poniedziałek, 28 października 2013

Fikcje i prawdy albo nędza manicheizmu


Kultura wymaga przestrzegania pewnych "koniecznych fikcji". No chociażby takich, jak "wolność woli" (bez której niemożliwa byłaby odpowiedzialność karna - o czym już kiedyś pisałem). Czy "powszechna znajomość prawa".
Można domniemywać, że tego rodzaju "konieczne fikcje", "byty umowne" są czymś względnie relatywnym kulturowo (aczkolwiek nie spotkałem się z przypadkiem takiej kultury, w której władza powstrzymałaby się przed ukaraniem przestępcy tylko dlatego, że powołał się on na nieznajomość wydawanych przez nią praw - zaś eksperyment z odstąpieniem od fikcji "wolnej woli" i uznaniem przestępstwa za produkt "społecznej opresji" jest na tyle świeży, że trudno o nim coś powiedzieć, w każdym razie - coś pozytywnego...).
Skąd się takie "fikcje" biorą..?
Jak dla mnie ich istnienie jest pewnym ważnym tropem wskazującym na istnienie pewnej fundamentalnej ciągłości pomiędzy "naturą" a "kulturą". Wiemy przecież bardzo dobrze, że najpierw istniało społeczeństwo - a dopiero długo, długo potem, pojawiła się jakaś próba refleksji o tym, dlaczego ludzie łączą się w grupy, co te grupy spaja i dlaczego działają one tak, a nie inaczej. Najpierw istniało prawo - a dopiero długo, długo potem: nauka o prawodawstwie (przy czym, zresztą, i jedna i druga z tych refleksji nie zawsze i nie przez każdego będzie za "naukę" uznawana - chociażby dlatego, że brak im typowej dla przyrodoznawstwa ścisłości, mnóstwo jest za to ideologii...).
Tak samo jak nauka (a nawet "nauka"...) wyłania się stopniowo z pewnej praktyki - tak i kultura wyłania się z natury. Nie istnieje tu jakiś ostry, manichejski podział, przeciwieństwo! To, że ludzie żyją ze sobą w społeczności jest fenomenem NATURALNYM. Tak samo jak to, że uznają własność, władzę, prawo i jakieś restrykcje tyczące się życia seksualnego.
Gdy mój ulubiony libertarian, kolega GPS powołuje się na przykład małżeństwa jako dowód na to, że kultura może przezwyciężyć naturę (bo jego zdaniem"stanem naturalnym" był ciągły gwałt zbiorowy...), a tym samym - możliwe jest społeczeństwo bez "terytorialnego monopolu na przemoc" - to oczywiście bredzi, bo czegoś takiego NIGDY nie było. To znaczy - nigdy nie było żadnego "stanu totalnej płciowej anarchii", czy też "stanu zbiorowego gwałtu".


Przecież ŻADNA ze znanych nam społeczności uznawanych za prymitywne tak się NIE zachowuje..! Nie zachowuje się też tak ŻADEN gatunek znanego nam zwierzęcia (jakkolwiek, zachowanie się takich np. bonobo jest rzeczywiście - nader swobodne: zdaje się jednak, że to raczej samiczki przewodzą tam w promiskuityzmie, czyż nie..?). Skąd w ogóle taki pomysł..?

Oczywiście - koledze GPS ten pomysł był potrzebny właśnie po to, by "udowodnić" możliwość "przezwyciężenia natury", a tym samym - możliwość przezwyciężenia takich słabości jak żądza władzy, chętka na życie na cudzy koszt (i tu od razu odpowiadam jednemu z popleczników kolegi GPS na "Neonie24": NIE - z faktu, że ludzie LUBIĄ żyć na cudzy koszt - NIE WYNIKA, iż NIE LUBIĄ, gdy ktoś żyje na ICH koszt! To jest może nielogiczne - ale czy ktokolwiek UDOWODNIŁ, że człowiek jest istotą logiczną..? W rzeczywistości nadzieja na to, że uda się obłowić cudzym kosztem jest znacznie większa niż obawa przed tym, że kto inny popasożytuje na nas. Można sobie ten femonen badać, choćby ankietowo, ponieważ tak się składa, że on po prostu - rzeczywiście ISTNIEJE - a jego praktyczne skutki odczuwamy na co dzień...). Słabości, których skutkiem jest istnienie "terytorialnego monopolu na przemoc".


Natura może się manifestować na więcej niż jeden sposobów. Widzimy to po wielkiej mnogości kultur różniących się rytuałami, szczegółami pewnych instytucji społecznych, a nade wszystko - tym, w jaki sposób tłumaczą same siebie. Czy którakolwiek z tych kultur "przezwycięża" naturę - czy tylko: dorabia sobie jakąś ideologię do stanu, na który tak naprawdę kultura ma wpływ nader nikły..?
To, że musimy sobie TŁUMACZYĆ istnienie odpowiedzialności prawnej fikcją "wolnej woli", czy fikcją "powszechnej znajomości prawa" to wreszcie, że niektórzy próbują tłumaczyć sobie istnienie społeczeństwa np. fikcją "umowy społecznej" (acz moim zdaniem, takie tłumaczenie nie ma krzty sensu - tamte dwie fikcje są rzeczywiście potrzebne, podczas gdy ta jest ewidentnie szkodliwa..!) - to tylko dowody na to, że ani fenomen odpowiedzialności prawnej, ani fenomen życia społecznego, to nie są zjawiska "kulturowe" (gdyby takie były, to pewnie istniałaby tu jakaś zgodność między tłumaczeniem, a tłumaczonym, czyli - nie byłoby fikcji, a jakaś prawda...), tylko naturalne, zwierzęce, istniejące na długo przed pojawieniem się rozumu, artykułowanego języka, a tym bardziej - jakiejkolwiek nauki...
Próba zanegowania indywidualnej odpowiedzialności za popełnione czyny, realizowana obecnie na szeroką skalę w tzw. "cywilizacji zachodniej" - to jest właśnie bunt przeciw naturze. Próba zmiany tego, co zwierzęce i naturalne na to, co ideologiczne, językowe, kulturalne.
Takimi "buntami przeciw naturze" były też próby zniesienia własności prywatnej, próby zniesienia restrykcji w życiu seksualnym, czy też właśnie - owego "terytorialnego monopolu na przemoc". Jak do tej pory jeszcze się nikomu taki "bunt przeciw naturze" nie udał. Jak to mawiają: "ciągnie wilka do lasu"...

autor: Boska Wola

niedziela, 27 października 2013

Lot nad kukułczym gniazdem

Czeka nas wkrótce lot nad kukułczym gniazdem.




