poniedziałek, 7 października 2013

Grzybki, temat lekki i smaczny


Dzisiaj o jesieni, a jak jesień to grzyby, a jak grzyby to opieńki , które po zamarynowaniu są wyśmienite.
Jesień idzie przez park , jak śpiewały „Czerwone Gitary”. Jak jesień to i grzyby. My mieszkańcy Trójmiasta mamy dobrze. Morze, jeziora kaszubskie a i lasów ci jest trochę, wszystko to prawie na rzut kamieniem.
Często jest tak, że ludzie jeżdżą na grzyby w Bory Tucholskie, lub inne tereny leśne , których w okolicach jest dostatek. Ostatnio moja żona była w lasach szemudzkich ( okolice Wejherowa ) na grzybach. Rewelacji nie było.
Ale w niedzielę , moja druga połowa wybrała się na przechadzkę po lasach Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, kto zna Trójmiasto ten wie że lasy niemal „wchodzą” do Sopotu i Oliwy. Pojechała do Bernardowa i wróciła po dwóch godzinach.
To co zobaczyłem przerosło moje najśmielsze oczekiwania.  Zona przyniosła wielką torbę samych opieniek. U mnie jest podział , żona zbiera, ja czyszczę i obieram grzyby. Wczoraj od razu zabrałem się do roboty, wyszło około 20 słoików opieniek, które od wczoraj marynują się w słoikach.
Łacuchy mogą mi zazdrościć, a ja niemal z perwersyjną miną się uśmiecham , życząc Wam , zbierajcie opieńki , gdyż marynowane są po prostu pyszne.

autor: Andy51

niedziela, 6 października 2013

Dawne, dobre czasy...


Oczywiście, że nigdy wcześniej nie żyło się ludziom tak łatwo jak obecnie. Dzięki temu stać ich na głupotę, demokrację, socjalizm, feminizm, prawa człowieka i całą resztę podobnych bzdur...
Niemal równie łatwo żyło się ludziom przed rewolucją neolityczną. Toczyliśmy ongiś na ten temat długą debatę z Wojtkiem Majdą. W sumie - poznaliśmy się chyba właśnie w ten sposób, nieprawdaż..?
W każdym razie ludzie, którzy jeszcze nie wytwarzali żywności, a polegali na tym, co samo do nich przypełzło, przypłynęło, przybiegło, względnie wyrosło w pobliżu - mieli dużo wolnego czasu. Który wykorzystali na stworzenie oszałamiającej sztuki, z której niestety, dotrwały do nas tylko najtrwalsze, a i najlepiej przed niszczącym działaniem wieków chronione malowidła w jaskiniach. Lepsza Połowa kiedyś analizowała treść przedstawień z Lascaux.




Wyobraźcie sobie jednak: jeśli tak wyglądało ich malarstwo - to jak musiała brzmieć poezja, czy muzyka..? Nic z tego do nas nie dotrwało (być może poza jakimś najgłębiej ukrytym kośćcem najstarszych kosmologicznych mitów...). Najprawdopodobniej dlatego, że opanowanie rolnictwa i pasterstwa dało niektórym ludom (i mówię tu głównie o naszych aryjskich przodkach którzy - czy to z własnej inicjatywy, czy to szczęśliwie wykradając ten pomysł jakimś mniej rozgarniętym sąsiadom - jako pierwsi zaprzyjaźnili się z koniem - i rozjechali rydwanami prawie cały Stary Świat w marne dwa tysiące lat...) tak wielką przewagę nad innymi, że spowodowany tym wstrząs zatarł pamięć dawniejszej kultury.
Niewątpliwie odziedziczyliśmy też po tych odległych, paleolitycznych przodkach także najbardziej rudymentarne instytucje naszego życia społecznego:własność, władzę i małżeństwo. No ale temu nie ma się co dziwić, bo są to instytucje wspólne sporej części świata zwierzęcego. Przez 200 tysięcy lat trwania kultur paleolitycznych człowiek zapewne eksperymentował nad różnymi formami ekspresji kulturowej tych oczywistych dla zwierzęcia stadnego, terytorialnego i cechującego się nie periodycznym, a stałym popędem płciowym (ta akurat cecha homo sapiens jest rzeczywiście w świecie przyrody dość rzadka...) i długim okresem dojrzewania instynktów.
Potem, co bardzo charakterystyczne - było tych eksperymentów o wiele mniej (w zasadzie prawie wszędzie na przykład - wygrała monogamia z mniej lub bardziej dopuszczanym kulturowo wyjątkami dla najmożniejszych i opcjami zmiany partnerów: jeśli wydaje się Wam, że z faktu iż Prorok zezwala wiernemu muzułmaninowi na posiadanie czterech żon wynika, że tyle ich miał każdy egipski fellach - to jesteście w błędzie, zarówno bowiem z opcji wielożeństwa, jak i z opcji rozwodu korzystali zwykle najbardziej uprzywilejowani...). Ludzie nie mieli czasu. Musieli ciężko, dzień w dzień, w trudzie i znoju pracować, by wytworzyć sobie środki utrzymania.



Dopiero w ostatnim czasie, na większą skalę właściwie od stulecia - ludzkość ponownie może się zrelaksować i pozwolić sobie na takie szaleństwa jak próby zniesienia własności (a więc zaprzeczenia najbardziej pierwotnemu instynktowi zwierzęcia terytorialnego!), mrzonki o zniesieniu władzy, czy też - ponowne przerabianie sfalsyfikowanych już 100 czy 200 tysięcy lat temu jako niepraktyczne eksperymentów ze swobodą seksualną.
Historia zatoczyła koło..?


