środa, 29 stycznia 2014

Mityczny rynek


Co to zresztą za rynek, w którym nie działają prawa popytu i podaży? Pracodawcy nie chcą poprawić oferowanych warunków, poszukujący pracy nie obniżają wymagań.

Wysłuchałam ostatnio kilku programów publicystycznych na temat rynku pracy. Banalnym jest stwierdzenie, że zdania w tej kwestii są jak zwykle ( zależnie od punktu siedzenia ) podzielone. Z jednej strony niepokojący jest wysoki poziom bezrobocia i liczba osób korzystających z opieki społecznej. Z drugiej - ogromne kłopoty pracodawców ze znalezieniem odpowiedniego pracownika.

Jestem osobą zdecydowanie starszą z wszelkimi uprawnieniami emeryta. Pomo wieku, którego nie ukrywam i adekwatnej do wieku aparycji, kilka razy w roku spotykają mnie propozycje nowej pracy. Na ogół staram się dowiedzieć od potencjalnego pracodawcy co widzi we mnie atrakcyjnego poza zwolnieniem z tak zwanych kosztów pracy (co oczywiście jest argumentem niebagatelnym) gdyż składki odprowadza za mnie ZUS.
Pan, który od dłuższego czasu namawia mnie na zarządzanie jego pensjonatem na Mazurach powiedział mi wprost: „ pani nie będzie chlać z personelem” ( na pewno, bo nie piję wódki), „nie zaśnie z papierosem” ( na pewno, bo nie palę) „ i nie będzie wynajmować pokoi na godziny prostytutkom” ( na pewno, bo w tej branży nie mam znajomości). Okazało się , że w ciągu ostatnich lat zmieniał zarządcę kilkanaście razy. Nie miałam mu kogo polecić. Znane mi młode osoby wszystkie ciężko pracują, natomiast za kogoś słabo znanego nie wezmę odpowiedzialności. Zastanawialiśmy się czego brakuje jego pracownikom. Oświadczył, że przede wszystkim lojalności. Lojalność przestała być w naszej kulturze wartością.
Przypomniał mi wydarzenie z czasów głębokiego PRL na którym zapewne opierał swoją dobrą o mnie opinię. Odwiedziłam koleżankę, która była zootechnikiem w PGR koło Działdowa. Nierozsądny dyrektor polecił umieścić stertę nawozu na podwórzu, a jeszcze głupsze od tego dyrektora owce, częściowo zeżarły ten nawóz. Zaczęły zdychać, a dyrektor niefrasobliwie wybrał się na polowanie.
Wezwałyśmy młodego wiejskiego weterynarza i prawie całą noc trwała akcja ratunkowa. Łapałyśmy z koleżanką owce (i barany) , przytrzymywałyśmy je siłą, a weterynarz wlewał im do gardła jakąś miksturę i robił zastrzyk. Pomogło- stado zostało uratowane. Potem do rana przewoziliśmy na taczkach nawóz do szopy, żeby uniknąć ze strony owiec recydywy. Pamiętam, że po tej pracy wchodziłam po schodach do swego pokoju na czworakach.
Nikt nie zastanawiał się nad odpowiedzialnością ( choć wina była ewidentnie po stronie dyrektora), nikt nie pytał o wynagrodzenie. Zadałam sobie sama pytanie: „wobec kogo właściwie byłam lojalna?”. Na pewno nie wobec systemu oraz nie wobec dyrektora idioty – typowego prowincjonalnego aparatczyka, który ( nieudolnie) bawił się w ziemianina. Oczywiście żałowałam owiec, ale przede wszystkim miałam do każdej pracy stosunek- nazwijmy to- zadaniowy.
Taki stosunek jest obecnie coraz rzadszy.

Dozorczyni sprzątająca ( dodajmy bardzo niedbale) podwórze naszej kamienicy zwierzyła mi się ostatnio, że ta praca jest dla niej poniżająca . Nie byłam w stanie jej przekonać, że poniżające jest korzystanie z zasiłków, a nie praca. Obecna przy rozmowie wnuczka wypytywała mnie potem o moją pracę fizyczną na wyścigach. Wnuczka zapewne chciała poznać tradycyjny etos jeźdźca amatora, bo zgodnie z rodzinną tradycją jest już amatorem.
Odparłam , że zamiatałam stajnię, czyściłam boksy, wywoziłam gnój i czułam się poniżona wyłącznie wtedy gdy mi coś nie wychodziło. Na przykład za moimi taczkami zawsze pozostawała na chodniku cienka strużka nieczystości. Kiedyś trener z sąsiedniej stajni powiedział, że znalazł mnie idąc za tą strużką jak za nicią Ariadny ( erudyta się znalazł) a chłopcy rechotali, ale nie zdradzili mi dlaczego oni nie zostawiają śladów.
Myślę, że nasz trener Michalczyk- świadomie lub nie - stosował wobec amatorów politykę Tomka Sawyera. Nie każdy z amatorów miał prawo brać widły do ręki. „Zostaw, bo przebijesz sobie nogę, albo co gorsza konia” - mówił trener . Gdy wreszcie pozwolono mi wyczyścić boks czułam się zaszczycona, a nie upokorzona.
Widać nie pracowałam najgorzej. Kilka dni temu spotkała mnie ze strony dawnego znajomego z wyścigów propozycja zamieszkania w stadninie dla prowadzenia tak zwanej księgi stadnej i wypisywania koniom paszportów. Znajomy powiedział, że nie chce młodej osoby, bo nie pójdzie ona do stajni, żeby sprawdzić czy opis konia w paszporcie jest zgodny z rzeczywistością, nosi zapewne buty na obcasie, a poza tym – taka młódka na ogół nie identyfikuje się ze swoją pracą, nic ta praca jej naprawdę nie obchodzi, jest nielojalna.

Nie ma chyba racji- to nie kwestia wieku, podobny niezrozumiały dla mnie stosunek do pracy prezentują nie tylko osoby młode.
Sąsiadka, zadłużona u wszystkich w kamienicy, nie zechciała przyjąć pracy na pół etatu w kiosku. Powiedziała, że „nie będzie nikomu usługiwać”. Pewna daleka znajoma, którą na wiosnę czeka eksmisja za permanentne unikanie płacenia czynszu, odmówiła pracy wychowawcy w internacie, gdzie dostałaby mieszkanie, utrzymanie i pensję. Samą propozycję takiej pracy uznała za poniżającą. Korzystanie z zasiłku jakoś jej nie poniża - co więcej uważa, że z tytułu tak zwanego dobrego urodzenia należy jej się ( jak królowej brytyjskiej) bezpłatne mieszkanie od miasta.

Na marginesie - lawinowo rośnie liczba osób, które gotowe są pełnić rolę elity czyli żyć wzorcowo i wygodnie na koszt społeczeństwa. Na ich nieszczęście społeczeństwo polskie nie potrzebuje takich elit, których jedyną rolą jest wzorcowa konsumpcja. Są wśród nich artyści, niebieskie ptaki, byli politycy. Ich wszystkich poniżałaby praca poniżej ich ( wyimaginowanych) możliwości, trudno więc oczekiwać od nich zapału do pracy, etosu pracy i elementarnej lojalności.

