czwartek, 23 czerwca 2016

Anglikom wystarczy odwagi?




Czy Anglikom wystarczy odwagi dowiemy się już pojutrze po północy.
Tak, jestem za Brexitem. Mimo, że moi przywódcy – prezydent Duda, premier Szydło, czy minister Waszczykowski publicznie głoszą, że to byłoby wielkie nieszczęście. Tylko, że tym razem, ja w ich szczerość niezupełnie wierzę. Mówią tak, bo w europejskim świecie polityki tak wypada mówić. A co myślą prywatnie zachowują dla siebie.

Najpierw nieśmiało, ale odważnie sprzeciwił się Viktor Orban. Potem, pół roku temu do władzy w RP doszedł PIS i również zaczął Unii Europejskiej stawać okoniem.
Wielka Brytania już od dawna miała dosyć unijnych popaprańców i darmozjadów i w końcu zdecydowała się rzucić swoją obecność w europejskim molochu na rezultat ogólnokrajowego referendum.
W ten sposób, jako pierwsze państwo, realizuje początek końca, sprzeciw wobec poronionego pomysłu, jakim w obecnym kształcie jest Unia.

To nie tylko Węgry, Polska i Wielka Brytania mają dosyć biurokratów z Brukseli. Są jeszce Włochy, Hiszpania, rozwalona Grecja, Dania, Finlandia, czy nawet Szwecja.
Gdy w jesiennych wyborach we Francji wygra prawica, to już wszystko może posypać się, jak domek z kart.

Brytyjskie referendum jest pierwszą oficjalną próbą przeciwstawienia się ponuremu projektowi, który w sposób niewypowiedziany, a tym bardziej niedemokratyczny usiłuje się realizować – Europejskie Bizancjum, część Nowego Porządku Świata.
W tym zamyśle Niewidzialni Władcy Ziemi zdecydowali, że pod światłym przewodem Niemiec i Francji i gorącym wsparciem państw Beneluksu, zlikwiduje się Europę suwerennych narodów i stworzy molocha, który po kolei będzie pożerał państwo po państwie, sycąc światową finansjerę, brukselską biurokrację i rodzimych banksterów.

Wielka Brytania jako pierwsza, widząc, co się dzieje, widząc, jak unijni urzędnicy, nominaci, ludzie bez społecznego mandatu, coraz wyżej i szerzej budujący swoją potęgę i zawłaszczający coraz większe obszary niepodległych państw, zdecydowała się powiedzieć temu stop. Powiedzieć otwarcie, że to zła, fałszywa i zdradliwa droga, odbierająca państwom Europy to, co dobre i stawiając je w roli niesamodzielnych, poddanych republik.

Oczywiście, nie wszystko, co daje Unia Europejska jest złe. Swoboda poruszania się i zniesienie granic, to duży przywilej dla Europejczyków. Tak samo strefa wolnego handlu i unia celna. Także nieco ciągle kulejąca mozliwość pracy na całym terytorium Unii.
Lecz dając ludności te "luksusy" jednocześnie Bruksela powoli, lecz z bezwzględnością tsunami, realizuje coraz mocniejsze zawłaszczanie suwerenności poszczególnych państw: podstawy ustrojowe, prawodawstwo, struktury terytorialne, a nawet podstawowe aspekty codziennego życia obywateli.
To mi dosłownie przypomina komunistyczną unifikację w wersji Mao Zedonga, co mnie wcale nie dziwi, bo gros unijnych biurokratów to lewacy, śpiący do tej pory z czerwoną książeczką Mao pod poduszką.

Na pytanie, czy celem nadrzędnym władz UE jest dobrobyt obywateli Europy muszę stanowczo odpowiedzieć – nie.
Jak to w Bizancjum, celem pierwszoplanowym jest dobrobyt władców; całej tej wielkiej rzeszy, będących poza prawem stosowanym dla zwykłych ludzi, urzędników, komisarzy, euro-parlamentarzystów i prawników.
Oraz, a może przede wszystkim, dobrobyt wielkich międzynarodowych korporacji, banków i instytucji finansowych, bo to oni dają kasę, na taki właśnie rozwój.

To nie całe dwa lata, jak praktycznie zniszczono Grecję. I nie dajmy sobie wmówić, że to Grecy sami, poprzez swoją rozrzutność i lekkomyślność doprowadzili do zapaści. Jakoś potrafili rozsądnie gospodarować przed wejściem do strefy euro. Przekonany jestem, że świadomie i z premedytacją wepchnięto ich w pułapkę zadłużenia, właśnie po to by ograniczyć ich suwerenność.
A w kolejce do identycznego losu czekały już Hiszpania, Portugalia, a nawet Włochy.
A w Polsce? Pamiętamy dobrze, jak posłuszny i lojalny służalec Berlina, premier Tusk, walczył ze wszystkich sił, by Polska wprowadziła Euro. Miało to nastąpić już w 2011 roku. Na szczęście siły rozsądku nie dopuściły do tego.
Waluta euro to takie dodatkowe, aksamitne kajdany uzależniające państwa od Brukseli, a konkretniej, od Berlina i Paryża.

Przeciwnicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii rozpętali ogromną propagandę strachu – to będzie UK wiele kosztować, gospodarka się załamie, chaos i regres będzie trwał długie lata. Czyżby?
Są przecież w Europie podobne państwa – Szwajcaria i Norwegia, które do Unii nie należą i nie mają ochoty należeć, i które świetnie się rozwijają i w których dobrobyt obywateli jest stukrotnie wyższy, niż średnia unijna.
Wielka Brytania już po roku od wyjścia z Unii może osiągnąć wyższy poziom od tego, jak była członkiem UE.

Unia Europejska nie musi się rozpaść, jak to zapowiadają niektórzy, z powodu efektu domina, który wywoła brytyjska secesja. Może przeżyć, ale dużo będzie zależało od woli europejskich stolic. I na pewno, nie będzie to już ta sama Unia.

Popatrzmy na minione pół roku władzy PISu w Polsce. Ugrupowania i partie, które przegrały, nie chcą przyjąc tego do wiadomości, nie chcą ustąpić i brutalnie walczą, by przywrócić poprzedni układ.
Tak samo będzie, gdy Europa suwerennych państw będzie chciała zmienić Brukselę. Łatwo nie będzie. Okopani w gabinetach za biurkami komisarze będą walczyć do upadłego. Do ostatniego długopisu i laptopa.

I na koniec. Czy Wielka Brytania wyjdzie z Unii, czy nie wyjdzie, już dla Brukseli nie ma takiego znaczenia. Proces już został rozpoczęty i nie da się go zatrzymać. Unia musi się zmienić. Traktaty trzeba renegocjować.Formalnie trzeba ustanowić regułę samoograniczania się Unii, tak, by urzędnicy nie mogli zdobywać i opanowywać nowych obszarów.
I Unia musi zostać zmuszona do realizacji celu głównego – dobrobyt obywateli.

Osobiście w tym względzie jestem pesymistą. Unia w obecnym kształcie rozpadnie się w ciągu paru lat.
Może pozostanie, jak kiedyś, na początku ścisłe jądro – Niemcy, Francja i Benelux (może nawet bez Francji), które kadłubowo będzie przypominać to, co jest teraz.
A reszta Europy ma całą masę traktatów, które pozowlą na swobodne podróżowanie, zatrudnienie i obrót towarów i które nie wymagają monstrualnej i szkodliwej, brukselskiej czapy.

Tak więc za dwa dni zobaczymy, jaki sygnał napłynie z Wielkiej Brytanii.


.

czwartek, 9 czerwca 2016

Soros postawił kropkę nad i


Już od dawna wiedzieliśmy to i owo. Raczej z naciskiem na owo.

Ktoś usilnie nie pozwala Polsce na pełną samodzielność. Nie pozwala i nie pozwalał. Tak, jakby w ludzkim, nie boskim schemacie świata Rzeczpospolita, po rozkwicie i potędze w XVI i XVII wieku, miała upaść i stracić swą pełną suwerenność na zawsze. Odtąd miała grać w drugiej lidze państw podporządkowanych, państw zależnych; miała być protektoratem, państwem tylko de nomine, kadłubowym, gdzie decyzje o jej losie zawierane są poza nią i nikt nie zamierza pytać Polaków o ich zdanie.


Na krótki okres udało się wyrwać z tego kręgu zależności i niesamodzielności po I Wojnie Światowej. Obserwowaliśmy wówczas niebywały rozkwit i postęp kraju, mimo, że nie było w zewnętrznych stosunkach wcale łatwo, a nowo powstały komunizm w Rosji wydał nam wojnę, najechał na Polskę i ponownie chciał ją całkowicie podporządkować. Tylko bitność wojska, wspaniali dowódcy i morale młodziutkiego, odrodzonego narodu, nie dopuściły do zwycięstwa dzikich wschodnich hord. Wojnę 1920 roku wygraliśmy, a słaba, wyniszczona wojną Europa, chyba do dzisiaj nie zdaje sobie sprawy, że ówczesne zwycięstwo nad bolszewikami, zatrzymało ich marsz, co mieli w planie, aż po Atlantyk. Gdyby zwyciężyli, młoda Polska nie dałaby rady, to jak by Europa wyglądała dzisiaj? Zapewne przeżywałaby wszystko to, co widzieliśmy w historii upadłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, z tamtejszą biedą, terrorem, masakrami i głodem.
Następnie pozwolono ponownie Niemcom urosnąć w siłę i dopuścić do władzy szaleńca – Adolfa Hitlera.
I po dwudziestu latach względnego spokoju i mozolnego budowania polskiej suwerenności, mieliśmy następną wojnę, gdzie kraj nasz znalazł się pierwszy na celowniku i przegrał z militarną potęgą Niemiec.
Od tego momentu możemy liczyć ponowną, długotrwałą utratę suwerenności państwa.
Wprawdzie w końcu Hitler i nazistowskie Niemcy przegrały, a my znaleźliśmy się pośród zwycięzców. Tylko co z tego? To była kpina i mocarstwa tego świata wcale nie zamierzały dawać Polsce i paru innym krajom suwerenności i możliwości decydowania o swoim losie.
W Jałcie, pomimo wysiłku wojennego, jaki, mimo okupacji niemieckiej, Polska wniosła w wojnie z nazistami, będąc cennym aliantem zwycięskich mocarstw, prezydent USA, Franklin Delano Roosevelt i premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, gładko i bez chwili refleksji i zawstydzenia, sprzedali kraj nasz Rosji i tyranowi dorównywającemu Hitlerowi – Józefowi Stalinowi.
I, o ironio, ta haniebna transakcja, kupczenie kształtem i przyszłością Europy na długie lata odbywała się w polskim pałacu Potockich, w Liwadii, blisko Jałty na Krymie.
Byliśmy zwycięzcą II Wojny Światowej. Lecz w oczach wspomnianej wielkiej trójki – USA, Wielkiej Brytanii i ZSRS, zwycięzcą ósmej kategorii.
Dokładnie 70 lat temu, 8 czerwca 1946, odbyła się parada zwycięstwa w Londynie. W kilkunastokilometrowej kolumnie maszerowali ci, co pokonali nazistowskie Niemcy i ich sprzymierzeńców. Szli więc: Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy, Czesi, Norwegowie, Francuzi, Irańczycy, Meksykanie. Byli Hindusi w turbanach, Grecy w białych spódniczkach, Szkoci w kiltach, a nawet oddziały z Etiopii, Seszeli i Fidżi. Nie było jednak Polaków, którzy walcząc w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie stanowili jedną z najliczniejszych walczących nacji po stronie sił alianckich.
Bo już rok po wojnie, w 46-tym, nie uznawano Polski za samodzielne, niepodległe państwo. Byliśmy już nienazwaną, nieformalną, kolejną republiką Sowieckiego Sojuza.

