wtorek, 22 marca 2016

Amber Gold – zagraj w gdańską ruletkę


 

Znawcy tematu dzisiaj, a profesjonalni historycy dziejów najnowszych w przyszłości, pewnie przyznają mi rację, że szeroko pojęty Gdańsk, czyli Trójmiasto z przystawkami od Tczewa do Wejherowa i po Kartuzy, to nasze polskie, domorosłe Chicago lat dwudziestych ub. wieku.
O wyleganiu się pierwszej, polskiej mafii, gdańskim tyglu, gdzie miejscowa, cinkciarska gangsterka sterowana ściśle przez ubeckie i wojskowe służby, powiązana z nowymi politykierami z których urosła niesławna KLD a potem PO i młodymi wilkami biznesu, jak również starymi wyjadaczami palestry, skorumpowanymi do cna, bratały się i podziwiały wzajemnie, świadcząc sobie grzeczności i usługi.. Nawet nasz kościół z biskupami mieszał się w tym tyglu...

Pisałem, gwoli przypomnienia, między innymi tutaj [http://niepoprawni.pl/blog/7787/przemytnicy-i-cinkciarze ] tutaj [http://niepoprawni.pl/blog/7787/mafia-powstala-w-trojmiescie-tak-jak-obecny-rzad ], gdzie opisałem śmierć pierwszego mafijnego bossa, ojca założyciela polskiej camorry, Nikodema Skotarczaka, powszechnie znanego jako Nikoś. Ten uśmiechnięty, elegancki i kulturalny, mimo braku wykształcenia, gangster zatracił się i zapomniał, że ponad cała polską przestępczością stoją, jak zawsze, ruskie, łyse niedźwiedzie. Z KGB i GRU na czele. I nie robił na nich wrażenia honorowy medal Gdańska przyznany przez władze. Po prostu strzelili mu w łeb, gdy wszedł im w paradę.
Dokładnie, jak teraz, w aferze Amber Gold, której proces rozpoczął się w pierwszy dzień wiosny, 21 marca 2016 (po czterech latach śledztwa, gdzie sam akt oskarżenia liczy 9000 kart). A wszyscy dziwnie milczą i zbaczają z tematu. Czyżby ruscy zabójcy Nikosia nadal byli aktywni?

To nie historyczny, a obecnie siermiężny i raczej robotniczy Gdańsk był stolicą mafii i brudnych interesów, a nowoczesna, marynarska Gdynia.
A ja, od lat sześćdziesiątych, praktycznie od kiedy przestałem być naiwnym chłopakiem, ocierałem się, wówczas nieświadomie, o tą zorganizowaną, rodzącą się gangsterkę. Znajomość takich facetów, jak Migdał, Anioł, Kajtek, czy Śruba pozwalała spokojniej żyć i dawała pewne poczucie bezpieczeństwa.
Dodam jeszcze, że moim orłowskim sąsiadem była Mariusz (obecnie Marius) Olech, onegdaj taki sobie pętak, a obecnie milioner od podejrzanych interesów, o którym dalej też będzie mowa [ http://www.forbes.pl/artykuly/sekcje/Wydarzenia/czlowiek-z-trojmiasta,30... ].
A jak już zostałem marynarzem, to życie i egzystencja były by niemożliwe bez pomocy cinkciarzy, którzy wymieniali nasze skromne złotówki na walutę: marki, franki, czy dolary i odwrotnie. I nie wiedział człowiek wówczas, że te chłopaki spod Pewexu, kina Warszawa i Baltony, były ścisle nadzorowani przez specjalny wydział służby bezpieczeństwa.
No i piękny Hamburg... Ulubiony port "na zachodzie" polskich marynarzy. Tu robiło się zakupy do domu, ale także kupowało się jeansy, czy cyfrowe zegarki, by dorobić do opłakanie skromnej, marynarskiej pensji.
A kupowało się ten marynarski chłam u tak zwanych "żydów", co jak się później okaże, było zagraniczną centralą polskich służb i co wyszło na jaw przy akcji "Żelazo", kariery Nikosia, czy powiązań Mariusza Olecha i organizacji amberowskich linii lotniczych OLT.

Teraz, po kilkudziesięciu latach, mogę sobie wreszcie to wszystko poukładać, powiązać koniec z końcem i spojrzeć nieco inaczej na ludzi o których się otarłem: dzisiaj już świętej pamięci Szwarcenegera i Nikosia, czy rodziny Olechów. Oraz na tych, których jeszcze dzisiaj nie wymienię, bo ciągle mają się świetnie. I ciągle są groźni.

Jako mała migawka z przeszłości, wspomnę, że pogrzeb zastrzelonego gangstera "Nikosia", Nikodema Skotarczaka koncelebrował gdański arcybiskup Gocłowski.

Dlaczego tutaj, przy aferze Amber Gold wspominam tamte czasy?
Bo pragnę uświadomić, że występuje tu proces ciągły. Działalność ubecji i cinkciarze już w latach sześćdziesiątych; tworzenie mafii w latach osiemdziesiątych; transformacja obfitująca wysypem szemranych "przedsiębiorców"; gdański desant polityczny z niesławną KLD na czele i obecnie warowny bunkier Platformy Obywatelskiej, stanowią spójny, historyczny proces, który do dzisiaj nie daje się złamać.

Gdy patrzymy na początki gangsterskiej kariery Nikosia i innych, to przewija się postać tajemniczego szefa, który na wszystkim trzyma łapę, o wszystkim decyduje i w półświatku (i nie tylko), cieszy się powszechnym szacunkiem. Wiadomo na pewno, że jest to prawnik. Raz nazywany mecenasem, czy adwokatem, ale też słyszało się: - pan sędzia.
Ta postać do dzisiaj nie została ujawniona. Jest wyraźnie kryta. Powiedzmy sobie - taki lokalny delegat, znacznie wyżej postawionych ważnych ludzi.

To tak, a propos, ciekawostka naszych czasów: - istnieje Antoni Macierewicz, Zbigniew Ziobro i Mariusz Kamiński, a ze sfer pozarządowych – Cezary Gmyz, Witold Gadowski, czy Anita Gargas, ludzie, których cenię, a nawet podziwiam, a mimo tego bardzo wielu informacji nie ujawnia się publicznie.
Przy aferze Amber Gold, tej części, która była klasyczną piramidą finansową, nie ujawnia się tożsamości, powiedzmy, pierwszych pięćdziesięciu klientów będących na szczycie tej piramidy i wiemy, że jak zawsze, to oni są beneficjentami tej oszukańczej struktury. No i gdzie jest te pozyskane od 18 tysięcy klientów 850 milionów złotych?

Zaraz mi tutaj lokalni patrioci wyskoczą z uwagą, że oni też u siebie mieli mafijne układy. To prawda. Był (i jest?) układ warszawski z nietykalną zdobywczynią nieswoich kamienic HGW. Układ ślaski, albo węglowy, albo paliwowy, przez który zginęła spanikowana działaczka SLD Barbara Blida, za co idiotycznie oskarżono ministra Ziobro. Jest też układ wrocławski, ze ścierającymi się Schetyną, Protasiukiem i Dutkiewiczem.
No i szereg (chyba nie jeden...) układów krakowskich, gdzie właśnie  teraz zdurniała z nienawiści do prezydenta Dudy kobiecina, niejaka Katarzyna Kukieła, niewątpliwa osoba z mafijnego układu, lecz i także aktywistka KODu, chlapnęła jadowitym jęzorem na twitterze, a teraz boi się okropnie mafijnych towarzyszy, że za bełkotanie zostanie ukarana.
To prawda, takich lokalnych układów jest dużo. Ale zapewniam, tak bezczelnych i szkodliwych, jak mafia trójmiejska, ze swoją polityczną czapą (kryżą z ukraińska) chyba nie ma.

Powróćmy więc do Amber Gold...

Poważni ludzie, w Polsce, Rosji i na Ukrainie, uzyskali informację, ze kroi się poważny interes, bo platfusie, teoretyczne Państwo Polskie tak kombinowało, że za przyzwoite grosze będzie można przejąć narodowego przewoźnika lotniczego PLL LOT.
Tego fragmentu operacji pilnuje ukraiński magnat,  gangster i Żyd, Ihor Wałerijowicz Kołomojski, który już przejął część cywilnego lotnictwa na Ukrainie, a z pomocą orłowsko – hamburskiego biznesmena Mariusa Olecha, chciał przy pomocy dumpingowych linii OLT (nota bene, miejsca zatrudnienia młodego Michała Tuska) doprowadzić do przejęcia LOTu.

Jest też drugi, niezmiernie ważny powód, dla którego warto zainwestować i stworzyć piramidę finansową Amber Gold. To dosłownie tony trefnych ruskich kruszców – złota i platyny, czego poważni zachodni finansiści nie chcą dotykać, chocby w rękawiczkach. No, ale jakby to się dało wyprać w Amber Gold...
Czy tutaj sprawy pilnował może obywatel Izraela Rabinowicz? Acha... Kołomojski też jest obywatelem Izraela, jako, że posiada trzy paszporty.

Mimowolnie nasuwa się na myśl inny wielki przekręt, który miał miejsce na początku lat dziewięćdziesiątych, gdzie też Polska i Polacy byli ofiarą i gdzie występowało analogiczne trio: Rosja – Ukraina – Izrael.
To słynny oscylator Bagsika – afera Art-B. A panowie Bagsik i Gąsiorowski, to również żydowsko-ukraińsko-ruskie towarzystwo. No... może jeszcze niemiecko – szwajcarskie.

Czyżby zawsze w wypadku wielkich afer bylibyśmy rozgrywani, jak dzieci przez połączone siły KGB, GRU i Mossadu?
Oczywiście z zatrudnieniem miejscowych służb i politycznych ludzi do wynajęcia.

A więc reasumując: - głównym celem tego, co nam się objawiło, jako wierzchołek góry lodowej pod nazwą "afera Amber Gold", było przejęcie cywilnego ruchu lotniczego w Polsce i wypranie wielkiej ilości ruskiego złota i platyny.
A, że przy okazji narżnięto 18 tysięcy Polaków i zarobieno 300 milionów dolarów... Cóż... obywatele polscy sami sobie są winni, bo są chciwi i głupi. Proszę wybaczyć, ale w takich interesach nie ma sentymentów.

Wyszukano więc i wybrano parę rzezimieszków po wyrokach – "złotego chłopca", Marcina P. I jego kreatywną małżonkę. Żeby nie było żadnych wątpliwości – to autentyczne słupy, które za sowitą zapłatą miały dać twarz całej operacji. Powiedzmy – "trzy lata posiedzicie, a potem cały świat dla was za np. trzy miliony dolarów. Tylko nie zapominajcie – ani mru, mru, bo nikt na cmentarz przychodzić nie będzie".
Małżeństwu P. otwarto specjalny szlak, wykorzystując zaprzyjaźnione ważne osobistości z polityki, urzędów i służb. Gdzie zwykły obywatel załatwiałby coś przez rok, a może nawet i dwa, Marcin P. załatwiał w jeden dzień. Pilnowano, żeby nie było zbędnych pytań (P. był karany, co go na wstępie dyskwalifikowało),  nie żadano zbytecznych papierów, a prawni asystenci dbali o płynny przebieg operacji.
Jednocześnie rozpoczęto iście amerykańską operację marketingowo – reklamową. Lokalizacja firmy w Warszawie tuż przy Ministerstwie Finansów; tysiące wielkogabarytowych plakatów i banerów z udziałem zaprzyjaźnionych polityków. Prasa i telewizja, na czele z Gazetą Wyborczą, TVN i Polsatem zasypane reklamami, a ich dziennikarze piejący z zachwytu.
Jakże nie miał się dać złapać na haczyk zwykły Polak, jak widział ciągnącego za linę odrzutowca OLT, przez prezydenta Gdańska Adamowicza? I jak wiedział, że w tymże OLT premier Tusk zatrudnił swojego syna?
Przecież to pewne 16% zysku, a przy stolikach szeptano nawet o trzydziestu, czterdziestu procentach...

