środa, 27 maja 2015

Ryszard Petru – Mordor kontratakuje



[*]


Generał Marek Dukaczewski, ważny gość Systemu (choć może tylko twarz?) widzi ze zgrozą, że jego wielki projekt Platforma Obywatelska wydaje ostatnie tchnienia. Trzeba coś robić. I to natychmiast.
Mordor rozkręca więc nowy projekt.

ONI nie są rozrzutni, lub choćby tylko pomysłowi. Pomysł z trzema tenorami przy tworzeniu Platformy Obywatelskiej na długo zachwycał opinie publiczną kształtowaną przez Gazetę Wyborczą. Więc czemu go nie powtórzyć?

I oto proszę państwa, voila, mamy trzech nowych, choć nieco przechodzonych tenorów – Ryszarda Petru, Leszka Balcerowicza i Władysława Frasyniuka. Ten nowy twór Mordoru – Czarnej Krainy ma się hipstersko nazywać Nowoczesna.pl
A kogóż to tam jeszcze mamy na zapleczu? Niezawodny zawodnik turniejów hippicznych "Koń" – Roman Giertych. A jakże! On przecież zawsze w czołówce przemian. Czają się też tam polityczne odpryski z różnych stron – niejaki Rozenek i Napieralski – nieustanny wielbiciel Leszka Millera.
Żeby zdyszani panowie mieli na piwo, czuwać będzie rodzina Wejchertów, szefów ITI, koncernu, którego powstanie wielu łączy z aferą FOZZ, czyli wyprowadzeniem z Polski miliardów złotych przez służby specjalne.
Czyli zrobiliśmy kółko wracając do ojca założyciela, albo, jak kto woli, ojca chrzestnego, generała Dukaczewskiego.

Znane nam dobrze i zaufane wiewiórki donoszą, że już nieśmiało na progu u Balcerowicza stoją w postawie poddańczej (na plecach z łapkami do góry) Drzewiecki, Nowak, Palikot i Sienkiewicz. Same twarde chłopy. Zahartowane.
Jak to się mówi, każden jeden otarł się o kryminał. Futerka wynoszone w Miami, USA, wypasione zegarki i tajemnicze Pendolino (2,5% prowizji od transakcji, jak mówią mądrzy ludzie), lipne spółki w Luksemburgu i ten biedny wnuk wielkiego Polaka od – "ch..., d..., i kamieni kupa".

Widzą państwo, to towarzystwo nie w kij dmuchał. I wszyscy są ulubieńcami mass mediów brudnego nurtu. Lansowanie już się zaczęło. Pieją o nich w GieWu, Polityce, Newsweeku, Polsacie, TVN (przypominam ITI) i TOK FM.
To nowi idole na miarę naszych czasów, Paradowskiej, Pochanke, Żakowskiego, Lisa i Kuźniara, że wymienię tylko tych najzabawniejszych.

Lecz popatrzmy na szczyt tego nagle wyrosłego wzgórza.
Towarzysza Balcerowicza trzeba na razie nieco schować. Przysypać go trocinami i zeszłorocznymi liśćmi. Naród ciągle jeszcze dobrze pamięta bojowy okrzyk śp. samobójcy, Andrzeja Leppera – Balcerowicz musi odejść!
I miał chłop rację. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że Balcerowicz to wybitny twórca polskiej biedy. Rozkradania majątku przez swoich. Wyzbywania się dóbr narodowych w zaprzyjaźnionych stolicach. Jak by zdążył, to pewnie by też sprzedał Damę z Łasiczką.
Frasyniuk to jest gość. Nie taka łajza jak np. Andrzej Gwiazda, ciągle żyjący na granicy ubóstwa. Frasyniuk to biznesmen. Iście amerykański. Znane – "od pucybuta do milionera" będzie można u nas zastąpić hasłem – "Od Frasyniuka do Frasyniuka" O! Ale jego się też na razie odstawi. Bełkocze... A Niesiołowski jest od niego o niebo lepszy w te klocki.

Pozostaje więc Mordorowi – wiejskiej Krainie Ciemności Ryszard Petru!!!
Już gwiazda ekranów. Rocznik 1972! Tak jest! Dokładnie ten sam, jak prezydent elekt Andrzej Duda. Nikt nie będzie mógł zarzucić walki pokoleń.
Wybrano go na twarz nowej partii, jak widać po członkach i kandydatach, dosyć śmierdzącej, by we wszystkich zaprzyjaźnionych mediach, z pozycji swojego wątpliwego autorytetu, bo nie ma takowego nikt, kto był uczniem i współpracował z grabieżcą Polski, Balcerowiczem, zbijał, wyśmiewał, podważał i kpił, ze wszystkich pomysłów nowego prezydenta, które choćby lekko zahaczają o ekonomię.

Jest u nas grupa ekonomistów, ulubieńców reżimowej propagandy, "ekspertów" lecących do telewizji na każde zawołanie, którzy wszelkie zasady ekonomii sprowadzili do jednej – "Kraść trzeba powoli!". I trzeba wiedzieć, kogo wolno okradać, a kogo nie. Najlepiej okradać tych najbardziej bezbronnych, czyli pospólstwo i skarb państwa (ministrowie skarbu to przecież kumple).
Rezultat tych fantastycznych działań establishmentowych ekonomistów, widzimy właśnie dzisiaj, po 25 latach. Garstka ultrabogatych oligarchów i akolitów (6 tysięcy zł to pensja idiotów i złodziei) i generalnie biedny naród.
Pan Balcerowicz przyjął sobie za idola, młodego kretyna Jeffreya Sachsa, gremialnie dzisiaj odrzuconego przez poważną, światową ekonomię, który w dupie miał indywidualnego człowieka. A Balcerowicz za nim. Nadrzędna teza osiemnastowiecznego geniusza i myśliciela, twórcy nowoczesnej ekonomii, Adama Smitha, że – "Państwo jest bogate bogactwem obywateli", przez Sachsa, Sorosa (który widząc taki łakomy kąsek, jak Polska też się do grabieży przyłączył) zostały wykpione. W imię zasady wyżej podanej – jak jest co, to trzeba kraść; robić to powoli, to się nie połapią, a takich tumanów, jak Mazowiecki, czy Wałęsa, to się zaczaruje.
Ekonomiści tego nurtu gremialnie uważają, że jakiekolwiek rewolucyjne przeobrażenia i obce im, nowoczesne sposoby gospodarowania są niemożliwe. Bo to obala ich nadrzędną zasadę rozkradania majątku narodowego i okradania obywateli.
Założyli na swoje zakute łby zardzewiałe hełmy, żeby nie widzieć sukcesów Orbana, czy rewolucji malutkiej Islandii. Tego dla nich nie ma! To nie istnieje! Bzdura! A zapytani wprost oświadczają, że za idiotyzm Orbana naród węgierski płaci krwawą daninę. Kłamiąc w żywe oczy, jakbyśmy sami nie mogli sprawdzić.

Ryszard Petru i Leszek Balcerowicz to osobniki ściśle związane z bankowością. A jako, że ponad 60% banków w Polsce to instytucje zagraniczne, ci panowie reprezentują międzynarodową finansjerę. A ta, jak dostała po dupie w Islandii i na Węgrzech, nie może pozwolić, by sytuacja powtórzyła się ponownie w Polsce.
Nie daj Boże się uda i rozleje się po całej Europie! To mógłby być koniec panowania banksterów nad światem!

Więc Petru, zawodnik wagi piórkowej, z pretensjami do wagi super-ciężkiej, już dzisiaj w Tefałenie zaklina, że – to nie może się udać, nigdy! Pan Duda nie pytał ekspertów (ma na myśli siebie, lub prof. Gomułkę) i wszystkie jego trzy przedwyborcze obietnice: obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku, czy pomoc dla rodzin wielodzietnych, są NIEMOŻLIWE!!!

Czyżby?
Kłamie w żywe oczy. To żaden ekspert i autorytet. Medialna zajawka establishmentu i szarego Systemu, która ma nadal mącić Polakom w głowach, jak jego dotychczasowy pracodawca, zużyty prezydent Komorowski i nie dopuścić, żeby wreszcie coś się nie udało.

Zapewniam pana, drogi Ryszardzie Petru z gębą pełną frazesów, że pan Andrzej Duda, pytał się prawdziwych ekonomistów, czy wolno mu to obiecać. A oni po przeanalizowaniu odparli: - jak najbardziej.

Zobaczycie, będziemy mieli teraz nieustanny festiwal Ryszarda Petru (prezydencki rocznik 1972!) oraz jego świeżutkiego, ciepłego, pępowina jeszcze nie przecięta, tworu prosto z Mordoru – Nowoczesna.pl

Mniemam, że gdzieś około 85 procent społeczeństwa jeszcze nigdy o tym nie słyszało. Lecz oni w partyjnych rankingach mają już około 11% poparcia! Nie żartuję – na prawdę. Mają tak zwane tajne poparcie.
Poparcie Kancelarii Komorowskiego, grupy ITI, służb specjalnych i trzymających na tym wszystkim łapę międzynarodowych banksterów. Hochsztaplerów i złodziei.


.[*]  Oko Saurona, władcy Mordoru. Ciekawe, ze takie oko jest też na każdym dolarze.
.

