wtorek, 1 października 2013

Antropologia pesymistyczna, albo po czym poznać fałszywego proroka?


Oczywiście, że wczorajszy post był śmiertelnie serio. Ani mi w głowie było żartować..! Rozumiem, żeście sobie to Państwo tak wyinterpretowali, ponieważ tak wyglądało to lepiej ze względu na Wasze dobre samopoczucie..?
Na komentarze, których rzeczywiście pojawiło się całkiem sporo (biorąc pod uwagę fakt, że nie starczyło mi wczoraj czasu na podtrzymywanie dyskusji -link) w dużej mierze odpowiedziałem już dawno temu. Państwo po prostu nieuważnie czytacie. W szczególności dotyczy to blogerki Kiry która, za każdym razem gdy krytykuję obecny stan rzeczy wyjeżdża mi z jakimś anarchizmem. Tak, jakbym ja KIEDYKOLWIEK pochwalał, zalecał, czy też uważał za możliwy - stan bezpaństwowy..?
Natomiast niewątpliwie grzeszę. Grzeszę ciężko i bez szans na odpuszczenie. Tak samo bowiem, jak w katolicyzmie nie do odpuszczenia są grzechy przeciw Duchowi Świętmu - tak też religia, którą jest tzw. "liberalna demokracja" nie może odpuścić grzechu przeciw niej najbardziej fundamentalnego. Grzechu niewiary!
A przecież jest to - z mojej strony - logiczne. Ile razy pisałem, że nie wierzę w tzw. "historyczną konieczność"..? No ile..? Naprawdę mam dawać kolejną listę linków, która pewnie będzie tak samo długa jak ta, zamieszczona przy okazji przedwczorajszego felietonu o rozbójnikach (link)..? Nie chce mi się!
Skoro nie wierzę w tzw. "historyczną konieczność", skoro uważam bieg dziejów za przypadkowy, chaotyczny i napędzany GŁÓWNIE (co oczywiście nie znaczy, że - jedynie: zaraz do tego przejdziemy...) najniższymi, najbardziej prymitywnymi instynktami ludzi - to przecież jasnym jest, że nie mogę stanu aktualnie istniejącego uważać za:
- bezalternatywny (w myśl hasła, że "liberalna demokracja to historyczna konieczność od której nie ma odwrotu"...),
- jedynie słuszny i konieczny,
- niemożliwy do zmiany.
Jest jak jest. I na pewno nie będzie LEPIEJ. To jednak wcale nie znaczy, że nie może być INACZEJ!
Najprawdopodobniej - będzie w przyszłości o wiele gorzej. Tyle razy, ile razy pisałem o "historii jako śnie pijanego wariata" - tyle też razy pisałem o tym, że najbardziej naturalną, instynktowną reakcją naszej "nowej klasy" próżniaczej na ewentualne pogorszenie się sytuacji ekonomicznej, energetycznej czy ekologicznej - będzie raczej PRZYKRĘCENIE ŚRUBY, a nie "demontaż systemu".

Nie leży w ludzkiej mocy temu zapobiec. Pod tym względem jestem pesymistą konsekwentnym. KAŻDEGO, kto głosi "wyzwolenie" (jakkolwiek rozumiane!) - niezależnie od tego, czy ma to być "wyzwolenie od alienacji pracy", "wyzwolenie od ucisku kulturowo definiowanych ról płciowych", czy jakiekolwiek inne "wyzwolenie" - niezależnie od tego, czy brodę ma przyprawianą czy własną, czy zgoła żadnej (i czy w takim razie goli nogi, czy nie?) - uważam za fałszywego proroka. Za wysłannika Dyabła - jeśli ktoś z Państwa woli taką terminologię.
Blogerka Kira ma niewątpliwie rację, gdy pisze, że zawsze istniała, istnieje i istnieć będzie JAKAŚ władza. Która, OCZYWIŚCIE - będzie się "wpieprzać" w takie lub inne sprawy "prywatne".
To czemu podnoszę larum teraz właśnie?
Dlatego, że w życiu ważne są drobne różnice. Jak na przykład - owe drobne różnice między mężczyzną a kobietą, n'est pas?
Życie średniowiecznego wieśniaka było ciężkie, znojne, na ogół krótkie i bolesne, a jeśli je znosił - to raczej z przyzwyczajenia, niż dla jakiegokolwiek innego powodu. Żadna idealizacja nic tu nie zmieni. Pół życia harował na pańskim (inna sprawa, że zwykle się przy tym koncertowo opierdalał - Satyra na leniwe chłopy nie powstała sobie a Muzom!) - a drugie pół kombinował jak przysłowiowy koń pod górę, jak tu związać koniec z końcem. Na spółkę z kościstą krowiną, podobną raczej śmierci na kościelnej chorągwi niż żywemu zwierzęciu i nie mniej życiem steraną babą, które zresztą na przemian do pługa zaprzęgał...



Ale za to - nigdy w życiu nie słyszał o takich rzeczach jak "pobór do wojska", "podatki", "chwalebna śmierć za Ojczyznę", "deficyt budżetowy", "kampania wyborcza" itp. - to były zmartwienia jego pana, który po to miał chłopów, za niego pracujących, żeby sobie takimi oderwanymi od codziennego życia problemami głowę zawracać, a też i w razie potrzeby - karku nadstawiać.
Czym to się różni od stanu obecnego..?
Pomijając naturalnie ów wspaniały techniczny progress (jak mawiano jeszcze przed wojną...), dzięki któremu Radek, druh mój serdeczny, nie w krowinę i nie w babę pola orze, ale robi to siedmioskibowym pługiem zaczepionym do Najpotężniejszego Case'a (w związku z czym rzeczą, która go co roku najbardziej na świecie martwi jest... cena ropy!).
Różni się to faktem, że obecnie władza jest SKONCENTROWANA, a dawniej była ROZPROSZONA.
Przy czym dawniej ogromna większość władzy determinującej życie pojedynczego człowieka spoczywała w ręku osób pozostających z nim w jakimś stosunku familiarnym. Albo był to stosunek stricte rodzinny (gdy mowa o "wielkiej" rodzinie), albo sąsiedzki (w przypadku "gromady wiejskiej" na ten przykład - ale też: cechu rzemieślniczego, miasteczka - a nie były wówczas wielkie, itp.), albo też - był to stosunek należący do nieznanej obecnie (bo celowo przez 200 lat z wielkim zapałem zwalczanej i wykorzenianej - z wielkim nakładem kosztów i starania!) kategorii stosunków quasi - rodzinnych. Do których należały relacje "uczeń - mistrz", "poddany - pan", "niewolnik - właściciel".


Stosunki quasi-rodzinne (albo też: "paternalistyczne") to dla większości z Państwa czarna magia, jeśli nie wręcz "czarny lud". Piszę zatem (po raz kolejny, po raz kolejny...) bez większej nadziei na to, że zostanę zrozumiany.
Może zatem lekcja poglądowa..? Proponuję wybrać się na wycieczkę do Żyrardowa. Tamtejsze osiedla robotnicze z połowy XIX wieku to jeden z ostatnich zabytków takiego właśnie, "paternalistycznego", "quasi-rodzinnego" podejścia do prowadzenia biznesu. Właściciel, "patron" (padrone!) uważał swoich robotników za członków własnej rodziny. Nie istniał między nimi "stosunek kontraktowy" (zresztą - nie było przecież wtedy żadnego "kodeksu pracy"...), w myśl którego robotnik sprzedaje właścicielowi fabryki pewną część swojego życia, a ten używa go w tym czasie do pracy - tylko "stosunek familiarny", który wymagał, aby "patron" interesował się CAŁYM życiem swojego robotnika (np.: zapewniając mu mieszkanie - a też opiekę zdrowotną, szkołę dla dzieci, itp.). Oczywiście - w konsekwencji ów robotnik widząc swojego "patrona" zdejmował czapkę i giął się w ukłonie tak w pracy, jak i PO pracy.