Starsi z nas bardzo dobrze pamiętają 45 lat "niepodległości" tak zwanego PRLu po wojnie. Żadna, absolutnie żadna decyzja państwowa nie mogła być podjęta bez aprobaty Moskwy i sowieckich władz. W Polsce stacjonowały radzieckie wojska okupacyjne, chociaż nigdy ich tak nie nazywano. To była przyjazna armia radziecka. I nawet, o czym dowiedzieliśmy się niedawno, na naszym terytorium Sowiety umieściły głowice atomowe.
A naród? Cóż, usiłował jakoś żyć w tym narzuconym siłą systemie. Tych, co się temu czynnie przeciwstawili, wspaniałych Żołnierzy Wyklętych, nazywanych wówczas bandytami, komunisci po prostu wymordowali.
Pamiętam dobrze, że staraliśmy się prowadzić normalne życie, bo przecież ma się tylko jedno, jednakże mając cały czas w tyle głowy świadomość braku wolności, niewolnictwa niemalże.
Jedni się z tym pogodzili, a inni cały czas marzyli o prawdziwej wolności. Przyszło jednak na tą wolność długo czekać.
Prawdziwa wola niezłamanego narodu wyrażała się regularnymi zrywami, gdy usiłowano zrzucić jarzmo niewypowiedzianej okupacji. 1956, 1968, 1970, 1980, to te najbardziej symboliczne daty pokazujące nieśmiertelność myśli niepodległościowej.

W końcu nadszedł rok 1989. Komunizm i sowietyzm doznał takiej erozji, że ledwo się słaniał i musiał coś uczynić. Oczywiście, nie chciał upaść, tylko musiał zmienić swój kształt, przepoczwarzyć się i dostosować się do zmieniającego się gwałtownie świata.

A my, Polacy, mieliśmy chwilową iskierkę nadziei, że oto komunizm wreszcie upadł i nareszcie staniemy się niepodległym państwem i suwerennym narodem.
Próżne nadzieje. Znowu usiłowano nas oszukać i sprzedać gówno, zawinięte w lśniący papierek.
Nikt z tych, co wówczas w Magdalence niby ustalali losy Polski, Jaruzelski, Kiszczak, Wałęsa, Michnik, Kuroń, Geremek, nie byli samodzielnymi figurami.
To ciągle były marionetki. Figurynki na sznurkach, które były ciągle trzymane twardą ręką Kremla.
Mieli oni stworzyć teatr, złudzenie, że oto wreszcie następuje demokracja, że będzie wolny rynek i każdy stanie się kowalem własnego losu.
A tak naprawdę ukryć fakt, że czerwoni komuniści i ich sprzymierzeńcy przeszli do etapu łupienia państwa, grabieży narodu i rozkradania wszystkiego, co się da.
Dokładnie tak samo, jak Armia Czerwona w 1945 roku, wracając przez Polskę do domu, zabierała ze sobą, ładując na pociągi całe fabryki, dzieła sztuki i co jeszce się dało.
Teraz, w 1989 roku, komuniści postanowili powtórzyć identyczny manewr. Z małą różnicą – teraz dobra nie szły tylko do Moskwy, ale częściej do Luksemburga, Panamy, Monaco, czy na Cypr. Dobra spieniężone i bezwstydnie ukradzione narodowi.
A wolność? Suwerenność? Kto by o tym myslał, gdy wszyscy zachłysnęli się pozorami kapitalizmu i wolnego rynku.
Wałęsa, prezydent niby wolnego wreszcie państwa, nadal jeździł do Moskwy ustalać najważniejsze sprawy. Inny prezydent – Kwaśniewski, regularnie spędzał urlopy w Rosji, a Komorowski polował na Białorusi ze swoimi rosyjskimi przyjaciółmi.
Więzy neokolonialnej Polski z moskiewską metropolią wciąż były bardzo silne.

Wreszcie, na przełomie wieku, zachód, konkretnie Unia Europejska, powiedział – dość tego. Nie pozwolimy na dalsze dojenie Polski przez Moskwę. My też chcemy mieć coś z tego.
I tak oto, w roku 2004, Rzeczypospolita, z jednostronnego uzależnienia od Moskwy, wpadła w kolejne uzależnienie od dwóch stolic – Moskwy i Brukseli.
Chociaż, będąc ścisłym – od Moskwy i Berlina, bo Unia Europejska robi wszystko, o czym zadecydują Niemcy.
Historia zatoczyła koło. Po paru wiekach Polska jest ponownie zależna od Rosji i Niemiec. Tym razem zabrakło Wiednia.

Póki tym dwóm ośrodkom władzy udawało się utrzymywać w Polsce rządy podporządkowujące się bez zastrzeżeń i słowa sprzeciwu zewnętrznym decydentom, kraj nasz był hołubionym pupilem, głaskanym po głowie i klepanym po ramieniu.
A kolejni przywódcy i ludzie władzy – Miller, Kwaśniewski, Tusk, Komorowski, Ewa Kopacz cieszyli się jak jakiś Idi Amin, czy Sese Seko Kuku Ngbendu wa za Banga Mobutu. Bo byli albo cynikami, albo głupcami, co nie wiedzieli, że za ich cichą aprobatą odbywa się kolonialna grabież Rzeczypospolitej. Że są tylko figurantami, którym zapewniono lepsze życie, apanaże i przywileje, byle tylko nie wtrącali się w realizację dokonań i celów metropolii.

*****

I oto mamy rok 2015. Mimo zaklinań funkcjonariuszy, specjalistów Czerskiej, TVNu i Fundacji Batorego, rok ten ma już zagwarantowane miejsce w historii. Śmiem powiedzieć – nie tylko Polski, ale i Europy.

Siły autentycznie patriotyczne i nakierowane na pełną suwerenność Polski, których głównymi reprezentantami byli bracia Kaczyńscy, usiłowały już dwukrotnie: w 1991 roku, tworząc rząd Jana Olszewskiego i w 2005 roku wygrywając wybory, posterować Polskę w kierunku pełnej suwerenności.
Niestety, byli za słabi, a zewnętrzne siły nacisku zbyt mocne. Po krótkich epizodach sprawowania władzy musieli ulec, nie osiągając zamierzonego celu.
Dopiero wyraźne zwycięstwo roku 2015 – raz, prezydenckie Andrzeja Dudy, dwa, parlamentarne PISu, pozwalające na samodzielne rządy, stworzyły warunki (i nadzieję), po raz pierwszy od 1918 roku na utworzenie niepodległego, suwerennego Państwa Polskiego.
Rządy PISu po wygranych wyborach w październiku 2015 trwają właśnie pół roku. Nikt nie myślał, że będzie łatwo. Zawsze było ciężko, gdy Polska zrywała się do utworzenia pełnej suwerenności.
Spokój i powszechna miłość istniała tylko zawsze, gdy kraj nasz realizował posłusznie politykę i polecenia zewnętrznego dysponenta. A suwerenność? Własne zdanie? Mówienie nie? Albo, ne daj Boże, kwestionowanie racji, mądrości i słuszności wielkich ludzi świata? To nie do pomyślenia.

Atak uzurpatorów, którzy postawili się na pozycji faktycznych zarządców Polski, był tak gwałtowny i paniczny, że wreszcie pospadały maski i każdy trzeźwo myślący człowiek, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, mógł zobaczyć, jak się rozgrywa politykę, wobec pozornie niezawisłych państw i narodów.

Mamy więc stały, wręcz historyczny nacisk Moskwy, która wbrew rzeczywistości, nigdy nie pogodziła się, że Polska wyśliznęła się im z krwawych łap. Ciągle z cała turańską arogancją usiłują oddziaływać na wszelkie poczynania RP. Usiłują decydować, co nam wolno, a czego nie. A gdy jesteśmy krnąbrni, karać nas np. zakazem eksportu żywności, strasząc przykręcaniem kurka z gazem, czy instalując głowice nuklearne na rakietach Iskander w Kaliningradzie, dokładnie dwie godziny samochodem od mojego domu. To oni  chcą decydować, jaką będziemy mieli armię i jak będziemy uzbrojeni.
Oni ciagle są przyzwyczajeni, że będziemy się ich o wszystko pytać i nie robić nic bez ich zgody. Bo przecież tak robili – Wałęsa, Kwaśniewski, Komorowski i Tusk.

Gdy w 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej, to już wówczas wyszkoleni propagandyści, robiący za dziennikarzy i tzw. ekspertów, twierdzili (i twierdzą do dzisiaj), ze przynależność do UE wiąże się z oddaniem części swojej suwerenności. Co za bzdura! Proszę pokazać, w którym traktacie jest to zapisane? Może tak się biurokratom z Komisji Europejskiej wydaje, lecz tak nie jest. Przynależność od UE nie ogranicza braku możliwości realizacji własnej polityki ustrojowej, i dbania przede wszystkim o rację stanu własnego państwa.

Jednakże wszyscy dobrze wiemy, że Bruksela to także tylko marionetki w rękach Berlina.
A Berlin, tak, jak Moskwa, zawsze miał wobec Polski konkretne i dalekosiężne plany. Może nie tak chamsko i brutalnie stawiane, jak to czyni Moskwa, ale po prusku równie bezwzględnie.
To na polecenie Berlina Tusk zlikwidował polski przemysł stoczniowy. Nota bene, jeden z najlepszych na świecie, więc zbyt silna konkurencja dla niemieckiego.
Także na polecenie Berlina premier Kopacz zamierzała zlikwidować polskie kopalnie węgla, by potem, zamknięte, mogli kupić za grosze niemieccy przemysłowcy.
Na polecenie Brukseli i Berlina przystaliśmy na idiotyczną politykę klimatyczną i absurdalne kwoty CO2. A na dodatek, chcieli nas zmusić do kupowania ich szrotowych, zdezolowanych wiatraków.
Długo by jeszcze można wymieniać efekty podporządkowywania Polski Berlinowi. Dodam tylko przejęcie polskiego rynku prasowego, czy pożyczka miliarda euro z EFW na zlikwidowanie polskich sklepów rodzinnych przez niemieckie sieci handlowe Kaufland i Lidl.

