środa, 25 stycznia 2017

Odebrać Polakom apteki – wojna trwa

 
Mozolnie odzyskujemy banki, które w pewnym momencie stały się niepolskie. Choć każdy mądry wie, że taka sytuacja jest zabójcza dla suwerennego państwa.
W dużym stopniu zlikwidowano polski przemysł.
Gdyby nie rzut na taśmę w ostatniej chwili odebrano by naszym chłopom ziemię i zlikwidowano by polskie rolnictwo.
Prasa polskojęzyczna już od dawna nie należy do Polaków. Informacją i propagandą rządzą obcokrajowcy.
W takiej właśnie panoramie trwa zażarta walka o polskie apteki, a konkretnie o model polskiej farmacji.

- To jest mafia i skorumpowane struktury kryminalne – mówią specjaliści obserwujący polski rynek farmaceutyczny.
- Robimy to wyłącznie dla dobra pacjenta – odpowiadają wynajęci prawnicy, marketingowcy i tłuści biznesmeni, tłumacząc podstępną likwidację polskich, rodzinnych aptek poprzez bezwzględną wojnę cenową. Nieprzypadkowo żaden z nich nie jest farmaceutą. Oni są od biznesu, a nie dbania o zdrowie. Dla nich na pierwszym miejscu jest zysk, a na ostatnim pacjent. Choćby nie wiadomo jak zaklinali, że wcale tak nie jest.

Znany mi osobiście "biznesmen", który, jak to u nas jest regułą, dorobił się majątku w niejasnych okolicznościach, bo, przypomnę, ekonomiczny mózg Donalda Tuska – Jan Krzysztof Bielecki kiedyś oświadczył – "pierwszy milion trzeba ukraść", w pewnym momencie zdecydował się na stworzenie sieci aptek. Wkrótce miał już ich kilka. Lecz zbankrutował, bo z farmacją nie miał nic wspólnego. To nie jest prosta maszynka do robienia pieniędzy.
Ciekawy też byłem dlaczego wiceprezes potężnego koncernu, zarabiający kupe pieniędzy, jest jednocześnie właścicielem niegdyś upadłej hurtowni farmaceutycznej. Co do jego walorów etycznych mam poważne wątpliwości.
Więc może poniżej znajdziemy odpowiedź na to pytanie.





*********

Farmacja to potężny biznes. Bodajże ciągle na drugim miejscu na świecie, tuż po przemyśle zbrojeniowym.
No bo jakże nie zarabiać miliardów, jak produkcja jednej tabletki popularnego leku kosztuje jednego centa, a sprzedaje się ją za dolara.
Patrzycie państwo w telewizor i co druga reklama to jest lek, albo jego oszukańcza mutacja – suplement diety. Jakie wielkie miliony przeznacza się na te telewizyjne reklamy? A to tylko niewielka cząstka biznesu.

Klasyczny obieg w tym biznesie jest prosty: producent farmaceutyczny wytwarza lek na konkretną chorobę, lub tylko na jakiś objaw schorzenia – na przykład bół, albo nudności. Chory pacjent jest badany przez lekarza i ten w końcu zaleca mu konkretny lek i jeśli jest to lek, którego zgodnie z przepisami nie można nabyć od ręki, doktor wystawia pacjentowi receptę, która, jeżeli jest formalnie poprawna, jest honorowana przez aptekę i farmaceuta sprzedaje ten lek pacjentowi.
Często do tej transakcji dołącza się państwo i jeżeli zapisany lek znajduje się na tzw. liście leków refundowanych, to pacjent z własnej kieszeni płaci tylko pewną cząstkę ceny leku, a resztę dopłaca państwo. Czasami jest to niewiele, lecz w innych przypadkach pacjent płaci tylko 3,20 zł za lek, który kosztuje 3000 złotych.
Aptekarz z kolei zdobywa swoje leki w hurtowniach farmaceutycznych, które kupują je bezpośrednio u producenta, albo w firmach dystrybucyjnych, które leki sprowadzają z zagranicy.

Każdy lek będący w obiegu musi bezwzględnie mieć, po przejściu rozlicznych badań, zezwolenie Ministerstwa Zdrowia (MZ)  na oficjalną sprzedaż.
Nie można sobie sprowadzać z Chin choćby najlepszego żeń-szenia i sprzedawać go, jeżeli nie zostanie on przebadany w laboratoriach MZ i nie otrzyma zgody państwa na jego sprzedaż.
Tak samo – wszystkie ogniwa obrotu lekami, czyli po kolei: wytwórnia farmaceutyczna – hurtownia farmaceutyczna – apteka, a także decydujący o wszystkim lekarz muszą mieć wymagane licencje. To nie sprzedaż pietruszki i handlem takim delikatnym, nierzadko zabójczym towarem, mogą zajmować się wyłącznie specjaliści, zasadniczo po wyższych studiach medycznych.
Są to wszystko zawody zaufania publicznego, bo pacjent musi mieć pewność, a sam nie jest w stanie tego sprawdzić, że lekarz mu zapisał, a farmaceuta sprzedał lek, który mu pomoże, a nie przypadkiem zabije.

Gdy tak wielkie pieniądze są w obiegu w tych małych białych, różowych, czy niebieskich pastyleczkach, to nie jest zaskoczeniem, że duża grupa ludzi nieuczciwych zwęszyła możliwość łatwego i dużego zarobku nie zwracając uwagi na te idiotyczne przepisy. Tak to więc, przestępstwa farmaceutyczne stały się potężnym biznesem. Warto tu podać, że rokrocznie w samym tylko nielegalnym eksporcie leków z Polski zarabia się 3 miliardy złotych.
Przestępstwa dokonywane są we wszystkich ogniwach obrotu lekami: u producenta, w hurtowniach, w aptekach, a także przez lekarzy.
Jednak najgorsze jest wówczas, gdy wszystkie te elementy – producent+hurtownia+lekarz+apteka stworzą mafijną strukturę, która perfidnie i z wielkim zyskiem okrada państwo i obywateli.
Takie działanie nie byłoby możliwe, albo mocno utrudnione, gdyby rząd, a konkretnie MZ stworzył właściwe zabezpieczenia ustawowe. Jednakże polskie prawo farmaceutyczne jest dziurawe, jak sito, zachęcając wprost do nielegalnych, przestępczych działań osoby nieuczciwe. Zadbali o to lobbyści korumpując urzędników ministerstwa na różnych szczeblach władzy.
Trzyliterowe służby, jak ABW, czy CBA jakoś niemrawo prowadzą tutaj dochodzenia, do prokuratury, jak zwykle trafiają płotki, a samo ministerstwo pod przewodnictwem pana min. Radziwiłła ślimaczy się już rok z naprawieniem prawa.
Więc przestępczy proceder nadal hula pełną parą.

Jak taki mafijny układ zarabia miliony? Oto parę najlepszych i aktualnych przykładów z życia:

Światowy producent farmaceutyczny o miliardowym majątku i jego polska filia, czy dystrybutor, wprowadza na rynek nowy lek "J." w kuracji cukrzycy. Oczywiście posiada wszystkie zezwolenia i licencje Ministerstwa Zdrowia, lecz o jego prawdziwej skuteczności przekonamy się dopiero za parę lat.
Producent natychmiast rozsyła rzeszę przedstawicieli do gabinetów, gdzie nakłaniają oni, często bezczelnie korumpując lekarzy, do przepisywania tego leku pacjentom.
Jednocześnie tenże producent zaopatruje zaprzyjaźnione sieci aptekarskie (o sieciach będzie dalej) w lek J. po cenie z potężnym dyskontem. W tym konkretnym przypadku, lek J., gdy chce go kupić w hurtowni normalna, nie zaprzyjaźniona apteka, musi zapłacić 170 zł za opakowanie. Tymczasem w mafijnej sieci aptek ten lek jest sprzedawany pacjentowi po 100 złotych!
I nagle rusza lawina. Lekarze gremialnie, zachęceni przez producenta, wypisują tysiace recept na nowy lek, którego, jak wspomniałem, skuteczność jest jeszcze nieznana, jednocześnie informując chorych, że lek J. można kupić za dobrą cenę właśnie w sieci aptek XYZ.
A gdy biedny schorowany człowiek uda się do swojej najbliższej apteki dzielnicowej, która nie jest w sieci, to dowiaduje się, że kosztuje on 170 zł + marża, powiedzmy minimalna 4%, czyli 176 zł.
Oczywiście nie kupi. Wsiądzie w autobus. Pojedzie pod szpital do apteki XYZ i kupi lek za 100 zł.
I stwierdzi, że do swojej apteki pod domem nie ma co chodzić, bo mają ceny z sufitu i najprawdopodobniej kradną bezczelnie. Tak to działa. To stuprocentowa prawda prosto z życia w dniu dzisiejszym.

Albo inny przykład:
Rząd "dobrej zmiany" zdecydował, że Polacy o wieku 75+ powinni mieć leki za darmo. Oczywiście nie wszystkie, tylko na receptę i ze specjalnej rządowej listy.
Staruszka udaje się do pana doktora, a ten, o czym ona nie wie, jest członkiem skorumpowanej, mafijnej struktury. Lekarz, dobry człowiek, pełen współczucia przypisuje leki na recepcie. Na jednej może umieścić pięć pozycji, czyli pięć różnych leków. Ordynuje więc on cztery bezpłatne leki z listy 75+ oraz jeden pełnopłatny, często, gęsto, kompletnie niepotrzebny. Lecz skąd pacjent ma o tym wiedzieć? Jednakże tak się składa, że ten jeden lek jest niezwykle tani w aptece sieci XYZ, a drogi w pozostałych. Więc nie zrealizuje on recepty w 4/5 bezpłatnej w swojej aptece za rogiem, bo jeden lek, za który musi zapłacić, jest tu drogi. Jedzie więc do XYZ by stanąć w wielkiej kolejce ludzi, nie zdających sobie sprawy, że kupują u gangsterów okradających nas wszystkich.
Tak samo zresztą jest z refundowanymi lekami dla wszystkich. Zgodnie z ustawą, leki refundowane, w całej Polsce mają taką samą cenę. Więc dla pacjenta, który ma receptę z lekami refundowanymi, jest absolutnie wszystko jedno, w jakiej aptece kupi te leki. Wszędzie zapłaci tyle samo. Jednakże skorumpowany lekarz na recepcie dopisze do leku refundowanego lek pełnopłatny, choćby głupi Acard, niby na serce, który w typowej aptece jest p około 11 zł, ALE w aptece sieci XYZ jest tylko po 4 zł i z tego powodu większość pacjentów podąży do sieci.

