niedziela, 25 stycznia 2026

Rewolucja na drogach? DUAL ROTOR DRIVE

 



 

Wreszcie! Od dłuższego czasu zwracam uwagę, szczególnie śledząc działania Elona Muska z jego Teslą i szwedzkiego arystokratę Koenigeggsega na skonstruowanie zupełnie nowych samochodów elektrycznych, które będą o niebo lepsze pd tych, które już jeżdżą po drogach.

Przepraszam moje urocze czytelniczki, bo to typowo męski felieton. Sama technika i elektryka. Może tylko nasza pani inżynier – i to z niebylejakiej dziedziny, jaką jest hydraulika, i zdradzę, że to nadal ciężka i tajemnicza nauka, zrozumie wszystko.

Pewnie też zobaczymy komentarz naszego trefnisia – złośliwca, który od lat pięciu częstogęsto wyśmiewa się ze mnie, a właściwue z premiera Morawieckiego, który publicznie oświadczył, że Polska stworzy własny samochód elektryczny. Nawet miałem pewne nadzieje, mniemając, że będzie to oryginalny i nowatorski samochód, a nie jakaś kalka z chińszczyzny, germanizmu, czy tej Tesli z USA. Nawet wymyślono już nazwę auta – IZERA.

A nasz nieszczęsny breslauer popadł w obsesję natręctw i już chyba tysiąc razy sarkastyczne się dopytuje: - Morawiecki! Gdzie ta Izeta?! Ham ha, ha! Albo: - Kaminski! Gdzie ta Izera?! Ha, ha, ha! Doprawdy, biedny gość...

Zdradzę biedakowi, że prace nad Izerą są spokojnie kontynuowane i dzisiaj już projekt jest na przygotowaniu produkcyjnym, a nie na ciągłych badań laboratorynych i projektowania. Jedno co mnie niepokoi to co już dzisiaj mamy, jest ukryte pod plandeką, a wokół nieustannie krąży stróż z nerwowym owczarkiem azjatyckim.

Tak więc spróbuję wyjaśnić, a mam 100% pewności, iż taka rewolucja wkrótce nastąpi, że to właściwie nic nowego. Takie rozwiązanie już 100 lat temu wymyślił słynny Ferdynand Porsche. Był kłopot. W tamtym czasie i silniki elektryczne i akumulatory były marne: - bardzo ciężkie i bardzo sprawne.

Lecz idea, aby elektryczne silniki były bezpośrednio na kołach auta, bez jakichś przekładni, wałów i dyferencjałów jednak została przez mądrego Austriaka wymyślona.

Niestety, na sto lat porzucono napęd elektryczny po wymyśleniu silników spalinowych – na ropę naftową, albo na benzynę.

Jak to zdecydowano pozbyć się tadiooficerów na statku i klasycznych elektryków z powodu rewolucji technologicznych około roku dwutysięcznego, zostałem oficerem ETO – inżynierem elektronikiem i elektrykiem na morzu. Więc z cholernymi elektrycznymi silnikami miałem dużo do czynienia.

Zdradzę, że w tej pracy nienawidziłem najbardziej właśnie silników elektrycznych. Wyobraźcie sobie, że płyniemu z Korei Płd. do Sungapuru; znajdujemy się w przesmyku między Tajwanem i kontynetalnym Chinami. Akurat pogoda nie jest piękna. Huragan od północy i cholera, drugi od południa. Nie ma jak klasycznie manewrować w sztormach. Wiało jak wszystkie diabły, a fale sięgały 10 metrów. Zmęczony spałem w koi, a tu ukaefka krzyczy, że jest gdzieś doziemienie i muszę to szybko naprawić. Znalazłem gdzie jest defekt. Podwieszony przy silniku głównym, na wysokości 5 metrów, 400 kilowy potwór jakoś nabrał wody morskiej do wnętrza i może pójść z dymem, co by unieruchomiło statek.