Chory na schizofrenię Arkadiusz K. trafił do aresztu za kradzież batonika wartego 99 groszy. Został skazany w trybie nakazowym, bez jego udziału w rozprawie. Nie wiedział o rozprawie również opiekun prawny chorego. Nikt nie zorientował się, że Arkadiusz jest psychicznie chory. Dopiero naczelnik Zakładu Karnego w Koszalinie, który natychmiast rozpoznał stan więźnia, wiedziony ludzkim odruchem, zapłacił za niego 100 złotych grzywny. Wiedział, że przebywanie z kryminalistami może się dla chorego źle skończyć i że nie ma sensu uruchamiać procedury prawnej w sprawie zwykłego aresztu za zabór mienia o wartości  99 groszy.
 Ciężko chory na marskość wątroby pan Tomasz Bober został przywieziony przez matkę z USA do Polski na leczenie.  Dwa dni po powrocie został aresztowany i umieszczony w więzieniu w Tarnowie. Miał do odsiedzenia wyrok za bardzo poważne przestępstwo. Za jazdę na rowerze po pijanemu. Przed przewiezieniem do aresztu został przebadany w izbie przyjęć miejscowego szpitala. Lekarz dyżurny nie raczył zapoznać się z dokumentacją lekarską z USA. Badanie trwało 10 minut. Lekarz orzekł, że pacjent może odbywać karę. (Przypomnijmy sobie ile razy lekarze uwalniali Kiszczaka i Jaruzelskiego od udziału w sprawach sądowych.)
Przez kolejne cztery dni cierpiący na silne bóle pacjent nie dostawał żadnych leków z wyjątkiem No-Spa. Leki przywiezione z USA i zalecenia amerykańskich lekarzy, dostarczone przez matkę w dniu aresztowania, nie zostały przyjęte przez dyżurnych funkcjonariuszy. Na to nie pozwoliła  im podobno procedura. Rzecznik ZK w Tarnowie twierdzi, że pacjent był w bardzo dobrym stanie. Jednak zmarł. Prokuratura umorzyła śledztwo w tej sprawie. Nikt nie czuje się winny.
 Pan Henryk Lachowicz  złowił 7 rybek o wartości 9 złotych w oczku wodnym na swoim własnym terenie. Straż wędkarska zabrała go na 24 godziny do aresztu do Gorzowa. Przyznał się, ale nie do winy lecz do odłowienia ryb z własnego stawu. Nikogo wszak nie upoważniał do jego zarybiania. Został skazany zaocznie na 3 miesiące bez zawieszenia i 1000 złotych kosztów sądowych. Związek wędkarski twierdził, że jest właścicielem pożytków ze stawu pana Henryka dlatego, że ten staw został ( zapewne)  zarybiony przypadkiem podczas powodzi, a właścicielem pożytków z wód płynących jest – jak stanowi prawo- związek wędkarski. Prokuratura w Gorzowie, która postawiła skazanemu zarzuty,   upierała się, że wodę w stawie pana Henryka należy zaliczyć do wód płynących gdyż kiedyś przez ten staw przepłynęła woda powodziowa. Jednak w procedurze apelacyjnej sędzia, pani Renata Nowosadzka uznała , że staw- jak sama nazwa wskazuje- jest wodą stojącą i uniewinniła pana Henryka , a kosztami postępowania obciążyła skarb państwa( czyli nas wszystkich drogi czytelniku).
 Swego czasu propagowano w Polsce program „ zero tolerancji” wprowadzony w Stanach przez burmistrza Nowego Jorku R. Giulianiego . Skierowany był on przeciwko osobom popełniającym drobne wykroczenia – gapowiczom, malującym graffiti i drobnym ulicznym handlarzom. Guiliani był przekonany, że walcząc z drobnymi przestępstwami zapobiega poważniejszym. Nie znaczyło to jednak, że te poważne przestępstwa lekceważył.
 Zasada zero tolerancji w polskim wydaniu natychmiast zdegenerowała się. Oznaczała i nadal oznacza : „ zero tolerancji dla drobnych wykroczeń, za to całkowita tolerancja dla poważnych przestępstw i zbrodni”.
 Nie trzeba długo myśleć, żeby zrozumieć, że o wiele łatwiej jest zatrzymać chorego psychicznie za kradzież batonika czy pijanego prowadzącego rower miedzą ( autentyczne, skazany na pół roku)  niż wojować z prawdziwymi bandytami, szczególnie w świadomości, że sąd  ich i tak uwolni. Funkcjonariusze policji i straży miejskiej chętnie dostosowują się do funkcjonującego w Polsce prawa.  
A nie ma przecież wątpliwości, że prawo jest w Polsce w stanie całkowitego upadku. Porażające w swej bezmyślności są praktyki prawne oraz  bezwładne, bezwolne, skorumpowane, instytucje i struktury. Przykładów nie brakuje. Sędziowie i komornicy uczestniczący w rabunku nieruchomości i fałszowaniu ksiąg wieczystych i testamentów. Prokuratorzy umarzający postępowanie w sprawach tajemniczych samobójstw. Kompromitujące śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej. Dyspozycyjny sędzia Milewski oraz afera Amber Gold. Sprawa Olewnika. Zabójstwo Papały.  
I równie kompromitujące dla wymiaru  sprawiedliwości wyroki w sprawach o 99 groszy,  jazdę po pijanemu i o 7 rybek wartości 9 złotych.  
 Wiele osób uważa, że mniej ważny dla obywateli jest ustrój państwa w którym przyszło im żyć niż skutecznie funkcjonujący system prawny. Niektórzy twierdzą, że łatwiejsze do zniesienia dla człowieka jest nawet najbardziej surowe prawo , o ile jest ono konsekwentnie bez żadnych wyjątków przestrzegane, niż bezprawie i prawo niekonsekwentne, nielogiczne, wybiórcze. Jestem skłonna przychylić się do tej tezy.
Psucie prawa zaczyna się w instytucjach ustawodawczych , a przejawia się charakterystyczną laksacją legislacyjną. . Polega ona na tworzeniu przepisów i ustaw bardzo szczegółowych, oraz najczęściej wzajemnie i wewnętrznie sprzecznych. Takich ustaw, których nie da się przestrzegać, chyba, że w ramach strajku włoskiego.  Doskonale służą one natomiast jako przysłowiowy  kij na psa.
Przykładem, o którym już pisałam jest projektowana modyfikacja ustawy o zwierzętach zakazująca trzymania psów na łańcuchu,  co jest sprzeczne z przepisem nakazującym prowadzanie ich na smyczy.
O wiele poważniejszą jest jednak sprawa ludzi, którzy odsiedzieli już  wyrok za ciężkie przestępstwa , a zdaniem polityków nadal zagrażają bezpieczeństwu obywateli. Są to przestępcy seksualni, wielokrotni mordercy, pedofile i gwałciciele.
Jak  z lubością straszą nas  media-  przestępcy ci deklarują chęć powrotu do swego zbrodniczego procederu. Nie bardzo  w to wierzę - musieliby być idiotami, żeby opowiadać takie rzeczy,  niezależnie od tego co naprawdę myślą.  Niewątpliwie te „strachy na lachy” mają przede wszystkim za zadanie odwrócić  uwagę społeczeństwa od stanu państwa.
 Jednak na mocy przyjętej ostatnio przez sejm  ustawy,  ludzie uznani za zagrażających sobie lub innym, będą na podstawie opinii biegłych potwierdzonej przez sąd., dożywotnio umieszczani w specjalnych ośrodkach.
 Widać tu wyraźnie pewien ciąg logiczny. Podjęto kiedyś decyzję o likwidacji kary śmierci.W konsekwencji pewne osoby , być może nie nadające się do resocjalizacji, znajdą się wkrótce na wolności. Aby temu zapobiec psuje się prawo przyjmując specustawę , która rzekomo ma obowiązywać tylko w przypadku tych osób. Stawiam dolary przeciw orzechom, że ustawa ta będzie służyć przede wszystkim  jako wygodny środek do walki z osobami kłopotliwymi ale nieszkodliwymi. Z pieniaczami sądowymi, niewygodnymi sąsiadami. Również z politycznymi przeciwnikami. Dyżurnych ekspertów i dyspozycyjnych sędziów  wszak  u nas dostatek.
 Nie chciałbym otwierać kolejnej „ puszki z Pandorą” prowokując akademicką dyskusję na temat kary śmierci. Osobiście obawiałabym się jej stosowania w kraju z tak -jak w Polsce- funkcjonującym systemem prawnym. Jednak specustawa likwidująca konsekwencje decyzji o zniesieniu kary śmierci jest nie tylko bublem prawnym, jest  prawnym skandalem.
 Czeka nas wkrótce lot nad kukułczym gniazdem.

