niedziela, 5 stycznia 2014

Cisi poplecznicy Tuska


Będzie dzisiaj nawalanka? Już dyżurni agenci o tym zadecydują. Bo may się nawalać, gnoić, ubliżać, żeby przypadkiem czegoś nie budować.

Czy ciągle jeszcze spora siła Tuska i jego ferajny opiera się tylko na lemingach, tych młodych, wykształconych z dużych miast i na rzeszy kombinatorów, podpiętych finansowo do rządowej machiny rozdającej kontrakty i przewalającej przetargi?
Czy to tylko zachodnie, głównie niemieckie media, propagujące pupila Angeli Merkel spajają ludzi podtrzymujących nie-rząd?

Nie proszę państwa, są niestety osoby popierające Tuska po naszej prawicowej stronie. A najgorsze jest to, że jest sporo takich, piszących jako blogerzy i komentatorzy na popularnych prawicowych portalach.

Kto to taki? Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba przypomnieć pewne zasady uprawiania polityki przez obecną ekipę.
Otóż oprócz zapewnienia sobie popracia wyżej wspomnianych lemingów i podwiązanych pod układ kombinatorów, trwa nieustanna manipulacja wokół prawej strony, która jest w opozycji do rządów Tuska.
Chyba już największy tuman zdołał pojąć, że podstawą polityki obecnej ekipy jest kompletna bezideowość i maksymalne nic – nierobienie. Jednakże może to oburzać sporą część społeczeństwa. Trzeba więc się nią zająć, tak, by nie była w stanie głośno i skutecznie protestować.

Ten segment pacyfikacji potencjalnie opozycyjnych obywateli realizowany jest w postaci dwóch głównych filarów: utrzymywanie społeczeństwa w stałym rozedrganiu emocjonalnym, oraz niedopuszczenie do jednoczenia się i krystalizowania się ośrodków opozycji.

I jedno i drugie realizuje przede wszystkim propaganda uprawiana przez pro-rządowe mass-media, które, niestety, stanowią ponad 90% wszystkich publikatorów. Wrzeszczącymi tytułami i podsuwanymi bzdurnymi tematami, takimi jak kibice, nietrzeźwi kierowcy, czy słynna mama Madzi, skutecznie utrzymują emocjonalne i nerwowe napięcie narodu. Jesteśmy wprost bombardowani codziennie klęskami, katastrofami i tragicznymi informacjami, tak byśmy nie znali dnia, ani godziny. Tak, byśmy byli ciągle na granicy silnej nerwicy, bez spokoju i bez poczucia bezpieczeństwa.
Taka działalność wywołuje postawę psychiczną, w której ludzie się łatwo denerwują, są kłótliwi, swarliwi i nie mają do nikogo zaufania. Bo propaganda dobitnie ukazuje, że draniem może być każdy – policjant, lekarz i ksiądz. Na drugiego człowieka należy patrzeć z najwyższą podejrzliwością i w żadnym wypadku nie można mieć do niego zaufania.

Tak przygotowany psychicznie i nerwowo naród, co jest oczywiste, trudno się jednoczy. Prawicowe inicjatywy starające się rozbudzić ruch obywatelski rozbijają się o postawy bierności i nieufności, wytworzone przez oficjalną propagandę.
Z własnego doświadczenia wiecie, że nawet spotkania towarzyskie zamierają, czego nie było nawet w trakcie trwania stanu wojennego. Bylismy wówczas znacznie bardziej zjednoczeni. Teraz to tylko pojedyncze atomy, gotowe zebrać się w 200 tysięcznym tłumie na Skwerze Kościuszki w Gdyni, by oglądać upadłe gwiazdy w Noc Sylwestrową. Wolą to, niż spędzanie tej nocy w gronie przyjaciół, bliskich osób i we własnej atmosferze. Nie, wolą stać godzinami w tłumie obcych, niczym nie zjednoczonych ludzi.
I wszyscy są tak nerwowi, jak nigdy. Wściekły facet, dodatkowo pobudzony alkoholem wjeżdża na chodnik i zabija sześć osób. W Krakowie, młodzi ludzie uzbrojeni w maczety, noże i pałki zatrzymują samochód, wyciągają kierowcę i smiertelnie go masakrują.
Zwykli obywatele robią to, co kiedyś było wyłączną domeną oprawców z UB, KBW, czy ZOMO.
Co się porobiło ?!
To się porobiło, że tak bez przerwy jesteśmy na siebie napuszczani. Mamy być emocjonalnie rozedrgani, źli, a nawet wściekli. Lecz nie na władze, nie na rząd, ale sami przeciwko sobie.
Tak, byśmy się nigdy nie mogli zorganizować.

No dobrze, ale co z tym internetem?
Zostawmy na boku te wszystkie facebooki, onety i tym podobne, które utworzono specjalnie dla lemingów, by mogli się zabawiać. No i oczywiście dla ministra Sikorskiego.
Zajmijmy się tym segmentem internetu, który popularnie nazywa się prawicową blogosferą, a który składa się z szeregu portali społecznościowych, o większej i mniejszej popularności.
Teoretycznie powinien tutaj panować ład i porządek. Przebywa tu bowiem elita, najbardziej świadoma część opozycyjnego społeczeństwa. Niestety, tak nie jest. Zgodnie z prawami statystyki i pod naporem propagandowej psychologii, również tutaj mamy emocjonalne rozedrganie i niemożliwość jednoczenia się.
Czyli dokładnie to, co aparat Tuska realizuje w stosunku do społeczeństwa.
Mamy więc w prawicowej blogosferze rzeszę cichych popleczników Donalda.

W dużej mierze są to, jak to nazywa pan Jerzy Targalski, patrioci – idioci.
Idiotów – patriotów na każdym prawicowym portalu jest sporo. To oni zazwyczaj uzurpują sobie prawo do władzy nad portalem. Mając głowy zapełnione kalkami hasełek i zawołań, tak, że nie ma już miejsca dla rozumu, narzucają tematy dyskusji, oceniają wszystko w koło, starając się rzeczywistość dopasować do prymitywnego schematu, który sobie w swoich mózgach stworzyli. Ponieważ jednak, przygotowani przez tuskową propagandę, są emocjonalnie podminowani, to cierpią na syndrom oblężonej twierdzy. Nie ufają prawie nikomu. Tworzą wyłącznie kliki tak samo myślących. I najgorsze, starają się całkowicie zawłaszczyć prawicową scenę. Ktokolwiek samodzielnie myślący, nie używający bez przerwy wytartych haseł, jest, musi być wrogiem. Akcje wyszukiwania podstępnych agentów, fałszywych prawicowców i niepewnych osobników trwa nieustannie. Zajmuje im to większość czasu. Potrafią wejść na każdą merytoryczną dyskusję i rozpieprzyć ją w trymiga, projektując swoje fobie i szukając wrogów.
Najbardziej twórczy spośród nich tworzą zadziwiające teorie, kompletnie odrealnione, które byłyby śmieszne, gdyby nie to, że to nasze prawicowe.
Często jest to pseudo patriotyczna ekstaza religijna, w której się głosi, że Polska jest Jezusem narodów i musi przejśc podobną drogę cierpienia, by zbawić świat. Albo wprost przeciwnie – Polska, by osiągnąć sukces i pociągnąć narody, musi powrócić do swoich pra-słowiańskich korzeni i ze Światowidem i Swarożycem na sztandarach, tworząc nową polską cywilizację, powieść naród do zwycięstwa.
Cóż oryginały i ekscentrycy są i byli zawsze. A internet dał im możliwość wypowiadania swoich fantasmagorii. Tylko dlaczego mącą w głowach na prawicowych portalach? Przecież to jest dokładnie to, o co Tuskowi i ekipie dokładnie chodzi. Sianie zamętu i odciąganie od najważniejszych spraw dla kraju i narodu.

