wtorek, 4 lutego 2014

Dzieci dobrej macochy


Potrafią z nostalgią wspominać swoje sukcesy w walce o papier toaletowy czy kawałek wołowego z kością , który unosili do domu ciesząc się jak szakal, który wyniósł jakiś ochłap z terenu uczty lwów.

W dzieciństwie opowiadano mi rosyjską bajkę o dobrej macosze. Macocha przyjechała z miasta. Dała każdemu z dwojga pasierbów po rogaliku i wykrzyknęła. „ Oj zapomniałam kupić rogalika dla mojej własnej córeczki, oddajcie jej po połowie” I dzieci pokornie podzieliły się rogalikami z przyrodnią siostrą. Jak łatwo obliczyć dostała dwa razy więcej niż rodzeństwo.
Takie bajeczki opowiadane we wczesnym dzieciństwie kształtują prawidłowe myślenie gdyż nigdy nie dałam się potem „ wziąć na fundusz” różnym oszustom, przede wszystkim ideologicznym.
Już w szkole podstawowej koledzy chcieli bezskutecznie namówić mnie na grę w cymbergaja na pieniądze. Najbardziej podejrzane wydawało mi się , że dawali fory i pierwszy wkład do puli.
Z kolei na wyścigach grało się w kości i w pokera. Organizatorzy pokera dawali za darmo pierwszą porcję żetonów. Niejeden idiota pożyczał potem na chleb
Raz na całe życie przyswoiłam sobie zasadę: „Timeo Danaos et dona ferentes”.

W szkole do której chodziła najmłodsza córka rodzice ustalili składkę na komitet w wysokości 100 złotych miesięcznie. Kiedy stanowczo zaprotestowałam dowiedziałam się, że komitet rodzicielski ma zamiar fundować memu dziecku słodycze oraz bilety do kina i na lodowisko (zauważmy, że za 100 złotych mogłabym- bez łaski- sama kupić dziecku landrynki oraz wysłać je do kina i to kilka razy). Powiedziałam, że nie uznaję jałmużny i fundowania. Jeżeli nie mam pieniędzy dziecko po prostu nie idzie do kina i kropka. Na marginesie zauważyłam, że w tym systemie dzieci uboższe finansują dzieci zamożne, a nie na odwrót. Właśnie organizowana była klasowa wycieczka do Disneylandu do Paryża, na którą moje dziecko z oczywistych przyczyn nie jechało (jeszcze tego brakowało, żebym miała wydawać ciężko zarobione pieniądze na takie idiotyzmy). Moja ewentualna składka miała więc dofinansować wycieczkę dzieci zamożniejszych. Widać byłam przekonywująca gdyż niektórzy rodzice gorąco mnie poparli , natomiast wychowawczyni szczerze znienawidziła. Powiedziała, że jestem aspołeczna i na mój widok czerwieniała na szyi jak indor. Odtąd unikałam wywiadówek.

Większość systemów opartych na reglamentacji tanich dóbr, które w założeniu mają służyć najbiedniejszym, faktycznie służą najbogatszym. Jak wykazały badania - z bezpłatnych studiów w Polsce , utrzymywanych w imię dostępu do studiów młodzieży z biednych rodzin, najczęściej korzystają dzieci rodzin zamożnych. Patrzmy na to trzeźwo - rodzin, które stać na zainwestowanie w kursy, korepetycje a nawet- choć nikt się do tego nie przyzna- łapówkę. Na uczelniach prywatnych studiują natomiast najczęściej dzieci z niezamożnych rodzin prowincjonalnych. To nie paradoks to statystyka i łatwa do wyjaśnienia prawidłowość. To samo dotyczy dostępu do leczenia. Przysłowiowy zbieracz aluminiowych puszek, który finansuje system poprzez podatki pośrednie ( VAT i akcyzę) gdy zachoruje nie ma szans na dostęp do drogich procedur medycznych. Nie stać go po prostu na łapówkę albo wizytę prywatną u ordynatora. Nie ma również wystarczających koneksji. Beneficjentami bezpłatnego lecznictwa są osoby zamożniejsze, które potrafią sobie- tak czy owak- załatwić szpital. Nie znaczy to, że jedynym rozwiązaniem jest płatna oświata i lecznictwo. Być może istnieje jakaś trzecia droga.

Za PRL głównymi beneficjentami systemu taniej, dotowanej żywności byli kupujący za żółtymi firankami oraz personel sklepów mięsnych i ich rodziny. Beneficjentami oszczędzania na mieszkanie na książeczce mieszkaniowej były dzieci różnych prominentów, które dostawały mieszkanie poza wszelką kolejnością. Ostatni naiwni , którzy nigdy nie doczekali się mieszkania do dziś usiłują rozliczyć książeczki. Wystarcza im na remont ogrzewania albo wymianę okien.

Ciekawe, że nadal istnieje wielu zwolenników rozdawnictwa i reglamentacji. Potrafią z nostalgią wspominać swoje sukcesy w walce o papier toaletowy czy kawałek wołowego z kością , który unosili do domu ciesząc się jak szakal, który wyniósł jakiś ochłap z terenu uczty lwów. Tęsknią do talonów na malucha i kartek na cukier.

Usłyszałam dziś dyskusję na temat smutnego faktu, że w Polsce głoduje około miliona dzieci. Jedną z propozycji rozwiązania tego problemu było przyznanie 500 złotych na każde dziecko w kraju gdyż, jak przytomnie zauważyła osoba prowadząca audycję, nie ma sposobu prawidłowego wyłonienia naprawdę potrzebujących. Niektórzy rodzice wstydzą się zgłosić po pomoc – alternatywą 500 złotych jest zatem uszczelnienie systemu kontroli poziomu życia rodziny i oddawanie dzieci z biednych rodzin do placówek opiekuńczych lub do adopcji.
Cóż mogę dodać ze swojej strony- zapewne w Europie powstaje rynek na dzieci z byłych demoludów. Kiedyś w Niemczech był rynek na dzieci z Tajlandii. Nie chcę powtarzać obrzydliwych spiskowych teorii na ten temat gdyż nie mam na to dowodów.
Zażywna pani z polskiej opieki społecznej poskarżyła się (ku mojej radości), że pewna kontrolowana rodzina poszczuła ją psem.
Jednak duch w narodzie jeszcze nie upadł.

autor:Iza

poniedziałek, 3 lutego 2014

Nikt wam tyle nie da co Tusk wam obieca

Obiecywanie Never ending story Tuska trwa.  Do 194 obietnic  wygłoszonych w czasie  expose w listopadzie 2007 r. dochodzą co raz to nowe. Zbliżają się wybory, trzeba coś zanęcić, tym razem darmowymi podręcznikami  dla uczniów. Żeby uczniom nie było za dobrze chodzi o uczniów, którzy zaczynają pierwszą klasę.

Nie tak dawno Tusk obiecywał laptop dla każdego ucznia, co z tego wyszło wiadomo. Została tylko obietnica.
Czy Polacy  dadzą się nabrać po raz na kolejny numery Tuska ? to się okaże w czasie wyborów.  Jeżeli przyjrzeć się obietnicom z expose z 2007 r. to można potraktować je jako bełkot, ale dwa z nich w 2014 po niemal  siedmiu latach rządów PO – PSL brzmią wręcz groteskowo:

16) Obniżenie tempa przyrostu długu publicznego 
17) Doprowadzenie budżetu w ciągu kilku lat do stanu bliskiego równowagi

Jaki jest obecnie dług publiczny w stosunku do 2007 r. drobiazg o ponad 80% większy, a deficyt budżetowy przekroczył 55%
Podobnie groteskowo brzmi zobowiązanie:

22) Radykalne uproszczenie prawa podatkowego. Tego zobowiązania nie chce się nawet komentować, tylko płacz i zgrzytanie zębów.
Oprócz wymienionych padały zobowiązania o chemicznej kastracji pedofilów, walki z dopalaczami, wprowadzenie VAT 23% , na dwa lata, itd., itd.
Czy straszenie Macierewiczem i PiS, przyniesie skutek, śmiem wątpić, ale nie wolno dzielić skóry na niedźwiedziu , zwłaszcza jeżeli nie wiadomo, gdzie są serwery PKW.
 
http://morpork.salon24.pl/564956,194-obietnice-tuska
http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/darmowe;podreczniki;dl...
 

autor: Andy51

Kiełbasa wyborcza




Nie ma sensu nikogo uszczęśliwiać na siłę. Rzadko kto znajdzie w sobie jednak wolę czynnego przeciwstawienia się zbędnemu rozdawnictwu.