Ta właśnie Gazeta Wyborcza, jak się już sprawa wywaliła, rozpoczęła własne śledztwo. Nie dało się ukryć i zaprzeczyć, że małżeństwo P. to słupy i drobnica. Ogłosili wówczas dmąc w fanfary, że Amber Gold to dziecko słynnego w Trójmieście gangstera Tygrysa, znanego bursztyniarza; pana C., króla trójmiejskich hipermarketów oraz wspomnianego hamburskiego, szemranego biznesmena Mariusa Olecha.
A to klasyczna ściema, jak przy innych aferach. Pokaże się paru nadzianych kolesi, którzy wprawdzie nie są planktonem, jak małżeństwo P., ale też nie są rekinami, lecz co najwyżej leszczami. Taka taktyka informacyjna, stosowana w Polsce wielokrotnie, miała dawać opinii publicznej satysfakcję rozwikłania sprawy, jednocześnie chroniąc prawdziwych złoczyńców i ich wysoko-postawionych pomagierów.
Czy w aferze podsłuchowej takim właśnie leszczem nie jest biznesmen Falenta? A tu mieli być właśnie Tygrys, biznesmen C. i Olech.

Czy usłyszymy cokolwiek, w ramach toczącego się procesu sądowego o prawdziwych założeniach i celach projektu pod nazwą Amber Gold i linie OLT? Czy znowu politycy, tym razem PISu pozwolą przyschnąć sprawie, a brudy wyrzucić do spalarki. A sądy, nasze kochane posłuszne sądy zrobią to co zawsze trzeba?
Dziwię się tylko naszym niezależnym dziennikarzom. I Gmyz i Gadowski, oraz spora grupa innych, na sto procent wiedzą, jak było na prawdę.
Czy im też, jak małżeństwu P., ktoś naprawdę silny i niebezpeczny kazał się zamknąć i siedzieć cicho?
Bo...

.

czwartek, 17 marca 2016

Szok poznawczy i mentalne bariery



Niniejszym oświadczam, w szczególności tym, którzy jeszcze nie załapali i co postaram się wytłumaczyć poniżej, że dzisiaj, teraz w Polsce dzieje się coś    p o   r a z   p i e r w s z y.

A jak wiadomo, częstokroć zetknięcie się z czymś absolutnie nowym i nie mającym śladów doświadczeń w umysłach, powoduje głęboką frustrację, dyskomfort, a nierzadko poważne stany nerwicowe.


Naród przez długie dziesięciolecia był poddawany silnej indoktrynacji, prasowaniu mózgów i fałszowaniu podstawowych wartości cywilizacyjnych.
Niestety, najsłabsi padli, poddali się wychowawcom i nauczycielom i jak to zdefiniował Michaił Heller, a w Polsce upowszechnił ks. Józef Tischner, przeistoczyli się w poprawnego radzieckiego, ale też i polskiego – homo sovieticusa.
Czy ktoś się łudził, że natychmiast po upadku komuny i transformacji 1989 roku, ta liczna rzesza tych biednych ludzi zmieniła się i ponownie powróciła do pełnego, rozumnego człowieczeństwa?
Otóż, niestety nie. To ich głównie widzimy na zgromadzeniach KODu, to oni nie mogą oderwać się od GieWu i TVNu.

Warto tutaj przypomnieć Leszka Kołakowskiego, który w tym temacie pisał:
"Cechy wykształcone przez wieloletnie powtarzanie kolejnych wersji „Krótkiego kursu” doprowadziły do wykształcenia „nowego człowieka sowieckiego: ideologicznego schizofrenika, szczerego kłamcy, człowieka gotowego do nieustannych i dobrowolnych samookaleczeń umysłowych.” [Leszek Kołakowski: Główne nurty marksizmu. T. III]

Jak to wyszczególnił Piotr Wdowiak w "Homo postsovieticus lub Homo sovieticus po latach" najważniejsze cechy takiego człowieka to:

·  człowiek podporządkowany kolektywowi,
·  dla jego postawy charakterystyczna jest ucieczka od wolności i odpowiedzialności,
·  koniunkturalizm, oportunizm,
·  agresja wobec słabszych, uniżoność wobec silniejszych,
·  brak samodzielnego myślenia oraz działania,
·  oczekiwanie że „ktoś coś załatwi”,
·  zniewolony intelektualnie,
·  pozbawiony osobowości i godności,
·  całkowicie podporządkowany władzy,
·  izolacja od światowej kultury i ścisła cenzura informacji w mediach (a także wszechobecność propagandy),
·  brak respektowania wspólnej własności i skłonność do drobnych kradzieży w miejscu pracy, zarówno dla użytku osobistego jak i dla zysku, zgodnie ze słowami popularnej piosenki „Wszystko należy do kołchozu, wszystko należy do mnie” („Все вокруг колхозное, все вокруг мое”[6]) czy „jeden worek do ciężarówki, jeden worek sobie.


Czy patrząc na minione osiem lat rządów PO i PSL (a w głębszej perspektywie do roku 1945) nie widzimy wszechobecnych działań, ludzi od dołu do góry, od sołtysa do prezydenta, pokrywających się z tą tischnerowską definicją?

Ile ludzi o ugruntowanej mentalności homo sovieticus może jeszcze w Polsce być? Milion? Dwa miliony? A może już znacznie mniej, tylko aparat antyrządowej propagandy wyolbrzymia tą garstkę biednych ludzi. Trudno powiedzieć...
Ale są między nami. Niewątpliwie są. Każdy chyba z nas ma osobisty kontakt choćby nawet z jednym takim egzemplarzem. Ja, w każdym bądź razie, mam.

Jeszcze dokładnie rok temu, w lutym, marcu ci nieszczęśnicy mogli spać spokojnie. Nic nie zwiastowało klęski, tragedii i szoku. Dobry wujaszek Komorowski, kochany przez 80 procent narodu, jak niegdyś Józef Dobry Wujek Stalin czuwał nad nimi i nad Polską, dbając o ich charakterystyczne cechy radzieckiego człowieka wymienione powyżej. Spokój, ład i porządek. Czekoladowy orzeł i radość ze wspaniałych osiągnięć.
I nagle trrrrach! Wszystko się zawaliło. Czarny motłoch, tak zazwyczaj pogardzany przez homo sovieticusa (pogarda dlatego, że nie umie, albo nie chce kombinować) odważył się w głosowaniu wybrać kogoś innego! Andrzeja Dudę – tego Maliniaka z "Czterdziestolatka"! Szmacianą kukiełkę Kaczyńskiego!
Czy to nie straszne?!
A weźmy sobie samego Kaczyńskiego. Czy to nie kurdupel godny najgłębszej pogardy w świecie post sowieckim? Jak mi tłumaczy mój domorosły HS (homo sovieticus czyli leming), zaślepiony, bo piana wściekłości oblepia mu oczy, czy można poważać człowieka, który nie ma prawa jazdy? Więcej – nie ma kart kredytowych! Nie zna się na komputerach i smartfonach.
Dla HS to straszny obciach i dowód na psychiczne zaburzenia.
Nie może zaślepiony biedak pojąć, że może to właśnie atrybuty człowieka uczciwego, idealisty, dla którego dobra doczesne to sprawy nieistotne.
Mówi mi więc taki: - wszyscy kradną (patrz opis HS) i będą kraść. A kto tego nie robi jest albo chory, albo podejrzany.

Tak więc oto, w czerwcu ubiegłego roku, polski człowiek sowiecki, karmiony Michnikiem i Morozowskim, doznał traumatycznego szoku. Świat się wali, koniec błogostanu.
Ale to jeszcze nie koniec. Mimo gwałtownego przebierania całej tej menażerii post-sowieckiej nóżkami, mobilizacji europejskich lewaków i żydowskiego miliardera, październikowe wybory wygrał PIS !!!

Jeżeli dla normalnego człowieka, naukowo udowodnione, największą traumą jest śmierć bliskiej osoby, potem rozwód, dalej przeprowadzka, itd, to dla współczesnego, polskiego homo sovieticusa nie może być nic gorszego niż wygrana i władza PISu. To coś nie do pojęcia, coś, co trzeba zwalczać wszelkimi, mozliwymi siłami, jak AIDS, ebolę, czy nowego wirusa zika.


Mimo, że jestem cholerykiem, który nierzadko nie umie opanować języka i sypnąć grubym słowem, co często zarzucają mi ludzie przyjaźnie nastawieni, to jestem także pogodnym optymistą. I czym się szczycę najbardziej – mam bogatą wyobraźnię i lubię czasami fantazjować.
Uważam, że świat z gruntu rzeczy jest dobry, mimo tego całego zła, które nam się codziennie objawia. Uważam, żee zło powstaje z głupoty. Dlatego też jestem specjalnie uczulony na głupotę i ona rzeczywiście może wprowadzić mnie w nieopanowany szał. A szczególnie głupota i powiązany z nią cynizm.
Dlatego potrafię sobie wyobrazić i samego siebie przekonać, choć pewien margines pomyłki zawsze istnieje, że wreszcie mamy w Polsce władzę, która autentycznie chce dobrej zmiany i po raz pierwszy w powojennej historii będzie traktować obywateli podmiotowo. Traktować, jak należy, dążąc do powszechnego dobrobytu i starać się zwiększyć poczucie szczęścia (jesteśmy na 57 miejscu w tej klasyfikacji, bodajże tuż za Azerbejdżanem).
Mamy do czynienia z absolutnym novum, przewrotem niemalże kopernikańskim. Władza, prezydent, rząd i sejm, którzy chcą (i zrobią wszystko w tym celu) suwerennego państwa dobrobytu. Czegoś, czego od ponad stu lat nie mieliśmy i co wydawało się nie możliwe.

I tu dochodzimy właśnie do tych mentalnych barier, które mają zamocowane na stałe, ludzie z dzisiejszej opozycji, protestujący KODomici, niewolnicy wielkich korporacji i zidiocieli miłośnicy "Szkła kontaktowego". Czyli ci, co nigdy nie powiedzą – Bolek, lecz swobodnie będą wołać – Maliniak.
Po traumatycznym szoku poznawczym, kiedy najpierw w czerwcu, a potem w październiku 2015, świat, taki swojski, cieplutki i, jak sami mówią, ujutny, rozsypał się na kawałki, pozostawiając ich z przerażeniem i ogromnym poczuciem krzywdy.
A na dodatek pewien jestem, że każdy współczesny, polski człowiek sowiecki, ma silną blokadę mentalną, że dobre to już było, najpierw za komuny, a potem za Tuska i Komorowskiego i jakakolwiek zmiana może być tylko na gorsze.
A już zupełnie w najbardziej czarnym scenariuszu – zmiana przeprowadzana przez PIS, przez Kaczyńskiego, Dudę Macierewicza, Ziobrę i Kamińskiego.
Nie po to przez długie lata sowiecki i niemiecki aparat propagandy szczuł codziennie, sączył jad i nienawiść do środowisk narodowych i konserwatywno – katolickich, by sklejony super-glue szlaban umysłowy dopuścił do rewizji poglądów i do uwierzenia, że może być inaczej, a nawet lepiej.
Wszyscy przecież kradli i kombinowali, kradną i będą kraść. I nigdy nie będzie inaczej.
A sam Kaczyński ma tylko jednego pierdolca – władza! Im więcej, tym lepiej. I nic go poza tym nie obchodzi. Naród, obywatele? Wolne żarty.



Taki oto proszę państwa nienawistny monolog pada z ust mojego, domorosłego i klasycznego leminga, który nawet chyba nie zdaje sobie sprawy, że jest typowym homo sovieticus, tak, jak to widział ksiądz Tischner.
Przeżył on szok (homo, nie ksiądz) w ubiegłym roku, a mentalna blokada nie pozwala mu znaleźć racjonalnej drogi wyjścia.
Im bedzie lepiej dla Polski i Polaków, on będzie bardziej rozgoryczony, bo oznaczać to będzie, że cały jego dotychczasowy świat był fałszem. Że te pięćdziesiąt, czy sześćdziesiąt lat życia i wiara, chronologicznie, w Jaruzelskiego, Michnika, Mazowieckiego i Kuronia, oczywiście w Bolka, a potem w Tuska i Komorowskiego to lata przegrane i nie ma nic do chluby.