Portale prawicowe stały się też miejscem produkowania się notorycznych pieniaczy i besserwisserów. Ci są napięci emocjonalnie nawet bardziej niż przeciętni patrioci-idioci. Awantury na portalach wybuchają bez przerwy. Pyskówki zajmują sporą grupę ludzi. A praca dla kraju, dla nas, leży. No i wróg się cieszy.

Oczywiście, są cały czas między nami funkcjonariusze, którzy dbają, by ten stan rzeczy nieustannie podtrzymywać. I jakże często są to ci najgorliwsi, najbardziej mącący i właściciele jedynej słusznej racji, patrioci – idioci.

Powiedzcie sami. Jak tutaj budować silną prawicę? Jak w końcu stworzyć silną reprezentację, która przegna uzurpatorów, zdrajców narodu.
Wszyscy chcemy tego samego – "Ojczyznę wolną racz dać nam Panie".
Ale niektórzy jakby mniej chcą. Bo musieliby zniknąć, wrócić do swych codziennych obowiązków. A tak mogą w tym stanie marazmu i zawieszenia brylować. Tocząc z ust jadowitą pianę, złość i nieufność, podpierani przez rozhisteryzowane kobiety, które nie znalazły szczęścia w życiu.
Oto właśnie jak realizuje się wyrafinowana propaganda fachowców, których Tusk zatrudnił.
Prawicowa blogosfera pełna jest jego cichych popleczników.

autor: jazgdyni


Chrzest Polski


To oczywiste, że władza pochodzi od Boga. A jak ktoś w Boga nie wierzy - to musi sobie zamiast tego krótkiego zdania podstawiać nieco bardziej rozbudowane: władza jest fenomenem naturalnym, produktem ewolucji,
Co oczywiście wcale nie znaczy, że owa niezbywalna dla komfortu psychicznego każdego zwierzęcia stadnego władza KONIECZNIE musi przybierać formę państwa - i to państwa bardzo szczególnego, bo zachowującego się tak, jakby świat się od niego zaczynał i na nim kończył, czyli - jak to zwykłem pogardliwie nazywać: gosudarstwa... 
Nie mam już sił na wysyłanie do "NCz!" kolejnych polemik z ich "etatowym" libertarianinem, panem Wozińskim. Zrobiłem to kilka razy, z czego na łamach ukazały się może ze dwa teksty - i się zniechęciłem. 
Polemiki blogowej też nie będzie, gdyż pan Woziński dawno już temu raczył był oświadczyć, że taki śmieć jak ja na zaszczyt jego odpowiedzi nie zasługuje... 
No cóż? Muszę z tym jakoś żyć... 
Ostatnio przez pewien czas nie kupowaliśmy "NCz!". Wczoraj Lepsza Połowa się złamała i pozwoliliśmy sobie na taki luksus. Ze skutkiem jak wyżej, to znaczy - przeczytałem bezdennie wręcz durny artykuł rzeczonego "etatowego" libertarianina o chrzcie Polski, przeleciałem wzrokiem nieprawdopodobnie absurdalne "prognozy" paru czołowych publicystów, jak jeden mąż wieszczących załamanie się "systemu" już tej wiosny - po czym rzuciłem gazetę na stos innej makulatury, której używamy na podpałkę w naszym "Herculesie".

Czytam "NCz!" mniej lub bardziej regularnie od ponad 20 lat. Co roku JKM lub ktoś inny z "wierchuszki" wieści koniec świata, a przynajmniej - koniec demoliberalnej okupacji - i co roku ta wróżba tak samo odległa jest od rzeczywistości. Jest to zwyczajnie nudne... 
Ładnych parę lat temu jeden z moich Przyjaciół z szeroko rozumianej tzw. "prawicy" oświadczył, że UPR to sekta. I coś jest na rzeczy - niezależnie od etykietki partyjnej i flagi (zresztą, bardzo ładnej...), rytuały się powtarzają. 
Inna sprawa, że NIE ZGADZAM SIĘ z wyborem, którego ów mój Przyjaciel dokonał. To znaczy - skoro nie ma szans na to, by sekta stała się Kościołem (a nie ma!), to należy zaakceptować świat takim, jaki jest i grać wedle reguł, które w nim panują. 
Istnieje trzecie wyjście. Można trzasnąć drzwiami (symbolicznie) i wyemigrować (naprawdę lub mentalnie - ja wybrałem to drugie bo, prawdę powiedziawszy, poza wyrzucaniem gnoju, nie znajduję w sobie żadnych takich umiejętności, które mógłbym sprzedać na "wolnym rynku pracy" gdzieś za Oceanem...). 
Ujadam sobie w kącie - kto chce, ten mojego ujadania słucha, kto nie chce, ten nie słucha. Nie aspiruję do tego, by zmieniać świat. Zupełnie mi wystarczy moje 15,4 ha, gdzie jeszcze bardzo, ale to bardzo dużo do zmiany pozostało... 
Nie oczekujcie Państwo po mnie żadnej Dobrej Nowiny. W rzeczy samej - niezależnie od tego, ile (fenomenalnej!) tarninówki bym nie wypił, nie dostrzegam w przyszłości ŻADNYCH pocieszających perspektyw. Może być tak jak jest (tylko trochę gorzej) - albo inaczej (ale o wiele gorzej!). Jedyna rozsądna rzecz, którą samemu sobie mogę doradzić, to dalsze doskonalenie produkcji (fenomenalnej!) tarninówki. Jeśli nawet nie okaże się to zbawieniem w obliczu totalnej apokalipsy, resetu systemu, załamania (zwijcie to jak chcecie) - to przynajmniej wysiłek się nie zmarnuje, bo będzie z tego zabawa... 

I taki jest mój plan na rok 2014, amen!

autor: Boska Wola




piątek, 3 stycznia 2014

PROWOKATOR

Ponad miesiąc temu wrzuciłem tą humoreskę na portal niepoprawni. I rozpętało się piekło. Dyżurni obserwatorzy uznali go za jątrzący i obraźliwy. Nie rozumiałem, dlaczego. Przecież ewentualnie obraża tylko internetowych agentów. Którzy, wierzę w to mocno, niewątpliwie istnieją. Służby nie mogą odpuścić sobie kontrolowania medium, które pozornie jest całkowicie niezależne. Przekonany jestem, że gdzieś tam w centrali są aktywne teczki - naszeblogi, salon24, niepoprawni, neon24 itd. Więc cóż takiego wzbudziło takie zamieszanie na niepoprawnych. Zobaczcie sami.



Prowokator


To nie była łatwa praca. Plecy go bolały, kark mu drętwiał, a oczy go piekły i zachodziły mgłą, tak, że wydawał majątek na krople do oczu i musiał je zakrapiać co dwie godziny. Wpatrywanie się w ekran i przeszukiwanie czasami wprowadzały go w stan katalepsji. A musiał być dobrze skoncentrowany.
Miał pod opieką trzy portale społecznościowe, których głupota przyprawiała go o paroksyzmy wściekłości, a w których, wbrew poleceniom służbowym i jego przykrywkom, chciał od siebie nabluzgać, nawyzywać i się rozładować. Oczywiście, to było ściśle zabronione. Musiał dokładnie grać przydzieloną mu rolę. Zdawał sobie sprawę, że tu nie było miejsca na emocjonalne improwizacje. Marnie płacili, ale mieli na niego tego gównianego haka i nie mógł tak po prostu, jak to powtarzał w marzeniach, powiedzieć: - panowie, mam was wszystkich w dupie, i walnąć komputerem o podłogę. To mogło by być bardzo przykre dla niego.