Co to zresztą za rynek, w którym nie działają prawa popytu i podaży? Pracodawcy nie chcą poprawić oferowanych warunków, poszukujący pracy nie obniżają wymagań.
Istnieje wiele innych podobnych pseudo- rynków nie osiągających homeostazy. Skorelowany z rynkiem pracy rynek mieszkaniowy, na którym ogromna liczba nowych pustostanów nie powoduje znaczącej obniżki cen mieszkań, a młodych ludzi i tak nie stać na mieszkanie, niezależnie od zarobków. „ Po co mam pracować? Na bilety MZK?” - zapytał mnie pewien energiczny młody człowiek. Faktycznie oferowano mu pensję nie rozwiązującą żadnych problemów życiowych.
Dostęp do tak podstawowego dobra jakim jest mieszkanie umożliwia- jego zdaniem - jedynie synekura w radach nadzorczych, czy też inne prace „ przy rządzie” z klucza partyjnego, albo kontrakt gwiazdorski w mediach.
Słyszałam zresztą, że PO jest faktycznie największym w Polsce pośrednikiem na rynku pracy. To po części tłumaczy notowania tej partii. Te notowania ostatnio słabną. Czy możemy liczyć, że sytuacja się unormuje? Ciekawe czy ewentualna nowa rządząca partia będzie na zasadzie TKM również obsadzać nie tylko rady nadzorcze lecz wszystkie stanowiska od prezesa do babci klozetowej?
Mnie to na szczęście nie dotyczy. Dają sobie radę sama.

autor: Iza

wtorek, 28 stycznia 2014

Walcz Ukraino! Popieram Cię całym sercem


Siedzę przed telewizorem i obserwuję, jak dzielny dziennikarz TV Republika, Bartłomiej Maślankiewicz, z niesamowita odwagą, wprost brawurą relacjonuje i pokazuje starcia demonstrantów z policją.
Rośnie gula w gardle, dokładnie tak samo "bawiliśmy się" z zomowcami w 1970. Rozbili mi aparat fotograficzny "Zorkę". Jestem bardzo emocjonalnie nastawiony do tego przekazu. Momentalnie chciałbym tam być z nimi.
Tymczasem, tchórzliwa konkurencja – m.in. Wyborcza i Tok FM natychmiast cytują moskiewskiego korespondenta BBC – "Brave or foolish reporting? Or both? - Siedzi sobie bryton w Moskwie popijając kawior szampanem i się zastanawia.
http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,15336407,Repo......
Oczywiście to woda na młyn mediów głównego nurtu – trzeba taki przekaz, który na pewno przejdzie do annałów światowego reportażu zdeprecjonować i ośmieszyć – "Odwaga, czy głupota? A może jedno i drugie?". Nawet nie własnym zdaniem, tylko dla zadęcia i powagi cytują durnego Brytyjczyka z Moskwy.
Przeżyłem analogiczne wydarzenia u siebie w Gdyni, więc jestem bardzo emocjonalny, Przekonuję się, że nawet młodzieńcza trauma pozostawia ślad na całe życie.
Życzę Ukrainie i Majdanowi wszystkiego najlepszego. Żeby wygrali.
I życzę tego bezwarunkowo.
Bezwarunkowo, bo od wczoraj walczę w internecie z kolegami i nawet przyjaciółmi, którzy swoje poparcie dla ukraińskiej sprawy warunkują od rozwiązania historycznych zaszłości – oczywiście chodzi o Rzeź Wołyńską i stosunek do Stepana Bandery.
Koledzy blogerzy w sprawie Ukrainy prezentują "Mieszane uczucia". Piszą "najpierw muszą nas przeprosić, zanim wybaczymy".
Takim pisaniem i taką postawą pokazują, że kompletnie nie mają wyczucia chwili. Że nie czują i nie rozumieją historycznego momentu. I nie są w stanie sobie wyobrazić, jaki impakt, dla nas Polaków mają i będą miały wydarzenia na Majdanie, a dzisiaj już również we Lwowie, Winnicy, Równem i wielu innych miastach.
Ja nie zapominam ani na chwile o Rzezi Wołyńskiej. Mam też osobisty i krytyczny stosunek do Stepana Bandery. Jestem przecież, w swoim najgłębszym przekonaniu polskim patriotą.
Potrafię jednak wyzwolić sie na chwilę z więzienia swojego umysłu i choć przez moment starać się myśleć jak Ukrainiec na Majdanie.
Czy gdy dzieją się takie chwile, gdy tworzy się być, albo nie być całego, młodego narodu, jest czas na spieranie się o czerwono – czarne flagi, o Banderę i wzajemne krzywdy? Przecież oni mają zupełnie inny punkt widzenia i inna perspektywę. A przede wszystkim inne priorytety.
Wyrównanie rachunku krzywd i wyprostowanie historycznych zaszłości to zadanie, oczywiście konieczne, ale na spokojnie, w zaciszu gabinetów, z udziałem historyków i mądrych ludzi z obu stron.
To nie jest zadanie dla zdesperowanego tłumu na placach i ulicach, przy dziesięciostopniowym mrozie, gdy milicja, co rusz przypuszcza ataki, a snajperzy z dachów strzelają, aby zabić.
Koledzy blogerzy, proszę was, miejcie poczucie proporcji i wagi chwili.
Nie miejcie "Mieszanych uczuć" właśnie teraz. To jest bezsensowne.
Naród Ukrainy potrzebuje TERAZ naszego, jak najmocniejszego i bezwarunkowego wsparcia, by obalić cichego dyktatora, demokrację oligarchów i ciągłe silne uzaleznienie od Rosji.
To walka przełomowa. Tusk z Komorowskim bacznie obserwują, moment po momencie, co się na Ukrainie dzieje. Choć zapewne nie oglądają TV Republika. Ale oni już wiedzą, że to, co się tam dzieje, jest bardzo niebezpieczne dla nich.
Polacy patrzą i się uczą. Starsi sobie przypominają nastroje pierwszej, czystej Solidarności. A młodzi poznają siłę ulicy, co znali dotychczas tylko z opowieści.
Europa milczy. Bruksela tez milczy. Czekają... I też wiedzą, że najlepiej byłoby tą Ukrainę ukryć. Schować i zasłonić czymś innym,
Bo ich obywatele tez obserwują i wyciągają wnioski.
Ukraina może stać się pierwszą iskrą dla całej Europy.
Jednakże, to my, Polacy, sąsiedzi Ukrainy powinniśmy najmocniej wspierać ludzi na Majdanie. Jak im się powiedzie, to czemu następnie nie ma się nam powieźć? Az tak bardzo się nie różnimy. Też rządzi u nas oligarchia i władza o brudnych rękach. Też przyjdzie taki moment, że wszyscy zapragniemy być obywatelami – wolnego i niezależnego państwa, gdzie przepędzono zdrajców, oszustów i skorumpowaną swołocz.
Proszę raz jeszcze tych niektórych blogerów – nie budujcie murów i szklanych ścian miedzy Polską i Ukrainą. One dzisiaj są wyrazem niezrozumienia przemian światowych, które właśnie mają miejsce.
Może wreszcie Jałta się kończy? A wraz z nią strefy wpływów. Może wreszcie nadchodzą czasy prawdziwej suwerenności i samoistnym decydowaniu obywateli o losie swojego kraju.

autor: jazgdyni


poniedziałek, 27 stycznia 2014

Panie Prezesie Kaczyński, nie ma sufitu?


List otwarty do Pana Prezesa Jarosława Kaczyńskiego
 
  
Szkło to taki wredny materiał – niby jest, ale go nie widać. Na ostatnim wiecu Prezes Jarosław Kaczyński, którego wysoko cenię, jako przywódcę partii, stwierdził, że nad ilością zwolenników PISu nie wisi szklany sufit, który nie pozwala przekroczyć pewnego pułapu. Pozwalam sobie nie zgadzać się z tym stwierdzeniem pana Prezesa.
 