niedziela, 24 maja 2015

Tylko tragedie, czy działanie służb? MS "Estonia" a TU 154

Uznałem, że pora dzisiaj przypomnieć jedną z największych morskich tragedii. Też są tajemnice i też są służby. I morze kłamstw do zakrycia przyczyn i przebiegu "katastrof".

~~~~~~~~~~~~








Piszę sporo o różnych morskich sprawach. W tym także o katastrofach i zatonięciach. Zacząłem zbierać materiały na temat największej po wojnie katastrofy, zatonięcia nowoczesnego promu MS "Estonia" prawie dwadzieścia lat temu. W Polsce ta tragedia nie miała zbyt dużego oddźwięku. Jednakże na przykład w Szwecji jest oceniana jako jedna z największych, niewyjaśnionych tajemnic, na równi z zabójstwem Olofa Palmego.
Czytając o "Estonii", a szczególnie o jej dalszych losach zauważyłem nagle, że jest dużo punktów zbieżnych z naszą największą powojenną, narodową tragedią, rozbicia TU 154 z prezydentem na pokładzie, w sobotę, 10 kwietnia 2010 roku

MS "Estonia" zatonęła 28 kwietnia 1994 r. To już niemalże 20 lat temu,
TU 154 rozbił się prawie 4 lata temu.
To co łączy obie sprawy, to silne podejrzenia, że nie były to "zwykłe" katastrofy spowodowane siłami natury, ludzkimi błędami, czy problemami technicznymi. W Szwecji istnieje powszechne przekonanie, że tragedia "Estonii" jest rezultatem ataku terrorystycznego. W Polsce również jest silne przekonanie, że rozbicie TU 154 jest efektem ataku terrorystycznego.
Jeżeli faktycznie Estonia zatonęła w wyniku ataku terrorystycznego to mówimy o drugim najkrwawszym zamachu w historii (po WTC).
Podobnie można powiedzieć o Smoleńskiej Tragedii – to najpotworniejsze zdarzenie w Polsce po II Wojnie Światowej.



*************
27 kwietnia 1994 roku nowoczesny prom samochodowy wypłynął w rutynowy rejs z Tallina do Sztokholmu, w którym statek, zgodnie z rozkładem powinien zameldować się następnego dnia, o 9:30 rano.
Do katastrofy doszło nocą miedzy 00:55 a 01:50, około 50 mil od wybrzeży Finlandii.
Pierwsze duże zafałszowanie i złą ocenę napotykam w opisie stanu pogody.
Stwierdzono mianowicie, że pogoda była "fatalna". Wiatr wiał z siłą 20 m/s, a fala osiągała 4,5 metra wysokości. Ludzie! Nie dajmy się oszukiwać! To jeszcze nie jest sztorm! Oczywiście, łodzie rybackie uciekają do portów, ale dla dużego, nowoczesnego statku to jest nic specjalnego. Sam byłem setki razy w takiej pogodzie i nie było najmniejszych powodów do niepokoju. Po prostu zła pogoda i tyle.
Tutaj jest pierwsza analogia z Tragedią Smoleńską. Po 10 kwietnia też usiłowano demonizować stan pogody. Mgła podobno była taka gęsta, że z ogonu samolotu nie było widać dziobu. I sięgała od powierzchni ziemi do kilkuset metrów wzwyż. Wykazano później, że była to oczywista nieprawda.
Niewiele wcześniej lądował polski, wojskowy JAK, a 19 lipca 2010 roku podano, że o godz. 8:41 czasu polskiego warunki pogodowe na lotnisku były następujące: wiatr przy gruncie 110–130 stopni, prędkość wiatru 2 m/s, widzialność 300–500 m, mgła, zachmurzenie 10 stopni warstwowe, podstawa chmur (link is external) 40–50 m, temperatura plus 1–2 stopnie Celsjusza (link is external).
To też, mimo, ze media usilnie nas starały się przekonać, nie są warunki krytyczne do lądowania. Przecież zresztą lotniska nie zamknięto. Czyli oceniono na ziemi, że lądować można.
Jednakże w obu tragediach zwrócono uwagę na złą pogodę, bo to pogłębiało chaos informacyjny i budziło pewne wątpliwości.

**************

MS "Estonia" spokojnie wykonywała sobie swoją trasę, gdy po północy rozległy się zgrzyty i hałasy, oraz, jak później oświadczyło wielu świadków, a co zostało utajnione, wybuchy.
Posłuchajcie relacji:
//
Kłopoty zaczęły się tuż przed pierwszą. Większość z 803 pasażerów i 186 członków załogi dawno już spała. Ale jeden z pasażerów, Carl Övberg z kabiny nr 1049, usłyszał odgłosy pomp hydraulicznych i siłowników. Hałas był wyraźny, charakterystyczny, nie do pomylenia. Dochodził z pokładu samochodowego leżącego nad jego kabiną.

Siłowniki hydrauliczne podczas postoju w porcie unoszą furtę dziobową statku i opuszczają rampę, po której do wnętrza promu wjeżdżają pojazdy. Kto i po co włączył te urządzenia na pełnym morzu? - tego mimo kilkuletniego śledztwa wciąż nie udało się wyjaśnić.

Minęła minuta. Övberg usłyszał dwa, może trzy głośne "dziwne, ostre, metaliczne dźwięki". Tak opisywał je przesłuchiwany po katastrofie przez specjalną komisję. Nie był jedynym, który je usłyszał. Dziewięć innych osób znajdujących się w różnych częściach "Estonii" powie później, że to były wybuchy.

Punktualnie o pierwszej w nocy pasażerowie kabiny nr 1027 - Jasmina Waidinger i Daniel Svensson - usłyszeli odgłosy wody wdzierającej się na pokład samochodowy tuż nad ich głowami. Prom przez chwilę chybotał się jak dziecięca kołyska, a po kilku minutach zastygł odchylony 5, może 6 stopni na prawą burtę. Pasażerowie kabiny 1027 uciekli natychmiast na górny pokład. Mieli szczęście. Tylko ci, którzy - jak oni - obudzili się i zdołali szybko opuścić kabiny, mieli szansę na przeżycie.

- Mimo ogólnej paniki i krzyków zaczęliśmy rozdawać kamizelki ratunkowe. Wkrótce przechył był już tak silny, że nie było mowy o spuszczeniu na wodę wszystkich łodzi ratunkowych - opowiadał Jerzy Florysiak, jeden z uczestników katastrofy. - Statek był tak przechylony, że złapałem się za reling [barierkę – jk] żeby nie spaść, ale fala zmyła mnie i znalazłem się w wodzie - mówił.

Jerzy Florysiak grał na "Estonii" w pokładowej orkiestrze. Jej trzej pozostali członkowie - również Polacy ze szwedzkimi paszportami - nie przeżyli katastrofy. Na pokładzie była jeszcze jedna Polka - Agneta Rapp. Jej również nie udało się uratować.//
[źródło]

I dalej:

//
Niemal natychmiast po tajemniczych odgłosach detonacji zatrzymały się silniki "Estonii". Prom zaczął dryfować. Dopiero dwadzieścia dwie minuty po pierwszej, kiedy trzydziestostopniowy przechył statku był już nie do opanowania, załoga "Estonii" wysłała sygnał Mayday. Dlaczego tak późno? Nie wiemy do dziś.

Rozpaczliwe wołanie o pomoc usłyszały dwa statki: "Mariella", którą "Estonia" zostawiła w tyle, i "Silja Europa", największy prom na Bałtyku (zabiera 3 tys. pasażerów) żeglujący pod banderą fińską. Oficer z "Marielli" prosi o szczegóły. "Estonia" podaje pozycję, zgłasza silny przechył i milknie. Kolejne pytania pozostają już bez odpowiedzi.

W tym czasie na "Estonii" rozgrywają się sceny jak z "Titanica". Tyle że tamten transatlantyk tonął trzy godziny, "Estonia" - pół.

- O wpół do dwunastej obudził mnie nagły wstrząs. Ubrałem się i wybiegłem na korytarz. Zobaczyłem przesuwający się automat z coca-colą - opowiadał tuż po uratowaniu Anders Eriksson ze Szwecji. - Biegłem z pokładu na pokład, jak najwyżej, a prom przechylał się coraz mocniej. Cudem zdążyłem założyć kamizelkę ratunko- wą i wsiąść do łodzi ratunkowej - wspominał rozbitek.

Prom bardzo szybko położył się na prawą burtę. Jedna z dwóch potężnych, od kwadransa nieruchomych śrub statku wynurzyła się ponad fale Bałtyku. Mija kolejnych kilka minut i ogromny, ponad 150-metrowy liniowiec, wysoki prawie na 45 metrów, wywrócił się do góry dnem.

Dla tych, którzy zostali we wnętrzu promu, nie było już żadnego ratunku.

Jeszcze przez kilka minut kadłub "Estonii" unosi się na wodzie. Ale pół godziny po pierwszych podejrzanych odgłosach na pokładzie samochodowym rufa promu zaczyna osuwać się pod wodę. Po kilku minutach znika pod jej powierzchnią.

"Estonia" spoczęła na głębokości 90 metrów w odległości około 50 km na południe od wybrzeży Finlandii. Śmierć poniosły 852 osoby. Kapitan poszedł na dno wraz ze statkiem, choć nie wiadomo, co dokładnie robił w ostatnich chwilach "Estonii" - jego ciała na mostku kapitańskim nie znaleziono.//
[źródło]

A jakie były oficjalne ustalenia?

//
Pierwszą oznaką problemów był dziwny odgłos tarcia metalu o metal, który pojawił się około 01.00, kiedy statek mijał archipelag Turku, jednak podczas oględzin furty dziobowej nie wykryto żadnych uszkodzeń. Około godziny 01:15 burta oderwała się od kadłuba; statek nabrał silnego przechyłu na prawą burtę. Około 01.20 przez system informacji wewnętrznej statku wypowiedziano słabym, damskim głosem słowa: „Häire, häire, laeval on häire", co w estońskim oznacza: „Alarm, alarm, alarm na pokładzie". Wkrótce w ten sam sposób zaalarmowano załogę. Niedługo po tym na statku został ogłoszony generalny alarm ratunkowy. Przechył zwiększył się do 30 - 40 stopni na prawą burtę, co sprawiło, że nie można było już się przemieszczać bezpiecznie po pokładzie statku. Drzwi oraz przejścia zostały zablokowane, aby uniemożliwić ewentualne przelewanie się wody. Pasażerowie, którzy próbowali się uratować zostali uwięzieni. O godzinie 01:22 nadane zostało przez załogę wezwanie Mayday, jednak jego forma nie spełniała międzynarodowych norm. Komunikacja ustała około 01:29. Po blisko siedmiu minutach od nadania pierwszego sygnału pomocy Estonia znikła z pola widzenia wszystkich radarów. Z powodu braku zasilania i silnego przechyłu akcja ratownicza na promie była spowolniona i utrudniona. Statek Mariella dotarł na miejsce tragedii około 02:12; pierwszy helikopter o 03:05.Tak wyglądał oficjalny, tragiczny łańcuch wydarzeń. Niestety, życie pokazało, że Estonia kryje o wiele więcej tajemnic niż mogłoby się wydawać. //
[źródło]

Według oficjalnego raportu z 1997 powołanej do wyjaśnienia przyczyn tragedii wspólnej estońsko – szwedzko – fińskiej komisji (JAIC), przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne furty dziobowej, która nie wytrzymała naporu fal i została urwana, pociągając za sobą i otwierając rampę wjazdową, co spowodowało wlanie się w ciągu 5 minut ponad 1000 ton wody na pokład samochodowy i przechył, prowadzący do zatonięcia.

