czwartek, 9 stycznia 2014

Anglofobia i gender, czyli - co słychać na forach..?


JEDYNYM na całym świecie rządem prawnie zobligowanym do tego, aby szczerze, z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem realizować interesy polskie jest rząd... polski!
Znowu tak, jak przedwczoraj - nie chce mi się przepisywać własnych tekstów z forów, choć uważam, że mogą być dla Państwa ciekawe. 
Jeśli ktoś z Państwa interesował się dalszym ciągiem tej dyskusji na moim ulubionym historycznym forum, do której uprzednio odsyłałem, to mógł sam zauważyć, że wątek "rolny" zanikł. Za to rozwinęła się dyskusja o polityce brytyjskiej, a kilku userów dało upust zoologicznej wprost anglofobii. 
Już sama ta dyskusja jest off topem w tamtym wątku - a gdybym chciał tam dyskutować o fobiach, byłby to off top w off topie. Przy tym, anglofobia jest postawą promowaną przez jednego z najprominentniejszych historyków polskiej blogosfery - i, jaka taka, znajduje masę naśladowców. 
Czy naprawdę muszę Państwu tłumaczyć, dlaczego uważam to za postawę irracjonalną..? 
Wielka Brytania wprawdzie nie ma konstytucji w takiej formie, w jakiej występuje to w większości państw kontynentu europejskiego, ale ma, bez wątpienia prawo konstytucyjne - na które składają się zarówno ustawy, jak i precedensy nagromadzone w ciągu wieków. Nieco to utrudnia rozeznanie w sytuacji - ale bez sprawdzania całej tej biblioteki w ciemno twierdzę, że ŻADNE prawo nie zobowiązuje brytyjskiego rządu do tego, aby szczerze, z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem realizował interesy polskie. 
Możecie się zdziwić - ale takiego prawa nie zawiera też konstytucja amerykańska, francuska, niemiecka, czy rosyjska... 
JEDYNYM na całym świecie rządem prawnie zobligowanym do tego, aby szczerze, z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem realizować interesy polskie jest rząd... polski! 
Jest typowym przejawem moralnego i mentalnego wygodnictwa twierdzić, że skoro rządowi polskiemu się to nie udaje - to winny jest ktoś obcy. 
Ot - głupie Polaczki wszczęły miatież w 1830. Wszczęły i przegrały - co nie było trudne do przewidzenia, ZANIM w ogóle do ruchawki doszło. 
Być może - rozstrzygających dowodów na to nie ma, ale poszlaki są - ktoś głupich Polaczków do tego miatieża podburzał. Może to byli Francuzi, może Prusacy, może Brytyjczycy. A może - każdy po trochu..? Nie wiadomo. Mogli to nawet zrobić Rosjanie - tacy, którym konstytucyjne Królestwo Polskie było solą w oku... Wszystko możliwe - wszak, na co już kiedyś w polemice zwróciłem uwagę samemu JKM, nieprawdą jest, jakoby polskie powstanie "uratowało Belgię" - albowiem kluczowe porozumienie, przesądzające o podziale Zjednoczonych Niderlandów, podpisano PRZED wybuchem powstania, a w każdym razie - na pewno zanim do Londynu, gdzie się odbywała poświęcona tej sprawie konferencja, wieść o zamieszkach w Warszawie miała szansę dotrzeć. 
Oczywiście byłoby rzeczą bardzo ciekawą dowiedzieć się, jak to było naprawdę - i nie traćmy nadziei, że może kiedyś się to uda. Jak wiadomo rękopisy nie płoną - a jeśli ktoś Zaliwskiego podjudzał i pieniądze mu dawał, to przecież rękopiśmienne brał pokwitowania - i może jeszcze je ktoś kiedyś znajdzie..? 
Nie rozumiem jednak zupełnie, dlaczego mamy mieć pretensje do jakiegoś ówczesnego Bonda, Jamesa Bonda, który ewentualnie wykonał swój job (i może jeszcze przy okazji wzbogacił genową mieszankę ludu nadwiślańskiego - przy braku antykoncepcji podówczas...) - a pretensji do głupków, którzy dali mu się wykorzystać i wszczęli bezsensowny miatież to już nie mamy..?

Albo - albo. Albo powstanie było "uzasadnionym patriotycznym zrywem umacniającym świadomość narodową" - i wtedy nawet, jeśli jakiś Bond, James Bond, coś miał z tym wspólnego, to Bóg z nim - nie można przecież mieć o to pretensji. Albo powstanie było głupotą, a w takim razie - winni są ci, co je wszczęli i ci, którzy mu przewodzili. Jeśli wszczęli i przewodzili na skutek podjudzania - to dlaczego ma ich to zwalniać z odpowiedzialności? Ktoś ich zahipnotyzował, własnej woli i zdrowego rozsądku pozbawił, nie wiem - psychotropy podał i tak podjudził..? No chyba nie..! 
Mocarstwa w Teheranie oddały polskie Kresy Stalinowi. I znowu - pretensje mamy o to do mocarstw. A konkretnie do "anglosasów". 
Znaczy się - naprawdę uważacie Państwo, że USA i Wielka Brytania miały, jeszcze prowadząc ciężką i wyczerpującą wojnę z Hitlerem, już szykować się do nowej, jeszcze cięższej i jeszcze bardziej wyczerpującej wojny ze Stalinem? Ryzykując że ci dwaj - jak to już wcześniej przecież było - dogadają się w tej sytuacji między sobą i będzie w ogóle paskudnie..? 
Oczywiście - Wielka Brytania i Stany Zjednoczone MOGŁY poświęcić jeszcze kilkaset miliardów przedinflacyjnych dolarów i jeszcze kilka czy kilkanaście milionów zabitych (biorąc pod uwagę postępy Projektu Manhattan - niekoniecznie równo po obu stronach konfliktu rozłożonych...) i pójść na wojnę ze Stalinem, a nawet ze Stalinem, Hitlerem i Tojo jednocześnie - i wygrać.

Miały taką materialną możliwość. Nie skorzystały z niej. 
Tak samo Francja i Wielka Brytania MOGŁY zaatakować Rosję i Prusy (a nawet Rosję, Prusy i Austrię jednocześnie...) w 1831 roku. Albo w 1863. Jak dowodzą wypadki, które miały miejsce dwadzieścia kilka lat później (lub kilka lat wcześniej) - taka wojna zapewne, za cenę jakiegoś miliarda czy dwóch miliardów funtów w złocie i może z pół miliona do miliona trupów - RACZEJ zakończyłaby się zwycięstwem Zachodu i restytucją Polski w granicach z 1772 roku lub lepszych. 
Francja i Wielka Brytania miały materialną możliwość stoczenia i wygrania takiej wojny. Nie skorzystały z niej. 
Ale na Boga! Mieć pretensje do obcych mocarstw o to, że nie chcą broczyć krwią i złotem w interesie Polski..? Ale na jakiej podstawie..? Prawnej..? A gdzie w konstytucji brytyjskiej czy francuskiej jest obowiązek pomagania Polakom..? Moralnej..? Znaczy się - uważacie, że Polaków rząd brytyjski, amerykański czy francuski powinien bardziej cenić niż własnych poddanych..? 
Lepiej się zastanówcie nad sobą, jeśli istotnie takie macie poglądy, jak to wyżej opisałem...