Zauważmy, na marginesie, że współczesne korporacje powoli wracają do tej praktyki. Bo czymże innym są "wyjazdy integracyjne", a także różne "benefity" w rodzaju dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego, służbowego samochodu czy mieszkania - jak nie właśnie: powrotem do czasów, gdy stosunki między pracownikiem a pracodawcą nie były liczone na godziny..?
Istnieje cała szkoła we współczesnej antropologii, dla której owe "stosunki familiarne" to kamień obrazy i zaprzeczenie "godności ludzkiej". W myśl założeń tej szkoły - zastąpienie DOBROWOLNEJ dobroczynności państwowym przymusem jest rodzajem "postępu", gdyż "wyzwala", "upodmiotowuje", czy jakoś tak...
Oczywiście: mamy do czynienia z fałszywym proroctwem! Żadne zgoła "wyzwolenie" dzięki likwidacji tej klasy stosunków międzyludzkich bynajmniej nie nastąpiło.
Państwo możecie ulegać takiemu złudzeniu, bo tak się PRZYPADKOWO złożyło, że wprowadzenie owych państwowych przymusów (w rodzaju "ubezpieczeń społecznych", "zdrowotnych", "kodeksu pracy", itp.) zbiegło się w czasie z kolejną falą technicznego progressu (skądinąd - gdyby nie nastąpił ówprogress - to zapewne niemiłościwie wówczas i dzisiaj nam panujące gosudarstwa po prostu nie dałyby rady z realizacją nawet tej niewielkiej części składanych przez siebie obietnic, którą faktycznie spełnić im się udało...).
W efekcie jednak, zamiast podlegać kilku osobom dobrze nam znanym, których upodobania jest szansa rozpoznać i wykorzystać w taki lub inny sposób - jesteśmy, ilekroć tylko zajdzie potrzeba skorzystania z którejkolwiek istotnej "zdobyczy cywilizacyjnej" (w rodzaju np. nabycia i prowadzenia pojazdu mechanicznego, urodzenia i wychowania dziecka, leczenia, śmierci nawet...) skazani na łaskę i niełaskę jakiegoś urzędnika, którego anonimowość w doskonały sposób maskuje jego indolencję, lenistwo, głupotę, pychę i inne przywary.
Czy dawni panowie, właściciele niewolników albo "patroni" biznesu z początków ery industrialnej takich wad nie miewali..?
Ależ miewali, miewali..! Trafiały się też egzemplarze dopuszczające się ewidentnych nadużyć względem sobie podległych.

Tyle tylko, że wówczas istniały dwa mechanizmy które, NIEZALEŻNIE od dobrej lub złej woli tego lub owego "jaśniepana", działały jak check and balance, hamując ekscesy jednostek niezdolnych do samokontroli.
Po pierwsze - żaden z "jaśniepanów" nigdy nie był anonimowy. Jeśli pan Samuel Łaszcz grabił, gwałcił, więził i innych dopuszczał się zdzierstw - to, chciał nie chciał - robił to pod własnym nazwiskiem, dobrze wszystkim znanym.
Po drugie - nigdy nie było tak, aby jedno "źródło władzy" posiadało monopol na totalną kontrolę poddanego. Oczywiście - to nie jest tak, jak (mam wrażenie), wyobrażają sobie libertarianie, że każdy mógł sobie dowolnie wybrać sąd i egzekutywę. Tym niemniej - różne "hierarchie władzy" przenikały się wzajemnie. Żeby naszego zaprzyjaźnionego kmiotka z chudą krowiną i steraną życiem babą rzeczywiście "wbić w glebę" i "w onucach puścić" - musieliby się zmówić do spółki: jego pan, proboszcz, "starsi" jego gromady. Nie było to niemożliwe, ale - dość trudne. I, jak pokazuje historia Bohdana Chmielnickiego: nie zawsze najgorzej na tym wychodził "uciskany kmiotek"...

Ogólnie rzecz biorąc, jestem PEWIEN, że ten dawny, tradycyjny, "system sprawowania władzy", był EFEKTYWNIEJSZY od obecnego - tj.: dawał "klasie próżniaczej" większą nadwyżkę MNIEJSZYM kosztem dla "klasy pracującej" niż obecnie.
Dlaczego jestem tego taki pewien? Dlatego, że ten system był w stanie funkcjonować w czasach, gdy jedno ziarno wrzucone w boskowolańską glebę dawało, przy urodzajnym roku - może 10, może 12 ziaren w zbiorach... Obecnie jest to gdzieś tak około 200 - 300 - choć gleba nawet chyba gorsza niż wtedy!
NIE ISTNIEJE zależność między technicznym progressem, a budową "państwa totalitarnego" (tj. takiego właśnie, gdzie zachodzi koncentracja władzy i stałe rozszerzanie jej kompetencji) inna niż fakt, że bez tego progressu nie mógłby działać system tak rozrzutny i nieefektywny jak obecnie.
NIEPRAWDĄ jest, że dla "stanu obecnego" jedyną alternatywą jest jakaś "anarchia". Istnieje bardzo wiele alternatyw dla "liberalnej demokracji". Oczywiście prawdą jest, że w każdej z tych alternatyw istnieć będzie jakaś władza i że ta władza będzie się "wtrącać".
Niekoniecznie jednak - musi się "wtrącać" AŻ TAK jak obecnie. Tak samo jak mogą istnieć gorsze jeszcze ustroje - tak też, zgadzam się, mogą też istnieć CHOĆ TROCHĘ lepsze, tj. mniej zakłamane, mniej wtrącające się w intymne życie poddanych i mniej kosztowne.
Jest tylko jeden kłopot. Ja NAPRAWDĘ (nie ma tu miejsca na żadne żarty...) nie widzę jak niby mielibyśmy od "stanu obecnego" dojść do czegoś, co będzie lepsze, a nie gorsze niż to, co istnieje.
Taki ruch byłby sprzeczny z ogólnym trendem zmian we Wszechświecie - byłoby to zmniejszenie entropii.
Nie leży to w ludzkiej mocy. Stąd fakt, że JEDNAK niekiedy faktycznie dochodziło do zmian na lepsze (choć, prawdę powiedziawszy: zwykle jest to jednak dyskusyjne - no i, rzecz jasna, jakoś nie wiedzieć czemu nigdy nie udało się tego dokonać dzięki krwawej i gwałtownej rewolucji...) - jest dowodem na opiekę Opatrzności nad naszym grzesznym i niegodnym gatunkiem. I tylko cud może sprawić, że coś takiego powtórzy się w przyszłości...