Czy ci ludzie, którzy są ludźmi sowieckimi dopuszczą do siebie myśl, że swoje życie przegrali, albo rozmienili na drobne? Nigdy!
O laskach, na wózkach, z twarzami pomarszczonymi wiekiem i wykrzywionymi nienawiścią, stawią się na zawołanie płatnego szalbierza na alei Szucha, w poczuciu, że jednak nie są osamotnieni. I jeszcze stawią się po to, bo zawsze należeli do jakiejś grupy, najczęściej do POP (kto pamięta?).

Nowe lemingi, co nam rosną, taki Sierakowski, Budka, czy nasza wzorowa kujonka Kamila Gasiuk-Pihowicz, nie są już tak skażone wirusem homo sovieticus. One wpadły w szpony, kto wie, czy jeszcze nie gorszego demona – międzynarodowej finansjery, europejskiego lewactwa i wielkich korporacji.
Im się buduje już inne blokady mentalne. Choć pełnymi garściami czerpie się z dobrej i zasłużonej sowieckiej szkoły obróbki pospoltego człowieka.

A co z tymi biedakami z marszów KODu, zniszczonych przez komunizm i propagandę?
Cóż... pozostaje tylko czekać, aż naturalnie, po kolei wymrą, jak zapoczątkowali to ich idole – Jaruzelski i Kiszczak.


.

sobota, 12 marca 2016

Rozpirzyć śmierdzące szambo




Tak, tak – śmierdzące szambo. Oto co zostawili po sobie szubrawcy, którzy dorwali się do władzy i przez osiem lat niszczyli nasz piękny kraj, pragnąc go unicestwić, zgodnie ze scenariuszem napisanym w obcych metropoliach.
I gdy widzę te fałszywe, wykrzywione gęby, gdzie każdy spostrzegawczy człowiek widzi kłamstwo i obłudę, jak nadal przed kamerami snują swą, zatrutą, pajęczą nić, to szlag mnie trafia.
Podobnie, jak widzę ich zdegenerowaną latorośl, rozpaskudzoną przez lata bezkarności tatuśków i mamusiek, takich Sthurów, Kijowskich, czy kawiorową komunistkę Nowacką, to rzygać mi się chce.




Nierzadko budzi się we mnie jastrząb. Chciałbym sprawy załatwiać szybciej i skuteczniej. Nie obchodzi mnie przy tym, co inni na to powiedzą.
Ropiejące wrzody należy przecinać szybko i zdecydowanie inaczej może dojść do zainfekowania całego organizmu.
Nawet tu, na prawicy, wyleniałe córy rewolucji i wieczni tchórze defetyści, wrzeszczeli na mnie, gdy dawałem głos mojemu radykalizmowi, że znowu chcę utoczyć polską krew. Krew młodych Polaków, która może przecież być lepiej spożytkowana na zmywakach w Londynie, berlińskich domach opieki nad niedołężnymi, czy w wielkich światowych korporacjach, tych ciągle nienażartych lewiatanach.

Każdy ma pragnienie spokoju i bezpieczeństwa. Myślałem sobie – tylko wygrać te jedne i drugie wybory, a będzie pięknie i zaczniemy wreszcie się prawidłowo rozwijać. Któż przecież tego by nie chciał?
Lecz nie. Jak widać przez te sto dni nowych rządów, upiory przeszłości i ich nowe sługi nie dają za wygraną.
Czy nie powtarza się sytuacja z początku lat dziewięćdziesiątych, gdzie zastosowano "grubą kreskę", by uniemożliwić niezbędne dla prawidłowego rozwoju dekomunizację i lustrację? Czy znowu przez długie lata będziemy toczyć potyczki z tymi szubrawcami, agentami niepolskiej sprawy, demonami komuny i lewactwa?

Dlaczego nie można się rozliczyć raz, a dobrze?

Wyleniałe osły w czarnych togach, a także w sutannach, profesorkowie od pierdzenia w stołek, czy zakłamana i zdeprawowana banda funkcyjnych propagandzistów pieją z zachwytu i wspólnie gęgają, jak to pięknie "okrągły stół" rozwiązał rewolucję. Nie było bałkanizacji; nie było trupów (tych paru zamordowanych przez służby księży się nie liczy).
Polski model rewolucji. Przykład dla całego świata...

A w rzeczywistości największe oszustwo po drugiej wojnie.

Wiele lat było potrzeba, dokładnie ćwierć wieku po oszukańczej transformacji, aby naród wreszcie dostatecznie zrozumiał, że żyje we wielkim oszustwie. I zagłosował za prawdą i uczciwością, a wystraszony aparat wyborczy nie był w stanie dostatecznie wyborów sfałszować.
I co z tego?
Natychmiast poszedł przekaz, że takie wybory są gówno warte, bo PIS został wybrany 17% głosów społeczeństwa. Łyso wam, nie? Nie macie co podskakiwać, bo tak na prawdę większość Polaków jest przeciwko wam.
To nieważne, że oni nie poszli głosować na PO, PSL i Nowoczesną, ale nie głosowali też na PIS.
Tak proszę państwa gra się na nowoczesnych instrumentach. Jak nie kłamstwo, to chociaż kłamstewko. Durny naród to kupi...

Ledwo doktor Andrzej Duda, człowiek światły, kulturalny i nowoczesny, dosłowny negatyw Komorowskiego, został prezydentem, a przemysł pogardy ochrzcił go filmową ksywką Maliniak. Że niby tak się łasi do prezesa. Pewnie wymyśliła to ta kopalnia humoru i celnych powiedzeń, młody Sthur, ten jakże błyskotliwy aparatczyk ancien regimu.
To był znak, że plucie, pogarda i nienawiść, mimo fatalnej przegranej, będą kontynuowane. Zanim jeszcze Szetyna ogłosił wojnę totalną.
Polskojęzyczne media niemieckie i te chazarskie tefałeny ucieszyły się, że nie będą musiały zmieniać profilu. A nawet im się polepszyło, bo już nie będzie plucia na opozycję, tylko na władzę.


No więc po 25 października 2015 miałem nadzieję, że gołębia część mojej natury będzie mogła się pławić w radosnym niepokoju nowego budowania, prostowania krętych ścieżek i zwycięstwa prawdy nad zakłamanym światem.

Niestety...

Sto dni minęło, a starzy szubrawcy mają się dobrze. Przestępcy sobie swobodnie gwizdają. A młode lewaki, kupione za wdowi grosz, ochoczo zarabiają na kolejny kolczyk w uchu, nosie, czy w miejscach intymnych.
I to budzi mój gniew i powolutku zaczynam się gotować.

Ja wiem, że polityka to delikatna sprawa i trzeba być ostrożnym i umiarkowanym. Niby nie ma miejsca na ruchy gwałtowne. To nic, że naprzeciwko mamy padalców, krętaczy i złodziei. Trzeba z nimi delikatnie... Dlaczego???

Wytaczają przeciwko nam armaty. Najgrubsza z nich, prawdziwa Gruba Berta nazywa się "państwo prawa".
To ulubiony chwyt europejskich lewaków wypasionych na stołkach i przy korycie niemieckiego Bizancjum.
Państwo prawa. Nie państwo sprawiedliwe; nie państwo dobre dla obywateli, tylko właśnie państwo prawa.
Nawet taki zapiekły wróg PISu, jak profesor Ewa Łętowska, która doktoryzowała się w słynnym roku 1968, stwierdziła na wykładzie, że państwo prawa istnieje tak długo, jak wszystkie strony sceny politycznej taki status akceptuje. A jak praktycznie nikt nie akceptuje, odbywa się istna żonglerka paragrafami, ba... konstytucją, to o jakim państwie prawa mowa?

Usłyszałem taki wspaniały wywód, który przeprowadziła któraś z tych mądrali od Petru: to co robi teraz PIS jest wstrętne i paskudne. Nie ma do tego prawa. ALE gdyby miał większość konstytucyjną, to wszystko byłoby w porządku. Ale do tego czasu wara od wodza Rzeplińskiego. A potem, to można by go powiesić choćby za jaja i wszystko by było OK.

No więc cała ta cyniczna, zakłamana ferajna, bezczelnie nas rozkradająca przez osiem lat i podbudowana kryptokomunistycznymi, neoliberalnymi i nierzadko homo, kolesiami z Europy, niby stoi teraz na straży prawa, jak garstka Greków w wąwozie Termopile.
To doprawdy tragikomiczne: - złodzieje, oszuści, gangsterzy i banksterzy, kombinatorzy i szubrawcy stają w obronie prawa i będzie to wojna totalna.

A gdzie są armaty Zjednoczonej Prawicy?
Na razie widzę tylko marne pukawki. Nawet taki kiedyś drapieżnik, jak Kurski, przeistoczył się w kotka przytulankę, wypieprzając z TV młodego, prawicowego rewolucjonistę Rachonia. Ciii... nie trzeba tak ostro. Czyżby dlatego, że z wieloma draniami jesteśmy po imieniu?

A nie można unieść dywanu i powyciągać ukryte smrody?! Kulturka wg Sthura nie pozwala?

Panie Grzegorzu Schetyno, jak to tam naprawdę było z Aferą Hazardową?
Panie Sławomirze Neumann, kto w Ministerstwie Zdrowia, gdzie pan był wiceministrem doprowadził do tego, że polscy pacjenci nie mogą kupić ratujących życie leków, bo zezwolił pan na eksport (legalny???) do spasionych niemieckich brzuchów.
A urocza pani Hanno Gronkiewicz – Waltz, jak pani rodzina weszła w posiadanie dochodowej kamienicy w Warszawie?

To tylko walczące o państwo prawa prezydium Platformy Obywatelskiej. Ile tam jeszcze przekrętasów, to możecie sobie tylko wyobrazić. Ja tu w Trójmieście muszę oddychać tym samym powietrzem, co szemrany handlarz mieszkaniami (ostatnio siedem) Adamowicz, czy niedoszły skazany Karnowski.

PSLu, ostrzegam, nie należy dotykać i omijać z daleka. Tak się można upaskudzić. Podobno chcieli pozwać do sądu Pawła Kukiza, że nazwał ich gangsterami. Ale im przeszło, jak się zapytali sąsiadów i krewnych ulokowanych tu i tam.

No, a nasza gwiazda rocka, właściwie to nawet psychodelic transu. Ryszard Petru, który wpuścił w maliny milion frankowiczów. Czy on i co takiego przyrzekał swojemu bosowi Sorosowi?
Bo za kumaty to on nie jest, jeżeli na trybuna ludowego namaścił faceta, nijakiego Kijowskiego, z trzema kolczykami w uchu i tzw. kitką idioty, który swobodnie, a jakże, zalega z 80 tysiącami niepłaconych alimentów. Może w ramach państwa prawa uznał, że dziecko nie jest jego, bo nie ma kitki?

A może posprawdzać skąd forsę miały Polsaty, TVNy, czy GieWu... Może ukradziono ją obywatelom?

Panowie wojownicy z PISu, sami widzicie jakich macie przeciwników. To nie armia, tylko ciury wlokące się za taborami. Same łachmyctwo. Mocniej tupnąć, a pochowają się po dziurach i pod kamieniami.

Tak, jak głosowałem na Andrzeja Dudę, a później na PIS, to marzyła mi się totalna rewolucja państwa. A co mam? Jak dumnie Szetyna powtarza – totalną opozycję.
100 dni to niby nie za dużo... Ale paru ewidentnym przestępcom, można by już wytoczyć procesy. Tak dla przykładu. Żeby się zastanowili, zanim zaczną kłapać jęzorem, w Brukseli, Berlinie, czy Waszyngtonie. Żeby wiedzieli, że sprawiedliwość, która ich dopadnie, jest ważniejsza od prawa, które ich ochrania.