Sądzę, że w przywołanej dyskusji z mojego ulubionego końskiego forum wyraziłem się jasno i niewiele trzeba dodawać. Jedyna rzecz, którą chciałbym podkreślić dodatkowo - to zarzut, bardzo często zwłaszcza przez koleżankę blogerkę Kirę dawnymi czasy podnoszony, jakobykultura powinna bronić się sama
W kolejnych postach przywołanego wątku rozróżniłem dwie przyczyny obecnego kryzysu. Pierwsza jest niejako "naturalna" - albowiem rzeczywiście jest tak, że na skutek zmian od nikogo bodaj osobiście niezależnych, obiektywnych, kultury ludzkie poddawane są presji wyzwań wcześniej nie znanych. 
Do tej pory, tj. gdzieś tak do połowy XVIII wieku - zmiany w układzie sił pomiędzy człowiekiem a naturą były na tyle powolne, iż kultura, odpowiadająca za ograniczenie ludzkich aspiracji i potrzeb do poziomu możliwego do zaspokojenia przez środowisko - nadążała, a nawet wyprzedzała rozwój techniki. 
Od połowy XVIII wieku nasz stopień opanowania środowiska naturalnego rośnie w coraz szybszym tempie. I nie ma takiej kultury, która byłaby w stanie przetrwać to zjawisko nienaruszona! 
Ludzie są bezbronni wobec dobrobytu i pomyślności. Kultury, które stworzyli, przez tysiące lat funkcjonowały w warunkach niedostatku i ciągłego zagrożenia. Niedostatek i zagrożenie były materialnym spoiwem wszystkich do tej pory istniejących kultur. Mało która z ludzkich kultur zawierała jakieś restrykcje chroniące jej nosicieli przed zadławieniem z nadmiaru zbyt łatwo pozyskanego bogactwa - bo takiego zagrożenia po prostu nie było. 
To tak samo jak z obżeraniem się czekoladą. W dziejach naszego gatunku głód, niedojadanie, niedostatek pożywienia - zwłaszcza pożywienia słodkiego, które bardzo rzadko występuje w przyrodzie - to norma. Jeśli więc ludzie widzą jedzenie, to je zjadają. Opychając się, ile wlezie - bo przecież za chwilę tego jedzenia zabraknie i będą głodni. Tymczasem od ok. 100 lat  - jedzenia nie brakuje. I nie brakuje. I nie brakuje. A my się ciągle opychamy po dziurki w nosie czekoladą - tak, jakby to zrobili nasi paleolityczni przodkowie...


Problem ten być może rozwiąże dobór naturalny. Albowiem ludzie niezdolni do powstrzymania się od ciągłego obżartwa już za 2 - 3 pokolenia od teraz powinni po prostu wymrzeć (inna rzecz, że postępy chirurgii plastycznej znakomicie ten pożądany z punktu widzenia zdrowia gatunku proces opóźniają...). 
Niestety - WSZYSTKICH kłopotów wynikłych z nadmiaru nazbyt łatwo pozyskanego bogactwa sama natura za nas nie rozwiąże. Choć - takie, skrajnie restrykcyjne kultury jak Amisze czy wahabici mają przed sobą niewątpliwie wielką przyszłość: zabraniając ludziom korzystania z większości dostępnych obecnie uroków życia - znakomicie ich bronią przed porażeniem nadmiarem. 
Oprócz tego naturalnego, wynikłego z przyczyn obiektywnych i od naszej indywidualnej woli niezależnego kryzysu - jest jednak i drugi. Jest to kryzys powodowany zapoznaniem (fałszywym wyobrażeniem) prawdziwych przyczyn cierpienia trawiącego bardzo wielu ludzi. 
Tak, jak pisałem na forum - ludziom wydaje się, że powodem ich cierpienia jest kultura, narzucająca im takie lub inne restrykcje: własność prywatną (oczywiście - cudzą własność prywatną: bo widział ktoś kiedyś, żeby kogoś o cierpienie przyprawiała własna własność..?), monogamię, określone role społeczne, itd, itp. 
Tymczasem w rzeczywistości powodem tego cierpienia jest niedostatek restrykcji - ludzie cierpią, ponieważ ich kultura nie mówi im, co mają robić. A nie mówi im tego, bo sytuacja jest nowa i nie zdążyły się jeszcze wykształcić żadne kulturowe normy, który by zachowanie ludzi w tej nowej sytuacji regulowały. 
Jest zresztą rzeczą niezmiernie wręcz charakterystyczną, że gdy przychodzi do praktycznej implementacji takiej lub innej utopii stworzonej pod hasłem "znoszenia kulturowych restrykcji" - to w rzeczwistości powstaje systembardziej restrykcyjny. Tak było z "realnym socjalizmem" - nieprawdaż..?
 Ale tak było też i w hipisowskich komunach organizowanych w Ameryce pod hasłem wolnej miłości. Oglądałem kiedyś program telewizyjny, w którym byli członkowie takich komun wspominali swoje doświadczenia. Okazało się, że praktyczna realizacja "małżeństwa zbiorowego" wymaga tak drobiazgowych reguł i tak wiele rodzi napięć i kłopotów, że rozpad komuny i powrót do "mieszczańskiego społeczeństwa" dla większości z nich był doświadczeniem wyzwalającym...


Europejczycy i Europejki przechodzące na islam i wstępujące w szeregi najskrajniejszych, najbardziej restrykcyjnych sekt muzułmańskich szukają tam tego samego, czego szuka wierzchowiec u dobrego jeźdźca: pewnej ręki, braku wahania, bezpieczeństwa i zwolnienia z konieczności samodzielnego podejmowania decyzji... 
Tak, czy inaczej - kultura się nam wali. Nie rozumiem i nie akceptuję postawy, wedle której - a niech się wali, zobaczymy, co z tego wyniknie! Gdy wali się zabytkowy budynek podpieramy go stemplami, wstrzykujemy beton pod fundamenty, ściany wzmacniamy najlepszą stalą. 
Możemy postać i popatrzeć co wyniknie ze zderzenia tradycyjnych kultur z nowoczesną techniką. Ale dokładać do i tak już istniejących problemów jeszcze dodatkowe - podkopując i tak zachwiane kulturowe normy, znosząc i tak zbyt słabe i zbyt nieliczne restrykcje i ograniczenia - i to wszysto w imię ścigania utopii, poszukiwania niemożliwego, w imię działania o którym z góry wiemy, że jest błędne, bo oparte na fałszywych przesłankach..?

autor: Boska Wola






Na skróty – Kanał Panamski


Kanał Panamski przepłynąłem tak ze 20 razy. Oczywiście w obie strony. Choć jak teraz spojrzę, to więcej razy na zachód, z Atlantyku na Pacyfik. A tak po prawdzie z Morza Karaibskiego na Pacyfik.

Zawsze to jest niezapomniane przeżycie, ten malowniczy kanał ze specyficznym systemem śluz na obu końcach, oraz malowniczym, sztucznym Jeziorem Gatun, wyrównującym przetaczające się między oceanami wody, a będącym także miejscem postoju dla mijających się statków oraz źródłem elektryczności dla strefy kanału.

No więc tak, załóżmy, że płyniemy z Atlantyku na Pacyfik. Późnym wieczorem przybyliśmy na redę Cristobalu, tuż przy wejściu do kanału i rzuciliśmy kotwicę, w oczekiwaniu na pilota, który będzie naz przeprowadzał przez śluzy, aż do Gatun, jakieś 30 metrów do góry.

Piloci zazwyczaj pojawiają się rano, rozwożeni motorówkami, dając pół godzinne wyprzedzenie, tak, ze można się przygotować, wystartować silniki, wyciągnąć kotwicę, sprawdzić urządzenia i zająć stanowiska.

Tak już jest na całym świecie, że mimo iż można pilotowi opuścić metalowy, elektryczny, lub hydrauliczny metalowy trap, takie dosyć strome schody, to mimo tego piloci tradycyjnie wchodzą na statek po sznurowych drabinkach pilotowych. Mówię wam, czasami to jest niezła sztuka, gdy motoróweczką fala rzuca dwa metry góra – dół i trzeba szybko, w odpowiednim momencie przeskoczyć na sznurową drabinkę i uciekać do góry, by burta wznoszącej się łodzi nie zmiażdżyła nam nóg.

Teraz zawsze obowiązkowo ma się na sobie kamizelkę ratunkową i nie można nic nieść w rękach, ani mieć założonego plecaka. Te rzeczy później są wciągane linką na górę.


Oczywiście, są wielkie statki, jak tankowce, czy specjalne wszystkie statki badawcze, które mają lądowiska dla helikopterów (helipad) i są nowoczesne porty, jak Rotterdam, gdzie pilota dostarcza się z reguły helikopterem.

