czwartek, 2 stycznia 2014

Przepisem w durniów (czyli nas)


Nędznie wychodzimy na Tej Unii Europejskiej. Co rusz nam czymś przywalają. Teraz czas na papierosy
Największe zgromadzenie durniów i idiotów (no, może poza oenzetem) czyli Bruksela, tym razem zaatakowało mnie osobiście.
Chodzi oczywiście o fajki. Jak, już o tym pisałem kiedyś, w tekście o elektronicznym papierosie, jestem palaczem – koneserem. Nie żadnym tam nałogowcem nikotynistą, który dziennie pochłania 3 paczki L-M-ów, albo będąc poza krajem, bez przerwy i nerwowo skręca w rozdygotanych paluszkach niekształtnego skręta. Nie, nie, nie. Jako Dyletant i to nie byle jaki, a na dodatek libertarian – anarchista, lubię mieć swoje codzienne przyjemności, właśnie te papierosy, w bogatym i różnorodnym asortymencie.
Brukselskie debile, w swojej paranoi i logice galopującego schizofrenika, uznali, że trzeba zakazać na terytorium EU papierosów typu slim, tych cieniutkich, zwanych często u nas pedalskimi (nie wiadomo dlaczego; oni chyba zawsze wolą grube) i papierosów smakowych, włączając w to oczywiście mentolowe.
To wszystko w ramach ochrony naszego zdrowia!!! Rozumiecie? Te wszystkie lighty, słomki i mentolowe są o niskiej zawartości nikotyny i smoły. I one mają zniknąć. Dla własnego zdrowia mamy palić najmocniejsze i najgrubsze sztrumle. Tak właśnie będziemy zdrowsi. Teraz widzicie na czym polega logika wariata.
Cygar na razie nie ruszyli i najprawdopodobniej nie ruszą. One potrzebne im są do wizerunku poważnego dyplomaty. Poza tym, jako dewianci różnego rodzaju używają ich do tak zwanych zastosowań clintonowskich.
Pozostał jeszcze ten papieros elektroniczny, oczywiście tylko pewna namiastka, jak stek z tofu. I tutaj – brawo, brawo! Nasi parlamentarzyści, bodajże z Solidarnej Polski (poseł Andrzej Romanek), już przygotowują ustawę, żeby zakazać używania tych, kompletnie nieszkodliwych dla otoczenia gadżetów w miejscach publicznych. Nasi idioci nie są gorsi od jakiś tam francuskich, czy belgijskich. Dobrze działacie chłopaki i czujni jesteście.
Co to znowu za głupota? Zapyta ktoś. I co to kogoś obchodzi?
Ano, obchodzi...
Są dwa aspekty. Jeden to, jak zwykle, gdy takie idiotyzmy się pojawiają, to wiadomo, że chodzi o forsę.
Wszyscy już chyba zdali sobie sprawę, że głównymi cichymi promotorami kampanii anty-papierosowej są potężne koncerny farmaceutyczne, które zarabiają krocie na środkach i farmaceutykach do "rzucania" palenia. Rozpętali nagonkę opartą na znacznym fałszu, podobną do tej z globalnym ociepleniem, gdzie tylko chodziło o opodatkowanie powietrza. Teraz, gdy ludzie rzeczywiście przerzucają się na papierosy lekkie, slim i smakowe, to czynią sobie znacznie mniej szkody. Żyją zdrowiej. Więc nie będą musieli kupować leków, które im te niby zdrowotne harpie szykują. Ludzie mają się truć, leczyć i zdychać. A nie mieć trochę przyjemności.
O sile i bezwzględności firm farmaceutycznych przekonujemy się od dawna w tzw. obowiązku szczepienia. Szczepienie jest obowiązkiem i to ustawowo, a rodzic, który dziecka nie zaszczepi, podlega karze ustawowej w wysokości do 1500 zł. To nie tylko Polska kochani, to pół świata jest takie. A logika jest taka, że jak ostatnio musiałem się zaszczepić na żółtą febrę, to najpierw musiałem podpisać oświadczenie, ze zdaję sobie sprawę, że to szczepienie grozi mi śmiercią i kalectwem. Czyli muszę się zaszczepić, a potem niech zdechnę.
Skorumpowani do granic durnie brukselskie, raz po raz wyciągają taki kompletnie wydumany element naszego codziennego życia i zaczynają przy nim manipulować tak, aby ktoś osiągnął z tego olbrzymie zyski.
Myślę, że pewnie już od dawna zezwoliliby na używanie marihuany, gdyby nie siedzieli w kieszeni mafijnych bossów, którzy właśnie zarabiają, gdy marycha jest nielegalna. Bruksela, to najbardziej skorumpowane miasto na świecie, a my wszyscy, od Rosji po Portugalię, płacimy za to, czy chcemy, czy nie chcemy.
Oprócz tego jawnego finansowego przekrętu istnieje aspekt drugi, kto wie, czy nie ważniejszy. Jest to nieustanne i coraz bardziej dotkliwe zawężanie obszaru swobód obywatelskich. Kroczek po kroczku ku niewolnictwu.
Tutaj, co mi się nieczęsto zdarza, zgadzam się z JKM, że obowiązek zapinania pasów w samochodzie, jest ograniczaniem moich swobód.
Dobroduszne państwo i troskliwa Europa wie lepiej, co dla mnie dobre.
I w kasku tez trzeba na rowerze jeździć. I to i tamto. Człowiek już nie jest w stanie spamiętać tych dobrotliwych przepisów, które państwo nakazało mi robić, albo nie robić, dla mojego dobra.
Z nowinek, państwo ma baczne oko, jak my się opiekujemy swoimi milusińskimi. Pani z urzędu, z wielkimi kompleksami, bo brzydka, jak noc i pani sędzina, lesbijka zabiorą ci dzieciaka, bo w wieku 4 lat jeszcze woła: - mamo!!! Zrobiłem! A ty lecisz podetrzeć pupę. Oficjalna wykładnia już mówi, że nie jesteś ojcem, czy matką, tylko tymczasowym opiekunem dziecka.
Jak można było nauczyć sześcioletniego gówniarza, by za każdym razem, gdy mama się napiła i potem poszła spać, on łapie za telefon i dzwoni na policję. Przecież on sam sobie tego nie wymyślił. Ktoś go nauczył. I podkreśla, że nie chce do domu dziecka. Tak to się porobiło.
Ale gdzieś zgubiliśmy te nasze papierosy. Po 1989 wydawało się, że rynek staje otworem i będziemy mieli wszystkiego do wyboru, do koloru.
A tu po wejściu do Unii, po 2004 okazuje się, że takie gówno! Będziecie tylko mieli to, co wam zezwolimy, a nie to co lubicie.
Już teraz zazdroszczę kolegom Ukraińcom, bo mają wszystkiego w znacznie większym wyborze, a na dodatek kosztuje to połowę tego, co u nas. Nie muszą jeszcze żywić bandy idiotów – nierobów zwanych władzami Zjednoczonej Jewropy.
Ech...