Dyskusja, którą toczyliśmy przed trzema laty z Wojtkiem tyczyła się głównie nie skutków, a raczej - przyczyn i sposobu przeprowadzenia rewolucji neolitycznej.
Od tamtej pory udało mi się poszerzyć wiedzę w zakresie udomowienia koni, o czym pisałem m.in. dla "KT" w międzyczasie, opierając się na wynikach badań udostępnionych szerszej publiczności dopiero w zeszłym roku.
To, czego się dowiedziałem zasadniczo potwierdza moje wcześniejsze intuicje. Pomiędzy paleolitem a neolitem istniał długi okres przejściowy (pisze się wręcz o "pierwszej" i "drugiej" rewolucji neolitycznej: ta pierwsza sprowadzała się do opanowania umiejętności hodowli dzikich zbóż i niektórych dzikich zwierząt z przeznaczeniem takim, jakie miały wcześniej: bo przecież i łowcy - zbieracze zjadali zebrane ziarna i gromadzili niekiedy ich zapasy, a także, co oczywiste - zjadali upolowane zwierzęta; dopiero potem nauczyli się wykorzystywać zwierzęta jako siłę pociągową, źródło mleka czy włosia, a z ziaren - wytwarzać napoje wyskokowe...), podczas którego poszczególne grupy ludzi w różnym stopniu łączyły te dwa style życie: styl polegający na pozyskiwaniu tego, co przyroda sama daje - i styl polegający na samodzielnym wytwarzaniu żywności i innych potrzebnych rzeczy.
Tylko wielkie oddalenie w czasie i brak jednoznacznych, materialnych śladów tego okresu przejściowego stwarza wrażenie nagłej, "rewolucyjnej" zmiany!
W rzeczywistości była to kombinacja zmian bardzo powolnych, niedostrzegalnych wręcz gołym okiem  i pewnej liczby rzeczywiście rewolucyjnych przełomów. Tylko jeden człowiek w dziejach jako pierwszy dosiadł dzikiego ogiera, pozyskanego "z natury" (wszyscy inni, którym wydawało się, że też tego dokonali - w rzeczywistości obłaskawili wtórnie zdziczałych potomków tego pierwszego konia, dziedziczących po nim skłonność do ulegania ludziom...: ogiery są mniej "społeczne" od klaczy ten, który dał się obłaskawić człowiekowi, musiał być zatem nieco "zniewieściały" jak na końskie standardy - i przekazał tę cechę swoim synom). Ale już ponad 100 różnych ludzi, w różnych częściach świata (od Mongolii po Hiszpanię) - udomowiło dzikie klacze. Ucząc się przy tym od siebie nawzajem - co dowodzi, że na tak wielkim obszarze, rozciągającym się przez trzecią część obwodu planety istniała jakaś "kulturowa ciągłość".


Podtrzymuję, co pisałem 3 lata temu: obraz jakichś sadystycznych najeźdźców ("aryjskich blond bestii"..?) zaganiających spokojnych łowców - zbieraczy na pańskie pola to w najlepszym razie metafora. Ostatecznie, nasi aryjscy przodkowie łupili i plądrowali MIASTA. Chyba nie były to miasta łowców - zbieraczy..?


W rzeczywistości różne grupy ludzi przechodziły stopniowo od łowiectwa i zbieractwa do uprawy roli i pasterstwa w różnym czasie i z różnych przyczyn. Przypomina to trochę reakcję chemiczną. Póki udział wytwarzania żywności w "PKB ogółem" był niewielki - można to było traktować jako dziwactwo "tych tam zza rzeki". Kiedy jednak udział ten rósł - jednocześnie gwałtownie rosła liczebność populacji wcześniej, wedle wszelkie prawdopodobieństwa - demograficznie stagnacyjnej.
Kto się nie przystosował, przyjmując taki sam sposób życia (niezależnie od tego, co sobie w głębi ducha myślał o konieczności tyrania dzień w dzień od świtu do nocy...) ten był wypierany na najgorsze, najbardziej niegościnne i najmniej dostępne habitaty (gdzie, w rzeczy samej spotykamy różnych łowców - zbieraczy po dziś dzień...) - albo ginął.


Doświadczenia łowców niewolników ery nowożytnej dowodzą, że łowcy - zbieracze praktycznie nie dają się wykorzystać jako siła robocza. Dlatego właśnie m.in. - niewolników do Nowego Świata importowano ze znającej od tysiącleci rolnictwo Afryki. Miejscowi tam, gdzie tylko istniała taka opcja - nawiewali do dżungli, a schwytani, pracowali marnie i padali jak muchy...
Historia w rzeczy samej zatoczyła koło. Zauważcie bowiem, że proces odchodzenia od typowego dla rolników i pasterzy moresu na rzecz "post-nowoczesnego" luzu TAKŻE przypomina podobną reakcję chemiczną. Jeszcze do niedawna lekkie podejście do życia było domeną niewielkich grup uprzywilejowanych i artystycznej bohemy. A teraz..? Teraz oryginałami są ludzie gotowi ciężko pracować, odkładać podjęcie czynności seksualnych do nocy poślubnej, czy na przykład - mieć dzieci. Zmiany następują bardzo gwałtownie. Daje nam to pewne wyobrażenie o tym, co się musiało dziać te 10 czy 12 tysięcy lat temu...


Jako konserwatysta uważam oczywiście ten cały luz za mocno przedwczesny. Ale może nie mam racji..? Może to jest właśnie prawdziwy "powrót do początków"..?

Idąc tym tokiem myślenia ludzkość zrazu wiodła życie wprawdzie całkowicie zależne od sił przyrody (z przyzerową zdolnością oddziaływania na środowisko: nie całkiem zerowe, no bo ogień już mieli...), więc z natury niepewne i momentami dość nędzne - ale za to beztroskie, bo zanurzone w "wiecznym teraz", w bezczasie ciągłej repetycji odwiecznego archetypu (wg Eliade!).

Z tego bezczasu popadła ludzkość mimowolnie, boż nikt tego nie planował z góry - w historię.