No dobrze, pilot już jest na mostku, przywitał się z kapitanem i oficerami, sprawdził precyzyjnie pozycję statku, zapoznał się z parametrami (np. ważne – czy śruba jest prawoskrętna, czy lewoskrętna i czy są dodatkowe pędniki (thrustery) i jakiego typu jest ster) i wydał pierwsze komendy, co do szybkości i kierunku.

Moment spokoju i steward zgodnie z zamówieniem przynosi pilotowi świeżutkie śniadanko, kawę, soki i co tam jeszcze chce.

Do śluz z kotwicowiska zbliżamy się około godziny. Gdy już jesteśmy blisko, dwa holowniki odbierają od nas cumy, by precyzyjnie nas ustawić w pierwszej najniższej śluzie. Stoimy nisko, a ściany śluzy sterczą po obu stronach, jak średniowieczna twierdza. Ściany wznoszą się na jakieś 12 metrów i my też, razem z przybierającą w śluzie wodą, będziemy wędrować do góry z jakieś 10 metrów. I operację tą powtórzymy trzy razy, w trzech kolejnych śluzach, aż osiągniemy poziom jeziora Gatun 26 metrów n.p.m.

Cumownicy bardzo sprawnie przymocowali statek do nabrzeża. Cały czas będą wybierać cumy, gdy woda w doku będzie się podnosić do góry, tak by statek się nie przemieszczał.

Wreszcie zamknięto wrota śluzy. Stoimy jak we wielkiej wannie. Otwarto olbrzymie zawory i woda zaczyna się, co widać gołym okiem, podnosić się do góry.


Nagle, patrząc za burtę, widać, że nie jesteśmy sami! W doku pływają i wyskakują w powietrze delfiny. Te mądre stworzenia szybko opanowały i nauczyły się, że Kanał Panamski, to również dla nich najlepsza droga do przemieszczania się z oceanu na ocean.

Zabieg dokowania w śluzach przeprowadzany jest trzy razy. Statek sprawnie jest przeciągany cumami ze śluzy do śluzy, coraz wyżej i wyżej. Podziwiam zsynchronizowaną pracę czarnych cumowników, wykonujących tą samą pracę dzień w dzień, kilkadziesiąt razy. Nie ma miejsca na błąd, czy nieuwagę. Do pomocy mają małe lokomotywki, popularnie zwane mułami, bo kiedyś w zamierzchłej przeszłości, to właśnie muły ciągnęły statki linami przez śluzy.

 Ostatnia, górna śluza otwarta, wpływamy, wraz z towarzyszącymi nam delfinami na wody Jeziora Gatun i tam rzucamy kotwicę. Przyjdzie zaczekać parę godzin, aż pokaże się konwój statków płynący z Pacyfiku i dalsza droga będzie dla nas wolna.



Jezioro jest bardzo malownicze. Dookoła otacza nas tropikalna dżungla. I ciekawostka. Jak pamiętam, zawsze, gdy stoimy na kotwicy na tym jeziorze, przychodzi krótka tropikalna ulewa. I jest ciepło. Bardzo ciepło.

Panuje tu tropikalny klimat lasów deszczowych. Dosyć nieprzyjazny dla człowieka. Gdy Francuzi zabrali się 1 stycznia 1881 roku do budowania kanału, trochę na hura, bez odpowiednich prac badawczych, choć pod przewodnictwem słynnego Ferdinanda de Lessepsa, twórcy Kanału Suezkiego, to nie przewidywali skali trudności w przebiciu się przez góry.

W początkowym założeniu kanał miał być na poziomie oceanów, bez żadnych śluz i doków. Kolosalna robota i olbrzymie prace ziemne.

W tamtych latach nie znano jescze roli komarów, w rozprzestrzenianiu malarii. No i właśnie malaria i żółta febra zebrały wśród budowniczych kanału okrutne żniwo. Szacuje się, że około 25 000 ludzi zmarło przy budowie kanału, a 200 000 zachorowało na malarię.

Francuzi przeliczyli się z siłami i po ośmiu latach firma budująca kanał ogłosiła bankructwo.Coś tam jeszcze dłubali przez parę lat, ale nie były to poważne roboty.


W roku 1903, panamscy rebelianci, przy wydajnej pomocy Stanów Zjednoczonych, oderwali obszar wokół przyszłego kanału od Kolumbii i proklamowali niezależne państwo Panama. A już rok później, Amerykanie kupili od Francuzów za 40 milionów dolarów wszelkie prawa do kanału, wraz z całym pozostawionym sprzętem.


Już w 1904 roku Amerykanie zabrali się do roboty nad kanałem, co było największym projektem technicznym na świecie tamtych czasów.

Odstąpiono od francuskiej koncepcji przekopania kanału na poziomie morza i zdecydowano się na sysytem śluz, z kanałem na wysokości 26 metrów n.p.m. Istotnym elementem było jezioro Gatun, największy wodny rezerwuar zbudowany dotychczas przez człowieka. Jezioro systemem rurociągów, pomp i zaworów, zasilane jest wodami Pacyfiku.

Od początku też Amerykanie zabrali się za problemy sanitarne. Odkryto rolę komarów w rozprzestrzenianiu zarazy i poprzez intensywną dezynsekcję uporano się z plagą malarii i żółtej febry. Teren wokół kanału przestał być najbardziej chorobotwórczym obszarem na świecie.

Budowa praktyczne trwała 10 lat i w roku 1914 pierwszy statek przepłynął z oceanu na ocean, a do pełnej eksploatacji oddano w 1922 roku.

Początkowa przepustowość kanału wynosiła około 1500 statków rocznie, by w chwili obecnej wzrosnąć do 14 000. czyli około 40 statków dziennie.

Największe statki, które mogą obecnie przepłynąć kanał, to tzw. panamaxy..

Gdyby nie było Kanału Panamskiego, to podróż z Atlantyku na Daleki Wschód musiała by się odbywać przez Kanał Sueski, Morze Czerwone i Ocean Indyjski. Kanał ma w szczególności strategiczną rolę dla wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych.


W 1977, za prezydenta Cartera, Amerykanie podpisali traktat z Panamą i w 1999 ostatecznie wycofali się ze strefy Kanału Panamskiego i zarząd oddali państwu Panama. Obecnie, w roku 2007 Panama rozpoczęła olbrzymi projekt poszerzenia i pogłębienia kanału. Wybudowane zostaną nowe większe śluzy. Podniesiony ma być poziom wód Jeziora Gatun. Wszystko po to by kanał nie stracił swojego prymatu, jako najkrótsza droga wodna między Atlantykiem i Pacyfikiem.

Na kanale Panama zarabia około pół miliarda dolarów rocznie. A przepłynięcie kanału kosztuje, w zależności od wielkości i typu statku od 40 do 80 tysięcy dolarów.


A my sobie stoimy na kotwicy na Jeziorze Gatun, podziwiamy tropikalne lasy i czekamy, kiedy będziemy mogli popłynąć na Pacyfik.

Wiele statków wycieczkowych z Karaibów tylko wpływa przez śluzy na Jezioro, by dać pasażerom odczucie międzyoceanicznego pasażu i wieczorem powraca na rajskie Karaiby.


Kanał w całości, wliczając w to oczywiście tory wodne płytkich zatok na obu oceanach ma około 80 kilometrów. Jak już napisałem, od strony Atlantyku, w okolicy poru Cristobal są trzy śluzy Gatun, a od strony Pacyfiku, przy porcie Balboa i niedaleko Panama City, śluzy Pedro Miguel i śluzy Miraflores.


Po południu na Gatun zaroiło się od statków przybyłych z obu oceanów. Pora podnosić kotwicę, gdy tylko dyspozytor kanału wydaje takie polecenie. Znowu wody zaroiły się motorówkami, które przywożą pilotów. Ruszamy w dalszą drogę.