Zbliżają się wybory – zaczęło się rozdawanie lekko nieświeżej wyborczej kiełbasy. Nieświeżej- bo obietnica rozdawania uczniom laptopów już była w użyciu wielokrotnie. Najnowszy pomysł ekipy Tuska to darmowe podręczniki dla uczniów szkoły podstawowej. Jak na razie tylko dla I klasy. Ale przecież Tusk nadal obiecuje darmowe laptopy dla każdego ucznia. Trudno o większy nonsens niż ten projekt. Przede wszystkim jak wiadomo: „there's no such thing as a free lunch” . Za wszystko ktoś musi zapłacić . Jak to mówiono w filmie „Rejs”- „ zapłaci Pan i Pani i ja zapłacę”. Od dawna wiemy, że rozdawnictwo nie jest najlepszą formą organizowania życia społecznego. Szczególnie, że rozdawnictwo zawsze sprowadza się albo do modelu janosika-czyli zabierania bogatym i oddawania biednym albo -co gorsza- do modelu antyjanosika, który polega na zabieraniu biednym i oddawaniu bogatym. Tak czy owak nie jest to działanie racjonalne. Wyobraźmy sobie, że faktycznie każdy uczeń dostanie nowy laptop. Majątek zbije na tym firma, która zdobędzie zamówienie rządowe. Korzyść uczniów będzie wątpliwa. Dla uczniów zamożnych będzie to kolejny komputer w domu. Oczywiście wezmą - bo mamy nawyk brania darmochy. Za czasów kartek moi sąsiedzi kupowali wszystko to co można było na te kartki kupić i gromadzili w tapczanach flaszki czyściochy, której nie brali do ust, mąkę zjadaną potem przez mole i wołki zbożowe, oraz ohydne buty, które potem lądowały na śmietniku.
W rodzinie zamożnej, w której każdy ma swój komputer, taki zbędny laptop będzie się gdzieś poniewierał i wreszcie w ramach porządków zostanie zlikwidowany. Dla rodziny biednej też będzie to zbędny gadżet. Nie pomoże również dziecku w stratyfikowaniu się społecznym. Z konieczności będzie o wiele niższej klasy niż nowinki elektroniczne. Dziecko posługujące się darmowym laptopem będzie czuło się w klasie tak jak dziecko korzystające w szkole z darmowych obiadów. Będzie tym faktem stygmatyzowane. Bogaci koledzy będą mieli przecież poręczne tablety najnowszej generacji. Laptop w biednym domu ma zresztą los niepewny. W najgorszym przypadku zostanie sprzedany na wódkę, w mniej skrajnym na chleb. Oczywiście dziecko może dostać laptop tylko do użytku w szkole. Będzie to miało taki sam sens jak podarowanie dziecku roweru z zakazem wynoszenia go z domu. Akcja „bezpłatne podręczniki” podzieli losy takich akcji jak „darmowe mleko dla każdego dziecka w szkole”. Znam przypadki gdy dzieci , które nie lubią mleka rzucały do celu kefirami otrzymanymi w szkole ,albo wyrzucały je do kosza. Wiele kefirów zostawało w szkolnej lodówce i się też marnowało.
Nie ma sensu nikogo uszczęśliwiać na siłę. Rzadko kto znajdzie w sobie jednak wolę czynnego przeciwstawienia się zbędnemu rozdawnictwu.
Wiem to z autopsji. Wbrew przekonaniu korzystam z rocznego biletu emeryta, który kupuję za 50 złotych choć jestem przeciwna wszelkim takim automatycznie przyznawanym przywilejom i stać mnie na bilety. Przyczyna jest bardzo prosta- jestem dość roztargniona i niestety wygodnicka. W ten prosty sposób nie muszę pamiętać o kasowaniu biletu, nie muszę korzystać z urządzeń sprzedających bilety i mam raz na zawsze święty spokój od kontrolerów.
Z podręcznikami szkolnymi faktycznie były od pewnego czasu problemy. Nauczyciele potrafili zmienić kilka razy podręcznik w trakcie roku. Bardzo często dotyczyło to podręczników językowych, z ćwiczeniami i płytami. Mam w domu cały regał takich zbędnych podręczników z czasu szkolnej edukacji moich dzieci i muszę się kiedyś zdecydować na ich wyrzucenie. Nie chcę nawet liczyć ile mnie to kosztowało. Dzieci są dość oportunistyczne, nie lubią w szkole się wyróżniać. Dlatego nie chciały nawet słuchać moich utyskiwań na wymianę co pół roku obowiązującego podręcznika. Podejrzewałam, że wydawnictwa starały się jakoś zainteresować nauczycieli takim zmianami. Moje podejrzenia okazały się słuszne. Jak się dowiedziałam wydawnictwa przysyłały nauczycielom bezpłatne egzemplarze książek, zapraszały na szkolenia czyli działały podobnie jak firmy farmaceutyczne wobec lekarzy. Na pewno należało ten proceder przerwać. Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem jest strategia przyjęta w gimnazjum imienia Staszica w Warszawie . Nauczyciele organizują, albo pomagają uczniom zorganizować giełdę podręczników. Moja wnuczka sprzedała używane podręczniki i kupiła potrzebne jej również używane . Szczyciła się, że nawet na tym zarobiła. Aby to działało szkoła zabrania zmieniania obowiązujących podręczników. Natomiast rodzice i dzieci mają wybór- przecież niektóre książki zechcą zostawić i wtedy muszą kupić nowe w księgarni.
Od dłuższego czasu trwa dyskusja na temat modeli rozwiązywania problemów społecznych. Model liberalny postulujący, żeby pozwolić ludziom zapracować na wszystko co jest im do życia potrzebne wydaje się być teoretycznie bardzo atrakcyjny. Wiadomo jednak, że przy obowiązujących w Polsce relacjach zarobków i cen, na mieszkanie ludzie muszą pracować całe życie, a na leczenie- w przypadku ciężkiej choroby- nie byłoby ich w ogóle stać. Dlatego musimy dopuścić - przy wszystkich tego wadach- centralne finansowanie i centralne sterowanie służbą zdrowia czy szkolnictwem. Nie prywatyzujmy zatem szpitali i szkół, ale nie poszerzajmy również niepotrzebnie obszaru socjalu, który i tak jest przerośnięty. Rozdawanie podręczników czy laptopów jest zbędnym podejmowaniem przez państwo dodatkowych obciążeń. Aby im sprostać potrzebne będzie nakładanie nowych – bezpośrednich czy pośrednich podatków, a one z kolei jak wiadomo ( szczególnie pośrednie) najbardziej obciążą najuboższych. Tak, że im te darmowe laptopy staną kością w gardle.
Za czasów PRL dotowane były na przykład obozy jeździeckie. Można było spędzić studenckie dwutygodniowe wczasy w siodle za sumę uzyskiwaną za dwie godziny korepetycji. Nie korzystałam z tego. Jeździłam na wyścigach za darmo, starając się to odpracować. Miałam świadomość, że na złą kondycję ekonomiczną kraju wpływa duża liczba takich bezsensownych zobowiązań. Moi znajomi alpiniści jeździli z jednej dotowanej przez państwo wyprawy na drugą. Reprezentowali przecież kraj, wręcz poświęcali się dla niego. W taki prosty sposób naród- jak wiadomo- spija koniak ustami swoich przedstawicieli. Wanda Rutkiewicz, która wprowadziła obyczaj szukania sobie sponsorów na wyprawy za granicą i to z powodzeniem realizowała, była za to mocno w środowisku alpinistycznym nielubiana. Uważano, ze demoralizuje władze. Bo finansowanie wypraw alpinistycznych należy się obywatelom PRL jak psu buda. Rzadko kto ośmielał się przypomnieć , że wspinaczka czy konna jazda nie jest sprawą życia i śmierci i naprawdę może być praktykowana na własny rachunek. Oczywiście miłośnicy darmowych wypraw alpinistycznych argumentowali, że bez tanich wczasów pracowniczych i kolonii wiele dzieci nigdy nie wyjechałoby na wakacje. Teoretycy i praktycy rozdawnictwa lubią zasłaniać się dziećmi. Tak więc jeden jechał na kolonie do Świdra, a inny w ramach tego samego systemu w Alpy. Ja tam nikomu nie zazdrościłam, bo faktycznie w Alpy i w Himalaje jeździli najlepsi. Alpinizm to rzadki przypadek gdy faktycznie działa selekcja naturalna. Z konną jazdą było już gorzej. Legia był to klub dla generalskich córeczek, choć przyjmował również czasem utalentowanych jeźdźców spoza establishmentu. Najbardziej demokratyczne były wyścigi. Każdego chętnie zapraszano, a i tak chętnych nie było zbyt wielu. Ciężka praca i trudne konie do jazdy to tłumaczyły.
Wyobraźmy sobie, że państwo funduje każdemu obywatelowi telewizor. Argumenty można zawsze znaleźć -starszych ludzi nie stać na zakup dobrego urządzenia nowej generacji, nie stać również na telewizor rodzin ubogich. Telewizja łączy ich ze światem, przeciwdziała wykluczeniu. ( Widzicie jak mi agitacja dobrze idzie) W skali państwa to ogromny wydatek i niepotrzebne powiększanie zakresu socjalu. Taka była kiedyś praktyka służb socjalnych w Niemczech . Mieszkająca w Dortmundzie stara ciotka dostała niespodziewanie w 85 roku najnowszy telewizor. Wcale go nie zamawiała – przyniosło go dwóch uprzejmych panów i kazało tylko pokwitować. Jednak Niemcy zrezygnowały podobno z nadmiernie rozbudowanego socjalu. Myślę, że obecnie nikt nie dowozi penerom do parku parówek i kakao jak to widziałam w Dortmundzie na własne oczy. Nasza opieka społeczna nie zrezygnowała jednak z podobnych akcji. Sąsiadka korzystająca z opieki społecznej dostała kuchenkę najnowszej generacji, której nie powstydziłby się Pascal Brodnicki w programie kulinarnym. Panowie wnieśli ją i tak długo marudzili aż zdecydowała się ją przyjąć. Przyznam, że trochę jej nie dowierzałam do czasu gdy dwóch panów przyniosło kuchenkę dla nie żyjącego od dwóch lat sąsiada emeryta. Namawiali mnie żebym wzięła ją dla siebie i pokwitowała w sąsiada imieniu. Ponieważ lekarz zakazał mi się denerwować, w takich sytuacjach używam bez zwlekania słów uważanych za publiczne, co przecina sprawę i oszczędza mi nerwów. Tak też i postąpiłam.
Za podobny jak rozdawanie kuchenek czy laptopów nonsens uważam becikowe. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może sumy becikowego traktować jako jakiegokolwiek ekwiwalentu za trudy wychowania dziecka. Becikowe , rozdawanie laptopów czy kuchenek trenuje społeczeństwo w postawach menelskich sprowadzających się do zasady- brać co dają i nie pytać kto za to zapłacił.