Trzecią siłą, która ze wszech miar dba o to, żeby przypadkiem w Polsce się nic nie zmieniło i żeby przypadkiem nie wybiła się ona na samodzielność, jast międzynarodowa finansjera, spekulanci i bankowi gangsterzy, czyli banksterzy.
Dla nich Polska, to dojna krowa, która jeszcze długo miała dawać tłuste mleko i śmietankę.
Pierwsze, co po tzw. transformacji zrobili towarzysze funkcyjni pokroju Balcerowicza, to sprzedaż, a właściwie pozbycie się za grosze, polskiego rynku bankowego. Na koniec 2015 roku 59,0% wszystkich podmiotów bankowych było kontrolowanych przez inwestorów zagranicznych, głównie z Włoch, Niemiec i Hiszpanii. Udział 5 największych banków w aktywach sektora wynosił 48,8%, a udział 10 największych banków - 70,5%.
Widać wyraźnie, kto kontroluje finanse niepodległego państwa. Gdzie można było przeprowadzić szwindel z kredytami frankowymi. Gdzie można było okradać obywateli niebywałymi spredami, oprocentowaniem i ukrytymi opłatami.
Bóg nad Polską czuwał, że nie dopuścił, by faktyczny urzędnik Berlina, premier Tusk, wprowadził walutę euro i zlikwidował złotówkę, co zamierzał już zrobić w 2011 roku. Wtedy bylibyśmy już ugotowani na twardo.
Nie mniej możemy obserwować, że RP jest pod ciągłym atakiem sił spekulacyjnych i mimo braku powodów ekonomicznych, polska złotówka oscylowała w niesamowitym zakresie od 2zł/USD do 4,5zł/USD.
Mimo tego, dobrze jest, że mamy własną walutę, gdyż przystąpienie do strefy euro, w znacznym stopniu odebrałoby nam zdolność pełnego kontrolowania własnej ekonomii i realizacji projektów w myśl polskiej racji stanu.

Końcowym nieszczęściem i powodem kłopotów, z którymi się właśnie borykamy, przy wybijaniu się na suwerenność, jest to, że Polska znalazła się na celowniku George'a Sorosa – miliardera, kryptokomunisty, opętanego szaleńczą wizją New World Order, czyli nowego porządku świata. W tym NWO, jak to widzi Soros nie ma miejsca dla niepodległej Polski. Ma być ona jakąś rozmytą prowincją Europy, jak to ustala sie w idei neo-luksemburgizmu. Przypomnę tu na boku, że ważnym elementem tej idei jest zdecydowane deklarowanie poparcia dla demokracji, co widzimy na każdej demonstracji KODu i w wystąpieniach partii Nowoczesna.

To nie przypadek. Bo właśnie w tych dniach, opętany ideolog Soros postawił kropkę nad i.
Open Society Fundation, organizacja, przez którą Soros realizuje swoje projekty, przyznała, że wspiera finansowo Komitet Obrony Demokracji (KOD). Mam też pewność, że Ryszard Petru, (uczeń Balcerowicza, który właśnie w latach dziewięćdziesiątych niszczył gospodarkę, wg. wskazań Sorosa i niewydarzonego ekonomisty Sachsa) i jego powstała w jeden dzień, partia Nowoczesna, została sfinansowana z pieniędzy Sorosa.
A dwa dni temu, George Soros wykupił 11% akcji Agory, ratując przed upadkiem bankrutującą Gazetę Wyborczą – obok, obecnie lewacko – amerykańskiego TVNu, główną tubę antypisowskiej, wściekłej propagandy.

Koło się zamknęło. Cel jest jeden – jak najszybciej obalić rządy PIS. Prezydent nieważny. Może znowu gdzieś poleci...
Sterowana z zewnątrz opozycja – Platforma Obywatelska z Berlina, a Nowoczesna przez ludzi Sorosa, ogłosiły się opozycją totalną.
Jeżeli ktoś jeszcze tego nie rozumie, oznacza to, że będą w Sejmie robić tylko jedno – dążyć do obalenia demokratycznie wybranej władzy PISu. Poza Sejmem również. Bo jak to otwarcie powiedział lider PO Schetyna – PIS będzie zwalczany wszelkimi siłami i na wszelkie sposoby na ulicach polskich miast (do czego m.in. służy KOD), oraz w międzynarodowych instytucjach, głównie poprzez zaprzyjaźnionych lewackich biurokratów z Unii.
Czy może zatem kogoś dziwić kryzys z ewidentnie łamiącym prawo Trybunałem Konstytucyjnym, jątrzącym się podskórnie puczem sędziów – strażników starego porządku, czy właśnie wybuchającym w tym momencie, choć zaczął się już w 2014 roku, strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka ( na szczęście właśnie się skończył, a biedne kobiety pewnie nie wiedziały, że są narzędziem manipulacji).
Wszystko to, co się obecnie dzieje w polityce – totalne negowanie wszystkich ustaw prowadzących do poprawy życia, porządku i praworządności, jest właśnie efektem niezgody światowego establishmentu, na przekształcenie się Polski w silne i suwerenne państwo.

Bo może wtedy zrealizuje się prognoza politologa George Friedmana,szefa światowego ośrodka analitycznego Stratfor:
"[...] Polska będzie znaczącą siłą w Europie w 2039 roku. Głównie dlatego, że wasz kraj się rozrośnie, a inni się osłabią. Wreszcie zaczną was traktować Polskę jako dużego gracza.
[...]
Możecie być liderem na każdym możliwym polu. Macie dużo złóż naturalnych i świetnie wykształcone siły robocze. Wystarczy sam fakt, że macie więcej informatyków niż inne państwa. Musicie zrozumieć, że jesteście nowoczesną europejską siłą. Macie mnóstwo obywateli, świetny system edukacyjny. Co mogłoby wam zaszkodzić?"
[1]


No właśnie – co może nam zaszkodzić?
Okazuje się, że są potężne siły, a przede wszystkim triumwirat: Moskwa – Berlin – banksterzy z Sorosem, którzy będą robić wszystko by nie dopuścić by Rzeczypospolita nie stała się ponownie, jak wieki temu, europejską potęgą, która zawróci bieg historii i przywróci siłę i piękno cywilizacji łacińskiej.

W roku 2039 będę miał 89 lat.
Bardzo chciałbym zobaczyć, jak spełnia się przepowiednia jednego George'a – Friedmana, a wysiłki drugiego George'a – Sorosa, obracają się w pył.


............................
[1] http://natemat.pl/104257,politolog-george-friedman-dla-natemat-pl-w-100-rocznice-wybuchu-ii-wojny-swiatowej-polska-bedzie-potega-a-niemcy-nie


niedziela, 5 czerwca 2016

Bieda permanentna



90 procent Polaków żyje w biedzie. I to wcale nie zdając sobie z tego sprawy. To i tak lepiej z punktu widzenia całego świata, bo tutaj 97% ludzi żyje w biedzie.
Problem bierze się z tego, że biedę utożsamia się z nędzą. Czyli skrajnym poziomem egzystencji, gdzie wyłacznie istnieje kwestia przeżycia.
Tymczasem to nie tak.
Bieda jest wtedy, gdy jest ciągły niedobór. Nie możesz mieć tego, co byś pragnął, a także powinieneś mieć. Nawet w granicach rozsądku. To, co posiadasz, to niewiele. Głównie rzeczy podstawowe. A swoje pieniądze musisz codziennie skrupulatnie liczyć. Jeden błąd, jakaś ekstrawagancja, a twój budżet się sypie.
W rezultacie, żyjąc w biedzie, nie możesz spać spokojnie, będąc zawsze pewny jutra.
Większość z nas tak żyje od czasów wojny, więc się przyzwyczailiśmy, a nawet nauczyliśmy się pewnych kombinacji, by było nam w tej biedzie lżej.




Wczoraj Łukasz Warzecha opublikował na portalu wpolityce.pl ważny artykuł "PiS nie ma oferty dla klasy średniej. Partia Jarosława Kaczyńskiego wyraźnie stawia dziś na model skandynawskiego równania w dół". [http://wpolityce.pl/polityka/295366-pis-nie-ma-oferty-dla-klasy-sredniej-partia-jaroslawa-kaczynskiego-wyraznie-stawia-dzis-na-model-skandynawskiego-rownania-w-dol ]
Przeczytałem tekst bardzo uważne, bo Warzechę szanuję. Szczególnie chciałem znaleźć odpowiedź, co w Polsce jest rozumiane jako klasa średnia.  Stany społeczne – bieda, klasa średnia, bogactwo, są marnie zdefiniowane i granice są bardzo rozmyte. Oczywiście subiektywizm odgrywa tu niepoślednią rolę, ale do pewnych rzeczy można się umówić. Nawet nie będąc socjologiem.
Widać, że temat jest istotny i nurtuje internautów, bo rozwinęła się na twitterze interesująca dyskusja. Myśl przewodnią można by opisać: - Czy zdajemy sobie sprawę, co to jest klasa średnia. Niedokładnie.
Zapamiętajmy, że wszędzie na świecie droga jest prosta:  nędza -> ubóstwo -> klasa średnia -> bogactwo.
Do znudzenia powtarzam wielowiekowy pewnik Adama Smitha: "Państwo jest bogate bogactwem swoich obywateli."
Co jest jednocześnie mądrym zaleceniem dla sprawujących władzę: pozwólcie, a nawet pomóżcie bogacić się obywatelom, bo jak już oni będą bogaci, to i całe państwo nie bedzie biedne.
Łukarz Warzecha w przytoczonym artykule pisze: "...dobrze jest budować bogactwo, że zamożność jest czymś dobrym i wszyscy powinni do niej dążyć, zaś wykształcenie i kompetencje dające pieniądze powinny być premiowane."

***

Mając w nosie wszelkie nasze socjologiczne dyrdymały pozwalam sobie na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji stwierdzić:

- dwa procent Polaków żyje w nędzy;
- 90 procent Polaków żyje w ubóstwie;
- 5 procent to klasa średnia;
- a 3 procent to ludzie bogaci.

Oraz na dzień dzisiejszy, również autorytatywnie pozwalam sobie określić, że nędza jest wtedy, gdy dochody na gospodarstwo domowe są mniejsze niż 2 tysiące zł/m-c. W biedzie żyjemy mając dochody poniżej 8 tyś netto miesięcznie.
Klasa średnia mieści się w zakresie dochodów netto od 8 tysięcy do 40 tyś. zł.
Powyżej tego stajemy się ludźmi bogatymi.

Oczywiście, te przedstawione granice mogą się nieco relatywnie zmieniać, w zależności od miejsca zamieszkania, własnych wymagań i skali potrzeb, oraz, co również bardzo ważne – wypadków losowych.

Ja, mieszkaniec Trójmiasta określam dolny pułap klasy średniej na 8 tyś., a Warzecha żyjący w Warszawie, na kilkanaście tyś. Nie ma tu sprzeczności.

Może pokrótce określimy wymienione powyżej statusy społeczne.

Nędza jest wtedy, gdy potrafimy sobie zapewnić minimum egzystencji. Problemem finansowym jest np. palenie papierosów. Problemem jest też komunikacja miejska (może dlatego jest tak wysoki poziom gapowiczów). W tym statusie żyje się z dnia na dzień. Bez przerwy poszukuje się czegoś najtańszego. Żywność kupuje się w najtańszych dyskontach (tak, tak – są tańsze i droższe). Tam też się ubiera, albo i w lumpeksach. Posiadanie własnego lub wynajmowanego lokum jest wielkim sukcesem, ale i też problemem, bo czynsz i media zżerają lwią część pieniędzy.
I stale się trzeba modlić, by człowieka nie dopadła choroba, bo wtedy wszystko może się zawalić.

