piątek, 7 lutego 2014

Zarządzanie konfliktem

Kilka dni temu byłam świadkiem, jak pewna zaniedbana pani ukradła w sklepie paczkę z wędliną. Być może była głodna. Nie przyszło mi do głowy jej przeszkodzić. Jest to z mojej strony typowa mentalność porozbiorowa. Brzydzimy się donosem bardziej niż obserwowanym przestępstwem.


Pracowałam kiedyś w redakcji jednego z czasopism wydawanych przez wielkie wydawnictwo. Szef mojej redakcji działał ewidentnie na niekorzyść właściciela. Mówiąc wprost - robił jakieś szwindle. Zaproponował mi na przykład rozliczanie tekstów fikcyjnymi delegacjami. Brutalnie go wyśmiałam. Zapytałam czy jego zdaniem mam zbierać zużyte bilety kolejowe w śmietniku dworcowym. Nie przyszłoby mi jednak do głowy zwrócić się z tą sprawą wyżej. Kilka osób bardziej zbulwersowanych niż ja poszło jednak z interwencją do właściciela. W rezultacie stracili pracę wszyscy- zarówno nieuczciwy redaktor jak i interwenci.

Właściciel wydawnictwa w prywatnej rozmowie powiedział potem, że zawsze wyrzuca z pracy obydwie strony konfliktu. W ten sposób zapewnia sobie spokój i dobry wizerunek firmy. Takiego sposobu zarządzania konfliktem nauczono go podczas specjalnego menadżerskiego treningu. Zgodnie z zaleceniami swoich instruktorów ujawnił również stronom szczegóły prywatnych rozmów. Uważał, że piekło, które w ten sposób wygenerował, będzie miało rolę oczyszczającą – rolę katharsis.

Dodam, że właściciel wydawnictwa uważał się za konserwatystę. Nie zauważył, że wpadł w pułapkę postmodernizmu, którym rzekomo się brzydził. To przecież w naszych postmodernistycznych czasach wartością jest otwartość i szczerość a nie przyzwoitość, to obecnie podczas warsztatów psychoterapii grupowej poleca się uczestnikom „ otwieranie” się przed grupą co oznacza, że każdy ma prawo powiedzieć każdemu co o nim myśli , a atakowany ma robić dobrą minę do złej gry i się tłumaczyć. Współcześni psychologowie radzą pacjentom, żeby wykrzyczeli o co mają do rodziców pretensje. Wzajemne wywrzaskiwanie sobie swoich pretensji ( często urojonych) ma podobno dla rodziny znaczenie oczyszczające.


Właściciel wydawnictwa był zbyt młody, żeby pamiętać analogiczne seanse samosądów kolektywu nad jednostką, które miały miejsce w czasach stalinowskich. Nazywano to „rozrabianiem kogoś”. Moją ciocię, która z racji znajomości języków obcych była podporą Czytelnika chciano rozrobić z bardzo śmiesznego powodu. Ponieważ nie było jej stać na okulary, czytała posługując się uratowanym z Kresów, oprawionym w srebro lorgnon. Na tej podstawie koledzy rozpoznali w niej wroga klasowego i żądali złożenia samokrytyki. Okłamała wszak ludową ojczyznę podając się za inteligencję pracującą,  podczas gdy była zwykłym krwiopijcą. Wyratował ja z tej opresji Putrament. Była mu potrzebna do redagowania jego pisanych ohydną polszczyzną książek.

Choć byłam w tych czasach małym dzieckiem doskonale pamiętam oparte na pedagogice Makarenki seanse „rozrabiania” odbywające się w szkole. Wychowawczyni mojej klasy, prosta dójka z PGR, awansowana do warszawskiej szkoły po linii partyjnej ( to ona właśnie płakała po Stalinie) , kazała powiesić na drzwiach klasy skrzynkę na donosy. Podczas godziny wychowawczej te donosy były odczytywane publicznie przez przewodniczącą klasy i obwiniony musiał tłumaczyć się przed -według marksistowskiej wykładni- kolektywem. Pamiętam, że zostałam oskarżona o to, że w czasie lekcji czytam po angielsku kryminały. W tamtych czasach z całą pewnością nie czytałam po angielsku. Być może przyniosłam jakiś kryminał, żeby jak to się dzisiaj mówi szpanować, albo raczej odciąć się w ten sposób od odrażającego otoczenia. To było bardzo brzydko z mojej strony, ale nie zmienia to mego zdania na temat wszelkich kolektywnych samosądów. Pewien chłopczyk zmuszony do złożenia w czasie apelu samokrytyki posikał się przed całą szkołą. Ze zgrozą patrzyliśmy na kałużę moczu wypływająca z jego nogawki.