Tutaj mamy do czynienia z następną analogią między tragediami. Powołane komisje ustaliły jednoznacznie i zdecydowanie przyczyny katastrof: w przypadku "Estonii" to wady konstrukcyjne, a w przypadku TU 154 błędy ludzkie.
Niestety, w obu wypadkach, w zderzeniu z faktami, świadkami, prostą logiką i zwykła fachowością i rzetelnością, oba raporty były co najmniej kontrowersyjne, a tak po prostu stekiem bzdur. Oba raporty przynoszą hańbę i wstyd ich twórcom: raport międzynarodowej komisji JAIC, raport Anodiny i raport komisji Millera. Niestety, przykre jest to, że te ustalenia poszły w świat i ugruntowały ogólnoświatową opinię publiczną/

*************

Najdziwniejsze rzeczy zaczynają się jednak dziać potem. W przypadku jednej i drugiej tragedii rozpoczęły sie akcje dezinformacji, niszczenia dowodów, zacierania śladów i destrukcji. To była świadoma robota. W jednym i drugim wypadku starano się ukryć prawdę.
Przyczyna może być tylko jedna – obie tragedie były spowodowane przez działania terrorystyczne, a rządom prowadzącym śledztwa zależało na ukryciu tego przed światem i ludźmi.
To już trzecia analogia. Jak kręcili polscy i ruscy uczestnicy śledztwa smoleńskiego, to raczej wiemy bardzo dobrze. Natomiast, jak było z "Estonią"?

// Kontrowersje

27 września 1994 roku statek wypłynął w swój ostatni rejs. Miał płynąć ze stolicy Estonii – Tallinna do Sztokholmu. Według oficjalnego raportu z 1997 powołanej do wyjaśnienia przyczyn tragedii wspólnej estońsko – szwedzko – fińskiej komisji (JAIC), przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne furty dziobowej, która nie wytrzymała naporu fal i została urwana, pociągając za sobą i otwierając rampę wjazdową, co spowodowało wlanie się w ciągu 5 minut ponad 1000 ton wody na pokład samochodowy i przechył, prowadzący do zatonięcia. Raport komisji wzbudził jednak wiele kontrowersji. Do nie przekonanych należy m.in. inżynier okrętownictwa Anders Björkman, autor książki "Katastrofa Estonii: Prawda i kłamstwo". Według niego przyczyną zatonięcia promu nie było uszkodzenie furty dziobowej, lecz dziura w burcie poniżej linii wodnej. Mogła ona powstać tylko w jeden sposób – w wyniku eksplozji podłożonej tam bomby[JAIC 3]. Dziura taka została zauważona podczas pierwszej próby dotarcia przez nurków do spoczywającego na dnie Bałtyku wraku. Badania fragmentu poszycia wyciętego z okolic furty dziobowej wraku wskazywałyby w ocenie części ekspertów na działanie materiału wybuchowego. Inne teorie spiskowe łączą zatonięcie z wykorzystywaniem promu do przewozu broni kupowanej potajemnie przez wywiad szwedzki od wojsk rosyjskich stacjonujących w Estonii. Fakt ten został ujawniony w 2004 przez byłego szwedzkiego celnika i został następnie potwierdzony przez Szwecję, która jednak zaznaczyła, iż w dniu tragedii nie było takich transportów. W oficjalnym raporcie wzmianka o dziurze i o transportach nie znalazła się. Zginęły 852 osoby. Promem dowodzili estońscy kapitanowie Arvo Andersson i Avo Piht. Wrak spoczywa na głębokościach 73 – 85 metrów – budzi to wiele zarzutów, głównie spiskowych, iż nie chce się wydobyć wraku, pomimo że jest to całkiem możliwe – przykładem jest Titanic, którego wydobycie rozważano, mimo iż leży na głębokości 3800 m. Oficjalny raport obwinia źle działającą furtę dziobową, zamykającą pokład samochodowy, która odłamała się pod uderzeniami dużych fal. Kiedy furta odłamała się, uszkodziła rampę i odsłoniła pokład samochodowy. Spowodowało to dostawanie się wody na pokład, przez co statek stracił stateczność i zaczął się tragiczny łańcuch wydarzeń  [...]. Ustalenia oficjalnego raportu były wielokrotnie kwestionowane, zwracano uwagę m.in. na potwierdzony fakt wykorzystywania promu do kontrabandy sprzętu wojskowego[9].

Niemiecka dziennikarka Jutta Rabe rozpoczęła własne śledztwo w tej sprawie -wraz z Amerykaninem Gregem Bemisem rozpoczęła nielegalne nurkowania do wraku celem zbadania przyczyn tragedii. Wkrótce po jej artykułach[10] rząd Szwecji przyznał się do szmuglowania broni z Rosji do Szwecji, lecz zaznaczył, że nie miało to miejsca w dniu katastrofy[11]. W lecie 2000 roku, Szwecja wydała nakaz aresztowania Jutty za naruszenie deklaracji nienaruszalności miejsca spoczynku wraku, które podpisały wszystkie państwa nadbałtyckie poza Niemcami, a co było związane z ekspedycją na wrak, w związku z tym Jutta nie odwiedza Szwecji. Podczas tej ekspedycji pobrano próbki metalu wskazujące na użycie materiałów wybuchowych, gdzie na trzy próbki wysłane do trzech różnych laboratoriów[12] (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy) tylko niemieckie laboratorium zakwestionowało możliwość wybuchu i to właśnie na tym jednym oparła się prasa szwedzka, szwedzki rząd zignorował te dowody argumentując to nielegalnym sposobem zdobycia takowych. Według teorii w przewożeniu ładunków mieli uczestniczyć agenci brytyjskiego MI6, którzy na zlecenie amerykańskiego CIA, mieli umożliwić przepływ radzieckiego sprzętu wojskowego – to miałoby wyjaśniać dlaczego Wielka Brytania przyłączyła się do aktu "Porozumienie w sprawie Estonni"[13]

W wyniku ponownego przeanalizowania sprawy Estonii przez estoński zespół prokuratora Margusa Kurma, którego raport ujawniono 30 marca 2006, rząd estoński zakwestionował wyniki prac wspólnej komisji i zaprosił rządy Szwecji i Finlandii do wznowienia dochodzenia. Raport sugeruje, że rząd szwedzki ukrywał część, mających związek ze sprawą, dowodów. Według analizy zeznań świadków dokonanej przez zespół Kurma, rampa dziobowa była podczas katastrofy jedynie uchylona i nie mogła przez nią dostać się na pokład podawana dotychczas ilość wody, nadto nie jest jasne, skąd brała się woda na pokładzie. Komisja ustaliła, że szwedzkie służby odnalazły urwaną furtę dziobową 9 dni przed oficjalnym ujawnieniem tego faktu, a także prowadziły niejawne nurkowania badawcze, a wnętrze ładowni zostało sfilmowane przez pojazd podwodny, czego również nie ujawniono wspólnej komisji. Podczas nurkowań poszukiwano m.in. jednej walizki z nieujawnioną zawartością, którą następnie zabrano ze statku. Raport ten stwierdza również, że trójstronna komisja nie zbadała hipotezy wybuchu na pokładzie.
Źródło: wikipedia, hasło: MS Estonia (link is external)


*************

Konkluzje

Rząd szwedzki idzie już dwadzieścia lat w zaparte.Mataczy, kręci i zaciemnia. Zabronił nurkować do wraku. Zamierzał go całego na dnie morza zacementować, co jest 10-krotnie kosztowniejsze niż wydobycie wraku.
Rząd ten zapewne by tak nie był uparty, gdyby za tą tragedią nie stały tajne służby różnych państw, w tym, co udowodniono – KGB i CIA.
Jakie służby stoją za Tragedią Smoleńską, że rząd Tuska idzie już cztery lata w zaparte?
Czy czeka nas 20 lat, tak, jak ma to miejsce z MS "Estonią"?

Tak, ja Szwedzi niszczyli dowody, zasypywali wrak piaskiem, usiłowali go zabetonować, tak rosyjscy żołnierze cięli TU 154 na kawałki, wybijali szyby, zrzucali fragmenty na kupę i co najstraszniejsze, zalutowali różne przypadkowe fragmenty zwłok w trumnach.

Czy życie ludzkie tak już niewiele znaczy, że dla osiągnięcia zbrodniczego celu, np zamaskowania wojskowej kontrabandy z Rosji via Szwecja do USA, można pozbawić życia setki osób? Że dla zlikwidowania niebezpiecznego prezydenta likwiduje się dodatkowo 95 niewinnych pasażerów?
Czy przypadkiem nie przekraczamy jakiejś znaczącej granicy barbarzyństwa?
A rozbestwienie służb i ich pogarda dla normalnego świata nie osiągnęły punktu krytycznego?

Teorie spiskowe są często wyśmiewane. Szczególnie u nas w Polsce stworzono cały przemysł stygmatyzowania tak zwanych oszołomów i smoleńskich idiotów.
Jednakże upór paru ludzi, prywatnych i niezależnych, wykazał, że rządy paru państw bałtyckich kłamią i usiłują ukryć prawdę. Koalicja kłamstwa w końcu się zalamała. Tylko Szwecja, która ma najwięcej do stracenia trwa w uporze.
W Polsce, z tą władzą nigdy nie dojdziemy do prawdy o Smoleńsku. Gra się toczy o bardzo wysoką stawkę. Mogą polecieć głowy.

Jednak najbardziej przerażające jest to, czy istnieją granice, których międzynarodowe tajne służby nie przekroczą. Ponadto, czy będą tajemnice, których opinia publiczna nigdy nie pozna.
Mgła, gęsta i zwodnicza była podobno na smoleńskim lotniskiem.
Lecz chyba bardziej chodzi o mgle w naszych głowach

*************

Ps. Zebrałem bardzo dużo materiałów o MS "Estonia". Znacznie przekraczających ramy tego artykułu. Optymistyczne jest to, że dzięki uporowi zwykłych ludzi prawda powoli wychodzi na jaw i nikt rozsądny nie może mieć wątpliwości, ze na promie dokonano terrorystycznego ataku. I że zaprzecza to całkowicie wersji oficjalnej przyjętej przez Szwecję, Finlandię i Estonię.
To daje nieco optymizmu, że podobnie może się potoczyć z Tragedią Smoleńską.

______________

[źródło] - http://www.paranormalne.pl/topic/25478-tragedia-promu-estonia/ (link is external)








Piszę sporo o różnych morskich sprawach. W tym także o katastrofach i zatonięciach. Zacząłem zbierać materiały na temat największej po wojnie katastrofy, zatonięcia nowoczesnego promu MS "Estonia" prawie dwadzieścia lat temu. W Polsce ta tragedia nie miała zbyt dużego oddźwięku. Jednakże na przykład w Szwecji jest oceniana jako jedna z największych, niewyjaśnionych tajemnic, na równi z zabójstwem Olofa Palmego.
Czytając o "Estonii", a szczególnie o jej dalszych losach zauważyłem nagle, że jest dużo punktów zbieżnych z naszą największą powojenną, narodową tragedią, rozbicia TU 154 z prezydentem na pokładzie, w sobotę, 10 kwietnia 2010 roku

MS "Estonia" zatonęła 28 kwietnia 1994 r. To już niemalże 20 lat temu,
TU 154 rozbił się prawie 4 lata temu.
