poniedziałek, 25 listopada 2013

Lewatywa czyli eutanazja po polsku


Sąd przyznał 5 milionów ( w tym 2,5 miliona odsetek) odszkodowania za uszczerbek zdrowia i cierpienia wywołane prze szpitalny personel.

Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych byłam przewodniczącą- czysto żeńskiej niestety-  komisji wyborczej w Klinice Hematologicznej na Chocimskiej.  Wśród członków komisji prym wodziła pielęgniarka ze szpitala onkologicznego na Ursynowie. Po zamknięciu lokalu,  podczas właściwych czynności komisji,   zabawiała koleżanki szpitalnymi opowieściami. Wszystkie dotyczyły obszarów poniżej pasa, a wyjątkową ekscytację opowiadającej wywoływały historie związane z lewatywą.
Przyznam, że podejrzewałam u starszawej pani mocno dewiacyjną „ lepkość tematu”. Jak u hydraulika, który nie może się oprzeć przed seksualnymi aluzjami związanymi z jego zawodem. Po zakończeniu obliczeń zamknęłam się w desperacji w osobnym pokoju.  Uratowało mnie pojawienie się młodego informatyka obsługującego wybory, gdyż po jego przyjściu baby przestały gęgać.  Zdarza się, że przy opowieściach kobiet gdy są tylko w swoim gronie,  latryna wojskowa to Himalaje dobrego tonu. Ale nie o to tutaj  chodzi.

Jedna z opowieści pielęgniarki dotyczyła rzekomej rozmowy ordynatora z pacjentem chorym na nowotwór, który błagał o przyspieszenie terminu operacji. „ Mogę pana zapisać za dwa lata i to tylko na lewatywę” – miał odpowiedzieć ordynator.
Pomyślałam sobie, że ten dowcip choć ordynarny i niestosowny,  dość trafnie oddaje sytuację służby zdrowia więc być może opowiadająca nie ma złych intencji. Za chwilę jednak uraczyła nas opowieścią w jaki sposób personel pacyfikuje tak zwanych „ roszczeniowych” czyli niepokornych pacjentów. Po prostu aplikuje im lewatywę w upokarzających okolicznościach, na przykład przy świadkach. Oczywiście nie uwierzyłam. Byłam przekonana, że pielęgniarka zmyśla.

Kilka miesięcy później znajoma opowiedziała mi, że zawiozła bardzo wiekową ( około 100 lat)  matkę do szpitala na rentgen stawu biodrowego. Zdezorientowana staruszka trochę się opierała , a znajoma ostro zażądała właściwego jej traktowania. Za karę zaordynowano pacjentce zupełnie zbędną lewatywę i wykonano ją siłą pomimo protestów córki. Staruszka krzyczała z bólu. Po powrocie do domu przeżyła tylko kilka dni. Pomimo protestów córki zaaplikowano jej w szpitalu środek uspokajający,  w jej stanie zabroniony,  o czym córka informowała lekarzy.   Do karty wpisano, że córka  jest „roszczeniowa”. Nie podaję szczegółów gdyż w sądzie toczy się sprawa, ale przyznam szczerze , że nie uwierzyłam znajomej.


Kilka dni temu obejrzałam program poświecony  pacjentce szpitala przy ulicy Banacha pani Grażynie Garboś - Jędral , której sąd przyznał 5 milionów ( w tym 2,5 miliona odsetek) odszkodowania za uszczerbek zdrowia i cierpienia wywołane prze szpitalny personel.

Pacjentka miała zawał. Po zawale cierpiała na bóle w klatce piersiowej ( newralgia międzyżebrowa) . Zabieg blokady wykonano nieprofesjonalnie na łóżku chorej. Lekarz dezynfekował ręce „przez przetarcie gazikiem”. W rezultacie wszczepiono jej salmonellę szpitalną.  Pacjentka podczas pobytu w sanatorium straciła władzę w nogach. Okazało się, że ma ropień kręgosłupa. Miała również porażone zwieracze. Pomimo jej protestów wykonano jej niezwykle bolesną lewatywę na ubikacji. Jak się okazało uszkodzono przy tym  jelito grube. Przez pięć dni pacjentka leżała w kale gdyż nie myto jej i  nie dopuszczono do niej rodziny. Potem rodzina myła ją i walczyła o jej  leczenie. Lekarze lekceważyli jej cierpienia, wpisali natomiast w karcie, że jest „ pacjentką roszczeniową”. Po miesiącu lekarskiej bezczynności u kobiety  utworzyła się przetoka do pochwy.
 „ O , gówno jej pochwą wychodzi” –skomentował lekarz. Straszył pacjentkę, że ma ona raka i opowiadał jej i rodzinie drastyczne szczegóły życia ze sztucznym odbytem. Nie pobrał  natomiast wycinka i diagnozę oparto na badaniu palcem per rectum. Wreszcie chora dostała zapalenia otrzewnej, a potem przepukliny. Wyratowano ją w innym szpitalu. To cud ,że uszła z życiem. W wyniku 116 dni leczenia w szpitalu na Banacha jest inwalidką I grupy niezdolną do samodzielnego życia.
W czasie sprawy sądowej lekarze nagminnie kłamali i fałszowali dokumentację.

autor: Iza

niedziela, 24 listopada 2013

Nie pajacuj, stawiaj babki!