Wyobraźcie sobie, jak w środku nocy, trzeba tego drania na łańcuchach ściągnąć z wysokości; odłaczyć, rozebrać i poszukać, co jest granę. A dziurę po tym silniku natychmiast zatkać, by móc w tępie sztormowym, płynąc wono do przodu.

A teraz sobie popatrzcie: - ten żeliwny silnik elektryczny ważył 400 kg. Gdyby to był sinik tej nowej generacji, Dual Rotor, to coś co mając taką samą moc JEST 80% LŻEJSZE! Czyli z taka maszyną wiszącą 5 metrów u góry o wadze tylko 80 kg byłoby tylko ćwierć tej pracy do naprawy.

Proszę spojrzeć na prawdziwe dane techniczme.

Weźmy sobie klasyczne dosyć potężne silniki – ten stary i ciągle powszechny żeliwny, oraz ten wkrótce dominujacy z podwójnym rotorem. Oba niech będą mialy moc 200kW i 400kW.

Tak więc żeliwny waży 1200 - 1800 kilogramów dla tej mocy 200kW. A Dual Rotor to 250 – 400 kg. A dla takich 400 kW to odpowiednio 2500 – 3500 kg, i 450 – 700 kg. Te stare przy takich mocach są za ciężkie. Nie nadają się do aut osobowych. Czyli te z podwójnym rotorem są możliwe do zastosowania.Nnowe są dzisiaj 4 -6 razy lżejsze niż te klasyczne.

A na dodatek one mają jeszcze mnóstwo innych przewag, 

1. sprawność silnika, czyli "ile żre prądu" jest niewiele różna: - klasyczny AC to 92 – 95%, a nowy Dual 97 – 99%. Tylko, że te, które ciągle używamy dodatkowo mają straty Straty: na prądy wirowe, nagrzewanie, więc i straty w wentylacji.

2. A popatrzmy na moment obrotowy (decyduje o starcie i przyspieszeniu). Klasyczny AC to niski moment przy niskich obrotach, często potrzebna przekładnia, duże prądy rozruchowe (5–7× In). A Dual Rotor to pełny moment od 0 rpm, często bez przekładni, prąd rozruchowy = nominalny.

To jest ważny klucz: nowe silniki nie potrzebują skrzyń biegów!

  1. Oczywiście każdy kierowca zwraca uwagę na trwałość silnika, Więc trwałość: Klasyczny AC jest niemal niezniszczalny, działa 40–50 lat, byle łożyska wymienić. A Dual Rotor to niestety elektronika wrażliwsza i magnesy neodymowe (droższe), ale: brak szczotek, brak klatki, mniej drgań. Realnie: 20–30 lat bez remontu.

No to podsumujmy. Klasyczny silnik AC to: genialny czołg z XX wieku. Dual Rotor to:myśliwiec z XXI wieku.

Stary silnik: „moc przez masę”. Nowy silnik: „moc przez pole magnetyczne i elektronikę”. Czyli: nie stal robi robotę, tylko algorytm sterowania + geometria pola.

I nie ma wątpliwości, że Za 20–30 lat: silniki asynchroniczne zostaną tam, gdzie dziś są: - parowozy w muzeach, asilniki Diesla w zabytkach. Bo: są za ciężkie, za głupie i za energożerne jak na przyszły świat.

Dodam jeszcze, bo pewnie malo kto słyszł o tym kolejnym geniuszu. Christian Erland Harald von Koenigsegg – i jego skrócone CV:

Urodzony:
1972, Sztokholm (Szwecja)
Pochodzi ze starej rodziny szwedzkiej arystokracji (herb, tytuł szlachecki).