Dziesiątkami takich przykładów, jak nielegalny, lub choćby na granicy prawa dzięki sprytnej ustawie farmaceutycznej, obrót lekami, mogę tu państwa zasypać.

Cały ten wielki i niezwykle intratny rynek farmaceutyczny, jest od samego momentu transformacji, niezwykle kulawy, kryminogenny i skażony bezczelnym łupiestwem zadekretowanym przez pana Balcerowicza (i jego asystenta Petru).
Za komuny wszystko to było państwowe.
I nagle, na początku lat dziewięćdziesiątych, pani kierownik apteki, dosłownie za darmo stawała się jej właścicielem.
A rozliczni, znakomici producenci, te różnorodne państwowe Polfy, stawały się prywatnymi fabrykami, prawdziwymi kurami, znoszącymi złote jaja.
To pan Jerzy Starak, który już za komuny założył firmę Comindex, po zakupie Polpharmy, warszawskiej Polfy i lubelskiego Herbapolu wylądował na czwartym miejscu najbogatszych Polaków.
Kazimierz Herba, właściciel firmy farmaceutycznej Neuca, dawniej Torfarmu, będącej największym dystrybutorem leków w Polsce, jest tylko na 38 miejscu wśród najbogatszych w Polsce.
Gdy przeglądamy słynną listę Forbesa stu najbogatszych w naszym kraju, to znaleźć w niej można jeszcze wiele osób związanych z farmacją.
Nawet były prezydent Kwaśniewski, współpracując ze śp. Janem Kulczykiem, był zaangażowany w coś, co się później okazało sporą aferą, mianowicie w Laboratorium Frakcjonowania Osocza – niezwykle intratny farmaceutyczny biznes.

Tymczasem byli kierownicy aptek, którzy nagle stali się ich właścicielami (choć uczciwie trzeba przyznać, że niektórzy je kupili), a którzy, jak to się mówi byli niepruderyjni, agresywni i nie liczyli się z etyką zawodu, zmieniali się z doktora Jekyll'a w mr Hyde'a i przestawali być prawdziwymi farmaceutami z misją społeczną i stawali się biznesmenami nastawionymi tylko na zysk.
Zaczęli organizować sieć własnych aptek, co samo w sobie nie jest zjawiskiem nagannym, czy amoralnym, pod warunkiem, że nadal będzie się przestrzegać uczciwych, rynkowych reguł gry. Niestety – tak jednak nie było.

***************

Parę dni temu Telewizja Trwam, w swoim bardzo wartościowym programie "Rozmowy niedokończone" (11.01.2017  http://www.tv-trwam.pl/film/rozmowy-niedokonczone-11012017 ) przedstawiła sytuację polskiego aptekarstwa.
Na przeciwko siebie usiadło dwóch czynnych farmaceutów, pełniących różne funkcje w organach nadzorczych i reprezentujących interes polskich aptekarzy i dwóch nie-farmaceutów, w moich oczach gości, o aparycji podmoskiewskich mafiosów, reprezentujących wielkie sieci apteczne.
Zdefiniowano na początek, jak mylne są określenia: model aptek zamknięty i model otwarty. Zamknięty to taki, który dopuszcza do posiadania aptek wyłącznie farmaceutów, czyli osoby zaufania społecznego i jaki istnieje w Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii i wielu innych krajach.
Model otwarty to taki, w którym aptekę może założyć sobie praktycznie każdy. Znany mi jest w Gdyni przypadek, gdy pewien wozak, czyli przedsiębiorca w transporcie konnym, posiadając dom w atrakcyjnym punkcie, uruchomił w nim aptekę, a następnie w ramach marzeń o awansie społecznym, ubierał biały fartuch i dyrygował zespołem swojego personelu.
Model otwarty doprowadził w rezultacie do takiej sytuacji w Norwegii (co obserwowałem osobiście), że w ciągu dziesięciu lat, wszystkie apteki zostały przejęte przez trzy wielkie sieci, międzynarodowe korporacje, tak silne, ze rząd tego państwa ma doprawdy mało do gadania w obrocie lekami.
No więc, gdzie sens tu i logika? Model zamknięty to taki, w którym jest około 10 tysięcy niezależnych aptekarzy, a model otwarty, gdy na końcu procesu są trzy... pięć wielkich sieci, które rządzą i dzielą i którym państwo nie podskoczy.

Jednakże ci dwaj panowie o nieciekawych sylwetkach i nie będący farmaceutami, z programu TV Trwam, z całej mocy lobbują i naciskają, by Polskę przekształcić w kraj, w którym wszystkie apteki, jak wszystkie gazety, będą należały do paru potężnych sieci, które, nie państwo, nie MZ, będą decydowały o rynku leków w kraju.
To nie jest działanie, które dopiero co się zaczęło. To trwa od dawna, a przez minione 8 lat władzy PO+PSL było o tym cicho, bo liberałom to bardzo pasowało. Poza tym teraz już dobrze wiemy, że był to rząd afer, korupcjogenny i kryminogenny. To oni właśnie stworzyli te różne boczne furtki i sprytne triki prawne, przez które wycieka z kraju leków za 3 miliardy, zamiast trafić do potrzebujących obywateli.

A na rynku aptecznym trwa wojna. Najgorsza jest wojna cenowa. W rezultacie codziennie zamyka się, bankrutują, trzy małe rodzinne apteki.
Pojedynczy aptekarz nie ma najmnieszych szans, by konkurować z potężną, bogatą siecią, stosującą wszelkie gangsterskie metody, jak dumping, uprzywilejowane warunki zakupu, zabroniona reklama, nieuczciwą konkurencję, czy korumpowanie i nielegalna współpraca z lekarzami.
 A absurdalne przepisy utworzone przez Ministerstwo Zdrowia są takie, że gdy masz swoją skromną aptekę osiedlową, to sieć, jeśli ma tylko ochotę, dostaje pozwolenie i otwiera swoją aptekę dwa domy dalej i wystarczy pół roku, by wykończyć ciebie ekonomicznie.
To jest tak, jakbys chciał handlować w małym sklepiku spożywczym tuż obok Biedronki.

No dobrze, powie ktoś, zazwyczaj bez dostatecznej wiedzy i wyobraźni, ale dzieki sieciom pacjenci mają tańsze leki!
To prawda. Mają tańsze, tylko, jak długo? Toczy się wojna cenowa i leki są tanie nie po to by pacjent miał lepiej, tylko po to, by zrujnować konkurencję. Małych, rodzinnych aptekarzy.
Gdy w Norwegii sieci opanowały już wszystkie apteki, to ceny leków poważnie wzrosły. Bo sieci pracują tylko i wyłącznie dla zysku. Obca jest im idea działania dla społeczeństwa.
Tak więc, twierdzenie, że apteki sieciowe gwarantują tańsze leki, to mit! Gdy już zdobedą monopolistyczne pozycje, to będą dyktowały ceny, jakie będą chciały. I proszę uwierzyć – wszędzie, gdzie sieci opanowały rynek, ceny w końcu drastycznie wzrosły.
Czy ktokolwiek widział lub pamięta, by ceny prądu w Polsce dla indywidualnych odbiorców zmalały, gdy mamy w Polsce dokładnie trzech monopolistów dystrybucji prądu elektrycznego?

***********

Wiem o tym na pewno, że premier Jarosław Kaczyński, konserwatysta i wyznawca sprawiedliwości społecznej jest zwolennikiem modelu aptek rodzinnych, będących własnością aptekarzy – farmaceutów.
A minister zdrowia Konstanty Radziwiłł dostał od Pani Premier polecenie opracowania nowej ustawy farmaceutycznej, która zlikwiduje wszelkie, sprytnie pochowane paragrafy pozwalające na korupcję i okradanie państwa i obywateli. Ustawy, która pozwoli na swobodny rozwój aptek rodzinnych i zlikwiduje na zawsze nieuczciwą konkurencję. Tak, jak jest w Niemczech, Francji, Włoszech, czy Hiszpanii.
Mija rok, a wyczekiwanej ustawy farmaceutycznej nie ma. Kolejne 3 miliardy złotych państwo straciło za wyeksportowane leki.
Otwierają się kolejne sieciowe apteki. Powstają apteki – słupy, nie dla pacjentów, tylko w celu lukratywnej redystrybucji leków za granicę.
W centum Gdyni, powiedzmy licząc od Dworca Głównego, do Urzędu Miasta, powstały nowe dwie apteki. Co z tego, że jest już na tym obszarze 30 (trzydzieści!) aptek. Urzędnikom miasta i nadzorowi farmaceutycznemu to nie przeszkadza, że apteki są obok siebie, w sąsiednich kamienicach.
Taki jest wolny rynek w rozumieniu małego Jasia.

**********

Żeby nie było, że ja jestem gościem z ciemnogrodu z czarnym podniebieniem, który nie chce, by aptekarze się bogacili i rozrastali. Rozwój jest przecież głównym celem kapitalizmu.
Wszystko w porządku, tylko mój rozwój nie może być katastrofą dla mojego kolegi, albo sąsiada.
Lecz niestety, życie udowadnia, że zazwyczaj w końcu zwycięża chciwość, pazerność i chęć bogacenia się za wszelką cenę.

Na koniec podam taki lokalny przykład z Trójmiasta.
Gemini – malutki rodzinny interesik aptekarski założony w roku 1990, dzięki obrotności, sprytowi i bezwzględności dwóch kolesi w chwili obecnej jest posiadaczem 31 stacjonarnych aptek w atrakcyjnych punktach pomorza, oraz portalu sprzedaży internetowej leków. Nieźle prawda? Lecz co zazwyczaj robi Polak, gdy osiągnie taki poziom rozwoju? Otóż sprzedaje swój biznes, w tym wypadku sieć aptek, międzynarodowemu rekinowi, firmie z gatunku funduszu private enqity – Warburg Pincus siedzibą w Nowym Jorku.
I oto już 31 aptek na Pomorzu należy do Amerykanów, a nie polskich farmaceutów.