Jedno wam powiem: życie idioty to nie bułka z masłem (Forrest Gump)
Z początku, na tle innych piaskownic, nasza piaskownica nie wyróżniała się niczym szczególnym. Miała to wszystko co potrzebne było do stawiania babek z piasku. Powstała z inicjatywy kilku mieszkańców przy wsparciu finansowym lokalnego filantropa. Stworzona została z pasji, potrzeby, buntu i negacji innych piaskownic, w których wcześniej próbowaliśmy stawiać te nasze babki z piasku. Ja stawianie babek nazywam sztuką, bo sztuką jest z tego samego budulca postawić taką babkę, która na tle innych babek będzie się wyróżniała, czy to fantazyjnymi zawijasami tzw. esy floresy, czy to formą np. babka jajowata lub kulista. W innych piaskownicach szybko okazywało się, że nasze babki były nie takie jakie być powinny. Nie było miejsca na babki oryginalne, fantazyjne i niebanalne, obowiązywała sztampa i zapotrzebowanie na babki, jakie znamy. Według zarządzających tamtymi piaskownicami nasze babki były krzywe, nieproporcjonalne, śmieszne i w ogóle nie przypominały babek z piasku, jakie znaliśmy do tej pory z innych piaskownic. Sugerowano nam żebyśmy zabrali swoje łopatki tudzież wiaderka i przenieśli się do innej piaskownicy, a najlepiej żebyśmy postawili własną piaskownicę. Opornym zabierano łopatki, po prostu. I właśnie dlatego postanowiliśmy stworzyć własną piaskownicę. Inną niż wszystkie pozostałe. Lepszą. Co tam lepszą, nasza miała być najlepszą. W tym celu powołano Piaskownicy Radę Społeczną, która odpowiedzialnym za piaskownicę uczyniła Gospodarza Piaskownicy w osobie Tomka Prawnika. Wcześniej Tomka wyrzucono z innej piaskownicy, tej na wskroś nowoczesnej, za stawianie babek z za grubego piasku. Ta inna piaskownica - wg jej twórców - była nowoczesna, europejska i miała wizję. A my do tej piaskownicy nie pasowaliśmy. Tak więc nasza piaskownica miała być inna, mniej nowoczesna, mniej europejska, ale bardziej piaskowa. I miała się różnić od innych, szczególnie od tej, z której wyrzucono Tomka i nas. Wyróżniać ją miał pluralizm, demokracja, swobody obywatelskie i zawarte w nich wartości - wolność słowa tudzież sumienia oraz poglądów. Streszczając powyższe prostym językiem: każdy mógł stawiać takie babki, jakie lubił i potrafił najlepiej. Powtarzam: ta nasza piaskownica miała być inna od wszystkich. Mógł do niej przyjść każdy kto chciał, bo była nieogrodzona i dostępna przez całą dobę. Odwrotnie niż tamte piaskownice, z których nas wyrzucano i gdzie obowiązywała poprawność polityczna. Nasza piaskownica, jak to piaskownica, przewidziana była dla dzieci i służyć miała głównie zabawie czyli stawianiu babek z piasku. Mile widziane były zamki z piasku, ale to była wyższa szkoła twórczości, bo stawianie zamków z piasku było sztuką niedostępną większości z racji wymagań i uzdolnień. A właściwie ich braku. Wielu porywało się na budowę zamków, ale ich próby były i nieudolne i śmieszne. Zdarzały się przypadki podkradania cudzych zamków, co było rzeczą karygodną i dyskwalifikującą w oczach ogółu. Ale też nie zawsze.
Szybko się jednak okazało, że "nieograniczony dostęp" zaszkodził naszej piaskownicy. Tego nie przewidzieliśmy i na to nie byliśmy przygotowani. Niestety. Pierwsi skorzystali na tym okoliczni pijaczkowie, którzy bez krępacji uczynili sobie na jej terenie bar pod chmurką. Publiczne oddawanie moczu, wyzwiska i awantury były na porządku dziennym. Sporadycznie, bo sporadycznie, ale miały w niej również miejsce akty nierządne, posunięto się nawet do próby kradzieży. Często interweniowała milicja, czasem Gospodarz Piaskownicy. Gospodarze zmieniali się jak rękawiczki, przez co panował bałagan i zamęt. A w zamęcie łatwo o kradzież palta z szatni. Interwencje i zmiany Gospodarzy pomagały tylko na chwilę. Pijaczkowie prawie zawsze wracali, jeszcze bardziej skorzy do zadym, burd, wyzwisk i psucia atmosfery. Aspołeczni socjopaci rulez.
Potem kilku osiedlowych narwańców wymyśliło sobie, że piaskownica jest idealnym miejscem do głoszenia swoich oryginalnych (oryginalnych inaczej) poglądów. Brał taki skrzynkę po jabłkach i z jej wysokości ogłaszał całemu naszemu osiedlu straszną prawdę, że Żydzi rządzą światem, masoni okupują okoliczne piaskownice, a i na naszą mają ochotę, że Jezus był Żydem, Ziemia jest płaska, Kaczyński to Kalkstein, a Judeopolonia niszczy drewniane części piaskownicy. Kilku nawiedzonych wieszczyło bliski koniec świata, zanosiło modły w intencji naszego nawrócenia, często rozwijając przed nami wizję mąk piekielnych.. Każdy z nich miał też prostą receptę na ulepszenie naszej piaskownicy.
Pierwszy na skrzynkę wskoczył Zenek spod siódemki i oznajmił, że to jemu należy przekazać zarządzanie piaskownicą, że trzeba rozwiązać Piaskownicy Radę Społeczną, Żydów wysłać na Madagaskar, kaczystów zesłać do kamieniołomów, oponentów uciszyć, a reszta ma się uśmiechać i bić mu brawo. Zaraz po nim na skrzynkę wdrapał się kolejny narwaniec Zezowaty Gucio z parteru i ogłosił, że jego poprzednik, to czubek, agent wpływu, esbek, dno i metr mułu, a w ogóle to jest głupi, bije żonę i napastuje dzieci. Zanim Zenek zdążył zareagować, na skrzynke wdrapał się kolejny narwaniec Czesiek i zaczął wrzeszczeć, że Gucio i Zenek to agenci Watykanu, opłacani rublami transferowanymi szeroką strugą z Tel Awiwu, że ma dowody iż kradną piasek z piaskownicy, a ich psy srają do niej kiedy nikt nie patrzy.
Skupili oni wkoło siebie grupki podobnych im narwańców, nielicznych lecz krzyliwych, zaś cała reszta mieszkańców naszego osiedla była głęboko wycofana, czasem tylko nieśmiało próbowała oponować, że piaskownica miała być miejscem dla dzieci, wszystkich dzieci. Wtedy wszyscy narwańcy na chwilę zawierali koalicję, zwierali szeregi i zakrzykiwali oponentów, że to przez takich jak oni nasza piaskownica wpadnie w szpony ruskiej mafii o żydowskim rodowodzie.
W międzyczasie w lewym rogu piaskownicy usadowiła się grupa, która sama siebie nazywała oazą intelektualistów. Miejsce w niej zajęli byli prezesi byłych instytucji, niespełnieni pisarze i wieczni kandydaci do wszystkich funkcji i stanowisk. Mało kto ich słuchał, jeszcze mniej miało ochotę na dyskusję z nimi, tym bardziej, że "intelektualiści mianowani" prawie nigdy nie odpowiadali na wątpliwości rozmówców. Było tam też paru sensownych gości, ale ci nie cieszyli się większym zainteresowaniem bywalców piaskownicy z racji tego, że byli zbyt normalni. A normalność to wszak szczególny przypadek nienormalności, tak samo jak prosta jest szczególnym przypadkiem krzywej. Tylko nienormalność jest interesująca, im ktoś bardziej nienormalny, tym większe ma szanse na odniesienie sukcesu.