autor: Iza

Drugie podejście


Pośpimy sobie dłużej - zapewne, jak co roku gadała jakaś słodka idiotka czy inny pacan na ekranie tv. Nie wiem, nie oglądałem, ale zwykle tak jest...
Pośpimy sobie dłużej - taaa... Weź, idiotko, czy inny pacanie, przekonaj Knedlika, że śniadanie ma dostać godzinę później..! Knedlik poczciwości ogrzysko, muchy nie skrzywdzi - ale śniadanie, rzecz święta, a może nawet najświętsza ze świętych (obok obiadu i kolacji, ma się rozumieć...). Wcześniej - ależ proszę bardzo, zawsze. Ale czekać? Denerwować się..? Toż koń może wrzodów żołądka z tych nerwów dostać..!

Dobrze, że u mnie zwierzyna zawsze ma co jeść, jak nie trawę (w tym roku - na szczęście wciąż jest ciepło, to stado nocuje na Wielkim Padoku - a to daje dwie korzyści: raz, że ma tam trawę, zioła, gałązki, liście, w ostateczności korę drzew, więc nie ma prawa być głodne, a dwa - że ogrodzenie jest pod prądem - i to naprawionym po ostatnich wpadkach - i raczej nie uciekną...), to siano. Więc wrzodów nie dostanie.
Ale i tak - pamiętacie co było rok temu, jak mi się samochód zepsuł i spóźniłem się o godzinę idąc piechotą z Grójca..? Siano pod wiatą było! Tak samo jak i woda. A i tak - spierdzieliły w cholerę, skoro owsika (w symbolicznej przecież ilości...) na czas nie było.
Zresztą - mniejsza o większość. Co myślę o tym bezbożnym szaleństwie "zmiany czasu" to już dawno temu pisałem (i dla mnie ZAWSZE gorsza jest ta zmiana "zimowa"...).
Śniadanie dzisiaj było jak zwykle. No - prawie jak zwykle.
Za to wczoraj - wykonaliśmy drugie podejście do problemu "zdjęć zootechnicznych". Te zdjęcia są oczywiście o tyle paskudne, że nic ciekawego sobą nie przedstawiają. Ale z grubsza chodzi o to, żeby było widać wszystkie odmiany na nogach i pysku. Byłoby fajnie, jakby się przy okazji konisko wyprostowało i wyciągnęło - ale bardzo trudno jest do tego nakłonić dzieci kiedy im się akurat nie chce. Pokazuję zatem tylko te fotki, które Lepsza Połowa strzeliła przy okazji, kiedy ja czyściłem kolejnego delikwenta:



Głowa Mijanka. Jak ja mam właściwie go opisać..? No jak? Przecież wciąż nie wiadomo, czy on będzie ostatecznie jeleni, czy ciemno-jeleni (ewentualnie: jeleni z ciemnymi przerzutami..? W kropki? W kratkę?). 


A już o kształcie tych białych skarpetek na jego nogach, to nawet nie chce mi się gadać! Lepsza Połowa jest historyk sztuki (między innymi) - będzie to na formularzu malować. Ja umywam ręce...


A tu, proszę: brat z siostrą kręcą się przy płocie czekając na okazję, by pod nim czmychnąć. W rzeczy samej - czmychnęły chwilunię potem, jak tylko zajęliśmy się fotografowaniem najstarszego brata...


No i po małą siostrzyczkę musiałem się pofatygować na drugą stronę płotu z uwiązem. Przynajmniej mogę udowodnić, że nasze źrebięta nie takie znowu dzikie - przy boku chodzą.