Donald chamski i prostacki


Czasami widzi się tylko sielski obrazek. Kompletnie fałszywy. Takiego pana Tuska właśnie zawsze widzimy. A jest zupełnie inaczej...
Pan premier wykroił ze swego napiętego kalendarza, w ostatniej chwili i nagle, jak to mówią momęcik, by spotkać się z małżeństwem Elbanowskich, którzy reprezentują milion rodziców i którzy nie zgadzają się z przymusem szkolnym dla sześciolatków.

Na potwierdzenie tego, co napiszę poniżej, oto relacja z tego spotkania:

Z niejaką dumą, po 50-ciu latach doświadczeń, upewniłem się, że jestem dobrym fizjonomistą. Chociaż domorosłym. Jest cała potężna grupa analityków – psychologów, którzy siedzą przed monitorami i z mowy ciała, grymasów twarzy i ruchów gałek ocznych odczytują prawdę i fałsz, intencje i prawdziwe emocje obserwowanego. Bardzo dużo można powiedzieć o kimś, gdy tylko uważnie się go obserwuje.

Istnieje też wielka szkoła po przeciwnej stronie lustra. To nauka sztuki manipulacji. Nauka ukrywania swoich prawdziwych intencji, nauka kłamania i manewrowania. Sztuka gładkich i pustych słów.  To pokazywanie fałszywego obrazu.
Lecz, gdy dostatecznie długo i wnikliwie obserwujemy, to taki manipulator czasami się bezwiednie odsłoni i wtedy widzimy prawdziwego człowieka.
Tak było z Tuskiem w rozmowie z Elbanowskimi. Niestety dla Tuska, mimo, że nie dopuszczono dziennikarzy, kamery to zanotowały.
Proszę odsłuchajcie nagrania, bo suchy tekst nie oddaje całej arogancji i pogardy.

Obserwując Donalda Tuska, praktycznie od obalenia rządu Olszewskiego, gdzie grał on aktywną rolę, stwierdzam, że zawsze cieszył się on moją głęboką niechęcią.
Stanowi on wprost klasyczny przykład zakłamanego hipokryty, Człowieka z gruntu złego. I według mojego mniemania, osobnika na granicy socjopatii. Manipulatora i kłamcę. Oportunistę, ale mściwego i pamiętliwego.

Wysokie techniki tzw. wizażystów stworzyły Tuskowi maskę, którą potrafił zwieść miliony rodaków. Pokazywał sobą i mówił, to, co oni chcieli usłyszeć. Kłamał nagminnie, obiecywał niestworzone rzeczy i wszystko to mu uchodziło na sucho. Mogę śmiało powiedzieć, że został mistrzem manipulacji.
Pewien jestem, że gdyby rozmowa z państwem Elbanowskimi odbywała się w świetle oficjalnych kamer, to widzielibyśmy zupełnie innego Tuska, tego z maską na twarzy. Uprzejmego, uśmiechającego się i pełnego współczucia i zrozumienia. Jednakże, nieświadom nagrywania, mógł byc sobą, chamem i arogantem, z  pogardą dla innych. Takim, jakim naprawdę jest.

I takim, jak krąży o nim mnóstwo plotek w najbliższym otoczeniu. O brutalnym znęcaniu się nad żoną, która już raz z tego powodu od niego odeszła. O wybuchach wściekłości, na które sobie pozwala w swoim gabinecie w obecności najbliższego otoczenia. O głupim wyżywaniu się na paprotce, którą zostawił Leszek Miller i prosił o dbanie o nią. O nasłanie kontroli na Paprykarza, który odważył się zapytać: - Panie premierze, jak żyć?!
Tusk, to karierowicz i egocentryk. Bezwzględny. Kto mu się sprzeciwił, albo tylko potencjalnie zagraża, jest usuwany. Cała plejada – Olechowski, Piskorski, Gilowska (Tusku, bracie!), Rokita, Gowin i wreszcie Schetyna, odeszła w niebyt.

Proszę was, obejrzyjcie ten zalinkowany zapis rozmowy nawet dwa razy. Zobaczycie Tuska, jakiego ja już widzę od lat i wielokrotnie o tym pisałem. Niezależne stacje teewizyjne powinny ten materiał odtwarzać codziennie.

Zerwać maskę z twarzy człowieka, którego na nieszczęście państwa i obywateli wybrano na przywódcę.

Coś jest niedobrego w historii różnych cywilizacji i narodów, że do władzy dopuszcza się jednostki chore i zdeprawowane. Ile lat potrzeba, ile strat trzeba ponieść, by się o tym przekonać?
Gdy państwo nasze ostatecznie legnie w gruzach, to stwierdzimy – "mądry Polak po szkodzie"?


autor: jazgdyni

środa, 1 stycznia 2014

DO SIEGO ROKU !