Wykształcenie:
Formalnie… praktycznie żadne inżynierskie.
Jest samoukiem – klasyczny typ „garażowego geniusza”. Już jako nastolatek budował silniki, konstruował mechanizmy,programował sterowniki.Rok 1994 (22 lata!). Zakłada firmę Koenigsegg Automotive AB. Cel: zbudować najlepszy supersamochód świata. Bez zaplecza koncernów. Bez wielkich pieniędzy. Tylko pomysł, upór i inżynierska obsesja.Co go naprawdę wyróżnia: On nie jest biznesmenem, tylko:głównym konstruktorem, projektantem i wynalazcą we własnej firmie.Ma ponad 400 patentów, m.in.: silniki bez wałka rozrządu (FreeValve), skrzynie biegów bez klasycznych przełożeń, ultralekkie kompozyty węglowe, własne silniki elektryczne (Dark Matter), własne falowniki i sterowniki.

A jego najważniejsze auta: CC8S (2002) pierwszy seryjny model – od razu rekord Guinnessa. Agera / Agera RS Przez lata najszybszy samochód świata. Regera Hybryda bez klasycznej skrzyni biegów (tylko przekładnia planetarna + silniki elektryczne). Gemera - 4-osobowy hipersamochód: 1700 KM, 3 silniki elektryczne, 1 maleńki silnik spalinowy, napęd wszystkich kół, zupełnie nowa architektura napędu.

Koenigsegg uważa, że:

klasyczny silnik spalinowy jest już technicznie martwy,
ale jeszcze można z niego „wycisnąć ostatnie 5%”.

Dlatego: nie kopiuje Tesli, nie kopiuje Toyoty, nie kopiuje Ferrari. On projektuje od zera fizykę napędu: moment, pole magnetyczne, sterowanie, straty energii. 

Jest wyjątkowy. W świecie, gdzie: Musk jest wizjonerem, Jobs był marketingowym geniuszem, Gates był strategiem, Koenigsegg jest: czystym inżynierem w stylu XIX wieku, tylko z XXI-wieczną technologią.

To bardziej: Nikola Tesla niż Elon Musk. Christian von Koenigsegg to: ostatni wielki konstruktor – człowiek, który naprawdę rozumie maszynę, a nie tylko nią zarządza. Nie korporacja. Nie fundusz.
Nie marketing. Tylko: fizyka + wyobraźnia + obsesja doskonałości. Takich ludzi w historii techniki jest może kilkunastu na stulecie. Bogu dzięki, że mamy takiego "inżyniera".

Oczywiście wszyscy śledzący rozwój elektrycznych samochodów dobrze wiedzą, że drugim najważniejszym problemem są akumulatory, albo inaczej mówiąc, baterie.

Niestety, jak na razie wszyscy ciężko pracują by znależć nowe lekkie, o dużej pojemności, szybko się ładujące, oraz bezpieczne i nie przgrzewające się baterie.

Patrząc na progres w tej technologii, trzeba się zgodzić, że chyba jeszcze około 5 lat będziemy używać LFP (Lit-Żelazo-Fosforan) jako główny standard. Będzie dominować bo ma: Najlepsze bezpieczeństwo termiczne, niska cena duża żywotność (cykle), stosunkowo stabilna chemia i Nie zawiera niklu/kobaltu. A ma zalety: są bardzo odporne na przegrzanie, nie palą się łatwo, dobrze trzymają SOH (stan zdrowia baterii). To będzie dominujący wybór dla: samochodów miejskich i aut średniej klasy, lekkich EV, a przede wszystkim flot miejskich (taksówki, autobusy).

Mamy też baterie NMC / NCA „drugiej generacji” (Nikiel-Mangan-Kobalt, Nikiel-Kobalt-Aluminium) A zastosowanie to: auta premium, pojazdy o dużym zasięgu, i te wymagające duży power. Te nowe mieszanki (Ni-rich) mają lepszą gęstość energii i moc, ale są: droższe, gorsze termiki niż LFP, i są wciąż zależne od niklu i kobaltu.