Proszę się nie dziwić, że od tego czasu moją głęboką odrazę budzą wszelkie pomysły typu samoocena uczniów czy wzajemna ocena przez kolegów i nigdy do tego w moich klasach nie dopuściłam. Nigdy też nie uczestniczyłam w żadnych formach psychoterapii grupowej. Nie wierzę w oczyszczająca rolę konfliktu.


Pewną znajomą nauczycielkę zaniepokoiły zbyt przyjacielskie relacje kolegi po fachu z uczennicami. Niefortunnie wspomniała o tym przełożonemu. Ten wygenerował skrajny konflikt ujawniając treść rozmowy zainteresowanemu, po czym przeciął ten konflikt zwalniając nauczycielkę z pracy oraz przenosząc na inne stanowisko jej kolegę. Postąpił dokładnie tak samo jak okradany właściciel wydawnictwa. Czy to możliwe żeby uczył go zarządzania konfliktami ten sam coach?

Z całą pewnością nie – to tylko taki światowy trend. Przełożony uważa , że wrzucenie granatu do szamba oczyści atmosferę, a najważniejsza jest szczerość i jawność. Jego postępowanie to dla nauczycielki lekcja na całe życie. Niech nic ją nie obchodzi, niech się dzieje wola Nieba. I najlepiej spokojnie poczekać aż dojdzie do skandalu


Czas zauważyć, że to czego nienawidziliśmy za komuny dociera do nas w bardziej eleganckim, postmodernistycznym opakowaniu.


autor: Iza

Prowadzący u swoich TW, witani z honorami, chodzi o media

Gromek Czempiński  i Marek Dukaczewski zawitali do  swoich współpracowników, którym tak się poszczęściło że jeden w 1992 a drugi w 1997 r  dostali koncesje na prywatne  telewizję.
Ci „patrioci” inaczej zawsze wierni swoim mocodawcom z Moskwy, którzy ich tak wspaniale wyszkolili, zawitali u swoich TW.  Pan Walter i Wejhert oraz pan Solorz - Żak stali się magnatami medialnymi i miliarderami.

TVN , zwane WSI 24, których właściciele mając tak mocne papiery jak Mariusz Walter, członek PZPR w latach 1967 – 1983, którego  Urban w liście z  1983 r. do Kiszczaka zarekomendował  jako „najzdolniejszego redaktora telewizyjnego w Polsce, organizatora i koncepcjonalistę”,  zarejestrowanego  jako  TW „ Mewa ” oraz śp. Jan Wejhert zarejestrowany jako  TW W.Konarski wspólnie  w 1984  założyli grupę ITI , która kilka lat później stała się właścicielem koncesji telewizyjnej i potężnej grupy medialnej TVN.

Pan Zygmunt Solorz- Żak, znany jako Zygmunt Krok, Piotr Krok oraz Piotr Zagórski, w latach 1983 – 1985 został zwerbowany jako agent do współpracy z wywiadem pseudonimie Zeg. Jako ciekawostkę, można podać , że ten pan w owych latach miał paszport  konsularny co nie zdarzało się często.  Trzeba dodać , że Pol – Sat był bardzo mocny, gdyż koncesję dostał już w 1992r. a ITI (TVN) „dopiero” w 1997 r.

Stąd nie dziwi, że generałowie z WSI, głównie Dukaczewski i Czempiński są tak częstymi gośćmi w tych stacjach.