autor: Boska wola

Chorzy do więzień, gangsterzy niech korzystają z życia


Dolce vita gangsterów w Polsce, sądy nie potrafią ich przykładnie ukarać, prokuratura nie potrafi przygotować dowodów przestępstw. Co innego schizofrenicy czy ludzie niesprawni umysłowo. Tu sąd wykazuje się nadzwyczajną skutecznością.
Sąd jest groźny , sąd jest zły, chciałoby się powiedzieć. Nawiązując do tekstu sigmy i wypowiedzi prof. Mirosława Dakowskiego o zmianach jakie powinny nastąpić w Polsce , poświęcę parę słów sądownictwu. Najpierw trochę statystyki http://forum-z.cba.pl/?page_id=1651. Jak widać z tabeli Polska po Niemczech ma największą ilość sędziów.
Liczba spraw przypadająca na jednego sędziego jest zdecydowanie największa we Włoszech i w Hiszpanii." Odpowiednio 712 i 597.  W Polsce ilość spraw na jednego sędziego jest czterokrotnie niższa od sędziego Włoskiego i trzykrotnie niższa od Hiszpańskiego i Francuskiego.
O jakości pracy naszych sędziów niech świadczą ich „ osiągnięcia ”, większość spraw toczy się latami. Obywatele polscy skarżą Polskę do Trybunału Sprawiedliwości w Strassburgu. Tam zapadają niekorzystne dla Polski orzeczenia, z reguły ze względu na długość postępowania. Ostatnio rodzice zamordowanego przez SB Grzegorza Przemyka wygrali sprawę przeciwko Polsce w Strassburgu. Papierkiem lakmusowym naszego sądownictwa są sprawy zbrodniarzy grudnia, kopalni wujek, twórców stanu wojennego, itd., które toczą się w ponoć wolnej Polsce , nie lata ale dziesiątki lat. Jacy są sędziowie ? przykłady sędziego Rysińskiego, Tuley, Japłońskiego czy pań sędzi Konopko i Matlak , świadczą o tym , że sędziowie maja być rozgrzani a nie wydawać sprawiedliwe wyroki.
Zwolnienie gangsterów z Pruszkowa jest skandalem , ale zapuszkowanie niesprawnego intelektualnie Agatowskiego czy skazanie schizofrenika za kradzież batonika ma świadczyć o tym, że sądy działają.
Prof. Adam Strzembosz wierzył w samooczyszczenie wymiaru sprawiedliwości, jak bardzo się mylił pokazuje teraźniejszość.
Do sędziów dostrajają się prokuratorzy, prezentując żenującą wiedzę i fachowość. Często działając pod zamówienie polityczne. Sprawa gen. Papały wystawia jak najgorsze świadectwo prokuraturze, gdzie zdawałoby się tak prestiżowa sprawa, jak zabójstwo komendanta policji, doprowadza do różnych wniosków dwóch niezależnych od siebie zespołów badających tę sprawę.
Jeszcze bardziej groteskowo działa prokuratura wojskowa, która prowadzi śledztwo smoleńskie , tak , że się ośmiesza. Moim zdaniem ta prokuratura powinna być zlikwidowana.
Wracając do gangsterów, wyczytałem , że policja włoska skonfiskowała jednemu z bossów mafii, majątek wartości 700 mln euro. Jestem ciekaw jak w tej mierze dzieje się w Polsce, czy sędziowie i prokuratorzy skonfiskowali jakiś majątek polskim gangsterom ?


autor: Andy51

Z cyklu "Migawki"


Dziś "RAŚ-iści w natarciu?" Drobiazg z netu.
w otchłaniach sieci wpadłam na dyskusję. Poniżej link.
Mało pocieszające, że chyba ta sama osoba plecie duby smalone, istną paranoję dżezu o Chrobrym. (Skoro tak mataczy to chyba ma źle w głowie, ale czy to dotrze do ludzi? Z innej beczki: Powstańcy Śląscy przewracają się w grobach?)
W sumie to nic wielkiego, ale czy ja wiem... Doluś niejaki tyż od kawiarni zaczynał.
Zostawiam bez komentarza.

autor: bez kropki

Lasek ! Oddaj fartucha



W obronie kłamliwego raportu, tworzy Lasek jakiś potworny pasztet za który płacimy wszyscy prestiżem państwa, jego pozycją i najprawdziwszymi pieniędzmi. Pora z tym skończyć ! Lasek do prokuratury ! Powołać fachową komisję.
 Oto przepis na działanie  Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnicwa Państwowego :
Ze względu na cel przyjęty przez Komisję uznała ona, że jej praca nie wymaga badania miejsca katastrofy, ani badania wraku. Do ustalenia przyczyn wystarczyło badanie trajektorii lotu do zderzenia z brzozą. *
Komisja oglądała szczątki samolotu i wykonała szereg zdjęć zarówno wraku samolotu jak i terenu katastrofy. Komisja uznała jednak, że lepsze jakościowo są zdjęcia pana Sergiusza Amielina mieszkającego w Smoleńsku i wykorzystała w raporcie szereg zdjęć wykonanych przez niego. *

Materiały które powinny być podstawą pracy komisji, a których nie uzyskano :

- Protokół z oględzin miejsca zdarzenia
- Dokumentacja fotograficzna z miejsca zdarzenia wykonana bezpośrednio po katastrofie
- Materiał filmowy dokumentujący wykonywane oględziny i czynności podejmowane na miejscu zdarzenia
- Dokumentacja fotograficzna i filmowa wraku samolotu z miejsca zdarzenia dokumentująca przebieg przemieszczania szczątków
- Dokumentacja fotograficzna i filmowa wraku samolotu dokumentująca przebieg rekonstrukcji wraku samolotu
- Oświadczenia i notatki z rozmów ze świadkami zdarzenia (lista powinna obejmować zarówno osoby ze strony polskiej znajdujące się na lotnisku w Smoleńsku jak również świadków ze strony Feredacji Rosyjskiej, w tym osób uczestniczących w akcji ratowniczej)
- Materiały filmowe i zdjęciowe zebrane przez agencje informacyjne na miejscu zdarzenia
 O ile mi wiadomo :  Komisja zakończyła prace i przedstawiła Raport. Na jakiej podstawie, powołany przez Premiera Zespół Edukacyjno-Propagandowy domaga się dowodów i przeprosin ?! 
*  Sprawozdanie prof. P. Witakowskiego z dyskusji panelowej na konferencji w Kazimierzu Dolnym, w której uczestniczyli niektórzy członkowie KBWLLP, 2012 rok.

autor: cyborg

poniedziałek, 30 września 2013

Wielka Warszawska

13 października odbędzie się prawdziwa Wielka Warszawska. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony użyciem w tej sprawie słów na W