Panie prezesie Jarosławie Kaczyński! Jesteśmy rówieśnikami i jako gówniarze zdarzało nam się tłuc z wrogami. Czyżby Panu już ta chęć przeszła? Czy wystarczy Panu od czasu do czasu wykrzyczeć prawdę i oznajmić niesprawiedliwości?
Czy trzeba mieć większość konstytucyjną by faktycznie zmienić Polskę?
Jak długo jeszcze będzie się ciągnął po kraju ten "opozycyjny" smród po gaciach?

Platforma u władzy potrafiła grać perfidnie. Nawet bardzo perfidnie. Czy takiej perfidii nam brak, by forsować nasze rozwiązania?

Dajmy sobie spokój z sondażami. Niech one nie usypiają. Faktycznie PIS zdecydowanie prowadzi. Ale ... mu nie wzrasta. Oczywiście można poprawy się spodziewać, gdy zaczną w życie wchodzić ustawy społeczne.
Lecz dla mnie to wszystko dzieje się za wolno.
Nie widzę skutecznych ataków i kontrataków w stosunku do autentycznych wrogów Polski.
Chyba nikt nie spoczywa na laurach?

Kto jeszcze oprócz tych podejrzanych politykierów bruździ Polsce i zmianom na lepsze? Kto się lepiej czuje w smrodliwym bagnie niż na twardym gruncie?

Oczywiście polskojęzyczne, ale nie polskie media. Tuby nowego porządku świata i lewackiej kryptokomuny (kto daje pieniądze Krytyce Politycznej?).

To marcowi docenci i magiczny krąg uniwersyteckich "akademików"; tych pożal się Boże uczonych, których nikt nie czyta, nikt nie respektuje, a oni się kiszą we własnym sosie, tak, jak pan ex-minister i były rektor, który odsunął na moich oczach kieliszek, bo wolał pić wódkę prosto ze szklanki.

To także prawnicy stanu wojennego. Magicy od żonglowania, gotowi każde prawo ustawić zgodnie z potrzebą chwili, albo ukrytych w cieniu mocodawców (sędzia Milewski). Kasta, która lata całe nietykalna, uznała, że jest ponad wszystko i tylko sam Bóg mógłby im zagrozić.
Czy pana Rzeplińskiego nie można zmusić do zapłaty?

Ekolodzy, formacja, która wielokrotnie udowodniła, że składa się z cynicznych hipokrytów, nie chce dopuścić do wycinania chorych drzew w otulinie Puszczy Białowieskiej, dopuszczając w ten sposób by pasożyty zniszczyły ten cud przyrody.
Czy nie należy podobnie usuwać takich ludzkich pasożytów? Przecież oni nieustannie infekują obywateli.
Ktoś ma jakieś wątpliwości powodowane chrześcijańskim miłosierdziem?
Oni cały czas żerują na naszej dobroci i miękkości.
Raz trzeba być twardym, by potem wieść życie spokojne i dostatnie...

,

niedziela, 6 marca 2016

Totalna a hybrydowa




Chyba już niewielu z pośród nas ma wątpliwości, że Polskę toczy wojna. Niewypowiedziana jednoznacznie, bez frontów i starć wojennych. Jednakże wojna prawdziwa: jaka ta Polska ma być i najważniejsze - czyja.

Prezydent, po latach kolonializmu, wreszcie nasz, wreszcie mądry i uczciwy, niemalże ginie w tajemniczym wypadku samochodowym.
Z prezydentów: Wałęsy się naśmiewano, Kwaśniewski żenował pijaństwem, a Komorowski bezgraniczną głupotą. Jednakże nigdy nie zdarzyły im się przypadki, w których ich życie byłoby zagrożone.
Lecz gdy tylko głową państwa zostawał prawdziwy patriota, prowadzący kraj do autentycznej suwerenności, to strzelano do niego (Lech Kaczyński w Gruzji), by w końcu go zabić w katastrofie samolotowej. Albo, jak przedwczoraj spróbować go zniszczyć w wypadku samochodowym.
A przypominam, że fachowcy od mokrych robót, mają już na koncie parę tragicznych wypadków samochodowych, gdzie ginęli ludzie niewygodni, jak choćby śp. Walerian Pańko, prezes NIKu, który wraz z Michałem Falzmanem, za bardzo się zbliżył do skarbca służb specjalnych, jakim był FOZZ.

Myślę sobie, że rozwalenie takiej opony w samochodzie prezydenta nawet nie jest tak bardzo skomplikowane.
Podczas gdy wielu zastanawiających się nad przyczyną wypadku rozważa strzał snajpera, ja wymyśliłem sobie o wiele prostszą metodę – pancerną oponę zamiast powietrzem, napełniamy mieszaniną gazów wybuchowych, o temperaturze zapłonu w okolicach czterdziestu, pięćdziesięciu stopni.
Opony samochodu w czasie jazdy rozgrzewają się; tym bardziej im szybciej samochód jedzie. Gdy w końcu przekroczy się temperaturę krytyczną, gaz, który wypełnia oponę wybucha, powodując destrukcję całego koła, niezależnie, czy będzie to bezpieczna opona PAX, czy flat-run. No i czy po takim zamachu można jeszcze znaleźć jakiekolwiek ślady?

Prezydent Andrzej Duda wykazał dobitnie przez pół roku swojego urzędowania, że jest człowiekiem prawym i niezłomnym. Czyli dla wrogów i przeciwników jednoznacznym celem do odstrzału.
Warto tu też przypomnieć, że na Jarosława Kaczyńskiego też dokonano zamachu, gdy niepoczytalny Cyba zastrzelił posła PISu w miejsce prezesa, po którego przyszedł.
A prezydenta Komorowskiego co najwyżej młody człowiek obrzucił jajkiem...


Przekonany jestem, że polska wojna, której jesteśmy świadkami, nie jest naszą wewnętrzną, narodową inspiracją.
Polska w obecnym kształcie, z nowymi, patriotycznymi władzami nie pasuje do nowego porządku świata. Nie takie miejsce i rolę wyznaczyli jej samozwańczy mędrcy, którzy pragną urządzić świat po swojemu.
Miał nasz kraj być właśnie taki, jaki był przez osiem lat rządów PO i PSL: - spolegliwy, niesamodzielny, skorumpowany i podporządkowany obcym metropoliom. Kraj, dostarczyciel taniej siły roboczej, tanich surowców i rynek zbytu towarów drugiej kategorii. Kraj, który samodzielnie nic nie ma do powiedzenia. Na który prezydent Francji Sarkozy mógł warknąć, by Polacy zamknęli dziób, a panowie Sikorski, czy Wałęsa wprost błagali Berlin, by otulił nas swoimi skrzydłami.


Zamachy, zabójstwa polityczne i eliminowanie fizyczne przeciwników, to czytelna sygnatura Rosji. Tak tam od dawna rozwiązuje się problemy walki politycznej.
Lecz kto powiedział, że Rosja, a w szczególności Putin nie biorą aktywnego udziału w ustanawianiu nowego porządku świata. Przekonany jestem, że biorą udział, jak najbardziej. Czymżesz było zajęcie Krymu, czy Donbasu? To fizyczne ustanawianie nowego porządku, w którym nie ma miejsca dla Ukrainy w obecnym kształcie. I co? Reszta świata, te europejskie potęgi i Ameryka mają coś przeciwko temu? Tylko i wyłącznie grę pozorów.

Przypatrzmy się dzisiejszej Europie, przed którą niestety musimy się bronić. To wszystko przefarbowani komuniści, od Merkel i Schultza po Belga Guya Verhofstada, Luksemburczyka, alkoholika Jean-Claude Junkera, czy norweskiego lewaka Thorbjorna Jaglanda.
Komunista, za wyjątkiem zidiociałej i rozkapryszonej młodzieży źle się kojarzy na salonach. Więc te lewaki teraz nazywają siebie neoliberałami, zielonymi, lub po prostu ludźmi postępu. By nie było wątpliwości – postępu, jak to rozumiał Lenin, Mao, czy Pol – Pot.
Nie zapominajmy, że pierwszą, która rzuciła hasło unii europejskiej była zatwardziała, żydowska komunistka Róża Luksemburg, notabene twórczyni niemieckiej SPD i członek Międzynarodówki.
Czyli dzisiejsza Unia Europejska, jest bez żadnych wątpliwości spełnieniem marzeń komunistów i socjalistów. A pamiętając hasło – "proletariusze wszystkich krajów łączcie się" – czy jest w takiej Europie miejsce na suwerenne i niepodległe państwo? Czy cały ten, nieduży przecież kontynent, ma się zlać w jedną homogeniczną miazgę pod światłym przywództwem Berlina i Paryża, a pośrednio również Moskwy?

Jaki jest cel tej bzdurnej i niepotrzebnej wojny, która wyraźnie nas wyniszcza? Prosty i jedyny: - przywrócenie status quo ante. Polski z Tuskiem, Komorowskim, Kopaczową, Sikorskim, Sawickim i resztą bandy, Polski we władaniu Gazety Wyborczej, proniemieckich czasopism i TVNu, czyli powrót państwa teoretycznego;  bez obywateli, ale z masą ludzką. Państwa, którego centrale dyspozycyjne są poza granicami kraju – w Berlinie, Moskwie i Brukseli.


Wojna hybrydowa, jak zastanawia się profesor Zybertowicz, czy wojna totalna, jak oświadczył śliski piskorz opozycji, Grzegorz Schetyna?
Według mnie jedno nie wyklucza drugiego i wprost przeciwnie – wspaniale się uzupełnia.
To zostało dosyć dokładnie określone przez przegranych, przeciwników obecnej władzy. Mają to być narastające protesty uliczne, które w etapie zasadniczym mają doprowadzić do zamieszek i niepokoju społecznego.
To nieustanne zatruwanie umysłów kłamstwami i wątpliwościami. Sianie niepokoju i zwątpienia. Podrywanie autorytetu władzy nawet kosztem wyniszczania państwa.
Z drugiej strony, budowanie na zewnątrz obrazu Polski, jako państwa awanturniczego, niedemokratycznego, autorytarnego i totalitarnego. Państwa, dla którego nie ma miejsca w wielkiej rodzinie kochających demokrację i jednomyślność. Państwa, które należy poskromić, zanim poczyni nieodwracalne szkody w niewolniczej mentalności Europejczyków. Tego europejskie stolice obawiają się najbardziej – tego, że polska zaraza może rozlać się po kontynencie i nagle obudzeni, wk...ni obywatele pognają brukselską i sztrasburską hałastrę na cztery wiatry. Kilkadziesiąt tysięcy darmozjadów, ba pasożytów, lewackich cwaniaków, którzy brutalniej od Hitlera pragną urządzić Europę.

Musimy być bardzo mocni i wytrwali, jeżeli chcemy wreszcie mieć ojczyznę niepodległą, tak, jak śpiewaliśmy przez dziesięciolecia, prosząc Boga o to.

Hybrydowa walka, którą toczymy jest taże wyścigiem o czas. Wrogowie dobrze wiedzą, że wprowadzenie i ugruntowanie projektu 500+ to poważny cios dla nich. Podjęcie działań przez ministra, prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobro spowodowało, że skorumpowanych poprzedniej ekipy oblał zimny pot. A cała masa innych projektów, w tym plan Morawieckiego, zobaczymy, może nawet powtórzenie planu Kwiatkowskiego z II RP, wybitnie stawia na wygraną postępowej prawicy w kontrze do polskiego i europejskiego lewactwa. W Moskwie też taki scenariusz musi budzić grozę.