W historię, która jest zapisem jej cierpienia. A zarazem - pewnym teleologicznym ciągiem zdarzeń, spośród których na pierwszy plan wysuwają się kolejno przyswajane w ciągu minionych 10 - 12 tysięcy lat technologie, prowadzące do ostatecznego celu. Do "końca historii", czyli do ponownego zanurzenia w bezczasie, w "wiecznym teraz". Tyle tylko, że tym razem - owo "wieczne teraz" nie ma już być czysto symboliczne (bo wynikłe z braku świadomości nawarstwiania się wydarzeń...), lecz cielesne, realne. Ma to być wieczny sen sytych i zadowolonych, którzy już niczego nie pragną, o nic się nie starają (chyba, że o nowe rodzaje doznań przyjemnych..?), a wszystko podtyka im wprost do ust odpowiednio zmyślne i technologią samoczynną nasycone otoczenie.


Taki koniec ludzkości (skądinąd - jeśli jest typowy dla cywilizacji technologicznych w Kosmosie - tłumaczący też doskonale zagadkę milczenia Wszechświata...) prognozował w każdym razie Mistrz Lem...

Trzy epoki: Epoka Przed-Historyczna, Epoka Historyczna i Epoka Post-Historyczna, czyli Ziszczona Kornukopia (to od "rogu obfitości": por. ilustracja powyżej...). Jakże to obrzydliwie heglowskie..! Ale, nie powiem - coś w tym może i jest..?


Co gorsza: nie brak i takich, którym się ta perspektywa (totalnego zbydlęcenia...) podoba i gotowi są wiele uczynić, aby nadejście Czasów Ostatecznych przyspieszyć. Robią to na dwa sposoby. Albo dookólnie, stawiając na zmiany obyczajowe i dalszy (automatyczny..? Skoro zmiany, które promują, podkopują techniczno - ekonomiczny wzrost..?) przyrost obfitości. Albo wprost - jak moi "ulubieńcy", czyli tzw. "ekolodzy" - którzy chcą wrócić do paleolitu dosłownie, drastycznie zmniejszając liczbę ludności i rezygnując z większości technologii. Ale o tym może - innym razem..?

autor: Boska wola

sobota, 5 października 2013

Szczurzy król


O czym tu dumać na warszawskim bruku....


As I did stand my watch upon the hill,
I look'd toward Birnam, and anon, methought,
The wood began to move.
Las birnamski……Ile razy wydawało się nam , że jest już blisko , ale okazywało się , że to nasze złudzenie, że to wishful thinking.
Myśleliśmy, że lasem birnamskim stanie się las smoleński.Katastrofa smoleńska połączyła na chwilę nas wszystkich. Okazało się, że na bardzo krotko. Spory dotyczące miejsca pochówku prezydenckiej pary natychmiast podzieliły Polaków. Katastrofa smoleńska jest teraz przedmiotem skomplikowanych gier operacyjnych. Zamiast łączyć się w żałobie albo w oczywistej woli wyjaśnienia przyczyn tego wypadku wdajemy się w „potępieńcze swary”. „Plwają na siebie i żrą jedni drugich” - jak pisał Adam Mickiewicz w epilogu do  Pana Tadeusza, właśnie usuniętego z listy szkolnych lektur. (Choćby dlatego warto do niego wracać.) A tragiczna okazja zorganizowania Polaków i rozprawienia się z patologiami III RP, została raz na zawsze zaprzepaszczona.
Jesteśmy w pułapce:
 Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,
Za poznych żalów, potępieńczych swarów.
I czyż nie są prorocze albo ponadczasowe następne wersy?
 W każdym sąsiedzi znajdowali wroga,
Aż nas objęto w ciasny krąg łańcucha
I każą oddać co najprędzej ducha.
 Wrogi ich wabią z dala jak grabarze,
Gdy w niebie nawet nadziei nie widzą -
Nie dziw, że ludzi, świat, sobie ohydzą,
Że utraciwszy rozum w mękach długich,
Plwają na siebie i żrą jedni drugich!
.
Marsze niepodległości, protesty związkowców, referendum.  Ileż wyzwalają nienawiści. I to nie tylko wśród namiestników i funkcjonariuszy reżimu lecz również wśród ludzi przejętych ideą przerwania agonii kraju. Nikt nikomu nie ufa. Po naszych doświadczeniach zbiorowych  to zrozumiałe. Ale lawinowa atomizacja społeczeństwa, umiejętnie podsycana przez rządzących nie daje nadziei na jakąkolwiek zmianę.
Czy można się nadal pocieszać że „Nasz naród jak lawa, Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi; Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.”( Dziady część III).? Większość z nas starszych, całe swoje życie spędziło w szponach systemu odradzającego się jak hydra. Młodzi innego systemu niż fasadowa demokracja nie znają. Miarą inteligencji jest dla większości z nich przystosowanie się do tego systemu. Biorą kredyty, pracują w korporacjach, mówią co trzeba i myślą co trzeba. Nie można się temu dziwić. Inaczej groziłaby im schizofrenia.
 Natomiast reszta nie bardzo potrafi rozpoznać wroga. Gubi się w skrajnych ideologiach jak anarchizm, skrajny liberalizm. A przede wszystkim szuka wrogów w najbliższym otoczeniu.
 Przedsiębiorca widzi wroga w pracowniku, któremu nie odpowiada ruchomy czas pracy nie zastanawiając się, co zrobiłby na jego miejscu. Pracownik widzi wroga w wykorzystującym go przedsiębiorcy, nie zastanawiając się czy wytrzymuje on obciążenia podatkowe. Właściciele mieszkań nienawidzą lokatorów kwaterunkowych choć swoje mieszkania wykupili kilka lat temu za grosze. Lokatorzy kwaterunkowi nienawidzą kamieniczników, choć na ich miejscu też staraliby się odzyskać własność.
Plwają na siebie i żrą jedni drugich!
Miła czytelniczka ( finka)  wkleiła pod ostatnim moim tekstem wstrząsający  film. Można go znaleźć pod adresem Szczurzy król PL -You Tube. Gorąco polecam. Film opisuje technikę pozbywania się szczurów. Otóż łapie się szczura , głodzi, a potem wrzuca do jego klatki martwego pobratymca. Wygłodzony szczur wreszcie  go zjada. W ten sposób łamie gatunkowe tabu. Następnie daje mu się do zjedzenia szczura bardzo słabego, ledwie żywego. Za kolejnym razem zdrowego tylko słabszego. Nasz szczur staje się kanibalem. Wtedy wypuszcza się go na terenie zajmowanym przez szczurzą społeczność. Ciekawe jest zachowanie innych szczurów. Nie likwidują agresora choć jest ich więcej. Izolują go od siebie i opuszczają teren. Nie chcą zarazić się kanibalizmem.
Prowokowany kanibalizm to – twierdzi autor filmu- metoda zarządzania ludzkimi społecznościami. Ale w przeciwieństwie do szczurów nie mamy gdzie się wyprowadzić. Jesteśmy w klatce. Tym bardziej warto się nad sobą  zastanowić.
autor: Iza