Jakby tego wszystkiego było mało prawy róg piaskownicy zawłaszczyli zwolennicy Wymiany Piasku na Torf. Ich guru ogłosił, że idea piasku w piaskownicy jest błędem, praprzyczyną klęsk, źródłem słabości i oznaką zżydzenia. To torf był pierwszy, z torfu powstaliśmy i w torf się obrócimy - tak pokrótce brzmiało główne założenie jego Manifestu. Kazał się tytułować per panie docencie, a od oponentów wymagał świadectwa szczepienia na judengrippe i okazania napletka.
Tego nie mogła zdzierżyć kolejna grupa, która szybko ogłosiła, że Docent to świr, manipulant i niebezpieczny demagog. Piasek ma być Piaskiem, bo na początku był Piasek, Piasek był i zawsze będzie Piaskiem, po wsze czasy i na wieki wieków amen!
Płynął czas, zmieniały się pory roku, a w naszej piaskownicy trwał wieczny tumult. Ubywało normalnych, przybywało czubków. Tracąc czas na jałowe dyskusje, idiotyczne spory, słowne utarczki i jawne napaści, mało kto dbał o samą piaskownicę. Rzeczą ogólnie wiadomą jest, że jeszcze żaden czubek nie zbudował niczego sensownego, trwałego i atrakcyjnego, a próby stawiania babek do góry nogami kończyły się zawsze niepowodzeniem. Lecz czubków to nie zrażało. Twierdzili, że ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle w tłoku, byle głupio. Im durniej, tym lepiej. Powstawały więc kolejne manifesty o wyższości Torfu nad Piaskiem, jeszcze bardziej torfiaste niż do tej pory, co oczywiście skutkowało kolejnymi kontrmanifestami o wyższości Piasku, jeszcze bardziej piaskowymi i jadowitymi niż te wcześniejsze.
Obecność w dyskusji o wyższości Piasku nad Torfem lub odwrotnie, była przewidywalna do bólu i ograniczała się do kilku, w porywach kilkunastu, osób. Zawsze ci sami, z tymi samymi "argumentami", niektórzy mieli przygotowane dawno temu sążniste gotowce, które wklejali przy nadarzającej się okazji. Przewidywalne również były epitety, którymi się wzajemnie okładali. Byli więc agenci watykańscy, onaniści, masturbantki, polskojęzyczna hasbara, robaki, wsioki...
Mało tego. Powstały listy proskrypcyjne osób, którym nie należy pożyczać łopatek und wiaderek. Krótko mówiąc - Cała para szła w torf i piasek!
A tymczasem drewniane elementy naszej piaskownicy próchniały, niezmieniany piasek coraz bardziej capił kocim moczem, a pod spodem czaiły się psie kupy. Normalni zaczęli omijać naszą piaskownicę szerokim łukiem, przyspieszając kroku i odwracając wzrok. Zdarzało się, że do piaskownicy zaglądał ktoś nowy, komu obce były fantasmagorie i urojenia miejscowych głąbów, o które toczono zażarte i wyniszczające wojenki. Ten, po krótkiej chwili, w której próbował zrozumieć ideę piaskownicy, pukał się w czoło i czym prędzej umykał goniony donośnym rżeniem i rubasznym rechotem tumanów z naszej piaskownicy. Mogło być już tylko gorzej, bo lepiej nigdy nie było.
Jeśli Drogi czytelniku dotarłeś do tego miejsca mojego tekstu, to zadajesz sobie zapewne zasadne pytanie: a co z dziećmi?
Jak to co? Ten tekst jest właśnie o dzieciach. To takie dziecinne przywalić komuś łopatką tylko dlatego, że zamiast torfu do budowy babki tradycyjnie używa piasku. Jeszcze bardziej dziecinnym jest odparcie ataku przez sypnięcie napastnikowi piaskiem w oczy. Jako że piasku ubywa, a nikt nie dba o piaskownicę, coraz częściej w kierunku przeciwnika lecą stare psie kupy.
PS. Pozdrawiam wszystkie skarżypyty, które z byle gównem lecą na skargę do naszego Szacownego Filantropa. To też jest takie dziecinne. Infantylna niedojrzałość, to często patologiczne zahamowanie psychicznego rozwoju człowieka, charakteryzujące się utrzymaniem typowych cech dziecięcych u dojrzałego osobnika. Publiczne ogłaszanie o zabraniu wiaderka i łopatki z piaskownicy, a potem powrót do tejże, to też jest dziecinada. 
Czytelników, którzy dysponują wyobraźnią, lecz nie taką jak u dziecka, ale opartą o doświadczenie życiowe i fakty uznane za powszechnie wiadome, zachęcam do zabawy intelektualnej. Wyobraźcie sobie tych wszystkich Gienków, Zenków i Franków w Sejmie. Piszących i uchwalających ustawy decydujące o nas i naszym Kraju. Kiedy im zwrócić publicznie uwagę, że kaleczą język ojczysty, to jedyną ich reakcją jest usunięcie postu. I dalej robią kompromitujące błędy. Jeżeli nie działają mechanizmy publicznego zawstydzania, to nie zadziała nic. Głąb będzie głąbem i tyle. Powiało grozą? I słusznie. Czy to źle? Pewnie nie stanowi to zbytniej przeszkody w obsłudze cepa, ale daje do myślenia. Przecież często wystarczy przecinek postawiony w złym miejscu i afera gotowa.
Zanim więc porwiesz się - w swym egotyźmie i autofilii - do stawiania pałacu z piasku czy torfu, postaw najpierw i sto zwykłych babek, pokaż innym, że masz podstawowe umiejętności w rzeźbieniu z piasku, a dopiero potem buduj coś większego, autorskiego. Autorskiego poprzez niebanalność formy, własnego przez oryginalność treści, atrakcyjnego dla innych. A siebie samego zostaw na drugim, a nawet trzecim planie. No, chyba że pisanie banalnych bzdetów uznajesz za najlepszą promocję własnej osoby. Tylko, że w tym przypadku dołączasz do milionowych rzeszy podobnych tobie amatorów i budowniczych z przypadku. Pamiętaj też o śmieszności, od której oddziela cię cienka linia, a która powoduje, że atrakcyjność przechodzi w bufonadę, zaś promocja własnej osoby przypomina bardziej reklamę podpasek lub proszku do prania. Pamiętaj też, że z perspektywy naszej piaskownicy większość spraw wygląda wręcz karykaturalnie, a twoja babka z wiaderka nie różni się zbytnio od innych babek.
I nie pajacuj, piaskownica to nie sala sejmowa, skrzynka po jabłkach to nie mównica, apele do Narodu, listy do Rosjan i temu podobne zostaw politykom.
Nie pajacuj, stawiaj babki!

autor: gallux


czwartek, 21 listopada 2013

JAK BYŁO NAPRAWDĘ ― DAKOWSKI!


Wydarzenia w Centrum Sztuki Nowoczesnej zaczynają obrastać fałszem i mitem. Mendia robią wszystko by zniekształcić obraz. Proszę więc zapoznać się z osobistą relacją prof. Dakowskiego

Szturm modlitewny i zdobycie Zamku Ujazdowskiego

Impresje osobiste


[Umieszczam całość, ponieważ red. Jadwiga Chmielowska umieściła część. Dalej jednak opis bierności t.zw. "patriotycznej", czy "niezalężnej", czy "katolickiej" części mediów... MD]
Mirosław Dakowski

W środę, 6 listopada wieczorem, pod Zamkiem Ujazdowskim (Warszawa, „Centrum Sztuki Współczesnej”) odbył się protest przeciw wystawie „British British Polish Polish”. Gdzie obok wielu filmików porno i bluźnierczych, obok „dzieł” nieudaczników (ale z „plecami”!) , jak np. uroczyście eksponowane pudełko tekturowe, leciał też w kółko (od 12-tej do 19-tej) filmik, na którym golas udawał pederastyczne żądze do Krucyfiksu.


Odczułem i opisałem pewien niedosyt spowodowany biernością organizatorów protestu i zamianą go w reżyserowany program telewizyjny: por:Protesty pod Centrum Bluźnierstw Współczesnych w TV Trwam - a Rycerze spod Giewontu

We wtorek, 12-go w południe wybraliśmy się z przyjacielem do Zamku Ujazdowskiego, by „coś z tym zrobić”. Wiedzieliśmy, że tu jawnie uprawiana jest pornografia i bluźnierstwa. I to za nasze, w tym państwowe pieniądze (25 milionów na rok) . A pornografia i bluźnierstwo jest w Polsce ścigane z mocy prawa. Przez policje i prokuraturę. Musimy o tym przypomnieć, bo wystawy takie jawnie sieją zgorszenie. Musimy też przypomnieć, że bezczynność organów zobowiązanych do ścigania przestępstw jest również, zdaniem uczciwych prawników, poddana sankcjom karnym. Musimy sobie i innym te proste fakty uświadomić.

Chodzi głównie o stary, sprzed dwudziestu lat bluźnierczy filmik, który zboczeńcy z Akademii Sztuk (trudno wykrztusić słowo pięknych przy tej ohydzie) wymyślili i młody wtedy drab „obronił” to-to jako prace dyplomową (zdaje się). Jaki to „profesor” firmował ― i za jakie apanaże, nie chce mi się upubliczniać. To oddzielny, spory rozdział. Teraz to dawno zapomniane „dzieło” nachalnie przypominają.
Ku naszemu miłemu zdziwieniu, przy kasie spotkaliśmy ludzi z Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę, oraz paru inżynierów - fachowców od wizji i fonii. A nie umawialiśmy się!        

Katolicy z Krucjaty za Ojczyznę stanęli w „pokoju bluźnierstw”, oczywiście tyłem do tekturowego ekranu, na którym te okropności się działy. Rzutnik na wysokości ok. 3.5 metra, nie dawał się łatwo wyłączyć.

Krucjata rozpoczęła Różaniec przebłagalny, inżynierowie rozeszli się do swoich zajęć, a ja – poprosiłem o audiencję u dyrektora Centrum. Później dowiedziałem się, że nazywa się Fabio Cavallucci.

Dyrektor gadał tymczasem w sali obok do kamer tefałenu. Po kwadransie wszedłem tam, ku przerażeniu cieciów i przypomniałem o obietnicy rozmowy. Krzyknął, że za pięć minut będzie gotów. Po następnych dwudziestu minutach znów przypomniałem, ale tym razem już szarpało mnie, poza wystraszonym cieciem, jeszcze dwóch ochroniarzy. Dyrektor dał znak, że słyszy i pamięta. Czekałem więc pod ścianą, na której wisiał ogromny, wstrętny i partacko wykonany obraz „czegoś”.