W najbliższych dniach możemy spodziewać się skomasowanego ataku.
Komisja Wenecka opublikuje swoje zalecenia, które oczywiście będą niemożliwe do spełnienia przez suwerenne władze. To będzie tekst napisany pod dyktando neoliberalnych lewaków z bizantyjskich urzędów Berlina i Brukseli. Machniemy na to oczywiście ręką, bo tyle warte są pseudo-prawnicze, a faktycznie polityczne bazgroły.
Jednakże natychmiast podchwyci to Rada Europy i Komisja Europejska, a także jak właśnie usłyszałem, krypto-komuniści amerykańscy, z rządu Baraka Obamy.
I będą nas nękać, łajać i pouczać. Czy posuną się do sankcji ekonomicznych?
Mając już na karku kłopot z Wielką Brytanią, nieco mniejszy z Węgrami, muszą  być bardzo ostrożni z Polską.
Przywileje, które mamy z początków istnienia Unii Europejskiej: strefa Schengen, unia celna, czy strefa wolnego handlu swoboda zatrudniania są oczywiście bardzo cenne i pozytywne. Jednakże nastroje w Polsce nie są już tak pro-europejskie jak w momencie wchodzenia do Unii. Ludzie widzą wreszcie, że ta przynależność również dużo kosztuje. I z każdego danego nam euro, osiemdziesiąt centów natychmiast wraca do Berlina.
Czy UE mogłoby sobie pozwolić na wyjście Polski z Unii? Nie sądzę. To mogłaby być ta kostka domina, która rozwaliłaby cały układ.


Mamy więc tą naszą totalną wojnę hybrydową, gdzie stary aparat postkomunistyczny jest wyprowadzany na ulice, gdzie generałowie po woroszyłowce i innych uczelniach GRU składają dymisje, GW drukuje plakaty na demonstrację, a TVN bez końca prezentuje ekspertów Cimoszewicza i Giertycha.
Ktoś to finansuje z zewnątrz, bo nie są to ani spontaniczne akcje, ani ruchy oddolne. Znawcy twierdzą, że komunista – miliarder George Soros przeznaczył 150 milionów na rozruchy w Polsce, w tym na Nowoczesną, Petru i KOD. Może jeszcze Bruksela coś dorzuciła. I Moskwa oczywiście.

Prezydent Andrzej Duda żyje i ma się dobrze. Fachowcy twierdzą, że było bardzo blisko tragedii...
Cóż, takie są metody wojny totalnej. Szczególnie takiej prowadzonej przez barbarzyńców.
Przeciwko suwerennej Polsce. Ale nie tylko... W większym obrazie, przeciwko cywilizacji łacińskiej, chrześcijaństwu i moralnym zasadom starożytnej Grecji i Rzymu. Przeciwko naszej kolebce.


.

niedziela, 21 lutego 2016

Zrywanie zasłon maskujących


 

Nadszedł wreszcie czas, aby zacząć ujawniać nam wszystkim, całemu narodowi, czystą, niczym nie zafałszowaną prawdę, której znajomość była dotychczas przywilejem niewielkiej garstki wybrańców.
Reszta Polaków miała żyć w błogiej nieświadomości i konsumować fakty i obrazy, które im wyświetlano na rozlicznych ekranach, fałszujących i przykrywających prawdziwą rzeczywistość.
Po co im to – orzekli mędrcy i przywódcy. I tak niewiele zrozumieją i tylko zmąci to ich spokój.
Pora więc z tym skończyć.

Byliśmy traktowani jak motłoch. Głupi, ciemny motłoch...
System, który wykształcił się w Polsce zaraz po II WŚ, zbudowany przez przywiezionych na sowieckich tankach aparatczyków, oraz międzynarodowych zarządców uzurpujących sobie prawo do kierowania losami narodów, jak masoneria, czy klub Bilderberga, uznał w latach osiemdziesiątych minionego wieku, że osiągnięto pułap możliwości rozwojowych, nie państwa, nie narodu, ale uprzywilejowanej warstwy władców Polski. Towarzysze porozjeżdżali się po świecie i pooglądali, jak można żyć na wysokim poziomie. Zapragnęli tego samego. Było to jednak niemożliwe w sztywnym pancerzu państwa komunistycznego, gdzie wszystko należało do ludu. Trzeba to było mądrze zmienić, aby fikcyjna własność znalazła wreszcie prawidłowych właścicieli. Takich, którzy potrafią docenić stan posiadania i w pełni potrafią czerpać z bogatych zasobów.

Oczywiście, nie można było tego zrobić na tak zwany rympał, przejmować na chama majątek narodowy. To mogłoby wywołać sprzeciw, a może nawet bunt.
Zaczęto wówczas montować scenografie maskujące.
Takim pierwszym w nowym etapie rozwoju była transformacja i jej punkt startowy – okrągły stół.
Oto masz narodzie, popatrz sobie, komunistyczni władcy pokornie schylają głowy, siadają wspólnie do stołu z dzielnymi opozycjonistami i razem kształtują przyszłość nowej Polski, gdzie komuniści będą się odsuwać w cień, a rządzić zaczną zacni i dumni przedstawiciele narodu. Ku chwale ojczyzny. By Polska była krajem mlekiem i miodem płynącym.
To była farsa.
Jak okrutna i szydercza możemy ze smutkiem powiedzieć dzisiaj po dwudziestu sześciu latach.

Jednakże to właśnie wtedy rozwinięto i wprowadzono w życie teorię zasłon rzeczywistości, fałszywych ekranów i krzywych luster. Następnie z powodzeniem stosowano ją przez całe ćwierćwiecze.

Zasłona pod nazwą prywatyzacja. A faktycznie bezczelna grabież majątku narodowego i okradanie obywateli, kierowana przez złowrogiego fanatyka Balcerowicza, pod nadzorem światowej finansjery z paskudnym George Sorosem na czele.

By skryć nieustanne afery i szalbierstwa, z ukradzionych narodowi pieniędzy stworzono dwie stacje telewizyjne: Polsat i TVN, by oczy Polaków zatrzymać na brazylijskiej telenoweli, zachęcić do pląsów w rytmie disco – polo i karmić przetrawioną sieczką, o całe kilometry odległe od prawdy, na temat państwa i świata. Tak maluczcy mieli sobie o czym pogadać przy piwie i grillu.

Zasłony i ekrany maskujące były wszędzie, od gminy do sejmu i kancelarii premiera. To, co miało docierać do narodu, miało być przez nie precyzyjnie przefiltrowane.
Tak się system w tym działaniu rozbuchał, że nawet chcieli zasłonić nam prawdziwy krajobraz montując ekrany wzdłuż każdej drogi.

Rządził fałsz i obłuda. A system – postkomuna i jej kolejni sprzymierzeńcy w tym czasie kradli, kombinowali i dopuszczali się najróżniejszych bezeceństw.
Gdy powstawała taka potrzeba, nie wahano się dokonywać mordów politycznych. Opracowano nawet specjalną metodę, którą naród nazwał seryjnym samobójcą.

Wpływ obywateli na państwo i władzę był żaden. Nawet, jak trzeba było to i powszechne wybory sfałszowano. W zamian dawano ludowi ersatz, złudzenie demokracji i parodię państwa prawa. To właściwie był system pół-niewolniczy, tylko z taką różnicą, że jak ci się nie podobało, to mogłeś z niego spieprzać. W ramach poufnych traktatów czekała już na ciebie praca na tak zwanym zachodzie.

Szczytowym okresem tego zakłamania i całej tej prostytucji były rządy Platformy Obywatelskiej i PSL, z utalentowanym w kłamstwie i obłudzie mistrzem ceremonii, Donaldem Tuskiem. Była więc nam wyświetlana zielona wyspa, gdy wokół szalał kryzys i bankructwa. Drogowskazy pokazywały drugą Irlandię, a dobrobyt był tuż tuż, na wyciągnięcie ręki. Tylko, że między nim, a tą ręką była pancerna szyba telewizorów z programami Polsatu, TVN i przejętej również, nieustanie pro komunistycznej TVP.

A co się działo za maskującymi zasłonami? Czasami tylko docierały do nas strzępy informacji o kolejnych aferach, z których każda po kolei miała być tą aferą stulecia, a w praktyce żadna z nich nie została do końca wyjaśniona.
Zostawianie spraw niewyjaśnionych, czyli tak zwane zamiatanie pod dywan, to bardzo popularna i nieustannie stosowana taktyka usuwania niepotrzebnych kłopotów.

*********

Gdy w zeszły poniedziałek wybuchła świeża afera z Bolkiem – Lechem Wałęsą, spowodowana dziwnymi działaniami wdowy po zbrodniarzu Kiszczaku, zacząłem się zastanawiać, co to za nową zasłonę maskującą wysmażyły służby i co one teraz chcą przykryć.
Bo dla systemu – pamiętajmy – ex-komuny i lumpenliberałów (to wg. Brauna) dzieje się bardzo źle.
Nowa władza, nie dość, że w końcu tą władzę ma, to jeszcze ośmiela się bezczelnie rządzić.
I to wprowadza takie ustawy, że ten mozolnie budowany przez dwadzieścia pięć lat szkielet III RP może się rozsypać, jak domek z kart. Oficjalnie już opozycja zapowiedziała, że będzie walczyć z tym niecnym zamiarem na wszelkie sposoby: na ulicach polskich miast i w szacownych gabinetach tych państw, które mogą pomóc poskromić rozbuchany PIS.

Więc może z tym Wałęsą, to znowu jakieś maskowanie, by dać maluczkim temat do rozmów przy kawie.
Jednak uznałem, że nie – to pierwsza, tak widoczna szczelina na systemie fałszywych ekranów, którymi system odgrodził polskie społeczeństwo od brutalnej rzeczywistości.
Dodatkowym atutem jest tutaj odzyskanie polskiej telewizji TVP, co pozwala odpowiednio i uczciwie nagłośnić tą konkretną sprawę.

Za tym, że zaistniała ponownie afera Bolka jest dramatyczną porażką systemu i katastrofalnym pęknięciem w serwowanym Polakom obrazie, przekonał mnie taki scenariusz i niezbite fakty, które się z nim łączą.

Bardzo łatwo zapominamy, że generał Czesław Kiszczak, zanim został ministrem MSWiA i dostał całą ubecję i policję, do których, czego nie ukrywał, żywił pogardę i opinię o marnej jakości, był wojskowym wywodzącym się ze służb specjalnych. Czyli z tego, czym w końcu zostało WSI.
Mając to na uwadze, nie dziwi już, dlaczego z taką pieczołowitością, osobiście zachowywał akta Wałęsy.
Nie Wałęsy – Bolka. To bzdet. Wałęsa już od okresu powszechnej służby wojskowej był agentem, lub tylko człowiekiem do pewnych zadań wojskowych służb specjalnych.
W roku 1970 został on wypożyczony ubecji, która cierpiała na brak wiarygodnych informatorów w gdańskim środowisku i do roku 1976 wykonywał dla nich pracę.
Współpraca ta, z tego okresu, jest dobrze udokumentowana i już raczej dość dobrze znana. To ten słynny epizod Wałęsy – Bolka, haniebny, ale możliwy do przetrawienia.
Dzisiaj Wałęsa boi się, że w dokumentach Kiszczaka może być coś więcej niż Bolek 70/76.

W 1976 wojskówka odebrała Wałęsę ubekom, bo miała w stosunku do niego już dalsze plany.
Czy stratedzy wojskowych służb specjalnych rozpoczęli przygotowania byłego Bolka do objęcia przywództwa strajków robotniczych, a dalej patrząc, do objęcia wiodącej roli politycznej, po planowanej transformacji, tak, by zabezpieczał on z najwyższych pozycji interesy swoich wojskowych przełożonych?

Dla mnie ten scenariusz pięknie się dopina.

Czy Kiszczak zdecydował zadziałać według zasady – po mnie choćby potop?
Nie cierpiał Wałęsy, uznawał go za miernotę i bufona. Raczej też nie darzył zbytnią sympatią lumpenliberałów Tuska.
Przyszykował ładunek z opóźnionym zapłonem, gdy zrozumiał, że system, jego system w końcu przegrywa.
25 lat nowej Rzeczypospolitej to nieustanne pasmo nieudaczników, łotrów, małych krętaczy i bezczelnych cwaniaków.
Mógł uznać, że dosyć już tego nieudanego eksperymentu. Że po jego śmieci niech się dzieje wola Boża.