Kanał leży 10 stopni na północ od równika, czyli w pełnej strefie tropikalne. Zmierzch tu zapada błyskawicznie. Powiedzmy, dzisiaj słońce zachodzi o 19-tej, a już 15 minut później jest kompletnie ciemno. W tropikach nie ma tak ukochanych przez nas długich letnich wieczorów. Tylko pstryk, jak gdyby ktoś zgasił światło.

Tak więc do pacyficznych śluz Miraflores docieramy już kompletną nocą. Na szczęście wszystko jest fantastycznie oświetlone. Śluzy w odwrotnym kierunku – teraz woda opada, a my wraz z nią. Teraz cumy trzeba wydłużać, by się nie zerwały.

Ostatnia śluza i już port Balboa. Po lewej stronie widać światła Panama City. Jeszcze tylko przejazd pod mostem Bridge of Americas, który symbolicznie łączy Amerykę północną z Południową i już jesteśmy na otwartym Pacyfiku.




Jako ciekawostkę podam, że Kanał Panamski skrócił drogę wodną z San Francisco do Nowego Jorku o prawie 15 000 kilometrów. Warto było to wybudować.



autor: jazgdyni

środa, 8 stycznia 2014

Kłopoty z dziadkiem kombatantem, który nielegalnie dobiera się do komputera


Gdy tylko pogotowie ratunkowe odjechało, a dziadek leżał porządnie przywiązany na ceratce, na łóżku, bo potrafił się złośliwie zmoczyć, a pieluchy nie były takie tanie, Grzegorz, widać, ze zły powiedział:
 Marylko, przecież tyle razy prosiłem, żeby pilnować dziadka i trzymać go z dala od komputera. Mało było, jak ostatnim razem prawie co wyskoczył przez okno, gdy Maurycy puścił na tej tubie "Mury", a dziadek myslał, ze to zdradzeni stoczniowcy przyszli się mścić. Gdyby Murzyn nie złapał go za nogawkę, byłby na dole placek, a nie dziadek Jacek, ha, ha, ha.
 Och Grzegorzu, ty zawsze śmiejesz się z mojego taty. Nieładnie. A przecież on był wówczas w pewnym sensie bohaterski. Nie pomyślałeś, jak to było niebezpiecznie, tak niepostrzeżenie przemykać się do Komendy. Nie każdego wtedy było na to stać.
 Jasne  wtrącił się Maurycy,  o ile pamiętam płacili dziadkowi sto złotych od głowy. Latał, jak opętany, jak ojciec opowiadał.
 To prawda synu  odparł Grzegorz,  jednakże starszym należy się szacunek. Nawet kompletnie zdziecinniałym, jak twój dziadek Jacek.
 No to powiem wam, że dziadek Jacek zdobył skądś kabelek i podłączył w łóżku laptopa do sieci.
 Maurycy zamknij się  przerwała matka.
 A właśnie, że nie  zaparł się Maurycy  i wydaje się, że to właśnie mama dostarcza mu kable, bo jak siedzi pod kołdrą i gada z tym myszowatym, to w domu jest spokój i dziadek nie zakrada się do spiżarni.
 Maurycy! Ostrzegam!
 Nieważne... I znowu bawili się w agentów; jeden był CIA a drugi chyba Mosad.
 Marylko, do cholery jasnej  Grzegorz poważnie się zdenerwował  przecież wiesz, że rozmowy dziadka z myszowatym zawsze kończą się wezwaniem karetki pogotowia. W końcu nas oskarżą, że bezprawnie wyłudzamy świadczenia z NFZ. Ja nie dam ani grosza jak przyjdzie znowu komornik.

 Komornik ostatnim razem przyszedł niesłusznie  wtrącił Maurycy  skąd mogliśmy wiedzieć, że dziadek zgromadził w piwnicy tysiąc butelek maksymalnie zgazowanej wody sodowej, w celach bliżej nam nie znanych i one eksplodowały, tak, ze wyleciały szyby na całej ulicy, ci starzy Beckerowie przez dwa dni szukali schronu pe-lot, a Murzyn do dzisiaj ma tik nerwowy i dziwnie porusza ogonem, nie na boki, tylko góra-dół.

 Widocznie to przemówienie Maurycego rozbudziło jakąś isktę świadomości dziadka Jacka, bo nagle zaczął wywrzaskiwać:
 Wysadzić stocznię! Wszyscy pod mur! Ja was urządzę!

 Marylko, natychmiast daj mu butelkę ze smoczkiem, bo oszaleję  w Grzegorzu jeszcze tliła się wątła nadzieja spokojnego popołudnia i odpoczynku w domu.

Przecież jutro czekał kolejny pracowity dzień.


autor: jazgdyni



wtorek, 7 stycznia 2014

AAAAALKOMATY - Tanio !!!

AAAAALKOMATY  -  Tanio !!!
 
 
Okazja!!!
 
Importowane, o najwyższej jakości
Alkomaty
 
Precyzyjne, o zakresie od 0 do 100 promili
Natychmiastowy odczyt,
Dodatkowe funkcje
Bateria starcza na 5 lat, więc jak wyjdziesz,
To jeszcze działa.


Radzimy szybko zamawiać
Bo towar w promocji na wyczerpaniu!!!


Dla oszczędnych polecamy

Baloniki alkotestowe
Pakowane po sto sztuk
Niezawodne i tanie



W sprawie większych dostaw
Proszę kontaktować się z
Donaldem z Półtuska,
Kontakt znany redakcji.

autor: jazgdyni

Niepewność, która zabija szczęście


Chyba ciągle jest jeszcze żywa idea, bardzo szczytna, która była nazwana - eudajmonizm* państwowy. Zakładała ona, że obowiązkiem państwa jest pomnażanie szczęścia swoich obywateli. Popieram ją jak najbardziej. Czy Tusk o niej słyszał?


Niepewność jest tym, co nas powoli zabija. Jesteśmy bez przerwy niepewni – niepewni przyszłości, niepewni zdrowia, niepewni partnera, niepewni pracy. Przez to nie jesteśmy nigdy tak naprawdę szczęśliwi.
Zawsze do pełni szczęścia potrzebne jest nam poczucie bezpieczeństwa.


Mój przyjaciel Kurt ma starszego brata Kristiana. Spotkałem go w Kopenhadze. Jest kloszardem z wyboru. Trochę gra na ulicach. Ponieważ robi to dobrze, zawsze parę koron na przeżycie ma. Nie ma stałego domu i nie ma też stałej partnerki. No i oczywiście nie ma też dzieci. Długo z nim rozmawiałem przy butelce Tuborga. I na koniec stwierdziłem, że jest to najszczęśliwszy człowiek, jakiego spotkałem. Wydawać by się mogło, że to absurd. Jakie on może mieć poczucie bezpieczeństwa? Przecież nawet nie wie gdzie on będzie spał. Odpowiedział mi, że spać może wszędzie, bo niczym nie jest związany. To niesłychane poczucie wolności dawało mu takie szczęście. Swoboda pokonała bezpieczeństwo. Bo bezpieczeństwo niestety wiąże się z obowiązkami. Taka właśnie życiowa pułapka.


Mamy potężny kapitał bezpieczeństwa tuż po urodzeniu. A potem już go tylko trwonimy. Rzadko komu udaje się zachować choć fragment tego poczucia do pełnoletniości. Już w wieku paru lat możemy czuć się niepewnie. Bardzo dużo zależy od domu, wychowania i otoczenia.
I później już tak jest zawsze. Coraz mniej jest poranków, gdy budzimy się z uczuciem – ach, nowy cudowny dzień przede mną. Raczej z rana robimy bilans aktualnych zagrożeń, obowiązków i ryzyka, które się z tym wiąże.


