
Już od dawna wiedzieliśmy to i owo. Raczej z naciskiem na owo.
Ktoś usilnie nie pozwala Polsce na pełną samodzielność. Nie
pozwala i nie pozwalał. Tak, jakby w ludzkim, nie boskim schemacie
świata Rzeczpospolita, po rozkwicie i potędze w XVI i XVII wieku, miała
upaść i stracić swą pełną suwerenność na zawsze. Odtąd miała grać w
drugiej lidze państw podporządkowanych, państw zależnych; miała być
protektoratem, państwem tylko de nomine, kadłubowym, gdzie decyzje o jej
losie zawierane są poza nią i nikt nie zamierza pytać Polaków o ich
zdanie.
Na krótki okres udało się wyrwać z tego kręgu zależności i
niesamodzielności po I Wojnie Światowej. Obserwowaliśmy wówczas
niebywały rozkwit i postęp kraju, mimo, że nie było w zewnętrznych
stosunkach wcale łatwo, a nowo powstały komunizm w Rosji wydał nam
wojnę, najechał na Polskę i ponownie chciał ją całkowicie
podporządkować. Tylko bitność wojska, wspaniali dowódcy i morale
młodziutkiego, odrodzonego narodu, nie dopuściły do zwycięstwa dzikich
wschodnich hord. Wojnę 1920 roku wygraliśmy, a słaba, wyniszczona wojną
Europa, chyba do dzisiaj nie zdaje sobie sprawy, że ówczesne zwycięstwo
nad bolszewikami, zatrzymało ich marsz, co mieli w planie, aż po
Atlantyk. Gdyby zwyciężyli, młoda Polska nie dałaby rady, to jak by
Europa wyglądała dzisiaj? Zapewne przeżywałaby wszystko to, co
widzieliśmy w historii upadłego Związku Socjalistycznych Republik
Radzieckich, z tamtejszą biedą, terrorem, masakrami i głodem.
Następnie pozwolono ponownie Niemcom urosnąć w siłę i dopuścić do władzy szaleńca – Adolfa Hitlera.
I po dwudziestu latach względnego spokoju i mozolnego budowania polskiej
suwerenności, mieliśmy następną wojnę, gdzie kraj nasz znalazł się
pierwszy na celowniku i przegrał z militarną potęgą Niemiec.
Od tego momentu możemy liczyć ponowną, długotrwałą utratę suwerenności państwa.
Wprawdzie w końcu Hitler i nazistowskie Niemcy przegrały, a my
znaleźliśmy się pośród zwycięzców. Tylko co z tego? To była kpina i
mocarstwa tego świata wcale nie zamierzały dawać Polsce i paru innym
krajom suwerenności i możliwości decydowania o swoim losie.
W Jałcie, pomimo wysiłku wojennego, jaki, mimo okupacji niemieckiej,
Polska wniosła w wojnie z nazistami, będąc cennym aliantem zwycięskich
mocarstw, prezydent USA, Franklin Delano Roosevelt i premier Wielkiej
Brytanii Winston Churchill, gładko i bez chwili refleksji i
zawstydzenia, sprzedali kraj nasz Rosji i tyranowi dorównywającemu
Hitlerowi – Józefowi Stalinowi.
I, o ironio, ta haniebna transakcja, kupczenie kształtem i przyszłością
Europy na długie lata odbywała się w polskim pałacu Potockich, w
Liwadii, blisko Jałty na Krymie.
Byliśmy zwycięzcą II Wojny Światowej. Lecz w oczach wspomnianej wielkiej
trójki – USA, Wielkiej Brytanii i ZSRS, zwycięzcą ósmej kategorii.
Dokładnie 70 lat temu, 8 czerwca 1946, odbyła się parada zwycięstwa w
Londynie. W kilkunastokilometrowej kolumnie maszerowali ci, co pokonali
nazistowskie Niemcy i ich sprzymierzeńców. Szli więc: Kanadyjczycy,
Australijczycy, Nowozelandczycy, Czesi, Norwegowie, Francuzi, Irańczycy,
Meksykanie. Byli Hindusi w turbanach, Grecy w białych spódniczkach,
Szkoci w kiltach, a nawet oddziały z Etiopii, Seszeli i Fidżi. Nie było
jednak Polaków, którzy walcząc w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie
stanowili jedną z najliczniejszych walczących nacji po stronie sił
alianckich.