Czy Wałęsa w końcu stanie w prawdzie? Nie może!
Nadal obowiązuje go tajemnica służby, a służba, jak wiadomo, ma długie ręce.

Dla mnie bardzo znamiennym był okrzyk Wałęsy wypowiedziany w jednym z dziesiątków wywiadów, które teraz udziela: - "Przecież prowadzący nigdy nie zdradzi agenta, którego prowadzi! To niemożliwe".
Te słowa pełne niekłamanego żalu i rozgoryczenia przekonały mnie, że Lech Wałęsa do końca jest związany przysięgą agentem, który do nieszczęsnego poniedziałku był pewien swojej ochrony.

Miota się dzisiaj, bo to, co się dzieje, wreszcie go kompletnie przerosło.

*************

Czy teraz, gdy już wyciągnięto ten kamyk u podnóża, ruszy lawina?
Zaczniemy się zmagać z wieloletnimi kłamstwami i oszustwami?
A każdy z nas wie, jak wiele tego jest...

A Polska, cóż... nie będzie całkiem prawdziwa, jeżeli nie pozbędziemy się raz na zawsze tych kłamstw, które były skryte za ekranami i zasłonami propagandy i manipulacji.


.

sobota, 13 lutego 2016

KONARY

W kwestii łażenia po drzewach mieliśmy absolutnego pierdolca. Nie było w okolicy solidnego klonu, lipy, czy kasztanowca, który nie byłby spenetrowany po sam czubek. Iglaki odpadały. Świerki, czy jodły z przyczyn oczywistych – goły pień i wątłe gałęzie. Nic ciekawego. Natomiast nadmorskie sosny, raz, że nie za duże, to poza tym strasznie brudziły żywicą, która nie dawała się wyczyścić, co zazwyczaj kończyło się na przeraźliwym krzyku mamy: - Tomasz! On znowu łaził po drzewach!!!
Bo oczywiście – wspinanie się na drzewa było surowo wzbronione przez rodziców i nie tylko. Dojrzali przechodnie często, jak wypatrzyli nas u góry w gałęziach też na nas wrzeszczeli, ale my stroiliśmy do nich małpie miny, bo wiedzieliśmy z doświadczenia, że nie wejdą za nami na drzewo, a stanie na dole i pilnowanie, znudzi się im szybciej niż nam.

Choć nie zawsze z tymi dorosłymi było lekko...
W Orłowie, placyk przy którym mieszkałem z rodzicami, gdzie na parterze była wówczas przychodnia lekarska z czterema gabinetami, w tym jednym, dentystycznym, który niemile wspominam, był w tamtych latach, aż dziw, wspaniale utrzymany, zachowując przedwojenną strukturę. Dla nas, chłopaków najważniejsze – miał cudownie posadzone gdzieś na początku lat trzydziestych drzewa, więc już wspaniale rozrosłe: od ulicy lipy, na około placu klony i jeszcze w dwóch grupach, naprawdę wysokie topole białe, też rozłożyste a nie takie smukłe, włoskie, jakie sadzi się wzdłuż dróg.
Te drzewa to było nasze przedszkole i pierwsze klasy podstawówki sztuki wspinania się. Wszystkie pnie gdzieś tak do wysokości dwóch metrów, a może i więcej były gładkie, bez gałęzi, więc trzeba było mieć dobrze opanowane odpowiednie techniki włażenia na drzewo.
W naszej kamienicy, zamieszkiwało w sumie sześć rodzin. A jako, że był to powojenny szczyt demograficzny, to było nas tam czterech rówieśników i trzech nieco starszych chłopaków; dziewczyn i pętającej się pod nogami drobnicy małolatów nie liczę.
W następnej z kolei kamienicy, którą od naszej oddzielał wąski ogród, też było sporo dzieciarni, ale tylko dwóch chłopaków z naszej paczki.
Mieszkał tam natomiast gość, którego wszyscy się bali i nienawidzili i powszechnie nazywali komuch – faszysta. My też, bo pewnie któryś z nas usłyszał od starszych. Nie mieliśmy pojęcia co to znaczy, ale nienawidziliśmy z dużą wzajemnością tego faceta. On wprost obsesyjnie nie cierpiał dzieciaków.
Teraz, jak myślę wstecz, a wiadomo było, że mężczyzna pracował na milicji, jednakże rzadko go było widać w mundurze, przekonany jestem, że był to pospolity ubek.
Pewnego późnego popołudnia, dwójka z nas wspinała się na nasz ulubiony klon, naprzeciw naszego domu. Przyjaciel już był u góry, a ja za nim, właśnie złapałem za pierwszy konar i swobodnie zwisałem, by za pomocą prostego triku i w oparciu o pień, przewinąć się do góry,
Nagle gwałtownie obok zatrzymała się stara Warszawa, wyskoczył z niej komuch – faszysta, podbiegł i złapał mnie za nogi.
- Mam cię gówniarzu, złaź! – pełen satysfakcji wysyczał.
Miałem problem. Wyrwać mu się raczej nie mogłem, bo trzymał mnie, jak w kleszczach, a jak się puszczę gałęzi, to polecę i wyrżnę na glebę.
Zacząłem wierzgać nogami, wyrwałem się z jego objęcia, lecz tylko na chwilę, żeby zeskoczyć na ziemię. Dziad mnie natychmiast złapał za ramię i szyję, zawlókł do samochodu i zawiózł na komisariat MO na ulicy Akacjowej. Wyobrażacie sobie? Sprzed domu, gdzie tata przyjmował pacjentów, aż jakieś trzy kilometry dalej, by, jak wtedy myślałem, wsadzić mnie do ciupy, za łażenie po drzewach. Jeżeli ktoś myśli, ze nie byłem przestraszony, to się grubo myli. Przecież tamte czasy były nasycone opowieściami o straszliwych aresztowaniach, wyrokach i torturach i chociaż mówiono o tym szeptem i z dala od dzieci, to zawsze coś wyciekało, a my sami budowaliśmy z tego masakryczne historie.
Na szczęście długo nie pobyłem na tym komisariacie. Jak tylko ubek się zmył i odjechał, dzielnicowy natychmiast zadzwonił do taty i poinformował go, gdzie się znajduję i żeby przyjechał odebrać więźnia.
W przeciągu godziny śmiejący się ojciec pojawił się w drzwiach. Zapalili po papierosie z milicjantem, z którym się świetnie znali, bo to był orłowski swojak i często korzystał z usług ojca. Pamiętam jeszcze, że wspólnie uzgodnili, że jako zostałem dostarczony na komisariat za przestępstwo, to muszę odsiedzieć choć chwilę w areszcie. No i zamknęli za mną kratę...
Jak już tata wiózł mnie do domu, to mnie ostrzegł, że mam się trzymać od tego typa z daleka i uważać na niego, bo to zły i niebezpieczny człowiek.
- Tak tato, wiem – odpowiedziałem przemądrzale, - to przecież komuch – faszysta.
Ojciec zdumiony spojrzał na mnie, omalże nie wjeżdżając na chodnik i nagle wybuchnął śmiechem.
- A ty skąd masz takie wiadomości? I czy wiesz, co to znaczy? – zapytał, ciągle się śmiejąc.
- Nie wiem co to znaczy, ale wszyscy tak na niego mówią – odparłem w końcu uspokojony i szczęśliwy, że cała afera nie skończy się pasami i innymi restrykcjami.

Dzisiaj wiem dobrze, że tata mój nie miał absolutnie nic przeciwko naszemu łażeniu po drzewach i sam zresztą parokrotnie w lesie, czy nad jeziorem, razem ze mną wspinał się wysoko.
Lecz gdyby czasami nas zobaczył na czubku najwyższych drzew, to niewątpliwie by zmienił zdanie.

Orłowo i część Małego Kacka, w swojej kotlinie na poziomie morza, jest praktycznie z trzech stron otoczone lasami. Od wschodu była Kępa Redłowska, dochodząca do morza, ze wspaniałymi klifami, cel długich wypraw. Północny zachód to Lasy Witomińskie, wspaniałe i dzikie, miejsce wędrówek do źródeł rzeki Kaczej. A od południa mieliśmy nasze najukochańsze i najbliższe lasy sopocko – orłowskie.
Nie więcej niż dwieście metrów od domu, po przejściu skrzyżowania ulic Wielkopolskiej i Wrocławskiej, oraz minięciu trzynastki, naszej Szkoły Podstawowej, zaczynał się nasz raj i to całoroczny – Mały Lasek.
Ponieważ był on na fantastycznym zboczu, zimą było tu centrum sportów zimowych, nie tylko dla naszej bandy, ale dla wszystkich dzieciaków w okolicy. Na wiosnę bawiliśmy się na pobliskich bagnach, które były cudownie żółte od porastających je kaczeńców. Jesienią na górce piekliśmy ziemniaki i puszczaliśmy latawce.
No a latem? Oczywiście! Łaziliśmy po drzewach i kryliśmy się w zielonych koronach. Zrozumiałe, że zazwyczaj w czasie wakacji po południu, bo przedpołudniem, siedzieliśmy na plaży, albo, co było absolutnie zakazane, skakaliśmy z orłowskiego mola do morza.
W Małym Lasku i nieco dalej, jak to nazywaliśmy, za żwirownią, były na prawdę potężne drzewa. W tym parę najwspanialszych, samotnych lip, klonów, buków i dębów. Stały odosobnione, nieco odsunięte od lasu, na szczytach pofałdowanych morenowych pagórków, jak jakieś pomniki, albo latarnie, a dla nas, chłopaków ciągłe wyzwanie i pokusa.
Wyobraźcie sobie, wspiąć się, najpierw po grubych konarach, a potem po coraz cieńszych gałęziach na sam szczyt drzewa, tak, że w końcu można wytknąć głowę z zielonej masy liści i rozejrzeć się dookoła. A widok był wspaniały. Moje Orłowo i Mały Kack na dole, dalej wzgórza zakrywające Gdynię, a w prześwitach poza Kępą Redłowską morze. Bez przesady, można tak było patrzeć godzinami, a dziwne uczucie spokoju i tęsknoty, jakiego się wówczas doznawało, wprost, jak to teraz mogę określić, transcendentalne, opanowywało dziecięcy umysł.
Wspinać się, aż do czubka drzew... Czy to był jakiś atawizm? Coś w tym musiało być, bo wszyscy chłopacy to kochali, może za wyjątkiem największych tchórzy i maminsynków. Nawet niektóre dziewczyny za tym przepadały i nam towarzyszyły w wyprawach.

Sezon drzewno – wspinaczkowy kończyłem późną jesienią, w suchy bezdeszczowy dzień, jeszcze przed mrozami i bez śniegu. Wspinałem się na szczyty paru wybranych drzew, żeby tam uciąć i zanieść do domu na święta, porastającą tam jemiołę.

Teraz, pół wieku później, mogę zdecydowanie powiedzieć, że byliśmy ostatnimi Mohikanami, przynajmniej, jeśli chodzi o miejskich chłopaków. Byliśmy dzicy, swobodni i autentycznie wolni. Las, ze wszystkimi swoimi tajemnicami, których jak na nasz ówczesny wiek, było mnóstwo, ze swoimi zapachami, odgłosami i zmieniającymi się w zależności od pór roku kolorami stanowił nasze naturalne środowisko, czasami twierdzę i schronienie, a przede wszystkim nieograniczone miejsce zabaw, poszukiwań i nauki.
Jak teraz patrzę na dzieciaki na tych placykach, ogrodzonych płotami, z huśtawkami, zjeżdżalniami, czy sieciami do wspinania, to uświadamiam sobie, że to nędzna namiastka naszego dzieciństwa, raczej wychowująca niewolników, a nie ludzi wolnych i przekornych.