Po małej siostrzyczce tego prawie że nie widać, ale ma całkiem sporą białą latarnię na pysku (trzeba się uważnie przyjrzeć) i ZDAJE SIĘ maluteńkie skarpetki na obu prawych nogach. Z tym, że tego to naprawdę nie jestem pewien - nie, nie o to chodzi, że się pobrudziła (wypucowałem jak mogłem...). Chodzi o to, że to jest tak nieznaczne, że równie dobrze może się potem okazać niewielkim wysiwieniem, które albo całkiem zniknie, albo będzie się pokazywało na futrze jedynie sezonowo (jej matka TYLKO zimowe futro ma lekko przysypane siwizną...). I bądź tu mądry..! A formularze wypełnić trzeba...

autor: Boska Wola

sobota, 26 października 2013

Fotorelacja z odsłonięcia tablicy w Sopocie poświęconej śp Lechowi Kaczyńskiemu i innym ofiarom


Najwybitniejszy sopocianin śp prezydent Lech Kaczyński, Jego Małżonka i inne ofiary katastrofy smoleńskiej doczekały się odsłonięcia tablicy poświęconej Ich pamięci
W dniu dzisiejszym o godz 12:00 w Sopocie w budynku przy ul Kościuszki 47, miejscu, którym śp. Prezydent Lech Kaczyński wykładał przez 15 lat prawo pracy, odsłonięto tablicę poświęconą Prezydentowi, Jego Małżonce i pozostałym ofiarom katastrofy smoleńskiej. 













autor: Andy51

piątek, 25 października 2013

Korporacja - sracja


Już "profesor" Cyryl Parkinson opisywał, czym różni się proces zatwierdzania budowy elektrowni atomowej, od wiaty na rowery. W przypadku wiaty decydenci wchodzą w każdy najdrobniejszy szczegół. W przypadku elektrowni "przyklepują" tylko ogólną sumę.
Pisałem o tej prawidłowości dawno temu. Właśnie DLATEGO do tej pory Naszej Umęczonej Planety nigdy jeszcze nie zdominowało do końca i w pełni skutecznie tylko jedno supermocarstwo, ani też - jedna korporacja rzadko kiedy ma szansę zdominować na dłużej i rzeczywiście efektywnie jakiś choć trochę większy rynek.


Po prostu - w momencie, gdy skala problemów przestaje przekraczać możliwości przeciętnych w sumie ludzi stojących na czele mocarstwa czy korporacji i gdy zmuszeni są oni w rosnącym stopniu delegować władzę i kompetencje (niezależnie od tego, jak bardzo by tego nie chcieli, a czasem nie chcą w stopniu wręcz patologicznym..!). Jeśli do delegacji władzy nie dojdzie - państwo lub korporacja uduszą się w wyniku decyzyjnego paraliżu (decydentom zwyczajnie nie starczy czasu na podjęcie wszystkich decyzji od których zależy ich przetrwanie...). Jeśli do delegacji władzy dochodzi (a dochodzi - tylko takie państwa i tylko takie korporacje, które to robią, są w stanie przetrwać nieco dłużej...), automatycznie dochodzą do głosu także interesy ludzi, którym tę władzę na niższym szczeblu powierzono.
Zarówno w państwie, jak i w korporacji pojawia się biurokracja, która ma inny zgoła "interes" i inne poglądy na świat niż najwyżsi decydenci (chyba, że biurokracji, jak to się dość często dzieje, uda się przechwycić władzę - wówczas ponownie następuje "zjednoczenie myśli i czynu" - lubo na ogół tylko chwilowe...). Oczywiście - biurokracji TEŻ do pewnego stopnia przynajmniej, zależy na tym, aby państwo trwało, a korporacja zdobywała nowe rynki. Problem polega na tym, że dla zwykłego biurokraty troska o "dobro państwa", czy "dobro korporacji" to są sprawy odświętne, odległe i raczej mało pasjonujące. Natomiast walka o własny awans, o dodatkowe, "prawe", czy "lewe" dochody, o miejsce na parkingu, o zatrudnienie rodziny czy znajomych - to sprawy, które wypełniają codzienne życie biurokraty.


Czasem pojawia się, tak w państwie, jak i w korporacji, przywódca charyzmatyczny, który potrafi swoją osobowością zaczarować podwładnych. Taki czar bywa, że i na "rasowych" biurokratów działa. Przez pewien czas! Ale to jest w sumie genetyczny wybryk. Zdarzy się lub nie.
Istnieją też metody niejakiej optymalizacji zarządzania. Państwa są pod tym względem o tyle w stosunku do korporacji uprzywilejowane, że mogą jawnie lub prawie jawnie uciekać się do przemocy. To znaczy - władca może sterroryzować biurokrację (jak Stalin czystkami na ten przykład!). Może też być tak, że następca tronu lub uzurpator pozbawi władzy (i najczęściej też życia...) nieudolnego poprzednika i grono pasożytujących na nim totumfackich. Stąd - państwa trwają na ogół o wiele dłużej od korporacji!


Tak, czy inaczej jednak, istnieje tu istotna "bariera wzrostu". Którą najnowsze techniki przetwarzania informacji i środki komunikacji niewątpliwie przesunęły (Karol Wielki próbując zachowywać się jak Komisja Europejska - zwariowałby po kilku dniach, jeśli nie po kilku godzinach...). Z całą pewnością jednak jej NIE ZNIOSŁY.
Wiele wskazuje na to, że znakomita większość niemiłościwie panujących gosudarstw NA CAŁYM ŚWIECIE znajduje się w tej chwili na zstępującej części "krzywej wzrostu" i traci kontrolę nad swym niepomiernie rozrosłym, bo bezgranicznie żarłocznym aparatem wykonawczym. To się tyczy nawet tak brutalnych i z pozoru efektywnych reżimów jak Chiny (kontrola państwa chińskiego nad obszarami wiejskimi interioru jest nader chwiejna i w wielu miejscach tylko pozorna...). W przypadku Polski już od dawna "nie wie lewica, co czyni prawica" i właściwie - trzyma się to wszystko w kupie raczej siłą bezwładu i przyzwyczajenia, niż z jakiegoś lepszego powodu.
W przypadku korporacji, owa "bariera wzrostu", ten "szklany sufit" zawieszony jest oczywiście jeszcze niżej niż w przypadku państwa. I bardzo dobrze! O ile znam teorię "tyranii doskonałej", która BYĆ MOŻE byłaby w stanie funkcjonować przez czas bardzo długi (tyle, że jak do tej pory nikt nie był na tyle konsekwentny, by tę teorię w całości wcielić w życie - na szczęście...) - o tyle nie słyszałem o żadnym pomyśle na "korporację doskonałą". Choć, oczywiście, właśnie od czasów "profesora" Parkinsona - całe mnóstwo cząstkowych usprawnień zostało wymyślonych i czasem nawet wdrożonych.
Podstawowy problem polega na tym, że aby korporacja wdrożyła któreś z takich usprawnień - to najpierw jej zarząd musi tego chcieć. A to wcale nie jest takie proste! Powtórzę, co napisałem na początku - owa "bariera wzrostu" bierze się z ograniczeń mentalno - czasowych nie kogo innego, jak właśnie - ludzi sprawujących "najwyższą" władzę. Im bardziej skomplikowane zadanie do wykonania, tym więcej decyzji do podjęcia i tym cięższą pracą jest koordynacja takiego projektu. Bardzo szybko dochodzi do sytuacji, w której albo firma przestaje działać, tygodniami i miesiącami czekając na najpotrzebniejsze decyzje - albo zarząd musi komuś zaufać i "w ciemno" zaakceptować decyzje, w motywy których NIGDY nie będzie miał czasu wniknąć.