START


PATRONUS NA CELOWNIKU


Wczoraj na torze wyścigowym Służewiec odbyła się po raz setny w Warszawie, gonitwa Wielka Warszawska. Wygrał ogier Patronus dosiadany przez Szczepana Mazura, trenowany przez Andrzeja Walickiego. Po dekoracji publiczność inspirowana przez komentatora odśpiewała wyścigom 100 lat. Powinni raczej puścić marsza żałobnego.
Patronowała tej gonitwie  prezydent Warszawy. Pikanterii dodaje fakt, że szanowna pani prezydent robiła swego czasu wszystko co mogła, żeby zlikwidować tor wyścigowy, a inne podpisane na zaproszeniu osoby nie chcą czy nie potrafią się temu skutecznie przeciwstawić.
Pani prezydent chciała na miejscu toru wyścigowego zbudować stadion narodowy. Na szczęście do tego nie doszło z wielu przyczyn. Argument żeby wyścigi przenieść „ gdzieś za Piaseczno” został odparty przez architekta Borowskiego argumentem, że w takim razie Łazienki też można przenieść „gdzieś za Piaseczno albo za Skierniewice”. 
Pani prezydent w ogóle nie lubi zabytków. Z wyjątkiem cudzych kamienic , które można bezkarnie przejąć i sprzedać. Za jej kadencji doszło do rozebrania starej parowozowni na Pradze, koszarów przy 29 listopada, willi przy Zajęczej 4., domków fińskich na Jazdowie. Każda z tych spraw jest skandalem ale ich opis zająłby dziesiątki stron.
Z wielkim zapałem pani prezydent broni natomiast pomnika „ czterech smutnych” , który honoruje inwazję sowiecką w Polsce. Widać jakie tradycje są pani prezydent bliskie, a jakie nie tylko obce lecz nienawistne.
Warszawa była nazywana miastem niepokonanym. Bo choć Niemcy chcieli zetrzeć ją z mapy świata podniosła się z gruzów. Góruje jednak nad nią Pałac Kultury w stylu nazywanym przez Kisiela „ruską Grecją”, który przypomina jak było łatwo ujarzmić na dziesięciolecia to niepokonane miasto. Teraz resztki pamiątek warszawskich są z wściekłą zaciekłością likwidowane przez współczesnych hunwejbinów, których wspiera pani prezydent.

Pani prezydent podobno boi się i brzydzi koni. Ma prawo. Najlepiej zrobiłaby gdyby przestała się zajmować sprawami, które przerastają jej mentalność i  kompetencje.  
Miejmy nadzieję, że 13 października Warszawiacy pomogą jej w podjęciu  tej decyzji.
13 października  odbędzie się prawdziwa Wielka Warszawska.
P.S. Chyba nikt nie poczuje się urażony użyciem w tej sprawie  słów na W

autor: Iza

Nie lubię ludzi


Z czego NIE wynika, że kocham np. państwo! Kocham zwierzęta. A mimo to uważam, że NIKT nie powinien mieć prawa wtranżalać się pomiędzy właściciela a jego zwierzę (tak samo jak pomiędzy rodzica a jego dziecko...).
O tym, jak bardzo nie lubię ludzi, przypomniała mi zakończona wczoraj powtórna lektura Rafała Ziemkiewicza zbioru opowiadań "Władca Szczurów", a zwłaszcza - znakomitej "Szosy na Zaleszczyki". Z tym, co jeden z bohaterów tej (w sumie raczej) mikropowieści opowiada o Polakach - identyfikuję się w 100%.
Ludzie (nie tylko Polacy!) to najgorszy rodzaj bydła, jaki kiedykolwiek deptał tę Umęczoną Planetę. I jest to porównanie zdecydowanie krzywdzące dla bydła!


Najstarszym wspomnieniem jakie przechowuje moja nadwątlona domowej roboty gruszkówką mózgownica jest zdziwienie. Jak to możliwe..? Jak to możliwe, że taki wielki, taki piękny i tak złożony świat postrzegany jest przez kogoś tak małego jak ja..? Czyż nie zasługuje na lepszego obserwatora..? Czyż dla mnie nie bardziej odpowiednia byłaby jakaś "piwnica filozofów", gdzie tylko cienie na ścianach zakłócają mrok i ciszę...
Jeśli w ogóle w jakimkolwiek stopniu można polegać na ludziach - to wyłącznie biorąc pod uwagę ich najgorsze cechy. Ludzie ZAWSZE będą chciwi, leniwi, złośliwi, skłonni do życia na cudzy koszt i nieuzasadnionego wywyższania się. To znaczy: tak domniemuję, albowiem NIGDY w dziejach nie było inaczej! Nie widzę też żadnej empirycznej przesłanki, która mogłaby wskazywać na możliwość jakiejkolwiek zmiany w tym zakresie...
O tym, jak bardzo nie lubię ludzi, przypomniało mi także dwóch grzybiarzy, którzy przed południem wpieprzyli się nam prawie że do chałupy - a gdy do ich eksmisji nie wystarczyło "dobre słowo", musiałem dokonać interwencji fizycznej, przeganiając ich przy pomocy uwiązu, który przypadkiem akurat trzymałem w ręku, wracając z pastwiska. Średnio raz do roku taki niekumaty się trafia...


Tymczasem znowu mamy przymrozek. Ktoś z Państwa reflektuje na dynię..? Bo nie damy rady wszystkich przechować (największe nawet nie wejdą przez drzwiczki na strych!). A tego już chyba nie przeżyją... Trzeba się tylko do Boskiej Woli jak najprędzej pofatygować..!
Zwykle jest tak (w podręcznikach "historii doktryn politycznych"), że kto nie ufa w przyrodzoną dobroć człowieka, ten szuka wybawienia w silnym państwie. I stąd przypisuje się konserwatystom na ten przykład - odwieczne dążenie do dyktatury.
Niewątpliwie: "ultrasem demokracji" (jak to zwykł pisywać pan Stanisław Michalkiewicz) nie jestem. W szczególności współczesna inkarnacja tego ustroju, czyli tzw. "liberalna demokracja" budzi we mnie daleko idącą abominację - bo, jeśli brać pod uwagę li i jedynie skalę KONIECZNEJ dla trwania tego ustroju manipulacji świadomością poddanych, należy ona do dokładnie tej samej klasy ustrojów, co  faszyzm czy komunizm. Jest to ustrój totalitarny - i to go właśnie czyni wyjątkowym i odróżnia od takich sympatycznych, a nawet i poczciwych ustrojów, jak autorytaryzm, feudalizm, czy każdy inny "izm" z dawniejszych czasów!
NIE JEST PRZYPADKIEM, że "liberalna demokracja" wpieprza się między właściciela a jego zwierzę. Między rodzica a dziecko. Że nakazuje przymusowe tzw. "ubezpieczenia emerytalne", czy zapinanie pasów w samochodach. "Liberalna demokracja", która by tego NIE robiła - upadłaby błyskawicznie!

Mgła była taka, że koni rano prawie po omacku szukałem...

Zalążki obecnego stanu rzeczy pojawiły się już w czasie tzw. "rewolucji francuskiej", a niektórzy twierdzą, że i wcześniej (niewątpliwie Józef II, o którym ongiś pisałem - link - był tu jednym z prekursorów).
Na czym owa KONIECZNOŚĆ wtranżalania się rzekomo liberalnego i demokratycznego gosudarstwa w każdy, najintymniejszy nawet fragment życia poddanych polega..?
Całkiem przypadkowo częściową przynajmniej odpowiedź przynosi ciekawy esej pani Moniki Milewskiej "Bogowie u władzy", który otrzymałem w sobotę w prezencie od Miłych Gości i właśnie chciwie pochłaniam (na ile pozwalają mi na to inne zajęcia...).
Otóż - od XVIII wieku, odkąd zerwany został "sojusz ołtarza z tronem" (a w pewnym przynajmniej aspektach - o czym też ongiś pisałem - link - co najmniej od Reformacji), gosudarstwo staje się rodzajem religii. Liberalna demokracja to nie ustrój państwowy. To religia. Która domaga się od swoich poddanych/wyznawców aktywnego współuczestnictwa, spełniania określonych rytuałów (chociażby: udziału w wyborach!), mentalnego zaangażowania, ciągłego demonstrowania przynajmniej - gotowości do ponoszenia ofiar "na rzecz"...
Będąc rodzajem wyznania wiary jest liberalna demokracja tak samo jak każdy inny ustrój totalitarny - skazana na konflikt z dotychczasowymi, tradycyjnymi religiami (o tym też już dawno pisałem - link).