Po następnym kwadransie poprosiłem vice- dyrektora (a może starszego ciecia? Sądząc z manier- raczej to drugie) o krzesełko. „Tu nie ma krzeseł, zwiedzać, zwiedzać!!” ― wydarł się. Po jakimś czasie zrobiło mi się bardzo ciemno ― i wreszcie ocknąłem się z twarzą na podłodze. Zawstydziłem się. Krzyki „pogotowie, czy jest tu lekarz”― otrzeźwiły mnie. Powiedz, że pogotowie niepotrzebne, ale proszę o wodę. Nade mną jakieś szybkie zdania po włosku. Jakaś pani przyniosła mi wodę ― oddałem po spróbowaniu, bo letnia. Pobiegła więc po zimną.

Ten uparty Włoch ― gaduła okazał się dyrektorem Centrum Sztuki Współczesnej, Fabio Cavallucci. Z ziemi jeszcze ― zdziwiłem się, że nie ma artystów Polaków, którzy mogliby takie Centrum poprowadzić.
Pani i krzepki ochroniarz zawlekli mnie na krzesełko (jednak znalazło się) koło okna, bo na pytania, czego chcę ― wycharczałem: „Powietrza – i PRAWDY!!”

Siedliśmy z Fabio Cavalluccim przy uchylonym oknie i wymieniliśmy się wizytówkami. Jednak dbająca o zdrowie swego pracodawcy Asystentka ciągle podbiega i zamyka je, by Dyrektora nie przewiało. A ja ― bez powietrza ledwo go nie widzę, ani nie słyszę. Więc uparcie otwieram.

Przeszedłem szybko do rzeczy:

Zażądałem natychmiastowego przerwania pederastycznych bluźnierstw przeciw Bogu Jedynemu. Wymuszałem na tłumaczce, by przekład był dosłowny, bez eufemizmów. Mówiłem, że kulturalnego człowieka odpycha jednocześnie zło, brzydota i tandeta tych produkcji.

Dyrektor wystąpił z długą tyradą o Michale Aniele i Kaplicy Sykstyńskiej. Ze swadą udowadniał, że papieże, po skandalu, gdy przywykli już do golizny, zaakceptowali, więc i my przywykniemy do „kontrowersji”.On naprawdę nie odróżnia piękna od brzydoty, ani dobra od zła, czy mądrości od głupoty.


Po paru nieudanych wysiłkach skierowania rozmowy na jedynie interesujący nas termin zamknięcia bluźnierczej wystawy, powiedziałem mu przez tłumaczkę iż z tej rozmowy wynika, że :    
― albo jest on skrajnie głupi,
― albo jest satanistą.
Dopilnowałem, by przekład był dokładny, On, niezrażony stwierdził, że satanistów ani szatana nie ma, a tam goły mężczyzna „uwielbia” .
W tym czasie z mej prawej strony zrobiło się czerwono i wpadło czterech dużych panów z pogotowia. „Gdzie chory?” Dyrektorki (po co tam tyle dyrektorek??) i inne wskazują na mnie. „Co panu jest?” ― pyta ratownik. Fizycznie ― NIC. Tu walczę o Prawdę. Chór bab ze świty Fabia mówi „Zabierzcie go! Do karetki!!”. Na to, po paru takich okrzykach, szef ratowników do pielęgniarzy: „Dobrze! Weźcie tę panią do karetki, tam zrobimy jej komplet badań”. Pielęgniarze biorą kobietę pod ręce. Przerażona: „Nie mnie, tego pana!!!”. ― No, jeśli on nie chce, i pani nie chce ― to odchodzimy”.

Ten incydent trochę ostudził Załogę Fabia. Sam Włoch jednak perorował. O tolerancji, dialogu itp. slogany. W kółko. Monotonnie powtarzał te same historyjki nazywając je „argumentami” w sytuacji, gdy odmawiam jakiegokolwiek „dialogu”.

P. Fabio był życzliwy, pełen uśmiechu, koncyliacyjny, gadający ― aż do mdłości.

Tylko na żądanie NATYCHMIASTOWEGO WYŁĄCZENIA BLUŹNIERSTW ― uśmiechał się. Nie słyszał. Mówił z dumą, że wystawa jest przedłużona do lutego 2014, że „decyzje już zapadły”. Do tej sprawy wrócę.

O tolerancji.

Ja: wybraliście jako obiekt bluźnierstw Boga Prawdziwego, nie czyjeś „uczucia”. Gdy niszowe pisemko duńskie umieściło rysuneczki człowieka przecież ― Mahometa, cały świat Islamu zatrząsł się z oburzenia. Tego to byś się już bał, Fabio!Przeszedłem z nim już niepostrzeżenie na ty.

Przybiegają zaaferowane urzędniczki: „Panie Dyrektorze, Oni tam odprawiają mszę. On ― w widocznej panice. Słucham, bo to blisko. I mówię: Przecież tam wierni odmawiają różaniec , po łacinie! To modlitwa wynagradzająca. W miejscu profanacji, zbezczeszczonym, żaden kapłan nie odprawi Mszy świętej! To pan, Włoch, nie rozumie łaciny?

Tokował jeszcze długo, słyszałem go coraz słabiej. Nie zemdlałem, lecz chyba wszedłem w siebie. Może poczucie smaku rozpaczliwie nakazało mi odcięcie się od tych pomyj. Wreszcie słyszę powtarzające się: „ręka, ręka”!! Po otwarciu oczu - jego wazelinowy uśmiech i łapsko machające mi się przed oczyma. Patrzyłem na tę kończynę długo – wreszcie podałem swoją. Uczucie zimna, śliskości. Uradował się, uśmiechnął. A ja machinalnie - wytarłem starannie rękę w spodnie [i wyrzut sumienia: Wnukom nie pozwalasz w spodenki czy sukienkę przewrotny człowieku.. przemknęło.]. Po tym geście widzę, jak załoga go kocha: Uśmiechy radości i satysfakcji.

Uradowany z odpłynięcia dyrektora, trochę oszołomiony, krzyczę za nim: „Ciao, Fabio, amigo!” I proszę nie poprawiać, że to w innym języku czy volapük. Jeśli typ przez trzy lata kierowania Centrum w Polsce nie nauczył się języka krajowców, to dlaczego ja miałbym?

Wyjaśniam:Opisem takich oślizgłości, czy odczucia przychodzącego skądś zimna nie chcę epatować czytelników. To są fakty realne, doświadczone, opisuję je, bo chcę, by przyszli protestujący byli już do nich psychicznie przygotowani. Także ulga, jaką sprawia przyjście księdza, odczuwana jeszcze, zanim go zobaczyliśmy, jest realna. Dotyczy wrażenia doświadczanego przez wiele osób. Nie ma w tym żadnej licentia poetica, czy fantazji.

Nacisku nieprawości nie czułem, gdy się modliłem. Stawał się jednak bardzo mocny, gdy zajmowałem się ochroną, na przykład kontaktami z funkcjonariuszami wrogimi, lub przy rejestracji ich poczynań.

Tych, którzy uważają, że należy może rozważyć posłanie uprzejmego pisma do ministra, nie przekonam, nie usiłuję przekonać. I tak będą spoczywać w samo-zadowoleniu. Adresuję te zapiski do tych, którzy chcieliby być skuteczni. Niech będą już zaznajomieni z czekającymi ich rodzajami trudu, niech nie będą zaskoczeni. Tacy pójdą dalej . A może - daleko.

O samych modłach Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę tu nie piszę. To osobna sprawa. Zanotuję jedynie ogromne wsparcie otrzymane od kapłanów, księdza Stanisława Małkowskiego, od Ojca Gardy. To były filary modlitw. Ich egzorcyzmy (t.zw. małe, tj. dostępne dla każdego kapłana, nie egzorcysty) stanowiły wielkie wsparcie. Dużą pomocą było też przyjście ks. Łukasza z dzielną katolicką młodzieżą licealną, na pewno przygotowaną do rodzaju walki, jaka ją tu czeka. Dowiedziałem się później, że Ks. Łukasz został na pl. Zbawiciela zaatakowany (bo był w sutannie) i pobity przez jakiegoś bandziora, szczątki z rozbitych okularów poraniły tylko twarz, nie weszły do oczu – otaczająca Go młodzież miała więc lekcję poglądową panującej obecnie tolerancji.