Większość Polaków żyje w ubóstwie, albo w biedzie. Choć często wcale nie ma takiej świadomości. Tak było przez 75 lat od wojny, jakoś się żyło, cieszyło się nawet, więc jakże może być inaczej. – Nie jest źle – mówią najczęściej ci bardziej optymistycznie nastawieni.
Lecz właśnie ta powszechna akceptacja własnej biedy, z wyparciem tego faktu z umysłu, jest najtragiczniejszym dorobkiem komuny, a minione 26 lat tylko taką filozofię życiową ugruntowywało. (Co pozwalało spokojnie okradać ludzi i państwo).
Bieda to nie nędza. Przed mieszkaniem, a nawet domem, stoi samochód. Zazwyczaj używany i sprowadzony z zachodu. W domu jest co jeść. Jedzenie w Polsce nie jest drogie. Lecz oczywiście bez żadnych ekstrawagancji. Młodzi zazwyczaj żywią się w fast-foodach i chińskimi zupkami.
Przed kanapą króluje duży płaski telewizor. To centrum życia rodziny.
Lecz niestety, bez przerwy trzeba liczyć pieniądze. Nie ma zapasów. W banku na koncie jest może dziesięć tysięcy. Brakuje tego, co się nazywa w gospodarce cash flow, czyli płynnosci finansowej. Stąd taki niebywały rozkwit w Polsce para-banków i tych lichwiarskich chwilówek.
Lecz biedny, jak wchodzi do apteki, by kupić lekarstwo, pyta się – ile to kosztuje. Klasa średnia nie pyta się, bo nie musi.
Polscy ubodzy żyją w zafałszowanym świecie. Aspiracje, fantazje i współczesne gadżety przykrywają skromną rzezczywistość.

Kolejne władze po transformacji z całą perfidią kultywowały polską biedę, w najmniejszym stopniu nie starając się ją zmniejszać. Wprost przeciwnie – Balcerowicz i premier Mazowiecki  ubóstwo drastycznie powiększyli swoimi pseudo – reformami tworzącymi system oligarchiczny (teraz Balcerowicz porządkuje oligarchię na Ukrainie. Biedacy, tylko im współczuć).
Zamiast pomocy władze wymyśłały niesamowite triki, by dać złudzenie, że już biedy nie ma. Pamiętacie dobrze państwo "ciepłą wodę w kranie", grill i piwko na weekend, Orliki, czy aquapark w każdej gminie.
To były substytuty dobrobytu, bo w tym czasie, żaden Polak się faktycznie nie wzbogacił. Jego stan posiadania nie zwiększył się ani o grosz, a stukany Golf kupiony za 10 tyś. po trzech latach wart był 2 tyś. zł. W banku, czy nawet skarpecie pieniędzy nie przybywało, z trudem i mozołem wybudowany dom, nieprawidłowo eksploatowany i niewłaściwie remontowany, niszczał.

A najstraszniejsze dla ubogich stało się to, że zwabieni obietnicą szybkiego dobrobytu, obietnicą wzrostu i postępu, pozaciągali oni w bankach długi, które tak na prawdę rujnują ich życie. Banki w Polsce okazały się najgorszym i bezwzględnym lichwiarzem, drenującym i tak juz dosyć biedne społeczeństwo.
To chyba dopiero trzy lata, gdy w końcu władza zmusiła banki do ujawniania ukrytych kosztów. Miała być pożyczka 0%, a potem okazywało się, że faktyczne koszty są 25%.

Ubóstwo to przedział od 2 tyś. do 8 tyś. więc też jest różne. Ci w górnym zakresie częstokroć nie mają ochoty z biedy wychodzić. Coś tam się dorobili, coś tam mają. Mało, ale wystarczy.
Tylko brak tutaj myślenia strategicznego. Brak wyobraźni. A każdy bez przerwy w tyle głowy musi mieć nieuchronną starość, nie daj Boże z chorobą.
Wtedy dzieciom pozostawi się nic, oprócz długów. I jaki start wówczas oni będą mieli?

W prawidłowo rozwiniętym państwie dobrobytu klasa średnia odgrywa dominującą rolę. To fundament zdrowego państwa. Drobni i średni przedsiębiorcy, wolne zawody, specjalisci, a w polskiej specyfice, również Polacy pracujący za granicą.
Określiłem ich przedział dochodów na 8 – 40 tyś zł.
W dyskusji na twitterze i facebooku wielu stwierdzało, że 40 tyś. dochodu miesięcznie, to już bogactwo. Nie zgadzam się. To tylko prymitywne znamiona bogactwa, bez faktycznego pokrycia we własności. Nawet piękny, nowo wybudowany dom z ogrodem, obciążony jest hipoteką na 30 lat. Samochód też najczęściej kupiony na raty, albo w leasingu.
Majątek wzrasta powoli, a jakikolwiek wypadek losowy grozi katastrofą dla całej rodziny. Bardzo blisko jest linia, za którą może być bieda, a nawet nędza. Bank zabierze dom, a komornik zlicytuje pozostały majątek.

Rację ma Łukasz Warzecha, że właśnie ta grupa społeczeństwa powinna być pod szczególną opieką władzy, bo choć jeszcze bardzo nieliczna, ona właśnie jest w stanie wytworzyć solidny dochód narodowy.
By to udowodnić, podam przykład Holandii, gdzie 69,2% całej gospodarki to firmy rodzinne, nie zatrudniające więcej niz 40 pracowników. [ https://www.dbresearch.com/PROD/DBR_INTERNET_EN-PROD/PROD000000000027174... ]. To jest najprawdziwsza klasa średnia (choć są też między nimi bogacze).
Holandia, malutki kraj, jest bogata bogactwem swojej klasy średniej. I starannie się nią opiekuje.

Red. Warzecha w swoim tekście wyraża obawę, że władza, czyli PIS, zbyt mało wagi przykłada do klasy średniej.
Nie podzielam stanowiska i obaw redaktora. Prawidłowo ustawione priorytety rozwoju społecznego na dzisiaj i najbliższe parę lat, to prawie całkowite likwidowanie nędzy; przesuwanie przeważającej części społeczeństwa z dolnej połowy obszaru biedy do górnej, a nawet w obszar klasy średniej.
Co właściwie jest zgodne z tezą Warzechy o budowaniu klasy średniej.
Natomiast istniejącą już klasę średnią zostawiłbym w spokoju, co oznacza, że w przyjaznej ze strony państwa atmosferze, żadna biurokracja nie będzie jej rzucać kłód pod nogi i traktować, jak jeszcze nieujawnionych przestępców.

A bogaci? Cóż, truizmem będzie powiedzieć, że oni zawsze sobie poradzą. Nie zawsze, jak się trafi na wrednego i zawistnego inspektora skarbowego, co pokazał przykład pana Kluski. Bogaci, jesli działają w ramach prawa i nie uciekają z dochodami do rajów, też powinni być traktowani przyjaźnie.
I zgadzam się z tezą, że w ramach partycypacji w solidaryźmie społecznym winni oni płacić podatek progresywny.

Klasa średnia i bogaci Polacy winni jak najszybciej wytwarzać nasz własny, polski kapitał. Dotychczas w Polsce rządzi kapitał zagraniczny i spekulacyjny.

Prawdziwą pełną suwerenność zapewni Rzeczypospolitej silna klasa średnia i likwidacja nędzy. Więc to jest najważniejszy cel społeczny państwa. Dotychczas o tym była cisza.
 

Buta i arogancja okrągłego stołu. Magister Stępień



Kiedyś, przez długie lata, aż w końcu stało się to przysłowiowe, stykaliśmy się z butą i arogancją partyjnych aparatczyków. Braki kultury i wykształcenia starali się przykryć bezczelnością i pychą.
To z tamtych czasów pochodzi słynny argument – "Pan nie wie kto ja jestem!"
Okazuje się, że dla wielu osób te postawy jeszcze nie przeminęły.
Tylko, że jak wówczas pozycję do takiego zachowania dawało Biuro Polityczne i PZPR, to dzisiaj daje uczestnictwo w okrągłym stole i następnie w realizacji, tak zabójczych dla kraju rozwiązań.
Ilu bufonów zrodził okrągły stół? Mamy ich na pęczki i doszło do sytuacji, że naprawdę nia ma się czym chwalić, będąc uczestnikiem tamtego zdradzieckiego porozumienia.
Zresztą coraz więcej faktów ujawnia, że był to teatr dla mas, bo prawdziwe decyzje zapadały przy wódce w Magdalence, a te najważniejsze w tajnych pomieszczeniach służb Kiszczaka i najbliższych towarzyszy.
Czyż do takich bufonów od buty i arogancji, przepełnionych pychą i pogardą, pewnych swojej nieomylności nie należą chociażby Wałęsa, Michnik, Frasyniuk?
A także sędzia, magister Jerzy Stępień?

To właśnie występ tego ostatniego "profesora" w TVP, w programie Michała Rachonia [http://vod.tvp.pl/25191065/25052016 ] zmusił mnie do napisania tego tekstu.

Usłyszałem wczoraj, jak magister Jerzy Stępień, który lubi być tytułowany profesorem, z pogardą zwrócił się do redaktora Rachonia, gdy ten zadawał mu niewygodne pytania - "Panie redaktorze, pan naprawdę nie jest dla mnie partnerem do dyskusji"

Przyznam się, że od czasu odejścia Komorowskiego z czynnej polityki, taka postawa stała się rzadkością.
Brak podstawowej kultury, brak dobrego wychowania i rozbuchane do granic wszechświata ego jest znakiem rozpoznawczym całej postkomunistycznej władzy, która wreszcie, dokładnie rok temu została zmieciona.
Jednakże, jeśli ktoś spodziewał się po tym u tych ludzi pokory, zawstydzenia, czy chociaż refleksji, to się grubo mylił.
Wprost przeciwnie. Założywszy szaty opozycji poczuli nagle, że nic już ich nie krępuje i z całą mocą swych marnych charakterów, mogą propagować chamstwo i arogancję, swoją intelektualną marność i nawyki prosto ze stajni, czy chlewu.
I to własnie pokazuje nam magister Jerzy Stępień. Podkreślam bez przerwy – "magister", żeby dać odpór rzekomemu autorytetowi, który sobie przywłaszczył, jak poprzednie "elyty" stawiały go na stanowiskach do których nie dorastał.
Magister Stępień ma też poczucie humoru. Parę chwil przedtem, zanim został zmiażdżony w wywiadzie Rachonia, frywolnie i rubasznie opowiadał w TVN, jak to Jarosław Kaczyński jest pełen kompleksów wobec sędziego Rzeplińskiego, bo ten, na studium wojskowym na uniwersytecie szedł w pierwszej czwórce, a konus Kaczyński w ostatniej. Za to właśnie teraz mści się on na wybitnym prezesie Trybunału Konstytucyjnego.
Chwytacie państwo bluesa? Według Stępnia cała obecna polska polityka opiera się na ukrytych kompleksach prezesa Kaczyńskiego!
Po paru kieliszkach wódki bez zagrychy, przy stole z wujkami i zasłuchanymi paniami, Jurek mógłby zabawić towarzystwo takim witzem, wzbudzjąc ogólny rechot. Ale pan Stępień mówi to w jednej z wiodących telewizji, o dużej ogladalności. Więcej nawet! Jeździ on po Polsce, zaglądając do małych miast i miasteczek i tam powtarza swoje prymitywne bzdury i kłamstwa tym, którzy zaszczycili jego wykład swoją obecnością.