To co łączy obie sprawy, to silne podejrzenia, że nie były to "zwykłe" katastrofy spowodowane siłami natury, ludzkimi błędami, czy problemami technicznymi. W Szwecji istnieje powszechne przekonanie, że tragedia "Estonii" jest rezultatem ataku terrorystycznego. W Polsce również jest silne przekonanie, że rozbicie TU 154 jest efektem ataku terrorystycznego.
Jeżeli faktycznie Estonia zatonęła w wyniku ataku terrorystycznego to mówimy o drugim najkrwawszym zamachu w historii (po WTC).
Podobnie można powiedzieć o Smoleńskiej Tragedii – to najpotworniejsze zdarzenie w Polsce po II Wojnie Światowej.



*************
27 kwietnia 1994 roku nowoczesny prom samochodowy wypłynął w rutynowy rejs z Tallina do Sztokholmu, w którym statek, zgodnie z rozkładem powinien zameldować się następnego dnia, o 9:30 rano.
Do katastrofy doszło nocą miedzy 00:55 a 01:50, około 50 mil od wybrzeży Finlandii.
Pierwsze duże zafałszowanie i złą ocenę napotykam w opisie stanu pogody.
Stwierdzono mianowicie, że pogoda była "fatalna". Wiatr wiał z siłą 20 m/s, a fala osiągała 4,5 metra wysokości. Ludzie! Nie dajmy się oszukiwać! To jeszcze nie jest sztorm! Oczywiście, łodzie rybackie uciekają do portów, ale dla dużego, nowoczesnego statku to jest nic specjalnego. Sam byłem setki razy w takiej pogodzie i nie było najmniejszych powodów do niepokoju. Po prostu zła pogoda i tyle.
Tutaj jest pierwsza analogia z Tragedią Smoleńską. Po 10 kwietnia też usiłowano demonizować stan pogody. Mgła podobno była taka gęsta, że z ogonu samolotu nie było widać dziobu. I sięgała od powierzchni ziemi do kilkuset metrów wzwyż. Wykazano później, że była to oczywista nieprawda.
Niewiele wcześniej lądował polski, wojskowy JAK, a 19 lipca 2010 roku podano, że o godz. 8:41 czasu polskiego warunki pogodowe na lotnisku były następujące: wiatr przy gruncie 110–130 stopni, prędkość wiatru 2 m/s, widzialność 300–500 m, mgła, zachmurzenie 10 stopni warstwowe, podstawa chmur (link is external) 40–50 m, temperatura plus 1–2 stopnie Celsjusza (link is external).
To też, mimo, ze media usilnie nas starały się przekonać, nie są warunki krytyczne do lądowania. Przecież zresztą lotniska nie zamknięto. Czyli oceniono na ziemi, że lądować można.
Jednakże w obu tragediach zwrócono uwagę na złą pogodę, bo to pogłębiało chaos informacyjny i budziło pewne wątpliwości.

**************

MS "Estonia" spokojnie wykonywała sobie swoją trasę, gdy po północy rozległy się zgrzyty i hałasy, oraz, jak później oświadczyło wielu świadków, a co zostało utajnione, wybuchy.
Posłuchajcie relacji:
//
Kłopoty zaczęły się tuż przed pierwszą. Większość z 803 pasażerów i 186 członków załogi dawno już spała. Ale jeden z pasażerów, Carl Övberg z kabiny nr 1049, usłyszał odgłosy pomp hydraulicznych i siłowników. Hałas był wyraźny, charakterystyczny, nie do pomylenia. Dochodził z pokładu samochodowego leżącego nad jego kabiną.
Siłowniki hydrauliczne podczas postoju w porcie unoszą furtę dziobową statku i opuszczają rampę, po której do wnętrza promu wjeżdżają pojazdy. Kto i po co włączył te urządzenia na pełnym morzu? - tego mimo kilkuletniego śledztwa wciąż nie udało się wyjaśnić.
Minęła minuta. Övberg usłyszał dwa, może trzy głośne "dziwne, ostre, metaliczne dźwięki". Tak opisywał je przesłuchiwany po katastrofie przez specjalną komisję. Nie był jedynym, który je usłyszał. Dziewięć innych osób znajdujących się w różnych częściach "Estonii" powie później, że to były wybuchy.
Punktualnie o pierwszej w nocy pasażerowie kabiny nr 1027 - Jasmina Waidinger i Daniel Svensson - usłyszeli odgłosy wody wdzierającej się na pokład samochodowy tuż nad ich głowami. Prom przez chwilę chybotał się jak dziecięca kołyska, a po kilku minutach zastygł odchylony 5, może 6 stopni na prawą burtę. Pasażerowie kabiny 1027 uciekli natychmiast na górny pokład. Mieli szczęście. Tylko ci, którzy - jak oni - obudzili się i zdołali szybko opuścić kabiny, mieli szansę na przeżycie.
- Mimo ogólnej paniki i krzyków zaczęliśmy rozdawać kamizelki ratunkowe. Wkrótce przechył był już tak silny, że nie było mowy o spuszczeniu na wodę wszystkich łodzi ratunkowych - opowiadał Jerzy Florysiak, jeden z uczestników katastrofy. - Statek był tak przechylony, że złapałem się za reling [barierkę – jk] żeby nie spaść, ale fala zmyła mnie i znalazłem się w wodzie - mówił.
Jerzy Florysiak grał na "Estonii" w pokładowej orkiestrze. Jej trzej pozostali członkowie - również Polacy ze szwedzkimi paszportami - nie przeżyli katastrofy. Na pokładzie była jeszcze jedna Polka - Agneta Rapp. Jej również nie udało się uratować.//
[źródło]

I dalej:

//
Niemal natychmiast po tajemniczych odgłosach detonacji zatrzymały się silniki "Estonii". Prom zaczął dryfować. Dopiero dwadzieścia dwie minuty po pierwszej, kiedy trzydziestostopniowy przechył statku był już nie do opanowania, załoga "Estonii" wysłała sygnał Mayday. Dlaczego tak późno? Nie wiemy do dziś.

Rozpaczliwe wołanie o pomoc usłyszały dwa statki: "Mariella", którą "Estonia" zostawiła w tyle, i "Silja Europa", największy prom na Bałtyku (zabiera 3 tys. pasażerów) żeglujący pod banderą fińską. Oficer z "Marielli" prosi o szczegóły. "Estonia" podaje pozycję, zgłasza silny przechył i milknie. Kolejne pytania pozostają już bez odpowiedzi.
W tym czasie na "Estonii" rozgrywają się sceny jak z "Titanica". Tyle że tamten transatlantyk tonął trzy godziny, "Estonia" - pół.
- O wpół do dwunastej obudził mnie nagły wstrząs. Ubrałem się i wybiegłem na korytarz. Zobaczyłem przesuwający się automat z coca-colą - opowiadał tuż po uratowaniu Anders Eriksson ze Szwecji. - Biegłem z pokładu na pokład, jak najwyżej, a prom przechylał się coraz mocniej. Cudem zdążyłem założyć kamizelkę ratunko- wą i wsiąść do łodzi ratunkowej - wspominał rozbitek.
Prom bardzo szybko położył się na prawą burtę. Jedna z dwóch potężnych, od kwadransa nieruchomych śrub statku wynurzyła się ponad fale Bałtyku. Mija kolejnych kilka minut i ogromny, ponad 150-metrowy liniowiec, wysoki prawie na 45 metrów, wywrócił się do góry dnem.
Dla tych, którzy zostali we wnętrzu promu, nie było już żadnego ratunku.
Jeszcze przez kilka minut kadłub "Estonii" unosi się na wodzie. Ale pół godziny po pierwszych podejrzanych odgłosach na pokładzie samochodowym rufa promu zaczyna osuwać się pod wodę. Po kilku minutach znika pod jej powierzchnią.
"Estonia" spoczęła na głębokości 90 metrów w odległości około 50 km na południe od wybrzeży Finlandii. Śmierć poniosły 852 osoby. Kapitan poszedł na dno wraz ze statkiem, choć nie wiadomo, co dokładnie robił w ostatnich chwilach "Estonii" - jego ciała na mostku kapitańskim nie znaleziono.//
[źródło]

A jakie były oficjalne ustalenia?

//
Pierwszą oznaką problemów był dziwny odgłos tarcia metalu o metal, który pojawił się około 01.00, kiedy statek mijał archipelag Turku, jednak podczas oględzin furty dziobowej nie wykryto żadnych uszkodzeń. Około godziny 01:15 burta oderwała się od kadłuba; statek nabrał silnego przechyłu na prawą burtę. Około 01.20 przez system informacji wewnętrznej statku wypowiedziano słabym, damskim głosem słowa: „Häire, häire, laeval on häire", co w estońskim oznacza: „Alarm, alarm, alarm na pokładzie". Wkrótce w ten sam sposób zaalarmowano załogę. Niedługo po tym na statku został ogłoszony generalny alarm ratunkowy. Przechył zwiększył się do 30 - 40 stopni na prawą burtę, co sprawiło, że nie można było już się przemieszczać bezpiecznie po pokładzie statku. Drzwi oraz przejścia zostały zablokowane, aby uniemożliwić ewentualne przelewanie się wody. Pasażerowie, którzy próbowali się uratować zostali uwięzieni. O godzinie 01:22 nadane zostało przez załogę wezwanie Mayday, jednak jego forma nie spełniała międzynarodowych norm. Komunikacja ustała około 01:29. Po blisko siedmiu minutach od nadania pierwszego sygnału pomocy Estonia znikła z pola widzenia wszystkich radarów. Z powodu braku zasilania i silnego przechyłu akcja ratownicza na promie była spowolniona i utrudniona. Statek Mariella dotarł na miejsce tragedii około 02:12; pierwszy helikopter o 03:05.Tak wyglądał oficjalny, tragiczny łańcuch wydarzeń. Niestety, życie pokazało, że Estonia kryje o wiele więcej tajemnic niż mogłoby się wydawać. //
[źródło]

Według oficjalnego raportu z 1997 powołanej do wyjaśnienia przyczyn tragedii wspólnej estońsko – szwedzko – fińskiej komisji (JAIC), przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne furty dziobowej, która nie wytrzymała naporu fal i została urwana, pociągając za sobą i otwierając rampę wjazdową, co spowodowało wlanie się w ciągu 5 minut ponad 1000 ton wody na pokład samochodowy i przechył, prowadzący do zatonięcia.

Tutaj mamy do czynienia z następną analogią między tragediami. Powołane komisje ustaliły jednoznacznie i zdecydowanie przyczyny katastrof: w przypadku "Estonii" to wady konstrukcyjne, a w przypadku TU 154 błędy ludzkie.
Niestety, w obu wypadkach, w zderzeniu z faktami, świadkami, prostą logiką i zwykła fachowością i rzetelnością, oba raporty były co najmniej kontrowersyjne, a tak po prostu stekiem bzdur. Oba raporty przynoszą hańbę i wstyd ich twórcom: raport międzynarodowej komisji JAIC, raport Anodiny i raport komisji Millera. Niestety, przykre jest to, że te ustalenia poszły w świat i ugruntowały ogólnoświatową opinię publiczną/

*************

Najdziwniejsze rzeczy zaczynają się jednak dziać potem. W przypadku jednej i drugiej tragedii rozpoczęły sie akcje dezinformacji, niszczenia dowodów, zacierania śladów i destrukcji. To była świadoma robota. W jednym i drugim wypadku starano się ukryć prawdę.
Przyczyna może być tylko jedna – obie tragedie były spowodowane przez działania terrorystyczne, a rządom prowadzącym śledztwa zależało na ukryciu tego przed światem i ludźmi.