Dlaczego o tym wspominam?
Ponieważ wielu dziennikarzy i nierzetelnych publicystów twierdzi, że ponad 96 procent sieci aptecznych jest w polskich rękach. Głupota, czy świadoma bzdura?
Nawet portal niezależna.pl to podaje.
To ja się pytam, co robią w Polsce takie międzynarodowe podmioty gospodarcze jak Dr. Max, BRL Center, Grupa Kapitałowa Penta, czy nawet litewskie Euro – Apteki? Przyglądają się polskim aptekom? Nie, oni skupują na potęgę.
Oto przykład:
"Do UOKiK wpłynął 5 stycznia wniosek o przejęcie przez BRL Center – Polska z siedzibą we Wrocławiu kontroli nad dwoma spółkami RBW Pharm siedzibami w Kluczborku, Apteką „Pod Wagą” Bartosz Fiołka Sp.j. z siedzibą w Kępnie, Suplemed Sp. z o.o. z siedzibą w Kobylej Górze, Many Farm Sp. z o.o. z siedzibą w Kobylej Górze, Elite Pharm Sp. z o.o. z siedzibą w Ostrzeszowie i Apteką pod Korona Krotoszyn Sp. z o.o. z siedzibą w Krotoszynie..." [ http://www.portalspozywczy.pl/handel/wiadomosci/wlasciciel-aptek-dr-max-i-fundusz-penta-chca-przejac-kilka-spolek-aptecznych-w-polsce,139296.html  ]

Wniosek z tego taki: podobnie, jak to się dzieje z polskimi wielkopowierzchniowymi sieciami spożywczymi, gdzie ostał sie chyba juz tylko "Piotr i Paweł", a padły BOMI, a całkiem niedawno Alma, polski kapitał jest za mały, by konkurować z międzynarodowym. W rezultacie na rynku pozostały tylko wielkie międzynarodowe sieci.
Identycznie będzie z sieciami polskich aptek. Tak, jak to podałem na przykładzie sieci Gemini. Nie minie parę lat, a w Polsce pozostaną tylko sieci międzynarodowe aptek. A jeszcze po paru latach przekształceń, powstaną trzy, cztery wielkie sieci i państwo polskie nie będzie miało nic do gadania, a farmaceuci staną się tylko korporacyjnymi pracownikami najemnymi.
Tak oto rozwali się kolejny polski sektor mogący promować budowę naszej klasy średniej.

Nie miałbym żadnych nadziei i złudzeń, gdyby nadal u władzy była ekipa Tuska. Prawdopodobnie wszystko by kuz było pozamiatane.
Lecz wiem, że Jarosław Kaczyński jest zwolennikiem aptek w rękach polskich aptekarzy. Dlatego ciągle nadzieję mam.
Tyle tylko, że minister Radziwiłł i jego ekipa nie ma co zwlekać i ostro zabrać się do roboty.
Oto fragment Manifestu Aptekarzy Polskich, jaką opublikowała Okręgowa Izba Aptekarska w Olsztynie:

" [...]Nie jesteśmy w stanie konkurować z wielkim biznesem, który atakuje i niszczy nasze apteki,
korzystając z braku prawnych zabezpieczeń. (...) Tracimy kontrolę nad rynkiem, oddajemy go w obce ręce, tracąc tym samym kluczowe ogniwo systemu ochrony zdrowia, a zarazem narodowej gospodarki.

- Dostrzegamy postępującą degradację naszego zawodu, jego zasad, praw i obowiązków, szczególnie w sieciach aptek, gdzie suwerenność zawodu jest nagminnie ograniczana. Dostrzegamy spychanie nas, farmaceutów, do roli ekspedientów -oceniają farmaceuci i dodają:
- Dostrzegamy rażący brak politycznej woli i działań zmierzających do zabezpieczenia racji stanu, interesów pacjentów, farmaceutów i gospodarki.
Aptekarze przedstawiają 10 postulatów:
1. Odpowiedzialnej polityki Ministerstwa Zdrowia, reprezentującej interesy polskich pacjentów i polskich aptekarzy.
2. Jasnych i niepodważalnych przepisów, których sens nie będzie wypaczany przez urzędników.
3. Utrzymania własności aptek w rękach polskich farmaceutów.
4. Powstrzymania niekontrolowanego wzrostu liczby aptek.
5. Ograniczenia rozrostu sieci aptek, które pozostając w rękach komercyjnych spółek mogą paść łatwym łupem kapitału zagranicznego.
6. Sprzyjania zawodowej suwerenności farmaceutów zarówno w sferze prowadzenia aptek, jak i wykonywania pracy zawodowej.
7. Zagwarantowania możliwości stałego zaopatrzenia aptek w leki ratujące zdrowie i życie, zgodnie z potrzebami naszych pacjentów.
8.Uregulowania zakresu kompetencji farmaceutów i techników farmaceutycznych, zapewnienia warunków kształcenia i doskonalenia zawodowego.
9. Jasnego uregulowania kompetencji i skierowania działań inspekcji farmaceutycznej na lek, a nie miejsce jego oficjalnej dystrybucji.
1o. Uwzględnienia naszego udziału przy podejmowaniu wszelkich decyzji nas dotyczących. "
[ http://www.rynekaptek.pl/marketing-i-zarzadzanie/postulat-utrzymania-wlasnosci-aptek-w-rekach-polskich-farmaceutow,9450_1.html ]

Dodam na koniec – nie ma na co czekać! Proces upadku, jak to modnie obecnie mówić, jest niesłychanie dynamiczny. Zwolennicy aptek sieciowych czując niebezpieczeństwo, zintensyfikowali swoje działania.
Ci, co kradli – kradną bardziej. Ci co kombinowali – kombinują w dwójnasób.
A skorumpowani urzędnicy, czy lekarze wyciągają lepkie łapki, by jeszcze na koniec coś skorzystać.

 

Paskudne słowo propaganda

 

Fatalna sprawa... Pisać o czymś tak okropnym, jak propaganda? Czyżby okropnym?
Proszę się wybrać do jakiejkolwiek firmy Public Relations, czyli PR i zobaczyć w cenniku, jak wielkie pieniądze się płaci właśnie za propagandę.
Bowiem PR to nic innego jak propaganda. A konkretnie – propaganda i reklama.
Reklama to pokrótce działanie w jednym konkretnym celu – coś dobrze sprzedać. I tyle.
Propaganda natomiast to pokazanie obrazu podkolorowanego, albo też działanie celowe zmierzające do ukształtowania poglądów.
A często jest tak, że propaganda i reklama tak się przeplatają, że trudno rozróżnić, z czym mamy do czynienia.

...

Praktycznie od XIX wieku, czyli od czasów rozwoju demokracji parlamentarnej, propaganda uzyskała charakter wybitnie pejoratywny i często po prostu jest utożsamiana z kłamstwem, manipulacjami i półprawdami.
Tylko, jeśli jest aż tak źle z tą działalnością, to skąd tak wielki rozkwit Public Relations?

Zapewne też papież Grzegorz XV nie miał na myśli tych negatywnych konotacji, gdy jako pierwszy w XVII wieku rozpowszechnił słowo propaganda powołując Congregatio de propaganda fide. To właśnie po utworzeniu tej papieskiej Kongregacji, protestanci zaczęli nadawać propagandzie negatywny wydźwięk.

I tak już zostało... A ja uważam, że jest to totalna bzdura i propaganda jest ważnym i istotnym czynnikiem właśnie w demokratycznych systemach sprawowania władzy.

Gdy zajmiemy się słowem propagowanie, to już widzimy coś zupełnie innego. Jak najbardziej pozytywnego. Propagowanie nauki, propagowanie kultury... A czy propagowanie kanonów wiary to nie ekumenizm?
Czyli propagowanie czegoś jest w porządku, ale uprawianie propagandy już nie.

Aby czynności propagandowe mogły zaistnieć niezbędnie konieczne jest posiadanie mediów. Jakichkolwiek – prasa drukowana, kino, radio, a dzisiaj przede wszystkim telewizja i internet.
Niemałą rolę, o czym zazwyczaj zwykły człowiek zapomina, lecz nie fachowcy, jest tak zwana propaganda szeptana. Czyli rozpowszechnianie na zasadzie ustnych przekazów.

...

Praktycznie, od powstania ustrojów demokracji parlamentarnej toczy się walka propagandowa. Zazwyczaj, gdy mamy czas względnej równowagi, spokoju i porządku, propaganda jest przytłumiona; wybucha tylko na krótko w okresach kampanii wyborczych. Różne strony walczą wówczas o pozyskanie jak największej ilości zwolenników, co później przekłada się na rezultat wyborów i zwycięstwo, często gęsto, nie najlepszego dla obywateli, najbardziej moralnego i uczciwego ugrupowania, tylko najbardziej sprawnego propagandowo.

Klasycznym przykładem z naszej najnowszej historii jest zwycięstwo Platformy Obywatelskiej w 2007 roku, partii kompletnie bezideowej, której głównym celem, jak głosił jej lider była ciepła woda w kranie. Jak się później okazało, gdy już sprawowali władzę, partii zakłamanej, łamiącej przyrzeczenia, gardzącej zwykłymi ludźmi, a samą substancję państwa traktującą jako obficie nakryty stół ze smakołykami, z którego należy sobie brać, co się chce.
Lecz PO była niesłychanie sprawna propagandowo. Szare eminencje z cienia, tworzące to ugrupowanie zdecydowały zatrudnić najlepszych światowych i krajowych fachowców od Public Relations. I to one ustalały, co i jak mówić i pokazywać narodowi w taki sposób, by zdobyć jak najliczniejsze grono zwolenników.
Taki właśnie, po raz pierwszy zastosowany u nas atak propagandowy, zapewnił PO zwycięstwo.
Następne osiem lat władzy pokazało, że przywódcy tego ugrupowania, z powodu swojej marności intelektualnej i zachłyśnięci stosunkowo łatwym sukcesem, zdecydowali, że nie będą się bawić w poważne rządzenie i uprawianie polityki, jeżeli wystarczy uprawiać sprytną propagandę.
No i mieliśmy ruinację państwa i 3 miliony młodych Polaków uciekających za granicę, przy jednoczesnych dumnych zapowiedziach Drugiej Japonii, Drugiej Irlandii, Zielonej Wyspy.
A żeby Warszawiakom już zupełnie było świetnie, to postawiono im w centrum plastykową palmę (au-ten-ty-czne!) i nieopodal tęczę LGBT. No i co? Nie jest fajnie?
 No właśnie, według propagandy, którą już oficjalnie Platforma nazywała pijarem, ma być fajnie, a nie dobrze. Taki ładny zabieg socjotechniczny, usprawiedliwiający nędzę sprawowania władzy, skutkującą rozkwitem aquaparków w każdej gminie i tysiącem kilometrów ekranów wzdłuż dróg, zamiast polepszaniem się warunków życia obywateli. Ale co tam – propaganda rulez!
Już nie słuchało się, co mądrego dany polityk ma do powiedzenia i co właściwie on robi; ważne było, czy ma garnitur od Armaniego, dobrze dobrany krawat, czy biega codziennie, zna się na winach i pali cygara. Tak się budowało obraz PANA. A rozdeptane buty i porwane sznurowadła Kaczyńskiego to obciach na światową skalę. Takie oto są priorytety dominujące w propagandzie PO.
Przykro to powiedzieć, lecz spora część narodu, nieprzygotowana na taki frontalny atak gebelsizmu, kupiła tą fasadę, nie interesując się faktycznym stanem budynku. I co gorsza, tkwią w tym matriksie do dzisiaj. Bo to było takie przyjemne i jakim tanim kosztem.