Jednakże poza momentami depresji i wścieklicy nawet lubił swoją pracę. Szczególnie, jak dostawał blogera do rozpracowania. Zazwyczaj chodziło o takie prowokowanie i wyszydzanie gostka, by facet sam zrezygnował z pisania. Lecz czasami trzeba było wpieklić chama tak, by podprowadzić go pod paragraf i przygotować powiastkę dla dyżurnego prokuratora. To były najlepsze operacje, choć kosztowały dużo zdrowia, morze kawy i nieprzespane noce.
Nigdy nie odgadł klucza, jakim centrala się posługiwała do wystawiania mu konkretnych celów. Czasami wydawało mu się, że to kompletny nieudacznik, albo rozanielony katol, czy nawet jeszcze gorzej, rozhisteryzowana baba. Jednakże dyskusja z centralą nie wchodziła kompletnie w grę, i z cichutkim – tak jest, wykańczał kolejną ofiarę.

Kilka miesięcy temu dostał podwyżkę, nędznych parę groszy. Wraz z zespołem wykończyli cały durny portal oszołomów. Tak podkręcili i namącili, że zaglądali na niego tylko spragnieni bijatyki zatwardziali internetowi hardkorowcy. Właściciele strony w końcu musieli się poddać i ogłosić sromotną porażkę. Oszołomy rozpierzchły się na cztery strony świata, wić sobie nowe gniazdka na innych powalonych witrynach.
Robili już takie rzeczy parokrotnie, bo centrala chciała żeby był ciągły ruch w interesie i żeby nikt nie urósł ponad dozwoloną miarkę. Poniżej limitu niech się walą i naparzają wykrzykując rozpaczliwie co chwila: Bóg – Honor – Ojczyzna. To ich durne, powszechne zawołanie.

Znowu mu kark zesztywniał. Przeciągnął się, pomasował zmęczone oczy i dopił resztkę coli. Chyba będzie trzeba zrobić coś do żarcia, pomyślał, choć specjalnie nie miał apetytu. Żywił się nędznie i na chybcika. Nie dbał też o elegancję francję. Głowę golił dwa razy w tygodniu i wtedy też przycinał rzadką szczecinę porastającą jego brodę, szyję i policzki. W ten sposób wyglądał niemal klasycznie, gdy w samych gaciach siedział zapracowany przy kompie.

Od paru dni było nieco bardziej nerwowo i bardziej niż na posiłkach leciał na adrenalinie. Bo to była jego prywatna vendetta. Przypadkiem nadepnął mu na odcisk i boleśnie ośmieszył jeden z jego wielu nicków, pewien arogancki palant piszący o dupie Maryni. Miał już od dawna na niego oko, ale wydawał się raczej niegroźny. Nie wrzeszczał i nie wzywał na barykady. Tak jak wszyscy nabijał się z tego lub owego rządowego buca. Wyglądało na to, że centrala kompletnie nie była nim zainteresowana. Mimo tego, ten marny kret zgromadził już sporą grupkę takich samych jak on miłośników kreciej roboty. Sytuacja by nie była warta splunięcia, gdyby ten buc nie zaczął się jego czepiać i naśmiewać się, że pewnie jest nieogolonym, łysym karkiem, siedzącym bez przerwy przed ekranem. Prawdziwość tych insynuacji ubodła go strasznie. Wstał nawet na chwilę od pracy i udał się do łazienki, by tam przed lustrem, długą chwilę poprzyglądać się sobie. Fakt, nie da się zaprzeczyć, był łysym, nieogolonym karkiem. Ale, kuhwa, ten arogancki buc nie ma prawa tak do niego mówić!

Ja cie synku rozpracuję – pomyślał mściwie. Wybrał inny ze swojej kolekcji nicków i rozpoczął podjazdową wojenkę, cicho pogwizdując przez szparę w górnych jedynkach. Jest przecież w swoim mniemaniu, jednym z najlepszych prowokatorów całej służby. Robota była misterna, wprost koronkowa, ze wznoszącymi się akordami, tak by tego głupka podprowadzić na określoną pozycję, a potem go zaatakować z grubej rury. Po tym, nie pozostanie mu nic innego, jak tylko sperdzielać z podkulonym ogonem, a fama rozniesie się po blogosferze i bucowi nie pozostanie nic innego, jak tylko zaszyć się w mysiej dziurze na długi, długi okres...

Do ostatecznej zagrywki pozostały tylko godziny i dzisiaj zada końcowy, mistrzowski cios. Trzeba tylko poczekać na sprzyjającą okazję. Ten arogant bez wątpienia wkrótce ją dostarczy.

Jest! Jesteś rybko – pomyślał prawie z rozczuleniem, gdy ten mu wprost podłożył się następnym, idiotycznym wpisem, - teraz już ciebie nie wypuszczę – zachichotał podniecony, jak zawsze przed decydującym starciem. Wymierzył pierwszy werbalny cios i czekał na odpowiedź.

Leżący obok na biurku służbowy blackberry Q10, kodowany telefon służb i polityków, zaświergolił cichutko.
- Nie teraz – podniecony zamruczał, ale spojrzał na ekran: - Kuhwa, szef.
- Tak szefie, o co chodzi? – Już normalnym, zdyscyplinowanym głosem rzucił do telefonu.
- Co ty sobie kurwa wyobrażasz?! – ryknęło w słuchawce – rok cały pozycjonujemy człowieka na tym portalu, a ty teraz zaczynasz go rozpieprzać!? Kto ci kazał?! Nie wiesz co robić? Zdurniałeś, czy co!
Jak mi tą operację rozwalisz, to wypierdolę cię na zbyty pysk i zostaniesz zwykłym krawężnikiem do końca życia!!!

Trzask..., telefon zamilkł. Wściekłość w najlepszym prowokatorze (w swoim mniemaniu) cichutko bulgotała. Koniuszki palców aż go piekły, bu skończyć, jak zaplanował z cholernym bucem.
Po dobrej chwili jednak się opanował. Cóż, służba nie drużba...

autor: jazgdyni

czwartek, 2 stycznia 2014

Przepisem w durniów (czyli nas)