Knedliczek inteligencją może nie poraża. Ale swoje obowiązki ojca rodziny wykonuje solennie i z zaangażowaniem. Skąd u Was - biedni głupcy - przekonanie, że jak nie będzie nad Wami stał z batem urzędnik (taki sam głupi, próżny i leniwy jak i Wy!) - poradzicie sobie gorzej od niego..?


Liberalna demokracja, który by choć na chwilę zaprzestała ciągłej indoktrynacji swoich poddanych - upadnie błyskawicznie. Albowiem rządy bezwstydnej "nowej klasy" biurokratycznych parweniuszy, które, jako ich ideologia, ukrywa i uzasadnia - po prostu nie mają dla siebie żadnego innego usprawiedliwienia. Jeśli liberalna demokracja zaprzestanie wtranżalania się w intymne życie swoich poddanych - ludzie zobaczą rzeczywistość bez fałszującej ją propagandy. A to, co zobaczą - w najmniejszym stopniu im się nie spodoba!
Nie, wcale nie dlatego, że tkwi w nich jakieś "pragnienie wolności" (to jest metafizyczna bzdura - "strach przed wolnością" można empirycznie zbadać, ale żeby jakiejś znaczącej części populacji chciało się większej wolności - tego jeszcze nikt nie udowodnił!). Ludzie zbuntują się nie ze względu na swoje zalety, lecz ze względu na swoje wady.
Ktoś, kto jest próżny i leniwy - czy poczuje się lepiej gdy odkryje, że lepsi od niego cwaniacy przez całe jego dotychczasowe życie robili go w wała, najbezczelniej okradając, okłamując i jeszcze w oczy śmiejąc się z jego głupoty..?


Niektórzy przynajmniej mają to wszystko gdzieś. Nie ma to jak beztroska szczęśliwego dzieciństwa! 


Aby do tego nie doszło, niemiłościwie nam panujące gosudarstwo MUSI nieustannie udowadniać, jak bardzo jest swoim poddanym niezbędne. Z każdego telewizora, z każdej strony internetowej, z każdej gazety, z każdej rozmowy w maglu i znad każdej flaszki akcyzowego trunku - MUSI nieustannie brzmieć wołanie: WIĘCEJ PAŃSTWA! MY CHCEMY WIĘCEJ PAŃSTWA!
Musicie być - Drodzy Państwo - szczerze i święcie przekonani, że bez pomocy "wiedzącego lepiej", "oświeconego" gosudarstwa - natychmiast pozabijacie się nawzajem, swoje zwierzęta zagłodzicie i zakatujecie, a swoje dzieci będziecie na przemian głodzić i gwałcić.
Jak to jest genialnie pomyślane..!
Libertarianie, z którymi wielokrotnie polemizowałem (aż mi się nie chce linków szukać...) skazani są na klęskę, bo usiłują przekonać Was, że możecie dać sobie radę, jeśli będziecie uczciwie i ciężko pracować.
Wielu z Was ma ochotę na uczciwą i ciężką pracę..?
Ja Wam mówię prawdę. Jesteście hołotą! Zasługujecie na swój los! Dobrze Wam tak i mało Was jeszcze grabią, poniżają, ustawiają w szeregu, tresują, indoktrynują. Nie robią tego, bo się boją Waszej odwagi czy zdolności do działania. Oni Was oszukują na Wasze własne życzenie - Wy tego właśnie chcecie..!
Czy mogę liczyć na to, że wielu z Was przeczyta powyższe i nie obrzuci mnie obelgami..?

Liberalna demokracja to najdoskonalsza i najtrudniejsza do obalenia forma totalitaryzmu. Nie da się jej przeciwstawić takiej ideologii, która miałaby jakieś realne szanse dotrzeć do tzw. "ludu". Gem - set - mecz. Przegrana sprawa.
Część wolnościowców uważa, że liberalna demokracja zniszczy się sama - system powszechnej korupcji i indoktrynacji, który utrzymuje ją przy życiu jest zbyt kosztowny i z czasem musi doprowadzić do zapaści.
Wcale nie jestem tego taki pewien! Człowiek nie świnia. Do wszystkiego się przyzwyczai. Do biedy, siermiężności, szarzyzny, wyzysku - o wiele szybciej i łatwiej niż do dobrobytu.
Właśnie dlatego nie lubię ludzi. Was nie lubię!


autor: Boska wola

Chorzy do więzień, gangsterzy niech korzystają z życia


Jednym z kanonów działania państwa jest stan jego sądownictwa i prokuratury. Jacy są sędziowie i prokuratorzy dowiadujemy się od czasu do czasu z prasy. Ale w Polsce w stanie obecnym są dwa kanony, sędziowie mają być rozgrzani, prokuratorzy dyspozycyjni.


Sąd jest groźny, sąd jest zły, chciałoby się powiedzieć. Nawiązując do tekstu sigmy i wypowiedzi prof. Mirosława Dakowskiego o zmianach jakie powinny nastąpić w Polsce , poświęcę parę słów sądownictwu. Najpierw trochę statystyki  http://forum-z.cba.pl/?page_id=1651. Jak widać z tabeli Polska po Niemczech ma największą ilość sędziów.

Liczba spraw przypadająca na jednego sędziego jest zdecydowanie największa we Włoszech i w Hiszpanii. Odpowiednio 712 i 597.  W Polsce ilość spraw na jednego sędziego jest czterokrotnie niższa od sędziego Włoskiego i trzykrotnie niższa od Hiszpańskiego i Francuskiego.

O jakości pracy naszych sędziów niech świadczą ich „osiągnięcia”, większość spraw toczy się latami. Obywatele polscy  skarżą Polskę  do Trybunału Sprawiedliwości w Strassburgu. Tam zapadają niekorzystne dla Polski orzeczenia, z reguły ze względu na długość postępowania. Ostatnio rodzice zamordowanego przez SB Grzegorza Przemyka wygrali sprawę przeciwko Polsce w Strassburgu. Papierkiem lakmusowym naszego sądownictwa są sprawy zbrodniarzy grudnia, kopalni wujek, twórców stanu wojennego, itd., które toczą się w ponoć wolnej Polsce, nie lata ale dziesiątki lat. Jacy są sędziowie? Przykłady sędziego Rysińskiego, Tuley, Japłońskiego czy pań sędzi Konopko i Matlak, świadczą o tym, że sędziowie maja być rozgrzani a nie wydawać sprawiedliwe wyroki.

Zwolnienie gangsterów z Pruszkowa jest skandalem, ale zapuszkowanie niesprawnego intelektualnie Agatowskiego czy skazanie schizofrenika za kradzież batonika ma świadczyć o tym, że sądy działają.