...

Szczytową formą uprawiania propagandy jest wojna propagandowa.
To stan, który mamy dzisiaj. Po zwycięstwach wyborczych – prezydenckich i sejmowych przez prawicową koalicję.
Same zwycięstwa są dowodem, że nachalna propaganda "ciepłej wody w kranach", oparta na fałszu i obłudzie, zaczęła się wyczerpywać i ludzie już gremialnie zaczęli się ze wstrętem od tego odwracać. Jak długo można dać się oszukiwać?

Niestety, najprawdopodobniej niczego nie pojęli, lub też są do cna cyniczni, członkowie i zapiekli zwolennicy partii, które po przegranych wyborach znalazły się w opozycji.
Zamiast, jak uczy historia i wymaga konieczność dziejowa, działać krytycznie, lecz konstruktywnie, zdecydowali się oni podnieść swój ukochany pijar do poziomu wojny propagandowej.

Tak, jak w trakcie sprawowania władzy, stwarzali złudny obraz spokoju, powszechnej szczęśliwości i dobrobytu, to teraz, w stanie wojny, pogodny obraz jest zastąpiony przez film katastroficzny – powszechny armagedon, chaos, tyrania, wszystko jest nielegalne, u władzy są uzurpatorzy, demokracji nie ma, a ci, co władzę stracili, cierpią za naród.

By ten obraz uwiarygadniać od samego początku utraty władzy, lider PO Grzegorz Schetyna jasno określił cele, zawierając je w dwóch słowach: ulica i zagranica.
Wyjaśnijmy, że znowu nie są to cele faktyczne, mające coś stworzyć, nie, to zagrywki propagandowe. Pięćdziesięciu-osobowe demonstracje pokazywane odpowiednio przez kamery współpracujących z opozycją stacji TV mają stworzyć wrażenie milionowych protestów. Na największych antypisowskich demonstracjach policja policzyła 25 tysięcy uczestników, a w świat poszło z zaprzyjaźnionych mediów – 150 tysięcy.
Lewak z KODu bandażuje sobie wcześniej rękę, by po manifestacji zademonstrować, że został brutalnie poturbowany.
Inny idiota kładzie się na ulicy w czasie demonstracji pod sejmem i gdyby nie przypadkowe nagranie telefonem, chodziłby w glorii bohatera krwawo pobitego przez krwiożerczą władzę.
To jest "ulica i zagranica".
Stwarzanie wrażenia chaosu, globalnego oporu społeczeństwa, krwawych protestów i ogólnej niesprawiedliwości, co potwierdzają rozliczni, sędziowie, akademicy i przede wszystkim dziennikarze ( a także Były europoseł PIS za 15 tyś euro miesięcznie, Kazimierz Michał Ujazdowski i ksiądz Pieronek) to własnie wojna propagandowa i ostrzał ze strony opozycyjnej.
Ta fikcja i dodana do tego odpowiednia narracja jest podchwytywana, przez wrogie PISowi, jako partii konserwatywnej dążącej do cywilizacyjnej kontrrewolucji, co jest śmiertelnym zagrożeniem dla lewackiej i neoliberalnej Europy, media zagraniczne, oraz, przede wszystkim, skomuszałe organy Unii Europejskiej, które są tak ogłupiałe, że, jak to podano, widzą większy dramat ludzi w Warszawie niż w ruinach Aleppo.
Uczciwie muszę przyznać – wszystkie partie opozycyjne w Polsce dzisiaj, nie wyłączając nawet Kukiz15, wyspecjalizowały się w grze pozorów.
Wojna propagandowa jest ważniejsza, a właściwie jedynym działaniem, niż uczciwa praca i robienie tego, do czego zostali powołani.

...

Niestety, w tej brutalnie narzuconej wojnie propagandowej i nie mam wątpliwości, przy potężnym wsparciu, czy to z Moskwy, Berlina, Brukseli, czy innych ośrodków władzy za granicą, obecni rządzący, czyli PIS i cała prawica niespecjalnie dają sobie radę.
Fakt, ludziom uczciwym i przyzwoitym, a za takich uważam większość obecnych konserwatywnych prominentów, znacznie trudniej jest notorycznie kłamać, mataczyć, zmyślać i generalnie być łajdakiem. Lecz fachowców od tych spraw można przecież wynająć.

Pamiętamy ciągle, obie kampanie wyborcze były przeprowadzone znakomicie. Czuć było w cieniu prawdziwych, światowych fachowców. I, gdy tylko przywołam jedną postać, pan Rafał Bochenek, zawodowo prawnik, który, jako prezenter i konferansjer, był świetny.
Lec cóż mamy teraz? Rzecznik prasowy prezydenta, Marek Magierowski, rzecznik prasowy Rady Ministrów, wspomniany Rafał Bochenek, rzecznik prasowy PISu Beata Mazurek, według mnie nie są najlepszymi ludźmi na te statnowiska. Właśnie z powodów propagandowych, czy mówiąc nowocześniej – pijarowych. Magierowski to ciągle nieco zbyt kostryczny i niestety małomówny dziennikarz, Bochenek nie wyszedł z roli konferansjera, a pani Mazurek, cóż..., potrafi czasami coś tak palnąć, że nawet Monikę Olejnik zatyka, a Knapik robi się czerwony jak indyk.

Jeszcze raz powtórzę – trwa wojna propagandowa, którą PIS przegrywa.
Przekonany jestem, że gdyby taka wojna się nie toczyła, to już po roku sprawowania władzy i uchwaleniu i zrealizowaniu tylu prospołecznych ustaw, poparcie dla prawicowej koalicji oscylowałoby gdzieś w okolicach 55 – 60%. I wtedy można by wspaniale i w pełni Polskę przebudować i rozwinąć.
No, ale niestety – natychmiast po wyborach opozycja wspomagana z zagranicy przystąpiła do zmasowanej wojny.
Czy Jarosław Kaczyński, w swojej autentycznej mądrości tego nie przewidywał?

Trudno. Jest jak jest. Czyli wyjątkowo brutalna, jak widzimy, nie przebierająca w środkach i ciosach poniżej pasa opozycja będzie nadal prowadziła ciężki ostrzał, a PIS, jak mądrze do tej wojny nie przystąpi i nadal bedzie stał na pozycji – "a mnie to nie obchodzi", to będzie stopniowo tracił.
Trzeba rozgrywać każdą sytuację, każde potknięcie, tym bardziej, że te ofermy same ciągle się podkładają.
Na przykład teraz: - bardzo jestem ciekaw, jak prawica będzie wykorzystywała ewidentną wpadkę Ryszarda Petru. Czy zdoła doprowadzić wydarzenie do poziomu skandalu. Skandalu z podtekstem erotycznym, co, jak pamiętamy wykończyło prezydenta Clintona i prezydenta Hollande. Jasne, gentlemani o takich sprawach nie rozmawiają, ale Superekspres, czy The Sun mają milionowe nakłady z tego powodu i w Anglii, ojczyźnie afery Profumo, Petru byłby usmażony do poziomu well done.
W niezapomnianym skeczu z, co piszę z ogromną przykrością, biedującym na starość Janem Kobuszewskim i Wiesławem Gołasem, majster instruuje ucznia: - "Chamstwo należy zwalczać chamstwem". Hmmm... to może nie mądrość życiowa, ale niewątpliwie ludowa.
Oczywiście nie namawiam, aby poważna, konserwatywna władza, szukająca nawet swoich korzeni w Rzeczypospolitej Szlacheckiej, zniżała się do poziomu chama. Jednakże symboliczny "pan na zagrodzie", a całkiem niedawno, marszałek Piłsudski, wiedzieli, że najlepszą bronią przed bezczelnością i chamstwem, nie jest uległość i pokora, lecz postawa, jak najbardziej asertywna, stanowcza, mimo tego, niepozbawiona godności i dumy.
Dlatego też, jak wojna, to wojna, trzeba wziąć się do walki.
Nie można dopuszczać, aby i wśród obywateli, jak też wrogich nam, zagranicznych ośrodków opiniotwórczych, wykształcał się obraz Polski w bałaganie, Polski w ruinie, rodzącego się totalitaryzmu, łamania prawa i prześladowania obywateli. Wiemy, że wszystko to nieprawda. Lecz to właśnie sprzedaje propaganda przeciwników.

Będąc człowiekiem życzliwym i sprzyjającym obecnej władzy, a przede wszystkim czekającym na dobrą zmianę, muszę w swoim krytycyzmie, oprócz zagrzewania do walki, mieć jakieś sugestie. Oto parę.

Proponuję zorganizować cotygodniowe, poważne konferencje prasowe, czy to rządu, czy nieco rzadziej, prezydenta. Nie takie prymitywne, ad hoc, przy schodach w sejmie.
Róbmy to tak, jak gdzie indziej na świecie. Nie na stojąco tylko stół, mikrofony, za stołem tematycznie dobrani przedstawiciele władzy; pryncypialny prowadzący konferencje, znający dziennikarzy z nazwiska, a dziennikarze specjalnie akredytowani, z wykluczeniem tak zwanych pistoletów i młodych durnych. Dziennikarze tacy, którzy umieją zadawać pytania w temacie (i co niemniej ważne – potrafią się zachowywać. To oczywiste, że ci, uprawiający postmodernistyczne dziennikarstwo a'la Olejnik, czy Knapik nie powinni brać udziału w konferencjach. Co nie znaczy, że pytania kontrowersyjne, czy nawet negatywne powinny być zabronione. Oczywiście , że nie! Lecz na właściwym poziomie merytorycznym i kulturalnym.
A obecny poziom jest niestety taki, że już wkrótce na korytarzach sejmu, niektórzy z młodych, którzy niestety nie otrzymali właściwego wychowania, będą wołać za posłami: - Ej! Ty!