Bo już rok po wojnie, w 46-tym, nie uznawano Polski za samodzielne,
niepodległe państwo. Byliśmy już nienazwaną, nieformalną, kolejną
republiką Sowieckiego Sojuza.
Starsi z nas bardzo dobrze pamiętają 45 lat "niepodległości" tak zwanego
PRLu po wojnie. Żadna, absolutnie żadna decyzja państwowa nie mogła być
podjęta bez aprobaty Moskwy i sowieckich władz. W Polsce stacjonowały
radzieckie wojska okupacyjne, chociaż nigdy ich tak nie nazywano. To
była przyjazna armia radziecka. I nawet, o czym dowiedzieliśmy się
niedawno, na naszym terytorium Sowiety umieściły głowice atomowe.
A naród? Cóż, usiłował jakoś żyć w tym narzuconym siłą systemie. Tych,
co się temu czynnie przeciwstawili, wspaniałych Żołnierzy Wyklętych,
nazywanych wówczas bandytami, komunisci po prostu wymordowali.
Pamiętam dobrze, że staraliśmy się prowadzić normalne życie, bo przecież
ma się tylko jedno, jednakże mając cały czas w tyle głowy świadomość
braku wolności, niewolnictwa niemalże.
Jedni się z tym pogodzili, a inni cały czas marzyli o prawdziwej wolności. Przyszło jednak na tą wolność długo czekać.
Prawdziwa wola niezłamanego narodu wyrażała się regularnymi zrywami, gdy
usiłowano zrzucić jarzmo niewypowiedzianej okupacji. 1956, 1968, 1970,
1980, to te najbardziej symboliczne daty pokazujące nieśmiertelność
myśli niepodległościowej.
W końcu nadszedł rok 1989. Komunizm i sowietyzm doznał takiej erozji, że
ledwo się słaniał i musiał coś uczynić. Oczywiście, nie chciał upaść,
tylko musiał zmienić swój kształt, przepoczwarzyć się i dostosować się
do zmieniającego się gwałtownie świata.
A my, Polacy, mieliśmy chwilową iskierkę nadziei, że oto komunizm
wreszcie upadł i nareszcie staniemy się niepodległym państwem i
suwerennym narodem.
Próżne nadzieje. Znowu usiłowano nas oszukać i sprzedać gówno, zawinięte w lśniący papierek.
Nikt z tych, co wówczas w Magdalence niby ustalali losy Polski,
Jaruzelski, Kiszczak, Wałęsa, Michnik, Kuroń, Geremek, nie byli
samodzielnymi figurami.
To ciągle były marionetki. Figurynki na sznurkach, które były ciągle trzymane twardą ręką Kremla.
Mieli oni stworzyć teatr, złudzenie, że oto wreszcie następuje
demokracja, że będzie wolny rynek i każdy stanie się kowalem własnego
losu.
A tak naprawdę ukryć fakt, że czerwoni komuniści i ich sprzymierzeńcy
przeszli do etapu łupienia państwa, grabieży narodu i rozkradania
wszystkiego, co się da.
Dokładnie tak samo, jak Armia Czerwona w 1945 roku, wracając przez
Polskę do domu, zabierała ze sobą, ładując na pociągi całe fabryki,
dzieła sztuki i co jeszce się dało.
Teraz, w 1989 roku, komuniści postanowili powtórzyć identyczny manewr. Z
małą różnicą – teraz dobra nie szły tylko do Moskwy, ale częściej do
Luksemburga, Panamy, Monaco, czy na Cypr. Dobra spieniężone i
bezwstydnie ukradzione narodowi.
A wolność? Suwerenność? Kto by o tym myslał, gdy wszyscy zachłysnęli się pozorami kapitalizmu i wolnego rynku.
Wałęsa, prezydent niby wolnego wreszcie państwa, nadal jeździł do Moskwy
ustalać najważniejsze sprawy. Inny prezydent – Kwaśniewski, regularnie
spędzał urlopy w Rosji, a Komorowski polował na Białorusi ze swoimi
rosyjskimi przyjaciółmi.
Więzy neokolonialnej Polski z moskiewską metropolią wciąż były bardzo silne.
Wreszcie, na przełomie wieku, zachód, konkretnie Unia Europejska,
powiedział – dość tego. Nie pozwolimy na dalsze dojenie Polski przez
Moskwę. My też chcemy mieć coś z tego.