Do siego Roku !

Kochani!

Umieściłem w tych życzeniach świnkę, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że to dla Nas, Polaków.

Bo Naszemu Narodowi chciałbym życzyć w tym Nowym Roku najwięcej.
Byśmy potrafili zrzucić coraz bardziej nas krępujące jarzma niewolnictwa.
By spadła mgła z umysłów i byśmy zaczęli samodzielnie myśleć, obserwować i wyciągać słuszne wnioski. I byśmy mieli tyle przyjaciół, ile tylko możliwe. I nie tworzyli nowych wrogów, a starych sobie zjednywali.
Więcej serdeczności i zrozumienia.
I żeby w końcu nasz biedny naród i kraj zyskał władze, godne Polski i Polaków.
Polacy w kraju niech godziwie zarabiają, poczują się bezpiecznie, a do ich domów i rodzin niech nikt się nie wtrąca.
A Polacy za granicą niech zarobią miliony i wracają, bo tutaj są potrzebni.

Naszemu Gospodarzowi życzę, by każde jego przedsięwzięcie przynosiło należny zysk i sława jego pozytywnie się rozprzestrzeniała.
Kolegom Blogerom życzę fantastycznych pomysłów i świetnych tekstów, które będą cytowane za ich mądrość i akuratność.
Komentatorom życzę takich uwag, że będą z nich dumni.
A Czytelnikom portalu życzę pasjonującej lektury każdego dnia.
Oraz, żeby nam Wszystkim ta skromna działalność budowała patriotyzm, prawość i mądrość.

Muismy nie tylko gadać między sobą, lecz gadać tak, by coś z tego wynikało. Chociażby tylko przyciąganie nowych czytelników i otwieranie ich na prawdę. By się nam w końcu udało zmienić kraj tak, żebyśmy mieli Polskę, o jakiej marzymy już ponad dwudziestu lat.
Może 2014 przyniesie tak potrzebny przełom?

W imieniu Wszystkich Dyletantów i swoim własnym dedykuję te życzenia Wam, moi wszyscy Internetowi Przyjaciele.




Janusz E. Kamiński   -   jazgdyni

Rusofilom, rusofobiom, ukrainofilom, majdanofilom – do sztambucha


Szukającym wiedzy i rozumienia procesów historycznych i politycznych – ku tejże wiedzy podbudowaniu

„A nie tylko rząd i jego agenci czynie przyczyniali się do prześladowania zgnębionego już i tak ludu, przyczyniała się do tego bardzo skutecznie i cała niemal rosyjska prasa, tak oficjalna, jak i niezależna, rozniecając we wszystkich klasach rosyjskiego narodu dzika ku Polakom nienawiść. Też same dzienniki, które najgoręcej broniły prawa do niepodległości Serbów, Bułgarów, Czechów i Chorwatów, co zachęcały te narody do ujęcia za broń, by wyzwolić się spod obcego (tj. nie rosyjskiego – dop. mój) jarzma, co nawoływały nawet galicyjskich Rusinów, by strząsnęli z siebie mniemaną przemoc Polaków (Czegoś nam to nie przypomina? Dop. mój) – ilekroć chodziło o nas, nie tylko zapominały tak szumnie głoszonych słowiańskich sympatii, lec otwarcie wołały, że nas albo wytępić, albo zmoskwicić trzeba. Opinia też całego rosyjskiego narodu, niezdolna do samoistnego sądu (Brzmi znajomo? Znajomo. Dop. mój), tak dalece oburzyła się przeciwko nam, że wszystkie miejscowe klęski, jak pożary, rozboje i fałszerstwa, Polakom przypisywano. Stąd oprócz nieoddzilnych od wygnania utrapień, zesłani w głąb Rosji Polacy znosić musieli nieufność a częstokroć jawnie okazywaną nienawiść miejscowych mieszkańców”
 To nie ja;), tylko Zygmunt Szczęsny Feliński, „Pamiętniki” Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa, 2009r.
 I niewiele się od tamtych czasów (tj. od XIX w.) zmieniło. Bp. Feliński jest świadkiem swojej epoki. Zapisał fakty. Jak widać w Rosji pewne porządki są trwałe i ponadustrojowe. Ale to już inna historia.
Prawdę mówiąc nie bardzo mam ochotę na dyskusję w tym przypadku. Koń albowiem jaki jest, każdy widzi a adresatem połajanek powinien być bystrooki Feliński niejaki, nie zaś Wasza "bez kropki".

autor: bez kropki

niedziela, 29 grudnia 2013

Afera lekowa, która niestety jest


Nasz portalowy* trefniś Brat Żorża, reklamujący się, jako wariat (w domyśle - wszystko mu wolno) mija się drastycznie z faktami. Niewiedza, czy świadome działanie?
Pan Brat Żorża zdobył się na polemikę, zarzucając mi mitomaństwo, tylko dla tego, że odkrywam tutaj następną aferę lekową, z którą nieszczęsny resort pana Arłukowicza rady sobie dać nie może. Brat zmyśla i konfabuluje tutaj:
http://bratzorza.neon24.pl/post/103950,afera-lekowa-ktorej-nie-ma

Nie będę już polemizował z panem B.Ż. tylko pozwolę sobie przywołać artykuł z portalu wpolityce.
http://wpolityce.pl/wydarzenia/53593-leki-ratujace-zycie-wywozone-nielegalnie-za-zagrnice-na-masowa-skale-sluzby-sprawdzaja-grozny-dla-polakow-proceder

* Autor pisze o portalu www.neon24.pl
********************************************* 

Leki ratujące życie wywożone nielegalnie z Polski na masową skalę? Służby sprawdzają groźny dla Polaków proceder

opublikowano: 15 maja 2013 roku, 7:43 | ostatnia zmiana: 15 maja 2013 roku, 12:26




Fot. PAP/Andrzej Grygiel

CBA, policja oraz prokuratura badają hurtownie oraz apteki. Na wniosek Głównego Inspektora Farmaceutycznego Zofii Ulz sprawdzają skalę procederu związanego z nielegalnym eksportem leków z Polski. Zdaniem GIF nawet 1/3 preparatów eksportowanych z Polski jest wywożona nielegalnie.