Do poważnej roboty musi też się zabrać pan sekretarz stanu Paweł Szefernaker. Wprawdzie nie informatyk i spec public relations, ale w 2015 ładnie prowadził internetową kampanie prezydencką Andrzeja Dudy, więc winien to kontynuować. Niekoniecznie osobiście, lecz musi stworzyć zgrany zespół młodych informatyków i blogerów, którzy zadbają o wszystkie rządowe, prezydenckie i pisowskie strony i witryny. I to nie tylko pod względem technicznym, systemowym i administracyjnym, lecz także, jako komentatorzy i uczestnicy. Oczywiście, ze specjalnym naciskiem na wszystkie witryny społecznościowe, takie jak Facebook, cz Twitter.
Do pracy panowie! I to od zaraz.

I trochę przykra sprawa. Czy wymienieni powyżej z nazwiska rzecznicy prasowi to najwłaściwsze medialnie osoby na tych stanowiskach?
Niech sobie pan Magierowski pozostanie dyrektorem biura prasowego, lecz do krótkich rozmów z dziennikarzami wysyła jakiegoś wyszczekanego i sympatycznego spryciarza.
Pan Rafał Bochenek świetnie obsługuje imprezy. I niech przy tym zostanie. Spikerem rządu winien być ktoś o swadzie i inteligencji prof. Krasnodębskiego. Oraz asertywności posła Brudzińskiego, czy premiera Gowina.
I musi on mieć większe umocowanie. Nie może być tak, że co drugie zdanie mówi – tego powiedzieć nie mogę, a to to tylko pani premier, itd. Nie, rzecznik musi mieć prawo mówić.
A panią poseł Mazurek bym pozostawił. Bo doprowadza Knapika, czy Wyłupiaste Oczko do granic wściekłości. Proszę się nie obrażać za te słowa, ale jest to Pyskata Baba w Odpowiednim Miejscu.

...

Nie ma na co czekać. Wojna już mocno zaangażowana, a Niemcy już są pod Stalingradem.
Pora na poważny kontratak w tej wirtualnej wojnie, mimo, ze propaganda tak brzydko się kojarzy.
Niech pierwszą jaskółką tego zostanie Szopka Noworoczna Marcina Wolskiego, która rozbawiła naród i rozsierdziła do czerwoności elyty i były establishment.
Należało im się to od dawna.
 

niedziela, 18 grudnia 2016

Walec Kaczyńskiego




Walec, według założeń projektantów i konstruktorów jest maszyną powolną, lecz niezmiernie skuteczną. Zazwyczaj zamienia bezkształtną masę w uporządkowaną strukturę. Likwiduje niedoskonałości i chaos materii. Po prostu organizuje coś zgodnie z zamierzeniami projektodawcy – czy to bezkształtny asfalt w prostą i gładką drogę, czy to kęs metalu w prostą blachę, lub fikuśną szynę.
Pałający nienawiścią i źle mu życzący ludzie nazywają już Kaczyńskiego dyktatorem. A ci, którzy jak tamci nie są kompletnymi idiotami, mówią, że prowadzi on do władzy autorytarnej.
Wystarczy jednak zastanowić się trochę, by zadać sobie pytanie, co i jak on ma robić, gdy chce zrealizować najważniejszy projekt w swoim życiu.
Gdyby poszedł na łatwiznę i miał w sobie nieco azjatyckiej dzikości, to zrealizował by metodę Recepa Erdogana z sierpnia tego roku w Turcji.


Rozpędziłby opozycję. Najgorszych by pozamykał. Zlikwidowałby szkodliwe instytucje. Wziąłby media za mordę. Skutecznie i natychmiast przeprowadziłby dekomunizację i deubekizację. A złodziei i innych przestępców powsadzał do więzienia i pozbawił ukradzionego majątku.
Czy świat by mu wtedy coś zrobił? Nic, kompletnie nic. Wrzask oczywiście byłby okrutny. Zapewne wyrzucono by Polskę z wielu międzynarodowych instytucji. ONZ i Unia Europejska, te ostoje faryzeuszy i hipokrytów, zakrztusiłbyby sie swoim oburzeniem i utworzyłyby tysiąc petycji.
A Kaczyński zostałby postawiony w jednym szeregu z Pol Potem i Idi Aminem (ale już zapewne nie, z Fidelem Castro i Putinem).

Kaczyński dobrze to sobie przemyślał i zamiast budować nowoczesną i jakże potrzebną Berezę Kartuską, wybrał metodę walca drogowego.

Wsiadł więc za kierownicę walca drogowego i jedzie.
A będąc człowiekiem z dużym poczuciem humoru i nieco złośliwym, wiedział, że będzie rozpalał oponentów w ich wściekłości do białej gorączki i zmuszał do kretyńskich ataków, głupich wypowiedzi i generalnie, do ośmieszania się.
I dobrze – niech naród widzi, z kim miał dotychczas od czynienia.

Opozycja, która przegrała wybory i jej miłośnicy, sami podłożyli się pod walec Kaczyńskiego już na samym początku. Zamiast siedzieć cicho i spokojnie czekać na rozwój wypadków, wymyślili sobie kompletnie kretyński, w długiej perspektywie plan. Otóż wykoncypowali, że utworzą z Trybunału Konstytucyjnego bastion oporu przeciwko nowej władzy, który pozwoli im torpedować wszelkie poczynania "dobrej zmiany", w rezultacie doprowadzając do upadku władzy PISu,
Jak to im często się zdarzało, w swej wątpliwej, mimo profesorskich tytułów. mądrości, nie docenili Kaczyńskiego, a walca nie zauważyli.
W rezultacie nastąpił ponad roczny okres grilowania Rzeplińskiego, który niemalże jak inspektor Clouseau z Różowej Pantery, potykał się co krok, robiąc z siebie bufona i kretyna. A wraz z nim liczna ferajna z Platformy i Nowoczesnej, plus fircyk z kolczykami i kitą – wódz KODu.
Powolny walec pokazał społeczeństwu, przynajmniej tym, co chcieli widzieć i słuchać, bezmiar głupoty i hipokryzji obozu III RP. Ich problemy z odrywaniem się od koryta. Ich nieuczciwość i przerażającą butę. I ich pogardę dla zwykłych ludzi.

Również w rezultacie tego tematu, tzn. tematu TK, ludzie ponownie uświadomili sobie epokowy błąd okrągłego stołu – gruba krecha i nie rozliczenie i dekomunizacja wymiaru sprawiedliwości oraz skostniałych środowisk uniwersyteckich.
Konflikt spowodował, że dotychczas dobrze ukryci i starannie okopani postkomuniści, szuje i szubrawcy w aparacie trzeciej władzy, nieopatrznie ujawnili się. Butnie podnieśli głowy. Mając nadzieję nie wiadomo na co, bo chyba nie na zwycięstwo, zaczęli się zbierać, protestować, pisać deklaracje i oświadczenia, wystawiając się w ten sposób na strzał.
Ułatwili pracę władzy. Zaczęli wystawiać głowy, jak bąble w asfalcie, które walec uruchomiony przez prezesa, bedzie musiał wcisnąć we właściwe miejsce w nowym systemie państwa obywatelskiego. Państwa bez świętych krów, klik i sitw. Oraz lipnych korporacji dbających wyłącznie o swoje przywileje.
Tak, wrzask największy i okrutny jest, gdy beneficjentom komuny i III RP odbiera się przywileje. Powiem więcej, gros tej roboty, prowadzącej do "dobrej zmiany" to odbieranie niezasłużonych przywilejów. Kaście sądowniczej immunitetu i majątkowej anonimowości, ubekom i oprawcom komuny absurdalnie wysokich emerytur, prokuratorom przywileju bezkarnego robienia co chcą, pijawkom z organizacji pozarządowych możliwości bezwstydnego dojenia państwa (tak, tak pani komediantko Janda). A w przyszłości również odebranie tym udzielnym książętom – Adamowiczom, Gronkiewicz-Waltz, Karnowskim i Jaśkiewiczom ich autonomicznego obszaru działania.

Jadący wolno walec powoli przywraca godność zwykłym obywatelom, którzy prze ćwierć wieku byli zepchnięci do lasu, by nie przeszkadzali Kulczykom, Nowakom, czy Rostowskim.
Dostali więc pieniądze, by wyrwać ich z nędzy i by powrócili do najważniejszego zadania człowieka – do rodzenia dzieci. I nie dopuszczenia by spełniła się wola Klubu Rzymskiego z 1972 roku, gdzie w raporcie "Granice wzrostu" postulowano populację Polski na poziomie 15 milionów. Jak mniemam, a czego otwarcie nie wyrażono - 15 mln niewolników.
Zlikwidowano postulat lewaków i neoliberałów – "Praca aż do śmierci" i powrócono do przyzwoitego wieku emerytalnego.
Starcom dano za darmo podstawowe leki, choć tu jeszcze trzeba dużo dorzucić.
Wyceniono najtańszą pracę i określono najniższe zarobki.
Wszystko to, w miarę skromnych możliwości.

I zlikwidowano najpotworniejszy paradygmat, że szkoły mają kształcić tanią siłę roboczą dla zachodnich państw – niewolniczą, niedouczoną i bez aspiracji.
Powracamy do edukacji uczącej młodych myśleć i dającej prawdziwą, niezafałszowaną miazmatami lewactwa, wiedzę. I mam nadzieję, że znowu zaczniemy wychowywać porządnych i przyzwoitych młodych ludzi, wpajając im co to dobroć, uczciwość, prawda i rzetelność.

Walec Kaczyńskiego jedzie wolno i droga przed nim jeszcze daleka.
Przez minione ćwierćwiecze nawarstwiło się tyle błędów, fatalnych rozwiązań, strukturalnych potworności. Tyle pogardy okazywano własnemu narodowi. Ba! Bezczelnie ludzi okradano. W krótkim błysku, w przypływie chwilowego poczucia winy, prezydent Wałęsa na moment przestał myśleć o sobie i przestał słuchać swoich ubeków i chciał sprawiedliwie podzielić wspólny majątek narodowy pomiędzy wszystkich obywateli, którzy przecież tytularnie byli jego właścicielami. Ale szybko mu przeszło i nic z tego nie wyszło. Biedni biednymi pozostali, a cwaniacy i złodzieje bogacili się ponad miarę.