I tak oto, w roku 2004, Rzeczypospolita, z jednostronnego uzależnienia
od Moskwy, wpadła w kolejne uzależnienie od dwóch stolic – Moskwy i
Brukseli.
Chociaż, będąc ścisłym – od Moskwy i Berlina, bo Unia Europejska robi wszystko, o czym zadecydują Niemcy.
Historia zatoczyła koło. Po paru wiekach Polska jest ponownie zależna od Rosji i Niemiec. Tym razem zabrakło Wiednia.
Póki tym dwóm ośrodkom władzy udawało się utrzymywać w Polsce rządy
podporządkowujące się bez zastrzeżeń i słowa sprzeciwu zewnętrznym
decydentom, kraj nasz był hołubionym pupilem, głaskanym po głowie i
klepanym po ramieniu.
A kolejni przywódcy i ludzie władzy – Miller, Kwaśniewski, Tusk, Komorowski, Ewa Kopacz cieszyli się jak jakiś Idi Amin, czy
Sese Seko
Kuku Ngbendu wa za Banga Mobutu. Bo byli albo cynikami, albo głupcami,
co nie wiedzieli, że za ich cichą aprobatą odbywa się kolonialna grabież
Rzeczypospolitej. Że są tylko figurantami, którym zapewniono lepsze
życie, apanaże i przywileje, byle tylko nie wtrącali się w realizację
dokonań i celów metropolii.
*****
I oto mamy rok 2015. Mimo zaklinań funkcjonariuszy, specjalistów
Czerskiej, TVNu i Fundacji Batorego, rok ten ma już zagwarantowane
miejsce w historii. Śmiem powiedzieć – nie tylko Polski, ale i Europy.
Siły autentycznie patriotyczne i nakierowane na pełną suwerenność
Polski, których głównymi reprezentantami byli bracia Kaczyńscy,
usiłowały już dwukrotnie: w 1991 roku, tworząc rząd Jana Olszewskiego i w
2005 roku wygrywając wybory, posterować Polskę w kierunku pełnej
suwerenności.
Niestety, byli za słabi, a zewnętrzne siły nacisku zbyt mocne. Po
krótkich epizodach sprawowania władzy musieli ulec, nie osiągając
zamierzonego celu.
Dopiero wyraźne zwycięstwo roku 2015 – raz, prezydenckie Andrzeja Dudy,
dwa, parlamentarne PISu, pozwalające na samodzielne rządy, stworzyły
warunki (i nadzieję), po raz pierwszy od 1918 roku na utworzenie
niepodległego, suwerennego Państwa Polskiego.
Rządy PISu po wygranych wyborach w październiku 2015 trwają właśnie pół
roku. Nikt nie myślał, że będzie łatwo. Zawsze było ciężko, gdy Polska
zrywała się do utworzenia pełnej suwerenności.
Spokój i powszechna miłość istniała tylko zawsze, gdy kraj nasz
realizował posłusznie politykę i polecenia zewnętrznego dysponenta. A
suwerenność? Własne zdanie? Mówienie nie? Albo, ne daj Boże,
kwestionowanie racji, mądrości i słuszności wielkich ludzi świata? To
nie do pomyślenia.
Atak uzurpatorów, którzy postawili się na pozycji faktycznych zarządców
Polski, był tak gwałtowny i paniczny, że wreszcie pospadały maski i
każdy trzeźwo myślący człowiek, nie tylko w Polsce, ale na całym
świecie, mógł zobaczyć, jak się rozgrywa politykę, wobec pozornie
niezawisłych państw i narodów.
Mamy więc stały, wręcz historyczny nacisk Moskwy, która wbrew
rzeczywistości, nigdy nie pogodziła się, że Polska wyśliznęła się im z
krwawych łap. Ciągle z cała turańską arogancją usiłują oddziaływać na
wszelkie poczynania RP. Usiłują decydować, co nam wolno, a czego nie. A
gdy jesteśmy krnąbrni, karać nas np. zakazem eksportu żywności, strasząc
przykręcaniem kurka z gazem, czy instalując głowice nuklearne na
rakietach Iskander w Kaliningradzie, dokładnie dwie godziny samochodem
od mojego domu. To oni chcą decydować, jaką będziemy mieli armię i jak
będziemy uzbrojeni.
Oni ciagle są przyzwyczajeni, że będziemy się ich o wszystko pytać i nie
robić nic bez ich zgody. Bo przecież tak robili – Wałęsa, Kwaśniewski,
Komorowski i Tusk.