Decydenci na ogół bronią się jak tylko mogą przed tą drugą alternatywą. Dlatego zwykle są bardzo zapracowani (o czym nie tak dawno wspominałem). Im bardziej są zapracowani, tym mniej stać ich na szerszą refleksję. W tym choćby taką właśnie - że doszli do "szklanego sufitu" i coś z tym trzeba zrobić. Bodaj - zatrudnić konsultanta, który powie im, jak mogą z tego wybrnąć, tracąc możliwie jak najmniej (bo stracą z całą pewnością, tego się już nie uniknie!). Nie mówiąc już o tym, że zatrudnienie takiego konsultanta, to przecież kolejny projekt, podległy tym samym prawidłowościom, co wszystkie poprzednie...
Kiedy byłem młodszy i pracowałem w dużej korporacji, miałem lepszą pamięć niż mam w tej chwili - pewnie też bardziej rozwiniętą wyobraźnię i większą łatwość podejmowania decyzji (w tej chwili bez narady z Lepszą Połową, to już nawet trudno mi zdecydować, czy najpierw wyrżnąć dziś choć część młodych brzózek, które nam odrosły na zaoranym 5 lat temu gruncie - czy jednak lepiej zająć się źrebiętami i spróbować wreszcie zrobić im te "zootechniczne" zdjęcia, na co ostatnio albo nie było pogody, albo czasu...). W związku z czym, przez 3/4 czasu pracy zbijałem bąki i czekałem, aż "wyższy szczebel" podejmie jakąś decyzję! Do stanowiska, na którym już naprawdę musiałbym się przyłożyć do roboty - wtedy nie awansowałem...

autor: Boska Wola

Ratujmy maluchy przed totalitaryzmem

Totalitaryzm jest zawsze rozpoznawany ex post…



Przysłuchiwałam się dzisiaj z obowiązku  sejmowym obradom w sprawie referendum oświatowego. Przyznam, że dawno nie słyszałam takiego bredzenia. Niejaki pan Bauć czy Bauc co chwila bez najmniejszego związku z tematem rozkoszował się słowem episteme, wręcz je obracał w ustach i smakował. Pewnie naczytał się ostatnio  Michel’a Foucault . Biorąc pod uwagę, że prace Foucault pochodzą  sprzed 30 lat, a sam autor zmarł w 1984 roku,  ekscytacja posła  była dość zabawna.
 Zwrócił również moją uwagę poseł  Włodkowski, śmiałą tezą, że „dzieci chcą być poważane”, a akcje obrońców maluchów to „ emanacja lęku rodziców”.

Przedstawiciele PSL jako argument za gimnazjami podawali bezrobocie wśród nauczycieli jakie nieuchronnie wywołałaby ich likwidacja. Troszczyli się również bardzo o standardy UE , które „naruszymy reformując oświatę z takim trudem dostosowaną do tych standardów”.
Najzabawniejszy był argument, że ludzie podpisujący się w sprawie referendum nie wiedzieli co podpisują.

Wszyscy dyskutanci wydają się zupełnie nie rozumieć o co chodzi. Nie jest istotne czy szkoła ma wysokie czy niskie sedesy i jakie kupiła zabawki.  Nie jest istotne czy w ławce szkolnej siedzi dwoje czy troje dzieci. Również  nie o to chodzi, że szkoły zgodnie z raportem NIK nie są w większości przygotowane na przyjęcie sześciolatków.
Ważne jest zupełnie co innego. Oto kolejny raz ustawodawca dowodzi, że rodzice nie mają żadnych praw w stosunku do własnych dzieci, że dzieci są własnością systemu czyli armii anonimowych urzędników.
Rodzice nie decydują jakim szczepieniom ma być poddawane ich dziecko, zgodnie z jakim programem ma być uczone, jakim ankietom poddane. Jak na razie w Polsce rodzice mogą w skrajnych przypadkach zabrać dziecko ze szkoły publicznej i posłać do prywatnej, albo uczyć je w domu.
W Niemczech home schooling jest w ogóle zakazany, a za próbę ratowania dzieci przed edukacją seksualną jugendamt je odbiera, a rodzice karani są przez sąd.
To za co w wielu krajach idzie się do więzienia w Niemczech jest elementem edukacji seksualnej. Dzieci uczą się anatomii narządów płciowych oraz ich używania do zaspokojenia swoich seksualnych potrzeb. Niemieckie Ministerstwo Edukacji wydało książeczkę „ABC małego ciała. Leksykon dla dziewczynek i chłopców”. Oto cytaty: „Dotykanie jąder może być rozkoszne i piękne”, „Łechtaczka znajduje się z przodu pomiędzy małymi wargami sromowymi. Dotykanie łechtaczki może dostarczyć wiele rozkoszy” „Bycie lesbijką jest dla niektórych ludzi niezwyczajne, ale to jest zupełnie normalne….. Tak jak można mieć ochotę na czekoladę, tak samo kobiety i mężczyźni mogą mieć ochotę na seks z samym sobą”.
W 2006 roku pewna niemiecka rodzina (Plett) zdecydowała się uczyć dzieci w domu protestując w ten sposób przeciwko programowi edukacji seksualnej. Po ucieczce ojca z dziećmi za granicę matka dzieci została aresztowana.