Wierzenia i mity smoleńskie - bezawaryjny samolot


Najwcześniejsza informacja dotyczącą tragedii w Smoleńsku brzmiała: samolot był sprawny. Jeszcze nie było wiadomo co się właściwie stało, czy ktoś przeżył, wiadomo było : samolot był sprawny.
We wszystkich mediach informacje o katastrofie zdominowały niemal w całości serwisy informacyjne. Nie tylko polskie - doniesienia podawały na czołowych miejscach również serwisy zagraniczne. W kolejnych dniach głównym źródłem wiedzy o katastrofie była telewizja, a ta bębniła : "samolot był sprawny" ! Obrażało to inteligencję słuchających, ale próbowaliśmy tłumaczyć to sobie pewnym skrótem myślowym : piloci nie meldowali o jakichkolwiek usterkach będąc cały czas w kontakcie radiowym. Bardzo nieszczęśliwy i kategoryczny ten zamiennik, jeszcze bardziej kategorycznie wykluczano zamach. Zajmijmy się stanem technicznym samolotu. 
Samoloty są szczególnie dokładnie kontrolowane przed lotem, a mimo to PFL-101 wykonał kilka lotów z Vipami (w trybie Head ! ) z niesprawnym wskaźnikiem ciśnienia oleju jednego z silników ! Wikipedia podaje 11 poważnych usterek w okresie od remontu do tragedii. Poważnych. W sumie wszystkich awarii na tym samolocie od 23 grudnia 2009 r. do 10 kwietnia 2010 roku było aż 29, o czym można przeczytać w Załączniku 4.4 do raportu Millera. Szereg usterek dotyczyło autopilota. Oto przykłady dotyczące autopilota :

• 22.01.2010 r. (O). W SI SAMANTA w „Historii uszkodzeń statku powietrznego” z dnia 22.01.2010 r. dokonano wpisu o wykryciu przez personel latający uszkodzenia podczas uruchamiania urządzenia SP przed lotem:
 „Brak sygnalizacji sprawności ABSU na pulpicie PPN-13. Przyczyna – uszkodzenie wewnętrzne mechanizmu sterowania RA-56W1 w kanale przechylenia – zanieczyszczone płynem hydraulicznym złącza agregatu, zwarcia wewnętrzne.Podczas identyfikacji niesprawnego zapisu ABSU stwierdzono uszkodzenie agregatu sterującego wychyleniem steru wysokości (RA-56 pierwszy podkanał).

• 25.01.2010 r. (O). W SI SAMANTA w „Historii uszkodzeń statku powietrznego” z dnia 25.01.2010 r. dokonano wpisu o wykryciu przez personel bezpośredniej obsługi uszkodzenia podczas wykonywania innych prac:
 „Brak sygnalizacji sprawności ABSU”. Przyczyna – uszkodzenie wewnętrzne bloku BU-65 spowodowane zwarciem w mechanizmie sterowania RA-56W1.

 • 08.02.2010 r. przed startem samolotu załoga stwierdziła brak możliwości wyświetlenia na pulpicie PPN-13
 zielonej lampki »ABSU SPRAWNY«. Podczas identyfikacji niesprawności stwierdzono uszkodzenie I podkanału w kanale przechylenia ABSU. Po analizie usterki stwierdzono nieprawność bloku BU-65”. 17.03.2010 r. zrealizowano reklamację poprzez dostarczenie innego bloku”. Podkomisja techniczna stwierdziła rozbieżność pomiędzy zapisami w dokumentacji odnośnie do daty jej zaistnienia, kto z personelu dokonał jej wykrycia.
Z informacji uzyskanych od personelu 36 splt wynika, że „Blok UNP nr 410 był blokiem po remoncie przysłanym do JW 2139 pod koniec lutego 2010 przez zakład remontowy AVIACOR z m. Samara. Zabudowany blok był na gwarancji po wykonanym remoncie, co było powodem jego zabudowy w celu dalszej eksploatacji”.)
Reklamacja została zrealizowana poprzez dostarczenie innego bloku niż został wysłany do reklamacji”. 
Od jakości tych napraw zależały ostatnie minuty, sekundy lotu. Schodzili na "decyzyjną" w trybie automatycznym. Odejść na drugi krąg planowali też w automacie. Wymontowanie radiostacji alarmowej zdumiewa na równi z nieautoryzowaną zmianą konfiguracji salonki.
Komu i do czego potrzebny był mit : " samolot do momentu uderzenia w drzewo był całkowicie sprawny" ??!Czy zrzucając całą winę na pilotów i na siłę mitologizując sprawność samolotu starano się uniemożliwić lub odsunąć w czasie badanie wraku? 
Na potrzebę tego odcinka dokonałem pewnych założeń :
• W Smoleńsku lądował faktycznie PFL-101
• Dane ze skrzynek są prawdziwe (wiem że nie !)