To wszystko Kaczyński chce odkręcić. Taką ciągle mam nadzieję. Bo oczywiście, jak zwykle, przylepiły się do nowej władzy hieny i ścierwojady, które chcą dorwać się do własnego, jak największego kawałka krajowego tortu,
Bacznie na to patrzymy i pilnujemy, żeby władza natychmiast wypalała takie wrzody gorącym żelazem.


Jest jeszcze jedno istotne zjawisko, powiedziałbym, natury biologicznej. Lemingi, w swoim gatunkowym instynkcie, mają samobójcze skłonności autodestrukcyjne. Rzucają się więc gromadnie pod wolno napierający walec. Widocznie przejęli wiarę od islamskich fanatyków, że krzywda, jaką walec im wyrządzi, uczyni z nich męczenników. Starają się, jak mogą. Gromadzą się, wykrzykują, nadstawiają kolejne części ciała, by przynajmniej spuścić im lanie.
Lecz Kaczyński ze swoim walcem jest człowiekiem dobrodusznym. Nie chce użyć nawet gazu łzawiącego, a co dopiero białych pałek, które pamiętamy z działań ZOMO, albo gumowych kul użytych niedawno przez siepaczy premier Kopacz przeciwko górnikom.
W swojej desperacji i rozpaczy lemingi z KODu sami się kładą na ulicy, by choć symbolicznie poczuć się ofiarą. Jak to miało miejsce pod gmachem Sejmu.
Tak to jest z tymi biedakami, gdy biegną, lub raczej spacerują w pogoni za chwałą.

Zatrzymać walec w ruchu jest niezmiernie trudno. To potężna maszyna.
Większość narodu patrzy na ten powolny ruch z sympatią i nadzieją. I słusznie. Na końcu jest ich dobrobyt i bezpieczeństwo.
Wściekli natomiast są ci, co już starannie wypielęgnowali swój ogródek, poustawiali tam gliniane krasnale i bujają się rozkosznie na hamaku. Fakt, krasnale były kradzione, ogródek przejęty za bezcen, a za możliwość pobujania się trzeba było przetrzepać skórę paru nachalnym opozycjonistom.
A teraz przez ich umiłowane ogródki wytyczono nową drogę dla narodu. Nie oddamy! Nigdy! Ubierzemy futerko z norek lub puchową kurteczkę i pójdziemy walczyć.

Wielu twierdzi, że walec porusza się za wolno. To głównie gorące prawicowe głowy. Natomiast lewacka, neoliberalna opozycja, która przez osiem lat przyzwyczaiła się do dreptania tip-topami, twierdzi, że walec pędzi, jak Formuła 1. A tacy dziennikarze, jak Łukasz Warzecha, czy Andrzej Stankiewicz twierdzą, że walec jedzie zygzakiem. Ale oni już tak mają, jako cierpiący na zawroty głowy.

Mam wielką nadzieję, że walec Kaczyńskiego należy do tych boskich instrumentów, które niewzruszone i dostojne, bez względu na warunki i otoczenie, przewalają się przez świat, zmieniając raz na zawsze rzeczywistość.
Minie więc epoka hipokryzji i zakłamania. Politycznej poprawności i łajdackiego rabowania. Fałszywych proroków, kiepskich komediantów i dętych bufonów.
Zapanuje wreszcie normalność. Wyprostowana walcowaniem.

Ps. Walec Kaczyńskiego nie ma absolutnie nic wspólnego z niesławną Hanną Gronkiewicz-Waltz.


.

czwartek, 15 grudnia 2016

Kaszubskie Gotham City

 
Coś mnie tknęło. Miałem już tekst gotowy, jak należy, z faktami, nazwiskami, nipami i kaeresami i już, już miałem publikować, gdy postanowiłem trochę podzwonić. I nie tylko jeden dobrze poinformowany kolega powiedział:
- Uważaj! Tam jest gruba forsa. A gdzie gruba forsa, to pewnie i służby. I nie mają litości.
Szybko przed oczami przeleciały mi perypetie Wojciecha Sumlińskiego, czy tragiczny koniec Andrzeja Leppera i zdecydowałem się tekst nieco zmienić. Aż taki odważny nie jestem.




Jak wszyscy miłośnicy komiksów, a obecnie również kinomani wiedzą, że Gotham City to siedziba Batmana i jednocześnie miasto bezprawia.
Zapewne znacznie mniej już wie, że w XIX wieku nazywano tak również Nowy Jork.
A już doprawdy nieliczni wiedzą, że Gotham to angielska wieś, ktorej mieszkańcy udawali obłąkanych, by uniknąć nałożonych podatków.

Czy mieszkańcy kaszubskiego Gotham City – Gdańska, również udają obłąkanych, by utrzymać przy władzy skorumpowaną pajęczynę i prezydenta Pawła Adamowicza?
I czy wreszcie pojawi się Batman, by miasto bezprawia oczyścić i uzdrowić?


W minionym tygodniu wreszcie zaczęło się dziać coś pozytywnego dla Gdańska.
Zeznająca przed komisją ds. afery Amber Gold gdańska prokuratura, która wprawdzie nie udaje obłąkania, tylko choruje chronicznie i obłożnie, albo zapada na tajemniczą amnezję, została w dużym stopniu zdymisjonowana przez prokuratora generalnego.
Prezydent Adamowicz, butny i arogancki w poczuciu bezkarności, bedzie musiał się jednak wytłumaczyć przed sądem z cudownego rozmnożenia gotówki, jakie go spotkało w minionych latach, w trakcie pełnienia publicznej funkcji.
I wreszcie wiceprezes LOTOSu i jednocześnie świeżo wybrany członek zarządu PISu na wybrzeżu Przemysłw Majchrowicz, o którego interesach dopiero co pisałem , jak i również portal wPolityce.pl i tygodnik w Sieci, wracał z Warszawy do domu i w obszarze zabudowanym z ustawowym ograniczeniem prędkości do 50 km/godz, został złapany przez policję, gdy pędził 150 km/godz (!!!) i stracił prawo jazdy.

Tyle dobrych dla Gdańska wiadomości.

Niestety, jest jeszcze multum spraw do zrobienia, aby miasto straciło swój mroczny i podejrzany charakter.
Podam w telegraficznym skrócie parę problemów, na które zwracają moją uwagę czytelnicy, jak ja, zaniepokojeni sytuacją na wybrzeżu.

Dodam jeszcze, że obecnie, jak podają dobrze zorientowane wiewiórki, kadrami i finansami na wybrzeżu, głównie w Gdańsku, rządzi nieformalna grupa działaczy - Wąsaty, Kadrowy, Biznesmen i Pomocnik

I oto parę donosów od czytelników na temat tej grupy:

100 000 zł od Energii S.A. na organizację koncertu
Dwóch członków zarządu Energa SA w Gdańsku P.P. i G.K. podpisali w październiku 2016 umowę na sponsoring z firmą, która została zarejestrowana miesiąc wcześniej we wrześniu 2016. Firma nazywa się XYZ sp. z o.o. z siedzibą w Gdańsku ul. XX, NIP 0000000. Jakież to rekomendacje miała ta firma, że dostała aż 100.000 zł. Przecież uczciwych referencji nie zdążyli pozyskać? Pieniądze te rzekomo poszły na sponsoring koncertu 30.10.2016 roku.
Informacje o tym koncercie można znaleźć m.in.:
Nikt nie organizuje koncertu na 17 dni przed jego rozpoczęciem a sprawa najprawdopodobniej została ustawiona na pozyskanie środków dodatkowych do wydania na tych, którzy to zlecenie podpisali. Stworzenie koncertu to praca na wiele tygodni wcześniej. Koncert już miał sponsorów, a koszt występu artystów wyniósł ok. 30 tys. zł.  Za bilety widzowie płacili 60 zł.
Kim są właściciele firmy która zarobiła 100.000 złotych na umowie z ENERGA S.A.?
 Nijaki pan Dariusz M.i i Joanna M.. Już wcześniej próbowali wyciągnąć kasę z Energii, ale jako firma od robienia projektów budowlanych czyli konkretnie -  firma ZYX ul. XXX w Gdańsku (czyli adres ten sam co firma XYZ!). M. startował w wyborach samorządowych 2014 z listy lewicowego Waldemara Bartelika, "Lista wyborcza W. Bartelika" (byłego prezesa zarządu w Energa w Gdańsku). Widać że ten pan ma nowy układ w Enerdze chyba, że Bartelik i obecni prezesi to te same układy.
Pan D. M. ściśle współpracuje, a dokładnie jest pełnomocnikiem, firmy ABC SA z Gdańska. Właścicielem firmy ABC, jest Biznesmen i członkowie jego najbliższej rodziny. 
Sam pan Biznesmen jest członkiem rady nadzorczej w Energa Operator, największej firmy w Grupie Energa, która zasponsorowała właśnie jego pełnomocnika  pana M. (o czym powyżej). 

Informacja o powyższym ukazała się http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/100-tys-zl-od-Energi-na-koncert-Niewazne-doswiadczenie-wazna-idea-n107503.html 

To właściwie drobiazg. Jak pisałem a i Karnowscy pisali, Przemysław Marchlewicz zmaga się z długiem w wysokości 10 milionów, a jak mówią niektórzy – 30 milionów.

No to jeszcze coś:

Kolejne miliony dla zadłużonej spółki Biznesmena - IJK SA.
Wynik finansowy spółki za 2015 rok wskazuje stratę na działalności operacyjnej ok. 3, 6 mln złotych. Zestawienie zmian w kapitałach pokazuje także straty bilansowe minus 15 milionów złotych (tytułem pokrycia strat z lat ubiegłych).
Źródło: Raport Spółki
Spółka IJK jest spółką akcyjną, której udziały posiada m. in. Biznesmen, oraz kapitał cypryjski, 
Źródło: (http://www.stockwatch.pl/
W maju 2016 roku spółka IJK SA otrzymuje dotację z NCBiR w wysokości 10,3 mln złotych.
Żródło: http://www.
Nie mam nic przeciwko działalnosci biznesowej. Nie podoba mi się tylko, kiedy w interesach wykorzystuje się luki prawne, lub nawet robi się ordynarne przekręty.