Później były jesienne wyprawy z rodzicami na grzyby. Do dziś zbieram tylko te, które rodzice nauczyli mnie rozpoznawać.
A jeszcze później, gdy prułem z dziewczyną motorem przez leśne ostępy, wtedy jeszcze bez obowiązkowych kasków, wiatr świstał, gałązki uderzały w twarz, to byłem, jak nigdy potem, swobodnym jeźdźcem, absolutnie wolnym człowiekiem. Jak to mówią Amerykanie – prawdziwy easy rider.

czwartek, 4 lutego 2016

Mały wredny donosiciel


 
Grzegorz Schetyna ponownie wybrał się do Brukseli i Strasburga by skarżyć się i donosić na zmiany i procesy, które zachodzą w Polsce, a których niestety on i jego trupa nie są beneficjentami. Biedaczek?

Chyba każdy z nas ma w swojej pamięci wspomnienia ze szkoły, gdzie w każdej klasie był taki Grzesio lub Ewunia, którzy zawsze czuli się najlepiej, gdy poinformowali Panią o drobnych grzeszkach, jakie zawsze i wszędzie mają miejsce w klasach, pośród różnych dzieciaków. A jakie to potem było wspaniałe uczucie, gdy Pani wytargała za ucho takiego krnąbrnego delikwenta, lub choćby publicznie, na oczach całej klasy potępiła małego złoczyńcę.

Większość kablarzy i gumowych uch wyrasta z tej donosicielskiej przywary. Ale nie wszyscy.
Sam miałem w ogólniaku taką parkę: Zbyszka i Elunię, którzy oprócz tego, że mieli się ku sobie, notorycznie donosili wychowawczyni, co dzieje się w klasie i czego nauczyciel nie powinien wiedzieć. A wiedzieliśmy o tym dokładnie, bo kontrwywiad działał sprawnie i syn pani profesor, niezły i fajny gagatek, zdawał nam szczegółowe relacje w zamian za fajki (tak zwane amerykany).
Zbyszek i Elunia zostali małżeństwem, podjęli karierę urzędniczą i dali się poznać z jak najgorszej strony w miejscu swojego zatrudnienia.
Wniosek z tego jeden – małe klasowe skarżypyty często w wieku dojrzałym zostają dużymi, wrednymi skarżypytami.

Skarżypyta - J.Brzechwa

-Piotruś nie był dzisiaj w szkole,
Antek zrobił dziurę w stole,
Wanda obrus poplamiła,
Zosia szyi nie umyła,
Jurek zgubił klucz, a Wacek
Zjadł ze stołu cały placek. [...]

Grzegorz Schetyna ma dwa powody szeptania na uszko w korytarzach i toaletach brzydkiemu Martinowi Schulzowi lub kabaretowemu Claude Junkerowi:
- pierwsze to ściganie się i walka o prymat z drugim, nie mniej utalentowanym donosicielem, Ryszardem Petru;
- a drugie, to maksymalne obrzydzanie na europejskich forach i salonach Prawa i Sprawiedliwości, tego bękarta poronionych idei Jarosława Kaczyńskiego.

Jeździ więc biedny Schetyna, znany w Europie jako Szetyna albo Sketino (co wywołuje pewne skojarzenia z niesławnym, tchórzem, kapitanem Francesco Schettino, który wpakował statek na skały, a potem pierwszy z niego uciekł) i wylewa wiadra pomyj na polski rząd, na polskiego prezydenta oraz na bezprawia polskiego sejmu i senatu.
Jak zawsze, ale to zawsze, w przypadku każdego skarżypyty, robi on to dla dobra. Nie ważne, jakiego dobra... powiedzmy dla dobra ogółu, albo dla dobra świata.
Zresztą wystarczy tylko sobie na niego przez chwilę popatrzeć i od razu widać, jak fałsz i obłuda wylewa się z jego słów.

Taki słynny francuski spaślak (i aktor), Gerard Depardieu, choćby pod jednym względem był lepszy i uczciwszy od naszego małego Grzegorza: - gdy przestało mu się w kraju podobać, wziął i się spakował i wyjechał do Rosji, by się tam całować i obściskiwać z Putinem.
Grzesiu nie wyjedzie. Jako klasyczny kurdupel jest mściwy i pamiętliwy. Do końca będzie siedział, donosił i jątrzył.

Ci dwaj donosiciele – Schetyna i Petru nie są zbyt mądrzy i inteligentni. Gdyby takimi byli, zdawaliby sobie sprawę, że Polacy organicznie nienawidzą kablarzy, donosicieli i skarżypyty. To zawsze najniższa kategoria. W czasie II Wojny Światowej, Armia Krajowa goliła takim głowy na łyso (w najłagodniejszych przypadkach). Może warto do tej tradycji powrócić?

Poza tym, donosiciele zawsze popełniają ten sam błąd: - donoszą temu, którego oni uważają za władzę i autorytet.
Tak, jak my w ogólniaku mieliśmy panią wychowawczynię w głębokim poważaniu, tak dla Polski panowie Schultz i Junker są tylko takimi pryszczami: - dosyć uprzykrzonymi, ale niezbyt groźnymi.
Szetyna i Petrescu jeszcze nie pojęli, co tak na prawdę w Polsce się dzieje. Ciągle myślą po staremu, kategoriami płynięcia w głównym nurcie i przywilejem bycia głaskanym po główce przez Schultza i Junkera, a nawet przez Wielką Angelę. Zapewniam, że Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, czy Beata Szydło dostają natychmiast wysypki na samą myśl o takim głaskaniu. I ręka im się zgina, jak dziób pingwina. To już nie te czasy, co udowodniają Orban, czy Cameron.
Złośliwi nawet mówią, że ktoś im za to dobrze płaci, by tak ciągle pluli na PIS i Polskę. Faktycznie, były takie przypadki w historii Polski.
Lecz, czy dzisiaj opłaca się donosicieli i kablarzy?
No nie wiem.

wtorek, 26 stycznia 2016

Likwidacja wybijającego szamba



 
Gdy zaczęliśmy odzyskiwać Polskę, gdy upadł mur berliński, a w tymże pamiętnych, pełnych entuzjazmu latach 1989 i 1990, odeszli z polityki ostatni z wielkich ludzi, Ronald Reagan i Margaret Hilda Thatcher, nie zastanawialiśmy się wtedy, co będzie po nich; kto pokieruje światem i przypilnuje, by nie narobiono głupot.

My w Polsce, zachłyśnięci nagłą swobodą, nie zwracaliśmy uwagi i nie pilnowaliśmy, by krajem zaczęli kierować ludzie mądrzy i uczciwi. To wówczas nie miało znaczenia, bo każdy z nas był zaabsorbowany tym, jak żyć w kompletnie nowej rzeczywistości. Pamiętacie te tysiące składanych łóżek rozłożonych na ulicach i alejach, gdzie naród, w pierwszym porywie własnej przedsiębiorczości zaczął handlować czym tylko się dało? To się wówczas liczyło – własny los, a nie panie, jakaś tam polityka. Byle tylko dali człowiekowi spokój.
Nawet dzisiaj trudno się dziwić takiej postawie narodu, zniewolonego 45 lat przez sowietów i sowieckich pachołków.

Tymczasem w Polsce, a jak się dzisiaj okazuje – w całym naszym świecie, do władzy doszli głupcy i skrajnie nieuczciwi cwaniacy.
Doszli do władzy, albo ich wystawili ci, co właśnie chcieli po cichu, spoza kurtyny, rządzić w nowym porządku świata.

Nastała era półgłówków u władzy. Rozum, mądrość i uczciwość straciły mocno na giełdzie wartości potrzebnych do rządzenia.
W Polsce rozbuchały się działania różnych bagsików, gawroników i kulczyków, którym przyklaskiwali z kolei Wałęsa, Gieremek, Balcerowicz, Michnik, czy Kwaśniewski.
Sami widzicie, jaka menażeria na długie dwadzieścia pięć lat zawładnęła krajem.
Dwukrotne próby przełamania tego bezhołowia, raz przez rząd Jana Olszewskiego i w 2005 przez rząd Kaczyńskiego, nie powiodły się, bo byliśmy za słabi, a naród jeszcze dostatecznie nie dojrzał, by pogonić złodziei i szubrawców.



Gdy już prawie rok temu, w sobotę 7 lutego 2015, obejrzałem w całości pierwszą konwencję wyborczą przyszłego prezydenta Andrzeja Dudy, byłem bardzo podniecony i pozytywnie zaskoczony, a coś, w głębi duszy mi mówiło, że właśnie kończy się ta ruska smuta i nadchodzi czas zwycięstwa.
I sprawdziło się...

Arogancja, pycha i wiara w swoje talenty dotychczasowego establishmentu, który upodlał przez całe osiem lat naród, mamiąc go i oszukując zieloną wyspą i ciepłą wodą w kranie, a niektórych kupując masowo tworzonymi synekurami, jak przysłowiowa Elektrownia Jądrowa 1 w budowie, gdzie nic nie robiący prezes, były minister skarbu, Aleksander Grad, odbierał miesięcznie 120 tysięcy zł pensji, zezwoliły nareszcie na nasze pełne zwycięstwo.
My przewidywaliśmy to i mieliśmy głęboką nadzieję. Natomiast ONI, czyli dotychczasowy obóz władzy byli kompletnie zaskoczeni. W najczarniejszych koszmarach nie spodziewali się klęski Komorowskiego, który nawet specjalnie się nie wysilał, tak pewny swojej wygranej. A już potem, w wyborach parlamentarnych, mieli nadzieję, że nawet jeśli nie wygrają, to wystarczy na pewno taki wynik, by zmontować szeroką, antypisowską koalicję i nie dać Kaczyńskiemu rządzić.
Jednakże, jak to głupcom się nieraz przydarza – przeliczyli się.
PIS i Kaczyński zwyciężyli wszystko, co w wyborach dało się osiągnąć: fotel prezydenta, oraz sejm i senat.

Stary, przerażony establishment, któremu nagle śmierć zajrzała do oczu, na gwałt zaczął konstruować ewentualności, które pozwoliłyby obalić ludzi Kaczyńskiego i odsunąć PIS od władzy.

Tych, co dotychczas rozpierała pycha i arogancja władców Polski, a ograniczała własna głupota, tych, co uważali, że już będą sprawować dożywotnio władzę, jak ten Donald Tusk, który po powrocie z unijnej synekury, dającej mu potrzebne miliony do pokrycia przyszłego stylu życia, miał zostać, chyba już wiecznym prezydentem RP, miała uratować najwierniejsza z wiernych, nigdy nie tknięta brudnym paluchem ludu, władza sądownicza.

Teoretycznie rozważano dwa rozwiązania:
- Sąd Najwyższy z powodu skargi wyborczej, nie uzna wyborów parlamentarnych, co spowoduje natychmiastowe rozwiązanie sejmu, dymisję rządy Beaty Szydło i powrót do status quo ante, czyli władzy z rządem Ewy Kopacz,
- PO i PSL obsadzi w całości Trybunał Konstytucyjny swoimi ludźmi, a ten poprzez nieuznawanie uchwał w zgodności z konstytucją, zablokuje działania sejmu i jego pisowskiej większości, doprowadzając do upadku nowej władzy.

Jak już dzisiaj wyraźnie widać, ani jeden ani drugi plan się nie powiódł. PIS prze jak taran do przodu, skutecznie buduje fundamenty nowego porządku, a stary system ma coraz mniej czasu, bo wkrótce zapowiadane reformy społeczne wejdą w życie i Polacy masowo staną po stronie Jarosława Kaczyńskiego.
A wtedy wszelkie działania tej agresywnej, ale głupiej opozycji, to będzie musztarda po obiedzie.

Widząc, że porażka goni porażkę, autentycznie kabaretowi, co wyraźnie potwierdza internet, liderzy opozycji – Grzegorz Schetyna, usiłujący posklejać resztki pikującej korkociągiem ku zagładzie Platformy Obywatelskiej, oraz Tajemniczy Ryszard Petru, wysłannik władców dolara, franka i euro, usiłują przejść do następnego etapu rozwalania nowego sejmu i rządu.
A ponieważ rozumu nie starcza, a panika barwi im gacie na brązowo, robią to idiotycznie, bez najmniejszych szans na powodzenie.