Warto przeczytać :
http://martynka78.salon24.pl/490068,historia-pewnego-samolotu-czyli-29-awarii
http://www.naszdziennik.pl/wp/25232,ze-wskazaniem-na-automat.html

 autor: cyborg

piątek, 4 października 2013

Polska typu A, czy Polska typu B?


Czy ktoś chce, czy nie chce, żyjemy w parszywym kraju. Do tego stopnia, że rodzice uciekają rodzić dzieci gdzie indziej. Czy to już dno i czy nie ma nadziei?


Andrzej Zybertowicz, socjolog, profesor UMK, dokonał oto takiej klasyfikacji państw:

Kraj typu (A) –"[...] jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli, demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Jest państwem jednolitym, w którym władza zwierzchnia należy do narodu. [...] to kraj, w którym organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa, a podstawę ustroju gospodarczego stanowi społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej o raz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych."[1]

Kraj typu (B) –"[...] jest sterowany w znacznej mierze przez korupcję, lobbing zbliżony do korupcji i przez przestępczość, [...] sterowany przez to, co nazywa się układem, począwszy od poziomu centralnego, gdzie następuje dystrybucja dóbr największych, a skończywszy na układach w gminach i powiatach."[1]

Jak myślicie, skąd wziął się opis państwa typu (A)? Otóż nie z żadnego utopijnego dzieła fantasty, tylko z Konstytucji RP! Tak sobie panowie konstytucjonaliści wymyślili, że taka właśnie ma być nasza ojczyzna.
Przyznacie, że nic dodać nic ująć...

A jak jest w rzeczywistości? Niestety, Polska jest ewidentnym przykładem kraju typu (B). Dużo pisałem o układach. Kraj nasz jest przeżarty nimi od góry do dołu. Spróbujcie coś załatwić w gminie, jako zwykły obywatel. Natraficie na ścianę. Można ją tylko pokonać przy pomocy znajomości, albo przy pomocy łapówki wręczonej odpowiedniej osobie.
Janek Pietrzak powiedział wczoraj w telewizji, że Warszawa jest opanowana przez maniaka, który wszystkie ulice obstawia słupkami. Maniak? Czyżby? To znajomy pewnej skorumpowanej osoby, która kolesiowi dała glejt na pokrycie miasta milionem słupków. Po prostu, taki koleżeńsko biznesowy układ. Śmiem podejrzewać, że wszystko, co się w Polsce buduje: drogi, osiedla, sklepy, zakłady pracy, to wyłącznie takie koleżeńsko – biznesowe układy. Postronny, nowy człowiek, chcący uczciwie przystąpić do jakiegokolwiek przetargu nie ma najmniejszych szans. Przetargi są dla swoich, czyli układu.

Kraj typu (B) w sposób zdecydowany i bezwzględny broni swoich rubieży. Gdy coś zagraża temu układowi gotów jest posunąć się do każdego przestępstwa. Przedstawiona ostatnio lista ofiar "seryjnego samobójcy" ma złowieszczą wymowę. Przypadkiem wszystkie ofiary zagrażały państwu typu (B). Były dla niego niewygodne i groźne. Więc zdecydowano się na rozwiązania ostateczne.
 Beneficjentami tego typu państwa jest wąska grupa ludzi władzy, służb i przedsiębiorców należących do układu lub układów. Reszta społeczeństwa, czyli większość narodu, jak to mówią młodzi, może się walić. Kompletnie nie są w centrum zainteresowania żadnych władz, a raczej nawet przeszkadzają. Są tylko ważni jako ofiary, do różnego rodzaju łupienia. Ich dobrostan jest sprowadzony do najprymitywniejszych poziomów.

Kraj typu (B) powstał na kanwie szalbierstwa okrągłego stołu. My naiwni myśleliśmy, że oto decydują się ważne losy kraju i narodu, a tam szubrawcy dokonywali podziału łupów i kładli podwaliny pod istniejące obecnie układy. Dokonano bezczelnej grabieży, niezbyt bogatego przecież kraju, na oczach zachłyśniętego "wolnością" i "nowością" narodu.

Czy jest możliwe przejście z kraju typu (B) do kraju typu (A)? Teoretycznie tak, jednakże w praktyce będzie to zadanie trudniejsze niż stajnie Augiasza.
Lecz na pewno nie da się tego zrobić, żadną demokratyczną drogą, jak wybory, zmiana władzy, czy nowy sejm. Korupcyjne układy zdołały się przekształcić w szary, przestępczy system, który jest mocno zakorzeniony i niezależny od tego, kto daną władzę sprawuje.
Do transformacji od typu B do typu A będzie potrzebne powstanie ludowe związane z przepędzeniem skorumpowanych ludzi na wszystkich szczeblach i rozbiciem układów na różnych poziomach.

Wtedy będziemy mogli powrócić do naszej Konstytucji i jak ktoś znowu spróbuje nią manipulować, to mu się ten paluszek po prostu utnie.

[1] Prof. Andrzej Zybertowicz, "W centrum, czy na obrzeżach? Przemoc w III RP", Przegląd Socjologiczny.

autor: jazgdyni


Nie wierzę w System


Kończę właśnie czytać drugi tom trylogii "Millennium" Stiega Larssona. Zgodni jesteśmy z Lepszą Połową, że o ile tom pierwszy był fajny, to kontynuacja robi się z rozdziału na rozdział coraz mniej strawna...
No ale czego oczekiwać po autorze, który nim wziął się za pisanie powieści (wydanych zresztą pośmiertnie) był "ekspertem od ruchów skrajnie prawicowych"..?