Na razie dajmy sobie spokój z bateriami morskimi, samolotowymi, czy wielkimi bankami baterii dla AI. 
 

Ufff... Chyba tyle wystarczy tego pieprzenia w zachwycie o nowych autach. Oczywiście mogę być podniecony, bo na moich oczach toczy się rewolucja w komunikacji drogowej. Przeżyłem już rewolucję komunikacji informacyjnej. Od alfabetu Morse'a do starlinków, smartfonów i smartTV.

Inżyniera na emeryturze musi to zachwycać. Jednak przepraszam wszystkich, którzy te zrozumienie mają gdzieś i dosyć bezmyślnie biorą kolejny gadżet nie odczuwając potęgi przemian w świecie.

A naszemu specowi od Izery życzę, by w końcu ujrzał produkcję oryginalnego polskiego auta. A to schowane przed szpiegowskim okiem pod plandeką, niech będzie klasy Koenigsegga, albo nawet lepsze. Stać naszych inżynierów na to. Chyba że nasi politycy i "biznesmeni" poszli na taniochę i zrobią kolejnego chińczyka. Wtedy się mocno wścieknę. A koleś Izera będzie ryczał ze śmiechu.

czwartek, 15 stycznia 2026

Po co komu Grenlandia




 Psia kość, przez swoje notoryczne lenistwo, albo gnuśność, (nie rozróżniam tego), doprowadziłem, by mój mentor, jedyny wiarygodny ekspert w sprawach geopolityki i strategii politycznych i wojskowych, Marek Budzisz, właśnie opublikował swoją audycję, dokładnie w kwestii przyszłości i roli Grenlandii. Nie wysłuchałem tego, by nie doznać nieswoich inspiracji. Opublikuję swój felieton i dopiero potem posłucham Marka Budzisza.

Zacząłem pisać to w ubiegłą sobotę i chyba skończę rano w czwartek. Ale przejrzałem źródłowe materiały i zgromadziłem potrzebne fakty i zdarzenia.

Usłyszałem też fajną ciekawostkę. Potężna Dania z wikingowskimi tradycjami, będzie bronić Grenlandii przed najazdem Trumpa i jego głodnej bandy Amerykanów. Z Grenlandii zrobią potężną twierdzę. Już mają świetnego wykonawcę. Będzie to firma LEGO.

Wrogowie prezydenta Donalda Trumpa, ci wszyscy neobolszewicy ukryci pod marką lewicy liberalnej, plus nieszczęsne dziwaki Unii Europejskiej, publicznie wrzeszczą, że takie działania, jak niedawno Wenezuela, teraz Grenlandia, a w krótce Kanada, to tylko paskudne ego amerykańskiego przywódcy, chciwego biznesmena, który pragnie tylko zdobywać, a właściwie rabować i kraść co sie da i co jest pod ręką. 
Udało się z Wenezuelą, gdzie ich dyktator był chroniony przez ruskie wojsko i sprzęt wojenny, oraz najlepszych kubańskich komandosów. Od razu widać, że z Grenlandią i tą gromadą około 50-ciu tysięcy rdzennych inuitów (nienawidzą, gdy ktoś mówi o nich eskimosi), spokojnych mieszkańców będzie łatwiej, gdy zapewni im się lepszy poziom życia. Tylko ci Duńczycy...

No właśnie... Dlaczego Dania tak głośno i z międzynarodowym wrzaskiem walczy tak mocno, że nawet Tusk i Sikorski nie mają słów z oburzenia. Zaraz, zaraz – a jaki jest właściwie status tej największej wyspy świata i jej realcje z Danią? I tu się robi ciekawie. 