Szklany sufit istnieje. Nie tylko dla PISu, ale dla wszystkich partii, a nawet dla różnych zbiorowisk. To prawa fizyki. Ciecze się mieszają tak długo, aż roztwór osiągnie nasycenie. Tylko ten alkohol może się mieszać z wodą w każdych proporcjach. Sadzę, że w tym fizyko – chemicznym procesie maczali palce Polacy, więc dlatego jest tak dziwnie.
 
Takim naturalnym nasyceniem elektoratu dla PISu jest około 35% głosów.
Dodam uczciwie – plus, minus. I hier is der Hund begraben - w tym plus/minus. Bo jak twierdzę PIS ma swój pułap wyborców, lecz może on się podnosić lub opadać. A to, panie Prezesie zależy wyłącznie tylko od Pana. Bo PIS jest partią wodzowską. I bardzo dobrze. Na ten czas, jak to wyraźnie widać innego rodzaju partie jeszcze się w Polsce nie sprawdzają. I sieją dodatkowy zamęt w umysłach wyborców tymi wszystkimi frakcjami, czy skrzydłami. Więc to Pan osobiście, Panie Prezesie, jest odpowiedzialny za to, czy ten szklany sufit, którego Pan nie spostrzega, będzie nisko nad głowami ( a spadał już nawet poniżej 20%) czy będzie szybował w przestworzach.
 
Jak to osobiście i autorytatywnie stwierdziłem, naturalny poziom wyborczy PISu to okolice 35%. Zdajemy sobie wszyscy sprawę, i Pan, Panie Prezesie, zapewne też, że to za mało, żeby, nawet wygrywając wybory, coś w Polsce zmienić. A Pan chce zmienić Polskę i to drastycznie, prawda? Nie podejrzewam, że jest tak, jak mówią Pańscy wrogowie, że Pan chce ni mniej ni więcej, tylko być wiecznym opozycjonistą i krytykiem systemu. Mimo wszystko ja wierzę w Pański konstruktywizm i kreatywność.
Twierdzę, żeby PIS mógł spokojnie wygrać wybory, samodzielnie rządzić i zacząć tworzyć nową Polskę, naszą Polskę, obywateli i patriotów musi zdobyć 42 – 44% poparcia. Zaokrąglając, żeby się zbytnio nie rozdrabniać, ma Pan rok, aby przyciągnąc do nas jeszcze 10% wyborców.
Czy to możliwe? Jak najbardziej tak. Lecz musi się Pan nad tym sporo napracować. Wiem, że już Pan zaczął, objeżdżając cały kraj, ale to jeszcze jest za mało. Musi Pan dokonać pewnych zmian i korekt. Głównie w wizerunku i przekazie.
 
Zastanówmy się, gdzie może Pan zdobyć te dziesięć, jakże potrzebnych dla Polski i Polaków, procent głosów.
 
Na początek ustalmy obszary, gdzie ich Pan na pewno nie znajdzie.
 
Nie szukałbym tych głosów we więzieniach i aresztach. Jak to pokazują dane z ostatnich głosowań, to domena pana Tuska. Nie wiadomo dlaczego, skazańcy i przyszli skazańcy wolą głosować na Tuska.
Nie znajdzie Pan też dodatkowych głosów w licznej grupie przedsiębiorców, którzy pasożytują na zamówieniach publicznych, jak np. budowa autostrad, czy wywóz śmieci, lub służba medyczna. Ci ludzie są nierozerwalnie związani z systemem "kręcenia lodów", który zapewnia im tylko administracja Tuska. W związku z tym musi Pan także wykreślić z ewentualnego grona Pańskich zwolenników, cała tą rzeszę urzędników, wójtów, burmistrzów i tym podobnych, którzy na styku administracji państwowej i prywatnego biznesu, utworzyli sobie wspaniałe źródło dochodu. Dochodu, który zapewnia im Tusk, niewątpliwie zapewniłby Piechociński, Miller i Palikot. A Pana boją się jak ognia. Bo wyschłoby im źródło dochodu
Nie znajdzie Pan zwolenników, pośród, jak my to nazywamy – lemingów, pracowników wielkich, czesto międzynarodowych korporacji, tych nie-polskich banków, towarzystw ubezpieczeniowych itp. Oni, niestety, w dużej mierze są straceni na zawsze. Przeszli typowy dla tych instytucji brainwashing i palcem nie kiwną, by zrobić coś innego, niż to, co im zarząd poleci. Bo jak nie to oni z kolei polecą. Z wilczym biletem na zieloną trawkę.
I na koniec tej wyliczanki, nie liczyłbym na Pana miejscu na tych wszystkich pracowników mediów głównego nurtu. Nie znajdziemy zwolenników pośród pracowników Agory, z największym propagandowym szmatławcem – Gazetą Wyborczą na czele. Nie znajdziemy ich wśród takich komunistycznych bastionów, jak Polityka. A również w imperium medialnym Alexa Springera, tutaj z Newsweekem z kolei na topie. Nie będzie też ich w całkowicie przejętej polskiej telewizji TVP i telewizjach komercyjnych Polsat, czy TVN, które powstały w podejrzanych okolicznościach i za podejrzane pieniądze.
 
Gdzie więc ma Pan szukać tych dodatkowych 10% ?
Najważniejszym i głębokim obszarem jest 50% Polaków, którzy nigdy nie głosują. Są oni zdecydowanie negatywnie nastawieni do jakiejkolwiek struktury państwa i każdy rząd i każdą partię traktują, jako kontynuację okupacji. A, wiadomo, z okupantem się nie współdziała. To dla Pana bardzo trudne zadanie, Zmienić mentalność i poglady prawie 5 milionów Polaków, tak, aby w końcu poczuli się obywatelami. Żeby przestali w końcu rozpaczać, że oni na nic nie mają wpływu, więc palcem dla kraju nie kiwną. I najważniejsze – żeby Panu zaufali.
Znajdzie Pan też ewentualnych zwolenników pośród szerokiej grupy stosunkowo młodych, inteligentnych Polaków, którzy z różnych powodów, o czym dalej napiszę, zrazili się do PISu. To bardzo ważna grupa, bo w dużym stopniu opiniotwórcza w swoim otoczeniu. I co warto dodać – pociągająca za sobą młodzież, która dopiero wchodzi w życie.
Ta grupa w pewnym stopniu się wykruszyła, kiedy musiał Pan się pozbyć zdrajców i awanturników z PISu – Kurskiego, Bielana, Poncyliusza, czy Migalskiego. Fakt, w dużym stopniu sporo z nich to podli karierowicze (Kluzik – Rostkowska, Michał Kamiński, czy Migalski), jednakże sporo młodej inteligencji się z nimi utożsamiało. Zapewniam Pana, że nikt sie nie utożsamia z panem Hofmanem. Otóż ta grupa, która stanowią ludzie inteligentni i myślący, odsunęła się od PISu, jak Pan odsuwał po kolei tych powyższych osobników. Mając takie walory umysłowe, szybko zrozumieli, że popełnili pomyłkę. Jednakże duma i honor nie pozwalają im tak łatwo do PISu powrócić. A nawet, co było złym przykładem,ukoryli się i chcieli wrócić, jak pan Bielan, to Pan nie wyraził zgody. Wg. Mnie to Pana błąd, bo Bielan, to bardzo wartościowy człowiek, a dodatkowo, nie przyjmując go ponownie, wysłał Pan czytelny znak, do tych wszystkich wahających się i ewentualnie gotowych Pana poprzeć. Wysłał Pan zły znak.
Duży obszar do zagospodarowania i to bardzo ważny, stanowią rolnicy i mieszkańcy wsi.Świadomość przez ostatnie 20 lat wzrosła do tego stopnia, że wiedzą już dobrze, że PSL ich nie reprezentuje, bo PSL reprezentował i reprezentuje tylko siebie (plus oczywiście rodziny, krewnych i przyjaciół).
To bardzo wartosciowy elektorat i jeżeli Pan go zdobędzie, to będzie się Pan cieszył jego długotrwałym solidnym poparciem.
 