Już jest prawie 50 lat od momentu, gdy Hans Hugo Seyle, kanadyjski profesor z austriackimi korzeniami, rozpowszechnił i wprowadził do światowej świadomości pojęcie stresu (1956 „The Stress of Life). Mimo różnych późniejszych teorii, ta zdefiniowana przez niego nadal wydaje się najbardziej prawdziwa - stres jest zaburzeniem homeostazy spowodowanym czynnikiem fizycznym lub psychologicznym. Czynnikami powodującymi stres mogą być czynniki umysłowe, fizjologiczne, anatomiczne lub fizyczne.
Homeostaza, jak wiemy, jest optymalną równowagą całego organizmu, równowagą fizyczną i umysłową. Można z dużą pewnością powiedzieć, że pełna homeostaza to zdrowie i szczęście.
Stres jest reakcją, zarówno fizjologiczną, jak i psychologiczną będącą odpowiedzią na działanie stresorów (sytuacji wywołujących stres).

Stres zaburza homeostazę, lub mówiąc prościej, wyprowadza nas z równowagi. Silny stres może nawet zabić, lub mocno okaleczyć każdego.
Szereg chorób somatycznych związanych jest z niemożnością radzenia sobie ze stresem. Czyli chorób czysto fizycznych, nie psychicznych.
Oczywiście, istnieje w świecie naukowym opinia, że stres jest niezbędnym elementem życia, bez którego nie można się prawidłowo rozwijać. To też prawda. Ale istotny jest poziom stresu, poziom, przy którym dajemy sobie jeszcze z nim radę. Psychologia definiuje stres, jako dynamiczną relację adaptacyjna pomiędzy możliwościami jednostki, a wymogami sytuacji. Mamy wbudowany imperatyw, żeby w przypadku zaburzenia bodźcem zewnętrznym, bądź wewnętrznym, który jest czynnikiem powodującym stres, (czyli stresorem), natychmiast dążyć do przywrócenia równowagi.


Niejeden może powiedzieć – no dobrze, po co to dążenie do równowagi? Zawsze coś jest źle i musimy żyć w napięciu i nawet w cierpieniu. Trzeba się do tego przyzwyczaić i już. Czy ja wiem? Czy Bóg naprawdę każe nam cierpieć? Czy Bóg nie wzywa nas do dążenia do doskonałości? Może szczęście jest tą doskonałością.


Dosyć powszechnie dążenie do szczęścia jest uważane za grzeszną sprawę. Dzieje się tak, dlatego, gdyż błędnie rozumie się hedonizm*.
Hedonizm jest dążeniem do przyjemności a nie do szczęścia. Często za każdą cenę. A czy każda przyjemność to szczęście? Oczywiście, że nie! Bardzo dużo zależy od etyki. Już lepszy od hedonizmu jest epikureizm* – filozofia, która się pytała, jak osiągnąć szczęście w życiu doczesnym.


Czy jest ktoś taki, kto nie chce być szczęśliwym? Chyba nikt. Jeżeli mimo tego, ktoś się nie zgadza, to sam siebie okłamuje.


Dlaczego więc tak mało z nas może uczciwie przyznać, że jest naprawdę szczęśliwym? To właśnie przez ten nieustanny niepokój, w dużej mierze wypływający z poczucia zagrożenia bezpieczeństwa.
Lecz, czy ktokolwiek również pomyślał o tym, że nie zazna również pełni szczęścia ten, kto nie osiągnął absolutnej wolności.
Więc ważna jest kolejność – najpierw wolność, a potem szczęście.


Wbrew pozorom, jednostka o mentalności niewolniczej ma bliżej do pełni szczęścia, niż człowiek wolny – pan swojego losu. Wielu ludzi wprost marzy o tym, by zdjęto z nich ciężar decydowania, obowiązek nieustannych wyborów, by dano im miskę strawy i rozrywkę od czasu do czasu. Niewolnik jest zawsze dobrze usytuowany w strukturze społecznej i tak naprawdę, nie ma ochoty na zmiany. Zmiany oznaczają stres i zagrożenia. Kastowa struktura Hindusów, z takich prozaicznych powodów trzyma się dobrze.


Jednakże bywa i tak, że zawirowania społeczne lub polityczne, tak jak Polska w 1989 roku nagle uwalniają ogromne rzesze niewolników. Choć właściwie, to dają im złudzenie, iż zostali uwolnieni. Wówczas znaczna część reaguje tak, jak ten Grek, były niewolnik, w starożytnym Rzymie – nic się dla niego nie zmienia. Tylko frustracja jest większa, bo czuje się potencjalną, ale już z góry zmarnowaną szansę. Natomiast część tych nowych wolnych ludzi, zapatrzonych we wzorce, które im były podsuwane, różne pseudoelity, bohaterów shawbisnesu, fałszywych mędrców zaczyna straceńczą pogoń za nowym, wyścig szczurów, kończący się zazwyczaj samozagładą. To głównie ci młodzi, wykształceni z dużych miast. Posiedli krótkotrwałą wolność i w pogoni za ułudą natychmiast ją stracili w trybach korporacyjnego molocha. Jeszcze trochę będą się okłamywać, że tego właśnie chcieli, że to jest właśnie to szczęście, które na nich czekało. Naiwni, zostali kupieni i sprzedani, jak czarnoskóry Etiopczyk na targu w Marakeszu.
Daj Boże im tyle rozumu, by w końcu przejrzeli na oczy.


Dania jest często opisywana dwoma określeniami: to najnudniejszy kraj na świecie, oraz: to kraj najszczęśliwszych ludzi. Na oko widać pewien dysonans w tych opiniach. Czyżby? Nuda to stabilność, czyli coś, co dramatycznie zwiększa poczucie bezpieczeństwa ludzi.
Jak na tym tle wypada Polska szczególnie pod rządami obecnej ekipy. Wygląda źle. Głównie dlatego, że jest bardzo dużo rozgoryczenia. Ponad 20 lat minęło, lat pogoni za światem, a efekty są marne. To nie tak, że baza materialna się zwiększyła. Zwiększyła się jednocześnie świadomość i ludzie nagle widzą, że ciężko pracują, a efekty tego są marne. Jesteśmy jednym z najciężej pracujących narodów Europy. Powinniśmy być bogaci. A nie jesteśmy. Praca nasza jest nagminnie marnotrawiona. Stąd poziom frustracji jest wysoki. Na dodatek ekipa Tuska rozbudzała wyobraźnie malutkich, a to drugą Irlandią, a to „zieloną wyspą”. Niestety, były to chełpliwe obietnice bez pokrycia. Cynicznie wypowiadane. Polaryzacja społeczeństwa za ostatniego rządu tylko się pogłębiła. A grupka beneficjentów jest bardzo nieliczna. Dodatkowo jeszcze podeptano naszą godność narodową i wystawiono na szwank nasz honor. A wspólne bezpieczeństwo? Tylko się zmniejsza z każdą nową ustawą, czy rozporządzeniem. Pan Tusk sam się określił, że on jest tylko „od ciepłej wody”. Czyli „tu i teraz” – chleba i igrzysk. Zarządca niewolników powoli przykręcający im śrubę.
Widząc wszystko, co się dzieje w kraju, niepokój tylko może być większy. Znaczy to, że przyjdzie jeszcze nam poczekać na szczęście w naszej biednej ojczyźnie.
Chyba ciągle jest jeszcze żywa idea, bardzo szczytna, która była nazwanaeudajmonizmem* państwowym.Zakładała ona, że obowiązkiem państwa jest pomnażanie szczęścia swoich obywateli. Popieram ją jak najbardziej. Czy Tusk o niej słyszał?


Jeszcze na koniec warto wspomnieć o monumentalnym dziele Władysława Tatarkiewicza „O szczęściu”*. Krótki tytuł dla pracy, której poświęcił 30 lat swego życia, w tym dwie wojny światowe.
Pierwotnie tytuł miał brzmieć „O względności szczęścia”, co miało być nawiązaniem do innej pracy „O bezwzględności dobra” (bezwzględność dobra, czyż to nie piękne?)
W jednym z rozdziałów, bodajże w 17, wielki filozof stawia taką tezę – każdy z nas ma swoją własną pulę szczęść i nieszczęść. Bilans tego określa nasze subiektywne poczucie szczęścia. I ten bilans, w długich okresach życia, jest naszą osobistą wartością stałą. Po prostu – wszyscy ludzie są mniej lub bardziej szczęśliwi, bo to wynika z ich charakteru.
Jak ktoś, kto ma niskie poczucie szczęścia, co oznacza, że ma wysoki słupek swoich nieszczęść, a jako, że właśnie nikt mu ostatnio nie umarł, nie rozwiódł się i nie wyrzucili go z pracy, to znajdzie setkę drobnych nieszczęść, często wydumanych, by natychmiast uzupełnić swój przyrodzony bilans szczęść i nieszczęść.