Wybieraliśmy PIS m.in dla hasła "dobra zmiana". Premier Szydło powtarzała to dostatecznie często, aby utrwaliło się w nas mocno.
Lecz rozumieliśmy, może naiwnie, że oznacza to koniec przekrętów i kombinowania, uczciwość, transparentność i prostą przyzwoitość. Dość mamy już facetów, którzy od dziadków dostają w prezencie ogromne sumy i nie wiedzą ile właściwie mieszkań posiadają. Chcemy się ich pozbyć. Lecz nie chcemy, by zastąpili ich inni, również przylepieni do aktualnej władzy.

Ciągle mam nadzieję, że PIS na wszystkich polach będzie grał uczciwie. Ciągle mam do niego zaufanie, mimo, że lokalni działacze starają się je nadwyrężyć. Cierpliwości mi nie brak. W końcu czekałem osiem lat by przegonić szubrawców. Lecz każda cierpliwość ma swoje granice. Nie chciałbym jej przekroczyć.

.

Gdańskie bagno rozlewa się na PIS?



Prezes PIS, Jarosław Kaczyński, wspomniał parę tygodni temu o "złotych chłopcach". Miał na myśli tych, co korzystając z PISu u władzy, chcą robić błyskawiczne kariery. Oczywiście, przede wszystkim finansowe.
Czy PJK miał na myśli wyłącznie towarzystwo zgrupowane wokół swojego, byłego rzecznika Adama Hofmana, czy również działaczy partii z Pomorza, robiących zaskakujące kariery?

Zajmuję się tropieniem różnych takich spraw, aby po prostu dbać, by imię Prawa i Sprawiedliwości było synonimem uczciwości i prawości. Niech w końcu rządzą Polską wyłącznie ludzie, do których możemy mieć pełne zaufanie. Żeby wreszcie naród, szczególnie ci, którzy nie głosują, mogli wreszcie przestać mówić – "nieważne, kto rządzi – oni wszyscy są tacy sami".
Oczywiście najbliższe są mi sprawy terenu, gdzie żyję i który dobrze znam, czyli Trójmiasta i Kaszub. I proszę mi uwierzyć – mam materiałów o aferach i aferkach z tego obszaru, o przekrętach, kolesiostwie, nepotyzmie, itd. w stosie wielkim od podłogi do sufitu.
Ciągle jeszcze trwa sprzątanie po działalności kochanki premiera Buzka, pani TK, a już tworzą się następne kombinacje. Niestety, związane tym razem z PIS.

O niecnych działaniach wiceprezesa grupy LOTOS, a jednocześnie członka PISu, pana Przemysława Marchlewicza, wiem już od pewnego czasu. Chciałem poinformować o sprawie prezesa Kaczyńskiego, przed publikacją materiałów. Lecz mi się nie udało.
Okazuje się, że nie tylko ja, ale inni też, w tym warszawscy dziennikarze, z braćmi Karnowskimi na czele, dowiedzieli się o sytuacji w pomorskim PISie. Może mieli swoje źródła, może ja coś nieopacznie chlapnąłem, niemniej wczoraj (25 XI 16) ukazał się w czołowym politycznym portalu internetowym wPolityce.pl poniższy artykuł:

http://wpolityce.pl/gospodarka/316853-jachtowy-biznes-pod-lupa-prokuratury-moglo-dojsc-do-wyludzenia-dotacji-przyznanej-firmie-ktora-kierowal-wiceprezes-lotosu .

Pokazuje on jedną, niedużą, proszę mi wierzyć, sprawę, w stosunku do której toczy się śledztwo, a w którą jest zamieszany pan prezes Marchlewicz. Zapewniam, że są jeszcze inne, dużo poważniejsze. Może Karnowscy je ujawnią, jak zapowiadają, w następnym numerze tygodnika wSieci.

Jako, że zostałem wyprzedzony, co po prawdzie może dobrze, bo waga słów czołowych dziennikarzy warszawskich ma kolosalnie większą wagę, niż odkrycia prowincjonalnego blogera, pozwolę sobie przytoczyć parę fragmentów z zalinkowanego artykułu.

"Turbulencje wokół jednej z najważniejszych spółek skarbu państwa. Prokuratura Regionalna w Gdańsku prowadzi śledztwo w sprawie wyłudzenia unijnej dotacji przyznanej firmie, której do niedawna szefował obecny wiceprezes Grupy Lotos S.A. Przemysław Marchlewicz.
W ramach zaliczki wypłacono kwotę 10.000.000 zł. W toku śledztwa zabezpieczono dokumentacje finansowo – księgową oraz przesłuchano szereg osób
— informuje Maciej Załęski z Prokuratury Rejonowej w Gdańsku. Do tej pory nikomu nie przedstawiono zarzutów. Jak ustaliliśmy w źródłach zbliżonych do śledztwa, sprawa jest „dynamiczna i rozwojowa”.
Przemysław Marchlewicz pełni w Lotosie funkcję wiceprezesa ds. korporacyjnych. Zanim zakotwiczył w zarządzie naftowego giganta prowadził bardzo bogatą działalność w prywatnym biznesie, angażując się – jak czytamy na stronie Lotosu – „w innowacyjne projekty biznesowe, głównie z zakresu finansów i energetyki”. "

Niezorientowanych w trójmiejskich konfiturach do których bysie wyciągają swe lepkie łapki, informuję, że najważniejsze z nich to grupa LOTOS,  grupa Energa, porty – gdański i gdyński i Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna. Tu są na prawdę duże pieniądze. Będąc w zarządzie, czy radzie nadzorczej, można spokojnie liczyć na miesięczne dochody w wysokości 50 000 złotych. A znam takich co zasiadają w paru radach nadzorczych.

Patrzmy dalej:
"Prokuratorskie śledztwo dotyczy jednak innej branży. Chodzi o kierowaną do niedawna przez Marchlewicza firmę trudniącą się budową jachtów dalekomorskich. W czerwcu 2014 roku otrzymała ona blisko 40 mln zł dofinansowania na jeden ze swych projektów. Wypłacono 10 milionów złotych zaliczki. W listopadzie ubiegłego roku Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości zawiadomiła prokuraturę o nieprawidłowościach. W połowie stycznia br. wszczęto śledztwo.
Jego przedmiotem jest wyłudzenie dofinansowania z programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka 2009 – 2013. Dotacja dotyczyła wdrożenia innowacyjnej technologii produkcji nowoczesnych jachtów dalekomorskich
— informuje Maciej Załęski .
W toku śledztwa zabezpieczono dokumentację finansowo-księgową oraz przesłuchano szereg osób.
Do tej pory śledztwo prowadzone jest w sprawie, a nie przeciwko konkretnym osobom."

Przemysław Marchlewicz oczywiście się broni przed zarzutami.  Nie mniej, śledztwo w gdańskiej Prokuraturze Okręgowej, w wydziale do spraw przestępstw skarbowych i gospodarczych jest prowadzone. I kto wie, czy wkrótce paleta przewinień nie będzie rozszerzona o inne działania i inne osoby.
Przemysław Marchlewicz:
"Przemysław Marchlewicz podkreśla, że prezesem badanej przez śledczych firmy został już po tym, jak uzyskała ona dotację (był nim jednak, gdy umowę rozliczano, a wcześniej świadczył spółce usługi doradcze, także dotyczące dofinansowania unijnego).
Na dziś spółka jest w sporze z PARP co do rozliczenia dotacji. PARP zmienił zasady realizacji projektu. Spółka rozliczała się na bieżąco i prowadziła projekt zgodnie ze sztuką
— poinformował nas Marchlewicz."

Osobiście chciałem czekać jeszcze trochę, bo dzisiaj (26 XI 16) odbywa się w Gdańsku okręgowy zjazd PISu. Więc podgrzewanie atmosfery jest jak najbardziej nie na miejscu.
Jednakże, jak się dowiedziałem, pan Przemysław Marchlewicz, zamierza kandydować do władz okręgowych. Więc chyba dobrze, że Karnowscy opublikowali ten materiał teraz.
Pan Marchlewicz, w swoim środowisku, za plecami nazywany "kadrowym", nie powinien być na żadnym stanowisku w partii, gdy może grozi mu z tej partii wyrzucenie.

Tyle aktualności. Temat układów na wybrzeżu, "złotych chłopców", kolesiostwa i zwykłych przestępstw dopiero się zaczyna. A ja sukcesywnie będę o tym informował. Niezależnie od opcji politycznej - złodziej jest złodziejem.


.

wtorek, 8 listopada 2016

Ponura polska starość

 

Czy wiesz mój drogi starszy przyjacielu, że jak skończysz siedemdziesiąt lat, to dla banków jesteś trupem?
Nie?
No, pół-trupem, powiedzmy. Chętnie nadal będą brali twoje skromne pieniądze, ale poważnego kredytu już nie dostaniesz. Nawet jeśli masz własny apartament, własny dom, czy kawał ziemi. Takie zabezpieczenie kredytu się nie liczy. Liczy sie tylko to, że ty już nie masz dochodów, a ich sprytne wyliczenia wskazują, że nie dożyjesz końca spłaty kredytu.
Więc jesteś trup, chociaż jeszcze nieźle fikasz.


Na moim norweskim statku, płynąc gdzieś z Rosji na Morze Północne, nagle nad ranem zmieniliśmy kurs i zbliżyliśmy się do Bornholmu. Okazało się, że mojemu przyjacielowi z Goeteborga zmarł ojciec i musi on polecieć na pogrzeb. Powiedział mi, że nie widział swojego ojca piętnaście lat. Gdy go spytałem, gdzie ojciec mieszkał, zakładając, że pewnie gdzieś pod kołem biegunowym, odpowiedział, że na sąsiedniej ulicy. Dziesięć minut od niego swobodnym spacerkiem. Czujecie? Ojciec i syn, praktycznie sąsiedzi, a nie odwiedzali się piętnaście lat.
Lecz tak już jest w tych surowych skandynawskich, protestanckich krajach. Więzy rodzinne są bardzo cienkie. Gdy już osiągniesz osiemnaście lat, to najczęściej od rodziny możesz się spodziewać kopa w d. i radź sobie sam. Fakt, państwo jest socjalistyczne i tak prospołeczne, że się tobą zaopiekuje. Dostaniesz pracę po odpowiednich kursach. Albo, jeśli masz chęć i zdolności, pójdziesz na wyższą uczelnię, a warunki do życia zapewni ci powszechny kredyt studencki.
Wszystko jest należycie zorganizowane, abyś w samotności, od początku aż do śmierci mógł godnie przeżyć.
Jakże to jest różne od rodzin śródziemnomorskich, gdzie we Włoszech, czy Grecji rodziny trzymają się zawsze razem, a najstarsi dziadkowie i babcie darzeni są ogromnym szacunkiem i miłością aż do końca.