No dobrze, ale co musi Pan zrobić, żeby podnieść ten szklany sufit i zdobyć te dodatkowe 10% poparcia?
Musi Pan intensywnie popracować nad sobą i swoim otoczeniem. Głównie w sensie wizerunkowym. Nawet chodzić powinien Pan inaczej. Bo chodzi Pan jak członek KC Komunistycznej Partii Chin. Donald Tusk pomykający na swoich krzywych nogach po korytarzach Sejmu robi lepsze wrażenie. Ja rozumiem, dostojność – tak, ale często widoczna bezradność – nie. Musi Pan zacząć sięgać do techniki i atrybutów XXI wieku. Ja przekroczyłem 60-tke i jakoś sobie radzę i nie wierzę, że Pan nie może sobie dać rady. Trzeba się pokazywać z różnym sprzętem w taki sposób, jakby to było nic nowego, a nie jak spektakl z tabletem na trybunie Sejmu, gdzie od razu było widać, że jest to dla Pana nieprzyjazne narzędzie.
Musi Pan przestać mówić ezopowo. A już kompletnie powinien pan zapomnieć o ulubionej frazie: - "wiem, ale nic nie powiem". Ludzie tego nie cierpią. Albo milczeć, albo walić prosto z mostu. Ja jestem za waleniem prosto z mostu, bo uważam, że Pańska postawa zbyt często jest za bardzo defensywna. Walić prosto z mostu, twardo i agresywnie, po nazwiskach i faktach. Zapomnieć, kiedy trzeba, o żoliborskiej kindersztubie. Posłanka prof. Pawłowicz mogłaby udzielić parę lekcji.
 
I niech Pan panuje nad swoim otoczeniem. Takie idiotyczne, jak to młodzi mówią wtopy, jakie zaliczyli panowie Hofman, czy Kaczmarek, były na prawdę żenujące. Uczuliłbym działaczy PISu, że nawet, jak się w swojej sypialni kładą do łóżka z własną żoną, by sprawdzili, czy nie ma pod łóżkiem wrażego dziennikarza, czy choćby jego magnetofonu lub kamery, a nawet telefonu komórkowego, bo one teraz wszystko potrafią.
I może znalazłby Pan (oprócz siebie oczywiście, bo tu nie ma nic do zarzucenia) trochę lepszych współpracowników do kontaktów z mediami. Niestety, wybrani przez Pana, może godni najwyższego zaufania, słabo przed kamerami wypadają. A na przykład takim świetnym (niestety ostatnim) nabytkiem jest pan prof. Gliński.
 
Na tym poprzestanę, bo i tak za dużo się wymądrzałem. Pisząc do Pana chcę tylko jednego – zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości pod Pana przewodnictwem. A to z kolei tylko dlatego, żeby rozwalić tą przeklętą III RP i cały ten Układ i System, który trwa po okrągłym stole.
 
Z szacunkiem
 
Janusz E. Kamiński / jazgdyni

Dla ich własnego dobra czyli logika utopii


A co do „ mojego własnego dobra” - chciałbym tylko , żeby to dobro nie było dla mnie przymusowe. Jak szczepienia, podatki, ubezpieczenia, abonament telewizyjny, a wkrótce zapewne eutanazja. Jak dla tych gołębi w Paryżu.

Pewna miła panienka powiedziała mi kiedyś, że w Paryżu truje się gołębie dla ich własnego dobra. Zwrot „ dla ich własnego dobra” dołączył do zdań, słów i sformułowań, na które jestem szczególnie uczulona. Po wielu latach życia w realnym socjalizmie, bardzo płodnym w dziedzinie twórczej lingwistyki, takich zwrotów i wyrażeń nazbierało się sporo. Tyle, że : „ dla ich własnego dobra” wydaje się być sformułowaniem ponadczasowym.
„Charakterystyczną cechą Inkwizycji, wyróżniającą ją spośród ówczesnych trybunałów jest położenie nacisku nie tyle na ukaranie oskarżonego, co na zbawienie jego duszy. Możemy dziś oczywiście się nie zgodzić na ówczesne rozumienie tych spraw, jednak niewątpliwie taki był właśnie tok myślenia inkwizytorów.”- to cytat z tekstu „ Inkwizycja – prawda i mity” Marka Piotrowskiego występującego zdecydowanie w obronie tej instytucji.
Oszczędzę Państwu wzruszającego opisu pojednania skazanego z katem. Skazany mocno już uszkodzony zdecydował się nawrócić. Kat błagał go o przebaczenie, gdyż nie chciał go zniechęcić do tej decyzji. Jestem w stanie się zgodzić, ze inkwizycyjna procedura sądowa była w ostateczności o wiele lepsza niż nagminne wówczas samosądy owocujące paleniem rzekomych czarownic, ale przyznam, że troska kata o duszę torturowanego wyjątkowo mnie razi. Podobnie jak raziła mnie obowiązująca w Polsce za PRL zasada doprowadzania przed wykonaniem wyroku skazanego na karę śmierci do pełnego zdrowia, z przymusowymi zabiegami sanacji jamy ustnej włącznie.
Zapewne daje tu znać moja słabość intelektualna, ale w obydwu przypadkach nie jestem w stanie dobrych intencji należycie docenić.

Dla ich własnego dobra- na przykład - zawsze usypia się psy. Nie zdarzyło mi się słyszeć od właściciela, że miał dosyć kosztownego leczenia psa, albo, że nie było go po prostu na nie stać.
Dla ich własnego dobra będzie się odtąd poddawało w Belgii eutanazji chore dzieci.
O eutanazji staruszków nie ma co wspominać. Jasne jest, że zarówno ustawodawca, jak i zmęczone oczekiwaniem na spadek rodziny mają wyłącznie ich własne dobro (staruszków oczywiście ) na względzie.
Wszelkie działania mające na względzie moje dobro budzą zatem moją najwyższą podejrzliwość.

Podobną podejrzliwość budzą stwierdzenia używające tak zwanego dużego kwantyfikatora. Doświadczenie nauczyło nas, że jeżeli ideolog twierdzi, że każdy człowiek w reklamowanym przez niego systemie będzie miał wszystko co jest mu do życia potrzebne oznacza to, ze żaden człowiek nie będzie miał zapewnionego minimum egzystencji. Jak te 15 milionów zmarłych z głodu w przodującym systemie na Ukrainie.
Przy okazji nasunęła mi się refleksja na temat specyficznej logiki takich zapewnień i ich zaprzeczeń. Otóż zgodnie z zasadami logiki - zaprzeczając kwantyfikatorowi dużemu zamieniamy go na mały i zaprzeczamy samemu zdaniu. Klasyczny przykład to odkrycie Orwella : „ wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Zaprzeczając zdaniu :” wszystkie ( duży kwantyfikator) zwierzęta są równe” twierdzimy że „istnieją ( mały kwantyfikator) zwierzęta, które nie są równe”. Czyli jak to nazwał Orwell są „ równiejsze”.
Praktyka przodujących ustrojów nauczyła nas jednak czego innego. Jak w podanym przykładzie Ukrainy. Zaprzeczenie twierdzeniu, że w socjalizmie „każdy człowiek otrzyma wszystko co jest mu do życia potrzebne” nie oznacza, że „znajdą się ludzie którzy nie otrzymają tego co jest im potrzebne”. Oznacza , że „każdy człowiek nie będzie miał tego co potrzebuje. ( inaczej - żaden nie otrzyma tego co jest mu potrzebne)”. Zostaje duży kwantyfikator, a zaprzeczamy samemu zdaniu. Tak należy zawsze postępować w przypadku utopii.
Można podać wiele innych przykładów.
Na przykład twierdzenie, że „wszyscy ludzie są braćmi czyli każdy człowiek jest bratem dla każdego innego”, w swojej praktycznej negacji oznacza, że „wszyscy ludzie nie są braćmi, czyli nikt dla nikogo nie jest bratem”.
Twierdzenie, że wszystkie kultury ( religie) mają ogromną wartość ( albo są równowartościowe) oznacza w praktyce, że żadna nie ma najmniejszej wartości, są nieinteresującym dla ogółu przedmiotem badań specjalistów czyli rodzajem folkloru. Zauważył to nawet Leszek Kołakowski.