Eksport leków jest u nas legalny i tego nie podważamy, alewywożenie na taką skalę farmaceutyków ratujących życie jest ogromnym zagrożeniem dla pacjentów – mówi "Pulsowi Biznesu" Ulz.

Z racji ograniczeń ustawowych GIF sprawą zajęły się CBA, policja i śledczy. Skala nieprawidłowości w działaniu aptek i hurtowni fermaceutycznych niepokoi. GIF zabrał już zezwolenia na prowadzenie działalności 15 hurtowniom, a 5 kolejnych postępowań jest w toku. Z kolei wojewódzcy inspektorzy cofnęli zezwolenia ok. 70 aptekom.

Zdaniem GIF w Polsce wytworzyła się niebezpieczna praktyka. Apteki wycofują od siebie leki, zwracając je do hurtowni, czego robić nie mogą, jeśli środek nie został wycofany z runku, a hurtownie sprzedają te środki za granicę.Na tym zarabiają bardzo dużo, ponieważ leki poza Polską często są kilkakrotnie droższe niż w kraju. Bezpieczeństwem pacjentów w tym procederze nikt się nie przejmuje.

Jak zaznacza "PB" resort zdrowia planuje zwiększyć kontrolę nad eksportem leków.
****************************************************
Pisze też o tym Portal Farmaceutyczno Medyczny
http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234
*****************************************************

Nielegalny eksport

W Polsce powstają hurtownie farmaceutyczne-słupy, które trudnią się odkupowaniem leków od aptek i ich sprzedażą za granicę. Proceder ten jest niezgodny z prawem. 


O problemie opowiadał niedawno Portalowi Farmaceutyczno-Medycznemu Kazimierz Jura, przewodniczący Naczelnego Sądu Aptekarskiego. Mówił o nim w kontekście działalności sądu, wymieniając najbardziej charakterystyczne dziś przewinienia aptekarzy, stające się przedmiotem orzeczeń sądów aptekarskich. Kazimierz Jura tłumaczył, że podłożem tego typu przewinień aptekarzy jest pogarszająca się kondycja finansowa aptek, która powoduje, że aptekarze, żeby się ratować, zaczynają robić rzeczy niezgodne z etyką lub przepisami prawa.

Różne ceny leków
Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo.

Poważny problem
Nikt nie jest w stanie oszacować rzeczywistych rozmiarów procederu. Z informacji udzielonych nam przez Kazimierza Jurę wynika jednak, że jest to dziś poważny problem, częste zjawisko, dlatego też i liczba aptekarzy trafiających przed oblicze sądów aptekarskich jest duża. A to zapewne – jeśli nie wierzchołek góry lodowej, to jedynie część – takich przypadków. Ujawnienie ich wcale bowiem nie następuje automatycznie, przy zwykłych kontaktach z NFZ. Często proceder ten dotyczy leków sprzedawanych bez refundacji, a więc takich, do których budżet państwa nie dokłada ani złotego, a jak nie ma refundacji, nie ma też kontroli. W takich sytuacjach możliwe jest, że jedną partię tego samego leku zamawia właściciel apteki, drugą jej kierownik i tylko ta druga jest wprowadzana do systemu.
Pokusa łatwego zarobku jest tak duża, że pojawia się też nielegalny prywatny eksport leków.

Na astmę i raka
– Na podstawie prowadzonych postępowań można stwierdzić, że w ramach importu równoległego przedmiotem sprzedaży poza granice naszego kraju są produkty lecznicze stosowane przy nadciśnieniu, leki przeciwzakrzepowe, przeciwastmatyczne, przeciwpadaczkowe, immunosupresyjne, jak też produkty lecznicze stosowane w onkologii – podaje Agnieszka Piotrowska z biura prasowego Głównego Inspektora Farmaceutycznego. – W chwili obecnej można przypuszczać, że około dwadzieścia – trzydzieści procent produktów leczniczych dostarczanych na polski rynek jest przedmiotem importu równoległego. Państwowa Inspekcja Farmaceutyczna podejmuje działania mające na celu zdyscyplinowanie przedsiębiorców, trudniących się obrotem produktów leczniczych; w przypadku poważnych uchybień może cofnąć zezwolenie na prowadzenie obrotu produktami leczniczymi zarówno detalicznego, jak i hurtowego w oparciu o zapisy art. 37 w związku, między innymi, z nieprzestrzeganiem art. 78 ust. 1 art. 1 oraz art. 88 ust. 5 pkt. 5 ustawy Prawo farmaceutyczne.

Inspektor tłumaczy
Główny Inspektor Farmaceutyczny tłumaczy, że w przypadku, gdy hurtownie farmaceutyczne w celu pozyskania większych ilości produktów leczniczych kupują je od aptek dochodzi do naruszenia przepisów zarówno ze strony hurtowni (nieprzestrzeganie m.in. art. 78 ust. 1 pkt. 1 ustawy Prawo farmaceutyczne, który stanowi, iż hurtownia dokonuje zakupów produktów leczniczych wyłącznie od przedsiębiorcy zajmującego się wytwarzaniem lub prowadzącego obrót hurtowy), jak i apteki (nieprzestrzeganie m.in. art. 88 ust. 5 pkt. 5 ustawy Prawo farmaceutyczne, który mówi, że zakup produktów leczniczych może być dokonywany wyłącznie od podmiotów posiadających zezwolenie na prowadzenie hurtowni farmaceutycznej, a także określa sposób ich wydawania zgodnie z art. 96, tj., na podstawie recepty, bez recepty i na podstawie zapotrzebowanie uprawnionych jednostek organizacyjnych lub osób  fizycznych uprawnionych na podstawie odrębnych przepisów).
***********************************************

Jeżeli Brat Żorża nie widzi tu żadnego przekrętu i to na wielką skalę, to on nie tylko wariat, ale także głuchy, ślepy i bez powonienia, bo tu śmierdzi, jak świńska zagroda.



autor: jazgdyni

sobota, 28 grudnia 2013

Zniszczone polskie apteki (aktualizacja)


Operacja przejmowania polskiej farmacji trwa nadal. To na świecie druga najbardziej dochodowa branża po zbrojeniówce. A pacjenci za leki zapłacili o 3 mld więcej niż poprzednio.