Nędznie wychodzimy na Tej Unii Europejskiej. Co rusz nam czymś przywalają. Teraz czas na papierosy
Największe zgromadzenie durniów i idiotów (no, może poza oenzetem) czyli Bruksela, tym razem zaatakowało mnie osobiście.
Chodzi oczywiście o fajki. Jak, już o tym pisałem kiedyś, w tekście o elektronicznym papierosie, jestem palaczem – koneserem. Nie żadnym tam nałogowcem nikotynistą, który dziennie pochłania 3 paczki L-M-ów, albo będąc poza krajem, bez przerwy i nerwowo skręca w rozdygotanych paluszkach niekształtnego skręta. Nie, nie, nie. Jako Dyletant i to nie byle jaki, a na dodatek libertarian – anarchista, lubię mieć swoje codzienne przyjemności, właśnie te papierosy, w bogatym i różnorodnym asortymencie.
Brukselskie debile, w swojej paranoi i logice galopującego schizofrenika, uznali, że trzeba zakazać na terytorium EU papierosów typu slim, tych cieniutkich, zwanych często u nas pedalskimi (nie wiadomo dlaczego; oni chyba zawsze wolą grube) i papierosów smakowych, włączając w to oczywiście mentolowe.
To wszystko w ramach ochrony naszego zdrowia!!! Rozumiecie? Te wszystkie lighty, słomki i mentolowe są o niskiej zawartości nikotyny i smoły. I one mają zniknąć. Dla własnego zdrowia mamy palić najmocniejsze i najgrubsze sztrumle. Tak właśnie będziemy zdrowsi. Teraz widzicie na czym polega logika wariata.
Cygar na razie nie ruszyli i najprawdopodobniej nie ruszą. One potrzebne im są do wizerunku poważnego dyplomaty. Poza tym, jako dewianci różnego rodzaju używają ich do tak zwanych zastosowań clintonowskich.
Pozostał jeszcze ten papieros elektroniczny, oczywiście tylko pewna namiastka, jak stek z tofu. I tutaj – brawo, brawo! Nasi parlamentarzyści, bodajże z Solidarnej Polski (poseł Andrzej Romanek), już przygotowują ustawę, żeby zakazać używania tych, kompletnie nieszkodliwych dla otoczenia gadżetów w miejscach publicznych. Nasi idioci nie są gorsi od jakiś tam francuskich, czy belgijskich. Dobrze działacie chłopaki i czujni jesteście.
Co to znowu za głupota? Zapyta ktoś. I co to kogoś obchodzi?
Ano, obchodzi...
Są dwa aspekty. Jeden to, jak zwykle, gdy takie idiotyzmy się pojawiają, to wiadomo, że chodzi o forsę.
Wszyscy już chyba zdali sobie sprawę, że głównymi cichymi promotorami kampanii anty-papierosowej są potężne koncerny farmaceutyczne, które zarabiają krocie na środkach i farmaceutykach do "rzucania" palenia. Rozpętali nagonkę opartą na znacznym fałszu, podobną do tej z globalnym ociepleniem, gdzie tylko chodziło o opodatkowanie powietrza. Teraz, gdy ludzie rzeczywiście przerzucają się na papierosy lekkie, slim i smakowe, to czynią sobie znacznie mniej szkody. Żyją zdrowiej. Więc nie będą musieli kupować leków, które im te niby zdrowotne harpie szykują. Ludzie mają się truć, leczyć i zdychać. A nie mieć trochę przyjemności.
O sile i bezwzględności firm farmaceutycznych przekonujemy się od dawna w tzw. obowiązku szczepienia. Szczepienie jest obowiązkiem i to ustawowo, a rodzic, który dziecka nie zaszczepi, podlega karze ustawowej w wysokości do 1500 zł. To nie tylko Polska kochani, to pół świata jest takie. A logika jest taka, że jak ostatnio musiałem się zaszczepić na żółtą febrę, to najpierw musiałem podpisać oświadczenie, ze zdaję sobie sprawę, że to szczepienie grozi mi śmiercią i kalectwem. Czyli muszę się zaszczepić, a potem niech zdechnę.
Skorumpowani do granic durnie brukselskie, raz po raz wyciągają taki kompletnie wydumany element naszego codziennego życia i zaczynają przy nim manipulować tak, aby ktoś osiągnął z tego olbrzymie zyski.
Myślę, że pewnie już od dawna zezwoliliby na używanie marihuany, gdyby nie siedzieli w kieszeni mafijnych bossów, którzy właśnie zarabiają, gdy marycha jest nielegalna. Bruksela, to najbardziej skorumpowane miasto na świecie, a my wszyscy, od Rosji po Portugalię, płacimy za to, czy chcemy, czy nie chcemy.
Oprócz tego jawnego finansowego przekrętu istnieje aspekt drugi, kto wie, czy nie ważniejszy. Jest to nieustanne i coraz bardziej dotkliwe zawężanie obszaru swobód obywatelskich. Kroczek po kroczku ku niewolnictwu.
Tutaj, co mi się nieczęsto zdarza, zgadzam się z JKM, że obowiązek zapinania pasów w samochodzie, jest ograniczaniem moich swobód.
Dobroduszne państwo i troskliwa Europa wie lepiej, co dla mnie dobre.
I w kasku tez trzeba na rowerze jeździć. I to i tamto. Człowiek już nie jest w stanie spamiętać tych dobrotliwych przepisów, które państwo nakazało mi robić, albo nie robić, dla mojego dobra.
Z nowinek, państwo ma baczne oko, jak my się opiekujemy swoimi milusińskimi. Pani z urzędu, z wielkimi kompleksami, bo brzydka, jak noc i pani sędzina, lesbijka zabiorą ci dzieciaka, bo w wieku 4 lat jeszcze woła: - mamo!!! Zrobiłem! A ty lecisz podetrzeć pupę. Oficjalna wykładnia już mówi, że nie jesteś ojcem, czy matką, tylko tymczasowym opiekunem dziecka.
Jak można było nauczyć sześcioletniego gówniarza, by za każdym razem, gdy mama się napiła i potem poszła spać, on łapie za telefon i dzwoni na policję. Przecież on sam sobie tego nie wymyślił. Ktoś go nauczył. I podkreśla, że nie chce do domu dziecka. Tak to się porobiło.
Ale gdzieś zgubiliśmy te nasze papierosy. Po 1989 wydawało się, że rynek staje otworem i będziemy mieli wszystkiego do wyboru, do koloru.
A tu po wejściu do Unii, po 2004 okazuje się, że takie gówno! Będziecie tylko mieli to, co wam zezwolimy, a nie to co lubicie.
Już teraz zazdroszczę kolegom Ukraińcom, bo mają wszystkiego w znacznie większym wyborze, a na dodatek kosztuje to połowę tego, co u nas. Nie muszą jeszcze żywić bandy idiotów – nierobów zwanych władzami Zjednoczonej Jewropy.
Ech...




Donald chamski i prostacki


Czasami widzi się tylko sielski obrazek. Kompletnie fałszywy. Takiego pana Tuska właśnie zawsze widzimy. A jest zupełnie inaczej...
Pan premier wykroił ze swego napiętego kalendarza, w ostatniej chwili i nagle, jak to mówią momęcik, by spotkać się z małżeństwem Elbanowskich, którzy reprezentują milion rodziców i którzy nie zgadzają się z przymusem szkolnym dla sześciolatków.

Na potwierdzenie tego, co napiszę poniżej, oto relacja z tego spotkania:

Z niejaką dumą, po 50-ciu latach doświadczeń, upewniłem się, że jestem dobrym fizjonomistą. Chociaż domorosłym. Jest cała potężna grupa analityków – psychologów, którzy siedzą przed monitorami i z mowy ciała, grymasów twarzy i ruchów gałek ocznych odczytują prawdę i fałsz, intencje i prawdziwe emocje obserwowanego. Bardzo dużo można powiedzieć o kimś, gdy tylko uważnie się go obserwuje.

Istnieje też wielka szkoła po przeciwnej stronie lustra. To nauka sztuki manipulacji. Nauka ukrywania swoich prawdziwych intencji, nauka kłamania i manewrowania. Sztuka gładkich i pustych słów.  To pokazywanie fałszywego obrazu.
Lecz, gdy dostatecznie długo i wnikliwie obserwujemy, to taki manipulator czasami się bezwiednie odsłoni i wtedy widzimy prawdziwego człowieka.
Tak było z Tuskiem w rozmowie z Elbanowskimi. Niestety dla Tuska, mimo, że nie dopuszczono dziennikarzy, kamery to zanotowały.
Proszę odsłuchajcie nagrania, bo suchy tekst nie oddaje całej arogancji i pogardy.