To już trzecia analogia. Jak kręcili polscy i ruscy uczestnicy śledztwa smoleńskiego, to raczej wiemy bardzo dobrze. Natomiast, jak było z "Estonią"?

// Kontrowersje
27 września 1994 roku statek wypłynął w swój ostatni rejs. Miał płynąć ze stolicy Estonii – Tallinna do Sztokholmu. Według oficjalnego raportu z 1997 powołanej do wyjaśnienia przyczyn tragedii wspólnej estońsko – szwedzko – fińskiej komisji (JAIC), przyczyną katastrofy były wady konstrukcyjne furty dziobowej, która nie wytrzymała naporu fal i została urwana, pociągając za sobą i otwierając rampę wjazdową, co spowodowało wlanie się w ciągu 5 minut ponad 1000 ton wody na pokład samochodowy i przechył, prowadzący do zatonięcia. Raport komisji wzbudził jednak wiele kontrowersji. Do nie przekonanych należy m.in. inżynier okrętownictwa Anders Björkman, autor książki "Katastrofa Estonii: Prawda i kłamstwo". Według niego przyczyną zatonięcia promu nie było uszkodzenie furty dziobowej, lecz dziura w burcie poniżej linii wodnej. Mogła ona powstać tylko w jeden sposób – w wyniku eksplozji podłożonej tam bomby[JAIC 3]. Dziura taka została zauważona podczas pierwszej próby dotarcia przez nurków do spoczywającego na dnie Bałtyku wraku. Badania fragmentu poszycia wyciętego z okolic furty dziobowej wraku wskazywałyby w ocenie części ekspertów na działanie materiału wybuchowego. Inne teorie spiskowe łączą zatonięcie z wykorzystywaniem promu do przewozu broni kupowanej potajemnie przez wywiad szwedzki od wojsk rosyjskich stacjonujących w Estonii. Fakt ten został ujawniony w 2004 przez byłego szwedzkiego celnika i został następnie potwierdzony przez Szwecję, która jednak zaznaczyła, iż w dniu tragedii nie było takich transportów. W oficjalnym raporcie wzmianka o dziurze i o transportach nie znalazła się. Zginęły 852 osoby. Promem dowodzili estońscy kapitanowie Arvo Andersson i Avo Piht. Wrak spoczywa na głębokościach 73 – 85 metrów – budzi to wiele zarzutów, głównie spiskowych, iż nie chce się wydobyć wraku, pomimo że jest to całkiem możliwe – przykładem jest Titanic, którego wydobycie rozważano, mimo iż leży na głębokości 3800 m. Oficjalny raport obwinia źle działającą furtę dziobową, zamykającą pokład samochodowy, która odłamała się pod uderzeniami dużych fal. Kiedy furta odłamała się, uszkodziła rampę i odsłoniła pokład samochodowy. Spowodowało to dostawanie się wody na pokład, przez co statek stracił stateczność i zaczął się tragiczny łańcuch wydarzeń  [...]. Ustalenia oficjalnego raportu były wielokrotnie kwestionowane, zwracano uwagę m.in. na potwierdzony fakt wykorzystywania promu do kontrabandy sprzętu wojskowego[9].
Niemiecka dziennikarka Jutta Rabe rozpoczęła własne śledztwo w tej sprawie -wraz z Amerykaninem Gregem Bemisem rozpoczęła nielegalne nurkowania do wraku celem zbadania przyczyn tragedii. Wkrótce po jej artykułach[10] rząd Szwecji przyznał się do szmuglowania broni z Rosji do Szwecji, lecz zaznaczył, że nie miało to miejsca w dniu katastrofy[11]. W lecie 2000 roku, Szwecja wydała nakaz aresztowania Jutty za naruszenie deklaracji nienaruszalności miejsca spoczynku wraku, które podpisały wszystkie państwa nadbałtyckie poza Niemcami, a co było związane z ekspedycją na wrak, w związku z tym Jutta nie odwiedza Szwecji. Podczas tej ekspedycji pobrano próbki metalu wskazujące na użycie materiałów wybuchowych, gdzie na trzy próbki wysłane do trzech różnych laboratoriów[12] (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy) tylko niemieckie laboratorium zakwestionowało możliwość wybuchu i to właśnie na tym jednym oparła się prasa szwedzka, szwedzki rząd zignorował te dowody argumentując to nielegalnym sposobem zdobycia takowych. Według teorii w przewożeniu ładunków mieli uczestniczyć agenci brytyjskiego MI6, którzy na zlecenie amerykańskiego CIA, mieli umożliwić przepływ radzieckiego sprzętu wojskowego – to miałoby wyjaśniać dlaczego Wielka Brytania przyłączyła się do aktu "Porozumienie w sprawie Estonni"[13]
W wyniku ponownego przeanalizowania sprawy Estonii przez estoński zespół prokuratora Margusa Kurma, którego raport ujawniono 30 marca 2006, rząd estoński zakwestionował wyniki prac wspólnej komisji i zaprosił rządy Szwecji i Finlandii do wznowienia dochodzenia. Raport sugeruje, że rząd szwedzki ukrywał część, mających związek ze sprawą, dowodów. Według analizy zeznań świadków dokonanej przez zespół Kurma, rampa dziobowa była podczas katastrofy jedynie uchylona i nie mogła przez nią dostać się na pokład podawana dotychczas ilość wody, nadto nie jest jasne, skąd brała się woda na pokładzie. Komisja ustaliła, że szwedzkie służby odnalazły urwaną furtę dziobową 9 dni przed oficjalnym ujawnieniem tego faktu, a także prowadziły niejawne nurkowania badawcze, a wnętrze ładowni zostało sfilmowane przez pojazd podwodny, czego również nie ujawniono wspólnej komisji. Podczas nurkowań poszukiwano m.in. jednej walizki z nieujawnioną zawartością, którą następnie zabrano ze statku. Raport ten stwierdza również, że trójstronna komisja nie zbadała hipotezy wybuchu na pokładzie.
Źródło: wikipedia, hasło: MS Estonia (link is external)

*************

Konkluzje

Rząd szwedzki idzie już dwadzieścia lat w zaparte.Mataczy, kręci i zaciemnia. Zabronił nurkować do wraku. Zamierzał go całego na dnie morza zacementować, co jest 10-krotnie kosztowniejsze niż wydobycie wraku.
Rząd ten zapewne by tak nie był uparty, gdyby za tą tragedią nie stały tajne służby różnych państw, w tym, co udowodniono – KGB i CIA.
Jakie służby stoją za Tragedią Smoleńską, że rząd Tuska idzie już cztery lata w zaparte?
Czy czeka nas 20 lat, tak, jak ma to miejsce z MS "Estonią"?

Tak, ja Szwedzi niszczyli dowody, zasypywali wrak piaskiem, usiłowali go zabetonować, tak rosyjscy żołnierze cięli TU 154 na kawałki, wybijali szyby, zrzucali fragmenty na kupę i co najstraszniejsze, zalutowali różne przypadkowe fragmenty zwłok w trumnach.

Czy życie ludzkie tak już niewiele znaczy, że dla osiągnięcia zbrodniczego celu, np zamaskowania wojskowej kontrabandy z Rosji via Szwecja do USA, można pozbawić życia setki osób? Że dla zlikwidowania niebezpiecznego prezydenta likwiduje się dodatkowo 95 niewinnych pasażerów?
Czy przypadkiem nie przekraczamy jakiejś znaczącej granicy barbarzyństwa?
A rozbestwienie służb i ich pogarda dla normalnego świata nie osiągnęły punktu krytycznego?

Teorie spiskowe są często wyśmiewane. Szczególnie u nas w Polsce stworzono cały przemysł stygmatyzowania tak zwanych oszołomów i smoleńskich idiotów.
Jednakże upór paru ludzi, prywatnych i niezależnych, wykazał, że rządy paru państw bałtyckich kłamią i usiłują ukryć prawdę. Koalicja kłamstwa w końcu się zalamała. Tylko Szwecja, która ma najwięcej do stracenia trwa w uporze.
W Polsce, z tą władzą nigdy nie dojdziemy do prawdy o Smoleńsku. Gra się toczy o bardzo wysoką stawkę. Mogą polecieć głowy.

Jednak najbardziej przerażające jest to, czy istnieją granice, których międzynarodowe tajne służby nie przekroczą. Ponadto, czy będą tajemnice, których opinia publiczna nigdy nie pozna.
Mgła, gęsta i zwodnicza była podobno na smoleńskim lotniskiem.
Lecz chyba bardziej chodzi o mgle w naszych głowach

*************

Ps. Zebrałem bardzo dużo materiałów o MS "Estonia". Znacznie przekraczających ramy tego artykułu. Optymistyczne jest to, że dzięki uporowi zwykłych ludzi prawda powoli wychodzi na jaw i nikt rozsądny nie może mieć wątpliwości, ze na promie dokonano terrorystycznego ataku. I że zaprzecza to całkowicie wersji oficjalnej przyjętej przez Szwecję, Finlandię i Estonię.
To daje nieco optymizmu, że podobnie może się potoczyć z Tragedią Smoleńską.

______________

[źródło] - http://www.paranormalne.pl/topic/25478-tragedia-promu-estonia/ (link is external)



Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/7787/tylko-tragedie-czy-dzialanie-sluzb-ms-estonia-a-tu-154

©: autor tekstu w serwisie Niepoprawni.pl | Dziękujemy! :). <- Bądź uczciwy, nie kasuj informacji o źródle - blogerzy piszą za darmo, szanuj ich pracę.

sobota, 16 maja 2015

Zniszczymy Andrzeja Dudę jak Lecha Kaczyńskiego!

 
Czy system już odpuścił Komorowskiego? Mimowolnie stał się balastem. Poza tym, to nie on decyduje gdzie stoją konfitury.
Warto poświęcić grupę cymbałów zgromadzonych wokół prezydenta, by uratować kwintesencję Układu i Systemu – Platformę Obywatelską.

Taki oto diaboliczny scenariusz usłyszałem wczoraj z ust Łukasza Warzechy, który zaznaczył, że informacje o takim rozwiązaniu krążą właśnie w zaufanych kręgach powiązanych z prawdziwą władzą

Andrzej Duda ma wygrać wybory. Wtedy otoczy się go kordonem sanitarnym. I zacznie się masakra – jego i PiSu. Pięć miesięcy do wyborów parlamentarnych nieustannego bombardowania i nocnych nalotów powinno wystarczyć by zniszczyć wizerunek nowego prezydenta, ośmieszyć go i ubezwłasnowolnić, jednocześnie zadając potężne ciosy Kaczyńskiemu i PiSowi.
W rezultacie uzyska się to, co najważniejsze – utrzymanie się Platformy u władzy i kontynuację faktycznego rządzenia Polską.

Tusk wkrótce przybywa z Brukseli. Lecz nie po to by wesprzeć praktycznie już leżącego na deskach, znokautowanego Komorowskiego, za którym nigdy nie przepadał, on wierny giermek Berlina, a nie Moskwy. On już dostał konkretne wytyczne ze swojej centrali i od szefowej, jak ustawić nową scenę polityczną, już bez Komorowskiego. W swojej arogancji i z berlińskim poparciem, ten pyszny i próżny człowiek przekonany jest, że jak sobie dobrze radził i w końcu poradził ze śp. Lechem Kaczyńskim, to również nie powinno być kłopotów z Andrzejem Dudą.