Wyborczym chwytem Tuska jest również akcja walki z pijanymi kierowcami za pomocą przepisów nakładających na kierowcę obowiązek wożenia w samochodzie alkomatu. Tusk jak pamiętamy proponował już kastrację pedofilów, walczył z dopalaczami i każda z tych akcji miała ten sam finał- kompletne fiasko. Sens posiadania w wyposażeniu samochodu alkomatu jest porównywalny z sensem posiadania małej gaśnicy samochodowej. Moja znajoma dziennikarka telewizyjna, zrobiła kiedyś piękny program, w którym strażacy mieli ugasić za pomocą gaśnic samochodowych stosik płonących deseczek wielkości pudełka do butów. Zużyto cztery gaśnice a stosik płonął nadal. „Po co zatem mam wozić w samochodzie gaśnicę i po co wprowadzono ten przepis?”- zapytała znajoma jakiegoś ważnego strażaka. „Przepis wprowadzono,żeby było za co brać mandaty, a pani wozi gaśnicę tylko po to żeby tych mandatów nie płacić. Z bezpieczeństwem nie ma to nic wspólnego”- odparł przytomnie strażak. To samo dotyczy alkomatów. Niewątpliwie sporo zarobi firma, która otrzyma zamówienie publiczne na alkomaty. Będzie też nowy pretekst do pobierania mandatów. Ludzie będą wozić alkomat, żeby uniknąć płacenia tych mandatów. Z bezpieczeństwem nie będzie to miało nic wspólnego.
Ciekawe jaka firma wygra przetarg na alkomaty. Pewnie ta, która zaproponuje najniższą cenę. Jeżeli jasne jest, że te alkomaty będą atrapą nie ma co martwić się o ich jakość.
Podobnie jak dla sądów i władz nieistotna jest jakość usług pocztowych świadczonych przez firmę, która jak wiemy zaoferowała najniższa cenę. To nie o to chodzi, że czujemy się urażeni odbierając przesyłkę z sądu w kiosku czy w sklepie rybnym. Chodzi o to, że jak wszyscy wiemy sprawy sądowe mają terminy prekluzyjne i zawite i nie dotrzymanie takiego terminu może mieć nieobliczalne skutki prawne i finansowe. Również nieobecność na rozprawie może się dla nas źle skończyć. Tymczasem sądy traktują jako prawidłowo doręczoną przesyłkę, w sprawie której zostawiono powiadomienie. Nikt nie interesuje się czy adresat miał szansę ją otrzymać. Zdarzało się, że powiadomienie przychodziło na nieaktualny adres. Nie zdarzyło się natomiast, żeby ktoś ponosił skutki nieprawidłowo doręczonej przesyłki. Naiwnością byłoby sądzić, że takie skutki gotowe jest ponosić konsorcjum , które wygrało przetarg. A może powinni dzielić odpowiedzialność z pracownikami punktów, w których nasze przesyłki będą na nas czekać – kiosków z gazetami, sklepów i pralni.?
Wydaje mi się, że taki sposób doręczania przesyłek sądowych ułatwi przestępstwa sądowe, których nie brakuje. Polegają one najczęściej na odbieraniu ludziom pod różnym pretekstem własności. Teraz będzie łatwiej manipulować zawiadomieniami o sprawie. Może to teorie spiskowe, ale bałagan w tej dziedzinie może być różnym grupom przestępczym wręcz na rękę.
Podsumowując- nie ekscytujmy się wyborczymi obiecankami, bo za każdy taki nieświeży pomysł będziemy musieli zapłacić.

autor: Iza

niedziela, 2 lutego 2014

Nowe posty w styczniu

Szanowni Czytelnicy! Miałam zawirowania, dlatego nie pojawiły się jeszcze wszystkie posty w styczniu, uzupełniam je. Zapraszam do czytania.

Góra Athos a gender – (wersja skrócona)


W ramach zagrażającej nam i niepotrzebnie zajmującej umysły ideologii gender, warto przypomnieć sobie taką ciekawostkę, jak najbardziej związaną z płcią, czyli po angielsku gender. Okazuje się, że już ponad 1300 lat temu mnisi wyczuli zagrożenie wojującego feminizmu i przewidzieli panią Środę i Szczukę
**********************
Republika Mnichów - XIII wieków bez jednej kobiety na tym terenie. Ciekawe dlaczego?

W miedzianym tygielku zagotowałem sobie słuszną porcję kawy po turecku. Gdybym to tutaj głośno oznajmił, to dostałbym od młodych w zęby. Byłem w Grecji i tak parzona kawa jest po grecku a nie po wrażym turecku. Napar dwa razy zabulgotał, zdjąłem z ognia dodałem cukru i, o zgrozo, mleka.
Rozsiadłem się na tarasie. Czułem, że to będzie dzisiaj, więc cierpliwie czekałem. Chwilę przed wschodem słońca było już dosyć jasno, przyjemnie chłodno, a morze spokojne, prawie jak tafla lodu, tylko od czasu do czasu było widać grzbiet pojedynczej fali. Cicho.
I oto nagle, spoza horyzontu, który był cudownie schowany za lekką mgłą, tak, że można się tylko było jego domyślać, zaczeły strzelać promienie słońca. Czerwony rąbek gwiazdy naszej w końcu precyzyjnie określił gdzie morze, a gdzie niebo. I wtedy oświetlił ją.