Media i meRdia

We czwartek 14-go nieoceniony Fabio nakazał, by na wystawę wpuszczano jedynie 70 osób na raz. Skutkiem tego grupy modlitewne powstawały samorzutnie w holu. Modliły się głośno na Różańcu, ku zgorszeniu różnych postępaków i pedałów. By nie zwiększać tam „skandalu”, taką grupę wpuszczano po cichu na górę. I znów – „szlaban” dla przychodzących następnych grup katolików. I tak da capo...

To, co się działo w Centrum Bluźnierstw, pojawiało się w telegraficznym skrócie, natychmiast, na paru portalach. Tefałeny goniliśmy bezwzględnie . Jednak ― potrzebowaliśmy nagłośnienia, choćby po to, by więcej osób przyszło się modlić.

Zaskoczyła mnie reakcja mediów patriotycznych i katolickich. Prosiłem fachowców o rejestrację protestu. Najpierw dzielną patriotyczną reżyserkę ES, związaną z TV Republika, ale samodzielną. Dała pryncypialny odpór, mówiąc przez pośredników, że ze mną ― NIE. Pani ES nie znam osobiście. Nigdy przedtem z nią nie rozmawiałem, nie uraziłem. Widocznie te wartości, o które od lat walczę, są jej obce lub wrogie? A swe poglądy głoszę zupełnie otwarcie, bez podtekstów. Inny znany i dzielny pan ― nazwijmy go WC ― nawet się nie odezwał.

Zarejestrowaliśmy coraz mocniejszy powrót cenzury z czasów z Mysiej 2, np. „zapisu na nazwisko” ― oraz na TEMAT. Równocześnie!
Tyle godzin na stojąco ― dla ludzi w podeszłym wieku jest już niemożliwe. Dla najsłabszych pań udawało się zdobyć krzesełka. Pozostała więc podłoga, ciepła, w miarę czysta. Gdy więc modliłem się, podszedł do mnie znajomy Dziennikarz Katolicki. Uścisnął mi mocno dłoń i wylewnie się przywitał, szepnął parę słów aprobaty i otuchy, ale w jego dzienniku ukazała się nazajutrz wata, rozmówki z przypadkowymi paniami. Podobno u nich t.zw. wydawca może wszystko ― zmienia tekst autorski, dodaje i odejmuje do woli.

W Radio Maryja była jakaś relacja, na początku wiadomości, ale o braku krzesełek właśnie. Nie poinformowany słuchacz mógł zrozumieć, że katolicy domagali się krzesełek, by w komforcie ten filmik oglądać. Osobom z daleka musiałem wyjaśniać nieporozumienie. Myśmy klęczeli, siedzieli na podłodze, czy młodzi stali ― ale oczywiście tyłem do tych okropności, których nie dało się, prośbą czy groźbą, wyłączyć.

Słyszałem też, że znany w RM profesor, stały komentator, mówił z oburzeniem przez piętnaście minut o „prowokacjach na Marszu Niepodległości” w Warszawie. Na koniec podobno dodał jedno zdanie o prowokacjach w Centrum Sztuki. Moi korespondenci z daleka pytali, czy to myśmy byli tym prowokatorami , bo nie wynikało to jasno z wypowiedzi profesora.

W Radio WNET mówiono zaś o proteście zorganizowanym przez solidarnych. Nie dostałem od nich odpowiedzi na prośbę by sprostowali, że protest zorganizowała Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, działająca przecież w całej Polsce od przeszło dwóch lat. Przecież dziennikarz, jeśli jakiś temat jest dlań ciekawy, a czegoś nie wie, ma obowiązek dowiedzieć się u źródeł, a nie tylko polegać na plotkach.

Żadnej pomocy nie dostaliśmy od Krucjaty Młodych. Ale to mniej dziwi, bo jeśli Młodzi pozwalają łobuzowi we Wrocławiu szczać na sztandar i Różaniec, a nie walną go w mordę za profanację, to widać, że zapewne niechcący piją z wodą wodociągową jakieś Chemikalia Impotencji.

Ośrodki katolickie chyba wolą narzekać i nagłaśniać koleje przegrane i nieudacze, niż informować że ktoś inny odniósł zwycięstwo, choćby na razie w jednej potyczce. Czy to z obawy, że może INNI katolicy i Polacy się obudzą?

Dział techniczny

Określenie „ekipa techniczna” byłoby mylące. Ta działalność nie była zaplanowana, może dopiero pod koniec potyczki jedynie trochę koordynowana.

W różnych zakątkach wystawy działy się dziwy. A to jakaś Kozyra (tj. zdjęcie) ma gębę zaklejoną nalepką BOR-u. Tak, jak wnętrze owcy, przerżniętej przez okrutnego rzeźnika ― i pokazywanej od środka, od flaków. Gdzie są Obrońcy Zwierząt ― czemu nie napisali doniesienia o torturowani zwierząt ― do prokuratury? Liczne naklejki BOR-u robiły na obsłudze duże wrażenie. Toć to ważniejsza „służba”.

Któregoś dnia pojawiły się na „wystawie” spanikowane szczury. Były tu nowe, bo nie miały swych norek, więc biegały wszędzie. Może była to instalacjamamymadziczy kozyry. Przecież nikt ze zwiedzających nie mógł wnieść klatki ze szczurami ― jest za duża i za ciężka. Ale obsługa próbowała je odłowić. Może dla zjedzenia Popiela na początku Polski wystarczyły myszy, a dla zjedzenia Fabio di paese lontano ― potrzebne są już szczury?
Wyłączały się telewizory, na których np. w kółko pokazywano odrażające manipulacje w intymnym damskim organie. Ohyda! Młode pary, chude, ale wyzwolone oglądały to z nabożeństwem i ocierały się o siebie.Wtyczki się luzowały, ale jedynie tak trochę ― czyli niezauważalnie. Ekipy techniczne „zameczku’ właziły wszędzie ― i pracowicie naprawiały.

Niedostępny był jednak rzutnik tego najgorszego bluźnierstwa. Był na wysokości 3.5 metra ― nawet podsadzenie chudej a wysokiej dziewczyny by nie starczyło. Znaleźliśmy w pakamerze odpowiednią drabinę, ale za mała była ekipa osłonowa przy ew. przenoszeniu. Pod wieczór ― rzutnik się jednak wyłączył. Od gorąca? Ekipy Fabia pewnie dopiero w nocy znalazły usterkę, bo następnego dnia znów te bluźnierstwa były wyświetlane. Chłopaki z obsługi się cieszyły, bo poleciały im nadgodziny. A w takich sprawach Fabio jest hojny. Pracownicy skarżą się, że pensji nie lubi płacić.

Bardzo dobrze po naszej stronie spisali się inżynierowie od fonii i wizji. Nagrali kilka przygotowań do prowokacji.

Zauważyłem, że w kulminacji przygotowywanej prowokacji znikli wszyscy ochroniarze, też osoby na etatach niejawnych, w sumie ok. 15 osób, przedtem obserwujące modlących się.

Pojawili się agresywni, rozpychający się młodzi, tacy, jak ci pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu w lecie 2010 roku, podnieceni od Palikota i napojeni w Zakąskach u Gessler.
Powiedziałem wiec starszemu ochroniarzowi: „proszę pana, nasza rozmowa jest nagrywana”.I podałem mu ustnie poniższe oświadczenie (zielone).

Mogłem więc, jeszcze w czasie tej potyczki, opublikować następujące ostrzeżenie do prowoków i ich szefa, które też natychmiast pojawiło się na mojej i innych stronach internetowych. To istotne, by uniemożliwić w przyszłości „manipulacje czasem”.