W sumie dla mnie jedyny powód, żeby to dalej czytać, to postać Lisbeth Salander, która coraz bardziej kojarzy mi się z blogerką Kirą. Obie są mniej - więcej tak samo sympatyczne. Z tą różnicą, że powieściowa Salander chyba nie wpadłaby na pomysł, aby podzielanie wyświechtanych komunałów w rodzaju "nie można wykluczać urzędników państwowych i innych beneficjentów budżetu od wpływu na jego wielkość" - nazwać dorosłością!
Lisbeth Salander z powieści jest taką właśnie osobą, jaką Kira dawniej deklarowała być: rzeczywiście i  do końca konsekwentnie niezależną w swoich ocenach.
Oczywiście, że o taką niezależność zdecydowanie łatwiej w książce, niż w życiu. A jeszcze, jak się ma na koncie kilka miliardów koron (i cóż, że szwedzkich..?) i jest wybitną hakerką oraz mimo 40 kg masy ciały powala dwóch wyrośniętych harleyowców (i to bynajmniej nie urokiem osobistym którego, jako się rzekło, tej postaci raczej brak...): no to faktycznie - można sobie pozwolić na pełną suwerenność..!



W życiu nie ma tak łatwo, w życiu kompromisy są rzeczą nieuniknioną - i życia wirtualnego też to dotyczy. W końcu, jak już kiedyś pisałem: nic tak nie zmniejsza szans życiowych i biznesowych jak opinia człowieka kontrowersyjnego.

Że sam kładę na to lachę..? Prawdę powiedziawszy - robię to nie z odwagi, tylko z braku wyobraźni. Po prostu: nie umiem sobie wyobrazić, żeby jakakolwiek "dobra opinia" mogła być mi jeszcze w przyszłości do czegokolwiek potrzebna...
Ale wracajmy do przysłowiowego ad remu. W drugim tomie (i proszę mi nie opowiadać w komentarzach, jak się kończy - ledwo przekroczyłem 600-tną stronę! Ani też, co jest w tomie trzecim: sam przeczytam, jak tylko Lepsza Połowa skończy!) moja ulubiona bohaterka jest, jako opóżniona w rozwoju umysłowym i społecznym, agresywna psychopatka, celem policyjnego pościgu. Ten pościg POWINIEN zakończyć się dla niej bardzo źle. Powinna zostać zastrzelona przy próbie zatrzymania.




Już widać (na stronie 604), że tak się nie stanie. Albowiem prowadzący śledztwo są w większości osobami kompetentnymi i empatycznymi (oczywiście, jak wszędzie, tak i w szwedzkim aparacie ścigania jest jeszcze kilku skorumpowanych, egoistycznych, szowinistycznych samców, którzy mogliby zrobić krzywdę bohaterce - ale właśnie są odstawiani na boczny tor, a good guys przejmują kontrolę...). Potrafią zmienić fałszywy (mimo bardzo mocnych poszlak, wiążących Salander z trzema brutalnymi zabójstwami) trop, wznieść się ponad naturalne w świetle dokumentacji medycznej bohaterki uprzedzenia, uwzględnić opinie innych osób, zmodyfikować swój tok myślenia pod wpływem faktów i argumentów.
Bajka. Po prostu bajka! Zastanawiam się, co tu jest większym cudem..? 40-kilogramowa komputerowa geniuszka kładąca na kolana dwóch 100-kilowych facetów - czy empatyczny i zdolny do zmiany poglądów oraz wyjścia poza codzienną rutynę policjant..?
Powiedziałbym, że ze szwedzkim wymiarem sprawiedliwości musi być BARDZO ŹLE, skoro aby ratować wiarę w jego bezstronność i kompetencję, potrzebny jest psychologiczny cud..? Mało tam psychologiczny! Psychologiczny cud to by był, gdyby chodziło o poglądy jednej osoby, góra dwóch. Ale tu chodzi o instytucję. O przełamanie instytucjonalnej rutyny. Zerwanie ze "wspólną wiarą" łączącą pracujących w niej ludzi.
Jak pracowałem ładnych parę lat w naprawdę dużej instytucji - tak nigdy w życiu czegoś podobnego nie widziałem. Jeśli w ramach jakiejś struktury organizacyjnej ugruntuje się pogląd na pewną sprawę (choćby nawet był on z gruntu fałszywy...) - to struktura ta brnie już potem ślepo w raz obranym kierunku, póki nie trafi na takie przeszkody, których już w żaden sposób nie potrafi albo pokonać, albo ODTŁUMACZYĆ, czyli "pokonać zastępczo" lub, jak to się mówi pospolicie - "odnieść moralnego zwycięstwa".
Istnieje cała gałąź wiedzy o zarządzaniu, która zajmuje się tylko i wyłącznie problemem rozprzestrzeniania się takich "instytucjonalnych mitów" i sposobami ich powstrzymywania. Żeby jednak taką wiedzę zastosować - najpierw trzeba w ogóle wpaść na pomysł, że jest to potrzebne. A skoro wszyscy, siłą inercji, podzielają raz przyjęty punkt widzenia - to kto ma to zrobić..?

Pierwszego klienta fizycznie wyrzuciłem z zajmowanego obiektu (który najmował sobie przez lata...) po tym, jak rozpoczął nowy rodzaj działalności, podobno bez naszej zgody. Dopiero po fakcie, gdy zdążyłem już wynająć lokal komu innemu, a sprawa trafiła do sądu - osoba bezpośrednio prowadząca umowę przyznała mi się w sekrecie, że po prostu ZGUBIŁA stosowne pismo (którego w dodatku, zdaje się, zapomniała wcześniej zarejestrować w dzienniku...) i bała się do tego przyznać...
Zrobiłem coś w rodzaju kariery (krótkiej co prawda i zakończonej katastrofą) dzięki temu, że zyskałem opinię "twardziela", rozcinającego podobne węzły gordyjskie i nie pękającego nawet, gdy w sprawie klienta wydzwaniał po nocach sam wicepremier. Nie leżało w moim interesie prostować tej oczywistej pomyłki. Dlaczego zresztą miałbym szkodzić własnemu podwładnemu (i sobie przy okazji) - skoro klient i tak już leżał na łopatkach i żadne przeprosiny nic by mu nie dały, lokal był zajęty przez kogoś innego..?

