłe dzieci, wobec których nie ma od dawna obowiązku alimentacyjnego.
Skala tego problemu przeraziła mnie. Skrajny przypadek to utrzymywanie przez starych ludzi córki z dwojgiem dzieci. Dziadkowie wiedzą, ze gdyby odmówili pomocy, dzieci trafiłyby do placówki opiekuńczej ( mówiąc wprost wylądowałyby w bidulu), a młoda dama skwapliwie z tego korzysta. Odmawiają podjęcia pracy ludzie dawno dorośli, z dyplomami, nie będący inwalidami. Obrazili się na podły świat, na system, na innych ludzi. Wykorzystywanie najbliższych- rodziców czy babci, od której wyłudzają emeryturę, nie budzi natomiast ich oporów. Ich argumentem jest, że nie prosili się na świat, który im się nie podoba. „ Trzeba mnie było wyskrobać, albo utopić zaraz po urodzeniu” - wykrzyczał przerażonym rodzicom – ich dorosły syn, który nie chce pracować.
Ktoś powie : „ tak ci młodzi ludzie zostali wychowani”. Odpowiem : „ taki model wychowawczy został narzucony rodzicom, wymuszony na nich przez system”.
Znajomy, bardzo zamożny człowiek dochował się blisko 40 letniego trutnia, który nie chce się wyprowadzić z jego willi i prowadzi rozrywkowy tryb życia nie tylko pasożytując na rodzinie ale podkradając pieniądze nawet gosposi. Kiedy po kolejnej awanturze ojciec wywalił go z domu i odebrał mu klucze przywiozła go policja. Okazało się, że młody ( ?) człowiek ma prawo mieszkać tam gdzie jest zameldowany. Wiele lat temu, jeszcze w liceum znajomy oddał go do zakonnej szkoły z internatem w Anglii. Chłopak zadzwonił na angielską policję i zgłosił, że jest bezprawnie więziony. Przerażeni zakonnicy wydali mu kwotę , którą rodzice przeznaczyli na roczny pobyt w szkole. Chłopak wracał do domu tydzień , przez Lazurowe Wybrzeże. Jak się łatwo domyślić nie przywiózł ani grosza. Znajomy twierdzi, że za PRL bez trudu oddałby delikwenta na statek rybacki do patroszenia śledzi, bez prawa wyjścia na ląd przez pół roku. Uważa, że to by go wyprostowało. Teraz żaden kapitan, za żadne pieniądze nie zdobędzie się na taki krok. Obecnie nie wolno dziecka wbrew jego woli oddać do szewca ani do szkoły z internatem. Rodzice nie mają nawet prawa czynnie przeszkodzić nastolatce w wyprawie do nocnego klubu. Nie wolno im zamknąć drzwi na klucz. System chroni rozpuszczoną pannicę. Znam przypadek gdy taka pannica żąda od rodziców pieniędzy na konto spadku po nich.( autentyczne).
Socjologowie powinni zająć się tym zjawiskiem. Zastanowić się dlaczego młodzi ludzie- nie tylko w Polsce- tak bardzo obrażają się na świat, że godzą się na status menela ( w Niemczech penera) żyjącego z tego co wyłudzi. Dlaczego nie zależy im na autentycznej samodzielności?. Dlaczego nie cieszą ich zarobione własną pracą pieniądze? I przede wszystkim dlaczego system chroni takie aspołeczne postawy?
Nie jestem socjologiem i na takie badania nikt mi nie da złamanego grosza. Bez programu badawczego mogę korzystać tylko z uprzejmości znajomych opisujących mi znane im przypadki. Nie wolno mi zadawać drażliwych pytań nawet uczniom. Muszę czekać aż sami zechcą mi się zwierzać.
Natomiast profesor Ireneusz Krzemiński bez trudu uzyskałby grant na zbadanie tego niepokojącego zjawiska. Niestety - z godną lepszej sprawy zaciekłością - zajmuje się zawrtością antysemityzmu w mleku matki. Byliśmy kiedyś na ty dlatego pozwolę sobie powiedzieć. „Irek do tablicy- pokaż co potrafisz”.

autor: Iza