W bardziej przyziemnej perspektywie- zaprzeczenie twierdzeniu, że w wyniku działań PO każdy obywatel naszego kraju będzie miał pełny dostęp do leczenia nie oznacza bynajmniej, że mogą istnieć obywatele, którzy tego dostępu nie uzyskają. Jest o wiele gorzej - nasuwa się podejrzenie, że w wyniku tych działań nikt nie będzie miał dostępu do leczenia. I wszystko na to jak dotąd wskazuje.

Dlatego jesteśmy tak bardzo podejrzliwi wobec wszelkich kart praw podstawowych i innych szlachetnych deklaracji. Doświadczenie uczy nas, że zaprzeczenie im nie sprowadza się do twierdzenia, że znajdą się wyjątki od reguły. Doświadczenie uczy nas, że zgodnie ze specyficzną logiką utopii, wszelkie tezy zmienią się w równie ostre antytezy.

Jeszcze co do „ ich własnego dobra”.
Podobno większość ludzi na starość się radykalizuje. Ja wręcz przeciwnie- ideologicznie słabnę. Nie mam już ochoty zakazywać innym in vitro, zmiany płci, homoseksualizmu. Jestem wzorcowo tolerancyjna. Chciałabym tylko żeby robili to na własny rachunek, za własne pieniądze i żebym nie musiała mieć z tym nic wspólnego.
A co do „ mojego własnego dobra” - chciałbym tylko , żeby to dobro nie było dla mnie przymusowe. Jak szczepienia, podatki, ubezpieczenia, abonament telewizyjny, a wkrótce zapewne eutanazja.
Jak dla tych gołębi w Paryżu.

red:



autor: Iza

niedziela, 26 stycznia 2014

Jestem Dyletantem



Mroźnym niedzielnym porankiem, zapomnijmy na chwilę o Majdanie, nieszlachetnym sekretarzu Dziwiszu, Starych Kiejkutach, dżenderze i ferajnie Tuska.
Lat temu parę, zapłodniony ideą pewnych londyńskich dżentelmenów, uznałem, ze bardzo ważnym zadaniem wszystkich blogerów jest budzenie umysłów rodaków. Zmuszenie ich do samodzielnego myślenia i wyrwania z zaklętego kręgu spraw codzienności i tych podsuwanych przez telewizor.
Tak powstał Klub Dyletantów. Kapitułę klubu stanowią nieprzeciętni blogerzy – znana wszystkim Izabela Falzmann Brodacka, słynna artystka KOSSOBOR, skromna, ale wielka sigma, Tadman, oraz jazgdyni – ojciec założyciel.

Klub obecnie ma swoje niewielkie miejsce (cały czas w budowie) -  http://klubdyletantow.blogspot.com/
Dostąpił też kiedyś gościny na Neonie24, gdy portal miał inne władze i inne założenia ( http://neon24.pl/category/28,klub-dyletantow ). Teraz obecnie, jak cały portal zresztą, opanowany przez dziwnych ludzi, dogorywa.

Nie zaprzestanę jednak idei Prawdziwego Dyletanta. Trzeba szerzyć edukację, nie tylko fachową, ale i tą życiową i kulturalną. Trzeba ludzi budzić z marazmu.
Mam nadzieję, że w końcu znajdziemy swoje miejsce w blogosferze.
Do upierdliwych świat należy!


Określenie DYLETANT w powszechnym obiegu ma znaczenie pejoratywne. Ty dyletancie - znaczy tyle, że coś wiesz, ale po łebkach. Nic bardziej mylnego. Dyletant pochodzi do dilettante, a to z kolei od dilettare, lubować się. Dyletant to miłośnik, amator.

Cóż więc jest takiego dziwnego w dyletancie, że odróżnia go od przeciętnego człowieka, który też zapewne „lubuje się” w czymś.
Chociażby w kuflu piwa i paczce chipsów przed telewizorem.
Tym czymś jest ciekawość. Generalnie ciekawość świata i poszukiwanie samemu odpowiedzi na pytania, które ten świat niesie. On nie siedzi tylko przed tym przysłowiowym telewizorem i chłonie jak gąbka to, co mu się podsuwa, chociażby to był kanał National Geografic, na temat życia goryli w niedostępnych lasach
Dyletant woli sam zobaczyć obiekty swoich zainteresowań i dowiedzieć się czegoś więcej. I dyletant nie przyjmuje wiedzy „z góry”, ex catedra, on lubi sam dojść do własnych wniosków i sam czegoś doświadczać.

Dyletant ma dużo wspólnego z „człowiekiem renesansu”. Gdy po ciemnych latach średniowiecza w XV i XVI wieku wybuchło Odrodzenie, albo właśnie Renesans, w momencie, powiedzmy, upadku Konstantynopola, Europa nagle stworzyła coś nowego w historii ludzkości, stworzyła humanizm.Wybuchły sztuki i nauki. Dokonał się niebywały skok.
Leonardo da Vinci jest chyba najwybitniejszym przykładem człowieka renesansu. Zajmował się wszystkim, co go zaciekawiło. I był wybitnym we wszystkim, czego się dotknął. Ta jego pasja i różnorodność zainteresowań stała się wzorem dla późniejszych dyletantów.

Krótki rys historyczny Klubu Dyletantów

Klub Dyletantów formalnie został ustanowiony w 1732 roku w Londynie jako The Society of Dilettanti dla młodych (i bogatych) ludzi z wyższych sfer, którzy odbyli tzw. Grand Tour.A cóż to takiego? To była obowiązkowa w tamtych strefach pielgrzymka, lecz nie religijna, nie do miejsc świętych, ale do miejsc, które się zaznaczyły w kulturze. Głównie taka długa peregrynacja obejmowała Rzym, Wenecję, Florencję. Również Grecja, jako kolebka kultury często wchodziła w zakres takiej podróży.
Jak zauważamy, w późniejszym okresie również polscy romantycy, Mickiewicz, Słowacki, Krasiński kontynuowali tradycję Grand Tour.

Na początku na czele The Society of Dilettanti stanęli Lord Middlesex i Sir Francis Dashwood. Do londyńskiego klubu przystąpiło wielu diuków, lordów, a później również wielu czołowych artystów i pisarzy. Kogo to interesuje to sobie interesujące nazwiska znajdzie.