Gdy w 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej, to już wówczas
wyszkoleni propagandyści, robiący za dziennikarzy i tzw. ekspertów,
twierdzili (i twierdzą do dzisiaj), ze przynależność do UE wiąże się z
oddaniem części swojej suwerenności. Co za bzdura! Proszę pokazać, w
którym traktacie jest to zapisane? Może tak się biurokratom z Komisji
Europejskiej wydaje, lecz tak nie jest. Przynależność od UE nie
ogranicza braku możliwości realizacji własnej polityki ustrojowej, i
dbania przede wszystkim o rację stanu własnego państwa.
Jednakże wszyscy dobrze wiemy, że Bruksela to także tylko marionetki w rękach Berlina.
A Berlin, tak, jak Moskwa, zawsze miał wobec Polski konkretne i
dalekosiężne plany. Może nie tak chamsko i brutalnie stawiane, jak to
czyni Moskwa, ale po prusku równie bezwzględnie.
To na polecenie Berlina Tusk zlikwidował polski przemysł stoczniowy.
Nota bene, jeden z najlepszych na świecie, więc zbyt silna konkurencja
dla niemieckiego.
Także na polecenie Berlina premier Kopacz zamierzała zlikwidować polskie
kopalnie węgla, by potem, zamknięte, mogli kupić za grosze niemieccy
przemysłowcy.
Na polecenie Brukseli i Berlina przystaliśmy na idiotyczną politykę
klimatyczną i absurdalne kwoty CO2. A na dodatek, chcieli nas zmusić do
kupowania ich szrotowych, zdezolowanych wiatraków.
Długo by jeszcze można wymieniać efekty podporządkowywania Polski
Berlinowi. Dodam tylko przejęcie polskiego rynku prasowego, czy pożyczka
miliarda euro z EFW na zlikwidowanie polskich sklepów rodzinnych przez
niemieckie sieci handlowe Kaufland i Lidl.
Trzecią siłą, która ze wszech miar dba o to, żeby przypadkiem w Polsce
się nic nie zmieniło i żeby przypadkiem nie wybiła się ona na
samodzielność, jast międzynarodowa finansjera, spekulanci i bankowi
gangsterzy, czyli banksterzy.
Dla nich Polska, to dojna krowa, która jeszcze długo miała dawać tłuste mleko i śmietankę.
Pierwsze, co po tzw. transformacji zrobili towarzysze funkcyjni pokroju
Balcerowicza, to sprzedaż, a właściwie pozbycie się za grosze, polskiego
rynku bankowego. Na koniec 2015 roku 59,0% wszystkich podmiotów
bankowych było kontrolowanych przez inwestorów zagranicznych, głównie z
Włoch, Niemiec i Hiszpanii. Udział 5 największych banków w aktywach
sektora wynosił 48,8%, a udział 10 największych banków - 70,5%.
Widać wyraźnie, kto kontroluje finanse niepodległego państwa. Gdzie
można było przeprowadzić szwindel z kredytami frankowymi. Gdzie można
było okradać obywateli niebywałymi spredami, oprocentowaniem i ukrytymi
opłatami.
Bóg nad Polską czuwał, że nie dopuścił, by faktyczny urzędnik Berlina,
premier Tusk, wprowadził walutę euro i zlikwidował złotówkę, co
zamierzał już zrobić w 2011 roku. Wtedy bylibyśmy już ugotowani na
twardo.
Nie mniej możemy obserwować, że RP jest pod ciągłym atakiem sił
spekulacyjnych i mimo braku powodów ekonomicznych, polska złotówka
oscylowała w niesamowitym zakresie od 2zł/USD do 4,5zł/USD.
Mimo tego, dobrze jest, że mamy własną walutę, gdyż przystąpienie do
strefy euro, w znacznym stopniu odebrałoby nam zdolność pełnego
kontrolowania własnej ekonomii i realizacji projektów w myśl polskiej
racji stanu.
Końcowym nieszczęściem i powodem kłopotów, z którymi się właśnie
borykamy, przy wybijaniu się na suwerenność, jest to, że Polska znalazła
się na celowniku George'a Sorosa – miliardera, kryptokomunisty,
opętanego szaleńczą wizją New World Order, czyli nowego porządku świata.
W tym NWO, jak to widzi Soros nie ma miejsca dla niepodległej Polski.