Obserwując Donalda Tuska, praktycznie od obalenia rządu Olszewskiego, gdzie grał on aktywną rolę, stwierdzam, że zawsze cieszył się on moją głęboką niechęcią.
Stanowi on wprost klasyczny przykład zakłamanego hipokryty, Człowieka z gruntu złego. I według mojego mniemania, osobnika na granicy socjopatii. Manipulatora i kłamcę. Oportunistę, ale mściwego i pamiętliwego.

Wysokie techniki tzw. wizażystów stworzyły Tuskowi maskę, którą potrafił zwieść miliony rodaków. Pokazywał sobą i mówił, to, co oni chcieli usłyszeć. Kłamał nagminnie, obiecywał niestworzone rzeczy i wszystko to mu uchodziło na sucho. Mogę śmiało powiedzieć, że został mistrzem manipulacji.
Pewien jestem, że gdyby rozmowa z państwem Elbanowskimi odbywała się w świetle oficjalnych kamer, to widzielibyśmy zupełnie innego Tuska, tego z maską na twarzy. Uprzejmego, uśmiechającego się i pełnego współczucia i zrozumienia. Jednakże, nieświadom nagrywania, mógł byc sobą, chamem i arogantem, z  pogardą dla innych. Takim, jakim naprawdę jest.

I takim, jak krąży o nim mnóstwo plotek w najbliższym otoczeniu. O brutalnym znęcaniu się nad żoną, która już raz z tego powodu od niego odeszła. O wybuchach wściekłości, na które sobie pozwala w swoim gabinecie w obecności najbliższego otoczenia. O głupim wyżywaniu się na paprotce, którą zostawił Leszek Miller i prosił o dbanie o nią. O nasłanie kontroli na Paprykarza, który odważył się zapytać: - Panie premierze, jak żyć?!
Tusk, to karierowicz i egocentryk. Bezwzględny. Kto mu się sprzeciwił, albo tylko potencjalnie zagraża, jest usuwany. Cała plejada – Olechowski, Piskorski, Gilowska (Tusku, bracie!), Rokita, Gowin i wreszcie Schetyna, odeszła w niebyt.

Proszę was, obejrzyjcie ten zalinkowany zapis rozmowy nawet dwa razy. Zobaczycie Tuska, jakiego ja już widzę od lat i wielokrotnie o tym pisałem. Niezależne stacje teewizyjne powinny ten materiał odtwarzać codziennie.

Zerwać maskę z twarzy człowieka, którego na nieszczęście państwa i obywateli wybrano na przywódcę.

Coś jest niedobrego w historii różnych cywilizacji i narodów, że do władzy dopuszcza się jednostki chore i zdeprawowane. Ile lat potrzeba, ile strat trzeba ponieść, by się o tym przekonać?
Gdy państwo nasze ostatecznie legnie w gruzach, to stwierdzimy – "mądry Polak po szkodzie"?


autor: jazgdyni

środa, 1 stycznia 2014

DO SIEGO ROKU !


Do siego Roku !

Kochani!

Umieściłem w tych życzeniach świnkę, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że to dla Nas, Polaków.

Bo Naszemu Narodowi chciałbym życzyć w tym Nowym Roku najwięcej.
Byśmy potrafili zrzucić coraz bardziej nas krępujące jarzma niewolnictwa.
By spadła mgła z umysłów i byśmy zaczęli samodzielnie myśleć, obserwować i wyciągać słuszne wnioski. I byśmy mieli tyle przyjaciół, ile tylko możliwe. I nie tworzyli nowych wrogów, a starych sobie zjednywali.
Więcej serdeczności i zrozumienia.
I żeby w końcu nasz biedny naród i kraj zyskał władze, godne Polski i Polaków.
Polacy w kraju niech godziwie zarabiają, poczują się bezpiecznie, a do ich domów i rodzin niech nikt się nie wtrąca.
A Polacy za granicą niech zarobią miliony i wracają, bo tutaj są potrzebni.

Naszemu Gospodarzowi życzę, by każde jego przedsięwzięcie przynosiło należny zysk i sława jego pozytywnie się rozprzestrzeniała.
Kolegom Blogerom życzę fantastycznych pomysłów i świetnych tekstów, które będą cytowane za ich mądrość i akuratność.
Komentatorom życzę takich uwag, że będą z nich dumni.
A Czytelnikom portalu życzę pasjonującej lektury każdego dnia.
Oraz, żeby nam Wszystkim ta skromna działalność budowała patriotyzm, prawość i mądrość.

Muismy nie tylko gadać między sobą, lecz gadać tak, by coś z tego wynikało. Chociażby tylko przyciąganie nowych czytelników i otwieranie ich na prawdę. By się nam w końcu udało zmienić kraj tak, żebyśmy mieli Polskę, o jakiej marzymy już ponad dwudziestu lat.
Może 2014 przyniesie tak potrzebny przełom?

W imieniu Wszystkich Dyletantów i swoim własnym dedykuję te życzenia Wam, moi wszyscy Internetowi Przyjaciele.




Janusz E. Kamiński   -   jazgdyni

Rusofilom, rusofobiom, ukrainofilom, majdanofilom – do sztambucha


Szukającym wiedzy i rozumienia procesów historycznych i politycznych – ku tejże wiedzy podbudowaniu

„A nie tylko rząd i jego agenci czynie przyczyniali się do prześladowania zgnębionego już i tak ludu, przyczyniała się do tego bardzo skutecznie i cała niemal rosyjska prasa, tak oficjalna, jak i niezależna, rozniecając we wszystkich klasach rosyjskiego narodu dzika ku Polakom nienawiść. Też same dzienniki, które najgoręcej broniły prawa do niepodległości Serbów, Bułgarów, Czechów i Chorwatów, co zachęcały te narody do ujęcia za broń, by wyzwolić się spod obcego (tj. nie rosyjskiego – dop. mój) jarzma, co nawoływały nawet galicyjskich Rusinów, by strząsnęli z siebie mniemaną przemoc Polaków (Czegoś nam to nie przypomina? Dop. mój) – ilekroć chodziło o nas, nie tylko zapominały tak szumnie głoszonych słowiańskich sympatii, lec otwarcie wołały, że nas albo wytępić, albo zmoskwicić trzeba. Opinia też całego rosyjskiego narodu, niezdolna do samoistnego sądu (Brzmi znajomo? Znajomo. Dop. mój), tak dalece oburzyła się przeciwko nam, że wszystkie miejscowe klęski, jak pożary, rozboje i fałszerstwa, Polakom przypisywano. Stąd oprócz nieoddzilnych od wygnania utrapień, zesłani w głąb Rosji Polacy znosić musieli nieufność a częstokroć jawnie okazywaną nienawiść miejscowych mieszkańców”
 To nie ja;), tylko Zygmunt Szczęsny Feliński, „Pamiętniki” Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa, 2009r.
 I niewiele się od tamtych czasów (tj. od XIX w.) zmieniło. Bp. Feliński jest świadkiem swojej epoki. Zapisał fakty. Jak widać w Rosji pewne porządki są trwałe i ponadustrojowe. Ale to już inna historia.
Prawdę mówiąc nie bardzo mam ochotę na dyskusję w tym przypadku. Koń albowiem jaki jest, każdy widzi a adresatem połajanek powinien być bystrooki Feliński niejaki, nie zaś Wasza "bez kropki".

autor: bez kropki

niedziela, 29 grudnia 2013

Afera lekowa, która niestety jest


Nasz portalowy* trefniś Brat Żorża, reklamujący się, jako wariat (w domyśle - wszystko mu wolno) mija się drastycznie z faktami. Niewiedza, czy świadome działanie?
Pan Brat Żorża zdobył się na polemikę, zarzucając mi mitomaństwo, tylko dla tego, że odkrywam tutaj następną aferę lekową, z którą nieszczęsny resort pana Arłukowicza rady sobie dać nie może. Brat zmyśla i konfabuluje tutaj:
http://bratzorza.neon24.pl/post/103950,afera-lekowa-ktorej-nie-ma