Po raz pierwszy z mgielnego niebytu wyłoniła się święta góra Athos. Jakby nagle tam przypłynęła. Mogłeś cały dzień wytężać oczy i nic nie zobaczyć. Ale są takie momenty, a to był właśnie taki jeden, że z odległości kilkudziesięciu kilometrów widać ten dwu kilometrowy szczyt; nieco wyższy niż Kasprowy Wierch, a o całe 500 merów nizszy niż Rysy. Jednak wrażenie jest ogromne, bo to samotny szczyt widoczny od zera, czyli od poziomu morza.
Znajdowałem się na Kassandrze, najbardziej zachodnim palcu trójpalczstego Półwyspu Chalcydyckiego, lub jak kto woli, Halkidiki. Tu przyjeżdża się po słońce, piaszczyste plaże i ciepłe morze. Ale ja przyjechałem specjalnie dla trzeciego, wschodniego palca półwyspu, który, od góry również przyjął nazwę Athos. Środkowy palec, Sithonia jest też piękny, zachęca do wędrówek, lecz cały jest skalisty. Dla porządku jeszcze dodam, że znajduję się w greckiej Macedonii, a duże miasto u nasady półwyspu to Saloniki.

W mitologii greckiej Athos to imię giganta. Gdy giganci podjęli wojnę z bogami Olimpu, słynną Gigantomachię, Athos starł się z Posejdonem i rzucił w niego kawałkiem skały. Tak właśnie powstała góra. Choć inni mówią, że było odwrotnie – to Posejdon przywalił skałą pokonanego giganta.

O górze Athos wspomniał Homer w „Iliadzie”. Pisał też o niej Herodot.
Nieco później, chrześcijańska opowieść związana z tą górą jest, kto wie czy nie piękniejsza.
Matka Boska płynęła w towarzystwie Jana Ewangelisty z Joppy na Cypr, odwiedzić Łazarza. Sztorm zepchnął ich z trasy, tak, że znaleźli się w pobliżu półwyspu Athos. Maria zeszła na ląd w miejscu, gdzie obecnie znajduje się klasztor Iviron. Zachwycona pięknem i dzikością góry pobłogosławiła to miejsce i poprosiła swojego Syna, aby uczynił tutaj jej ogrody. Wówczas odezwał się Głos, który rzekł: „Niech to miejsce stanie się Twoim dziedzictwem i Twoim ogrodem, rajem i niebem zbawienia, dla tych, którzy zbawiena poszukują”. Od tego momentu góra została konsekrowana jako ogród Matki Boskiej i żadna kobieta nie miała tutaj wstepu.

„Palec” Półwyspu Athos wystaje z Halkidiki na 50 kilometrów. Jego szerokość jest pomiędzy 7 a 15 kilometrów. Obszar to około 335 kilometrów kwadratowych. Wody wokół góry są zdradliwe.
Od ponad tysiąca lat Athos jest autonomiczny i zwany Republiką Mnichów. Na chwilę obecną to w ramach Grecji okręg autonomiczny, z pilnie strzeżoną granicą u nasady półwyspu. Dostać się na Athos można jedynie promem. Ruch jest ściśle kontrolowany przez służby.

Ja zapragnąłem odbyć pielgrzymke do tego miejsca. Nie będąc wyznawcą prawosławia, nie jest to takie łatwe. Władze autonomii zezwalają jedynie na pobyt na terytorium tylko 10 mężczyznom spoza prawosławia. I to po spełnieniu szeregu warunków i długotrwałym oczekiwaniu.
Czyli tak, mówiono mi, że dobrze mieć rekomendację od swojego proboszcza, z deklaracją, ze jestem wierzącym katolikiem. Uzyskałem takie pismo i przetłumaczyłem je. Potem się okazało, że nikt specjalnie sie tym nie interesował. Skontaktowałem sie ze specjalnym biurem w Salonikach, zgłosiłem aplikację, załączyłem potrzebne papiery i w końcu dostałem upragniony permit. Biuro przyznaje zgodę na wizytę dla 10 nie-prawosławnych dziennie, oraz 100 Greków i prawosławnych. Ta „wiza” ważna jest cztery dni. Więc przyjazd trzeba sobie odpowiednio dopasować.

Młodzieńcy poniżej 18 roku życia mogą wizytować tylko pod opieką ojca i jak już powiedziałem, kobiety kompletnie na Athos nie mają wstępu.
I tak juz jest od ponad tysiąca lat. Nawet hodowane tam zwierzęta, to same samce. Mnisi tamtejsi to bardzo mądrzy ludzie. Uznali już na początku, że czczą tylko jednę kobietę – Marię, Matkę Boską, a inne kobiety nie powinny przebywać w pobliżu (dokładnie ponad 500 metrów od półwyspu). I powiedzcie, czy nie mają racji? Gdy sprawy boskie, nie zawsze, ale często wpadną w kobiece ręce, to rozpoczyna się krwawa jatka. Znam takie, które tysiąc letnią Republikę Mnichów zniszczyłyby w jeden miesiąc, udawadniając im, jak głęboko się mylą. Toteż, są tam tylko sami mężczyźni bez wężowej natury niektórych pań.

Historia Republiki Mnichów, ta udokumentowana, zaczęła się jakieś 1300 lat temu pod koniec VIII wieku. Choć Według legendy twórcą pierwszego klasztoru na Athosie był Konstantyn Wielki, jednak nie istnieją żadne dokumenty, które potwierdzałyby ten fakt. Bardziej zorganizowana wspólnota monastyczna uformowała się na Athosie przed rokiem 843, w którym delegacja mnichów z Athos brała udział w uroczystości oficjalnego przywrócenia kultuikon wKonstantynopolu. Czterdzieści lat później mnisi zostali zwolnieni z podatków na mocy dekretu cesarza Bazylego I. Ten sam dokument nadawał im wyłączną własność ziemi na półwyspie. W tym samym okresie uformowała się wspólna administracja klasztorów Athosu – rada tworzona przez mnichów różnych, żyjących niezależnie od siebie wspólnot.
Za początek zorganizowanego na większą skalę życia monastycznego na Athos uważa się powstanie w 963 Wielkiej Ławry (oryg. gr.Meghisti - największa).
Zmieniały sie panowania i królestwa na tym terenie, a klasztory, raczej bez wiekszych kłopotów trwały i utrzymywały swoją niezależność. Główną konstytucja atosu był typikon, a rządziła Święta Wspólnota (Święte Zgromadzenie gr.Iera Koinotis). W okresie największego rozkwitu na Athos mieszkało nawet 10 tysiecy mnichów. Obecnie zamieszkuje tam około 2 tysiecy. Tradycyjnie mnisi naplywają od stuleci z Grecji, Serbii, Bułgarii, Rosji. Prawie ¼ posiada wyższe wykształcenie.
Ostatnia wersja konstytucji greckiej z 1975 w wyczerpujący sposób reguluje status Athosu jako obszaru autonomicznego pod władzą rządu Grecji i religijną jurysdykcją patriarchy Konstantynopola (nie zaś autokefalicznego Greckiego Kościoła Prawosławnego). Półwyspem zarządzają organy powoływane przez 20 autonomicznych klasztorów; zabroniona jest wszelka modyfikacja ich liczby oraz relacji między nimi (hierarchiczna kolejność monasterów). Wszyscy mnisi podejmujący życie na Athosie są automatycznie uznawani za osoby narodowości greckiej. Nie ma natomiast możliwości zamieszkania na półwyspie dla osób niebędących wyznawcami prawosławia. Szczególny status Athosu reguluje artykuł 105 konstytucji Grecji.
Athos nie jest podłączony do krajowej sieci energetycznej, jednak w monasterach są wykorzystywane urządzenia elektryczne, na ograniczoną skalę również samochody, łodzie motorowe oraz komputery. Od1997 na terenie półwyspu znajduje się antena telefonii komórkowej. Stopień wprowadzania na Athos nowych urządzeń technicznych pozostaje jednak przedmiotem dyskusji we wspólnocie.
Ze względu na wielką wartość historyczną i kulturalną Athos został wpisany nalistę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO.

Każdy z monasterów jest kierowany przez przełożonego, którego w tajnym głosowaniu wybiera cała wspólnota mnichów. Urząd ten zwyczajowo pełniony jest dożywotnio. W zarządzaniu klasztorem przełożonemu pomaga rada starców (gr. gerontia).