Oni wypowiadają się na temat płk Kuklińskiego, nazywając go zdrajcą, oni również, atakują niezłomnego opozycjonistę Antoniego Macierewicza, który miał czelność zlikwidować długie ramię Moskwy.
Rzeczywiście ich krokodyle łzy są zasadne, przecież wiernie służyli i służą swoim panom z Moskwy, a tu taki Macierewicz popsuł im wszystko, stąd te częste wizyty u swoich współpracowników, którzy dzierżą media. Przecież tu nikt tych panów nie zaskoczy trudnymi pytaniami, a pani redaktor jedna lub druga pochyli się i nad biednym generałem zrozumie a może i przytuli.

http://wpolityce.pl/artykuly/73551-piotr-cywinski-dla-wpolityce-jesli-pl...


autor: Andy51

Biuro Manipulacji Internetem – Spółka z o.o. (Wstęp)


Uważaj co czytasz!

Kolejna rocznica, tym razem z tych wstydliwych – okrągła rocznica okrągłego stołu. Zgodnie z oczekiwaniem, blogosfera zalana wspomnieniowymi artykułami. Jakby przyszło zamówienie, a może polecenie? 

 


Mam silne przekonanie, częściowo udokumentowane, że to, co się pisze w internecie, na wszystkich portalach społecznościowych, nie tylko tych stricte politycznych, ale także plotkarskich, czy nawet kucharskich i związanych z modą, jest precyzyjnie kontrolowane – nadzorowane, filtrowane i sterowane w odpowiednim kierunku.

Pracuję nad większym materiałem dotyczącym manipulacji internetem. Zbieram materiały, porządkuję i się zastanawiam.

Czy jest już jedno centrum, które nadzoruje nasz krajowy internet?
Czy powstało już Biuro Manipulacji Internetem – Spółka z o.o.? Firma usługowa, która na zlecenie klientów – rządu, albo tylko np. Ministerstwa Spraw Zagranicznych, prezydium Sejmu, Sztabu Generalnego, ABW, czy choćby tyko Spółki PRÓCHNIK SA, realizuje specyficzne internetowe zadania, aby osiągnąć zamierzony cel?
Nie jestem tego jeszcze pewien. Wydaje się, że manipulacją internetu nadal zajmują się struktury rozproszone.

Jedno Przedsiębiorstwo, które czyści internet, steruje portalami, blogami i forami dyskusyjnymi. Czy to jest możliwe? Raczej jeszcze chyba nie. Ale wielce prawdopodobne.

Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym takiej działalności jest zjawisko trollowania. Weźmy przykład z ostatnich dni. Nagle, jakby za naciśnięciem guzika, gdy na Ukrainie rozgrywają się sprawy ważne, nie tylko dla tego biednego kraju, ale, jak się dobrze zastanowić, to dla całej Europy, a może nawet dla całego świata, co chyba dobrze wyczuwają Amerykanie, polska blogosfera jest zalewana wątpliwościami i resentymentami, dotyczącymi faktycznie koniecznej do uporządkowania, Rzezi Wołyńskiej. Dosłownie tysiące piszących w polskim internecie ma nagle wątpliwości, czy należy popierać Ukraińców w ich dążeniach. Co to jest, jak nie urabianie opinii publicznej.
To oczywiście jest tylko jeden przykład. Lecz jest ich mnóstwo.
Czasami ma się wrażenie, że bardzo mało jest tutaj samodzielnie myślących ludzi, tylko jakieś owcze pędy, nurty pewnych postaw i wyrażanie wspólnych opinii.
Czy tak jest, bo ludzie już tacy są? Wątpię, to są starannie przygotowane i reżyserowane akcje.
Dokładnie analizuje się przestrzeń internetową. Przygotowuje się poszczególne zadania. Inne dla Frondy, inne dla Salonu24, a jeszcze inne dla Neonu24. Wybiera się cel ataku i moment ataku. Ustawia się klakę ze współpracujących trolli. I rozpoczyna się zadanie.

Dla wszystkich jest oczywiste, że takie Sony może sobie zamówić taką akcję, celem wykazania swoich wyższości nad produktami Nokii. Ot, tradycyjna walka handlowa i reklamowa, przeniesiona do środowiska internetu.