Nie będę już polemizował z panem B.Ż. tylko pozwolę sobie przywołać artykuł z portalu wpolityce.
http://wpolityce.pl/wydarzenia/53593-leki-ratujace-zycie-wywozone-nielegalnie-za-zagrnice-na-masowa-skale-sluzby-sprawdzaja-grozny-dla-polakow-proceder

* Autor pisze o portalu www.neon24.pl
********************************************* 

Leki ratujące życie wywożone nielegalnie z Polski na masową skalę? Służby sprawdzają groźny dla Polaków proceder

opublikowano: 15 maja 2013 roku, 7:43 | ostatnia zmiana: 15 maja 2013 roku, 12:26




Fot. PAP/Andrzej Grygiel

CBA, policja oraz prokuratura badają hurtownie oraz apteki. Na wniosek Głównego Inspektora Farmaceutycznego Zofii Ulz sprawdzają skalę procederu związanego z nielegalnym eksportem leków z Polski. Zdaniem GIF nawet 1/3 preparatów eksportowanych z Polski jest wywożona nielegalnie.

Eksport leków jest u nas legalny i tego nie podważamy, alewywożenie na taką skalę farmaceutyków ratujących życie jest ogromnym zagrożeniem dla pacjentów – mówi "Pulsowi Biznesu" Ulz.

Z racji ograniczeń ustawowych GIF sprawą zajęły się CBA, policja i śledczy. Skala nieprawidłowości w działaniu aptek i hurtowni fermaceutycznych niepokoi. GIF zabrał już zezwolenia na prowadzenie działalności 15 hurtowniom, a 5 kolejnych postępowań jest w toku. Z kolei wojewódzcy inspektorzy cofnęli zezwolenia ok. 70 aptekom.

Zdaniem GIF w Polsce wytworzyła się niebezpieczna praktyka. Apteki wycofują od siebie leki, zwracając je do hurtowni, czego robić nie mogą, jeśli środek nie został wycofany z runku, a hurtownie sprzedają te środki za granicę.Na tym zarabiają bardzo dużo, ponieważ leki poza Polską często są kilkakrotnie droższe niż w kraju. Bezpieczeństwem pacjentów w tym procederze nikt się nie przejmuje.

Jak zaznacza "PB" resort zdrowia planuje zwiększyć kontrolę nad eksportem leków.
****************************************************
Pisze też o tym Portal Farmaceutyczno Medyczny
http://www.pfm.pl/artykuly/nielegalny-eksport/234
*****************************************************

Nielegalny eksport

W Polsce powstają hurtownie farmaceutyczne-słupy, które trudnią się odkupowaniem leków od aptek i ich sprzedażą za granicę. Proceder ten jest niezgodny z prawem. 


O problemie opowiadał niedawno Portalowi Farmaceutyczno-Medycznemu Kazimierz Jura, przewodniczący Naczelnego Sądu Aptekarskiego. Mówił o nim w kontekście działalności sądu, wymieniając najbardziej charakterystyczne dziś przewinienia aptekarzy, stające się przedmiotem orzeczeń sądów aptekarskich. Kazimierz Jura tłumaczył, że podłożem tego typu przewinień aptekarzy jest pogarszająca się kondycja finansowa aptek, która powoduje, że aptekarze, żeby się ratować, zaczynają robić rzeczy niezgodne z etyką lub przepisami prawa.

Różne ceny leków
Ten konkretny proceder umożliwia polityka cenowa producentów leków, którzy wiedzą, że w bogatszych krajach mogą dyktować wyższe ceny swych produktów, w biedniejszych, w tym w Polsce – muszą one być niższe, by były kupowane. Różnice cen bywają bardzo duże. Przykładowo specyfik kosztujący 50 euro, w Polsce dostępny jest za równowartość 20 euro. A wszystko to przy kosztach produkcji wynoszących na przykład 2 euro. Zarobek producenta, bez względu na to czy sprzeda lek w Niemczech, czy w Polsce, jest więc ogromny, choć – oczywiście – korzystniejsza jest jego sprzedaż w Niemczech.
Rozbieżność cen powoduje, że kupowanie leków w Polsce i ich sprzedawanie w Niemczech staje się szalenie zyskownym procederem. Problem w tym, że nielegalnym. Dlatego działalność taka odbywa się zwykle przez hurtownie-słupy, powstające tylko w tym celu. Są to firmy, które niczego nie sprzedają na polskim rynku, a ich jedyny kontakt z krajowymi aptekami polega na tym, że odkupują od nich leki. Następnie odsprzedają je z dużym zyskiem za granicę. A gdy zaczyna się ich właścicielom palić grunt pod nogami, po prostu zwijają interes, lecz za chwilę otwierają go na nowo.

Poważny problem
Nikt nie jest w stanie oszacować rzeczywistych rozmiarów procederu. Z informacji udzielonych nam przez Kazimierza Jurę wynika jednak, że jest to dziś poważny problem, częste zjawisko, dlatego też i liczba aptekarzy trafiających przed oblicze sądów aptekarskich jest duża. A to zapewne – jeśli nie wierzchołek góry lodowej, to jedynie część – takich przypadków. Ujawnienie ich wcale bowiem nie następuje automatycznie, przy zwykłych kontaktach z NFZ. Często proceder ten dotyczy leków sprzedawanych bez refundacji, a więc takich, do których budżet państwa nie dokłada ani złotego, a jak nie ma refundacji, nie ma też kontroli. W takich sytuacjach możliwe jest, że jedną partię tego samego leku zamawia właściciel apteki, drugą jej kierownik i tylko ta druga jest wprowadzana do systemu.
Pokusa łatwego zarobku jest tak duża, że pojawia się też nielegalny prywatny eksport leków.

Na astmę i raka
– Na podstawie prowadzonych postępowań można stwierdzić, że w ramach importu równoległego przedmiotem sprzedaży poza granice naszego kraju są produkty lecznicze stosowane przy nadciśnieniu, leki przeciwzakrzepowe, przeciwastmatyczne, przeciwpadaczkowe, immunosupresyjne, jak też produkty lecznicze stosowane w onkologii – podaje Agnieszka Piotrowska z biura prasowego Głównego Inspektora Farmaceutycznego. – W chwili obecnej można przypuszczać, że około dwadzieścia – trzydzieści procent produktów leczniczych dostarczanych na polski rynek jest przedmiotem importu równoległego. Państwowa Inspekcja Farmaceutyczna podejmuje działania mające na celu zdyscyplinowanie przedsiębiorców, trudniących się obrotem produktów leczniczych; w przypadku poważnych uchybień może cofnąć zezwolenie na prowadzenie obrotu produktami leczniczymi zarówno detalicznego, jak i hurtowego w oparciu o zapisy art. 37 w związku, między innymi, z nieprzestrzeganiem art. 78 ust. 1 art. 1 oraz art. 88 ust. 5 pkt. 5 ustawy Prawo farmaceutyczne.