O ile nie wyszło pierwotne zamierzenie z rolą Trybunału Konstytucyjnego w obaleniu nowych władz, to szum i hałas, jaki przy tej operacji powstał, ciągle jeszcze usłużne media, agitprop i zespół funkcjonariuszy propagandowych, rozdmuchały do niebywałego poziomu wrzask pod hasłem łamania demokracji i łamania konstytucji.

Jak to wiemy z przecieków, czy z nagranych rozmów, waleczni towarzysze, Schetyna i Petru postanowili podzielić się zadaniami:
- Rycho Petru, bo podobno ma charyzmę, której Schetynie brak, chociaż cały internet naśmiewa się z Rycha, gdzie funkcjonuje jako Swetru, Petruscu (to przez rumuńskie korzenie), czy ostatnio Dubna (tam spędził swoje miodowe lata), ma za zadanie wyprowadzić lud polski na ulice (miliony autobusami, jak wiemy, podeśle mu Schetyna);
- a  Mistrz Schetyna, chodząca reklama protetyki stomatologicznej, fachowiec międzynarodowy, było nie było, były minister spraw zagranicznych, chociaż bez znajomości języków obcych, w tym samym czasie, gdy już ludzie Petruscu będą watahami śmigać po ulicach polskich miast, podpuści władze światowe, w tym gównie Unię, lecz również Baraka Obamę, by dali nowym władzom RP popalić, by poczuli bicz pański i wrócili truchtem na należne miejsce w szeregu.

I tak właśnie ma się skończyć to bezczelne zawłaszczenie władzy przez PIS i te jakieś fantasmagorie o naprawie Rzeczpospolitej. Jedna już przecież sanacja była i co? Zaraz potem wybuchła II Wojna Światowa.

Rycho na razie niespecjalnie daje sobie radę z tym narodem na ulicach. Generalnie – naród ma to w dupie. Mimo tego, że egzekutywa ustaliła, że marsze i protesty będą miały miejsce w wolne soboty o godzinie dwunastej, by spokojnie można było zjeść śniadanko, wypić kawę, a panie nałożyć makijaż, to niestety przychodzi tylko urzędnicza i ubecka starszyzna, plus biedni pracownicy korporacyjni zmuszeni do wypełniania poleceń przełożonych. Nikt też im nie podpowiedział, że mają się raczej ubierać zgrzebnie, bo futra z norek i szynszyli nieco rażą na demonstracjach. No, ale co tu mówić, jak sam lider tych towarzyskich spotkań szczyci się modną, hiszpańską bródką, fikuśnym kucykiem i trzema kolczykami w uchu lewym.
Tak więc, jak dotychczas te "spontaniczne" demonstracje, na które poważni mocodawcy wydali już grubą forsę niespecjalnie się sprawdzają.
Chociaż mędrzec Wałęsa prorokuje, że wkrótce nieprzebrane tłumy, zablokują posłów w sejmie, ministrów w urzędach i Kaczyński będzie musiał się poddać. A jak to się w przeciągu sześciu miesięcy nie stanie, to on sam, trybun ludowy, Bolek Wałęsa, jeszcze raz stanie na czele i historyczne 10 milionów pójdzie za nim.

Schetyna też ma niespodziewany problem. Mimo, że agitprop rozpuścił przygotowawcze wici. Różne Lisy, Appelbaumy, Sikorskie i Michniki poinformowały nieświadomy niczego świat, że w Polsce złamano demokrację, panuje terror i zamordyzm, a Jarosław Kaczyński to bez wątpienia kolejna reinkarnacja Adolfa Hitlera, Stalina, Kim Ir Sena i Pol Pota w jednym, to niespecjalnie świat chce się tą klęską polskiej demokracji przejmować.

A przecież mówiono im - nie wierzycie? To tylko popatrzcie co zrobili z Trybunałem Konstytucyjnym. Jak po chamsku zabrali telewizję naszą, stawiając na jej czele bulteriera. I jak tysiącami wywalają na bruk uczciwych dziennikarzy, dyrektorów, naczelników, kierowników, a nawet prezesów. Przecież to była sól tej ziemi. Fundament państwa zielonej wyspy i ciepłej wody.
Bezskutecznie. Ta pyskata baba – Beata Szydło pojechała do Strasburga i naskoczyła na przyzwoitych i kulturalnych obywateli Europy, jak przekupa jakaś.
A do tego, jakiś cwaniak z piekła rodem, podsunął Kaczyńskiemu pomysł, by wysłać do oceny działania swoich władz do tej przeklętej Komisji Weneckiej.
Wiadomo, Kaczyński niegłupi. Jak by nie był pewny wygranej, to by tam nic nie wysyłał. Lecz on, cham jeden wysłał i teraz jego ludzie puszą się jak indory,obserwując, jak schetynowców i petrusowców szlag trafia.
To są proszę państwa świńskie zagrywki i jak dotychczas, tylko my, cała platfusia sfora byliśmy do tego upoważnieni.

Reasumując, widać wyraźnie, że w końcu nastąpiło zderzenie rozumu z głupotą. Dotychczasowy spryt i cwaniactwo minionego establishmentu to za mało by zmierzyć się z prawdziwą mądrością i prawością.
Wreszcie Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się wokół siebie zbudować obóz rozumu. Wreszcie nauczyli się walczyć, zapominając na chwilę o kindersztubie i inteligenckich konwenansach. I wreszcie mówią po ludzku, na dodatek są to słowa prawdziwe, a nie tuskowo – kopaczowa propaganda.

Oczywiście, wszystko to, co powyżej nie byłoby możliwe, gdyby wreszcie czara się nie przelała, a naród w końcu otworzył oczy, przetarł je kułakiem i zobaczył, że w kraju panują złodzieje, kłamcy, kombinatorzy i szubrawcy. Że zwykły człowiek, który faktycznie przez osiem lat nie dostał ani grosza podwyżki, podczas gdy ceny wzrosły dwukrotnie, był tylko dojony, pogardzany i nie miał nic do powiedzenia. Polska to nie było dobre państwo dla Polaków. Tylko dla wąskiej grupy beneficjentów, kolesi i menadżerów międzynarodowych korporacji. Dla tych, co umieli doić polską krowę.

Petru, Schetyna ich obóz, oraz zagraniczni mocodawcy spieszą się. Wiedzą dobrze, że te przyspieszone sesje parlamentu, te głosowania po nocach, mają na celu zabezpieczenie fundamentów ojczyzny. Opanowanie ważnych ośrodków decyzyjnych.
A gdy jeszcze wejdą w życie nowe, prospołeczne ustawy i każdy we własnej kieszeni odczuje poprawę, to będzie, jak to mówią, po ptokach.

Komuniści nie weszli do sejmu. Czarzasty, jeśli chce stworzyć nowoczesną partię socjalistyczną musi się pozbyć komuszego balastu.
Czy Platforma Obywatelska i PSL też znikną z politycznej areny? Tak, wiele na to wskazuje, że jeżeli powiedzie się dzisiaj PISowi, to III RP odejdzie w niesławie i będziemy mogli zbudować obywatelską republikę.

Tak Nam Dopomóż Bóg.


.

czwartek, 21 stycznia 2016

Schetyna – wyjątkowy krętacz i niestety – głupek.



Obserwuję tego człowieka od pewnego czasu, w szczególności, gdy wysforował się on na lidera platformy.
Wczoraj u Olejnik miałem możliwość uważnie mu się przysłuchać i go poobserwować.
Nawet nie będę się silił o obiektywizm i wyważenie wypowiedzi, bo pan Schetyna należy do kategorii ludzi, którzy napawają mnie obrzydzeniem, do kategorii małych zakłamanych krętaczy. Jego wypowiedzi, jak żywo, często przywodzą na myśl drugiego mistrza absurdu i pokrętności, Bolka Wałęsę.

Abstrahując od ogólnego poziomu ludzi z pierwszych szeregów Platformy Obywatelskiej, napompowanych po uszy fałszem i hipokryzją, co dzięki Bogu widzą już nawet całkiem przeciętni obywatele, pan Schetyna jawi się między nimi, jako wyjątkowy mafioso.
Nie wiem, czy to dentysta spieprzył mu sztuczne uzębienie, czy może psychiczny stan ciągłego zakłamania i knucia w którym żyje, powodują, że krzywy uśmieszek przylepiony na stałe do twarzy, odbierają resztki wiarygodności jego słowom. Tak, z ciekawości chciałbym zobaczyć Schetynę, jak składa kondolencje zbolałej wdowie z tym uśmieszkiem...

No więc tenże Schetyna, dzięki czarowi osobistemu i niebywałej charyzmie, zniszczył oponentów i pozostał jedynym kandydatem na przywódcę PO. Wielu całkiem słusznie powie – jaka partia, taki przywódca. I będą mieli rację.
Bo chyba wreszcie nikt już nie ma wątpliwości, że platforma była wyłącznie partią władzy, a przede wszystkim związanych z tym łupów. Dlatego też odrywanie od koryta idzie tak ciężko.
Jest też drugi powód, dla którego platformersi z pierwszych stron gazet nie mogą rozstać się z władzą: - oni niczego innego nie potrafią. Gdyby uczciwie odpowiedzieli jaki jest ich zawód, to odpowiedź powinna być tylko jedna – działacz. W głowach im się nie mieści, że można normalnie pracować. Zresztą za co, jak to powiedziała jedna z ich liderek, Bieńkowska, za marne sześć tysięcy?

Posłuchałem więc sobie uważnie tego Schetyny u Olejnik. I teraz, gdy wreszcie poza niszowymi TV Trwam i Republika, można usłyszeć i zobaczyć przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, gołym okiem widać, jaka przepaść mentalna, intelektualna i kulturowa istnieje pomiędzy ludźmi PISu i PO ( pomijam Nowoczesną, bo to twór sztuczny, zbudowany przez banksterów w celu niedopuszczenia do radykalnych przeobrażeń).
Więc tenże Schetyna ma duże problemy intelektualne z logiką, prawdą i jasnością wypowiedzi. Jest maksymalnie pokrętny i w żywe oczy będzie wmawiał, że pies, którego wszyscy widzą, to kot. Uśmiechając się przy tym oczywiście.
W swojej partii znany jest przede wszystkim z tego, że stale coś knuje i kombinuje. Jest w tym na prawdę sprawny. Lecz nie są to cechy predysponujące człowieka do bycia liderem partii i poważnym politykiem.
Fakt faktem, że ostatnimi czasy, scena polityczna zaroiła się od polityków, których z czystym sumieniem nie można traktować poważnie. Takim był choćby Berlusconi, a obecnie w Unii jest Niemiec Schultz, czy Luksemburczyk Jean-Claude Junker. To błazny i miernoty, a już porównanie ich do takich ludzi, jak Konrad Adenauer, Charles de Gaulle lub Margaret Thatcher ukazuje całą smieszność i małość tych osobników.
Tutaj niestety Schetyna ładnie wpisuje się do takiego grona.
Nie ma więc co się dziwić, że Władimir Putin rozgrywa tą europejską hałastrę, jak dzieciaków.

Pojawienie się nowych ludzi Prawa i Sprawiedliwości, inteligentnych i kulturalnych, którzy szybko zaczną tworzyć nową elitę, przywracając Polakom należytą godność i dumę, jak to miało miejsce z wystąpieniem premier Szydło w Europarlamencie, unaoczni wszystkim dysonans i przepaść jaka istnieje pomiędzy działaczami PO a PISu. Wszyscy już chyba mają dosyć tego haratania w gałę, kolekcjonowania zegarków i spożywania ośmiorniczek, zamiast poważnego traktowania narodu, służenia obywatelom i dbania o ich dobrobyt.

Nigdy, przenigdy nie spodziewam się, że taki Schetyna, Budka, czy Trzaskowski zadba o mój dobrobyt. To ludzie nastawieni wyłącznie na swój własny dobrobyt.
No, może jeszcze na rodzinę i przyjaciół.


.