Solidarność była masowym ruchem, ogarniająca w szczytowym momencie dziesięć milionów dorosłych Polaków. Jednakże najczęściej na czele poszczególnych grup nie stawali najmądrzejsi i ci o niekwestionowanym autorytecie, tylko najgłośniejsi krzykacze i ci, co mieli jakieś brzydko pachnące powiązania. To dlatego na czele Sierpnia 80 nie stanął Andrzej Gwiazda, tylko podejrzany koleś, Wałęsa. I wtedy właśnie, w sierpniu 80 rozpoczęło się świadome, zaaranżowane przez bezpiekę, kreowanie nowych autorytetów, ludzi miałkich, albo podłych, ogarniętych ambicjami, albo spełniających posłusznie rozkazy.
Po dwóch miesiącach od strajków w 80 roku, odszedłem od czynnej aktywności w nowo tworzonej Solidarności. Odszedłem z przewodnictwa w Komitecie Zakładowym, jak uświadomiłem sobie, jak marni ludzie pchają się do władzy. Jak cwaniacy, którzy stale analizują z której strony wiatr wieje, zaczęli się ustawiać pod nowe stanowiska. Jak tajni współpracownicy zostali oddelegowani do sprawowania kontroli nad młodymi, niedoświadczonymi rewolucjonistami, bo za takich się wówczas uważaliśmy.

I tak to oto odrzucono Andrzeja Gwiazdę, Pieńkowską, czy Kornela Morawieckiego. Pozostały michniki, wałęsy, borusewicze i frasyniuki.
Oraz ich towarzysz – magister Jerzy Stępień.

Nie byłoby co sobie głowy zawracać i oburzać się się na kolejnego chama i aroganta. Jednakże sędzia Stępień, jest w ścisłym przywództwie, jak to nazywa konstytucjonalista, mec. Piotr Andrzejewski, sędziowskiego puczu.

Ta ważna dla działalności państwa grupa, obsługująca aparat sprawiedliwości, niestety nigdy nie tknięta lustracją i kontrolą, przerodziła się w zamknięta, hermetyczną i dzięki nieuprawnionym przywilejom, nietykalną kastę.
To pokutuje do dzisiaj. Sędzia Strzembosz, kolejny autorytet postkomuny, powiedział juz dawno, w odpowiedzi na żądanie lustracji sędziów, - "Środowisko samo się oczyści". Świadome kłamstwo, czy ukryta kpina?

W momencie zagrożenia, jakim stało się dla nich przejęcie władzy przez PIS, gdzie wiadomo było, że nagle sędziom zacznie się patrzeć na ręce i rozliczać uczciwie z wykonywanej pracy, postanowili oni walczyć z legalną władzą.
Wypowiedzieli tej władzy posłuszeństwo i starają się wszelkimi sposobami tą władzę obalić.
Nie mają armat i nie mają karabinów, lecz mają nadzieję, że siłą swojej trzeciej władzy, są w stanie postawić tamę przemianom, które chce naród.
Świadczy to tylko o jednym – środowisko sędziowskie w dużym stopniu wyalienowało się ze społeczeństwa. Dotychczasowe standardy i przywileje, a w szczegóności zamknięta kastowość, uczyniły z tych ludzi sektę nieomylnych. Oczywiście w ich mniemaniu, bucie i arogancji.
Gdy upadli ich polityczni mentorzy, to oni postanowili przejąć pałeczkę walki z kaczyzmem. Pies drapał niezawisłość, bezstronność i absolutny obiektywizm, które są cechami wyróżniającymi zawód sędziego.
Cała plejada prezesów Trybunału Konstytucyjnego – Rzepliński, Strzembosz, Stępień, Safjan, Zoll, przepoczwarzyli się w aktywnych polityków, łamiąc w ten sposób żelazne zasady bycia sędzią.
To świadczy dobitnie z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Ludźmi bez honoru i godności, ludźmi, na których nie można polegać i do których nie można mieć zaufania. Bo w każdej chwili mogą się okazać czymś zupełnie innym, a nie sędzią Rzeczypospolitej Polskiej.
Czy oni tego naprawdę nie widzą, że cały naród nie darzy ich zaufaniem i ma o sędziach i sądach bardzo marne zdanie. Czy ostatnie przykłady sędziów Tuleyi, Łączkowskiego, czy Milewskiego niczego ich nie nauczyło?
I oni biorą się za "pucz"! Dla kogo ten pucz? Dla narodu? Chyba tylko wyłącznie dla swoich partykularnych interesów. Dla ciepłych sędziowskich foteli.

Puczysta Stępień, magister prawa, taki autorytet, że trzeba go aż nazywać profesorem, otwarcie, bez żadnych zahamowań zwraca się do redaktora, któremu udziela wywiad: - "pan nie jest dla mnie partnerem do dyskusji". Co oznacza – jest pan ode mnie głupszy i niewykształcony. To, co ja – Stępień mówię, nie podlega kwestionowaniu. Tak jak Rzepliński, jak Trybunał Konstytucyjny, nasze opinie i wyroki są ostateczne i niepodważalne.

I jak się pan czuje redaktorze Rachoń?! I płaszcza też pan nie dostanie!


.

środa, 25 maja 2016

Może byśmy sobie porozmawiali o Polexicie


 

Porozmawiali tak poważnie. Bez nadmiernych emocji i niepotrzebnego zacietrzewienia. Zrobili bilans strat i zysków. Bo euroentuzjaści dominujący w mediach mówią tylko o zyskach. Tak, jakby nie było żadnych strat. Czyżby?
Piątkowa awantura sejmowa dotyczyła jednej fundamentalnej sprawy – suwerenności. I zobaczyliśmy, jak fałszywie ta podstawa bytu narodowego może być pojmowana. Dla niektórych ludzi z opozycji to wyłącznie zbędna abstrakcja. Nawet więcej – coś absolutnie szkodliwego.
Toteż, jak widzieliśmy, opozycja, za wyjątkiem Kukiz15, nie chciała poprzeć deklaracji ugrupowań rządzących o pierwszoplanowej roli suwerenności Polski. Albo nie są w stanie tego pojąć, albo potwierdzają, że ta wartość państwa jest niewiele znacząca.

Ledwo pozbyliśmy się faktycznego okupanta naszego kraju, Rosji, a już różne siły zaczęły intensywnie pracować nad ulokowaniem niby niepodległego kraju w nowej strukturze zależności i podległości, jaką jest niestety Unia Europejska.
W roku 2004, kiedy przystępowaliśmy do UE, a towarzysz Miller zachłystywał się swoim dokonaniem, a warto przypomnieć, że idea wspólnej Europy była marzeniem komunistów od bardzo dawna, co chyba najdobitniej wyraziła Róża Luksemburg, Unia Europejska była zupełnie innym tworem, niż to, co dzisiaj widzimy.
Można powiedzieć, że była to jeszcze w miarę zdrowa tkanka, która niestety, przez minione dwanaście lat uległa strasznemu zrakowaceniu.
Do tego stopnia, że już praktycznie nie można rozróżnić, co tam jest zdrowe, a co chore. I najgorsze, że to chore, zrakowaciałe, przenosi się do stowarzyszonych państw. W tym również do Polski.

Akcesja Polski do UE, poprzedzona potężną akcją propagandową, oparta była na świadomie fałszywych założeniach. A brzmiały one złowieszczo: - jesteśmy biedni i jesteśmy słabi, więc nigdy sami nie damy sobie rady.
Prawdę mówiąc, jeszcze dziesięć lat grabieżczej polityki Balcerowicza i jego beneficjentów, a te propagandowe słowa stałyby się szczerą prawdą.

Lecz możni tego świata, finansjera, think-tanki i zachodnio-europejscy biznesmeni bardzo dobrze znali faktyczną wartość państwa polskiego.
Mieli precyzyjnie oszacowane wszystkie bogactwa naszego kraju, jak i ludzki potencjał. Był to dla nich łakomy kąsek. Tylko należało Polskę przyciągnąć i od siebie uzależnić. Tak zaplanowali i tak zrobili.

A dalej to już taka gra, chętnie używana przez lichwiarzy i gangsterskie mafie.
Zwabić niewinnego klienta, powoli uzależnić go od siebie, najlepiej finansowo, a jak już tak się w tej zastawionej sieci zamota tak, że sam nie potrafi się uwolnić, to ofiarę wysysa się do ostatniej kropli. Pozostaje na koniec tylko suche i bezwartościowe truchło.
Czy tego właśnie nie widzieliśmy ostatnio na przykładzie Grecji? Pozostała ruina, a banksterzy, głównie niemieccy, tylko zacierali tłuste łapy i liczyli wpływające miliardy.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt. Kim są panowie Jean Claude Juncker, Frans Timmermans, czy nawet Donald Tusk? Jaką legitymację oni mają? Przecież to są wyłącznie zwykli urzędnicy, którzy sami siebie wybierają, ALE, najprawdopodobniej rozsadzeni pychą i coraz bardziej oderwani od rzeczywistości, uzurpują sobie prawa jakiegoś europejskiego super-rządu. Prawa, których faktycznie nie posiadają.
A jak to ma miejsce obecnie, w konflikcie z Polską, wykraczają bezprawnie poza wszelkie traktatowe ustalenia.
To samowola Brukseli, w wielkim stopniu działającej pod dyktat Berlina i w mniejszym stopniu Paryża. Samowola, co widać najjaskrawiej, stosowana wobec sztucznie wywołanej przez Berlin fali emigracji do państw Unii.
No właśnie – do państw Unii. Czyli tworów jak najbardziej nadal suwerennych.
A jak to widzi Bruksela? Przypomnę tylko poprzednie ingerencje w sprawie głosowań w Irlandii, składu rządu we Włoszech, wspomnianego niszczenia Grecji, walki z legalną władzą Węgier, czy najświeższa sprawa – usiłowanie do niedopuszczenia do legalnych wyborów w Austrii.

Nic dziwnego, że wobec takiej metody działania UE z perspektywą na pogorszenie, Wielka Brytania uznała, że ma dosyć i szykuje się do wyjścia z Unii. Brytyjczycy zawsze potrafili dobrze oszacować, co im się opłaca, a co nie.

Wcale nie tak daleko od tej postawy są kraje skandynawskie. Już na początku dalekowzrocznie Dania i Szwecja pozostały przy swoich narodowych walutach. Wyczuły, że przyjęcie euro to bardzo uzależniająca pułapka. I nie dali się nabrać.
A najbogatszy kraj skandynawski, Norwegia, mimo szalonych nacisków, wcale nie zdecydowała się wejść do Unii Europejskiej.
To właśnie dwa państwa – Norwegia i Szwajcaria są niekwestionowanym dowodem, że bez UE, a nawet często wbrew UE, można osiągnąć znakomity sukces. A także jakoś nie wpadli w łapy Putina, jak to się Polsce prorokuje.


Minister spraw zagranicznych, twardy dyplomata, a nie lizus, jak jego poprzednicy, oświadczył właśnie: - "Nie na taką Unię się umawialiśmy".
Prezydent Duda wraz z małżonką jest z oficjalną wizytą w Norwegii. Wraz z królem Haraldem V składają wieńce pod pomnikiem bohaterów.
Przypominam parę ostatnich i ważnych wizyt: Chiny i Kanada. To bardzo ważne. Oznacza,  że poszukujemy własnej drogi. Nie utartego i porządnie zdeptanego szłaku; Moskwa – Berlin – Paryż – Bruksela. Szlaku, który niewiele nam dał kiedykolwiek.