Ma być ona jakąś rozmytą prowincją Europy, jak to ustala sie w idei
neo-luksemburgizmu. Przypomnę tu na boku, że ważnym elementem tej idei
jest zdecydowane deklarowanie poparcia dla demokracji, co widzimy na
każdej demonstracji KODu i w wystąpieniach partii Nowoczesna.
To nie przypadek. Bo właśnie w tych dniach, opętany ideolog Soros postawił kropkę nad i.
Open Society Fundation, organizacja, przez którą Soros realizuje swoje
projekty, przyznała, że wspiera finansowo Komitet Obrony Demokracji
(KOD). Mam też pewność, że Ryszard Petru, (uczeń Balcerowicza, który
właśnie w latach dziewięćdziesiątych niszczył gospodarkę, wg. wskazań
Sorosa i niewydarzonego ekonomisty Sachsa) i jego powstała w jeden
dzień, partia Nowoczesna, została sfinansowana z pieniędzy Sorosa.
A dwa dni temu, George Soros wykupił 11% akcji Agory, ratując przed
upadkiem bankrutującą Gazetę Wyborczą – obok, obecnie lewacko –
amerykańskiego TVNu, główną tubę antypisowskiej, wściekłej propagandy.
Koło się zamknęło. Cel jest jeden – jak najszybciej obalić rządy PIS. Prezydent nieważny. Może znowu gdzieś poleci...
Sterowana z zewnątrz opozycja – Platforma Obywatelska z Berlina, a Nowoczesna przez ludzi Sorosa, ogłosiły się opozycją totalną.
Jeżeli ktoś jeszcze tego nie rozumie, oznacza to, że będą w Sejmie robić
tylko jedno – dążyć do obalenia demokratycznie wybranej władzy PISu.
Poza Sejmem również. Bo jak to otwarcie powiedział lider PO Schetyna –
PIS będzie zwalczany wszelkimi siłami i na wszelkie sposoby na ulicach
polskich miast (do czego m.in. służy KOD), oraz w międzynarodowych
instytucjach, głównie poprzez zaprzyjaźnionych lewackich biurokratów z
Unii.
Czy może zatem kogoś dziwić kryzys z ewidentnie łamiącym prawo
Trybunałem Konstytucyjnym, jątrzącym się podskórnie puczem sędziów –
strażników starego porządku, czy właśnie wybuchającym w tym momencie,
choć zaczął się już w 2014 roku, strajku pielęgniarek w Centrum Zdrowia
Dziecka ( na szczęście właśnie się skończył, a biedne kobiety pewnie nie
wiedziały, że są narzędziem manipulacji).
Wszystko to, co się obecnie dzieje w polityce – totalne negowanie
wszystkich ustaw prowadzących do poprawy życia, porządku i
praworządności, jest właśnie efektem niezgody światowego establishmentu,
na przekształcenie się Polski w silne i suwerenne państwo.
Bo może wtedy zrealizuje się prognoza politologa George Friedmana,szefa światowego ośrodka analitycznego Stratfor:
"[...] Polska będzie znaczącą siłą w Europie w 2039 roku.
Głównie dlatego, że wasz kraj się rozrośnie, a inni się osłabią.
Wreszcie zaczną was traktować Polskę jako dużego gracza.
[...]
Możecie być liderem na każdym możliwym polu. Macie dużo złóż naturalnych
i świetnie wykształcone siły robocze. Wystarczy sam fakt, że macie
więcej informatyków niż inne państwa. Musicie zrozumieć, że jesteście
nowoczesną europejską siłą. Macie mnóstwo obywateli, świetny system
edukacyjny. Co mogłoby wam zaszkodzić?" [1]
No właśnie – co może nam zaszkodzić?
Okazuje się, że są potężne siły, a przede wszystkim triumwirat: Moskwa –
Berlin – banksterzy z Sorosem, którzy będą robić wszystko by nie
dopuścić by Rzeczypospolita nie stała się ponownie, jak wieki temu,
europejską potęgą, która zawróci bieg historii i przywróci siłę i piękno
cywilizacji łacińskiej.
W roku 2039 będę miał 89 lat.
Bardzo chciałbym zobaczyć, jak spełnia się przepowiednia jednego
George'a – Friedmana, a wysiłki drugiego George'a – Sorosa, obracają się
w pył.
............................
[1] http://natemat.pl/104257,politolog-george-friedman-dla-natemat-pl-w-100-rocznice-wybuchu-ii-wojny-swiatowej-polska-bedzie-potega-a-niemcy-nie