Z tego co pamiętam, w sądzie ów najemca też przegrał. I w konsekwencji - zaprzestał działalności.  Wszystko przez jedno zagubione pismo...
Jeśli nie wierzę w System. Jeśli nie mam zaufania to instytucji. Jeśli z nostalgią piszę o "dawnych, dobrych czasach" - to nie z powodu jakiejkolwiek ideologii, teorii, przekonań. Ja tak robię Z DOŚWIADCZENIA. Amen!
Czytanie Larssona trochę czasu jeszcze mi zajmie. Okazało się bowiem, że dzięki stosunkowo prostym zmianom organizacyjnym, jestem w stanie zmieścić pod naszą wiatą na drewno znacznie większy zapas opału niż kiedykolwiek przedtem. Aktualny "stan licznika" jak chodzi o nacięta polana (jak szukacie Państwo dowodu na to, że jestem szurnięty, to proszę bardzo - jest: liczę gałązki, które przywiozę na opał...) to 5.873 - i gdyby nie owe zmiany, na tym musiałbym zakończyć z braku miejsca. Tymczasem miejsce jest. Postanowiłem zatem rżnąć póki tylko się da. Być może tej zimy po raz pierwszy wystarczy nam opału aż do końca sezonu grzewczego..?
Od pewnego czasu mojej pile pracującej w brzozowym młodniku wtóruje kilka innych wokół. Cóż: zrobiło się zimno - ludzie zaczęli uzupełniać zapasy. Jak widzicie - nie ja jeden rżnę drewno dopiero jesienią. Jest to raczej powszechny zwyczaj. Skutek popularności dużych pieców c.o. w których wszystko się spali, obojętnie czy suche, czy mokre. Nasza "burżujka" (jak to mawiają na Wschodzie) aż tak niewybredna nie jest, ale brzoza schnie szybko. Wczoraj paliłem porąbaną dzień wcześniej - byle tylko rozpalić, potem już idzie...
W każdym razie: rżnę, rąbię, w międzyczasie zajmuję się jeszcze doraźnymi remontami, ogródkiem i paroma innymi rzeczami. Popołudniami padam jak sflaczała dętka ze zmęczenia...

autor: Boska wola

czwartek, 3 października 2013

Obszczymur od Palikota


Posłowie z Samoobrony wprowadzili nową " jakość " w sejmie. Wydawało się , że prostactwa posłów z Samoobrony nikt nie przebije, do czasu. Pojawili się palikociarze, którym posłowie z Samoobrony mogliby czyścić buty.
Menażeria posłów od palikociarni poszerzyła się o jeszcze jednego specjalistę. Wachlarz cudaków rzeczywiście imponujący. Baba z prostatą, pederasta, były pensjonariusz zakładu karnego, specjalista od maltretowania swojego ojca, ostatnią specjalizacją z menażerii jest obszczymurstwo.
Jak donosi prasa przedstawiciel ludu w sejmie z ramienia Ruchu Palikota poseł Adam Rybakiewicz na Starówce w Bydgoszczy o godz. 2:30, w nocy 1 października postanowił oddać mocz w miejscu publicznym. Jak postanowił tak zrobił, tuż obok restauracji wyciągnął siusiaka i oddawał mocz.
Interweniującej policji pokazał legitymację poselską, tak że interweniująca policja musiała odstąpić od czynności , pozostało jej tylko sporządzenie notatki.
Posłowie z palikociarni cechują się dużą empatią w stosunku do pederastów, transseksualistów, teraz przyszła pora na żurków, którzy oddają mocz gdzie popadnie, poseł Rybakiewicz tak się wczuł w tę rolę , że sam poszedł ich przykładem.
autor: Andy51

Zniszczyć autorytety narodu

Bombardowanie trwa. Zeszły tydzień - cel: eksperci, naukowcy, profesorowie. Ten tydzień - polski kościół. Zadanie - odebrać ludziom to w co wierzą i to, co darzą szacunkiem.




Mafijny układ władzy ferajny Tuska, który rozsiadł się już na sześć lat na fotelach władzy, starał się usilnie zbudować sobie wsparcie w tak zwanych autorytetach. Widać jednakże dobitnie, że nie udało im się to i zamiast posągowych niezłomnych postaci zgromadzili cyrk clownów; a to zdziecinniałego staruszka Bartoszewskiego, wypalonego i już niezbyt sprawnego umysłowo reżysera Wajdę, aktora po kuracji Olbrychskiego, no i na okrasę, mędrca wszech-czasów Wałęsę. Zamiast szacunku i respektu spotyka ich zazwyczaj buczenie i drwiny narodu.
Również poszukiwanie autorytetów instytucjonalnych nie dało spodziewanego efektu. Wprost przeciwnie. Wskazanie przez Tuska i ferajnę na autorytet sądów i prokuratury doszczętnie rozwaliło i zdeprecjonowało te ważne instytucje państwa. Nie ma już najmniejszej grupy obywateli, którzy by ufali sędziom i prokuratorom. Symbolem stał się sędzia Tuleya, a nie pani sędzina Wesołowska.
Destrukcyjna działalność otoczenia Tuska i Komorowskiego jest taka, że każdy w miarę porządny obywatel, gdy tylko zacznie u nich pełnić rolę autorytetu, to w bardzo szybkim czasie ten autorytet traci i zamienia się w śmieszną figurynkę.

Powodu takiej sytuacji dopatruję się w braku lustracji i niedokonaniu sumiennego rozliczenia okresu komunizmu. Pozwala to wielu ludziom podłym, którzy za komuny mieli swój okres świetności, paradować dzisiaj w pełni chwały. To dlatego ferajna Tuska może dobierać sobie za kolejny autorytet komunistycznego oprawcę, prof. Baumana, postać doprawdy haniebną.
Autorytety Platformy , GieWu i związanego z nimi establishmentu są miałkie i fałszywe. Zazwyczaj powiązane interesami z władzą w takim stopniu, że po upadku obecnego systemu po prostu znikną. W najmniejszym stopniu nie zdobyły szacunku zwykłych ludzi i są rozpoznawane, jako ciało obce, pełne hipokryzji i cynizmu. Tak, tak, panie aktorze Kondrat.