Uprzejmie informuję odpowiednieOrgany, iż mamy nagrania(wizja i fonia) z przygotowywanej we czwartek prowokacji , m. inn. prostackich rozmówek czterech osiłków na etatach niejawnych("to nasi, z Zameczku"  usłyszałem od starszego ochroniarza ) oraz młodego z tablicą z jakimiś gwiazdami i księżycami  i etatowym różowym różańcem - prowadzonego w akcji przez oficera ustawiającego go przed obiektywem, na tle modlących się pań. Tych usunęliśmy poza obszar modlitw.
Ale zapewne po dotarciu wieści do dowodzącego, że są monitorowani, że dotychczasowe nasze nagrania są zabezpieczone poza zamkiem, akcje odwołał. Znów pojawiło się trzech spokojnych ochroniarzy, a agresywni pedryle znikli.

Gdy wychodziłem ok. 17-30, zobaczyłem przy wejściu tego człowieka z tablicą, grającegoprzedtem rolę „niezrównoważonego”― w rozmowie z dyrektorem Centrum Fabio Cavallucci.

Istotne: Najpierw nastąpił „alarm pożarowy” i przymusowa ewakuacja modląch się ― a potem polanie ekranu bluźnierstw czerwoną farbą...

 Jak sądzę, zrozpaczony nasza bezsilnością człowiek nie zdecydowałby się na posikanie tekturowego ekranu farbą. Przecież członkowie Krucjaty za Ojczyznę szykowali się do nocnych modłów, przygotowano też śpiwory i jadło. Ten „skandal” (wg. satanistów) miał zostać przerwany włączeniem alarmu pożarowego ― co skutkowało ewakuacją modlącej się Krucjaty.


I dopiero realizacja tej prowokacji 
 alarmu  spowodowała siknięcie farbą, a w efekcie  zawalenie się planów trzymiesięcznego przedłużenia bluźnierczej wystawy.

To Pan Bóg kule nosi...


[Adam]: I odszedł; bo nie wiedział, co ze zbożem robić.
Aż w nocy przyszedł diabeł mądry i tak rzecze:
"Niedaremnie tu Pan Bóg rozsypał garść żyta,
Musi tu być w tych ziarnach jakaś moc ukryta;
Schowajmy je, nim człowiek ich wartość dociecze
".
Zrobił rogiem rów w ziemi i nasypał żytem,
Naplwał i ziemią nakrył, i przybił kopytem; -
Dumny i rad, że Boże zamiary przeniknął,
Całym gardłem rozśmiał się i ryknął, i zniknął.

Podsumowanie

Powtarzam, dla nauczenia pań posłanek, mających dostęp do choć niektórych mediów, o co NIE chodzi, a o co chodzi naprawdę.

NIE chodzi o to, by ludzie, również ci ważniejsi, dopuszczeni przed kamery narzekali na urażanie uczuć religijnych, na poniewieranie czy naruszanie ich godnościczy obrażanie wartości, a może podważanie przekonań. I tym podobne. Część nawet domaga się pluralizmu ― tj. pewnie tego, by też oni, tj. tutejsi, poza zwycięskimi bluźniercami i satanistami, mogli wyrażać czasem swe poglądy.



Chodzi o to, by bluźnierstwa przeciw Bogu Jedynemu znikły, zostały zakazane i ukarane.
===================================

Dzięki Ci, Maryjo! Krucjata za Ojczyznę pomogła w tym zwycięstwie.



Mail’em, piątek 15-go wieczorem: Niewinna osoba, która została zatrzymana, jest już na wolności. Bez postawienia zarzutów.
MARIA VINCIT



autor: jazgdyni

Stop dyktaturze mniejszości


W tekście posta podaję link wyszukany przez blogerkę "Astrę".
Podpisz i PODAJ DALEJ.

autor: bez kropki

środa, 20 listopada 2013

Tęcza czyli sikanie na dywan


Gdy dopuścimy, żeby ktoś ze swymi gminnymi gustami czy szczególnymi obyczajami seksualnymi postawił stopę w przestrzeni publicznej, nieuchronnie zacznie walczyć o to, żeby jego obyczaje stały się powszechnie obowiązujące.

 Mój dobrze wychowany pies podczas wizyty u sąsiadów nasikał na dywan. Na szczęście sąsiedzi sami miewali i psy i dobrze rozumieli, że w ten sposób chciał zaznaczyć i poszerzyć swoje terytorium.
You pissed on my rug- nasikałeś mi na dywan, wykrzyknął Lyndon Johnson do kanadyjskiego dyplomaty, który zgłosił jakieś zastrzeżenia pod adresem amerykańskiej polityki. Z właściwą sobie bezpośredniością Johnson zauważył atawistyczny charakter wielu, na pozór irracjonalnych, ludzkich zachowań. Wszak polityka zagraniczna ,  relacje z sąsiadami, graniczne konflikty,  spory dziecinnych i młodzieżowych gangów sprowadzają się często do zaznaczania terenu przez wzajemne sikanie na dywan.
Przyszło mi to głowy gdy zastanawiałam się nad sensem walki o tęczę na Placu Zbawiciela Pomimo wszystko nie podejrzewam snobistycznego środowiska ludzi sztuki i kultury o tak gminne gusta. Tu nie chodzi o zamiłowanie do konstrukcji z jarmarcznych kwiatków. Po prostu sikając na dywan, zajmują- jak mój pies- publiczne terytorium. 
Czy powinniśmy to zlekceważyć?
Z góry oświadczam, że  zupełnie nie obchodzi mnie jak ktoś spędza wolny czas, co je, jakie kwiatki stawia w wazonie czy jak uprawia seks. Nie mam zamiaru nikogo indoktrynować i zmieniać. Problem polega na tym , że gdy dopuścimy żeby ktoś ze swymi gminnymi gustami czy szczególnymi obyczajami seksualnymi postawił  stopę w przestrzeni publicznej, nieuchronnie zacznie walczyć o to,  żeby jego gusta, obyczaje (czy zboczenia)  stały się przymusowe.

Kilka dni temu, podczas obowiązujących zajęć, przeczytano nauczycielom nauczania początkowego  instrukcję WHO,  z której wynika, że masturbacja jest niezwykle korzystna dla rozwoju fizycznego , emocjonalnego i duchowego dzieci. W  związku z tym zajęcia z „ poznawania swojego ciała” staną się obowiązujące już w przedszkolu. Podobnie mają być przymusowo realizowane w przedszkolach zajęcia ze zmiany ról społecznych czyli przebieranie się chłopców za dziewczynki i nadawanie im imion przeciwnej płci. Jak widać lobby homoseksualne i pedofilskie przechodzi od wymuszania tolerowania (czy nawet akceptacji) ich zachowań, do przymusowego wdrażania tych zachowań w najmłodszym pokoleniu. Motywy wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków i przedszkolnego dla pięciolatków stają się w świetle tego zupełnie  jasne.

Jeżeli nie zaprotestujemy - okaże się wkrótce, że rodzice nie będą mogli zabrać dziecka ze szkoły czy przedszkola w którym jest ono uczone samogwałtu. Już teraz w Niemczech za niezgodę na uczestnictwo dziecka w takich praktykach można stracić prawa rodzicielskie.