Objęcie dzieci obowiązkiem szkolnym w wieku 6 lat jest w Polsce  swoistą próbą sił. Po zwycięstwie władz w tej kwesti, i obowiązkiem przedszkolnym zostaną objęte pięciolatki, a w przedszkolu będą warsztaty Genderowe ( jak na razie pilotażowe warsztaty odbywają się w niektórych placówkach)  polegające na przebieraniu chłopców za dziewczynki i na odwrót. Jak w wielu krajach zostanie zakazane używanie słowa matka czy ojciec, a może nawet - jak w przedszkolach niemieckich- zostanie wprowadzona  przymusowa nauka masturbacji.

Gorliwcy deklarowali, że ich dzieci posłane do szkoły w wieku 6 lat mają się doskonale . Bardzo się cieszę i gratuluję. Dla mnie do szkoły mogą chodzić nawet niemowlęta i  – jeżeli rodzice tylko sobie życzą – mogą się uczyć masturbacji i praktyk  drag queen. To ich rodziców sprawa. Natomiast ja chcę zachować pełnię władzy rodzicielskiej wobec własnych dzieci.

Wiele osób uważa, że niepokoje osób usiłujących ratować maluchy przed totalitaryzmem państwowym są  przesadzone. Chciałabym im przypomnieć, że totalitaryzm wkrada się zwykle niespostrzeżenie w życie społeczeństw. Gdy rodził się hitleryzm ludzie też uważali, że jego zbrodnicze praktyki ich nigdy nie dotkną . Totalitaryzm jest zawsze rozpoznawany ex post…


autor: Iza

czwartek, 24 października 2013

Miłujący pokój i tolerancję pederaści w akcji (w Warszawie)


Homoseksualna hydra coraz bardziej nachalna, walcząc argumentem tolerancyjności, mają gdzieś tolerancję dla innych niż oni.


Kilka miesięcy temu we Wrocławiu grupa działaczy Narodowego Odrodzenia Polski i kibiców Śląska Wrocław zakłóciła wykład światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana. Narodowcy wypominają mu służbę w aparacie bezpieczeństwa Polski Ludowej. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz skomentował: Nie będę w swoim mieście tolerował nacjonalistycznej hołoty.

We wtorek późnym wieczorem w sali warszawskiego NOT odbył się wykład psychologa, którego organizatorami byli studenci z Krucjaty Młodych oraz ASK Soli Deo. Prelekcję zakłócili jednak homoseksualni aktywiści, obrażali wykładowcę zachowywali się agresywnie i wulgarnie. Poturbowali kobietę i zniszczyli drzwi.

Co doprowadziło  homoterorystów niemal do szewskiej pasji, otóż  dr Paul Cameron amerykański psycholog uważa, że homoseksualizm można leczyć i jest szkodliwy dla społeczeństwa. Pederaści, którzy wymagają od innych tolerancji sami zachowują się jak nazistowska bojówka, która próbuje zerwać nieprzychylne im zebranie.

Charakterystyczna jest postawa mediów, cisza, po prostu „Polacy nic się nie stało”, pederastom można więcej.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,8131,title,Homoaktywisci-zaklocili-wyklad-dr-Paula-Camerona-w-Warszawie,wid,16100567,wiadomosc.html?ticaid=1118a1

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/57729,homoterrorysci-w-akcji.html


autor: Andy51

Fitotoksyczność mikroplastików


Mówiąc po ludzku: jak drobiny tworzyw sztucznych szkodzą roślinom?
Przyczynek do tego zagadnienia odnajdujemy w październikowym numerze „Przeglądu Komunalnego” w artykule Pauliny Brzuzan, prof. dr hab. Pawła Brzuzana, dr inż. Macieja Woźnego i dr inż. hab. Andrzeja Białowca, pod takim właśnie tytułem.
Sprawę oddziaływania (uszkadzania) systemu wydzielania wewnętrznego ludzi przez substancje zawarte w tworzywach sztucznych już ktoś na Neonie podnosił. Przepraszam, nie jestem w stanie „na szybko” tego odszukać. W każdym razie zagrożenie istnieje i (na szczęście) nie wszyscy zamiatają je pod dywan.
Omawiany przeze mnie artykuł z PK mówi o roślinach, ale źródła literaturowe tamże podane odnoszą się i do ludzi. Źródła podam na końcu, kto ma czas, niech poczyta, sądzę, że to może być pożyteczna lektura.
No dobra, przechodzę do sedna, podaję link do artykułu:
 e-czytelnia.abrys.pl/index.php
Tu drugi raz to samo, bo nie wiem jak lepiej się będzie przełączać:
Ale ponieważ nie każdy ma dostęp do PK, to oprócz tego omawiany artykuł poniżej zacytuję i może prawa autorskie nie puszczą mnie z torbami. Tekst podany kursywą to cytaty.