A my w Polsce? Jesteśmy po środku. Trochę tacy i trochę tacy.
Generalnie staruszkowie na dzieci nie mają co liczyć. Bo, albo są za biedne, albo są za wredne. Najczęściej z naszej winy, gdyż obdzieliliśmy je nadmierną miłością, tworząc samolubów, egoistów o nieustannej postawie roszczeniowej (osobiście nie narzekam i jestem z tego dumny).
Pozostaje więc nam liczyć tylko na siebie i już w późnej młodości rozważać, jak sobie zabezpieczyć przyszłość.

Dzisiaj jest nas w Polsce prawie dokładnie 5 milionów emerytów. Co, biorąc pod uwagę ludność Polski wynoszącą 38,5 miliona ludzi, stanowi 13 procent społeczeństwa. Nie jest to wartość straszna, jak opowiadają różni czarnowidze. I co ciekawe, liczba emerytów w ostatnich latach się zatrzymała i bardzo niewiele rośnie.
Nie będę tutaj zanudzał statystykami, liczbami, tabelami, czy wykresami. To materiał dla specjalistów i kto chce może w załączonych linkach sobie pogmerać.
Powiem tylko, że 54% emerytów dostaje swoją emeryturę w wysokości poniżej 2 tysięcy złotych. A kobiety wyraźnie mniej od mężczyzn.

Tak już niestety jest, iż przychodzi taki moment, że najbliższa osoba odchodzi i zostaje się ze swoją starością samemu.
Dostając na życie kwotę poniżej tych dwóch tysięcy, oznacza to, że żyjemy w biedzie. Często nawet jesteśmy zmuszeni do drastycznych działań i nie możemy spokojnie dożywać w swoim własnym domu, bo nagle okazuje się, że całą tą śmieszną emeryturę zżerają comiesięczne opłaty: czynsze, media i inne. Wyprzedajemy się więc na starość. Przeprowadzamy się do jakiś studenckich pokoików. Pozbywamy się otoczenia, z którym byliśmy związani całe życie.
A przecież mówi się – Nie przesadza się starych drzew.

No więc tak: 5 milionów emerytów to nie w kij dmuchał. I jeszcze na dodatek wszyscy oni mają prawo głosu. Czyli każdy, co chce władzy, chcąc nie chcąc, musi o nich poważnie myśleć.
Gdy pominiemy ubeków, którzy powoli, lecz systematycznie wymierają, oraz komunistycznych przodowników, to sie okaże, że coraz więcej naszej starszyzny, to tacy, co za komuny nie zdążyli porządnie narozrabiać i się zhańbić.
Samolubnie i egoistycznie muszę nadmienić, że gdy ponad trzydzieści lat tułałem się po morzach w blaszanej puszce, a zasłużony dla ówczesnej władzy koleś wycierał d. fotele na kolejnych placówkach, to dzisiaj (!!!), gdy za symbol komunizmu można pójść do więzienia, to ja, jako emeryt będę poniżej tych magicznych 2 tyś, a on, który się tak napracował dla dobra komunistycznej ojczyzny, taki zasłużony i pewnie z medalami za tępienie opozycji, spokojnie sobie pożyje aż do śmierci, za jakieś 3 – 4 tysiące.

Jednakże te 54 procent tych, których emerytury mieszczą się poniżej progu ubóstwa to dla państwa wstyd i nieustanny wyrzut sumienia.


Ja rozumiem co to są priorytety. Władza musiała najpierw przemówić do młodych, aby zatrzymać dwa tragiczne dla państwa procesy: spadek urodzin i emigrację młodzieży. Stąd 500+ i Mieszkanie+.
Tylko, że emeryci nie mają już czasu. Po prostu wymierają. I co najtragiczniejsze: często w biedzie i zapomnieniu.

Dlatego mając na uwadze ciężko się spinający budżet państwa żądam aby jak najszybciej znieść opodatkowanie niskich emerytur – tych właśnie poniżej 2 tysięcy złotych.

Niech biurokraci i para-ekonomiści nie płaczą, bo nie są to aż tak straszne pieniądze.
Uśredniając, to jest zostawienie około 200 złotych w portfelu emeryta. Czyli koszt, prosto licząc: 3 mln emerytów z emeryturami poniżej 2 tyś  x  ok. 200 zł  x  12 miesięcy nie powinno przekroczyć 6 miliardów złotych rocznie.
Przypominam, dla porównania, że 500+ to około 22 miliardy rocznie.

Taki powinien być pierwszy krok państwa w stosunku do emerytów. Może jeszcze nie w 2017 roku, lecz w 2018 koniecznie.

Dodam jeszcze, że generalnie opodatkowywanie emerytur jest głęboko niemoralne i państwo, które stawia się wyżej e tycznie od banków, łupi obywateli bardziej niż one.
Przecież każdy pracujący, zanim został emerytem, to praktycznie prawie przez 40 lat regularnie płacił podatki. Więc dlaczegu musi na emeryturze za to samo jeszcze raz płacić?
Gdyby, powiedzmy, składkę emerytalną sam odkładał w banku, to przecież nie byłaby ona opodatkowana.
Coś tu potężnie nie gra i nie potrafię tego zrozumieć.
To nie jest należna państwu danina tylko ordynarny haracz.


Jestem optymistą i popieram dobrą zmianę. W działaniach premiera Morawieckiego, który wkrótce przejdzie z fazy projektowania do fazy realizacji, widzę autentyczny potencjał. A co więcej, po raz pierwszy od 1989 roku ma on plan skierowany nie tylko na mityczną gospodarkę, ale także na wzrost dobrobytu każdego obywatela.
Dlatego uważam, że wskaźnik wzrostu PKB, nota bene, bardzo marny wskaźnik, lecz ogólnie zrozumiały, wkrótce wzrośnie do czterech procent, a jak ceny surowców, które mamy (węgiel, siarka, miedź) nadal będa tak rosły tak ładnie, to nawet te 4% przekroczy.
Wtedy z naprawą emerytur można przejść do następnego etapu.

Etap drugi, to podniesienie wszystkich najniższych wypracowanych emerytur do poziomu 2 tysięcy złotych.

To również nie będą jakieś straszne pieniądze i wielkie obciążenie dla państwa, jeżeli jednocześnie ustanowimy górny pułap emerytury, powiedzmy na poziomie 5 tysięcy złotych.
A znane są wszystkim emerytury w wysokości od 10 do 20 tyś. zł.
W takiej modelowej sytuacji, powiedzmy prezes Rzepliński, którego emerytura wyniesie od 19 grudnia 2016 (wszyscy liczymy dni do tej daty), zadowoli się kwotą 5 tyś., a pozostałe 10 tyś. pozwoli aż dwudziestu emerytom, którzy dzisiaj mają 1500 zł, otrzymywać 2000 zł.

Ktoś może się zapytać i całkiem słusznie – skąd ja wziąłem te magiczne 2000 zł?
Otóż moje wyliczenia i obserwacja wskazują, że jest to dzisiaj granica między nędzą i ubóstwem. Pisałem zresztą o tym. Żyjąc w nędzy nieustannie się martwisz, czy przeżyjesz kolejny miesiąc i modlisz się byś nie zachorował, lub spotkało cię jakieś nieszczęście. I, jak dotąd, nikt nie podważył tych dwóch tyś..
Oczywiście może się to lekko wahać, w zależności od regionu zamieszkania. A za dziesięć lat może to być 3000 zł a nie dwa.


Państwo musi się w końcu poważnie zająć emeryturami.
Państwo PISu, bo państwo PO, SLD, czy PSL, a nawet AWS myślało tylko i wyłącznie o sobie i nic przez ćwierć wieku w tym zakresie nie robiło.
Obecna rewaloryzacja w granicach 5 złotych rocznie to kpiny z ludzi!

Jest wielu mądrych ekonomistów i matematyków, którzy potrafią stworzyć na przyszłość taki system emerytalny, który przestanie wreszcie być czarną dziurą. We wielu państwach na świecie, choćby za naszą zachodnią granicą emeryci mają względny dobrobyt. Czyli można.
Dotychczasowy ZUS musi zniknąć. Koszty jego są ogromne, a efektywność bardzo mała. Praktycznie ta instytucja sama zżera lwią część składek emerytalnych i innych.

Pewna wyjątkowo durna posłanka minionej władzy poważnie rozważała możliwości eutanazji. Pewnie, dla państwa niewolniczego najlepiej byłoby, gdyby pracownik po przepracowaniu całego życia, natychmiast na koniec odszedł w zaświaty. Gdy premier Tusk podnosił wiek emerytalny do 67 lat, to może dalej planował podnieść go do 75? Całkiem możliwe...

W idealnej teorii państwa przejście na emeryturę jest nagrodą za lata trudu i znoju; za ciężką pracę i wychowanie następnych pokoleń. Emeryci cieszą się powszechnym szacunkiem, a życie ich dobiega końca w spokoju, bezpieczeństwie i radości.
Kpię sobie? Nie.
Widziałem tysiące takich emerytów przed południem w kawiarenkach Paryża, Amsterdamu, czy Monachium. Spotykałem ich na plażach Hiszpanii, Grecji, czy Tunezji.
Powiecie – oni są obywatelami bogatych państw...
Czy to oznacza, że my na zawsze mamy być biedni, jako cały naród?

Chińczycy mówią i jak widziałem, praktycznie to realizują – pokaż mi, jak traktujesz swoich seniorów, a będę wiedział, na jakim etapie cywilizacji jesteś.


.



[1]   http://www.newsweek.pl/biznes/liczba-emerytow-w-polsce-prognoza-emerytalna-newsweek-pl,artykuly,342837,1.html
[2]   http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/emeryci-w-polsce-miesiecznie-wydajemy-na,229,0,1821669.html
[3]   http://www.zus.pl/files/Struktura_po_waloryzacji_w_marcu_2016.pdf