A więc tak: - Grenlandia należy do Królestwa Danii (tak jak Dania właściwa i Wyspy Owcze), głową państwa jest król Danii i nie jest niepodległym państwem. Jednak to się raczej ukrywa i używa się nazwy Autonomiczne terytorium samorządne. Od 2009 roku Grenlandia ma tzw. rozszerzony samorząd (Self-Government): Grenlandia SAMODZIELNIE decyduje o: prawie lokalnym, gospodarce, edukacji, ochronie zdrowia, środowisku, policji i sądownictwie (w dużej mierze), języku (grenlandzki jest językiem urzędowym), A Dania zachowuje kontrolę nad: polityką zagraniczną, obronnością i walutą.

Grenlandia NIE jest protektoratem. Protektorat oznacza: - brak realnej samodzielności, a zarządzanie przez państwo „opiekuńcze”

Grenlandia: ma własny parlament (Inatsisartut), własny rząd i realną władzę lokalną. więc to nie protektorat. Lecz co ciekawe i ważne: - Grenlandia ma PRAWO DO NIEPODLEGŁOŚCI. Grenlandia ma ZAPISANE PRAWO DO SAMOSTANOWIENIA.

  • jeśli Grenlandczycy w referendum zdecydują o niepodległości. Dania musi to uszanować.
  • I jeszcze taka ciekawostka: - Dania jest w UE, a Grenlandia nie.
  • Czyli jest ładnie pogmatwane. A jeśli zgodnie z obecną strategią USA, na Grenlandii, gdzie już przecież mają swoje bazy, zdecydują, że teraz Stany Zjednoczone przejmą opiekę nad bezpieczeństwem tej wyspy, to będzie duży konflikt z Danią, bądź co bądź, państwem NATO?
  • USA JUŻ SĄ NA GRENLANDII – LEGALNIE. USA mają tam bazę Thule / Pituffik Space Base i działa to na mocy umów z Danią. Dania świadomie zgodziła się na amerykańską obecność wojskową - to elementNATO i obrony Arktyki. Czyli: USA nie są tam „na dziko”. Trzeba mieć świadomość, że Grenlandia nie wybrała Danii — Dania wybrała Grenlandię, a prawo do „wyboru” dano Grenlandczykom dopiero wtedy, gdy świat przestał tolerować kolonie. A Amerykanie mogą uczciwie i szczerze powiedzieć: - „Od teraz my odpowiadamy za bezpieczeństwo Grenlandii. Pozwólcie nam robić WIĘCEJ, bo inaczej zrobi to ktoś inny”.

I tu jest właśnie clou. Czyli "gwóźć" problemu Grenlandii.

To nie jest takie coś wyssane z palca, że nie tylko dla Stanów Zjednoczonej, a nawet dla półkuli zachodniej, a nawet można powiedzieć, dla całej cywilizacji łacińskiej, zarówno Chiny, jak i Rosja, to państwa wrogie. I jak widać po opisanej Ameryce Południowej, po Afryce i Azji ich imperialna ekspansja również ostrzy zęby i także zrobią wszystko, by zdobyć Grenlandię. Przez wszystkich geostrategów, i tych naszych i tych wrogich, ta potężna wyspa jest uznawana za newralgiczny punkt dla Oceanu Atlantyckiego, dla Pacyfiku i dla Arktyki. Czyli tu nie tylko jak na Alasce, stworzy się barierę defensywnej obrony przed rakietami, bojowymi samolotami czy dronami, ale także będzie kontrolować położenia i ruchy wrogich nawodnych i podwodnych sił wroga.

Ma więc, jak to lewacy – w USA pod nazwą "demokraci" i ci, już kompletnie niepoważni w Unii Europejskiej wrzeszczą i wprost wpadają w szał, że "Trump! Ręce precz od Grenlandii!" więc mają walczące władze Ameryki zrezygnować z użycia Grenlandii dla obrony i śledzenia wrogich działań? To przecież czysta głupota.

Oczywiście, nie ma wątpliwości, że każda próba jednostronnego przejęcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo Grenlandii przez USA oznaczałaby konflikt polityczny z Danią i podważenie zasad NATO. Dlatego Waszyngton działa tam wyłącznie metodą presji, umów i faktów dokonanych — nigdy otwartej konfrontacji.