Mowa o mikroplastikach (ang. micro plastics), czyli małych, plastykowych cząstkach – o średnicy nie większej niż 1 mm (…) Mimo, że nie widać ich gołym okiem, stanowią one 80% zanieczyszczeń w wodach przybrzeżnych.  Tu dopisek mój: cóż to za nowotwór językowy te „mikroplastiki”?! Czy nie powinno być „drobiny/mikro drobiny tworzyw sztucznych”?? TFU! Czy PT Autorzy oprócz dbania o środowisko nie mogliby się zatroszczyć także o język ojczysty?
Drobiny mikroplastiku mogą zawierać wiele szkodliwych składników, takich jak związki ołowiu oraz substancje chemiczne wchodzące w skład barwników czy działające jak hormony (ang. endocrine disruptors). Na przykład uważane za nieszkodliwe dla środowiska butelki PET mogą wydzielać ftalany (nie tylko one - dop. mój) – czynniki chemiczne o działaniu zbliżonym do estrogenów, zaburzając prawidłowy przebieg procesów fizjologicznych komórek mających z nimi kontakt (może więc zamiast mieć klapy na oczach w temacie invi powalczymy raczej z przyczynami, np. zrobimy coś dla POPULACYJNEJ poprawy zdrowia reprodukcyjnego facetów, np. oczyścimy środowisko z ftalanów??? – dop. mój – proszę wybaczyć).
Badania (…) dowiodły, iż drożdże hodowane w wodzie przechowywanej w butelkach PET (w ponad połowie badanych butelek) zachowują się tak jak w przypadku hodowli w cieczy wzbogaconej naturalnym estrogenem (…) (ciekawam, która to ta połowa butelek jest taka fatalna – dop. mój).
We wnioskach Autorzy stwierdzają, że wprawdzie na kiełkowanie roślin te „mikroplastiki” wpływu nie mają, ale „Jednak wiele roślin wrażliwych na rozmaite zanieczyszczenia środowiska wskazuje zdolność kiełkowania
i wzrostu korzeni, ale potem przestaje rosnąć.
” Dalej mowa o Chińczykach, którzy odbadali, że wprawdzie ftalany dodane do gleby nie powodują zaburzeń w rozwoju papryki, ale kumulują się w owocu i osiągają stężenia zaburzające syntezę witaminy C. „Może to potwierdzać przypuszczenie, iż zanieczyszczenie środowiska przyrodniczego plastikowymi odpadami niesie odległe w czasie, trudne do przewidzenia skutki.” (Acha, czyli nie dość, że ta ftalanowa papryka zrobi facetowi kuku, to jeszcze i witaminy C nie dostarczy nikomu, już bez względu na płeć. A reszta skutków to chgw.)
Z danych własnych, szepniętych ongiś na ucho, niepublikowanych „Te biodegradowalne reklamówki to szjas okropny. Wcale się nie degradują, tylko rozpadają na mikre kawałki, furgają gdzie popadnie, kto wie czy z racji maleńkich rozmiarów nie są rakotwórcze na płuca, kontroli nad tym nie mamy, wszyscy udają, że to takie cacy a kiedyś się na tym gównie poślizgniemy. Mnie jakoś nie wychodzi, żeby bakterie glebowe toto jadły, może jakaś specjalna kompostownia, ale gdzie u nas taka jest?! W dodatku już całkiem nic nie wiadomo
o szkodliwości metabolitów. To se tak tylko optycznie „znika”, bo się rozpada na niewidoczne drobiny. No to głupie  ludzie myślą, że się pozbyli problemu a to świństwo zanieczyszcza co popadnie i kto wie czy się nie kumuluje
”.
Owe szeptane dane odnosiły się, przypomnę do „biodegradowalnych” reklamówek wciskanych nam jako lek na całe plastykowe zło. Kto miał do czynienia z tymi reklamówkami, to wie, że owe „biodegradowalne” po parunastu miesiącach rozpadają się w ręku na pył i strzępki. Kto jest alergikiem, to w zetknięciu z owym pyłem dostaje natychmiastowego pieczenia a potem egzemy (chyba, że się niezwłocznie wyszoruje szarym mydłem, szczotką
i bógwiczemjeszcze).
Wspominam o tym, bo mnie zastanawia skąd miałyby się brać owe „mikroplastiki”. Autorzy tego nie określają. Czy więc są to produkty rozpadu owych „przyjaznych” i „biodegradowalnych” reklamówek? Inne coś?
No i paczpan, miało być o roślinach a wyszło jak zawsze całościowo (modne słowo „holistycznie”).
Dla lepszej holistyki podaję obiecany na wstępie spis literatury:
1.     QLT.FM: Poliester w żołądku,www.naukaipostep.pl/wiadomosci/przyroda/poliester-w-zoladku.
2.     Sax. L.: Polyethylene Terephthalate May Yield Endocrine Disruptors. “Environmental Health Perspectives” 4/2010.
3.     Wagner M., Oehlmann J.: Endocrine disruptors in bottled mineral water: total estrogenic burden and migration from plastic bottles. “Environmental Science and Pollution Research” 16/2009.
4.     Herring R., Bering C.L.: Effects of phthalate esters on plant seedlings and reversal by soil microorganism. “Bulletin of Environmental Contamination and Toxicology” 40/1988. (czyli już w latach 80tych wiadomo było, że butelki plastykowe trują I MIMO TEGO rozpowszechniano tę technologię, nam też wciśnięto – dop. mój)
5.     PHYTOTOXKIT: Seed germination and early growth microbiotest with higher plants. Standard operational procedure. Materiały informacyjne. Tigret, Polska.
6.     Baran A., Jasiewicz C., Klimek J.: Reakcja roślin na toksyczną zawartość cynku i kadmu w glebie. „Proceeedings of ECOpole” 2/2008.
7.     Motowicka-Terelak T., Terelak H.: Fitotoksyczność glinu, kadmu i cynku w glebach zasiarczonych. „Zeszyty Problemowe Postępów Nauk Rolniczych” 472/2000.
8.     Yin R. i in.: Effect of DBP/DEHP in vegetable planted soil on the quality of capsicum fruit. “Chemosphere” 6/2003.

PS A „biodegradowalny” widelec po 3 miesiącach eksperymentu uprzejma koleżanka wyjęła mi z donicy balkonowej i wyrzuciła! Bez pytania mi tak zrobiła zouza jedna uczynna, „bo myślałam, że to śmieć”! No, w sumie to mało się pomyliła;). Jej zdaniem widelec wyglądał jak nowy, trochę tylko przybrudzony ziemią. Tak więc nadal nie wiem jak to jest z deklarowaną przez wytwórców biodegradowalnością tworzyw sztucznych.

autor: bez kropki

środa, 23 października 2013

Jadą wozy kolorowe...

Czekam kiedy TVN nada wreszcie program o polskim dziecku przerobionym na macę.



Od kilku dni media katują nas historią dziecka rzekomo  porwanego przez Cyganów. Wprawdzie nikt jak dotąd nie używa w prasie i TV określenia Cyganie ale wszystko jeszcze przed nami.
Odkąd pamiętam w naszym kraju niezwykle starannie tępione były zawsze wszelkie negatywne stereotypy związane z Cyganami. Do kanonów politycznej poprawności wpisano obowiązek nazywania ich Romami. Źle widziane były również wszelkie wzmianki o kradzieżach, wróżeniu, porywaniu dziewcząt. Świat Cygański to – zgodnie z kanonami politycznej poprawności- wozy kolorowe, poezje Papuszy i fascynacje Ficowskiego. O niczym innym nie wolno było pisnąć. Pod groźbą śmierci cywilnej w środowisku.
Czy spodziewaliście się państwo, że w rządowych mediach ( TVN spokojnie można nazwać telewizją rządową) będziemy śledzić łzawą historię o blondyneczce zmuszanej w Grecji do żebrania, która być może została porwana lub kupiona  przez Cyganów  w Polsce?