Bardzo chciałbym wiedzieć w sposób wiarygodny, a jest to dla rządowych specjalistów łatwe do wykonania, jaki jest prawdziwy bilans 12 lat pobytu Polski w Unii Europejskiej.
Ważna by również była analiza porównawcza rozwoju w latach 2004 – 2016 w sytuacji członkostwa w UE i gdybyśmy do Unii nie weszli.
Takiego zadania podjął się w zeszłym roku pan Tomasz Cukiernik, publicysta – ekonomista, a swoje pesymistyczne wyliczenia opublikował w licznych publikacjach oraz w książce "10 lat w Unii. Bilans członkostwa".
Nie będę tutaj wyliczał po kolei wszystkich negatywnych rozważań i wyliczeń autora, lecz wniosek jest jeden – Polska będąc poza UE rozwijałaby się szybciej i byłaby na znacznie wyższym poziomie rozwoju.
Nie wątpię, że obecna opozycja, nawet gdyby znała te opracowania, to stwierdziłaby, że są to totalne bzdury. Bo mówią tak zawsze, gdy stykają się z niewygodnymi faktami.
Ja mimo tego, mając w tyle głowy kłopoty Grecji, Porugalii i Hiszpanii, nie mam podstaw, by wątpić w wyliczenia pana Cukiernika; wyliczenia, które opublikowały najpoważniejsze periodyki.

Uczciwie muszę stwierdzić, że dużo podróżując po Europie, jest wiele rzeczy, które są cenne po wstąpieniu do Unii. To swoboda podróżowania. Ale... taka Turcja nie jest w Unii, a też będzie miała ruch bezwizowy.
Dobra jest tez unia celna i ułatwienia w zatrudnieniu za granicą. Lecz to tylko ułatwienia, bo ja bez żadnych ułatwień za granicą pracuję już 40 lat (choć właśnie przestałem).
Czy ktoś wie, co jeszcze jest dobre dla ogółu z przynależności do UE?
Dodam tylko, ze dokładnie to wszystko co Polska ma Norwegia, chociaż do Unii nie należy.

Można by jeszcze sporo znieść, gdyby nie obecna ekipa, która stoi na czele Unii Europejskiej. Poprzedniego szefa KE, Jose Manuela Barroso wspomina się obecnie jako, światłego, mądrego i ugodowego urzędnika w porównaniu do obecnych przywódców. To ludzie zdemoralizowanego pokolenia 68, czyli lewacy, bizantyjscy sabaryci i satrapowie.
A to, do czego dążą, to wbrew traktatom, uczynienie z UE superpaństwa z super-rządem i garstką wszechmocnych, brukselskich możnowładców?

Czy my, Polacy pełni dumy, godności i patriotyzmu musimy się z taką sytuacją godzić?
Rozumiem, że jak w każdym narodzie, są ludzie, którzy wolą być przez życie prowadzeni za rączkę i gdy nagle braknie mentora, mówiącego, co robić i trzeba samemu decydować o swoim losie, to są piekielnie sfrustrowani i nierzadko wpadają w panikę. Dokładnie tak, jak polska "totalna" opozycja, która od pół roku jest w stanie głębokiej histerii.
Lecz nasza prawicowa Polska raczej nie lubi, gdy ktoś za nas usiłuje decydować i kształtować nasz los.
Jeżeli współpraca, albo uczestnictwo, to tylko na zasadzie równości i wzajemności. Nikt nie będzie nas z wyższością głaskał po główce i decydował jak mamy sami się rządzić. Ci, którzy to kochali, dosłownie z instynktem psa salonowego, już odeszli i się nie liczą panowie eurokraci. Jeszcze szczekają. Lecz jest to szczek pokonanego i bezradnego.
Nie dajcie się nabrać panowie eurokraci. Oni juz nigdy nie wrócą. Naród na to nie pozwoli.

Starając się po raz pierwszy być państwem całkowicie suwerennym mamy dwie możliwości:
- gdy samochód jest popsuty, to trzeba go zreperować. Najlepiej doprowadzić do stanu fabrycznego. Więc pozostać w UE, zbudować mocną koalicję i ponownie doprowadzić Unię do postaci, jak to wymyślił Robert Schuman. Czyli wspólnota ekonomiczna oparta na dobrowolnym przyjęciu ekonomiczno – społecznych traktatów służących wszystkim uczestnikom w równej mierze. Członkowie pozostają całkowicie niezależni pod względem ideologicznym, prawnym i ustrojowym. UE ma zakazane mieszać w tym;
- po prostu wyjść z Unii. Wiem, to może słono kosztować i nie jest takie proste. Chyba, że Wielka Brytania spowoduje efekt domina, pociągnie za sobą Grecję, a potem może Węgry i Polska i tak dalej.

Pamiętajmy – Bruksela to około 50 tysięcy biurokratów, którzy zasadniczą część dnia roboczego nic nie robią, pierdzą w stołek i płaci im się za to od 10 tysięcy do 30 tysięcy euro. Nie płacą podatków. Mają mnóstwo innych przywilejów. Będą się bronić. Gdzie będzie im tak dobrze?
Skąd mają na to pieniądze? To my płacimy – ty, ty i ty.
Czy nadal warto utrzymywać darmozjadów? I na dodatek wrogich do nas jak diabeł tasmański.


.

poniedziałek, 16 maja 2016

Trójmiejska dżungla i matecznik.


Parę dni temu przypomniałem egzotykę Trójmiasta w siermiężnych czasach komunizmu (tutaj [1]). Pisałem o tym, co ludzie związani z morzem, między innymi kiepsko opłacani marynarze robili, by utrzymać swoje rodziny na poziomie względnej normalności. Jeden z komentatorów zarzucił, że to było niemoralne i nieuczciwe. Niemoralnym było łamanie opresyjnych i idiotycznych przepisów komuny? Nieuczciwym było dostarczanie towarów do gospodarki permanentnego niedoboru? A przywoziło się także leki ratujące życie.
Nieważne...
Jednakże prawdziwa dżungla zapanowała w Trójmieście po tej lipnej transformacji. Zwykłym ludziom niewiele się zmieniło na lepsze, natomiast rozkwitły w sposób niesamowity służby specjalne, gangsterzy i szerokie grono powiązanych polityków, prokuratorów i sędziów.
To wówczas stworzono podwaliny pod to, co istnieje do dzisiaj. To Strefa Specjalna Trójmiasto, którą wielu nazywa matecznikiem Platformy.
To prezydent Gdańska Adamowicz, jako burłak ciągnący na linie samolot największego oszusta III RP, oficjalnego szefa Amber Gold.
To prezydent Sopotu Karnowski, od lat nie wychodzący z sądów. I tylko dlatego jeszcze nie za kratami, bo sędziowie są również z tego samego kręgu towarzyskiego.
A tuż przed śmiercią abp Tadeusz Gocłowski prosił o przebaczenie. Dlaczego? Dokładnego cytatu nie można dzisiaj znaleźć, lecz ja wiem, że arcybiskup wiedział i milczał o tym, co w trójmiejskiej dżungli się dzieje.

Przypominam więc człowieka, którego udział w stworzeniu bananowego państwa Trójmiasto nie może być pominięty.

<<<<<   >>>>>


Zakręceni optymiści, niepoprawni durnie i żartownisie mówią o trójpodziale władzy. Ba, nawet o czwórpodziale. A ja się śmieję. Te minione ćwierć wieku naszej historii, to jeden wspólny tygiel, gdzie kolejne władze, biznes z pierwszych stron gazet, wojsko, policja i służby tajne, biskupi i dyplomaci, wszyscy razem kłębią się i gotują w rytm głównego składnika, którym są przestępcy i gangsterzy. Nie wierzycie? To poczytajcie jak, nie tylko Trójmiastem rządził jeden człowiek – gangster, Nikodem Skotarczak.

***


Byli nieco zmęczeni. Nie są już kurcze małolatami. Całonocne balowanie lekko ich wykończyło. Żony, odpicowane, jak zwykle, też już były lekko nieświeże. Lecz byli do tego przyzwyczajeni. Imprezowanie non-stop to styl życia. Należy się im. Byli przecież królami.
Las Vegas w Gdyni na Chwarznieńskiej, tuż przy Obwodnicy,przed południem było zamknięte. To jest nocny klub. A uczciwie mówiąc dosyć ekskluzywny, jak na te czasy, burdel. Jednakże dla nich rzadko które drzwi były zamknięte. Siedzieli więc z małżonkami, po tych hucznych imieninach Kury i czekali na wiedeńskie śniadanie, popijając na klina, przygotowane przez speca od tych spraw, drinki.
A potem on z żoną pojedzie się do chaty za Wejherowo i trochę się prześpi, zanim wieczorem zacznie się nowe życie i nowe interesy.
Byli znużeni. I ich czujność opadła jak kurtyna....

***


Ćwierć wieku wcześniej

Podjechaliśmy taksą prawie pod samo molo w Orłowie. Mieliśmy zarezerwowany stolik u Mamuśki w "Skorpionie" i Leszek, kucharz niebylejaki, szykował już słynną kaczuchę. Lecz przed posiłkiem warto było coś wypić w "Maximie" u Mecenasa. "Maxim" był o rzut beretem od "Skorpiona".
- Cześć Nikodem. My tylko na szybkiego drinka. Co słychać?
- Cześć, wchodźcie, wchodźcie... - I uśmiechnął się tym swoim zabójczym uśmiechem.
Klatę miał, jak stodoła, mimo tego był w pewien sposób elegancki. Chociaż to zwykły bramkarz, ale już się mówiło, że to zaufany człowiek Mecenasa. Włosy miał przycięte, zgodnie z kanonem w tych sferach, na ruskiego mafiozo, czyli dosyć wysoko wygolone po bokach. Przy nim wyglądaliśmy, jak hippisi.
- Po staremu bracie, jakoś leci. – Otworzył drzwi, odgarniając cierpliwie oczekujących i wpuścił nas do środka.

To jedno z pierwszych wspomnień Nikodema. Z bramkarzami, czy to ze studenckiego "Żaka", czy z szemranego "Maxima" wypadało dobrze żyć.
Inaczej, kurcze, nie było imprezy.
Jak sięgam pamięcią, to wielu z tych bramkarzy zrobiło później kolosalną karierę. Jeden, na przykład, dobrze ustawiony w ZMS-ie, tej wylęgarni czerwonych kacyków, został słynnym developerem, z pensją już w roku 2000, w okolicach stu tysięcy złotych miesięcznie.
Lecz, żaden, tak, jak Nikodem, nie został królem.

***

Minęło parę lat.

Hamburg. Dla polskich marynarzy to pierwsze okno na wielki świat. Szczególnie, gdy już się wracało do domu, to tutaj robiło się najważniejsze, niezbędne zakupy.
Oczywiście, w pierwszych rejsach każdy biegł do dzielnicy St. Pauli, aby na Reeperbahn, nasycić oczy zepsuciem zachodu, różnokolorowymi i różnogabarytowymi kobietami okupującymi okna wystawowe we wiadomym celu.
Jednakże, po zaspokojeniu ciekawości, później już zazwyczaj kierowało się do dzielnicy Baumwall, pospolicie zwanej Żydowem, albo u Żydów. Było to dosłownie bardzo blisko, więc strategicznie położone, parę kroków od Landungsbruecken, czyli wielkiego pomostu, do którego przybijali wszyscy marynarze stateczkami z portu, po drugiej stronie rzeki. I ruszali, na zakupy do Żydów.