Coś mi się zdaje, że Donald Trump szybko załatwi problem Grenlandii. Uczciwe, nieuczciwe. Przecież ten status tej wyspy i jej mieszkańców, to niestety jakaś forma kolonizacji. Pytali się kiedyś Grenlandczyków, czy chcą być częścią Danii? 


NIE. Grenlandczyków NIGDY nie zapytano, czy chcą być częścią Danii.

Podporządkowanie sobie Grenlandii to była i jest forma kolonizacji, choć dziś ubrana w bardzo „cywilizowany” język autonomii i dobrobytu. Więc czy amerykańska poprawność i moralność jest gorsza od duńskiej?

Czy zainteresowanie USA Grenlandią to imperializm? Nie. To klasyczna logika mocarstwowa. USA: - JUŻ tam są (bazy, radar, system wczesnego ostrzegania); Arktyka staje się kluczowym teatrem: Rosja, Chiny (tak, Chiny – „near-Arctic state”); kontrola Grenlandii = kontrola: - północnego Atlantyku, tras rakietowych, przyszłych szlaków morskich.

To nie jest kaprys prezydenta. To jest doktryna bezpieczeństwa.

Nie każde rozszerzenie wpływów jest imperializmem — czasem jest to po prostu odpowiedź na geograficzny i militarny fakt, że świat nie czeka, aż Europa dojrzeje do odpowiedzialności.

PS Gdybym miał możliwość przesłać Donaldowi Trump'owi moje hasło do nazwania tej geostrategii dla Południowej Ameryki i Grenlandii na początek działań to brzmiałoby ono: - WE THEM OR THEY US - MY ICH, ALBO ONI NAS 

czwartek, 8 stycznia 2026

Zrozumieć Trumpa



 


 

Z początku prezydentury Donalda Trumpa czułem się zażenowany słuchając nie tylko publicystów, ale eksperów i polityków, którzy, czy to z głupoty, niezrozumienia, a często z wrogości i strachu, wygadywali poważnymi wystąpieniami przed kamerami i przeróżne "mądre" analizy, czy dezyderaty o Donaldzie Trupie, którego na wszelki wypadek usiłowano zabić przed objęciem władzy. Długtrwały Brain Washing niestety opanował nawet inteligentnych ludzi. Jak to wykrzykiwał 2-wu godzinny prezydent Trzaskowski: - "To się w pale nie mieści!"

By nie popaść w nerwicę, przestałem słuchać dyskusji i czytać felietony o USA naszych fachowców. Bo co oni plotą? Żenada.


 


 

Aby nie dać się nam skupić na sprawach najważniejszych, wszystkie media zasypują nas codzienie sprawami dosłownie mało istotnymi i nieważnymi. a na dodatek nawet fałszują fakty, bo wiedzą dobrze, że najlepiej przyciągają widzów i czytelników sensacje. Nawt wyssane z palca. Potrafią nawet w jednym dniu powiedzieć coś specjalnego, a już wieczorem temu przeczą. Wszystko po to, zgodnie z technikami manipulacji społeczeństwem, byśmy byli w chaosie i w glowach mieli sieczkę. Dlatego też jesteśy coraz bardziej rozdrażnieni, zestresowani i często tracimy zdrowy rozsądek.


 

Taka, już długoletnia dzialaność propagandą, para-informacją, reklamami, i że tak powiem – duperelami, prowadzi do tego, że przestajemy rozróznić, co jest naprawdę ważne, a co możemy sobie darować i szybko zapomnieć.


 


 

To jest dokładnie tak, jak to się mówi: Widzi drzewo, a nie widzi lasu. Obciążeni niesamowitą ilością informacji, w większości sensacyjnej, bo to automatycznie przyciąga uwagę, koncentrujemy się na doniesieniach, z punktu ważności błachych, nieistotnych, a bardzo często nawet falszywych i głupich, nie będziemy myśleć, co jest na prawdę ważne - i w naszum kraju i na całym świecie.