Lecz, czy podobne zamówienie może złożyć w Biurze Manipulacji Internetem – Spółka z o.o. również Platforma Obywatelska, celem zwalczania i niszczenia PIS? Jaką taktykę i argumenty należy przyszykować, by na prawicowych portalach dyskredytować tą partię. Jakie głosy i wypowiedzi są potrzebne w tej akcji. Jakie powinno być jej natężenie, aby nie przedobrzyć. Jaką końcową opinię chcemy osiągnąć.

Okazuje się, że już na świecie ten temat jest opanowany. Przeprowadzono niezbędne badania. Wykonano setki testów. Użyto odpowiednich programów analizujących i filtrujących. I osiągnięto pożądany cel.
Nie ulega już wątpliwości, że internetem można łatwo manipulować. Zgodnie z potrzebą klienta i jego wymaganiami.
Czemu więc nie stworzyć jednego, potężnego Biura Manipulacji Internetem, które za pieniądze klientów, będzie kształtował opinię publiczną blogosfery.

Trzeba tylko w odpowiednich miejscach ulokować odpowiednich ludzi. Niektórych nawet wysoko, w samych zarządach, czy redakcjach poszczególnych witryn.
Ludzi do pracy nie brakuje. Przez tego paskudnego Macierewicza tulu agentów WSI pozostaje bezrobotnych.
Przy okazji można jemu teraz zapłacić za swoją biedę.

autor: jazgdyni

czwartek, 6 lutego 2014

Macierz transportu

Wykładowca metod matematycznych opowiedział nam – być może niepotrzebnie – historię pewnego urzędnika brytyjskiego, który zniecierpliwiony rosnącymi kosztami konwojów do Murmańska i nieracjonalnością przewozów opracował w 1941 roku pewien model zarządzania transportem, który dopracowany przez L. Kantorowicza służy do dziś w logistyce i ekonometrii pod nazwą macierzy transportu. O ile pamiętam urzędnik ten nazywał się Hitchcock.

Nie byłam w stanie znaleźć potwierdzenia dla tej historii, choć oczywiście umiem posługiwać się macierzą transportu. Możliwe, że jej opowiadanie miało wyłącznie na celu podtrzymywanie morale studentów, wyrabianie w nich przeświadczenia, że każdy ich dobry pomysł zostanie kiedyś należycie doceniony,że noszą buławę w plecaku.

Oto drobny urzędnik, bez formalnego wykształcenia potrafił zainteresować swoją koncepcją najwyższe gremia decyzyjne i to w czasie wojny. To lepsze niż historia Banacha , który w 1920 (nie mając dyplomu ukończenia studiów) doktoryzował się we Lwowie na podstawie rozprawy: Sur les opérations dans les ensembles abstraits et leur application aux équations intégrales oraz Einsteina, który startował, ze swoją teorią względności, jako nikomu nie znany urzędnik patentowy. Obecnie nie mieliby szans.

Z doświadczenia wiemy jak trudno jest skłonić zwykłego nauczyciela do zaakceptowania innej, niż jego własna, metody rozwiązywania zadań. Na ogół nauczyciel nie chce takich pomysłów słuchać i nie stara się zrozumieć. Nie popełniałam w szkole tego błędu. Prowadziłam rejestr nowatorskich metod rozwiązywania zadań przez moich uczniów i powoływałam się na ich nazwisko gdy proponowałam ich rozwiązanie następnej klasie. Niektóre z tych rozwiązań, szczególnie w dziedzinie rachunku prawdopodobieństwa i kombinatoryki, były wręcz genialne w swojej prostocie i elegancji. Korzystam z nich do dziś. Co ciekawe - były one najczęściej dziełem notorycznych leniuchów. Jak twierdzą niektórzy, gdyby nie lenistwo do dziś siedzielibyśmy w jaskiniach.