Inspektor tłumaczy
Główny Inspektor Farmaceutyczny tłumaczy, że w przypadku, gdy hurtownie farmaceutyczne w celu pozyskania większych ilości produktów leczniczych kupują je od aptek dochodzi do naruszenia przepisów zarówno ze strony hurtowni (nieprzestrzeganie m.in. art. 78 ust. 1 pkt. 1 ustawy Prawo farmaceutyczne, który stanowi, iż hurtownia dokonuje zakupów produktów leczniczych wyłącznie od przedsiębiorcy zajmującego się wytwarzaniem lub prowadzącego obrót hurtowy), jak i apteki (nieprzestrzeganie m.in. art. 88 ust. 5 pkt. 5 ustawy Prawo farmaceutyczne, który mówi, że zakup produktów leczniczych może być dokonywany wyłącznie od podmiotów posiadających zezwolenie na prowadzenie hurtowni farmaceutycznej, a także określa sposób ich wydawania zgodnie z art. 96, tj., na podstawie recepty, bez recepty i na podstawie zapotrzebowanie uprawnionych jednostek organizacyjnych lub osób  fizycznych uprawnionych na podstawie odrębnych przepisów).
***********************************************

Jeżeli Brat Żorża nie widzi tu żadnego przekrętu i to na wielką skalę, to on nie tylko wariat, ale także głuchy, ślepy i bez powonienia, bo tu śmierdzi, jak świńska zagroda.



autor: jazgdyni

sobota, 28 grudnia 2013

Zniszczone polskie apteki (aktualizacja)


Operacja przejmowania polskiej farmacji trwa nadal. To na świecie druga najbardziej dochodowa branża po zbrojeniówce. A pacjenci za leki zapłacili o 3 mld więcej niż poprzednio.

Larum! Biją naszych! Krzyczy właśnie w telewizorze mój ulubiony wątrobiarz i wrzodowiec redaktor Morozowski. Dla córki na astmę płacił za leki 150 zł, a teraz będzie płacić 300 zł. Nawoływał niemalże do obywatelskiego protestu. Niesłychane!

A jak jest naprawdę?

Długo zabierałem się do tego tematu, bo wiedzę mam tu sporą, jednakże poprzez rodzinne powiązania nie chciałbym, by dla znajomych wyglądało to na jakąś formę lobbingu.
Lecz klamka już zapadła, więc można sobie porozmawiać.

Na świecie farmacja, obejmująca przemysł i dystrybucję, jest drugim najbardziej dochodowym biznesem, tuż po przemyśle zbrojeniowym.
Dużo, dużo konfitur i miodu. Więc różne misie kręcą się wokół niecierpliwie.

Psucie farmacji w Polsce zaczęło się prawie natychmiast po transformacji. Przypomnę, że za komuny wszystkie apteki były państwowe, należały do Cefarmów w całej Polsce. Podobnie było z produkcją leków i hurtowniami. Był to oczywiście rynek niedoborów i wielu chorym pozostawało, albo umrzeć, albo prywatnymi kanałami starać się sprowadzić potrzebny lek z zagranicy. A nie wiem, czy jeszcze ktoś pamięta, że na początku lat 90 istniały tzw. apteki leków zagranicznych, gdzie można było się starać o właściwy medykament.

Gdy komuna padła, apteki zaczęły się przekształcać. Marny ułamek tych, którym władza zabrała apteki po wojnie, mogła odzyskać je z powrotem. Resztę zazwyczaj przejmował personel, praktycznie za symboliczną złotówkę. Wczoraj pani kierownik, dzisiaj pani właścicielka. Gdy już rozgrabiono to, co było, dla innych chętnych pozostała już tylko droga zakładania nowych aptek. I tak też się działo.

Przy aptekarstwie zaczęto już majstrować podczas rządów pani Suchockiej, podobno też rodzinnie powiązanej z aptekarstwem, kiedy to, nijako obok ówczesnych przepisów, zaczęły powstawać rodzinne konglomeraty z kilku rozproszonych aptek.
Jednakże prawdziwego przewrotu kopernikańskiego, po którym już nigdy nie będzie, tak jak było, dokonał największy i chyba najbardziej cyniczny nieudacznik w 20 letniej historii, minister Łapiński.
Rozwalił on istniejący porządek poprzez, aż się wierzyć nie chce, że świadome, szkodliwe idiotyzmy, niesłychanie destrukcyjne i w rezultacie kosztujące państwo, czyli nas, obywateli grube miliardy złotych.

Cóż takiego ten świadomy, czy nieświadomy destruktor dokonał?
  1. Zlikwidował w założeniu mające konkurować ze sobą regionalne i branżowe kasy chorych, zastępując je zcentralizowanym, biurokratycznym molochem – Narodowym Funduszem Zdrowia. Trochę bardziej kumaty decydent, niż ci w rządzie, po prostu likwidując kasy, jeśliby uznał taką potrzebę, przekazałby ich pracę do ZUSu bez tysięcy nowych pracowników, budynków, infrastruktury, itd.
  2. Zaczął bocznymi drzwiami wpuszczać do Polski semi-gangsterskie organizacje, które za pomocą dumpingu, nieuczciwej konkurencji, agresywnej promocji zaczęły niszczyć polskie apteki i aptekarzy. Słynna była chociażby grupa, która całkowicie przejęła farmację na Litwie, a u nas zaczęła działać jakby była pod ochroną.
  3. Zlikwidował status specjalny obiektów zaufania publicznego aptek. Od jego czasów każdy handlarz marchewką, czy turecki sprzedawca dywanów, mógł otworzyć aptekę, jeśli miał taki kaprys. Jednocześnie, według źle pojętej reguły wolnego handlu zlikwidowano wskaźniki ludnościowe i apteki zaczęły wyrastać, jedna przy drugiej, jak grzyby po deszczu. Przedtem w Polsce było ok. 4000 aptek, teraz mamy 14000 !

4.    Zlikwidował cenę urzędową leków refundowanych (którą właśnie ponownie wprowadziliśmy) i zastosował korupcjogenny trik, określając cenę maksymalną. Pozwoliło to dużym sieciom na sprzedaż leków za 1 grosz. Jak to pracowało? Na przykład cena leku była 100 zł; państwo określało limit i pacjent płacił tylko 3,20zł. Właściciel olewał te 3,20 od pacjenta i żądał tylko 1 grosz. Będąc dużym odbiorcą kupował spore ilości leku po zaniżonej cenie od producenta, a następnie cynicznie pobierał od państwa (czyli, przypominam, od nas wszystkich obywateli) 96,80 zł, poprzez NFZ. Wtedy zaczęły powstawać wielkie farmaceutyczne fortuny, a małe rodzinne apteki bankrutować. Oczywiście taki producent wespół z siecią leków za grosz, czy złotówkę robili wszystko, by cena leku była jak największa, maksymalizując swój zysk, ponownie, kosztem państwa i społeczeństwa. I oczywiście, przy cichej aprobacie rządowych urzędników.

  1. Dopuścił do sytuacji, gdy bogate, w większości już sprzedane kapitałowi obcemu, hurtownie zaczęły skupować, małe, bankrutujące już apteki. Największe hurtownie, w chwili obecnej posiadają już ok. 3000 aptek w całej Polsce.

Narobił ten medyczny geniusz na ministerialnym stolcu jeszcze wiele innych błędów. W rezultacie zapanowała w tym sektorze kompletna dżungla. Pozwalała ona często nieuczciwym i bezwzględnym niesamowicie się bogacić. Z drugiej strony likwidowała słabych i niechcących podporządkować się nieuczciwemu rynkowi.

Jednakże największe spustoszenie pan Łapiński i pozostali macherzy farmacji i medycyny poczynili w mentalności społecznej. Skuszeni lekami po jednym groszu odbywali długie pielgrzymki do aptek sieciowych. I kupowali bez umiaru. Miarą tego niech będzie chociażby przykład jednej zaprzyjaźnionej apteki, gdzie tylko w listopadzie zwrócono 10 kilogramów nierozpakowanych leków o wartości ok. 25 tyś złotych, leków, które nadają się tylko do spalenia.