Trzeba dodać, że Polska obecnie nie jest samotną wyspą, i to co nawet tysiące kilometrów jest daleko od nas, ma również wielki wpływ na nas i nasze państwo.


 

Nie będę, a nawet powiem, że mam powyżej uszu, ciągle słyszeć cokolwiek o Tusku, Kaczyńskim, Giertychu, Żurku i reszcie, a poza granicami o Putinie, van der Leien, Xi. Mam dosyć obserwowania Chin, Tajwanu, Afryki, a nawet rodzącej się rewolucji w Iranie. To jedne z tych drzew z przysłowia, a nie las, który nam tak pięknie na jesieni daje cudowny obraz.


 

Jednym, ale nie jedynym zdarzeniem geopolitycznym, sprzed kilku dni, jest amerykańska operacja w Wenezueli, gdzie oddział specjalsów Navy SEALs na helikopterach pojmał prezydenta Maduro, gdy bez wątienia wiadomo, że to mafiozo, który jest uzurpatorem i dyktatorem, nie uznanym jako prezydent przez Polskę i całą Unię Europejską i oczywiście USA, plus bodajże w sumie 82 państwa. Przetransportowano jego wraz z małżonką do USA, gdzie będzie on sądzony.
Nie za dużo myślący pracownicy medialni, albo już zawodowi propagandyści, u nas w kraju, nawet przed ambasadą amerykańską zorganizowali protest. A reszta lewaków z politykami podnieśli ten ich sztuczny krzyk. Zbłaźnił się, co jest już osobistym zwyczajem, Donald Tusk, który wyjeżdżając do Paryża na konferencję, oznajmił, że działania Trumpa nie podobają mu się i są dla świata, szczególnie dla NATO szkodliwe. Niestety konferencja pominęła działania USA, a europejscy przywódcy w wywiadzie po konferencji, usunęli Tuska z zespołu europejskich przywódców.


 

Gdyby ci nieustannie warczący na Trumpa i USA na zimno pomyśleli, to by wiedzieli, że nie był to atak na Wenezuelę, tylko atak, na prawdziwych wrogów Ameryki: - Chiny i Rosję.


 


 

Donald Trump i jego współpracownicy, sami tej akcji sobie nie wymyślili.

To kolejna realizacja idei AMERYKA DLA AMERYKANÓW. Proszę zauważyć: - TO NIE AMERYKA DLA USA. TO AMERYKA DLA RDZENNYCH AMERYKANÓW I PIERWSZYCH PIONIERÓW. Od Chile i Argentyny na południu, po Kanadę na północy.


 


 

Ta idea kształtu Ameryki od południa do północy tego kontynentu powstała niemalże dokładnie 300 lat temu, gdy Donald Trump został ponownie wybrany prezydentem USA.

To jest znane jako Doktryna Monroe.

Doktryna Monroe to zasada polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych ogłoszona 2 grudnia 1823 roku przez prezydenta Jamesa Monroe w orędziu do Kongresu.

Głównym założeniem wówczas było przerwanie kolonizacji. Wówczas to silne europejskie państwa – Portugalia, Hiszpania, Ftancja, Wielka brytania i Niemcy starały się zdobyć i wykorzystywać wszystko co się da - ludzi Ameryki i jej bogate zasoby.

Prezydent Monroe głównie chciał tylko trzy sprawy:


 

  1. Ameryka dla Amerykanów
    Państwa europejskie nie powinny ingerować politycznie ani militarnie w sprawy obu Ameryk (Północnej i Południowej).
  2. Zakaz nowej kolonizacji
    Europa nie może zakładać nowych kolonii na półkuli zachodniej.
  3. Neutralność USA wobec Europy
    USA nie będą ingerować w konflikty europejskie ani w istniejące kolonie europejskie w Amerykach.