Prof. Adam Strzembosz wierzył w samooczyszczenie wymiaru sprawiedliwości, jak bardzo się mylił pokazuje teraźniejszość.

Do sędziów dostrajają się prokuratorzy, prezentując żenującą wiedzę i fachowość. Często działając pod zamówienie polityczne. Sprawa gen. Papały wystawia jak najgorsze świadectwo prokuraturze, gdzie zdawałoby się tak prestiżowa sprawa, jak zabójstwo komendanta policji, doprowadza do różnych wniosków dwóch niezależnych od siebie zespołów badających tę sprawę.

Jeszcze bardziej groteskowo działa  prokuratura wojskowa, która prowadzi śledztwo smoleńskie, tak, że się ośmiesza. Moim zdaniem ta prokuratura powinna być zlikwidowana.

Wracając do gangsterów, wyczytałem, że policja włoska skonfiskowała jednemu z bossów mafii, majątek wartości 700 mln euro. Jestem ciekaw jak w tej  mierze dzieje się w Polsce, czy sędziowie i prokuratorzy skonfiskowali jakiś majątek polskim gangsterom?

autor: Andy51

niedziela, 29 września 2013

Koń - towarzysz, czy koń - zabawka..?


Co jakiś czas naszym małym, końskim światkiem wstrząsają kolejne “afery” - rzeczywiście lub tylko domniemanie źle traktowanych (zagłodzonych, chorych, itp.) koni. Takie jak ta niedawna, bardzo głośna, z Posadowa.
I jak - bardzo cicha, bo tylko dzięki forum Re-Volta.pl można się było o niej dowiedzieć - podobna, choć na o wiele mniejszą skalę, w Strzeszynie (lubuskie).

Jak Państwo dobrze wiecie, od dawna korzystam z łamów “KT” by zwalczać tzw. “postęp” w zakresie praw zwierząt. Dlaczego to robię?

Ależ to oczywiste! Bo się boję, że któregoś pięknego ranka i do mnie zajedzie jakaś “straż dla zwierząt” czy inne “towarzystwo opieki nad zwierzętami” albo "pogotowie dla zwierząt" (skądinąd: najzupełniej prywatne stowarzyszenia, którym obowiązująca ustawa o ochronie zwierząt WBREW KONSTYTUCJI nadaje uprawnienia takie same jak Policji czy innym służbom państwowym...). Pretekst się znajdzie. Ot - stajni nie mam. Konie są zbyt grube. Albo zbyt chude. Albo - ogier ze stadem chodzi.


Że to oczywista bzdura? Prywatne stowarzyszenie pod nazwą “towarzystwo opieki nad zwierzętami” może “upoważnić” do takiej czynności dowolną osobę. Wcale niekoniecznie posiadającą jakiekolwiek kwalifikacje merytoryczne. Ba! Nigdzie nie ma prawnego obowiązku, aby takie prywatne stowarzyszenie w ogóle jakąkolwiek wiedzę merytoryczną posiadało. Bo w zasadzie - cóż jest “kwalifikacją” dla członkostwa w tym stowarzyszeniu..?

Jakieś egzaminy państwowe? Ukończenie kierunkowych studiów (weterynaria - jeszcze najlepiej ze specjalizacją z hipparchii, bo cóż wie o koniach weterynarz od rybek, może zootechnika)? Nie! Jedyną “kwalifikacją” dla członkostwa w takim stowarzyszeniu jest czułe serduszko i wielka sympatia dla zwierząt.

A także, ma się rozumieć - wolny czas i posiadanie środków pozwalających na oddawanie się tego rodzaju działalności (chętnie się zgodzę, że takie stowarzyszenia są na ogół biedne - ale to też jest niedobrze, bo stwarza pokusę korzystania z posiadanej władzy dla całkiem przyziemnych celów...).



To jest przepis na katastrofę! Wiele wskazuje na to, że taka katastrofa wydarzyła się właśnie we wspomnianej Strzeszynie - na szczegółowy opis tego konkretnego przypadku przyjdzie pora, gdy sprawa się zakończy.

Cóż stanowi obowiązująca ustawa z 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt (wielokrotnie nowelizowana, opieram się na tekście jednolitym, ogłoszonym 19 kwietnia 2013 roku, poz. 856)?

Interesuje nas artykuł 6 ust. 2 oraz art. 7  tej ustawy. Artykuł 6 ustęp 2 podaje katalog czynności uważanych, w rozumieniu prawa, za “znęcanie się nad zwierzętami”.

Jest to katalog otwarty, gdyż tekst wprowadzający go zawiera sformułowanie “w szczególności” (co oznacza, że oprócz przypadków wyraźnie wymienionych, pod tę definicję mogą podpadać także inne sytuacje, które uprawniony organ uzna za zadawanie lub świadome dopuszczanie do zadawania bólu lub cierpień - cóż za mętny słowotok, swoją drogą!).


Biorąc pod uwagę, że złamanie tego prawa grozi poddanemu niemiłościwie nam panującej III RP bardzo poważnymi sankcjami karnymi (taką sankcją jest z całą pewnością przepadek mienia - nieraz o bardzo znacznej wartości - jaką stanowić mogą zwierzęta...) - już sam fakt dopuszczenia do takiej samowolki kwalifikuje ten przepis do kosza na śmieci. Gdyby to nie była tak “nieistotna”, “nieważna”, “drobna” sprawa - jestem przekonany, że nowelizacja, wprowadzająca do ustawy tak bzdurną konstrukcję prawną, dawno znalazłaby się w Tybunale Konstytucyjnym! No ale cóż - chodzi tylko o jakieś tam konie, czy inne zwierzaki, kto by się tym przejmował, nieprawdaż..?

W ten właśnie sposób kolejne dziedziny naszego życia oddawana są w pacht najbardziej zajadłym krzykaczom - takim, którym chce się i którzy mają czas i środki na to, aby wokół swojego “problemu” robić szum, wycierać sejmowe korytarze, lobbować. Większość zaś milczy sądząc, że to jest “nie moja sprawa” - i tym sposobem, niemiłościwie nam panujące gosudarstwo może już odbierać swoim poddanym nie tylko zwierzęta, ale i dzieci. Jak mówi ludowe przysłowie od rzemyczka do koniczka. Większość milczała, gdy uchwalano prawo umożliwiające odbieranie zwierząt - to większość nie ma się teraz co dziwić, że i dzieci można odebrać, gdy tylko “uprawniony organ” uzna, że są zbyt grube, zbyt chude, matka za często chodzi do kościoła, albo ojciec ma zbyt radykalne poglądy!

Katalog przypadków (przykładowych, bo mogą też być inne, w ustawie niewymienione...) “znęcania się” trudno uznać za niekontrowersyjny. Gdy, parę lat temu, tuż po uchwaleniu tej nowelizacji, opowiedziałem wójtowi jednej z sąsiednich gmin, że od tej pory nie wolno wystawiać zwierzęcia gospodarskiego lub domowego na działanie warunków atmosferycznych - ogarnął go homerycki śmiech.


Ale to u mnie, na zapadłej prowincji, gdzie “postęp” dociera bardzo powoli i z oporami, a ludzie są wciąż pobożni, pracowici... Wróć! Pracowici to już tak bardzo nie są. Nie w sytuacji, gdy jednym z głównych źródeł utrzymania na wsi są dopłaty bezpośrednie...