Przetasuje się nieco gabinet premiera. Może usunie się panią Kopacz, która już nie jest kobietą Tuska i której po awansie potężnie odbiło, tak, że bredzi niemalże, jak Komorowski. Może zawrze się pakt z Grzegorzem Schetyną, to przecież rozsądny gość i teraz, jak nie ma Grabarczyka, to pewnie złagodnieje. Da mu się premierostwo, jeśli przyrzeknie na kolanach, że będzie grał w berlińskiej drużynie. Zresztą ruskim już podpadł.
Wywali się też pod publikę dwóch najbardziej znienawidzonych ministrów, zresztą obie przechrzty, nie z wewnętrznego kręgu – Kluzik Rostkowską i Arłukowicza i motłoch będzie zadowolony.

A PiS w jesiennych wyborach dostanie tak w dupę, że nawet nie będzie w stanie cokolwiek zrobić, jak trzeba będzie pomajstrować przy konstytucji, czy prezydenckim wecie. Duda też będzie się mógł tylko ugryźć ze złości, bo zostanie mu tylko słynny żyrandol.

A Bronek Komorowski? Cóż... niech się cieszy tym, co lubi najbardziej – jajecznicą na tłustym boczku, od czego ma tą fatalną miażdżycę, od kurek, które czule podczas kampanii wspominał. Pójdzie sobie z Dukaczewskim i Nałęczem na polowanie. A czasem zaproszą go przyjaciele do Soczi, jak kiedyś towarzysza Jaruzelskiego.
Wykładów raczej nie będzie prowadził, bo nie znajdzie się na świecie taki uniwersytet, czy fundacja, która zaryzykowałaby jeden ze słynnych wykładów Bredzisława. No i niewątpliwie będzie miał permanentny zakaz wjazdu do Japonii. Małpich wybryków tam się nie toleruje i nie zapomina.

Tęgie głowy myślą. Rozważają setki możliwych scenariuszy. W ramach treningu przesuwają konie i wieże na szachownicy.
Czy zastosowana zostanie tak dzisiaj popularna obrona sycylijska – e

czwartek, 14 maja 2015

Monopoliści – twarde zaplecze Komorowskiego (pomijając WSI)

 
PGNiG, Orlen. Lotos, co tam jeszcze, Sieci Energetyczne, woda w kranach, a poza tym Biedronki, Getin banki, to co?
To człowieku banda cwaniaków i szubrawców, dzięki którym musisz płacić obowiązkowo za swoje mieszkanie, mimo, ze jesteś właścicielem, 700 zł miesięcznie, jeżeli to jest tylko lokal 60 metrowy z jednym lokatorem, albo 1000 zł miesięcznie, jeżeli lokal ma 100 metrów i dwóch lokatorów.
I siedemdziesiąt procent tych opłat to są tak zwane media, to, co kiedyś było drobnostką, teraz jest największym obciążeniem. Media – prąd, gaz, woda, śmieci. To pognębienie zwykłych ludzi i złote zyski dla przyrządowych szubrawców.
Czytałem onegdaj, że w latach 30-tych za to właśnie brała się mafia, bo to dawało świetne zyski i nikt nie miał siły się oburzyć.

- Cena gazu w ostatnim pięcioleciu spadła o 30%. Odczułeś to gospodarzu? Płacisz mniej za gaz, ciepła wodę i ogrzewanie? Zbójecki związek wiodącej partii politycznej z panami Tuskiem, Komorowskim i pamiętnym Pawlakiem z PSLu , z ustanowionymi przez siebie prezesami spóle i członkami zarządów, bezwzględnie i bandycko żerującym na ludności, czyni twoje życie tak ciężkim.
- Jeździsz samochodem, wiesz, że cena ropy naftowej była niedawno najniższa od dwudziestu lat? Coś tam spadło, parę kosmetycznych groszy, ale pan Tusk, kiedyś ogłosił, że paliwo będzie po pięć złotych, bo o to go poprosiła jego szczególna przyjaciółka Angela Merkel.
- A jak tam w bankach? Lepiej? Mniejsze koszty, łatwiejsze kredyty, lepsze lokaty? Przepraszam, takie głupie żarty. Banki pod państwowym parasolem, wysysają krew z obywateli, jak siedmiogrodzka horda wampirów.

Wystarczy. Każdy może sobie dopisać dodatkowych krwiopijców. I podkreślam ponownie – to nie tylko ci zagraniczni gangsterzy, to nasza rodzima banda złoczyńców, tak ładnie wyhodowana przez ekipę, utworzonego przez WSI PO.

Proszę bardzo, jak dobrze się pasą:
- była pani prezes PGNiG, Grażyna Piotrowska – Oliwa, swój człowiek, a jakże,  zarobiła pracując 4 miesiące 1,5 miliona złotych. Nieźle?  Najniższa emerytura dla dziesięciu emerytów przez dziesięć lat. [1]
- szef Orlenu, Jacek Krawiec... znacie? – "...od 2014 roku prezes Orlenu Jacek Krawiec. Wynagrodzenie przyznane za ubiegły rok to aż 2,914 miliona złotych. Z tytułu stałej pensji i innych świadczeń prezes zainkasował ponad 1,674 miliona złotych brutto, premie stanowiły zaś kolejne 1,24 miliona złotych." [2]
-  i już lecąc dalej:
     - Lotos – Paweł Olechnowicz w 2014 zarobił 1 milion 468 tys zł
     - Tauron – Dariusz Lubera w minionym roku zarobił 1 milion 912 tysięcy zł.
     - Zbigniew Jagiełło REKORDZISTA , nasz narodowy bank PKO BP zarobił
       W 2014 piękną sumkę za dojenie obywateli w wysokości 3 miliony 112 tyś.

Mam jeszcze kilkudziesięciu takich dobrych wujków, którzy, gdy my musimy się mocno spinać, by zapłacić co miesiąc za mieszkanie, to oni tyle zarabiają w jedną godzinę.
Chcecie sobie poczytać o tych wspaniałych Polakach, którzy przekraczają bariery i wkrótce polecą na Marsa? Za nasze pieniądze i za naszą wściekłość?
Macie ich tutaj [3].

No to widzicie polaczki, drobne mróweczki, co to was klasycznego typu: – eee tam, co mnie to obchodzi – kto zżera wasze zasoby, kto was dołuje i robi, że lekarstw nie możecie wykupić – kolesie platformy, milionowe byki, bezczelne chamy z Bentleyami, osmiorniczkami i jachtami na greckich wyspach.

Facet ma 1,5 miliona za rok, bo jest kumplem i Tusk, Komorowski i Kopacz tam go postawili. A ty, za jego roczną pensję mógłbyś żyć jak król prze siedem lat.
Na to się godzisz człowiecze? Ci ludzie powyżej, ten Jagiełło, Krawiec, czy Lubera to takie same kmiotki. Ich przodkowie nie zbudowali fortun, nie zgromadzili kapitału. Urodzili się wczoraj, no bo mieli odpowiednich kolesi.

To są właśnie monopole. W Polsce wszystkie systemowe. Nie zastanawiasz się długo nad rachunkami za prąd, ciepłą wodę, czy gaz. A tu się odbywa jawna grabież. Tu cię kopią w dupę, celując w najbardziej czuły punkt.

Czy to nie za wiele?
Gnębi cię Europa, gnębi cię międzynarodowa finansjera, ale, to co pomijasz zazwyczaj, a co jest najbardziej okrutne, gnębią cię państwowi monopoliści.

Cóż my, bądź co bądź biedaki, możemy powiedzieć na sytuację, którą działanie zbójeckiego państwa nam stwarza. Na tą warstwę szczytów państwowych monopoli, których stać na drogie alkohole, po 600 zł butelka i kolacje po 2 000 złotych.
Oni nas specjalnie wpędzają w labirynt zmartwień, w comiesięczne niepokoje o zapłatę za gaz, prąd i ciepło. Kto z nas o tym rozmyśla i analizuje, ze tutaj właśnie zbójeckie państwowe, a konkretnie mówiąc, antynarodowe monopole realizują politykę spychania nas w otchłań hańby, biedy i poniżenia.
Ci panowie o milionowych przychodach, wymienieni powyżej nie życzą sobie konkurencji drobnych, dorabiających się Polaków. To by tylko im przeszkadzało. Mają przecież pełen suport ze strony władz. Władz, której członkowie mają zagwarantowane, ze jak odejdą z polityki, to będzie ich czekało należyte miejsce w poważnej radzie nadzorczej, albo i nawet milionowa prezesura.

To pasożytnictwo na narodzie; to rujnowanie rodzin i ich budżetu, relatywnie najniższe zarobki przy najwyższych kosztach życia, poprzez państwową monopolizację codziennych opłat i wydatków to coś, co przyszły rząd musi obowiązkowo zniszczyć. To pijawka narodowa, z której krew popijają funkcyjni eksperci, prezesi i propagandziści. A krew jest upuszczana z narodu. Z każdej rodziny.

Wiec jak się będziemy brali za robienie porządków z Biedronkami, Tesco, Getin Bankami, Tauronami, i centrami handlowymi, nie zapominajmy o tych największych, tych najpazerniejszych i tych przechowalni polityków, którzy nieopatrznie dali się złapać na kłamstwie, złodziejstwie, czy nawet gwałcie (vide – Lepper & co.).

Twoje codzienne życie i twoje wydatki noszą pieczęć największych złodziei – monopoli, które za sobą mają to zdegenerowane państwo polskie, które reprezentuje obecnie ferajna Tuska – "Żyrandol" Komorowski, Kopaczka-Kopacz, i cały ten cyrk "Polonia".










[1]    http://www.se.pl/wiadomosci/polska/tak-sie-w-polsce-zarabia-na-panstwowym_390251.html
[2]   http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/ranking-zarobkow-prezesow-spolek-skarbu,96,9,1745248.html
[3]   http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/ranking-zarobkow-prezesow-spolek-skarbu,96,0,1745248.html


.

sobota, 9 maja 2015

Praca jest celem twojego życia – twierdzą krwiopijcy




 
Za komuny komisarze, politrucy i reszta tym podobnej swołoczy, lubiła prezentować taki "chitry" dowcip: Jak myślicie towarzysze, Pan Bóg stworzył mężczyznę do pracy, czy do przyjemności? Zazwyczaj po dłuższej chwili odpowiadał wesołek Kowalski, którego zawsze można znaleźć w każdym gronie: - Oczywiście, dla przyjemności, by radować się życiem!
Odpowiedź była niestety druzgocząca: - Mylicie się Kowalski, niestety do pracy. Jak by dobry Bóg chciał, byś był dla przyjemności, to byś miał dziesięć penisów i jeden palec. Ale macie dziesięć palców i tylko jednego penisa. Powszechne: ha, ha, ha...
Dowcip marny, ale miał do głowy wbijać, że w komunizmie liczy się tylko praca. Odpoczynki i rozrywki to imperialistyczna dekadencja. Nie mówili tego wprawdzie publicznie, ale przyświecała im tylko jedna idea, wykuta w żelazie na bramie w Auschwitz – "Arbeit macht frei".
Tak oto, w komunizmie szło się do raju, w bliżej nieokreślonej perspektywie, poprzez ciężką niewolniczą wprost pracę. Co więcej – nie pracujący był elementem wybitnie podejrzanym.
- Darmozjad, bikiniarz i kryminalista – mówiono zazwyczaj.

A czy w kapitalizmie było lepiej? W żadnym wypadku, ale...

Australia była pierwszym państwem, gdzie w XIX wieku wprowadzono ośmiogodzinny dzień pracy. To naprawdę pierwszy potężny przełom w relacjach pomiędzy pracodawcą i pracobiorcą. Ale tak naprawdę, dopiero pierwszy krok.
Europa i Ameryka zatrzęsły się w posadach na taki bluźnierczy australijski pomysł.