Oprócz 20 monasterów, na Athosie działają mniejsze wspólnoty mnichów lub też miejsca, w których mogą żyć zakonnicy-pustelnicy. Ilość wspólnot nieposiadających statusu monasterów nie jest ograniczona i ulega stałej zmianie. Zależnie od ilości zamieszkujących je mnichów posiadają one status:
  1. skitów ( klasztory, mniejsze, nie bedące monastyrami)
  2. kaliwii (z gr. chaty),
  3. kelii (z gr. cele),
  4. katism (z gr. chaty),
  5. hezychasterii (pustelni)
Podstawą reguły obowiązującej na Athos pozostają wytyczne założycieli klasztorów z X wieku. Podobnie jak w wypadku innych chrześcijańskich wspólnot monastycznych, za filary życia zakonnika uważa się czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.
Warunkiem przyjęcia do jednego z klasztorów Athos jest ukończenie 18 lat, uregulowanie kwestii stanu cywilnego oraz kwestii spadkowych oraz wyrażenie nieprzymuszonej woli dołączenia do wspólnoty monastycznej. Nowicjusze są zobowiązani do zerwania wszystkich związków ze światem świeckim. Zwyczajowy okres próby, poprzedzający złożenie ślubów wieczystych, trwa dwa lata.

Wszystkie monastery Athos posiadają identyczny, ściśle uregulowany rozkład dnia:
  1. 4.00 – modlitwy poranne oraz nabożeństwo jutrzni,
  2. ok. 7.00 – posiłek,
  3. do godz. 12.00 – praca na rzecz monasteru,
  4. 12.00–15.00 - odpoczynek,
  5. ok. 15.00 – praca na rzecz monasteru,
  6. ok. 17 – nieszpory, bezpośrednio po nabożeństwie - posiłek, następniekompleta i czas na samodzielne modlitwy w celach.
 ***********************************
Wstałem rano, wziąłem przygotowany, tak jak zalecają plecak, ubrałem wygodne buty i wyjechałem do Ouranoupolis, gdzie o 6:30 odpływał prom na Mount Athos. Oczywiście długie spodnie obowiazkowo, a kamery, pod groźbą konfiskaty zabronione.

Dwugodzinny rejs i jesteśmy w porcie Dafni w Świętej Górze Athos – Republice Mnichów od 13 stuleci. Odczucia tylko porównywalne z tymi z Watykanu, czy np. Mediolańskiego Duomo. (W Ziemi Świętej, niestey nie byłem). Zwiedzałem wszystko na piechotę. Wrażenia są monumentalne. Przepych monastyrów jest na prawdę bizantyjski. Na co się spojrzy jest bezcennym skarbem. I mnisi – cisi, lecz dostojni. Człowiek wpada w coś w rodzaju ekstazy i nawet chwilami żałuje, że nie jest wyznawcą prawosławia. Tak to silnie działa.

Czasami dobrze jest odetchnąć od kobiet, na ziemi, gdzie przez tysiąclecie nie postawiły one swojej nogi.


http://www.mountathosinfos.gr/pages/agionoros/pilgrims_info.en.html
http://pl.wikipedia.org/wiki/Athos
http://en.wikipedia.org/wiki/Mount_Athos
http://athens.usembassy.gov/mount_athos.html
http://www.inathos.gr/