Każde odstępstwo od standardów politycznej poprawności karcone jest trzepnięciem po nosie z gromkim „ a fe”.  Tak jak ja karcę swego psa gdy buszuje po stole. Tak został skarcony (excusez le mot)  abp Michalik.
Nie wystarczyło, że natychmiast przeprosił za słowa relatywizujące rolę ofiar molestowania. Wierni dowiadują się dzisiaj, że rzekomo kupił sobie jakiś tytuł czy dyplom w Cambridge. Jeszcze kilka takich rewelacji, a abp sam podda się do dymisji.

W 1991 r.wiceminister zdrowia KazimierzKapera nazwał homoseksualizm zboczeniem. Natychmiast został zdymisjonowany przez ówczesnego premiera Bieleckiego.
Nie ma tolerancji dla nietolerancji.

Prof. Kazimierz Nowaczyk też usłyszał ostatnio  „ a fe”.  Padł ofiarą redukcji etatów na Uniwersytecie w Maryland.

Okazuje się jednak, że w pewnych okolicznościach nie tylko wolno, lecz warto odgrzebać pewne nośne stereotypy. Widać do odwrócenia uwagi obywateli od stanu kraju nie wystarczy już mała Madzia i księża pedofile.
Polski wątek historii nietypowej Cyganeczki został już oczywiście zdementowany. Teraz podobno śledzi jej losy cały świat. Świat światem - ale my będziemy na pewno je śledzić przez wiele dni.
Czekam kiedy TVN nada wreszcie program o polskim dziecku przerobionym na macę.

autor: Iza

wtorek, 22 października 2013

Trujące grzybki

Znowu zadziałała zasada, że jak się zebrało trujące grzybki trzeba je zjeść bo szkoda czasu spędzonego w lesie.



Zebrano około miliona podpisów w sprawie obowiązku szkolnego sześciolatków. Dokładnie- w sprawie referendum, w którym obywatele zadecydowaliby czy sobie tego obowiązku szkolnego dla sześciolatków życzą. Wczoraj marszałek sejmu, Ewa Kopacz odłożyła głosowanie nad referendum na dwa tygodnie. W czasie tych dwóch tygodni media będą nas zapewne bombardować różnymi tanimi sensacjami i epatować wypuszczanymi na wolność mordercami, żeby odwrócić uwagę od tej sprawy.
Na temat słuszności wczesnej edukacji zdania są podzielone. I słusznie – powinny być podzielone. To rodzice najlepiej orientują się w możliwościach swoich dzieci i wiedzą czy nadają się one do przekroczenia progu szkoły. Prawdziwej szkoły, gdzie będą siedzieć w ławkach , gdzie będą po lekcjach tłoczyć się w ciasnej świetlicy, gdzie zetkną się ze starszymi dziećmi , niekoniecznie życzliwie nastawionymi do maluchów.
Twierdzenie Tuska, że im wcześniej zacznie się edukację tym jej rezultaty będą lepsze i tym więcej Nobli zdobędzie Polska,  jest tak żałosne w swojej głupocie, że nie wymaga nawet komentarza.
Upieranie się przy przymusie szkolnym w wieku sześciu lat jest częścią państwowej "urawniłowki". Wszystkie dzieci mają w tym samym wieku zaczynać edukację, niezależnie czy są do tego gotowe czy nie, wszystkie mają się uczyć tego samego, w ten sam sposób. Nauczycielki przedszkoli zeznają, że zabroniono im zachęcać dzieci do czytania. Klocki z literkami mają być pochowane. Jeżeli jakieś dziecko wyróżnia się zdolnościami należy je ukrócić i zmusić do zabawy lalkami czy samochodzikami. Tymczasem jak powszechnie wiadomo rozwój dzieci nie jest jednakowy. Jedna czytają w wieku trzech lat, inne mają kłopoty z czytaniem jeszcze w wieku 9 lat. Jak wykazały badania nie ma korelacji dodatniej pomiędzy wczesnym rozpoczęciem edukacji i późniejszymi wynikami w szkole. Wręcz przeciwnie – stwierdzono, że dzieci wysłane do szkoły wcześniej, często radzą sobie potem gorzej.

Ośli upór rządu przy reformie edukacji ma kilka konkretnych przyczyn. Przede wszystkim rząd dba, żeby obywatele nie rozpuścili się i nie wyobrażali sobie, że mogą mieć na cokolwiek we własnym państwie wpływ. Referenda dobre dla Szwajcarów okazują się dla Polaków niedobre. Bo przecież jesteśmy społeczeństwem przypadkowym, ciemnym, ksenofobicznym i żeby takie społeczeństwo skutecznie trzymać za mordę należy zaczynać indoktrynację obywateli jak najwcześniej. Nawet więcej niż indoktrynację- łamanie kręgosłupa.

Dzieci polskie mają wyjątkowego pecha do reform oświatowych. Reforma gimnazjum jest klasycznym przykładem wielokroć przywoływanego przeze mnie efektu odwrócenia, czyli działania w określonym celu , które przynosi wręcz przeciwny rezultat. Reforma miała zwiększyć szanse edukacyjne młodzieży z małych ośrodków. Faktycznie te szanse zmniejszyła. Małe wiejskie szkoły, w których dzieci mogły spokojnie uczyć się przez osiem lat zostały  polikwidowane, a dzieci zostały zmuszone do podróżowania do dużych szkół, gdzie spotykały się z przemocą , narkomanią i innymi patologiami.
Gimnazja miały z założenia oddzielić młodsze dzieci od starszych i zapobiec w ten sposób ich demoralizacji. Same jednak stały się ośrodkami demoralizacji. O ile szkoła podstawowa wzmożonym wysiłkiem wszystkich nauczycieli była w stanie poradzić sobie z dwiema trudnymi klasami- ósmą i siódmą, to zgromadzenie dużej ilości młodzieży w buntowniczym wieku w specyficznym getcie jakim stało się gimnazjum zaowocowało eksplozją szkolnych patologii. Trzy lata gimnazjalne to lata stracone również z punktu widzenia edukacji. Jeżeli jak dotąd nie likwiduje się gimnazjów, to tylko dlatego, że włożono w reformę ogromne sumy. To samo stanie się z przymusem szkolnym sześciolatków. Raz wdrożonej ogromnym kosztem reformy nikt nie odważy się odwołać.
Znowu zadziałała zasada, że jak się zebrało trujące grzybki trzeba je zjeść bo szkoda czasu spędzonego w lesie.

autor: Iza