- To zahamuje postęp! – wrzeszczeli tak zwani burżuje.
- Ludzie będą umierać z powodu wolnego czasu! Upiją się na śmierć i umrą z nudów! – wtórowali im, jak zwykle usłużni naukowcy i autorytety.

Po tysiącleciach niewolnictwa, poddaństwa i pańszczyzny, było kompletnie niezrozumiałe, że nie tylko klasa próżniacza, ale zwykły lud, może mieć wolny czas, rozrywki i zajęcia nie związane z pracą. To się w głowach nie mieściło. Nawet tych najbardziej światłych.

Gdy potem nastali dobrzy znani mądrale – Marks, Engels, czy Lenin; sami zresztą dobrze wypasieni kapitaliści, to w swych wspaniałych dziełach, nie zachęcali, by ulżyć biednemu człowiekowi, tylko, żeby odebrać wściekłym krwiopijcom – kapitalistom i wszystkich zmusić do jednakowej, ciężkiej pracy.
Oczywiście, nie, żeby jutro było nam lepiej, tylko dla raju w przyszłości.
To znowu taki "chitry", jak to oni lubili mówić, zabieg: - raj, to my, przywódcy, urządzimy sobie zaraz, a wy, reszta, urządzicie raj dla waszych wnuków, albo precyzyjniej – dla wnuków, waszych wnuków.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych, gdy komunizm na świecie ledwo się słaniał, tak, jak w Polsce, pracowało się na tydzień 48 godzin. Każdego dnia, łącznie z sobotami 8 godzin. Wolne były tylko niedziele. Choć nie zawsze, bo komuna kochała urządzać w niedziele tak zwane czyny społeczne.
W tym samym czasie, w kapitalistycznej, a jakże, Francji (choć z poważnym pierdolcem na punkcie komunizmu), zaczęto wprowadzać już 36 godzinny tydzień pracy, co mamy do teraz, czyli – od poniedziałku do czwartku po 8 godzin pracy, w piątek tylko pół dnia, czyli 4 godziny, a reszta wolne.
Tak, tak, w komunizmie, aby być dobre 50 lat z tyłu za wrednymi imperialistami, trzeba było tygodniowo pracować 12 godzin więcej.

W końcu, po siedemdziesięciu latach obietnic tego raju w przyszłości, tego zaharowywania się dla przyszłych pokoleń, to oficjalnie, a nieoficjalnie, dla kawioru, sklepów z a firankami, nomenklatury, tego "zdrowie wasze w usta nasze" (to Wałęsa – przypominam), ludziom, jak to się dzisiaj mówi, łuski w końcu spadły z oczu, rozpieprzyli cały ten komunizm, drani, jak Ceausescu rozwalili na miejscu, szkop Honecker musiał spieprzać ruskim helikopterem z Berlina, co widziałem akurat na własne oczy, by nie spotkał go taki sam los, tylko cholera, u nas, w Polsce, żydy komuchy i żydy solidaruchy zawarły pod okrągłym stołem tajny deal (żydzi nie jako naród, tylko żydzi, jako polska swołocz) i oprawca w czarnych okularach został z honorami pochowany, dożywając w spokoju 90 lat.
I dlatego w mojej ukochanej ojczyźnie, już od tego przełomu w 1989 roku, czyli 25 lat mamy totalny burdel, bo nikt nie może szczerze powiedzieć, czy to już kapitalizm, czy to jeszcze komunizm.


A już najgorzej jest, jeśli chodzi o pracę. Okazuje się, że naprawdę za marne grosze, Polacy pracują najwięcej w całej Europie! Nie dość tego, chyba ze cztery miliony wyjechało w świat, by brać tam pracę, której rozpaskudzony i rozleniwiony "zachód" nie chce wykonywać. Tak jest na prawdę – bądźmy uczciwi w tym względzie.

Popatrzę tutaj choćby na siebie. Inżynier elektronik po polibudzie, by założyć i utrzymać rodzinę poszedł na morze. Początkowo 9 – 6 miesięcy poza domem. A od 30 lat pracujący na zachodzie.
A dlaczego na tym zachodzie z dużą łatwością, ja, czy śp. seawolf zdobyliśmy pracę, a młodsi nasi koledzy nadal nie mają kłopotów i są wprost rozchwytywani. Bo "zachód" już nie chce pływać. Bo to samo ma na miejscu, koło domu. Bo chce być zdrowym i nie umierać młodo, jak nasz niezapomniany kolega seawolf.
Początkowo byłem tanią siła roboczą, za komuny i na początku transformacji.
Dopiero po wstąpieniu do Unii, czyli od 10 lat, zacząłem być traktowany, jak równoprawny obywatel świata. Czyli dopiero wtedy dopadł mnie w pracy kapitalizm. A, żeby było jeszcze lepiej, to ten najbardziej ludzki – skandynawski (choć jak to już jest od XIX wieku, najprzyjaźniejszy jest australijski).
Proszę tu nie zazdrościć, bo praca faktycznie jest niesłychanie ciężka, szczególnie we flocie offshore.
Pracuje się tak: jest to system "one on – one off". Co oznacza, że pracuję cztery, albo pięć, albo sześć tygodni na statku albo w stoczni, a następnie mam tyle samo – cztery, pięć, albo sześć tygodni wolnego w domu. Pracuje się bez ustanku siedem dni w tygodniu, na, powiedzmy statkach typu shuttle tanker 10 godzin dziennie, a na wiertniczych, czy sejsmicznych,12 godzin. Czyli w tygodniu od 56 godzin do 84 godzin. Co biorąc pod uwagę system 1 : 1, realnie wynosi 35 do 42 godzin tygodniowo pracy, przez cały rok. Te wyższe godziny rekompensowane są wyższymi zarobkami.
To jeszcze mało – Norwegowie już przeszli (pod swoją banderą), a Anglicy i Duńczycy zaczynają przechodzić na system "one on – two off", 1 : 2. Powiedzmy, cztery tygodnie pracy i osiem tygodni odpoczynku. Niestety, nie jestem Norwegiem pod norweską banderą. Ale te decyzje norweskiego ministerstwa pracy i ministerstwa zdrowia wytyczają światowy trend.
Muszę tu jednak uczciwie zaznaczyć, że piszę tutaj o wyjątkowo szkodliwych warunkach pracy.

**********

Czy wiecie szanowni Państwo kto to taki – Carlos Slim Helu? Oczywiście, że wiecie. To przecież słynny Meksykanin, najbogatszy człowiek świata, no nie w tym roku, bo stracił ten przywilej na rzecz Billa Gatesa, ale był najbogatszym w 2013 i praktycznie od 2008 Carlos Slim, Bill Gates i Warren Buffett są po kolei najbogatszymi.
Jaki bogaty? Wartość majątku – 72 miliardy USD. Według Forbesa 12 najpotężniejszy człowiek świata. Właściciel rozlicznych firm i przedsięwzięć na całym świecie, lecz głównie znany jako zawiadujący całymi sieciami komórkowymi w Ameryce Łacińskiej i Południowej (choć w USA też ma udziały i nawet posiada duńską KPM).

Po co ja tutaj, pisząc o ludzkiej pracy wspominam tego kapitalistycznego krwiopijcę?
Nie bez powodu. On i Bill Gates – najbogatsi, są jednocześnie największymi filantropami, starającymi się teraz, już po zdobyciu swoich miliardów, ulżyć doli wszystkim ludziom na całym świecie. Dosłownie wszystkim – bez wyjątku.
Kto wie, czy pomysł Carlosa Slima, który poniżej opiszę, nie będzie takim przełomem w pracy ludzkości, jak ten pochodzący z XIX Australii?

Otóż Carlos Slim wymyślił sobie tak i zaraz zaczął to wprowadzać w życie.

[...]
Miliarder Carlos Slim Helu, meksykański magnat telekomunikacyjny podczas biznesowej konferencji w paragwajskim Asuncion przypomniał o idei, o której wspominał już przed dwoma laty - zakładającej wydłużenie dnia pracy do 11 godzin, przy jednoczesnym skróceniu tygodnia pracy do 3 dni.
- Pracując trzy dni w tygodniu, mielibyśmy więcej czasu na odpoczynek, na podnoszenie jakości życia - mówił przedsiębiorca, cytowany przez „Financial Timesa”.
Według Slima podzielenie pracy na trzy dni w tygodniu byłoby bardziej efektywne, a cztery dni wolnego, które dzięki temu uzyskaliby pracownicy, zmusiłoby ich do szukania nowych aktywności. W ten sposób doprowadziłoby do pobudzenia kreatywności.
Według miliardera podniesieniu powinien natomiast ulec wiek emerytalny. Meksykanin twierdzi, że w czasach, gdy żyjemy po 85-90 lat, a praca w przypadku większości pracowników nie jest tak wymagająca fizycznie jak dawniej, powinniśmy pracować dłużej - do 70-75 roku życia. Sam Slim ma już 74 lata.
Jak informuje „FT”, niektóre z przedstawianych koncepcji Slim stara się wdrażać w swoich firmach. W meksykańskim Telmeksie wdrożył system, zgodnie z którym osoby pracujące na zbiorowej umowie, które dołączyły do przedsiębiorstwa jeszcze jako nastolatkowie, po przekroczeniu 50 roku życia mogą kontynuować pracę w trybie 4-dniowego tygodnia pracy - przy zachowaniu 100 proc. wynagrodzeń. [...]
http://kariera.forbes.pl/carlos-slim-helu-proponuje-3-dniowy-tydzien-pracy,artykuly,180179,1,1.html

Możliwość skrócenia tygodnia pracy - z obecnych 40 do 30-35 godzin - rozważa się od wielu lat i w wielu konfiguracjach. Kilka miesięcy temu na pomysł ograniczenia dnia pracy do 6 godzin wpadli Szwedzi, którzy na grupie urzędników z Goeteborga zamierzają sprawdzić, jakie skutki, dla zdrowia i efektywności zawodowej, może przynieść taka zmiana. W Australii z kolei od jakiegoś czasu testuje się model pracy w 4-dniowym trybie - po 9 i pół godziny dziennie. Podobne próby skracania tygodnia pracy podejmuje się również w niektórych amerykańskich stanach, np. w Utah czy na Hawajach.
***************
Zaraz ktoś się może mocno zdenerwować i ryknąć: - O czym q...a ten palant mówi!!! Nie ma pracy, 13% bezrobocie, połowa zatrudniona na umowach śmieciowych, bez emerytury i opieki zdrowotnej, a on tu pieprzy o trzydniowym tygodniu pracy!!!
Spokojnie proszę.
To nie ja jestem winien, że przez 25 lat dajemy się robić w bambuko i nie zadbaliśmy o należyty standard pracy, koncentrując się tylko na poprawie standardu życia, kupując stukaną brykę w Niemczech (BMW – a jakże!), łojąc się wyjątkowo tanim alkoholem, otaczając się gadżetami za 1 zł, po podpisaniu cyrografu z niemieckimi, czy francuskimi złodziejami od telefonów komórkowych na dwa lata. Do tego jeszcze tylko płaski TV z TVNem i Polsatem i imprezka z takimi samymi przyjaciółmi.
Ale żeby mieć tylko taką namiastkę, głównie z second handu, musimy zapieprzać, dobrze jak tylko 70 godzin tygodniowo – dwa razy tyle, co taki Niemiec.
Czy wiecie, że tylko Cypr i Grecja, gdzie kryzys niemalże nie rozwalił państw. nas wyprzedzają, jako jedyne w Europie, w krótkoterminowych kredytach konsumpcyjnych? Czyli w pożyczkach na życie. Potem to trzeba odrobić. Oczywiście.
Przez 25 lat niby niepodległości, nikt, dosłownie nikt, nie pomyślał i co więcej, nie zadziałał, żeby polepszyć standard życia i pracy obywateli.