 

Czy dzisiaj USA i Donald Trump chce czegoś więcej? Czy opinia publiczna całego świata nie widzi, że Rosja i Chiny na potęgę działają w celu kolonizacji państw łacińskich i całej Ameryki południowej? Żeby tylko Chiny i Rosja w swojej imperialistycznej fobii starali się wpłynąć na Amerykę... Jeszcze gorzej jest z tym w Afryce i Azji. Jeżeli ktoś twierdzi, że oni tam kogoś wyzwalają w imię demokraci, to niestety jest lewackim fanatykiem, co nawet jest gorsze niż bycie idiotą.

Po tej operacji w Wenezueli, szczególnie właśnie we wrogich, starających się zniszczyć USA, Chinach i Rosji, też wiele innych krajów wpadło w szok. Gdy ci, co chcą przejąć władzę nad światem, straszą machając szabelkę co chwilę i grożąc jakąś tajną zabójczą bronią i innymi krzywdami, zobaczyli, że Trump nie gada po próżnicy, nie kłamie i fantazjuje, tylko działa. Skutecznie realizuje to co obiecał w pierwszej przemowie do narodu. Widzimy, że nie rzucał słów na wiatr. Już odzyskał Kanał Panamski, gdzie przepędził panoszących się Chińczyków, a w Wenezueli przy okazji pokazał ruskim, że ich systemy rakietowe S300, są g. warte i pozbawione elektroniki nawet się nie uniosły z transporterów.

Maduro w amerykańskim więzieniu to dopiero początek sprzątania Ameryki. Kolumbia, Kuba, czy nawet sąsiedni Meksyk, nerwowo się zastanawiają, kto jest następny na liście miłośników komuniznu (to prawdziwa twarz tzw. "demokracji"), albo zarabia miliardy przez narkotykowe kartele, które dzisiaj, jak już kokaina i marihuana okazały się za słabe, z pomocą chińskich chemicznych półproduktów zasypują świat potwornymi, sztucznymi narkotykami, które zabijają, gorzej niż demolujący Rosję narkityk "Krokodyl".



 

Czy jest coś negatywnego w tym, że Donald Trump jest wierny swojemu hasłu America first? Czy nie jest to właśnie czysty patriotyzm? A nasz Donald, ten biedny, coraz bardziej znerwicowany Tusk, choć raz, uczciwie powiedział – ZAWSZE POLSKA JEST NAJWAŻNIEJSZA?



 

Jest w obecnej światowej geopolityce jeszcze inny temat, który również obecnie jest manipulowany, albo świadomie zakłamywany, gdy Trump, na początku prezydentury powiedział, że oprócz America first i określeniu Chin i Rosji, jako swoich wrogów, zwrócił uwagę na konieczność nawiązania ścisłych stosunków z Kanadą i Grenladią. Na te słowa nie tylko mediów, albo tych para-analityków z formacji liberalno – lewicowych, leci piana z ust (Tusk dlatego nosi w kieszeniach aż trzy chusteczki), za taką butną bezczelność amerykańskiego przywódcy.

Jak by wojna była tylko strzelaniem do siebie bombami, raketami, dronami, czy innymi śmiercionośnym świństwami. A wojna to też gospodarka, finanse, handel i propaganda. Czyli w tych obszarach Trump również nie może biernie sie przyglądać i czekać na gwiazdkę z nieba.

Dla światowego porządku i posiadania swoje broni nie tej pif – paf, tylko ekonomicznej i dla gwarancji bezpieczeństwa, USA potrzebuje ścisłej współpracy właśnie z Kanadą i Grenlandią.

Dlaczego? O tym napiszę w kolejnym felietonie.



 

PS I postaram się pokazać, czy działania Trumpa są dobre dla Polski, czy może nie.