autor: jazgdyni

Automatyzacja vs indywidualizacja


Czy aby przypadkiem oczekiwanie iż społeczeństwo wzbogacone w ten sposób odwróci się kiedyś od Mamony i Tandety i zacznie poszukiwać innego boga - nie jest aby nadzieją na wyrost..?
Z powodzeniem, a nawet z niejaką łatwością rozprawiwszy się rano z problemem dostawy siana (jak to jednak solidny ciągnik zmienia życie na wsi...), tudzież solidnie posprzątawszy Padok Zimowy (bo wyszło słoneczko na chwilę i wydawało się, że jest cieplej...), uniesiony falą entuzjazmu, zadzwoniłem do Radka, druha mego serdecznego z pytaniem, czy aby nie wybiera się do cywilizacji..? 
Wendi będzie do odbioru najwcześniej w poniedziałek - a tu trzeba do tego czasu przeżyć, a także wykarmić osobniki czterołape, którym już tylko jedna pusiunia karmy została. Więc - albo uda się z kimś zabrać do ośrodka kultowego poświęconego bliźniaczym bóstwom Mamony i Tandety, znanego powszechnie pod nazwą "Pierdonki" - albo trzeba będzie się kopnąć piechty (jak to się mawia na Kociewiu...) do Strzyżyny i tamże polować na pociąg. A pociągi jeżdżą u nas w tej chwili całkowicie nieprzewidywalnie. Wiem, bo już dwa razy przez ostatnie kilka dni się nimi przewiozłem. Rozkład jazdy sobie - pociągi sobie. Pal licho ten dwukilometrowy marsz - ale już czekanie nie wiadomo jak długo w nieogrzewanej poczekalni... 
Zadzwoniłem - umówiłem się - i... prawie umarłem. Kilkugodzinna wyprawa po prostu była ponad moje siły. Dobrze, że nie wpadłem na pomysł jechać pociągiem do Warszawy (a teoretycznie powinienem - właśnie skończyła się ważność mojego dowodu osobistego na ten przykład i powinienem go chyba odnowić w miejscu zameldowania, nieprawdaż..?). Pod koniec dostałem normalnej, regularnej trzęsiawki - i Lepszej Połowie już się nie udało doprowadzić mnie do porządku, póki nie ległem w wyrku. Za co oberwało mi się po głowie (ale było mi w dużym stopniu wszystko jedno - siedziałem przy kozie w swetrze i trząsłem się, moje grzeszno cielsko utraciło na pewien czas zdolność do termoregulacji...), a teraz obrywa mi się po plecach, bo Hercules zdążył ostygnąć przez noc, zbyt krótko drewnem karmiony i powoli dopiero się rozpala. 
No ale co zrobić, co zrobić..? 
Za to była wyprawa z Radkiem, druhem moim serdecznym, jak zwykle - pouczająca. Doszło podczas niej do zabawnej i instruktywnej konfrontacji, o której pragnę zdać Państwu relację. 
Otóż - pośród wielu innych punktów programu tej wycieczki, odwiedziliśmy też gospodarstwo pewnych starszych państwa (pan ma ponad siedemdziesiąt lat, pani jest niewiele młodsza - ale postawna, energiczna i widać, że krzepę w łapie ma - a i kurwami rzuca jak na prawdziwego chłopa z jajami przystało...). Którzy mieli mieć krowę na sprzedaż. Krowa się wycieliła, urodziła podobno przepiękną jałóweczkę i daje mnóstwo mleka - i już nie jest na sprzedaż. 
Za to, być może państwo będą mieli na sprzedaż kwotę mleczną (o kwotach mlecznych opowiadałem jakiś czas temu) - bo jej nie wykorzystują. Ilościowo. Bo jak chodzi o jakość mleka, to nawet Radek był pod wrażeniem, gdy pani pokazała ostatnie tzw. "paski" (w rzeczy samej, są to wąskie paskie papieru) z wynikami badań odstawianego do mleczarni mleka. 
Teraz - na czym polega interesujący aspekt tego spotkania..? Otóż - przez całą drogę Radek, druh mój serdeczny, któremu dzięki zwyżce cen mleka udało się wreszcie wyjść na prostą, opowiadał mi o kolejnych ulepszeniach i inwestycjach, których planuje u siebie dokonać, żeby zwiększyć skalę produkcji, uczynić ją bardziej zautomatyzowaną i tańszą. Tymczasem państwo doją swoje krowy... ręcznie!
Pani opowiadała, że nawet mają dojarkę elektryczną, ale od nowości nigdy z niej nie skorzystali - stoi sobie i myszy by się w niej zalęgły, gdyby nie piętnaście kotów w gospodarstwie (a koty faktycznie ma dorodne - zwłaszcza wielkiego, czarno - białego kocura...). 
Ci państwo są oczywiście skazani na ekonomiczną zagładę - o tyle ich to już powoli przestaje obchodzić, że wiek emerytalny mają, planują w ciągu roku sprzedać swoje gospodarstwo (ale to sadownicza okolica, ceny ziemi są tam zupełnie inne niż u nas - trudno zatem byłoby tę ofertę uznać za "okazję" - tak tylko wyjaśniam...) i przeprowadzić się gdzieś, gdzie będą mieli święty spokój. 
Skazani są na ekonomiczną zagładę o tyle, że ich sposób produkcji, dający w rzeczy samej produkt wysokiej jakości, jest po prostu dużo gorzej skalowalny od działań Radka: gdyby chcieli zwiększać produkcję zamiast ją zmniejszać, musieliby zatrudniać ludzi - a praca ludzi kosztuje więcej niż praca maszyn (lubo pani opowiadała, że w czasach świetności doili we dwoje TRZY razy dziennie 22 krowy - ręcznie!). Ma to sens, dopóki pracuje się samemu - przesadnie swojej pracy nie ceniąc. 
Oczywiście, jako niepoprawny "prepers" mogę zadać pytanie, czy ta kalkulacja utrzyma się, jeśli cena energii napędzającej maszyny i potrzebnej do tego, aby te maszyny wyprodukować - jeszcze wzrośnie..? To jest jednak perspektywa, którą (wciąż!) liczyć należy na dziesięciolecia - więc naszych sympatycznych gospodarzy, jako żywo, z czysto biologicznych powodów, obchodzić już nie może... 
Obchodzić za to powinna i to nader żywo - Państwa, moich Wiernych Czytelników. Niejeden z Państwa bowiem robi to mniej - więcej, co owi gospodarze: usiłuje wytworzyć produkt indywidualny, rzemieślniczy, nie do kupienia w ośrodku kultowym bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety, zwanym popularnie "Pierdonką". 
Państwo macie nad nimi tę przewagę, że przynajmniej próbujecie marketingować i sprzedawać swoje indywidualne, rzemieślnicze produkty po cenach, na które niewątpliwie zasługują - ale które to ceny są nieosiągalne w ośrodku kultowym bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety, popularnie zwanym "Pierdonką". Nasi gospodarze odstawiają swoje rzemieślnicze, indywidualnie wyprodukowane, od wypieszczonych krów pochodzące mleko po prostu - do mleczarni. Gdzie miesza się je z gorszymi jakościowo produktami zautomatyzowanych farm. Zamiast na miejscu przerobić na masło, sery, śmietanę, itd. (co, nota bene, JESZCZE zwiększyłoby konieczny nakład ręcznej pracy...). 
Popularne wyjaśnienie powodu, dla którego tak trudno jest sprzedać indywidualnie, ręcznie udojone mleko od szczęśliwej krowy po cenie, na którą zasługuje, to "ubóstwo" społeczeństwa. Zauważcie jednak, że to wytłumaczenie nijak się ma do historycznych faktów. W czasach, gdy nasi gospodarze doili ręcznie trzy razy dziennie 22 krowy (produkując ZNACZNIE więcej mleka niż obecnie, gdy krów zostało im trzy...) - realna cena, jaką uzyskiwali za swój produkt była JESZCZE NIŻSZA niż obecnie. Bo generalnie wszyscy wówczas byliśmy biedni (nie licząc tych z Państwa, których nie było jeszcze na świecie, ma się rozumieć...). 
Tak więc historyczne fakty są takie, że społeczeństwo nasze w ciągu ostatnich 25 lat znacząco się wzbogaciło - a mimo to, popyt na indywidualnie wyprodukowane, "rzemieślnicze" produkty - spada. Jako niepoprawny "prepers" mogę się z tym nie zgadzać. Ale byłbym zwykłym idiotą, a nie "prepersem" (nawet niepoprawnym!), gdybym widząc taką kolejność zdarzeń - nie miał wątpliwości i nie zadawał pytań. 
Czy aby przypadkiem nie jest tak, że nasze społeczeństwo w ciągu ostatnich 25 lat wzbogaciło się tak znacząco - DZIĘKI temu, że ma teraz do dyspozycji ośrodki kultowe bliźniaczych bóstw Mamony i Tandety (nie tylko spod znaku "Pierdonki"...), pozwalające mu zaspokoić podstawowe potrzeby bytowe za ułamek tej pracy, którą trzeba było w tym samym celu wydatkować jeszcze ćwierć wieku temu..? 
Czy aby przypadkiem oczekiwanie iż społeczeństwo wzbogacone w ten sposób odwróci się kiedyś od Mamony i Tandety i zacznie poszukiwać innego boga - nie jest aby nadzieją na wyrost..? 
I czy wreszcie przypadkiem nie mają racji JEDNAK entuzjaści i zwolennicy postępu..? Ostatecznie, taka technologia jak domowe drukarki 3D, wykorzystujące sztucznie wyhodowane komórki, może w przyszłości pogodzić automatyzację z indywidualizmem. Grzebiąc już nie tylko nas, usiłujących funkcjonować w tak archaiczny, wsteczny sposób, ale i zautomatyzowane farmy oraz "Pierdonkę" - a to dlatego, że włożywszy w taką drukarkę odpowiedni "toner" każda gospodyni domowa będzie mogła dowolnie modyfikować program, wedle którego urządzenie wyprodukuje jej takie gotowe danie, na jakie tylko fantazji jej wystarczy..? 
Ba! Nic mi nie wiadomo, aby jakieś prawo natury miało zakazywać tworzenia - taką metodą lub inną - także indywidualnie zaprojektowanych organizmów żywych. Gatunków już istniejących (przez co praca jakiegokolwiek hodowcy straci sens - skoro będzie można sobie zaprojektować czempiona..?) - ale też całkiem nowych, wyłącznie z fantazji twórcy zrodzonych..?  
Oczywiście, jeśli nawet doczekam tych czasów, to będzie mnie to akurat tyle obchodziło, co wczoraj spotkanych, sympatycznych gospodarzy Radkowe plany inwestycyjne - bo będę już tak stary, że i tak ani na tym nie stracę, ani nie zyskam...

autor: Boska Wola

Odgiąć i przegiąć


Wniosek nasuwa się sam. Żeby "odgiąć" nie wolno w żadnej sprawie „przeginać”. Inaczej nikt już nie zechce „odginać” i nawet najsłuszniejsza idea zostanie w ten sposób zaprzepaszczona.

„Żeby odgiąć trzeba przegiąć”- to podobno sentencja Mao Zedonga zwanego Mao Tse-tungiem. Tak przynajmniej twierdził profesor Amsterdamski, ale być może swoim perfidnym zwyczajem wpuszczał mnie – ciemną babę – w maliny. Nie znalazłam tej sentencji w necie. Znalazłam za to inną -nieco podobną w intelektualnym klimacie, charakterystycznym dla tego chińskiego myśliciela : „ nie ma budowania bez burzenia”. Próbowałam również odnaleźć tytułową sentencję w słynnej czerwonej książeczce, którą wraz z innymi książkami w języku francuskim odziedziczyłam po pewnym zmarłym filozofie z pokolenia pryszczatych. Odkurzam je co pół roku na półce. Może kiedyś je przeczytam. Ale to całkiem inna historia.