Niestety, dla obecnej władzy, naród ma swoje własne autorytety i swój szacunek lokuje tam, gdzie się Tuskowi bardzo nie podoba.
Dlatego też, władza i współdziałające z nią ręka w rękę media, muszą te autorytety zniszczyć.
W zeszłym tygodniu mieliśmy nagonkę na profesorów, niezależnych naukowców, a w tym tygodniu mamy walkę z kościołem.

W obu przypadkach natężenie ataku jest bardzo duże. To zawsze skoordynowana akcja polityków rządzącego ugrupowania, wspierana przez śliskie typy zdrajców, jak europoseł Kamiński, adwokat Giertych, czy ta miernota Marcinkiewicz. No i oczywiście cały aparat propagandy na usługach, czyli wszystkie wiodące media z GieWu i TVNem na czele.

Ostrzeliwanie naukowców o międzynarodowej renomie, ludzi poważnych i konkretnych do bólu, trwało równy tydzień. Robiono z nich harcerzyków sklejających modele i gapiów obserwujących przez szybkę skrzydła samolotu. Ten skomasowany pokaz durnoty trwał tydzień i wszystkie dyżurne kontr-autorytety typu Niesiołowskiego i wyżej wspomnianych, po kolei zabrały głos.
Skutek akcji – żaden. Bo prawdziwy autorytet już tak ma, ze praktycznie nie można go obalić, ot tak sobie, przez tygodniowe akcje gadzinowe.
Na autorytet składają się długie lata pracy i szerokie, często międzynarodowe uznanie. Nie można go łatwo skasować i to przy pomocy tak nędznych ludzi, jak ferajna Tuska i jego aparat propagandy.
Ludzie lepiej wiedzą swoje.

Tego-tygodniowy zmasowany atak funkcjonariuszy propagandy rządowej i lewackiej dotyczy najważniejszego autorytetu Polaków – kościoła.
Wyciągnięto jakichś kapłanów z dalekiej Dominikany, którzy mogli zachowywać się źle. Dodano do tego proboszcza, który na czas nie został osunięty ze stanowiska i zaczęto okładać kościół pięściami.
Tak, jakby okładać Ministerstwo Edukacji za zboczonego nauczyciela. Lub pamiętając słynnego psychologa, onegdaj gwiazdę telewizji, obarczać za jego pedofilię całą naukę.
Policzyłem przedwczoraj, że na samym kanale TVN24 zaprezentowano ten sam fragment przesłuchania księży, z dziwnym pytaniem egzaltowanej dziennikarki o wkładanie języka do ucha, osiemnaście razy. To nawet bije na głowę serial dotyczący matki Madzi.
Żal mi księży, zazwyczaj ludzi kulturalnych i spokojnych, którzy nagle muszą użerać się ze sforą chamskich, brutalnych i bezczelnych funkcjonariuszy aparatu propagandy. Bo w żadnym wypadku nie są to dziennikarze.
Czy kościół dozna uszczerbku na swoim autorytecie po tej nagonce? Skądże znowu! Szczególnie polski kościół, który już przeżył tyle ataków, ze tylko przypomnę siepaczy Bieruta i Gomółki, Urbana i Olgę Lipińską, da sobie radę z hunwejbinami Tuska.

Smutną jest konstatacja, że obecna władza i jej otoczenie niszczą wszystko po kolei. Zniszczyli już w sposób radykalny polski przemysł. Rozkradli i rozsprzedali sektor finansowy. Po kolei niszczą instytucję za instytucją, wojsko, służbę zdrowia, edukację.
A teraz wzięli się za niszczenie polskich autorytetów. Chcą cały naród pozostawić goły i zdezorientowany. Takich właśnie Kunta Kinte, którymi można będzie swobodnie sterować i doić.

Mam niezłomną nadzieję, że to się wkrótce skończy. To się musi skończyć. Utrzymamy swoje autorytety, a ci, którzy podnieśli na nie rękę, poniosą w końcu zasłużoną karę.
autor: jazgdyni

PO na grzyby


A jeszcze lepiej na zieloną trawkę. Razem z panią Hanią.

Napisał do mnie pan Piotr, który mieszka i pracuje w Warszawie od 10 lat. W urzędzie dzielnicowym na Woli, w pokoju nr 34 uzyskał odpowiedź, że ze względu na brak meldunku nie będzie mógł wziąć udziału w referendum. Sprawdziłam w swoim urzędzie dzielnicowym. To prawda. Urzędnicy muszą mieć dowód, że ktoś faktycznie mieszka w Warszawie. Fakt, że trudno byłoby codziennie dojeżdżać do pracy na przykład  z Gdyni do Warszawy jakoś ich nie przekonuje.
Publiczne Polskie Radio odmówiło przyjęcia spotów reklamowych Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej nakłaniających do udziału w referendum. Metro uniemożliwia umieszczenie stosownych plakatów. Opłacane przez nas instytucje publiczne robią zamach na demokrację. I nikt nie rozdziera szat?
Grupa dyżurnych klakierów , uważających się za intelektualistów, ogłosiła, że nie wybiera się na referendum. W obronie demokracji. Demokracji postsocjalistycznej. ( Jeżeli mogła istnieć  demokracja socjalistyczna , dlaczego nie może istnieć demokracja postsocjalistyczna?)
Przypomnijmy sobie, że ci sami klakierzy namawiali nas ( mnie nie namówili)  na udział w częściowo wolnych wyborach, które ukonstytuowały tę właśnie demokrację postsocjalistyczną, której teraz bronią .
Najciekawszy jest jednak pomysł aby wszyscy członkowie PO wybrali się 13 października na grzyby. Gorąco popieram. A jeszcze lepiej na zieloną trawkę.Razem z panią Hanią.

autor: Iza