W ostatnim rozdziale Władysław Tatarkiewicz pisze o najważniejszym – „Obowiązek szczęścia i prawo do szczęścia”.
Jeśli kogoś zaniepokoiłem, to przepraszam.

*Hedonizm (gr. ἡδονήhedone, "przyjemność", "rozkosz") – pogląddoktryna, uznająca przyjemnośćrozkosz za najwyższe dobro i cel życia, główny motyw ludzkiego postępowania. Unikanie cierpienia i bólu jest głównym warunkiem osiągnięcia szczęścia.
Wyróżnia się:
*Epikureizm – kierunek filozoficzny zapoczątkowany w starożytności przez Epikura, w ok. 306 r. p.n.e. kontynuowany także w czasach nowożytnych. Podobnie jak w większości kierunków filozoficznych hellenizmu dla epikurejczyków najważniejszą dziedziną filozofii była etyka – uważali oni, że podstawowym zagadnieniem filozoficznym jest szczęście, które upatrywali w przyjemności.

*Eudajmonizm (z gr.εὐδαίμων eudaimon – "szczęśliwy", dosł. "mający dobrego ducha") – stanowisko etyczne głoszące, że szczęście (eudaimonia) jest najwyższą wartością i celem życia ludzkiego. Eudajmonizm występuje prawie wyłącznie w teoriach etycznych hellenizmu. Eudajmonista rozumie szczęście inaczej, niż zazwyczaj rozumie się je współcześnie: nie jako subiektywne zadowolenie, ale jako pewien stan zachodzący na skutek właściwego postępowania, np. apatheięataraksję czy eutymię.
W epoce nowożytnej powstał eudajmonizm państwowy, zakładający że obowiązkiem państwa jest pomnażanie szczęścia swoich obywateli.
*”O szczęściu” Władysław Tatarkiewicz - http://pl.wikipedia.org/wiki/O_szcz%C4%99%C5%9Bciu
===========================



autor: jazgdyni

niedziela, 5 stycznia 2014

Cisi poplecznicy Tuska


Będzie dzisiaj nawalanka? Już dyżurni agenci o tym zadecydują. Bo may się nawalać, gnoić, ubliżać, żeby przypadkiem czegoś nie budować.

Czy ciągle jeszcze spora siła Tuska i jego ferajny opiera się tylko na lemingach, tych młodych, wykształconych z dużych miast i na rzeszy kombinatorów, podpiętych finansowo do rządowej machiny rozdającej kontrakty i przewalającej przetargi?
Czy to tylko zachodnie, głównie niemieckie media, propagujące pupila Angeli Merkel spajają ludzi podtrzymujących nie-rząd?

Nie proszę państwa, są niestety osoby popierające Tuska po naszej prawicowej stronie. A najgorsze jest to, że jest sporo takich, piszących jako blogerzy i komentatorzy na popularnych prawicowych portalach.

Kto to taki? Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba przypomnieć pewne zasady uprawiania polityki przez obecną ekipę.
Otóż oprócz zapewnienia sobie popracia wyżej wspomnianych lemingów i podwiązanych pod układ kombinatorów, trwa nieustanna manipulacja wokół prawej strony, która jest w opozycji do rządów Tuska.
Chyba już największy tuman zdołał pojąć, że podstawą polityki obecnej ekipy jest kompletna bezideowość i maksymalne nic – nierobienie. Jednakże może to oburzać sporą część społeczeństwa. Trzeba więc się nią zająć, tak, by nie była w stanie głośno i skutecznie protestować.

Ten segment pacyfikacji potencjalnie opozycyjnych obywateli realizowany jest w postaci dwóch głównych filarów: utrzymywanie społeczeństwa w stałym rozedrganiu emocjonalnym, oraz niedopuszczenie do jednoczenia się i krystalizowania się ośrodków opozycji.

I jedno i drugie realizuje przede wszystkim propaganda uprawiana przez pro-rządowe mass-media, które, niestety, stanowią ponad 90% wszystkich publikatorów. Wrzeszczącymi tytułami i podsuwanymi bzdurnymi tematami, takimi jak kibice, nietrzeźwi kierowcy, czy słynna mama Madzi, skutecznie utrzymują emocjonalne i nerwowe napięcie narodu. Jesteśmy wprost bombardowani codziennie klęskami, katastrofami i tragicznymi informacjami, tak byśmy nie znali dnia, ani godziny. Tak, byśmy byli ciągle na granicy silnej nerwicy, bez spokoju i bez poczucia bezpieczeństwa.
Taka działalność wywołuje postawę psychiczną, w której ludzie się łatwo denerwują, są kłótliwi, swarliwi i nie mają do nikogo zaufania. Bo propaganda dobitnie ukazuje, że draniem może być każdy – policjant, lekarz i ksiądz. Na drugiego człowieka należy patrzeć z najwyższą podejrzliwością i w żadnym wypadku nie można mieć do niego zaufania.

Tak przygotowany psychicznie i nerwowo naród, co jest oczywiste, trudno się jednoczy. Prawicowe inicjatywy starające się rozbudzić ruch obywatelski rozbijają się o postawy bierności i nieufności, wytworzone przez oficjalną propagandę.
Z własnego doświadczenia wiecie, że nawet spotkania towarzyskie zamierają, czego nie było nawet w trakcie trwania stanu wojennego. Bylismy wówczas znacznie bardziej zjednoczeni. Teraz to tylko pojedyncze atomy, gotowe zebrać się w 200 tysięcznym tłumie na Skwerze Kościuszki w Gdyni, by oglądać upadłe gwiazdy w Noc Sylwestrową. Wolą to, niż spędzanie tej nocy w gronie przyjaciół, bliskich osób i we własnej atmosferze. Nie, wolą stać godzinami w tłumie obcych, niczym nie zjednoczonych ludzi.
I wszyscy są tak nerwowi, jak nigdy. Wściekły facet, dodatkowo pobudzony alkoholem wjeżdża na chodnik i zabija sześć osób. W Krakowie, młodzi ludzie uzbrojeni w maczety, noże i pałki zatrzymują samochód, wyciągają kierowcę i smiertelnie go masakrują.
Zwykli obywatele robią to, co kiedyś było wyłączną domeną oprawców z UB, KBW, czy ZOMO.
Co się porobiło ?!
To się porobiło, że tak bez przerwy jesteśmy na siebie napuszczani. Mamy być emocjonalnie rozedrgani, źli, a nawet wściekli. Lecz nie na władze, nie na rząd, ale sami przeciwko sobie.
Tak, byśmy się nigdy nie mogli zorganizować.

No dobrze, ale co z tym internetem?
Zostawmy na boku te wszystkie facebooki, onety i tym podobne, które utworzono specjalnie dla lemingów, by mogli się zabawiać. No i oczywiście dla ministra Sikorskiego.
Zajmijmy się tym segmentem internetu, który popularnie nazywa się prawicową blogosferą, a który składa się z szeregu portali społecznościowych, o większej i mniejszej popularności.
Teoretycznie powinien tutaj panować ład i porządek. Przebywa tu bowiem elita, najbardziej świadoma część opozycyjnego społeczeństwa. Niestety, tak nie jest. Zgodnie z prawami statystyki i pod naporem propagandowej psychologii, również tutaj mamy emocjonalne rozedrganie i niemożliwość jednoczenia się.
Czyli dokładnie to, co aparat Tuska realizuje w stosunku do społeczeństwa.
Mamy więc w prawicowej blogosferze rzeszę cichych popleczników Donalda.