Larum! Biją naszych! Krzyczy właśnie w telewizorze mój ulubiony wątrobiarz i wrzodowiec redaktor Morozowski. Dla córki na astmę płacił za leki 150 zł, a teraz będzie płacić 300 zł. Nawoływał niemalże do obywatelskiego protestu. Niesłychane!

A jak jest naprawdę?

Długo zabierałem się do tego tematu, bo wiedzę mam tu sporą, jednakże poprzez rodzinne powiązania nie chciałbym, by dla znajomych wyglądało to na jakąś formę lobbingu.
Lecz klamka już zapadła, więc można sobie porozmawiać.

Na świecie farmacja, obejmująca przemysł i dystrybucję, jest drugim najbardziej dochodowym biznesem, tuż po przemyśle zbrojeniowym.
Dużo, dużo konfitur i miodu. Więc różne misie kręcą się wokół niecierpliwie.

Psucie farmacji w Polsce zaczęło się prawie natychmiast po transformacji. Przypomnę, że za komuny wszystkie apteki były państwowe, należały do Cefarmów w całej Polsce. Podobnie było z produkcją leków i hurtowniami. Był to oczywiście rynek niedoborów i wielu chorym pozostawało, albo umrzeć, albo prywatnymi kanałami starać się sprowadzić potrzebny lek z zagranicy. A nie wiem, czy jeszcze ktoś pamięta, że na początku lat 90 istniały tzw. apteki leków zagranicznych, gdzie można było się starać o właściwy medykament.

Gdy komuna padła, apteki zaczęły się przekształcać. Marny ułamek tych, którym władza zabrała apteki po wojnie, mogła odzyskać je z powrotem. Resztę zazwyczaj przejmował personel, praktycznie za symboliczną złotówkę. Wczoraj pani kierownik, dzisiaj pani właścicielka. Gdy już rozgrabiono to, co było, dla innych chętnych pozostała już tylko droga zakładania nowych aptek. I tak też się działo.

Przy aptekarstwie zaczęto już majstrować podczas rządów pani Suchockiej, podobno też rodzinnie powiązanej z aptekarstwem, kiedy to, nijako obok ówczesnych przepisów, zaczęły powstawać rodzinne konglomeraty z kilku rozproszonych aptek.
Jednakże prawdziwego przewrotu kopernikańskiego, po którym już nigdy nie będzie, tak jak było, dokonał największy i chyba najbardziej cyniczny nieudacznik w 20 letniej historii, minister Łapiński.
Rozwalił on istniejący porządek poprzez, aż się wierzyć nie chce, że świadome, szkodliwe idiotyzmy, niesłychanie destrukcyjne i w rezultacie kosztujące państwo, czyli nas, obywateli grube miliardy złotych.

Cóż takiego ten świadomy, czy nieświadomy destruktor dokonał?
  1. Zlikwidował w założeniu mające konkurować ze sobą regionalne i branżowe kasy chorych, zastępując je zcentralizowanym, biurokratycznym molochem – Narodowym Funduszem Zdrowia. Trochę bardziej kumaty decydent, niż ci w rządzie, po prostu likwidując kasy, jeśliby uznał taką potrzebę, przekazałby ich pracę do ZUSu bez tysięcy nowych pracowników, budynków, infrastruktury, itd.
  2. Zaczął bocznymi drzwiami wpuszczać do Polski semi-gangsterskie organizacje, które za pomocą dumpingu, nieuczciwej konkurencji, agresywnej promocji zaczęły niszczyć polskie apteki i aptekarzy. Słynna była chociażby grupa, która całkowicie przejęła farmację na Litwie, a u nas zaczęła działać jakby była pod ochroną.
  3. Zlikwidował status specjalny obiektów zaufania publicznego aptek. Od jego czasów każdy handlarz marchewką, czy turecki sprzedawca dywanów, mógł otworzyć aptekę, jeśli miał taki kaprys. Jednocześnie, według źle pojętej reguły wolnego handlu zlikwidowano wskaźniki ludnościowe i apteki zaczęły wyrastać, jedna przy drugiej, jak grzyby po deszczu. Przedtem w Polsce było ok. 4000 aptek, teraz mamy 14000 !

4.    Zlikwidował cenę urzędową leków refundowanych (którą właśnie ponownie wprowadziliśmy) i zastosował korupcjogenny trik, określając cenę maksymalną. Pozwoliło to dużym sieciom na sprzedaż leków za 1 grosz. Jak to pracowało? Na przykład cena leku była 100 zł; państwo określało limit i pacjent płacił tylko 3,20zł. Właściciel olewał te 3,20 od pacjenta i żądał tylko 1 grosz. Będąc dużym odbiorcą kupował spore ilości leku po zaniżonej cenie od producenta, a następnie cynicznie pobierał od państwa (czyli, przypominam, od nas wszystkich obywateli) 96,80 zł, poprzez NFZ. Wtedy zaczęły powstawać wielkie farmaceutyczne fortuny, a małe rodzinne apteki bankrutować. Oczywiście taki producent wespół z siecią leków za grosz, czy złotówkę robili wszystko, by cena leku była jak największa, maksymalizując swój zysk, ponownie, kosztem państwa i społeczeństwa. I oczywiście, przy cichej aprobacie rządowych urzędników.