Państwo pewnie tego nie pamiętacie, ale był czas gdy czerwona książeczka Mao była częścią paryskiego kodu kulturowego i pojawianie się z nią w ręku w ulicznej knajpce w dzielnicy Saint – Germain, gdzie za 20- 25 franków można było zjeść na papierowym obrusie obiad z winem y compris, gwarantowało przyjazne spojrzenie kelnera, a nawet (być może) mniej kwaśne wino do obiadu. Pozostaje zagadką dlaczego młodzi Francuzi tak bardzo cenili Mao? My Polacy traktowaliśmy to jako zboczenie intelektualne, jako aberrację ludzi, którzy nigdy na własnej skórze nie doświadczyli rozkoszy budowania najlepszego ustroju.
Rewolucja francuska była zbyt dawno, żeby Francuzi pamiętali o jej realiach, o tym że alternatywa : „ Liberté, Égalité, Fraternité, ou la Mort”była praktycznie realizowana tylko przez jej drugi człon - la Mort
Zgodnie z koncepcją Mao – rewolucja francuska miała szczytne cele ale nastąpiło „ przegięcie”.Podobnie rewolucja sowiecka-zamiast powszechnej szczęśliwości przyniosła ludziom łagry , tortury i śmierć głodową.Dobre intencje często mijają się z ich realizacją.( „Dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane”)To zjawisko powszechne.Tak zwani ideowi komuniści,broniąc nieludzkich praktyk swej ideologii,zawsze mówią o dobrych intencjach.
Piszę o tym bo kilka razy zostałam niemile zaskoczona przez komentarze czytelników, których nie mogę inaczej nazwać niż „ wdowy po PRL”. Rozumiem, że za PRL niektórym powodziło się lepiejniż teraz,że za Gierka w sklepach bywały nawet cytrusy, można było podobno dostać talon na malucha , a po 25 latach „ dostawało się” mieszkanie, ale żeby tak jak jeden zkomentatorów nazwaćArmię  Czerwoną-tę zbieraninę gwałcicieli, złodziei i pijaków-„ matką naszą” to już chyba przesada.
Czy można żałować młodych chłopakówczerwonej armii, którzy polegli na niegościnnej polskiej ziemi? Oczywiście, że można,a nawet trzeba.Podobnie można żałować młodych żołnierzy Wermachtu. Zarówno jedni jak i drudzy byli najczęściej tylko ślepym mieczem, który został ukarany śmiercią. Nie znaczy jednak, że należy ich gloryfikować i stawiać im pomniki.
Natomiast co do dobrych intencji komunistów miałabym wątpliwości. Jeżeli wsłuchać się dokładnie w Międzynarodówkę padają tam znamienne słowa: „ panami wówczas będziem my”. Międzynarodówka nie postuluje bynajmniej społeczeństwa, w którym nie ma panów i niewolników. Międzynarodówka postuluje zamianę ról. Dlatego określenie „ kawiorowa lewica” jest moim zdaniem bardzo trafne. Przez kilkadziesiąt lat byliśmy we władzy takiej kawiorowej lewicy, która kosztem wyniszczenia dawnych elit i kosztem obrabowywanego społeczeństwa leczyła swoje kompleksy i realizowała marzenia o swojejwysokiej pozycji społecznej. Dużej naiwności trzeba, żeby twierdzić, że którykolwiek z władców Polski Ludowej troszczył się o sztandarowy lud pracujący miast i wsi.
Czy to znaczy, że w społeczeństwie polskim nie było problemu nierówności społecznej? Oczywiście, że był. Tyle że przeginanie nie doprowadziło- jak twierdził Mao- do odgięcia.Przeginanie prowadzi do destrukcji.
Podobnie w tradycyjnym społeczeństwie niewątpliwie istniał problem homoseksualistów, którzy- nawet jeżeli nie byli karani przez prawo-  czuli się dyskryminowani. Lekarstwo okazało się jednak gorsze od choroby. Aby „ odgiąć” doprowadzono do tego, że lobby gejowskie wciska się ze swą propagandą do szkół, że dyktuje społeczeństwu standardy, że krytyka zachowań homoseksualnych podlega karze jako mowa nienawiści.Karanie i dyskryminowanie homoseksualistów zostało zastąpione przez karanie heteroseksualistów.Zgodnie z zasadą że „panami wówczas będziem my”.
Można podać wiele innych przykładówkiedy „ przeginanie” w walce mniejszości o jej prawa okazuje się niekorzystne dla społeczeństwa ,a nawet dla tej mniejszości
Walka o prawa kobiet realizowana przez ideologię gender doprowadza do skrajności, z którymi nie identyfikują się same kobiety.Na „przegięciu” jakim jest ideologia gender stracą kobiety i idea ich równouprawnienia.
Walka o ochronę środowiska doprowadziła do powstania wpływowych grup nacisku żyjących z dyktowania innym swoich standardów torpedujących inwestycje. Ewidentnym „przegięciem” w słusznej sprawie troski o środowisko naturalne jest psychoza nie istniejącego globalnego ocieplenia i związany z tym biznes handlowania pozwoleniami na zanieczyszczanie.Spowodowało to odwrócenie się większości ludzi od tej słusznej idei.
Czy nigdy nie było na świecie antysemityzmu? Oczywiście, że był.Zauważmy jednak, że tragedia Żydów w czasie hitlerowskiej okupacji i słuszna walka z dyskryminowaniem jakichkolwiek nacji zaowocowała antysemityzmem traktowanym jako narzędzie politycznej walki oraz holokaust biznesem, czyli powstaniem grup usiłujących czerpać zyski z męczeństwa rodaków, najczęściej ze szkodą dla tych naprawdę poszkodowanych. „Przegięcie” w tej dziedzinie powoduje niechęć i działa na niekorzyść samych Żydów.
Wniosek nasuwa się sam. Żeby odgiąć nie wolnow żadnej sprawie przeginać. Inaczej nikt już nie zechce odginać i nawet najsłuszniejsza idea zostanie w ten sposób zaprzepaszczona.

autor: Iza

Instancja


Pisałem parokrotnie, że jestem miłośnikiem dobrych kryminałów. Pewien jestem, że wielu z was jest również. Nie tak dawno, skończyłem „Kancelarię” Johna Grishama i zacząłem się zastanawiać nad wielką popularnością, bądź co bądź, dosyć schematycznej prozy tego autora. Grisham pokazuje nam amerykański świat prawniczy – sądy, adwokatów i nieprawdopodobne pozwy sądowe. Więc nie są to kryminały policyjne, ale właśnie sądowe i ostateczna rozprawa jest zwieńczeniem każdej opowieści. I to cieszy się tak wielką popularnością na całym świecie.
Bo sprawiedliwość, dzięki mądremu prawu i niezłomnym sędziom zawsze triumfuje.
U nas, w kraju, często spotykamy się, jakby z odwrotną stronę medalu. Prości ludzie i nie tylko, właściciele domów, działek, czy tylko straganu, w imieniu prawa są krzywdzeni, okradani i niszczeni. To Grisham a rebours. Prawo i sędziowie nie gwarantują sprawiedliwości. Wprost przeciwnie – mogą człowieka zniszczyć.
Jednym z zasadniczych aspektów zdrowia psychicznego człowieka jest poczucie bezpieczeństwa. Dobrze jest wiedzieć, że gdzieś jest jakaś tytułowa instancja, która, gdy dzieje się nam krzywda, na pewno nam pomoże. Jak w dzieciństwie, gdy chuligan z sąsiedniej ulicy chciał nam złoić skórę, to biegliśmy po tatusia lub starszego brata. Dorośliśmy i takiego wsparcia nam zabrakło. Nie mamy na co liczyć. Kompletnie.
Jak się dowiedziałem od Grishama, w samym Chicago jest 40 tysięcy prawników. Mam nadzieję, a właściwie przekonanie, że wszyscy intensywnie pracują i mają dobre zarobki. Stąd wniosek, że mają klientów i ludzie ich potrzebują. Szukanie porady prawnej i pomocy prawnej w Polsce jest koszmarem.
Kim są polscy sędziowie, prokuratorzy, adwokaci? Czym jest polskie sądownictwo i wymiar sprawiedliwości? Czy jest to instancja, na której może się wesprzeć skrzywdzony Polak? W żadnym wypadku. To moloch zainteresowany tylko samym sobą. Dzięki wypracowanemu przez lata systemowi korporacyjnemu i procedurach, które w żadnym wypadku nie mają prowadzić do szybkiego osiągnięcia sprawiedliwości, system prawny w Polsce, to bardzo podejrzana instytucja, raczej nie specjalnie godna zaufania przez Polaków. Kto tylko może, stara się ją omijać z daleka. Zupełnie odwrotnie niż u amerykańskiego autora bestsellerów, gdzie obywatel praktycznie z byle drobiazgiem zwraca się do adwokata. Dlaczego? Bo ma przekonanie, graniczące z pewnością, że znajdzie tam potrzebną pomoc. I 40 tysięcy prawników w Chicago ma pełne ręce roboty.
Ilu jest prawników w Polsce? Kim są sędziowie i adwokaci? To na nich właśnie liczymy, gdy dzieje się krzywda. Nie wiemy, nie znamy tego hermetycznego środowiska. Wydzwaniamy po znajomych, by dowiedzieć się czy znają dobrego adwokata od rozwodów. Czy dana kancelaria jest dobra. Czy można liczyć na sprawiedliwość u tego właśnie sędziego. Normalny obywatel nie ma o tym bladego pojęcia. Więcej, on temu systemowi nie ufa i się go boi. Często niestety bardzo słusznie.
System prawny, przez cały okres komunizmu, będąc elitarną korporacją na usługach władzy, taką pozostał do dzisiaj. Nie potrafił się przekształcić. Ba, on tego nie chce. Wszelkie próby reformatorów spełzły na niczym. Hermetyczna korporacja na usługach władzy wydaje się dla nich najlepszą przystanią życiową. Po co więc iść na niepewny chleb, zabiegać o klienta, negocjować honorarium w zależności od sukcesu w sądzie itd. To zbyt ryzykowne. I niesie za sobą tak znienawidzoną konkurencję.
Poza systemem sądowniczym powinno istnieć dodatkowo sporo pomocniczych instancji odwoławczych. Może ktoś jest w stanie podać mi choć jedną taką instytucję, gdzie spokojnie możemy się odwołać, gdy sprawiedliwość jest łamana, lub choćby zagrożona. Jakaś odwoławcza izba skarbowa, jakieś władne stowarzyszenie konsumentów, czy cokolwiek.
Jak powyżej napisałem, dla zdrowia psychicznego poczucie bezpieczeństwa jest obowiązkowe. Czy możemy przydzwonić włamywacza patelnią w głowę, bo chcemy być bezpieczni we własnym domu? Nie, ręka nam zadrży, bo sąd może nas za to ukarać. Więc nawet we własnym domu nie możemy czuć się bezpieczni.
Grono przyjaciół lansuje szwajcarski ideał posiadania broni przez każdą rodzinę. Ja jestem sceptyczny właśnie z powodu obecnego systemu prawnego. Cóż z tego, że mam broń, jeżeli za jej sprawiedliwe użycie mogę pójść do więzienia. Parę lat temu pani, która na własnej posesji postrzeliła legalną bronią włamywacza miała grube nieprzyjemności.
Więc, gdy całe to gangsterstwo, ta polityczna mafia w końcu padnie, bo padnie, bo musi upaść, to pierwszym zadaniem będzie uczynienie, by powstała Instancja – system sądowniczo – prawny na usługach zwykłych ludzi, przeciwko władzy, przeciwko korupcji, urzędnikom i aparatowi.
To ma być, jak w dzieciństwie: ojciec, albo starszy brat.