W dużej mierze są to, jak to nazywa pan Jerzy Targalski, patrioci – idioci.
Idiotów – patriotów na każdym prawicowym portalu jest sporo. To oni zazwyczaj uzurpują sobie prawo do władzy nad portalem. Mając głowy zapełnione kalkami hasełek i zawołań, tak, że nie ma już miejsca dla rozumu, narzucają tematy dyskusji, oceniają wszystko w koło, starając się rzeczywistość dopasować do prymitywnego schematu, który sobie w swoich mózgach stworzyli. Ponieważ jednak, przygotowani przez tuskową propagandę, są emocjonalnie podminowani, to cierpią na syndrom oblężonej twierdzy. Nie ufają prawie nikomu. Tworzą wyłącznie kliki tak samo myślących. I najgorsze, starają się całkowicie zawłaszczyć prawicową scenę. Ktokolwiek samodzielnie myślący, nie używający bez przerwy wytartych haseł, jest, musi być wrogiem. Akcje wyszukiwania podstępnych agentów, fałszywych prawicowców i niepewnych osobników trwa nieustannie. Zajmuje im to większość czasu. Potrafią wejść na każdą merytoryczną dyskusję i rozpieprzyć ją w trymiga, projektując swoje fobie i szukając wrogów.
Najbardziej twórczy spośród nich tworzą zadziwiające teorie, kompletnie odrealnione, które byłyby śmieszne, gdyby nie to, że to nasze prawicowe.
Często jest to pseudo patriotyczna ekstaza religijna, w której się głosi, że Polska jest Jezusem narodów i musi przejśc podobną drogę cierpienia, by zbawić świat. Albo wprost przeciwnie – Polska, by osiągnąć sukces i pociągnąć narody, musi powrócić do swoich pra-słowiańskich korzeni i ze Światowidem i Swarożycem na sztandarach, tworząc nową polską cywilizację, powieść naród do zwycięstwa.
Cóż oryginały i ekscentrycy są i byli zawsze. A internet dał im możliwość wypowiadania swoich fantasmagorii. Tylko dlaczego mącą w głowach na prawicowych portalach? Przecież to jest dokładnie to, o co Tuskowi i ekipie dokładnie chodzi. Sianie zamętu i odciąganie od najważniejszych spraw dla kraju i narodu.

Portale prawicowe stały się też miejscem produkowania się notorycznych pieniaczy i besserwisserów. Ci są napięci emocjonalnie nawet bardziej niż przeciętni patrioci-idioci. Awantury na portalach wybuchają bez przerwy. Pyskówki zajmują sporą grupę ludzi. A praca dla kraju, dla nas, leży. No i wróg się cieszy.

Oczywiście, są cały czas między nami funkcjonariusze, którzy dbają, by ten stan rzeczy nieustannie podtrzymywać. I jakże często są to ci najgorliwsi, najbardziej mącący i właściciele jedynej słusznej racji, patrioci – idioci.

Powiedzcie sami. Jak tutaj budować silną prawicę? Jak w końcu stworzyć silną reprezentację, która przegna uzurpatorów, zdrajców narodu.
Wszyscy chcemy tego samego – "Ojczyznę wolną racz dać nam Panie".
Ale niektórzy jakby mniej chcą. Bo musieliby zniknąć, wrócić do swych codziennych obowiązków. A tak mogą w tym stanie marazmu i zawieszenia brylować. Tocząc z ust jadowitą pianę, złość i nieufność, podpierani przez rozhisteryzowane kobiety, które nie znalazły szczęścia w życiu.
Oto właśnie jak realizuje się wyrafinowana propaganda fachowców, których Tusk zatrudnił.
Prawicowa blogosfera pełna jest jego cichych popleczników.

autor: jazgdyni


Chrzest Polski


To oczywiste, że władza pochodzi od Boga. A jak ktoś w Boga nie wierzy - to musi sobie zamiast tego krótkiego zdania podstawiać nieco bardziej rozbudowane: władza jest fenomenem naturalnym, produktem ewolucji,
Co oczywiście wcale nie znaczy, że owa niezbywalna dla komfortu psychicznego każdego zwierzęcia stadnego władza KONIECZNIE musi przybierać formę państwa - i to państwa bardzo szczególnego, bo zachowującego się tak, jakby świat się od niego zaczynał i na nim kończył, czyli - jak to zwykłem pogardliwie nazywać: gosudarstwa... 
Nie mam już sił na wysyłanie do "NCz!" kolejnych polemik z ich "etatowym" libertarianinem, panem Wozińskim. Zrobiłem to kilka razy, z czego na łamach ukazały się może ze dwa teksty - i się zniechęciłem. 
Polemiki blogowej też nie będzie, gdyż pan Woziński dawno już temu raczył był oświadczyć, że taki śmieć jak ja na zaszczyt jego odpowiedzi nie zasługuje... 
No cóż? Muszę z tym jakoś żyć... 
Ostatnio przez pewien czas nie kupowaliśmy "NCz!". Wczoraj Lepsza Połowa się złamała i pozwoliliśmy sobie na taki luksus. Ze skutkiem jak wyżej, to znaczy - przeczytałem bezdennie wręcz durny artykuł rzeczonego "etatowego" libertarianina o chrzcie Polski, przeleciałem wzrokiem nieprawdopodobnie absurdalne "prognozy" paru czołowych publicystów, jak jeden mąż wieszczących załamanie się "systemu" już tej wiosny - po czym rzuciłem gazetę na stos innej makulatury, której używamy na podpałkę w naszym "Herculesie".

Czytam "NCz!" mniej lub bardziej regularnie od ponad 20 lat. Co roku JKM lub ktoś inny z "wierchuszki" wieści koniec świata, a przynajmniej - koniec demoliberalnej okupacji - i co roku ta wróżba tak samo odległa jest od rzeczywistości. Jest to zwyczajnie nudne... 
Ładnych parę lat temu jeden z moich Przyjaciół z szeroko rozumianej tzw. "prawicy" oświadczył, że UPR to sekta. I coś jest na rzeczy - niezależnie od etykietki partyjnej i flagi (zresztą, bardzo ładnej...), rytuały się powtarzają. 
Inna sprawa, że NIE ZGADZAM SIĘ z wyborem, którego ów mój Przyjaciel dokonał. To znaczy - skoro nie ma szans na to, by sekta stała się Kościołem (a nie ma!), to należy zaakceptować świat takim, jaki jest i grać wedle reguł, które w nim panują. 
Istnieje trzecie wyjście. Można trzasnąć drzwiami (symbolicznie) i wyemigrować (naprawdę lub mentalnie - ja wybrałem to drugie bo, prawdę powiedziawszy, poza wyrzucaniem gnoju, nie znajduję w sobie żadnych takich umiejętności, które mógłbym sprzedać na "wolnym rynku pracy" gdzieś za Oceanem...). 
Ujadam sobie w kącie - kto chce, ten mojego ujadania słucha, kto nie chce, ten nie słucha. Nie aspiruję do tego, by zmieniać świat. Zupełnie mi wystarczy moje 15,4 ha, gdzie jeszcze bardzo, ale to bardzo dużo do zmiany pozostało... 
Nie oczekujcie Państwo po mnie żadnej Dobrej Nowiny. W rzeczy samej - niezależnie od tego, ile (fenomenalnej!) tarninówki bym nie wypił, nie dostrzegam w przyszłości ŻADNYCH pocieszających perspektyw. Może być tak jak jest (tylko trochę gorzej) - albo inaczej (ale o wiele gorzej!). Jedyna rozsądna rzecz, którą samemu sobie mogę doradzić, to dalsze doskonalenie produkcji (fenomenalnej!) tarninówki. Jeśli nawet nie okaże się to zbawieniem w obliczu totalnej apokalipsy, resetu systemu, załamania (zwijcie to jak chcecie) - to przynajmniej wysiłek się nie zmarnuje, bo będzie z tego zabawa... 