Kiedy bocznymi drzwiami wchodziła do Polski tak zwana kontrkultura wiele osób z nią sympatyzowało. Bo jak się nie śmiać gdy młody farmer Claude Bukowski, bohater Hair, galopując na łaciatym koniu twarzą do ogona wyśpiewuje, że masturbacja wcale nie jest taka zła?  A wszystko tylko  po to żeby zgorszyć i zainteresować eleganckie panienki odbywające w Central Parku konną przejażdżkę.
Tak też traktowaliśmy odkrycia kontrkultury- jako młodzieńczy bunt, z którym można bezkarnie sympatyzować. Przecież nikt nie kazał nam się masturbować ani zażywać LSD. W naszych czasach jeżeli w ogóle istniało LSD, było tak drogie, że na pewno nie stanowiło zagrożenia dla zbuntowanych dzieciaków. Problemem był raczej – o ile pamiętam - rozpuszczalnik tri. A zbiorowa masturbacja była faktycznie poważnym problemem – więzień i zakładów dla upośledzonych umysłowo. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczaliśmy , że onanizm  stanie się dla naszych dzieci i wnuków przymusowy, a jego lekcje zdominują program przedszkoli.
W wielu ważnych sprawach oddaliśmy już  teren. Na przykład w kwestii eutanazji. Między innymi dlatego, że dyskusja wydawała się bardzo teoretyczna, ideologiczna. Zapomnieliśmy, że po ataku kulturowym następują zawsze   konkretne rozwiązania prawne. Teoretycznie chodziło o to, żeby eutanazji mógł się poddać znudzony życiem jakiś jej zwolennik. W praktyce stała się przymusowa dla schorowanych starców w Holandii, którzy wcale jej nie pragną.  
Stała się również furtką dla okrutnego morderstwa sądowego na pozostającej w śpiączce  Amerykance Terri Schiavo , która decyzją sądu została skazana w 2005 roku na śmierć głodową. Dla sądu nie miało najmniejszego znaczenia, że gotowość opieki nad Terri zgłaszali jej rodzice, a z żądaniem eutanazji zgłosił się mąż zainteresowany spadkiem i możliwością zawarcia nowego związku. Agonia Terri trwała dwa tygodnie. Wszyscy „tolerancyjni”  są za to pośrednio odpowiedzialni.
Podobnie - jeżeli teraz nie wyprowadzimy homofilii i pedofilii z przestrzeni publicznej będziemy odpowiedzialni za gwałt dokonany w przyszłości na naszych dzieciach i wnukach.  

autor: Iza

TUSK NIE ODCHODZI !!!


Nie ma człowiek zbyt wiele tak wzniosłych i wzruszających momentów w życiu, jak ten dzisiaj, o godzinie jedenastej.


Dzisiaj (20 listopada 2013) o godzinie 11:00, świat zamarł na chwilę. Ucichły tajfuny nad Filipinami i śnieżyce na Alasce. Wstrzymały oddech giełdy światowe.
A u nas, w Polsce, ulice się wyludniły. Stanęły tramwaje i metro, a pociągi dalekobieżne wyraźnie zwolniły (te, które jeszcze nie stały).
A cała ludność zasiadła przed telewizorami, a ci w trasie, zasłuchali się w radioodbiornikach.

DONALD TUSK PRZEPROWADZIŁ REKONSTRUKCJĘ GABINETU !

Od czasu łez, do których zostałem zmuszony w przedszkolu, jak miałem 3 lata, po śmierci Stalina, nie czułem się tak wzruszony.
Nowa energia ! – Tak powiedział nasz ukochany premier, słoneczko nasze.
I co najważniejsze i budujące – sam pozostał, by dalej się nami opiekować, byśmy mieli ciepłą wodę w kranie, grill – party i ukochane telewizje na codzień.
Nawet polska reprezentacja tradycyjnie, jak zwykle nie przegrała!
Czuwa nad nami opatrzność.
Andżela przesłała natychmiast telegram do Putina: - Donald się trzyma!

Przewiduje się, że spożycie osiągnie dzisiaj rekordowy pułap. Już strzelają korki radzieckich szampanów, a stoiska monopolowe przeżywają oblężenie.
Cały naród będzie świętował wraz ze swoim ukochanym przywódcą.

Szkoda, że chwilowo zabrakło Sławomira Nowaka i nie będzie komu dzisiaj wskazać na geniusz Tuska. Graś nie potrafi tak wspaniale się wypowiadać, a dodatkowo wzruszenie dławi go w gardle tak, że może tylko wymawiać słowa po radziecku. Tak ma niestety.

Żeby dać wyrazy poparcia i przyklasnąć wspaniałej inicjatywie Premiera Rzeczypospolitej, apeluję do wszystkich, żeby najbliższą sobotę poświęcić na CZYN. Każdy obywatel zdolny do czynu powinien go w najbliższą sobotę wykonać.
Zgłoszenia i późniejsze raporty będzie przyjmował nasz niestrudzony piewca jedynego słusznego ustroju, Spiryto Libero (dokumenty z numerem NIPu i PESELu, wraz z ostatnim zeznaniem podatkowym, będzie również przyjmował KJW).

Ku chwale naszej Cywilizacji, której pięknych momentów byliśmy dzisiaj świadkami !

autor: jazgdyni

poniedziałek, 18 listopada 2013

Co autor miał na myśli ?


Co miał na myśli Green Peace zadając antypaństwowe pytanie, przy całkowitej bierności policji. Gdzie my mamy wywiesić transparent z odpowiedzią ? Czy oni są w stanie przetrawić odpowiedź: ani jedni, ani drudzy, tylko ***wa i ******ej ?

Życie w PRLu przyzwyczaiło mnie do myśli że moje miejsce jest pośród ludności tubylczej. Gdy wyglądało na to że zaczynam zapominać swego miejsca w szeregu,oficer polityczny i pan sbek uczyli mnie moresu. Na zmianę.


Wczesnym rankiem koło 40 aktywistów organizacji ekologicznej Greenpeace weszło na dach gmachu ministerstwa na rogu ul. Hożej i Placu Trzech Krzyży. Na miejsce przybyła policja, która obserwowała całą akcję, ale nie zapobiegła rozwieszeniu transparentu. Widniał na nim napis o treści:"Kto rządzi Polską? Przemysł węglowy czy obywatele?" w języku polskim i angielskim). 

Cytat za: http://wpolityce.pl/wydarzenia/67324-ekolodzy-w-akcji-na-gmachu-ministerstwa-gospodarki-zawisl-transparent-greenpeaceu
Akcja odfajkowana, fotografie poszły w świat. Można zwinąć transparent . Pozostaje pytanie: o co wam chodzi ? Podobno nie popieracie budowy elektrowni atomowych ?! 
fot. PAP/Radek Pietruszka


autor: cyborg

sobota, 16 listopada 2013

Terror sądowy


10 lat więzienia dla Damiana R. z Kołobrzegu za zabicie dwóch napastników, którzy z bronią wtargnęli do jego domu. Koszaliński sąd uznał, że granice obrony koniecznej zostały przekroczone. Oskarżenie i obrona zapowiadają apelację.
Kolejny raz telewizor napadł na mnie propagandową wiadomością. Trzymam się z daleka - nie pomaga. Trudno. Trzeba było poszukać o co chodzi. Profesor Kruszyński łapie sie za głowę i szuka drugiego dna, błędu w przekazie, okoliczności które nie zostały upublicznione. Ja uważam że funduje nam się kolejny raz sprawę oczywistą dla wszystkich za wyjątkiem naszego "wymiaru bezprawia". Obawiam się że damy się wciągnąć razem z profesorem Kruszyńskim w kolejną dyskusję na temat oczywistości. Zamiast zająć się usunieciem z urzędu sędziego - zaczniemy zajmować się granicami mieszkania, mierzeniem sił  napastnika, długością pałki, kalibrem pistoletu.
Sprawa nie powinna nawet trafić do sądu ! Zamaskowanego napastnika mam prawo unieszkodliwić dowolnym sposobem, z zaskoczenia, dowolnym narzędziem nie bacząc że idzie w kierunku drzwi. Muszę zakładać że kierując się ku drzwiom chce mnie zmylić lub sprawdzić drogę odwrotu. Jeżeli pozostawię go przy życiu może zabić całą rodzinę. Tak więc prokurator wraz ze swoim szefem powinni zostać zwolnieni z pracy.
Pełny tekst wiadomości :
Prokurator żądał dla oskarżonego 25 lat więzienia. Obrońca domagał się uniewinnienia. Sąd wymierzył karę - 10 lat więzienia.