autor: jazgdyni

sobota, 1 lutego 2014

Siłą odpowiedzieć na siłę - przypomnienie

Wobec obecnej sytuacji na Ukrainie i rozwijającej się niebezpiecznie dyskusji o umiarze
i rozsądku w swoim działaniu, co jest zakamuflowaną demonstracją swojego, bądź wrodzonego, bądź wykształconego wysiłkiem "pedagogów"
strachu
zdecydowałem na tych łamach przypomnieć i przybliżyć mój tekst, który opublikowałem na łamach dosyć niszowych portali.
Ludzie już się tacy porobili wielopiętrowi, że nawet boją się bać.
Robić należy wszystko, by poczucie bezpieczeństwa nie było zagrożone.
To filozofia życia niewolnika - z ugiętym karkiem i na kolanach jedyne słowa, które dają się wypowiedzieć: - tak panie.



W lipcu 1532 Francesco Pizarro, nieślubne dziecko wieśniaczki i kapitana hiszpańskiej armii wylądował w dzisiejszej Wenezueli. Miał wszystkiego 180 żołnierzy oraz 37 koni.
Już parę miesięcy później, ta marna garstka podbiła całe królestwo Inków na terytorium dzisiejszego Peru.
Jak to możliwe? Co takiego się stało, że wielowiekowy, dumny naród, ze swoim królem Atahualpą, pozwolił się rozbić i opanować garstce hiszpańskich żołdaków?
Ten historyczny fakt, z prawie sześciuset lat temu, powinniśmy mieć stale w pamięci.

Tak dzieje się zawsze, gdy się na siłę nie odpowie siłą. Dumny naród, pełen swojej wielowiekowej tradycji, zginął z rąk garstki oprawców. W Cajamarce, w jednej rzezi, Hiszpanie zabili 5 tysięcy Inków, a króla Atahualpę uwięzili. Hiszpanie zapanowali nad Peru. Świat Inków się skończył.
I wszystko to się stało z żądzy złota i bogactwa. Zawsze tak jest.

A przecież mogło być inaczej. Gdyby Inkowie zdecydowali się walczyć, to w jednym momencie zasypali by strzałami nędzny oddziałek.
Lecz oni jeszcze nie pojmowali, że zawsze na siłę należy odpowiedzieć siłą.

W Rosji po tak zwanej rewolucji październikowej komunizm, a w rzeczywistości też garstka oprawców, wymordował 10 milionów własnego narodu. Bezwolni i ogarnięci strachem ludzie szli na rzeź jak stado zwierząt hodowlanych. Nikt, dosłownie nikt nie odważył się na siłę odpowiedzieć siłą.

Cóż takiego jest w ludziach, że wobec siły spuszczają głowy i dają się prowadzić na rozwałkę? Dlaczego siedemset młodych ludzi zgromadzonych na norweskiej wyspie Utoya, uciekało lub chowało głowę pod poduszkę, wobec jednego, JEDNEGO! oprawcy, schizofrenicznego mordercy? Przecież w kilku mogliby go powalić i unieszkodliwić. Ba, zabić właśnie jego, zanim on zastrzeliłby prawie setkę z nich.

Czy tak zawsze musi być? Czy na siłę odpowiedzią zawsze będzie bierność i uległość i oczekiwanie na strzał w potylicę? Kiedy wreszcie ludzie to sobie zakodują, wypalą w mózgach dymiącymi zgłoskami, że na siłę zawsze należy odpowiedzieć siłą.

Napastnik właśnie na to liczy. Że będziemy bierni, że będziemy uciekać i się chować. Ma cały arsenał środków by nas do tego zmusić, by nas zastraszyć. Skrywa twarz oprawców za czarnymi maskami, a ich ciała za wielkimi tarczami. Potężne głośniki mają nas przerazić swoim rykiem. Dymy i gazy zasnuć nasze oczy. Mamy być przerażeni, zanim jeszcze dojdzie do walki. Bo tak na prawdę, oni tej walki się boją. Oni chcą byśmy uciekli bez walki. To nie są jacyś super ludzie, ci oprawcy. To jeszcze bardziej wystraszeni od nas osobnicy skryci za swoimi pancerzami.
Nasz solidny opór, choćby przez chwilę i pójdą w rozsypkę. Oni nie zniosą sytuacji, gdy ktoś na siłę odpowie siłą.

W Polsce, konkretnie w Gdańsku i Gdyni, w 1970 roku widziałem na własne oczy( sam zresztą w tym uczestniczyłem), jak tłum osiągnął taki poziom desperacji, że wspólnie przystępował do ataku; wtedy uzbrojeni oprawcy ZOMO uciekali i szli w rozsypkę. Chowali się za czołgami. Głupieli doszczętnie. Oszalały oprawca gołą ręką chciał odciągnąć zerwany przewód energetyczny, zanim padł porażony prądem. Wtedy widziałem, że wobec oporu, wobec siły na siłę, oni stają się jeszcze bardziej przerażeni, niż kobiety i małe dzieci.

Wszystko co robi przeciwnik, to jest niedopuszczenie do tego, by zaistniał opór. Wobec siły wróg się cofa. Oni chcą wygrać bez walki.
Tak jak Francesco Pizzaro wobec potężnego państwa Inków.

----------------------------------------------------------------------------

Ps. Istnieje wiele powszechnych opinii, ze to nie Hiszpanie, a ospa, którą przywlekli zabiła Inków. To nieprawda.
Pizarro wykonał 4 wyprawy do Peru - pierwszą w 1528 roku:
c. 1528 – The Inca emperor Huayna Capac dies from European introduced smallpox. Death sets off a civil war between his sons: Atahualpa and Huáscar
1528–1529 – Pizarro returns to Spain where he is granted by the Queen of Spain the license to conquer Peru
1531–1532 – Pizarro's third voyage to Peru, Atahualpa captured by Spaniards
1533 – Atahualpa is executed; Almagro arrives; Pizarro captures Cuzco and installs seventeen year old Manco Inca as new Inca emperor.

http://en.wikipedia.org/wiki/Spanish_conquest_of_the_Inca_Empire ]

W pewnym sensie, ci co twierdzą, że to ospa zniszczyła Inków, mają taką rację, że zabiła ówczesnego króla Huyana Capaca i spowodowała wojnę domową.
Jednakże faktycznego podboju dokonał Pizarro cztery lata później z garstką swoich żołnierzy.
 
autor: jazgdyni