W drugiej połówce lat siedemdziesiątych miałem właśnie u Żydów zakupić popularne wówczas niesamowicie, zegarki cyfrowe, na które miałem zamówienie. Wszedłem do sklepu z elektroniką, który rekomendował mi kolega. Wtedy usłyszałem:
- Hej stary! Co słychać? Witaj! – to był właśnie Nikodem. Siedział w kącie przy stoliku, z drugim gościem z Trójmiasta, Grubym i popijał kawę.
- Cześć! Kopę lat; co ty tu robisz? -  Zdziwiony zagaiłem.
Okazało się, że sklep, to jego biznes tutaj i handluje czym się da. A dopiero sporo czasu potem, dowiedziałem, że sklep był przykrywką jego ciemnych i nielegalnych interesów.

***

O ile pamiętam, trzeci i ostatni raz spotkałem Nikodema gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, w kasynie w Grand Hotelu w Sopocie, gdzie nie grał jak większość, tylko stał pod ścianą, popijał drinka i leniwie się rozglądał.
Dowiedziałem się, że Nikodem, ze swoimi ludźmi, stanowił lokalny bank, który na miejscu pożyczał kasę potrzebującym. Pożyczał na 5%. Dziennie...
Tym razem skinęliśmy tylko sobie głowami.

***

Ojciec założyciel pierwszej polskiej mafii

O kim ja tutaj piszę? Pora przedstawić bohatera.
Nikodem Skotarczak, znany bardziej jako Nikoś, urodził się w 1954 roku. Wykształceniem specjalnie się nie przejmował. Nie interesowało go ono, choć był facetem inteligentnym, nie żadnym tam prymitywem. Interesował się za to kulturystyką i ćwiczeniami fizycznymi. Mieszkał tak, jak nasz pan premier Tusk w młodości, we Wrzeszczu. Taka to była dzielnica...
Już gdy miał 19 lat, został bramkarzem w popularnej Lucynce, a niedługo potem, bramkarzem u Maxima w Orłowie. Oznaczało to również, że został zaufanym człowiekiem tajemniczego Mecenasa, dużej postaci trójmiejskiego półświatka, podobno doktora psychologii, pasera i właściciela różnych rozrywkowych lokali.
Prawdopodobnie na polecenie szefa, Nikoś zaczął organizować, dotychczas rozproszonych, pojedynczych handlarzy walutą, czyli cinkciarzy, w jeden hierarchiczny zespół. W szczytowym momencie miał do dyspozycji około 200 ludzi, cinkciarzy, paserów, prostytutki i złodziei.
Wtedy najprawdopodobniej zainteresowały się nim Służba Bezpieczeństwa i służby wojskowe. Rozwinęła się owocna i długotrwała współpraca.
Dzięki temu, jeszcze za komuny, Nikodem uzyskał nieograniczone możliwości podróżowania po Europie. Działał m.in. w Budapeszcie, Wiedniu, Berlinie, oraz w Hamburgu.
Zaczął się specjalizować w przemycie samochodów. Samochodów kradzionych głównie w Niemczech, Austrii i Holandii. Po długim czasie policja mu udowodniła przemyt co najmniej trzydziestu aut, ale nigdy nie został za to skazany. Bo jakże by? Tymi autami przecież jeździli wszyscy ludzie, którzy tak na prawdę liczyli się w Trójmieście.
Warto też wspomnieć, że Nikoś zbijał też fortunę na wydobywaniu i handlem bursztynem. Podobno 70% rynku należało do niego.
W swoich szerokich interesach współpracował, a także wychowywał takich ludzi, jak Jeremiasz Barański, "Baranina", Zbigniew Nawrot, Andrzej Kolikowski "Pershing", Wojciech K. "Kura", Leszek Danielak "Wańka", czy Andrzej Z. "Słowik". Warto podkreślić, że np. śp. "Pershing" darzył Nikosia największym podziwem i uważał za mentora i głównego bossa.
To była stara gwardia, przestępcy, złodzieje i przemytnicy. Ale nie bandyci.
Ta druga fala gangsterów, okrutnych i bezwzględnych dopiero dorastała.

Mając już nieco odłożonej gotówki, Nikodem zaczął inwestować w legalne interesy. Do tego stopnia, ze wszedł w trójmiejski biznes i z przyjemnością był przyjmowany na oficjalnych salonach. Z bardziej humorystycznych momentów tamtych czasów jest fakt przyznania mu medalu "Za zasługi dla miasta Gdańska". Takie jaja.
Wszystkie drzwi, szczególnie w Gdańsku i Sopocie, stały przed nim otworem. A młody pomorski biznes, jak też państwowa administracja, prześcigały się, by z nim się zaprzyjaźnić. Tak, z nim, miłym, uśmiechniętym i eleganckim gangsterem. Twórcą pierwszej zorganizowanej przestępczej – czyli gangu. Mafii.
Jego ludzie, w tym wspomniany Kura, nabyli od prezydenta Sopotu, fantastyczny teren przy samej plaży, na granicy Sopotu i Jelitkowa, dosłownie za bezcen. Tam tenże Kura, zorganizował Towarzystwo Ubezpieczeniowe "Hestia" i wybudował atrakcyjny biurowiec. Dużo ludzi wzbogaciło się wówczas przy tym projekcie. "Hestia" oczywiście nadal się wspaniale rozwija.
To wtedy najprawdopodobniej powstał trwały układ polityczno – biznesowo – gangsterski, który do dzisiaj rządzi Gdańskiem i Sopotem.

Nikodem Skotarczak oczywiście parę razy siedział w swoim życiu. Ale nie za dużo. Słynna była jego ucieczka z berlińskiego, sławnego Moabitu, gdy z wizytującym bratem zamienił się ubraniami i spokojnie wyszedł na wolność. Dwukrotnie uciekał też z polskich konwojów. Jak teraz patrzę z perspektywy, to ani policja, ani prokuratura specjalnie się nie kwapiły, żeby gangstera przymknąć. Widać, że wisiał nad nim zawieszony przez służby parasol.
Tak to Nikodem Skotarczak "Nikoś" wspinając się po przestępczej drabinie, w ciągu dwudziestu paru lat został ojcem założycielem polskiej mafii i niekwestionowanym królem Trójmiasta.
Nie zdołałem potwierdzić, ale obiło mi się o uszy, że był gościem na imprezach organizowanych przez Lecha Wałęsę, w rezydencji na ulicy Polanki.

***
24 kwietnia 1998 –Koniec kariery Nikodema

Pełen życia i wigoru, choć jak podałem na wstępie, nieco zmęczony balangą, ten 44 letni zdrowy i silny mężczyzna, tego poranka, choć właściwie już dochodziło samo południe, czekał w gronie trzech osób – przyjaciela Wojtka K. "Kury" i małżonek na podanie zamówionego wiedeńskiego śniadania.
Kac stępił ich czujność.
Do pokoju weszło dwóch zamaskowanych ludzi. Jeden głośno krzyknął: - Dzień dobry!- i gdy wszyscy odwrócili wzrok, drugi wyciągnął tetetkę i oddał sześć strzałów. Zabił Nikodema na miejscu, a jednym strzałem zmiażdżył Kurze kolano. Kobietom nic się nie stało.
To było klasyczne wykonanie wyroku na zlecenie. Sprawców do dzisiaj nie ujęto. Może nie za bardzo szukano? Także nie znany jest faktyczny zleceniodawca wyroku. Choć mówi się nieco o młodym Pruszkowie, jak też o Rosjanach.
Podobno Nikodem, z pominięciem wszystkich, w tym także Rosjan, chciał bezpośrednio, na własną rękę rozpocząć współpracę z Kolumbijczykami w ustanowieniu stałych nowych szlaków dostaw kokainy do Europy.
Ale tylko podobno...
We wielu domach, ale także biurach i urzędach Trójmiasta zapanowała żałoba po tej śmierci.
Zastanawiającej jest tylko, czy dzieło, to trójmiejskie królestwo, czy układ stworzone przez Skotarczaka nadal trwa? Wielu jest zdecydowanie przekonanych, że tak.


_________________________
[1]   http://naszeblogi.pl/61936-przemytnicy-i-cinkciarze-vs-agent-miami
 

piątek, 13 maja 2016

Politycy i politykierzy


 
Dokładnie nie wiem, kiedy to się zaczęło. Pewnie trwa już od dawna, lecz swoisty szczyt politykierstwa osiągnięto, jak Donald Tusk doszedł do władzy.
W powszechnym psuciu wszystkiego, zepsuto również etos polityki. To właśnie wspomniany Tusk powiedział wówczas – "nie róbmy polityki, budujmy drogi". W 2010 roku hasło to atakowało z tysięcy billboardów, kodując w głowach ludności, że polityka to coś brudnego, niegodziwego i sumarycznie – pejoratywnego.
Od tego też momentu zaczęto zamieniać prawdziwych polityków na politykierów.
Zaraz wyjaśnię, co przez to rozumiem.


Powoli wśród widzów telewizji i słuchaczy radia rosła tolerancja na coraz gorszą jakość uprawiania polityki. Nie chcę się tu zajmować czynami, tylko tym, co politycy mówią narodowi. Zaczęło się od wielogodzinnego exspose premiera Tuska, które, jak się później przekonaliśmy, było stekiem kłamstw, złudnych nadziei i obiecanek-cacanek. Świadomy zabieg, żeby polityków przestać traktować poważnie, a także patrzeć im na ręce, a tak w ogóle, to dać im spokój. Wtedy spokojnie będą mogli robić to, po co do polityki przyszli – drobne, albo grube geszefty, w zależności od talentów i umocowań, szwindle i szwindelki, posady dla rodziny, łagodność urzędów skarbowych i tak dalej.

Tak właśnie polska scena polityczna i władza zaczęła przekształcać się w politykierów. To im ma być fajnie i oni nie muszą się wysilać i myśleć (!!!) o czym rozprawiać przed mikrofonem, lub kamerą.
I rozpoczął się bełkot... Bełkot, który w wykonaniu platformersów i nowoczesnych trwa do dzisiaj.

Politykier to człowiek, który wszedł do świata polityki tylko wyłącznie po to, by mieć coś dla siebie – zazwyczaj pieniądze, trochę sławy i zaspokojenie swojego ego. Dla niego to sposób na życie, metoda zarabiania jak najtańszym kosztem i jak najmniejszym wysiłkiem.
Podczas gdy każda inna przyzwoita praca wymaga od człowieka pozytywnych walorów – pracowitości, sumienności, prawości, szczerości, że wymienię tylko kilka, to dla politykiera wartości te są nieprzydatne. Liczy się przede wszystkim zdolność do knucia intryg, umiejętność mimikry, w tym wypadku przystosowanie się do głównego nurtu swojej grupy i wyzbycie się cech indywidualizmu, bo politykierzy danej opcji muszą mówić tymi samymi słowami. Ba, muszą myśleć tak samo, jak ich lider i tak, jaka jest aktualna linia ugrupowania. Niewychylanie się, to podstawowa reguła bycia.

Politykier praktycznie nie robi nic. On trwa, bo trwanie jest jego celem życia. Precyzyjnie to wyłuszczył były lider Tusk. A dzisiaj, po zmianie władzy, widzimy dokładnie tą potworną niechęć do zmian. Zmiany są zaprzeczeniem trwania, które jest kwintesencją egzystencji politykiera. Zmuszony więc został,  aby do jakichkolwiek zmian nie dopuścić.