  1. Dopuścił do sytuacji, gdy bogate, w większości już sprzedane kapitałowi obcemu, hurtownie zaczęły skupować, małe, bankrutujące już apteki. Największe hurtownie, w chwili obecnej posiadają już ok. 3000 aptek w całej Polsce.

Narobił ten medyczny geniusz na ministerialnym stolcu jeszcze wiele innych błędów. W rezultacie zapanowała w tym sektorze kompletna dżungla. Pozwalała ona często nieuczciwym i bezwzględnym niesamowicie się bogacić. Z drugiej strony likwidowała słabych i niechcących podporządkować się nieuczciwemu rynkowi.

Jednakże największe spustoszenie pan Łapiński i pozostali macherzy farmacji i medycyny poczynili w mentalności społecznej. Skuszeni lekami po jednym groszu odbywali długie pielgrzymki do aptek sieciowych. I kupowali bez umiaru. Miarą tego niech będzie chociażby przykład jednej zaprzyjaźnionej apteki, gdzie tylko w listopadzie zwrócono 10 kilogramów nierozpakowanych leków o wartości ok. 25 tyś złotych, leków, które nadają się tylko do spalenia.

Leki powinny być tanie, ogólnodostępne i każdego powinno być stać na nie.
Lecz by do tego dojść trzeba najpierw zlikwidować patologie i stworzyć spójny uczciwy system, daj Boże, już bez różnych cwanych furtek, pozwalających okradać nas wszystkich.

Po Łapińskim aktywnie i z dużym talentem nadal psuli polską farmację marszałka Kopacz i minister Arłukowicz.
Przeprowadzona reforma wprawdzie zlikwidowała leki za 1 grosz, ale zostawiła tyle furtek, że stale kombinującym cwaniakom pozwoliło nadal manipulować przy lekach.
Ostatnio bardzo popularne jest takie zjawisko. Otwiera się lipną aptekę, byle gdzie, pacjenci nie są potrzebni, tylko po to, by uzyskać prawo do zakupu hurtowego leków. Następnie kontaktujemy się z wyspecjalizowanym handlarzem, który dostarcza nam listę leków do zakupu. Ilości zakupowanych leków są porażające – idą w setki tysięcy złotych. Leki te handlarz odbiera, płacąc za wystawioną fakturę. A my nie wprowadziliśmy do obrotu żadnych leków. Handlarz natychmiast je eksportuje, zarabiając krocie i odpalając aptekarzowi jego działkę. Ciekawe jest to, że wszystkie służby, nadzory i izby aptekarskie dobrze o tym wiedzą, jednakże podobno, nie można nic zrobić.

Pojedyncze, rodzinne apteki, niektóre działające od pokoleń, skazane są na zagładę. I w końcu wszystkie znikną. Taka właśnie jest świadoma polityka państwa. Ustawami i swoim działaniem wybrano model wielkich, międzynarodowych sieci. Tysiące rodzin aptekarskich traci źródło dochodu. A i pacjent nic nie zyskuje. W ostatnim roku, po pięknie reklamowanych działaniach Arłukowicza, pacjenci musieli zapłacić za leki o 3 miliardy zł więcej.

Dlaczego te rządy, czego się dotkną, to psują? Są przecież niedaleko świetne przykłady, jak choćby Holandia, czy Włochy.
Zepsuto kopalnictwo, zepsuto przemysł stoczniowy, to trzeba jeszcze zepsuć całą farmację?
Wniosek nasuwa się tylko jeden – to wszystko są działania korupcyjne. Decydenci dostają na boku potężne, wielomilionowe łapówki, by tak właśnie się działo. Dobro Polski i dobro obywateli absolutnie gówno ich obchodzi.
Rujnowanie Polski za wszelką cenę, za uzyskane po cichu złodziejskie łapówki, to model ekonomiczny, który obecnie w kraju jest realizowany.

autor: jazgdyni

wtorek, 24 grudnia 2013

Morskie Boże Narodzenie


Dla marynarza na morzu, to najgorszy dzień w roku. Posłuchajcie...

Dzień jak codzień...
Statki typu offshore, czy to badawcze, lub do podwodnych prac, z robotami ROV opuszczanymi za burtę, albo sejsmiczne, czy wiertnicze, są tak drogie, konstrukcyjnie i w eksploatacji, że praca na nich wrze – 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu. Podpisując kontrakt na nie, zgadzasz się na 12 godzinny dzień pracy. A nie rzadko jest to nawet 14 godzin, a czasami 17.
Praca jest tak intensywna i wyczerpująca, że pracujący Norwegowie mają zagwarantowane w swoich kontraktach dwa tygodnie pracy, a potem cztery tygodnie płatnego wypoczynku. Albo miesiąc pracy i dwa miesiące wypoczynku.
My Polacy nie mamy jeszcze tak dobrze i pracujemy miesiąc i miesiąc odpoczywamy.

I oto Wigilia. Wstaję jak zwykle o piątej, by się umyć i zjeść śniadanie. Pacę rozpoczynam o szóstej i będę pracował do osiemnastej.
Trzeba przejrzeć stan urządzeń, usunąć drobne awarie, wykonać planowane roboty... Gdy coś nie działa jestem natychmiast informowany. Nie rozstaję się z telefonem bezprzewodowym i na dodatek, mała przenośną UKF-ką. U siebie w kabinie też mam terminal komputerowy i mogę obserwować status statku i jego urządzeń. Mam też klucz, który otwiera wszystkie drzwi i kłódki (master – key), bo muszę mieć dostęp do wszystkich pomieszczeń.
O dniu dzisiejszym przypomina mi podły humor i dekoracje mesy i pokoju wypoczynkowego, ustrojone wczoraj przez filipińskich marynarzy i stewardów, tak, jak my, żarliwych katolików.
Kapitan, oficerowie pokładowi, to Skandynawowie, zazwyczaj protestanci, a większość naukowców i pracowników projektu badawczego to także Anglosasi, w tym Amerykanie, również rzadko katolicy. Zazwyczaj pochodzą oni z krajów, gdzie nie świątuje się naszej tradycyjnej Wigilii.
Jednakże, jeżeli kapitan jest dobrym człowiekiem (a nie zawsze jest) to ze względu na Filipińczyków przychyla się do naszej katolickiej tradycji i wieczorem, około szóstej organizuje uroczystą kolację.