I to niestety, w połączeniu z przepisami tej właśnie ustawy - sprawia, że spokonie będę spał dopiero zimą, gdy jedyną łączącą nas z cywilizacją drogę przysypie półmetrowa warstwa śniegu i żadne “towarzystwo opieki nad zwierzętami” z całą pewnością do mnie nie dojedzie!

Artykuł 7 ustęp 1 stwierdza, że zwierzę traktowane w sposób określony w art. 6 ust. 2 (czyli - pamiętając, że mamy do czynienia z katalogiem otwartym - praktycznie KAŻDE zwierzę!) może być czasowo odebrane właścicielowi lub opiekunowi na podstawie decyzji wójta (burmistrza, prezydenta miasta) właściwego ze względu na miejsce pobytu zwierzęcia.

Czasowo - bo TEORETYCZNIE - do momentu wyroku sądu.

Problem polega na tym, że sprawiedliwość w Polsce jest NADER nierychliwa. Taka sprawa może się w sądach różnej instancji ciągnąć latami. I będzie się ciągnąć! Przecież co biegły, to opinia - a jeśli tylko poszkodowany właściciel zwierzęcia nie załamie się od razu i podejmie walkę (to też nie jest takie łatwe: wójt czy burmistrz nie z własnej pensji płaci prawnikom i biegłym...), prawie na pewno będzie mógł niejedno na swoją obronę przedstawić.

Nie mówiąc już o tym, że i tzw. "postępowanie przedsądowe" - może w praktyce wlec się miesiącami, albo i latami. A na tym etapie uprawnienia poszkodowanego są prawie że żadne!


Tak więc jedno z dwojga. Albo sprawa zakończy się względnie szybko zagarnięciem zwierzęcia (np.: konia rzadkiej rasy, o cennym rodowodzie..?) przez osobę wskazaną przez włodarza gminy (ustawa daje tu w praktyce pełną dowolność, licho tylko maskowaną jakimiś pretekstami!) - jeśli właściciel zwierzęcia jest biedny, stary, chory i nie stać go na toczenie sądowych batalii. Albo też, jeśli taki przypadek nie zachodzi - co najmniej przez kilka lat pożytki z posiadania zwierzęcia (które całkiem spokojnie może już do tego czasu dobiec kresu swych dni...) czerpać będzie owa wskazana przez wójta osoba...

Oczywiście: jeśli wójt będzie w ten sposób odbierał najlepsze krowy mieszkańcom swojej gminy i przydzielał je sobie lub członkom własnej rodziny - to zapewne polegnie w następnych wyborach, a kto wie - może się i referendum w sprawie jego odwołania udać. Już nie mówiąc o tym, że może mu się chałupa spalić jak raz w momencie, gdy miejscowa ochotnicza straż pożarna będzie na pielgrzymce na Jasną Górę... Stąd - z tego kija trzeba korzystać rozważnie.

Gminna władza może w ten sposób spokojnie ograbiać ludzi obcych, nielubianych przez sąsiadów, biednych. No jak raz - koniarzy! Którzy dość często przeprowadzając się na wieś “za końmi” - są w lokalnym środowisku obcy, nie cieszą się jako “miastowi”, ulegający jakiejś “fanaberii” zbyt wielką sympatią - a, podobnie jak mnie, zdarza im się czasem przeinwestować i zostać ze stadem fajnych koników - i z długami...

Teraz chyba Państwo już rozumiecie, dlaczego sen mam lekki, a siekierę trzymam na podorędziu..?


Osobnym skandalem jest zapis art. 7 ust. 2 ustawy, który daje upoważnionemu przedstawicielowi organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt prawo niezwłocznego odebrania zwierzęcia właścicielowi, jeśli tylko w swojej subiektywnej ocenie uzna dalsze pozostawanie zwierzęcia u właściela, za zagrażające jego życiu lub zdrowiu.

Przypominam, co już napisałem, że chodzi o członków prywatnego stowarzyszenia, których jedyną kwalifikacją jest zainteresowanie losem zwierząt, wolny czas i środki utrzymania. W praktyce zatem - o tym, czy MOJE konie mają się dobrze czy nie i czy ich pobyt u mnie zagraża ich zdrowiu i życiu, czy nie - decydować będzie najpewniej jakiś pryszczaty młodzieniec albo egzaltowana paniusia na wczesnej emeryturze. Względnie, co już najgorsze by było - kolega koniarz, który taki sobie wybrał sposób na życie...


Przesadzam, histeryzuję, dopatruję się najgorszych intencji i spisków tam, gdzie tylko o “dobro zwierząt” chodziło..? Nie, nie moi Państwo! Ostrzegałem dawniej, gdy był to zaledwie projekt lub świeżo uchwalona nowelizacja. Teraz, to ja Wam jedynie zdaję relację z istniejącego stanu rzeczy. Tak po prostu jest!

Zdarzyło się już, żeby odebrano ciężko przepracowane i trzymane w zdecydowanie nieodpowiednich warunkach (brak wybiegów, nie mówiąc już o pastwisku, skąpe wyżywienie, lekceważące podejście do kopyt czy ran) konie z jakiejś szkółki jeździeckiej czy pensjonatu w wielkim mieście? Albo u handlarza - hurtownika z "wejściami" w PZHK (takiego, co to każdy paszport jest w stanie załatwić - jak pewien szemrany osobnik w Wieliszewie, który zimnokrwiste kobyły jako "achałtekińce" próbował sprzedawać - a miał tych koni wielkie stado i więcej tam było otwartych ran, krwi i biedy niż w całym Posadowie!). Nie? Pewnie że nie i tak się nie zdarzy, choć każdy z nas mógłby po chwili zastanowienia z łatwością wskazać miejsca, gdzie tak się stać być może powinno. Ofiarą tak napisanej ustawy mogą padać tylko biedni i słabi i tacy właśnie jej ofiarą padają. Najlepiej jeszcze jak są to cudzoziemcy, bo wtedy ich szanse na skuteczną obronę są praktycznie zerowe.

Czy interwencje w takich przypadkach jak Posadowo były rzeczywiście uzasadnione? To wcale nie jest takie łatwe ani proste do oceny! Jak pokazuje przykład Skaryszewa - zmontowanie “duszoszczypatielnych” obrazków z dowolnego praktycznie miejsca jest rzeczą prostą i łatwą.


Konie, jak wiadomo, dzielą się na czyste i szczęśliwe. Z łatwością zatem można “cyknąć” fotkę dowolnemu praktycznie koniowi gdy jest utytłany w błocie lub nawet w gnoju. Długo nie trzeba czekać. Starczy, że taki koń ma w ogóle dostęp do błota - a na pewno się w nim wcześniej niż później utytła. Będzie wyglądał w ten sposób na zabiedzonego i potrzebującego interwencji? A jak jeszcze! Zwłaszcza w oczach laików (a - co od dawna powtarzam - 97% Polaków w życiu konia własną ręką nie dotykało...).

Utrzymanie koni jest obecnie coraz to bardziej odległe od ich naturalnych warunków. Taki już “trynd”. Coraz częściej zamiast pastwiska konie dostają wyłącznie sztuczne pasze. Fakt, że wybór tych pasz i wiedza o nich jest nieporównanie większa niż dawniej - ale nieuchronnym skutkiem tego stanu rzeczy musi być i to, że coraz więcej koni będzie albo zapasionych, albo zbyt chudych. I takie konie da się znaleźć praktycznie wszędzie!