To właśnie widać dzisiaj, jak na dłoni. Cała prawie opozycja, czyli PO, PSL i Nowoczesna, walczą ze wszech sił i wszelkimi metodami z legalną władzą tylko dlatego, że jest to ugrupowanie zmiany. A zmiana, jak to określiłem, jest głównym wrogiem trwania.
Więc jest totalna walka z władzą tylko dlatego, żeby nie dopuścić do przebudowy systemu. Walka nie po to, by zaoferować inne rozwiązania, jakąś alternatywę, dać jakiś drogowskaz. Nie, to jest walka wyłącznie po to, by nic nie zmieniać. Bo wypracowany z takim mozołem przez ponad ćwierćwiecze system pozwalał cudownie egzystować różnego rodzaju cwanym miernotom.

Wartością, która jest wysoko ceniona w tym zacnym towarzystwie, jest zdolność słowotoku i pustosłowia. Politykierzy zazwyczaj nie mówią, tylko wygłaszają tyrady.
Jak się słucha na przykład Kierwińskiego, Halickiego, Budkę, Szejnfelda, Tomczyka to od razu widać, że pochodzą oni z jednej stajni. Mają ten sam zasób słów, pojęć i sloganów. Centrala im to przygotowuje. A oni mają to maksymalnie przyswoić, jednocześnie całkowicie wykluczając swobodne, rozumne myślenie.
Identycznie jest u Ryszarda Petru: panie Gasiuk-Pihowicz, Scheuring-Wielgus, Lubnauer i Schmidt mówią jednym głosem. Może jedna szybciej, druga wolniej, bardziej, lub mniej zbornie, ale zawsze jest to wywrzaskiwanie tych samych haseł i sloganów.
Tego już się słuchać nie da, bo jest takie nudne. Ileż razy można słuchać dokładnie tych samych słów powtarzanych od tygodni? Chyba, że jest się Moniką Olejnik, która kocha wysłuchiwać bez przerwy tego samego, co ma do powiedzenia Cimoszewicz, Giertych, Kalisz, czy Marcinkiewicz. Widocznie to ją uspokaja.
Mnie natomiast przywołane postacie, panie i panowie posłowie przyprawiają o odruch wymiotny. Nie oni sami, tylko ich tępe i schematyczne wypowiedzi, jak bym bez przerwy puszczał do znudzenia tą samą zgraną taśmę.

Czy ktoś z uczciwych obserwatorów może tych ludzi nazwać politykami?

W ostatnim, niedzielnym panelu dyskusyjnym  "Woronicza 17"w TVP, poseł Halicki nie odpowiedział na ŻADNE pytanie redaktora prowadzącego, mimo, że był pytany wielokrotnie. Pytany o konkretną sprawę nigdy nie odpowiadał wprost, tylko uciekał w zdartą, antypisowską retorykę.
Czy przyzwoite uprawianie polityki ma polegać na tym, że NIE odpowiada się na nasze pytania (bo dobry dziennikarz zadaje właśnie nasze pytania), że kluczy się, mataczy i ucieka w slogany zadane przez centralę.
Ja chrzanię takich przedstawicieli narodu, którzy nie chcą uczciwie rozmawiać

Przez osiem lat rządów Platformy i PSLu, to aż tak bardzo nie rzucało się na oczy. Dlaczego? Ano dlatego, że ci sami politykierzy byli obsługiwani wyłącznie przez zaufane grono zaprzyjaźnionych dziennikarzy (jak dla nędznych polityków jest określenie politykierzy, tak anlogiczne powinno być dla nędznych dziennikarzy). System komunikacji z opinią publiczną wyglądał wówczas prosto i wygodnie: przygotowane pytanie i przygotowana odpowiedź. Jakakolwiek spontaniczność i swobodne myślenie były całkowicie wykluczone. To się nie mieściło w kanonie.
Tak więc wówczas wszystko na styku naród – polityka wyglądało gładko, grzecznie i radośnie.
Pamiętam, jak raz kiedyś, pewien rolnik, plantator papryki, wykrzyknął rozpaczliwie do premiera Tuska – "Jak żyć panie premierze?!". To wówczas było wydarzenie niesamowite. Media długie tygodnie wałkowały ten skandaliczny wybryk wiejskiego chama. Takie były standardy. Taka kultura.
Bo politykierstwo, a nie uprawianie polityki, były w czasach PO i PSL wiodącym trendem, nakreślonym przez głównego ideologa, Donalda Tuska. Dwulicowość i teatr dla mas. Rzucanie setek obietnic, które nigdy nie miały być spełnione.
Jak ciężko pracowali ludzie ówczesnego establishmentu, jakiej wyrafinowanej gry aktorskiej byli zmuszeni używać, dowiedzieliśmy się z nagranych przez państwowotwórczą grupę kelnerów taśm.
Z jednej strony: publicznie buńczuczne – "Idziemy po was!", a prywatnie przy wódce – "Ch..., dupa i kamieni kupa". Tak, tak; to ten sam polityk – minister spraw wewnętrznych, szef policji i służb, Bartłomiej Sienkiewicz. Polityk?

Sytuacja radykalnie się zmieniła po wygranej PISu i całego obozu konserwatywnej prawicy.
Niestety, politykierzy dawnej władzy nie potrafili się nagle zmienić, głównie z powodu ograniczonych predyspozycji umysłowych, gdyż inteligencja, czy mądrość, nigdy wtedy nie była porządaną cechą, by działać w polityce. Natomiast spryt i cwaniactwo – jak najbardziej.
I teraz wyraźnie widzimy, że ci co tak długo mieli władzę, a dzisiaj są opozycją, w której się kompletnie zagubili, nie byli prawdziwymi politykami, a spryt i cwaniactwo, w końcu rozszyfrowane przez społeczeństwo, na niewiele się przydają, gdy otoczenie nagle wymaga prawdy i uczciwości.
W tak niewygodnej i nieprzyjemnej sytuacji można tylko kręcić, kłamać powtarzać propagandowe slogany i chamsko przekrzykiwać oponentów (kultura zawsze była słabą stroną opozycyjnych politykierów).

Politykierów w polityce, tych wszystkich krzykliwych nieudaczników, a także byłych bramkarzy, kajakarzy i gimnastyków, a także niedorobionych synalków jak młody Wałęsa i Cimoszewicz można się pozbyć w prosty sposób – dać wyborcom narzędzia do rozliczania wybranej przez naród osoby. Zawiodłeś lub oszukałeś – won! Bez czekania cztery lata, aż się kompletnie zbłaźni. I ordynacja wyborcza taka, która nie dopuści,by wybierany był kompletny palant, tylko dla tego, że jest wysoko na listach wyborczych, a głosowała wyłącznie na niego liczna rodzina i podlegli pracownicy.

Uprawianie polityki to praca w dużym stopniu altruistyczna – robi się dużo dla innych, dla narodu i państwa. Egocentryzm winien być strictly verboten. Polityk winien być w dużym stopniu kreatywny i cały czas coś budować. Powinien tworzyć i stale coś polepszać.
Model uprawiania polityki wprowadzony przez Tuska i jego zgraję, nie był żadną polityką, tylko administrowaniem. Zarządzaniem wielkim majątkiem państwa i ludzkich zasobów. Zarządzaniem w wielkim stopniu nieudolnym i autorytarnym. Słowo suweren przypomniano dopiero w czerwcu zeszłego roku. Więc Tusk ze swoimi nie pytał się suwerena o zdanie, gdy okradał go ze zgromadzonych oszczędności na emeryturę. Nie pytał, gdy podniósł ludziom wiek emerytalny, a rozmyślał, że najlepiej byłoby, gdyby ludzie pracowali aż do śmierci.
Lecz wszystko to potrafił ładnie tłumaczyć i wyjaśniać. Robił to przecież dla dobra wszystkich. Z biegiem czasu, coraz więcej Polaków widziało, że to bezczelne kłamstwa i matactwa. Puste, obelżywe w swojej hipokryzji słowa.

Co zrobić z obecnymi politykierami? Na początek byłoby dobrze, gdybym chociaż w Telewizji Polskiej nie oglądał tych Halickich, Kierwińskich, Szejnfeldów, czy Tomczyków. To niczym nie uzasadniona promocja tandety. To samo dotyczy Ryszarda Petru i jego kobiet, którzy już dzisiaj są pośmiewiskiem całego internetu.
Niech sobie miniony establishment ogląda na swoich prywatnych stacjach. Kto nie chce bzdur, głupoty i arogancji nie musi tego tam oglądać.
Czy politykierstwo wreszcie zniknie z polskiej sceny? Zniknie. Może nie całkiem, lecz na pewno przestanie być wiodącym trendem, aby w końcu stać się synonimem obciachu i buractwa.
Nie wystarczy jak poseł pięknej ziemi mazowieckiej, Marcin Kierwiński, schudnąć, zamienić fioletowy ślubny garnitur na Vistulę, pokombinować w samorządach, by zostać politykiem. I to z pierwszych ław poselskich! Dobrze przynajmniej, że Michał Kamiński siedzi z tyłu.

Pół roku minęło i politykierska opozycja nie zrobiła nic konstruktywnego. Cała parę skierowała w zniszczenie wyborczych zwycięzców. W odzyskanie utraconych dóbr. Oraz prawa i swobody do bycia cwaniackim, egoistycznym politykierem.


Konstytucja i prawo zakładają możliwość odwołania sprawujących władzę: prezydenta, rząd i sejm. Przynajmniej teoretycznie, lecz legalnie.
Natomiast nikt nie pomyślał, żeby również mozna było odwołać opozycję.
W takim wypadku musimy przestać grać dobrego samarytanina i gentlemana i po prostu opozycję zniszczyć. Nie tak, jak proponowali kibice Legii, ale wymazać ich z życia publicznego.

To nie żadne chamstwo i okrucieństwo z naszej strony. To opozycja otwarcie i wielokrotnie oznajmiła, że cel mają tylko jeden – zniszczyć rządzącą partię i odebrać jej całą władzę. Czy my w takim wypadku mamy pozwolić na bierne okładanie nas sztachetami?
Dopuścić, żeby znowu zapanowało politykierstwo i Polska ponownie stoczyła się w kolonialne bagno, z którego z takim trudem się wydobywamy?

Przedstawienie przez panią premier i jej ministrów rzeczywistego obrazu tego, co zastali w swoich nowo przejętych gabinetach i resortach trwało w sejmie dziesięć godzin. To był katalog fatalnych dokonań, do jakich właśnie może doprowadzić rządzenie państwem przez politykierstwo.

I tym razem ludzie PO, PSL i Nowoczesnej nie wyszli z roli, chociaż prawidłowo należy powiedzieć, że pokazali iż nie dorośli do prawdziwej i uczciwej polityki i na fakty odpowiedzieli chamską propagandą, która tak dobrze poznaliśmy w ciągu minionych ośmiu lat. Głupota, czy nadal cyniczna gra? Wiem, że dla wielu z nich to jest walka o przetrwanie, bo wiele efektów uprawiania politykierstwa i prywaty skończy się w sądzie. Nie mniej, ich odpowiedź udowodniła, że nic się nie zmienili i nadal nie zamierzają się zmienić. Zbyt mocno polubili swój paskudny styl uprawiania władzy.

Czyli ja nie widzę nadziei, że ta fatalna dla Polski zgraja ludzi kiedykolwiek się zmieni. Zadaniem naszym, jeżeli dążymy do tego, by mieć dobre, normalne i uczciwe państwo, jest eliminacja takich ludzi z polityki.
Część z nich zapewne wyeliminuje, tak jak b. posła Burego prokuratura. Pozostałych powinniśmy skutecznie i zdecydowanie również od polityki odsuwać.

Dla naszego wspólnego dobra.

.