Klub liczył 60 członków, ni mniej, ni więcej. Był ściśle powiązany z Brook’s,najbardziej ekskluzywnym gentlemen’s clubs, który stoi do dzisiaj na St. James’s Street w Londynie. Niestety nie jestem członkiem (ale też się nie starałem, może szkoda…)
Bardzo szybko Klub stał się wyrocznią Londynu i całej Anglii w sprawach kultury, sztuki, mody i nauki.
Jakie warunki trzeba było spełnić, by zostać członkiem Klubu? Formalnie tylko dwa: odbyć podróż do Italii i starać się, w czasie tej podróży nigdy nie trzeźwieć. Oczywiście, dzisiejsi sceptycy i w swoim przekonaniu demokraci, zepsuci przez klasowe bzdury komunizmu, natychmiast podniosą larum – kogo wówczas było na to stać. Fakt, tylko brytyjskich i innych europejskich krwiopijców. Ale takie właśnie czasy wówczas były i nic tutaj nie zmienimy. Kto ma winę za to, że urodził się w domu lorda, czy innego diuka. Mógł on przecież całe życie uganiać się na koniach za biednymi lisami, poklepywać po pupach panny służące i obżerać się kiepskim brytyjskim jedzeniem. Jednakże, on wybierał wiedzę, naukę i sztukę. Był ciekaw i chciał podróżować. To nie było aż takie proste jak dzisiaj. Więc, żeby zostać dyletantem trzeba było mieć tą chciwość poznania, pragnienie zobaczenia i dotknięcia i tą wszechogarniającą ciekawość.
W nagrodę za te cnoty członkowie Klubu gremialnie się przyczynili do ponownego rozkwitu nauki i sztuki, a jako produkt uboczny zostali, jak to się dzisiaj modnie nazywa – londyńskimi trendmakerami.
Zostali elitą swoich czasów.

Czy nie pora kultywować szczytne idee Klubu Dyletantów? Zaraz prześmiewcy i malkontenci zakrzykną – o, samozwańczych elit im się zachciewa! Nie ma większej bzdury. Chodzi o pasje, ciekawość i poznanie.
Jak przeglądam artykuły w blogosferze, to widać, że oprócz typowej bieżączki, wielu jest pasjonatów różnych dziedzin: dobrego jedzenia i picia, koni, wędrówek po górach, mazurskich jezior, naszych lasów, polskich dworków, szlacheckiej tradycji, morskich podróży, wielkiego kosmosu i małego atomu, religii, naszej katolickiej, jak też innych,różnorodnych . I wielu wielu różnych tematów.
Miejmy od czasu do czasu wolę, by oderwać się od spraw bieżących i porozmawiać o czymś, czego zwykle w zaganianych czasch brakuje. Przecież wszyscy chcemy byc mądrzejsi i szczęśliwsi.

N'est-ce pas?

autor: jazgdyni



sobota, 25 stycznia 2014

Miller, szpiedzy i dolary



Jeżeli Donald Tusk reprezentuje sobą klasycznego chuligana z gdańskiego podwórka i znienawidzonego w Gdyni kibica Lechii ("Czy to prawda drogi ojcze, że Lechiści to volksdojcze" – bojowe zawołanie kibiców Arki), to towarzysz Leszek Miller jest jeszcze gorszym przykładem – chłopiec z Bałut, jak to się kiedyś mówiło, podwórkowy wirażka.
Miłośnik idiotycznych bon motów, wzbudzających rechot komuchów, ma jakąś inklinacje do dolarów. I to w gotówce.
Już w listopadzie 1990 roku prokurator postawił Millerowi zarzut, że on tak sobie, zapakował do teczki 600 tysięcy dolarów i jak gdyby nic, zawiózł je do Moskwy. Była to część tzw. "Moskiewskiej Pożyczki", którą zagwarantował dla polskich komuchów towarzysz Rakowski. Pieniądze były po to, by po rozpadzie PRLu jakoś się urządzić. No i urządzili się jakoś towarzysze. Do dzisiaj, a nawet na dwa pokolenia do przodu.

**********

W lutowy poranek 2003 roku rejsowy samolot Lufthansy, lecący z Frankfurtu, o godzinie 12:20 wylądował w Warszawie na Okęciu. W momencie, gdy podstawiono schody i pierwsi pasażerowie zaczęli wysiadać, z drugiej strony samolotu podjechał Mercedes z dyplomatycznymi tablicami.
Oficjalny rezydent CIA przy Amerykańskiej Ambasadzie w Warszawie, zgodnie z procedurą, odebrał osobiście pocztę dyplomatyczną, tym razem było to parę worków oznaczonych charakterystycznym pasem, sprawdził plomby, wrzucił do bagażnika i już bez żadnej kontroli zawiózł prosto do Ambasady USA.
W poczcie dyplomatycznej było tym razem 15 milionów dolarów.
Żebyście sobie państwo wyobrazili, dlaczego ja napisałem parę worków. 15 milionów dolarów to paczuszki oznaczone banderolami, każda po sto sztuk studolarowych banknotów; czyli jedna paczka to 10 000 dolarów. Grubości około 2,5 centymetra. Na 15 milionów dolarów w gotówce, a polski kontrahent właśnie zażyczył sobie gotówkę, potrzeba 1 500 takich 10 000 dolarowych paczuszek. To się niestety w kurierskiej walizeczce, przymocowanej łańcuchem do przegubu agenta nie zmieści. Możecie to sobie wyobrazić, że to jednak parę kurierskich worków.

Pieniądze spokojnie czekały sobie w Ambasadzie, aż do dnia, gdy przeprowadzono precyzyjnie zaplanowaną operację przekazania pieniędzy stronie polskiej.
Kolejnego chłodnego poranka dwóch agentów rezydentury CIA wyniosło dwa duże pudła wypełnione dolarami i załadowało je do bagażnika samochodu. Trudno ustalić, jaki to był samochód, lecz najprawdopodobniej nie był to wóz służbowy ambasady. Ze strony amerykańskiej całą operację zabezpieczało dodatkowo dwóch tajnych agentów.
Polską stroną operacji dowodził płk Andrzej Derlatka, zastępca szefa polskiego wywiadu. To on w towarzystwie dwóch polskich oficerów odbierał pieniądze.
Niewątpliwie operacja przekazania była dodatkowo zabezpieczana przez co najmniej pięciu polskich tajnych agentów.
Gdzie dokonano przekazania? Tutaj moje spekulacje się kończą. Czy była to jakaś willa na Saskiej Kępie? Raczej nie, zbyt łatwo to miejsce obserwować i fotografować. Również raczej nie była to jakaś galeria handlowa, restauracja, czy hotel. Dwóch Amerykanów z dużymi pudłami wzbudziłoby zbyt duże zainteresowanie.
Najprawdopodobniej odbyło się to według starych, klasycznych metod, w umówionym punkcie w podmiejskim lesie, w punkcie dobrze zabezpieczonym przez agentów.
Służby tajne są najbardziej zbiurokratyzowaną instytucją. Dlatego też nie była to prosta i szybka operacja. Trzeba było całe pieniądze fachowo przeliczyć. A potem podpisać dziesiątki kwitów. Te papiery z podpisami leżą gdzieś do tej pory. Na pewno w Langley, centrali CIA i gdzieś, nie wiadomo gdzie, w Polsce, w dobrym schowku tajnych służb.

O tych pieniądzach nie mogło wiedzieć zbyt dużo osób. Krąg był niewątpliwie bardzo wąski, jeżeli przez 11 lat udało się te 15 milionów utrzymać w tajemnicy. O tajności tej zapłaty świadczy też fakt, że osobiście przeprowadzał ją zastępca szefa polskiego wywiadu, wspomniany płk Dzierlatka.
Czy wiedział o tych milionach ówczesny szef wywiadu gen Marek Dukaczewski? Pewnie tak, należałoby go o to zapytać.
Wiedzieli za to na pewno, tak się składa, sami towarzysze z 2003 roku: Leszek Miller, premier ówczesnego rządu, nadzorujący wywiad. Wiedział na pewno Zbigniew Siemiątkowski, szef Agencji Wywiadu.
Niewątpliwie dowiedzieli się o tym prezydent RP  Aleksander Kwaśniewski i jego prawa ręka, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Marek Siwiec.
Czy jeszcze ktoś więcej? Może, ale bardzo, bardzo niewielu. Towarzysze potrafią dochowywać tajemnicy i kłamać na zawołanie. Szczególnie jak chodzi o pieniądze, duże pieniądze.