Pracuję więc normalnie cały dzień, a zły nastrój tylko się pogłębia, nie jestem jak zazwyczaj skoncentrowany, bo mysli cały czas uciekają do domu...
Dla Polaka na morzu jest to najczarniejszy dzień w roku. A na dodatek, wszyscy marynarze są sentymentalni, choćby nie wiem jak przykrywali to maską twardego człowieka.
Więc świąteczna dekoracja na statku raczej wkurza. Ta plastikowa choinka z mrugającymi światełkami, które sam pomagałem instalować, te rozwieszone aniołki i porozstawiane norweskie trolle.

Wreszcie wieczór... Wykąpany, zakładam coś poważniejszego niż zwyczajową T-shirtkę i spodnie dresowe. Mesa pełna filipińsko – norweskich smakołyków. Oczywiście króluje pieczone prosię, za którym ja nie przepadam, bo jest dosyć mdłe i bez wyrazu. Są też czerwone homary, taka dłubanina wymagająca specjalnych narzędzi. No i klasyczne norweskie danie, dla nas praktycznie niezjadliwe, (http://www.mojanorwegia.pl/rozrywka/smaki_norwegii_-_lutefisk_%28danie_dla_odwaznych_lub_desperatow%29.html).
To wymoczony w ługu sodowy suszony dorsz (sztokfisz), o konsystencji zwłok topielca, galaretowaty i potwornie cuchnący. Ugotowany na parze i podawany z drobno posiekanym smażonym boczkiem.
Nie trzeba dodawać, że współczesna flota jest wolna od alkoholu, więc robaka zalać nie można.

Bogu dzięki i technice, są obecnie telefony satelitarne i praktycznie dzwoni się w prywatności swojej kabiny. Ta rozmowa z rodziną, to zwieńczenie Wigilii. Składamy sobie wszyscy życzenia zdrewniałym głosem i pocieszamy się, że wkrótce się zobaczymy.
Lecz to kolejne Święta poza domem...

Jeszcze tylko kilka wpisów w internecie, kolejne życzenia mailem i szybko do koi, by ten dzień się wreszcie skończył.

W tym roku jestem z rodziną w domu. Nie wiecie, co to dla marynarza znaczy.

Życzenia Świąteczne dla Wszystkich.

autor: jazgdyni


niedziela, 22 grudnia 2013

Człowiek z Totolotka

Pan Leszek z Gdańska, który wygrywa zawsze, kiedy naprawdę potrzebuje, zdradza Czytelnikom szczęśliwe liczby na wigilijną kumulację.



autor: gallux

Boże Narodzenie 2013







Nie było miejsca dla Ciebie
w Betlejem w żadnej gospodzie,
i narodziłeś się, Jezu,
w stajni, w ubóstwie i chłodzie.
Nie było miejsca, choć szedłeś
jako Zbawiciel na Ziemię,
by wyrwać z czarta niewoli
nieszczęsne Adama plemię.

Nie było miejsca, choć chciałeś
ludzkość przytulić do łona,
i podać z krzyża grzesznikom
zbawcze, skrwawione ramiona.

Nie było miejsca choć szedłeś
ogień miłości zapalić,
i przez swą mękę najdroższą
świat od zagłady ocalić.

Gdy liszki mają swe jamy
i ptaszki swoje gniazdeczka,
dla Ciebie brakło gospody,
Tyś musiał szukać żłóbeczka.

A dzisiaj czemu wśród ludzi
tyle łez, jęków, katuszy?
Bo nie ma miejsca dla Ciebie

w niejednej człowieczej duszy.

<<<<<<<<<<<<******>>>>>>>>>>>>>>
Wszystkim Przyjaciołom, cierpliwym czytelnikom,
Oraz radosnym Dyletantom,
Bożej Iskry, radości i szczęścia

Życzą admini – Leoparda, Mantad i jazgdyni

piątek, 20 grudnia 2013

Kondycja


Często jest tak, że zaganiani w codziennych kłopotach nie zauważamy zjawisk oczywistych. A jest proszę państwa, naprawdę kiepsko z kondycją narodu.

Media głównego nurtu, wraz z dyżurnymi tzw. ekspertami, powolutku zaczynają sączyć dobrą nowinę. Nie jest to niestety nasza katolicka dobra nowina. To starannie wypracowana wiadomość, wypracowana w oparciu o wyższą matematykę, najprawdopodobniej o algebre abstrakcyjną, że powoli, powoli jest już dobrze i będzie coraz lepiej. Cieszmy się i radujmy. Nie daliśmy się kryzysowi, a teraz nastał już jego koniec. Czy to nie wspaniałe?

Niestety, durny naród tego nie wie i zachowuje się nieodpowiednio. To, co teraz napiszę, to spostrzeżenia z ulicy i ze sklepów, a nie z telewizji i gazet. To jest prawdziwe życie proszę państwa. Wystarczy się tylko rozglądać wokół siebie.