Biedny, otumaniony naród cieszy się – myśli, że jest lepiej. Bo nie wie, jak na prawdę jest na świecie.
Cieszą się bidulki, że autostrady się buduje, że Euro w Polsce i jakie stadiony.
Ta, częściowo zbędna infrastruktura, jak te niebotycznie drogie stadiony, czy tuskowe Orliki, zamiast obiadu dla każdego głodującego dziecka (światowy wstyd !!!), które taką dumą napawają posła Niesiołowskiego, czy panią Kidawę – Błońską, powstały z idiotycznego i korupcyjnego trwonienia pieniędzy danych przez Unię Europejską. Danych, ale czego nikt nie mówi, które kiedyś trzeba będzie zwrócić.
Tak, tak... w Polsce się polepsza. W każdej rodzinie i w każdym domu.
No... może nie w każdym, ale na pewno u państwa Kulczyków, Solorzy, Kwaśniewskich, czy Sikorskich.
************
Jeszcze raz na koniec; - świat i to nie ten z czołówki, tylko nawet "biedny" Meksyk, myśli już poważnie o trzy-dniowym tygodniu pracy przy zachowaniu pełnej pensji.
A ty Polaku – ile jeszcze zamierzasz jeszcze harać świątek, piątek i niedziela, za nędzne grosze???



.
It's A Hard Life...

O durniach i o honorze










 





.


W swoim mniemaniu, w tym, co piszę jestem stuprocentowym felietonistą. Jestem na tyle złośliwy, że dorobiłem się licznej czeredy wrogów, którzy, przyznam to dumnie, są moimi pierwszymi i stałymi czytelnikami. Będzie o nich dalej w akapicie o durniach. Piszę chyba lekko, jeżeli, nawet biorąc pod uwagę błahość tematów moich tekstów, mam zazwyczaj z pięć tysięcy czytelników, a jak się dobrze wstrzelę, to nawet dziesięć razy więcej. I na dodatek, muszę to przyznać z przykrością i wewnętrznym wstydem, w skutek wrodzonego lenistwa nie cyzeluję swoich prac, praktycznie od razu publikując natychmiast to wszystko, co wycieka do palców z mojej nieustannie mielącej słowa mózgownicy. Tematów nie unikam żadnych, bo jako zadeklarowany dyletant, we właściwym, nie potocznym zrozumieniu tego określenia, interesuję się autentycznie wszystkim i o wszystkim lubię pogadać. Oczywiście najwięcej o stanie państwa i ukochanej Ojczyźnie, lecz ta idiotyczna, dzisiejsza cisza wyborcza wyklucza moje tradycyjne strzępie nie jęzora o panu... , czy pani ... .

By być pełnym, rasowym felietonistom powinienem mieć swoją stała rubrykę, albo, jak to się dumnie mówi – kolumnę. Wówczas byłbym felietonistą – kolumnistą. I mógłbym z mniejszą pokorą spoglądać na króla Zygmunta na warszawskim rynku.
Odmówiłem jednak parę razy pisania do druku z paru życiowych powodów. Najważniejszy z nich to taki, że ja ciągle pracuję za granicą, przez co szczęśliwie nie mam kontaktów z urzędami skarbowymi, które mnie autentycznie przerażają. Gdybym jednak zarobił chociażby jedną złotówkę w kraju, to skarbówka spadłaby na mnie natychmiast, jak stado sępów na miesięcznej diecie i ograbiłaby mnie z moich nędznych zarobków – krajowych i zamorskich. Taka ich, psia mać, natura.

Dobrze, ale miało być o durniach i honorze. Jednakże ten przydługi wstęp miał wskazać, że pisanina, którą uprawiam pozwoliła mi poznać masę durni. Niestety, obu płci. Czy warto rozmawiać z durniami? Nie warto. Dureń to z zasady zakuty łeb. Nigdy się nie uczy. A tego, co piszesz kompletnie nie rozumie, bo po prostu nie jest w stanie. Jego mechanizm myślowy działa dosyć dziwnie i zazwyczaj przy większym wysiłku się zakleszcza i zaciera i wtedy durniowi dymi się z uszu, a oczy doznają wytrzeszczu. Macha łapami i pluje w mikrofon, jeżeli ktoś mu nieopatrznie taką zabawkę podsunie.
Umysł durnia to popsute urządzenie i niestety, nic na to poradzić nie można. Należy więc w miarę możliwości durni unikać i nie zaprzątać sobie nimi głowy. Niestety, jeśli piszesz i nie daj Boże jeszcze jesteś czytany, to nie daje się ich uniknąć.
Obserwuję pewne ciekawe, medyczne zjawisko. Durnie są toksyczni i zaraźliwi. Więc czasami nas swoją durnotą potrafią zarazić i durniejemy wraz z nimi. Zamiast z kamienną twarzą, błyskiem rozbawienia w oku i krzywym uśmiechem pogardy przejść mimo, zatrzymujemy się i wdajemy się w niepotrzebną wymianę zdań. Mamy potem za swoje. Rozmowa z durniem zawsze pohańbia człowieka. To już lepiej, jak święty Franciszek, pogadać sobie z ptaszkami i innymi, wszelakimi stworzeniami. To bardziej zdrowe dla higieny psychicznej człowieka. O! Ja właśnie otworzyłem okno i trochę podyskutowałem z zaprzyjaźnionym kosem, który codziennie przylatuje do ogródka pamiętając jabłka jego ulubione, którymi karmiłem go zimą. Na moje nieporadne gwizdy odpowiada przepięknymi trelami i jest nam dobrze ze sobą. Tylko psy w okolicy zaczęły wyć.

Z rozlicznego i przebogatego zbioru durni można, niestety, piszę to z autentyczną przykrością, wyodrębnić grupę naszych durni prawicowych. Albo tylko myślących, że są prawicowi, bo tak na prawdę, nie mogą się połapać, gdy K..., Michałkiewicz, czy B... stale im mącą w głowach tak, że durnieją jeszcze bardziej.
Dureń ze swojej głupoty nigdy nie zdaje sobie sprawy. W internecie, gdy jego napęczniały idiotyzm rzuca się natychmiast w oczy, nie może zrozumieć, dlaczego nie jest wpuszczany i nie ma wstępu na poważne portale. A jak już mu się uda gdzieś zahaczyć, to zazwyczaj w dość krótkim czasie jest spychany na margines, cieszy się powszechną pogardą, co go zazwyczaj doprowadza do skrajnej wściekłości, tak, że kompletnie traci nad sobą kontrolę i jest usuwany w niebyt.
Dureń prawicowy jest z reguły Prawdziwym Aryjczykiem. Oznacza to tylko jedno, że w rezultacie staje się żydomanem, człowiekiem, który zagląda pod każdy kamień, zerka do każdego rozporka i rozpytuje o przodków, w poszukiwaniu tego ohydnego diabła w ludzkiej skórze – Żyda Polakożercę.
W tym względzie świat durnia, prawica jest niesłychanie prosty – wszystkiemu winni są Żydzi. I już. Koniec, kropka. Nie ma Polaków zdrajców, nie ma tych, co tym okropnym Żydom sprzedają kraj za bezcen, To Żydzi są winni złotych zegarków, Pendolino, najdroższych autostrad na świecie, likwidacji stoczni i uwiądowi służby zdrowia.
Prawdziwy Aryjczyk wie swoje. A, że to dureń, to żadna dyskusja nie ma najmniejszego sensu.


Durnie ukochali sobie słowo HONOR. Słowo, nie pojęcie, bo wówczas musieliby rozumieć, o czym mówią. A właśnie nie mają najmniejszego pojęcia.
Myli im się dobre wychowanie, kurtuazja, duma, upór, a nawet głupota i zacietrzewienie z honorem. Po prostu tego nie ogarniają, ale ładnie jest o tym mówić. To takie nowe i atrakcyjne. Honor... fajne.
Durnie prawicy, to w równym stopniu nieszczęsne dzieci czworaków i pegieerów, rzucone na głębokie wody okrutnego świata. Bez tradycji, bez etosu, należytej wiedzy i kodu wartości i zachowań. Neo-niewolnicy, nagle uwolnieni, którzy od tego doszczętnie zgłupieli i jeszcze w paru pokoleniach się nie podniosą.
Lecz to także te śmieszne sygneciki na palcach; te stracone bidne chałupiny, które w rozbuchanej pamięci widzą się jako wspaniałe modrzewiowe dworki, z krzątającą się wszędzie liczną służbą, psami myśliwskimi i szlachetnymi rumakami w stajniach i na wybiegu. Jak to widzieli w filmach o Texasie i nieśmiertelnej Bonanzie. A co wszystko opowiedziała im babcia sklerotyczka. Która kochała opowiadać bajki i różne niestworzone historie.
Można nazywać się więc Braun i być kreatorem króla Polski. Można też nazywać się Tyszkiewicz i wygłupiać się w tanim wodewilu dla gawiedzi.

No i ten honor stale łazi im po głowach. Jak to się popularnie określa w sferach: coś tam coś tam... Coś tam wiedzą, lecz jak już napisałem, nie są w stanie odróżnić jego od innych przymiotów kulturalnego człowieka. W rezultacie szermują tym biednym honorem bez ustanku, zazwyczaj głupio i bez sensu.
Honor jest zespołem zachowań, prawych, słusznych i etycznych wywodzących się z tradycji rycerstwa i czasów, kiedy prawo nie było jeszcze należycie skodyfikowane.
Odnosząc do czasów dzisiejszych i znacznie upraszczając, honorem jest silne poczucie własnej wartości i niezachwiana wiara w wyznawane zasady moralne, społecznie i religijne.
Według dzisiejszego zbioru pojęć, honorowym człowiekiem jest stający w obronie ojczyzny – patriota, obrońca słabszych, bezinteresowny pomocnik, walczący o swoje racje, ale umiejący się przyznać do błędu; człowiek dotrzymujący danego słowa.
Oczywiście w Polsce, jak we wielu europejskich krajach istniał szczegółowy kodeks honorowy, którego obecnie wiele reguł się zdezaktualizowało, bądź się zmieniło. Czy na przykład obowiązek dokonania zemsty, nawet w sytuacji dobicia rannego, leżącego przeciwnika, utrzymuje się w dzisiejszych zasadach moralnych?
Inną istotna cechą kodeksu honorowego było założenie, że o honorze kogoś mogli decydować tylko inni ludzie honorowi. Przed II WŚ w Polsce wykluczeni z tej grupy byli chłopi, mieszczanie i Żydzi, pogardliwie mówiąc, całe to pospólstwo. Honor to sprawa szlachty i wojska. Z tym, że zarówno szlachcic, jak i oficer mógł honor utracić, nabywając wówczas dyshonor, jeżeli inni honorowi ludzie tak ocenili.
Oczywiście, ludzie niehonorowi, czyli całe to pospólstwo nie mogło decydować o honorze. Czy to nabożnisia modląca się codziennie przed ołtarzem, która po wyjściu z kościoła natychmiast okazuje, że diabła ma za skórą, czy też gamoń,  który kłamie w żywe oczy, napuszcza ludzi na siebie, zmienia poglądy w zależności od sytuacji.
Niestety, ci ostatni, i ta pospolita szuja i te nadobnisie, gęby mają pełne honoru.

Rozwiązanie tego problemu jest niesłychanie proste – wystarczy tylko zrozumieć i sobie uświadomić, że to pospolite durnie. Tacy nie wiadomo jak by się nie wypinali, nigdy nie zostaną ludźmi honorowymi. Bo honor wymaga pełnego zrozumienia. Niedostatki durnia na takie zrozumienie nie pozwalają.

Ponadto, po raz trzeci przywoływana zasada – z durniami się nie rozmawia.


.