Dla formalności trzeba tu napisać, że główny bohater tego tekstu – 15 milionów dolarów w gotówce, to wytargowana przez towarzyszy, kiedyś przecież internacjonałów i wrogów USA, zapłata amerykańskich tajnych służb CIA za zgodę na lądowanie na lotnisku w Szymanach tuż obok Szczytna tajnych samolotów amerykańskich, przywożenie niezidentyfikowanych osób do wydzierżawionej willi w tajnym ośrodku wywiadowczym w Starych Kiejkutach, by tam te osoby przesłuchiwać. Oczywiście, nikt nie miał zielonego pojęcia, że Amerykanie w trakcie przesłuchań stosują tortury, ze słynnym waterboardingiem na czele ( http://pl.wikipedia.org/wiki/Waterboarding )
(http://youtu.be/6IKpaTEZ8KA ).
Zawzięcie walczący o pokój na świecie towarzysze, łamiąc przy okazji polską Konstytucję, za garść zielonych dolarów sprzedali amerykańskim oprawcom i fachowcom od tortur, swoje szczytne idee wypisane na sztandarach.
Zawsze wiedziałem o ich cynizmie i fałszu. Wszystko co robią i robili, to tylko się nachapać, jak najszybciej i bez żadnych moralnych ograniczeń. Od akcji "Żelazo", gdzie napadano i rabowano na Zachodzie, po Stare Kiejkuty, gdzie torturowano, obojętnych dla Polski, durnych fanatyków.

Ciekawe, jak już wspomniałem, przy dolarach zazwyczaj można spotkać towarzysza Millera. Już w 1990 kręcił się przy zielonej gotówce. I 13 lat później przy znacznie większych pieniądzach, niż te nędzne moskiewskie grosze. Miller jest twardym zawodnikiem, jeszcze wczoraj zaklinał, że o niczym nie wie i o niczym nie słyszał. Jak dobry czekista idzie w zaparte. Ciekawe po ilu sekundach waterboardingu on by się złamał?

Cała ta interesująca ferajna towarzyszy, ludzi niebiednych, ba, wręcz bogatych, Kwaśniewski, Siwiec, Kalisz ( on też był w BBN w 2003, więc mógł też swoje tłuściutkie paluszki umoczyć w szpiegowskiej transakcji), zgrupowała się teraz przy czarodzieju z Lublina, Palikocie. W ramach Polski Plus będą startować do parlamentu europejskiego. Cóż, kasy, nie wiadomo jakiej, jest ciągle za mało.

A na koniec pytanie za 100 punktów – gdzie się podziało te 15 000 000 dolarów?
Czy są kwity, papiery i podpisy w Biurze Bieżącej Obsługi Finansowo – Technicznej WSI ? A może tylko w Agencji Wywiadu?

Może tego właśnie nie chciał ujawnić śp. Prezydent Lech Kaczyński w słynnym Aneksie rozwiązania WSI, bo trzeba by wielu towarzyszy, w tym tych pełniących kiedyś najwyższe funkcje w kraju wsadzić do więzienia?
 
___________________________________________________

Przebieg operacji przekazania pieniędzy jest oczywiście moją fikcją. Ale nie tak do końca, bo opartą na procedurach opisanych przez prawdziwych szpiegów, Kuklińskiego i Zacharskiego.

************

http://www.washingtonpost.com/world/national-security/the-hidden-history-of-the-cias-prison-in-poland/2014/01/23/b77f6ea2-7c6f-11e3-95c6-0a7aa80874bc_story.html

autor: jazgdyni

piątek, 24 stycznia 2014

Kolejna śmierć dziecka


Twierdza Arłukowicz obroniona, PO z PSL mogą być dumne,  nieodpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu pozostał.  A tym czasem kolejna niepotrzebna śmierć 3 letniego chłopca, tym razem w Poznaniu. Szpital nie przyjął chłopca w efekcie dziecko nie żyje.



autor: Andy51

Pierwsze kłopoty z małą Doną


Dona była śliczną dziewczynką. W przedszkolu wszyscy strasznie ją lubili. Te rude kucyki, duże, przenikliwe oczy i to rozkoszne seplenienie.
Mamusia już natychmiast po porodzie zdecydowała, że on będzie dziewczynką i wspólnie z tatusiem nadali mu imię Dona.
Była ona grzecznym i posłusznym dzieckiem. Długo potrafiła sie sama w ciszy bawić piłeczkami. A dodatkowo była do szaleństwa zakochana w swojej straszej siostrze Andżeli. Wpatrzona w nią jak w obraz, chodziła wszędzie za nią i natychmiast spełniała wszystkie jej polecenia. Doprawdy, wielka siostrzana miłość.
Gdy Dona miała cztery latka i w przedszkolu zaczynali właśnie zabawy i nowe lekcje z poznawania ciała, które prowadziła nowa Pani, która się przedstawiła – Koleżanka Onanka, nasza milusińska przyjrzała się dokładnie siostrzyczce Andżeli w kąpieli i zapytała:
- Mamusiu, dlaczego ja mam siusiaka, a Andzia szparkę? My jesteśmy coś innego?
- Nie, nie, kochanie – zaczęła pierwszy seksualny wykład mamusia i nawet tatę zawołała, żeby to poważniej wyglądało. – To jest tak: są dziewczynki z pisiorkiem i są dziewczynki z cipeczką. Dalej – są chłopczyki z pisiorkiem i chłopczyki z cipeczką. Potem są chłopczyki i z pisiorkiem i cipeczką oraz takie same dziewczynki. Potem tym dziewczynkom i chłopczykom ze szparką rosną cycuszki, a dziewczynkom i chłopczykom z siusiaczkiem rosną brody. Chłopcom i dziewczynkom z siusiaczkiem i cipcią nic nie rośnie.
Po długiej chwili, gdy intensywne procesy myślowe uwidoczniły się na twarzy małej Dony, która przecież dopiero nauczyła się liczyć do czterech, twarz maleństwa się rozpromieniła i radośnie wykrzyknęła:
- Już wiem! Koleżanka Onanka nam powiedziała, że to jest płeć.
- Brawo! – krzyknął tata i klepnął mamę w pupę. – A co teraz robicie w przedszkolu? Pamiętaj, że już za rok będziesz miała 5 lat i idziesz do szkoły.
- A my mieliśmy już pierwsze zajęcia z nową panią – odparła Dona. – Mieliśmy już gilganie, całowanie z języczkiem, ale Jarek miał kanapki z cebulą i nie smakował najlepiej. W ogóle to ten Jarek ciągle robi mi na złość. Jak mieliśmy całowanie w uszko, to wepchnął mi do ucha gumę balonówę i musiałam iść do pani higienistki, by mi ją wyciągnęła.
- To straszne – stwierdziła mama – ale jak ja mam pogadać z jego rodzicami, gdy to straszni fanatycy. Wyobraźcie sobie, ze oni nawet chodzą do kościoła!
Mała Dona, doprawdy chodzący komputer, kontynuowała:
- A za tydzień będziemy mieli, jak pani powiedziała, lekcje rozkoszy indywidualnej, potem lekcje rozkoszy wzajemnej i na koniec, przed świętami, coś co się nazywa – trzy kroki do orgazmu.
- No, no no! – zgodnym chórem mama i tata wyrazili swój podziw.
Rodzice mieli pewien problem z Doną. Gdy tylko były wolne dni od przedszkola, a potem,gdy osiągnęła 5 lat, od szkoły. Dona wraz z grupką przyjaciółek, głównie filigranowej Sławci i masywnej i przebojowej Grzesi, grały w piłkę i regularnie spuszczały manto drużynie chłopaków, którzy nieraz wprost z babskim płaczem udawały się do domów, by szukać utulenia w ramionach rodziców. Dona była niekwestionowaną liderką, a przeciwników wycinała, nieraz brutalnie faulując.
- Nie martw się – pocieszał mamę ojciec – jak Dona podrośnie i znajdzie sobie chłopaka, to się ustatkuje.
Mama na to rozryczała się na całego.
- Tak! Ale ja chcę mieć wnuuuki! Wiesz jak trudno będzie Donie znaleźć odpowiedniego chłopca!? Wszystkie te chłopaki ze szparką są wprost rozrywane, przez chłopaków z siusiakiem. Dla dziewczynek takich jak nasza Dona już nic nie zostaje.
- A na dodatek ona teraz kocha się w Sławci, a to też dziewczynka z siurakiem!
Tysiące rodzin w Polsce, ba... w całej Europie borykało się z problemem, który dopiero co powstał.
Kiedyś w przyszłości Dona, jak zrobi karierę, usłyszy zrozpaczonego ojca:
- Jak żyć pani premier !!!???