Uśmiechnięta spikerka wiodącej stacji podała, że na Święta dzielny naród wyda w tym roku więcej niż w poprzednim. To kwota około tysiąca złotych na rodzinę, a wydamy więcej o 70 zł. Jest duch w narodzie, wydamy więcej! Tylko jedno głupie pytanie – czy kupimy więcej? Niestety nie, kupimy raczej mniej.
Podobno inflacja stoi w miejscu, co oznacza, że nic nie drożeje. Czyżby? Macie państwo takie odczucie, że ceny przez rok stały w miejscu? Może jak za Gomułki traktorów i lokomotyw. Bo artykuły codziennego użytku widocznie podrożały. Manipulacja statystykami może udowodnić wszystko. Jeszcze dziesięć lat temu, kiedy byli prawdziwi, pracowici dziennikarze, niektóre czasopisma obliczały i podawały tzw. koszyk zakupów i można na prawdę było się zorientować, jak ceny wyglądają w sklepach. Wygląda teraz, że nikt nad tym nie panuje. Ale jak państwo robią zakupy, to osobiście przekonujecie się jak jest.

Mam w rodzinie aptekę. Zwykłą, malutką, nie żadną sieciową, międzynarodowego molocha. Stoi sobie ona w dobrum punkcie typowo robotniczej dzielnicy Gdyni. Liczba pacjentów nieuchronnie spada. Więc wraz z tym i obroty apteki i zysk. Widać wyraźnie, że ludzie, klienci, nie mają pieniędzy. Typowym obrazkiem jest każdorazowe pytanie się o cenę. Często, po otrzymaniu informacji pacjent rezygnuje z zakupu, a przez to z leczenia. Normalne opakowania otwiera się i lekarstwa sprzedaje się na listki. Mimo, że lekarz przypisał kurację dwu tygodniową, pacjent kupuje tylko na jeden tydzień.
Minister zdrowia Arłukowicz miał właśnie w tym tygodniu wielce optymistyczną konferencję prasową dotyczącą leków. Łgał jak z nut. Nie powiedział, że po reformie zarobiło tylko państwo, a pacjent, zwykły obywatel, stracił. Leki teraz dla ludzi są droższe i wielu po prostu na nie nie stać.
To jest bardzo smutne, gdy zmusza się naród do oszczędzania na zdrowiu. Jeżeli ktoś nie widzi, że z roku na rok jest coraz gorzej, to jest chyba ślepy.
Ja to widzę i mam na to prawdziwe dowody, a nie propagandowe brednie Arłukowicza.

W okresie, gdy jestem w Polsce, dokonuję zakupów w dużych hipermarketach typu Tesco lub  Auchan. W ostatnich miesiącach nigdy mi tak dobrze nie robiło się zakupów. Miejsca na parkingach pod dostatkiem. I to tuż przy samym wejściu. Koszyków i wózków całe rzędy. A w sklepie chodzi się swobodnie. Panuje cisza, słychać echo kroków. Od czasu do czasu mignie jakiś inny klient. Pusto. Nie ma tłumu ludzi. Gdzie oni są? Gdzie robią zakupy? Przecież zawsze tu byli i do kasy trzeba było swoje odstać. Oczywiście, muszę się zastrzec, nie robię zakupów w soboty i niedziele. Wówczas sytuacja może być inna. Ale, gdyby któraś z wielkich sieci sprzedaży zechciała udostępnić dane o codziennych obrotach, to zapewniam, okazało by się, że te obroty w zwykłe dni tygodnia drastycznie spadły.

Stacje telewizyjne zalane są reklamami bankowych i nie tylko, pożyczek chwilowych. Chodźcie ludzie i bierzcie! Damy wam bez żadnych dokumentów, choćby na dowód osobisty. Weźmiecie pożyczkę teraz, a będziecie spłacać za trzy miesiące.
Co jest, do cholery? Ano to jest, że raz – powstał rynek na pożyczanie na chwilę drobnych kwot, bo ludziom brakuje pieniędzy, a po dwa – banki cienko przędą i starają się pozyskać klienta, omotać go i chwycić w swoje szpony.

Takie pobieżne obserwacje świadczą tylko o jednym – jest coraz większa bieda. Może warszawka i okołorządowe lemingi mają się dobrze, ale zwykły prowincjonalny naród popada w coraz większą nędzę. To się dzieje powoli, ale nieuchronnie. Już ponad 2 miliony kredytobiorców nie jest w stanie spłacać zaciągniętych pożyczek.
Wokół są ogniska skrajnej nędzy. Mieszkam właściwie już poza miastem. Wnuczka, malutka, z pierwszej klasy, powiedziała mi w tajemnicy, że jest w klasie chłopczyk, który teraz, zimą przychodzi do szkoły w bluzie, w trampkach i bez czapki. Rodziny nie stać na zakup kurtki. Są wokół, mieszkający w sypiących się chatach ludzie, którzy cierpią skrajną nędzę. Proszę mi wybaczyć tą herezję, ale za komuny tak nie było!
Sporo ludzi walczy o przeżycie.

Wniosek jest jeden – kondycja szeroko pojętego narodu jest marna. Lokuje nas, dumnych Polaków w okolicy Bułgarii i Rumunii. Jak z autopsji podaje Iza Brodacka – Felzman, tak źle nie jest nawet na Białorusi.
Niech nas nie zwiodą, Jaguar Kalisza, czy filuterny senator Piesiewicz, przebierający się w damskie ciuchy i przyjmujący lekarstwa nosem. Zwykli ludzie lekarstw wykupić nie mogą. Bo ich na to nie stać. A jeżdżą przepełnioną i też nie tanią komunikacją publiczną a nie luksusowym autem.

Problem biedy, nędzy i ogólnego poziomu życia zabagniono okrutnie. Praktycznie go nie ruszano przez ostatnie dwadzieścia lat. Dobro i dobrostan obywateli, to temat, którego nie dotknęła żadna władza. Mają to głęboko w d. . Nie podoba się? To spieprzaj do Irlandii! My, na zielonej wyspie nie potrzebujemy dziadów i bidaków.

autor: jazgdyni