I taki jest mój plan na rok 2014, amen!

autor: Boska Wola




piątek, 3 stycznia 2014

PROWOKATOR

Ponad miesiąc temu wrzuciłem tą humoreskę na portal niepoprawni. I rozpętało się piekło. Dyżurni obserwatorzy uznali go za jątrzący i obraźliwy. Nie rozumiałem, dlaczego. Przecież ewentualnie obraża tylko internetowych agentów. Którzy, wierzę w to mocno, niewątpliwie istnieją. Służby nie mogą odpuścić sobie kontrolowania medium, które pozornie jest całkowicie niezależne. Przekonany jestem, że gdzieś tam w centrali są aktywne teczki - naszeblogi, salon24, niepoprawni, neon24 itd. Więc cóż takiego wzbudziło takie zamieszanie na niepoprawnych. Zobaczcie sami.



Prowokator


To nie była łatwa praca. Plecy go bolały, kark mu drętwiał, a oczy go piekły i zachodziły mgłą, tak, że wydawał majątek na krople do oczu i musiał je zakrapiać co dwie godziny. Wpatrywanie się w ekran i przeszukiwanie czasami wprowadzały go w stan katalepsji. A musiał być dobrze skoncentrowany.
Miał pod opieką trzy portale społecznościowe, których głupota przyprawiała go o paroksyzmy wściekłości, a w których, wbrew poleceniom służbowym i jego przykrywkom, chciał od siebie nabluzgać, nawyzywać i się rozładować. Oczywiście, to było ściśle zabronione. Musiał dokładnie grać przydzieloną mu rolę. Zdawał sobie sprawę, że tu nie było miejsca na emocjonalne improwizacje. Marnie płacili, ale mieli na niego tego gównianego haka i nie mógł tak po prostu, jak to powtarzał w marzeniach, powiedzieć: - panowie, mam was wszystkich w dupie, i walnąć komputerem o podłogę. To mogło by być bardzo przykre dla niego.

Jednakże poza momentami depresji i wścieklicy nawet lubił swoją pracę. Szczególnie, jak dostawał blogera do rozpracowania. Zazwyczaj chodziło o takie prowokowanie i wyszydzanie gostka, by facet sam zrezygnował z pisania. Lecz czasami trzeba było wpieklić chama tak, by podprowadzić go pod paragraf i przygotować powiastkę dla dyżurnego prokuratora. To były najlepsze operacje, choć kosztowały dużo zdrowia, morze kawy i nieprzespane noce.
Nigdy nie odgadł klucza, jakim centrala się posługiwała do wystawiania mu konkretnych celów. Czasami wydawało mu się, że to kompletny nieudacznik, albo rozanielony katol, czy nawet jeszcze gorzej, rozhisteryzowana baba. Jednakże dyskusja z centralą nie wchodziła kompletnie w grę, i z cichutkim – tak jest, wykańczał kolejną ofiarę.

Kilka miesięcy temu dostał podwyżkę, nędznych parę groszy. Wraz z zespołem wykończyli cały durny portal oszołomów. Tak podkręcili i namącili, że zaglądali na niego tylko spragnieni bijatyki zatwardziali internetowi hardkorowcy. Właściciele strony w końcu musieli się poddać i ogłosić sromotną porażkę. Oszołomy rozpierzchły się na cztery strony świata, wić sobie nowe gniazdka na innych powalonych witrynach.
Robili już takie rzeczy parokrotnie, bo centrala chciała żeby był ciągły ruch w interesie i żeby nikt nie urósł ponad dozwoloną miarkę. Poniżej limitu niech się walą i naparzają wykrzykując rozpaczliwie co chwila: Bóg – Honor – Ojczyzna. To ich durne, powszechne zawołanie.

Znowu mu kark zesztywniał. Przeciągnął się, pomasował zmęczone oczy i dopił resztkę coli. Chyba będzie trzeba zrobić coś do żarcia, pomyślał, choć specjalnie nie miał apetytu. Żywił się nędznie i na chybcika. Nie dbał też o elegancję francję. Głowę golił dwa razy w tygodniu i wtedy też przycinał rzadką szczecinę porastającą jego brodę, szyję i policzki. W ten sposób wyglądał niemal klasycznie, gdy w samych gaciach siedział zapracowany przy kompie.

Od paru dni było nieco bardziej nerwowo i bardziej niż na posiłkach leciał na adrenalinie. Bo to była jego prywatna vendetta. Przypadkiem nadepnął mu na odcisk i boleśnie ośmieszył jeden z jego wielu nicków, pewien arogancki palant piszący o dupie Maryni. Miał już od dawna na niego oko, ale wydawał się raczej niegroźny. Nie wrzeszczał i nie wzywał na barykady. Tak jak wszyscy nabijał się z tego lub owego rządowego buca. Wyglądało na to, że centrala kompletnie nie była nim zainteresowana. Mimo tego, ten marny kret zgromadził już sporą grupkę takich samych jak on miłośników kreciej roboty. Sytuacja by nie była warta splunięcia, gdyby ten buc nie zaczął się jego czepiać i naśmiewać się, że pewnie jest nieogolonym, łysym karkiem, siedzącym bez przerwy przed ekranem. Prawdziwość tych insynuacji ubodła go strasznie. Wstał nawet na chwilę od pracy i udał się do łazienki, by tam przed lustrem, długą chwilę poprzyglądać się sobie. Fakt, nie da się zaprzeczyć, był łysym, nieogolonym karkiem. Ale, kuhwa, ten arogancki buc nie ma prawa tak do niego mówić!

Ja cie synku rozpracuję – pomyślał mściwie. Wybrał inny ze swojej kolekcji nicków i rozpoczął podjazdową wojenkę, cicho pogwizdując przez szparę w górnych jedynkach. Jest przecież w swoim mniemaniu, jednym z najlepszych prowokatorów całej służby. Robota była misterna, wprost koronkowa, ze wznoszącymi się akordami, tak by tego głupka podprowadzić na określoną pozycję, a potem go zaatakować z grubej rury. Po tym, nie pozostanie mu nic innego, jak tylko sperdzielać z podkulonym ogonem, a fama rozniesie się po blogosferze i bucowi nie pozostanie nic innego, jak tylko zaszyć się w mysiej dziurze na długi, długi okres...

Do ostatecznej zagrywki pozostały tylko godziny i dzisiaj zada końcowy, mistrzowski cios. Trzeba tylko poczekać na sprzyjającą okazję. Ten arogant bez wątpienia wkrótce ją dostarczy.

Jest! Jesteś rybko – pomyślał prawie z rozczuleniem, gdy ten mu wprost podłożył się następnym, idiotycznym wpisem, - teraz już ciebie nie wypuszczę – zachichotał podniecony, jak zawsze przed decydującym starciem. Wymierzył pierwszy werbalny cios i czekał na odpowiedź.

Leżący obok na biurku służbowy blackberry Q10, kodowany telefon służb i polityków, zaświergolił cichutko.
- Nie teraz – podniecony zamruczał, ale spojrzał na ekran: - Kuhwa, szef.
- Tak szefie, o co chodzi? – Już normalnym, zdyscyplinowanym głosem rzucił do telefonu.
- Co ty sobie kurwa wyobrażasz?! – ryknęło w słuchawce – rok cały pozycjonujemy człowieka na tym portalu, a ty teraz zaczynasz go rozpieprzać!? Kto ci kazał?! Nie wiesz co robić? Zdurniałeś, czy co!
Jak mi tą operację rozwalisz, to wypierdolę cię na zbyty pysk i zostaniesz zwykłym krawężnikiem do końca życia!!!

Trzask..., telefon zamilkł. Wściekłość w najlepszym prowokatorze (w swoim mniemaniu) cichutko bulgotała. Koniuszki palców aż go piekły, bu skończyć, jak zaplanował z cholernym bucem.
Po dobrej chwili jednak się opanował. Cóż, służba nie drużba...

autor: jazgdyni