Leki powinny być tanie, ogólnodostępne i każdego powinno być stać na nie.
Lecz by do tego dojść trzeba najpierw zlikwidować patologie i stworzyć spójny uczciwy system, daj Boże, już bez różnych cwanych furtek, pozwalających okradać nas wszystkich.

Po Łapińskim aktywnie i z dużym talentem nadal psuli polską farmację marszałka Kopacz i minister Arłukowicz.
Przeprowadzona reforma wprawdzie zlikwidowała leki za 1 grosz, ale zostawiła tyle furtek, że stale kombinującym cwaniakom pozwoliło nadal manipulować przy lekach.
Ostatnio bardzo popularne jest takie zjawisko. Otwiera się lipną aptekę, byle gdzie, pacjenci nie są potrzebni, tylko po to, by uzyskać prawo do zakupu hurtowego leków. Następnie kontaktujemy się z wyspecjalizowanym handlarzem, który dostarcza nam listę leków do zakupu. Ilości zakupowanych leków są porażające – idą w setki tysięcy złotych. Leki te handlarz odbiera, płacąc za wystawioną fakturę. A my nie wprowadziliśmy do obrotu żadnych leków. Handlarz natychmiast je eksportuje, zarabiając krocie i odpalając aptekarzowi jego działkę. Ciekawe jest to, że wszystkie służby, nadzory i izby aptekarskie dobrze o tym wiedzą, jednakże podobno, nie można nic zrobić.

Pojedyncze, rodzinne apteki, niektóre działające od pokoleń, skazane są na zagładę. I w końcu wszystkie znikną. Taka właśnie jest świadoma polityka państwa. Ustawami i swoim działaniem wybrano model wielkich, międzynarodowych sieci. Tysiące rodzin aptekarskich traci źródło dochodu. A i pacjent nic nie zyskuje. W ostatnim roku, po pięknie reklamowanych działaniach Arłukowicza, pacjenci musieli zapłacić za leki o 3 miliardy zł więcej.

Dlaczego te rządy, czego się dotkną, to psują? Są przecież niedaleko świetne przykłady, jak choćby Holandia, czy Włochy.
Zepsuto kopalnictwo, zepsuto przemysł stoczniowy, to trzeba jeszcze zepsuć całą farmację?
Wniosek nasuwa się tylko jeden – to wszystko są działania korupcyjne. Decydenci dostają na boku potężne, wielomilionowe łapówki, by tak właśnie się działo. Dobro Polski i dobro obywateli absolutnie gówno ich obchodzi.
Rujnowanie Polski za wszelką cenę, za uzyskane po cichu złodziejskie łapówki, to model ekonomiczny, który obecnie w kraju jest realizowany.

autor: jazgdyni

wtorek, 24 grudnia 2013

Morskie Boże Narodzenie


Dla marynarza na morzu, to najgorszy dzień w roku. Posłuchajcie...

Dzień jak codzień...
Statki typu offshore, czy to badawcze, lub do podwodnych prac, z robotami ROV opuszczanymi za burtę, albo sejsmiczne, czy wiertnicze, są tak drogie, konstrukcyjnie i w eksploatacji, że praca na nich wrze – 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu. Podpisując kontrakt na nie, zgadzasz się na 12 godzinny dzień pracy. A nie rzadko jest to nawet 14 godzin, a czasami 17.
Praca jest tak intensywna i wyczerpująca, że pracujący Norwegowie mają zagwarantowane w swoich kontraktach dwa tygodnie pracy, a potem cztery tygodnie płatnego wypoczynku. Albo miesiąc pracy i dwa miesiące wypoczynku.
My Polacy nie mamy jeszcze tak dobrze i pracujemy miesiąc i miesiąc odpoczywamy.

I oto Wigilia. Wstaję jak zwykle o piątej, by się umyć i zjeść śniadanie. Pacę rozpoczynam o szóstej i będę pracował do osiemnastej.
Trzeba przejrzeć stan urządzeń, usunąć drobne awarie, wykonać planowane roboty... Gdy coś nie działa jestem natychmiast informowany. Nie rozstaję się z telefonem bezprzewodowym i na dodatek, mała przenośną UKF-ką. U siebie w kabinie też mam terminal komputerowy i mogę obserwować status statku i jego urządzeń. Mam też klucz, który otwiera wszystkie drzwi i kłódki (master – key), bo muszę mieć dostęp do wszystkich pomieszczeń.
O dniu dzisiejszym przypomina mi podły humor i dekoracje mesy i pokoju wypoczynkowego, ustrojone wczoraj przez filipińskich marynarzy i stewardów, tak, jak my, żarliwych katolików.
Kapitan, oficerowie pokładowi, to Skandynawowie, zazwyczaj protestanci, a większość naukowców i pracowników projektu badawczego to także Anglosasi, w tym Amerykanie, również rzadko katolicy. Zazwyczaj pochodzą oni z krajów, gdzie nie świątuje się naszej tradycyjnej Wigilii.
Jednakże, jeżeli kapitan jest dobrym człowiekiem (a nie zawsze jest) to ze względu na Filipińczyków przychyla się do naszej katolickiej tradycji i wieczorem, około szóstej organizuje uroczystą kolację.

Pracuję więc normalnie cały dzień, a zły nastrój tylko się pogłębia, nie jestem jak zazwyczaj skoncentrowany, bo mysli cały czas uciekają do domu...
Dla Polaka na morzu jest to najczarniejszy dzień w roku. A na dodatek, wszyscy marynarze są sentymentalni, choćby nie wiem jak przykrywali to maską twardego człowieka.
Więc świąteczna dekoracja na statku raczej wkurza. Ta plastikowa choinka z mrugającymi światełkami, które sam pomagałem instalować, te rozwieszone aniołki i porozstawiane norweskie trolle.

Wreszcie wieczór... Wykąpany, zakładam coś poważniejszego niż zwyczajową T-shirtkę i spodnie dresowe. Mesa pełna filipińsko – norweskich smakołyków. Oczywiście króluje pieczone prosię, za którym ja nie przepadam, bo jest dosyć mdłe i bez wyrazu. Są też czerwone homary, taka dłubanina wymagająca specjalnych narzędzi. No i klasyczne norweskie danie, dla nas praktycznie niezjadliwe, (http://www.mojanorwegia.pl/rozrywka/smaki_norwegii_-_lutefisk_%28danie_dla_odwaznych_lub_desperatow%29.html).
To wymoczony w ługu sodowy suszony dorsz (sztokfisz), o konsystencji zwłok topielca, galaretowaty i potwornie cuchnący. Ugotowany na parze i podawany z drobno posiekanym smażonym boczkiem.
Nie trzeba dodawać, że współczesna flota jest wolna od alkoholu, więc robaka zalać nie można.

Bogu dzięki i technice, są obecnie telefony satelitarne i praktycznie dzwoni się w prywatności swojej kabiny. Ta rozmowa z rodziną, to zwieńczenie Wigilii. Składamy sobie wszyscy życzenia zdrewniałym głosem i pocieszamy się, że wkrótce się zobaczymy.
Lecz to kolejne Święta poza domem...

Jeszcze tylko kilka wpisów w internecie, kolejne życzenia mailem i szybko do koi, by ten dzień się wreszcie skończył.

W tym roku jestem z rodziną w domu. Nie wiecie, co to dla marynarza znaczy.

Życzenia Świąteczne dla Wszystkich.

autor: jazgdyni