autor: jazgdyni

Szaman ministrem zdrowia


Arłukowicz ministrem zdrowia, to polska wersja american dream. W  Ameryce pucybut może zostać milionerem, w Polsce lekarz, członek załogi karetki pogotowia, morze stać się ministrem.
Co musiało się stać, żeby z lekarza z załogi karetki pogotowia zrobić ministra. Ano trzeba było być w SLD, z pasją atakować Tuska, w odpowiednim momencie zmienić front i stać się załogantem PO. Trzeba było również być na wzór i podobieństwo swojego szefa, czyli osobą nijaką. Takie oto przymioty charakteru spowodowały, że PDT namaścił Arłukowicza na ministra zdrowia.
Arłukowicz nie posiadający żadnego zaplecza politycznego jest w 100% zależny od PDT. Zmarszczenie czoła przez PDT spowoduje, że Arłukowicz wyleci z hukiem z szefowania ministerstwem. Powtarza się syndrom PRL-u , gdzie I sekretarze byli oderwani od rzeczywistości , a Trybuna Ludu z Dziennikiem Telewizyjnym przekonywali naiwnych, jak to jest dobrze w PRL-u. Obecnie przewodnią siłą  narodu jest PO z dostawką PSL  a tubami propagandowymi rządu PO-PSL są: TVN, TVN24, PolSat i Gazeta Wyborcza.
Arłukowicz realizuje przesłanie pani Kopacz, której lekarstwem na służbę zdrowia było i jest uszczelnienie systemu. Mimo uszczelniania systemu, wzrostowi składki i ilości pieniędzy w systemie, kolejki do specjalistów rosną, oczekiwanie na operacje również, ( np. zaćma do dwóch lat), o onkologii nie wspomnę. Prywatyzacja nić nie dała, a główną przyczyną takiego a nie innego stanu polskiej służby zdrowia jest osławione kręcenie lodów, które zapowiadała była poseł Sawicka.
Zastępcą Arłukowicza jest Neumann specjalista bankowości. Stąd nie pacjent jest na pierwszym miejscu lecz koszty,  zamiast pacjenta jest świadczeniobiorca, lekarza świadczeniodawca, nad którymi dominuje płatnik czyli NFZ.
PDT nie przyjmuje do wiadomości faktów, stąd w iście putinowskim stylu nakazał Arłukowiczowi w ciągu trzech miesięcy przedstawić plan likwidacji kolejek. Niestety szamaństwo wsparte nawet voodoo nie poprawi sytuacji. PDT ze swoimi miernotami ( lista miernot PDT) w linku poniżej nic nie zmieni, a że PDT jest mistrzem bajeru przekonała się większość Polaków. Arłukowicz bierze przykład ze swojego mistrza i obieca wszystko. Powiedzenie nikt wam tyle nie da co Tusk obieca pasuje jak ulał do obecnej sytuacji. A wystarczyło realizować plan człowieka , który na służbie zdrowia znał się jak mało kto. Chodzi o śp. prof. Zbigniewa Religę, który miał jedną wadę, wadę nie do przyjęcia dla PDT, był ministrem w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Stąd zwyciężyła koncepcja pierwszej kłamczuchy  III RP Ewy Kopacz o uszczelnianiu systemu, którego wyniki widzimy obecnie.   
    
autor: Andy51

czwartek, 23 stycznia 2014

Prokuratura (nie)zależna od premiera i prezydenta


Czy możecie sobie państwo wyobrazić w kraju o ugruntowanej demokracji, sytuacje, w której premier i prezydent po społu atakują ponoć niezależną prokuraturę za umorzenie jakiejś sprawy ? Jeżeli spytać się o to czy premier/prezydent może ingerować w pracę prokuratury, przeciętnego, Anglika, Niemca, Holendra czy Szweda, przypuszczam , że takie pytanie, byłoby dla niego niezrozumiałe. Jego percepcja nie obejmowała takiego pytania, gdyż coś takiego, podkreślam w krajach demokratycznych, jest nie do pomyślenia. Gdyby jednak tak się zdarzyło, to niezależna prasa nie pozostawiłaby suchej nitki na takich politykach, natomiast politycznie byliby skończeni. Ale czego można spodziewać się po Lisie, Olejnik, Pohanke, Kuźniarze, Zalewskiej, Maziarskim , et consortes ? To towarzystwo wystąpi w wspólnym chórze dyrygowanym przez premiera i prezydenta.
W 2010 roku prorządowe media ekscytowały się domniemanymi naciskami śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na pilotów, żeby wylądowali w Smoleńsku. Nikt nigdy nie udowodnił , że takie zdarzenie miało miejsce, ale potok słów od dyżurnych autorytetów i piór do wynajęcia nie krył  oburzenia.
Dzisiaj mamy ekspressis verbis naciski wygłaszane w mediach przez prezydenta wszystkich Polaków z PO, wspieranego przez PDT na ponoć niezależną prokuraturę, które mówią , nie jesteśmy zadowoleni z umorzenia przez prokuraturę sprawy przeciwko  Antoniemu Macierewiczowi. Sygnał do nagonki dała niezawodna GW, która  ponad 160 stronnicowe uzasadnienie do umorzenia sprawy streściła w paru zdaniach, doszukując się nieprawidłowości w tym umorzeni. GW staje się czymś w rodzaju  Radia Erewań i nie ma co zwracać uwagi na to co pisze, ale dla prezydenta i premiera widać jest to główne źródło informacji.
Ciekawe, że po ponad 7 latach przypomniało się „bohaterom” raportu o jakichś nieprawidłowościach, ale prezydent wszystkich Polaków z PO, jest być może bohaterem raportu lub aneksu do raportu o likwidacji WSI. Kolega prezydenta Palikot, dostał zadanie i stara się wykonać je jak najlepiej.
Daje do myślenia fakt, że prezydent czy premier nie byli oburzeni na umorzenie przez prokuraturę sprawy afery hazardowej, no ale tam czołowymi bohaterami byli ludzie związani z PO, więc nie ma się co dziwić.



autor: Andy51