W marcu ubiegłego roku dwaj napastnicy kapturach i kominiarkach, uzbrojeni w metalową pałkę i pistolet - jak się okazało w śledztwie - pneumatyczny - wdarli się do domu, w którym mieszkał oskarżony z rodziną. Doszło do bójki. Damian R. twierdzi, że bronił życia swojego i bliskich.

O potyczce słownej nie było mowy w zeznaniach świadków. Rodzina potwierdza wersję, że napastnicy siłą wtargnęli do mieszkania, bili i grozili śmiercią. To nie przekonuje rodzin ofiar, które liczyły na surowszy wyrok.

Sąd uznał jednak, że oskarżony działał niewspółmiernie do zagrożenia, a ciosy nożem zadał wypychając za drzwi napastników już na klatce schodowej. Zdaniem obrony wyrok potwierdza, że w Polsce nie obowiązuje zasada mój dom jest moją twierdzą.

Wyrok nie jest prawomocny. Obie strony zapowiadają apelację.
Źródło :
...... granice obrony koniecznej zostały przekroczone. Świadczą o tym rany obu ofiar zadane nożem, w wyniku których dwaj młodzi mężczyźni zmarli. Sąd uważa, że takie zachowanie było przekroczeniem obrony koniecznej, gdyż nie polegało na obezwładnieniu napastników, ale na ich eliminacji, a więc obrona przeszła w atak i skończyła się tragicznie.
Źródło:

autor: cyborg

piątek, 15 listopada 2013

Na głowie


W trakcie przemian ustrojowych wiele uwagi poświęcono reformowaniu oświaty. Oczywiście sięgnięto po rozwiązania sprawdzone już w krajach rozwiniętych. Obok bezpłatnych szkół średnich i wyższych postanowiono dopuścić i wspierać rozwój szkół prywatnych, płatnych. Pieniądze miały iść „ za uczniem”. W ten sposób zamierzano uruchomić mechanizm konkurencji rynkowej. Twórcy tego modelu byli przeświadczeni, że studia i szkoły średnie prywatne będą lepsze, a publiczne gorsze i że oświatę prywatną będą wybierać bogatsi, natomiast publiczną mniej zamożni. Tak jak jest w USA czy GB.

Rzeczywistość zadała kłam tym wyobrażeniom. Szkoły prywatne są na ogół na bardzo niskim poziomie natomiast szkoły publiczne na relatywnie wyższym. W szkołach publicznych większość miejsc zajmują dzieci ludzi zamożnych, natomiast szkoły, a szczególnie studia prywatne- to paradoks-  są okupowane przez ludzi niezamożnych, wręcz biednych,  dla których są one jedyną możliwością zdobycia wykształcenia. Źle mówię- nie tyle zdobycia wykształcenia co kupienia nic nie wartego dyplomu.
Podsumowując- bezpłatna dobra oświata dla bogatych i płatna bardzo kiepska dla najuboższych. Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że system ten jak wszystko w naszym kraju stoi na głowie? W każdym razie na pewno jest całkowicie sprzeczny z założeniami.

Należy zadać sobie pytanie jak to się stało, że mechanizm uważny za rynkowy działa w dokładnie przeciwnym zwrocie i jaka jest w ogóle wartość mechanizmów rynkowych czy uważanych za rynkowe.
Ideolodzy liberalizmu twierdzą i słusznie, że aby mogła działać niewidzialna ręka rynku wszystkie uczelnie, a może i szkoły średnie a nawet podstawowe powinny być płatne.
Społeczeństwo przekonane jest natomiast, że bezpłatna oświata służy dawaniu szans najuboższym. Nic bardziej mylnego. Najubożsi studiują na kiepskich, peryferyjnych, płatnych uczelniach. Nie stać ich na studia w wielkim mieście a przede wszystkim na korepetycje i łapówki.

To zabawne gdy uświadomimy sobie, że Janko Muzykant nie miałby żadnych szans zarówno w PRL jak i w III RP. Od czasów PRL większość miejsc w szkołach artystycznych była i jest obsadzana -nazwijmy to- rodzinnie a listy przyjętych znane są  na kilka lat przed egzaminem. Nic więc dziwnego, że akademie sztuk pięknych masowo produkują beztalencia, które potem doskonale się mają dzięki takim artystycznym przedsięwzięciom jak mordowanie i wypychanie zwierząt, machanie gumowym penisem czy też profanacja symboli religijnych.  

Wracajmy jednak do tematu. Zajmijmy się na początek liceami. Dzielę licea na bardzo dobre, dobre, kiepskie i beznadziejne.
Szkoła bardzo dobra uczy i wymaga. Aby osiągnąć wysoki poziom musi zapomnieć o misji edukacyjnej i jakkolwiek rozumianej demokracji. Wybiera uczniów najbardziej zdeterminowanych, najzdolniejszych, najbardziej pracowitych. Takim liceum jest w Warszawie liceum imienia  Staszica. Jest to właściwie jedyne liceum, które z czystym sumieniem mogłabym każdemu polecić. Dzięki niezwykle kulturalnej i wyważonej dyrektorce w szkole panuje bardzo dobra atmosfera. Uczniom pozwala się na rozwój indywidualny. Nie są prześladowani i tępieni.

Szkoła dobra -  nie koniecznie uczy ale wymaga. Większość uczniów bierze korepetycje, a nauczyciele skrupulatnie egzekwują to czego nauczyli młodzież ich koledzy po fachu, po stawkach komercyjnych. Szkoła ma dobre logo więc zamożni rodzice godzą się z tym, że dla tego logo inwestują w przyjęcie do szkoły, fundując dzieciom korepetycje przygotowujące do egzaminu i różnych konkursów. Godzą się również z tym, że wymagania są nieadekwatne do poziomu nauczania w związku z czym dziecko do matury będzie nadal brało korepetycje z większości przedmiotów. Dzięki czemu dostanie się zapewne na dobre i bezpłatne studia i będzie można trochę odetchnąć. Studia będą miały zarówno dobrą markę jak i poziom.

Szkoła kiepska - nic nie uczy, a co najwyżej odrobinę wymaga. Można przez nią przepełznąć mniejszym wysiłkiem finansowym ale przyjęcie na bezpłatne studia staje się wątpliwe. Nadaje się dla ludzi, którzy nie wybierają się na studia i wystarczy im matura.

Wreszcie szkoła beznadziejna – niczego nie uczy i nie wymaga.

Różnica miedzy szkołą bardzo dobrą i beznadziejną to przepaść. Z beznadziejnego liceum wychodzą absolwenci, którzy mają kłopoty z dodaniem ułamków i obliczeniem procentu.
Niestety większość szkół prywatnych w Polsce z wielu przyczyn  kwalifikuje się do beznadziejnych. Trafiają do nich uczniowie odsiani przez system z racji różnych deficytów, zaniedbań, chorób . Rodzice nie godzący się na skierowanie dzieci do zawodu są gotowi płacić kilka lat za święty spokój i świadectwo. Nauczyciele mając do czynienia z najsłabszym elementem szybko rezygnują z wszelkich ambicji. Za cenę swoich pensji godzą się nikogo nie ścigać i nie tępić. Uczniowie takich szkół z konieczności trafiają potem na prywatne uczelnie czyli kontynuują opłacanie fikcji. Po latach opłacania czesnego otrzymują wreszcie upragniony dyplom z jakiejś pedagogiki, socjologii, marketingu czy jak sami mówią - z „gotowania na gazie”.
O tym, że stracili czas i pieniądze mogliby się przekonać gdyby funkcjonował idealny, postulowany przez libertarian rynek pracy. Ale przecież nic takiego nie istnieje. Większość z nich jeżeli znajdzie pracę - to po protekcji. Jeżeli protekcja jest dobra może to być praca wysoko płatna i nie wymagająca żadnej wiedzy. Niektórzy trafią do polityki.
Większość zasili ogromną armię bezrobotnych z dyplomami.

autor: Iza