Co najważniejsze - rośnie i BĘDZIE rosnąć, tzw. “społeczne przyzwolenie” na tego typu interwencje. Zarówno “w obronie zwierząt”, jak i “w obronie dzieci”. Jest to całkowicie naturalne.

Nie tylko chodzi o to, że zawsze, ilekroć coś takiego się dzieje, ogromna większość ludzi uważa, że “ich to nie dotyczy” (bo nawet, jeśli mają jakieś zwierzęta czy dzieci - to przecież “oni są w porządku”, więc “nie mają się czego bać” - a że jakiegoś zwyrodnialca spotyka nieszczęście, to dobrze mu tak..!).

Problem jest głębszy. Ludzie boją się wolności. Nie chcą decydować sami o sobie. Nie chcą ponosić odpowiedzialności. Lubią, gdy ktoś “wie lepiej”. Nawet, jeśli “wie lepiej” pryszczaty młodzieniec, którego jedyną kwalifikacją jest czułe serce i mnóstwo wolnego czasu - albo “pracownik socjalny”, który swój etat dostał “po znajomości”, a nagły atak aktywności wiąże się np. z koniecznością wykazania się przed nowym szefem...

Poza tym - nastąpiła w ciągu ostatnich kilkunastu lat dziwna zmiana w podejściu ogromnej większości ludzi do życia. Zmiana która, prawdę powiedziawszy, mnie przeraża!

Nasz sąsiad i dobry przyjaciel, u którego przez kilka lat składowałem siano w stodole, gnieździ się z żoną i czwórką dzieci w jednym pokoju z kuchnią. Pewnie, że woleliby większy metraż - ale, dopóki nie uda im się tego marzenia zrealizować, radzą sobie całkiem dobrze, są szczęśliwi, zawsze z radością ich odwiedzamy. Gdy tylko było to możliwe - trzymali też jakąś zimnokrwistą kobyłę (ostatnio, po serii hodowlanych niepowodzeń, sąsiad musiał się przerzucić na świnie i mięsne bydło - oprócz tego, że pracuje w mieście na etacie...). To są właśnie - ludzie normalni. Zarówno jak chodzi o ich stosunek do samych siebie, jak i - do zwierząt. Są razem na dobre i na złe. Kiedy dzieje im się dobrze - świętują. Kiedy idzie gorzej - cierpią wszyscy po równo.

Tymczasem dla coraz większej liczby Polaków ZARÓWNO posiadanie zwierząt, jak i dzieci - staje się jakimś rodzajem luksusu. Jeśli dziecko - to tylko wtedy gdy można mu zapewnić najdroższe, anglojęzyczne przedszkole, najlepszą prywatną szkołę, zajęcia dodatkowe, wakacje, gadżety, własny pokój, kieszonkowe, itp., itd. Jeśli zwierzę - to tylko wtedy, gdy ma przysłowiowe “złote klamki” w stajni, markowy sprzęt, najlepsze i najdroższe pasze, itp., itd.

Koń był przez tysiąclecia dlatego tak cennym i tak głębokie emocje wywołującym u ludzi zwierzęciem, że wspólnie z człowiekiem znosił zarówno dole, jak i niedole. Cierpiał, ginął i głodował tak samo jak ludzie. Oczywiście - należy się tylko cieszyć z faktu, że konie już nie muszą ginąć na wojnach toczonych przez ludzi, że mogą coraz lżej i coraz bardziej komfortowo pracować, że coraz więcej wiemy o ich zachowaniu, dzięki czemu łatwiej i z mniejszym dla nich cierpieniem możemy się z nimi dogadywać.

Ale, na Boga! Jest różnica między koniem - towarzyszem, a koniem - zabawką. Czym jest koń - towarzysz, to można sobie zobaczyć chociażby w znakomitym filmie produkcji polskiej pt. “Cwał”.

Natomiast koń - zabawka..? Jest to zwierzę bez celu, bez przyszłości, bez sensu. Jeśli koń ma być tylko zabawką, to jaki sens ma trzymanie się reguł racjonalnej hodowli, jaki sens mają próby poprawy jego wydolności psychofizycznej, jaki sens ma selekcja..? Przecież racjonalna hodowla i selekcja wiąże się nieuchronnie z cierpieniem koni! Tak samo jak trening sportowy, czy jakakolwiek inna forma użytkowania konia.

Czy nie prościej byłoby pójść na całość i zlikwidować to “źródło cierpienia” - wybijając wszystkie żyjące konie, może poza paroma sztukami w jakimś rezerwacie..?

A już najlepiej - zlikwidować wszelkie w ogóle cierpienie i ból na tej umęczonej planecie. Owijając się w prześcieradła i bez wzbudzania paniki czołgając w kierunku najbliższego cmentarza. Co wszystkim “obrońcom zwierząt” najserdeczniej polecam..!


Jątrzyłem, obrażałem, poniżałem i stosowałem groźby karalne także w następujących, podobnych wpisach (pod każdym tytułem zaszyty jest link - tłumaczę, bo zaobserwowałem, że np. na takim portalu jak "Nowy Ekran", gdy publiczność tamtejsza nie ma napisane, że to "link" - to nie klika, bo nie dostrzega...): "I tylko koni żal...", "Ekolodzy do gnoju!", "Zrównoważony odwrót w wersji na cztery kopyta", "Tym Państwu już dziękujemy, czyli Deklaracja Niepodległości", "Stulecie głupstwa", "Wypadek na drodze do Morskiego Oka", "Postęp w chowie i w hodowli", "Dorzucam do pieca, czyli: stop głupocie", "Siedź w kącie - znajdą cię!", "Rozpoznajemy się po gumofilcach!", "Wegetarianie, świnie i jaśnie państwo", "Dylemat człowieka sprawiedliwego", "O porzekadle: a swoje konie byś na rzeź oddał?", "Duma i uprzedzenie", "Co będzie, gdy ONI zwyciężą?", "Piotruś Pan, Wanda i konik", "Końskie jądra, czyli: jak się robi rewolucję?", "Post zwycięża nad Karnawałem", "Mały leksykon Mowy Nienawiści", "Natura konfliktu", "Rolnictwo przyszłości, czyli: weganie to imbecyle", "Na pochyłe drzewo kozy skaczą...", "Dlaczego rząd woli nowe samochody (oraz wegetarian i pedałów)?" i zapewne w wielu innych, których jednak sam nie zapamiętałem, a w katalogu wyszukać mi się ich nie udało. Skądinąd: zebrało się już tego! Wcale niecienka książeczka by wyszła, nieprawdaż..? A wszystko - szczera prawda...

Skróconą, zarysową historię zaboru koni w Bornem - Sulimowie podałem w komentarzu pod poprzednim wpisem (link).

Niestety, wciąż nie mam dostępu do archiwum (stacjonarny końputer nie wrócił jeszcze z serwisu) - stąd ilustracje do tekstu są całkowicie przypadkowe.

Pełen reportaż z Bornego zapewne w listopadowym numerze "Końskiego Targu". Za miesiąc!


autor: Boska wola