Pewien znajomy młody matematyk nie może obecnie obronić pracy doktorskiej. Każdy z potencjalnych promotorów oczekuje pracy w zespole realizującym jego ( promotora ) koncepcje i otwarcie mówi, że nie będzie się zagłębiał w rozważania doktoranta. . Czy to nazwiemy feudalizmem w nauce czy naturalną ludzką skłonnością – efekt jest ten sam. Młody matematyk, jak każdy wynalazca jest osamotniony i bezradny. Informatyka jest chyba obecnie jedyną dziedziną, w której zatrudnia się na wysokich stanowiskach genialne dzieciaki bez formalnego wykształcenia ( znam takiego jednego dzieciaka, zarabia więcej niż premier).

Ale nie tylko o feudalizmie w nauce lecz o zarządzaniu państwem chciałam mówić. Jeden z komentatorów napisał, że urzędnik „nie jest do myślenia lecz do realizowania cudzych wytycznych”. Przeczy temu historia twórcy macierzy transportu. Historia złamania szyfru Enigmy też świadczy o tym, że w owych czasach istniały mechanizmy dopuszczania do głosu ludzi mądrych, choć nie koniecznie dyplomowanych i ustosunkowanych. Bardzo wątpię czy młodzi matematycy : Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski, którzy złamali szyfr Enigmy mieliby dziś szanse wykorzystać swoje prace.

Choć nie twierdzę ( jak Lenin ) ,że kucharka może rządzić państwem, jednak w kuchni jest niezastąpiona. Nie jest dobrze gdy musi wyłącznie wykonywać polecenia menadżera, który nigdy nie miał w ręku chochli. Tymczasem różnymi strategicznymi resortami w naszym kraju ( na przykład energetyką) zarządzają historycy i inni humaniści (z przewagą - jak sam premier historyków) Nie są oni również samoukami w swej dziedzinie. Jedyny ich motyw to parcie na zaszczyty i honoraria. Jednocześnie są tak głupi, że nie chcą korzystać z porad mądrych ludzi. Nie chcą skorzystać na cudzym pomyśle, nie chcą go nawet zawłaszczyć.

Inaczej mówiąc- nie ma mechanizmu, który pozwoliłby debiutantce, nawet najlepiej tańczącej zastąpić primadonnę, która ledwie łazi. Wbrew równościowym teoriom i zasadom nie ma mechanizmu krążenia elit.

Łatwo sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest. Fabrykant decydował się wdrożyć wynalazek nikomu nie znanego geniusza w oczekiwaniu zysków- a nie dla filantropii. Dyrektor teatru pozwalał zatańczyć debiutantce dla powodzenia spektaklu. Kochance wolał kupić pierścionek niż wypłacać jej rolą. Te relacje zmieniły się. Prawdziwe pieniądze zarabia się na ustawionych, ekspertyzach, na zamówieniach rządowych, na szwindlach, na przejmowaniu cudzych nieruchomości, na radach nadzorczych a nawet ( relatywnie mniejsze) w Parlamencie Europejskim.

W nauce też nie ma motywacji do ryzyka jakim jest przyjęcie nowatorskich koncepcji. O wiele bardziej opłaca się zdobyć grant i spokojnie kontynuować publikowanie metodą „ wytnij wklej” swoich starych prac, niż ryzykować tworzenie zespołu, lansowanie niesprawdzonych odkryć, a nawet przejmowanie cudzych pomysłów. Nawet grant na „ materiał ludzki” można rozdzielić wśród swoich. Tort został podzielony.

Nic dziwnego, że jak mawiano w 68 roku- urzędnik jest do urzędolenia, nie do myślenia, student- do uczenia się zamiast myślenia, literaci do pióra, a papier, którego stale brakowało do d...

I faktycznie był nie najlepszy.

autor: Iza

Czasami Komisja Europejska musi nas bronić przed ekipą PDT

Przy całej swojej ułomności UE czasami służy dobrej sprawie. Pomijając chorą lewacką promocje pedalstwa, genderyzmu , który ma się stać nową ideologią (ciekawe, kto będzie takim Marksem/Engelsem/Leninem tej ideologii) to Polacy w co najmniej w dwóch sprawach powinni podziękować  Komisji Europejskiej.

Pierwsza to ochrona Polski i Polaków, przed ówczesnym wiceministrem w rządzie PDT , Waldemarem Pawlakiem zwanym „Cyborgiem”. Warto zwrócić uwagę, że Komisja Europejska, wyraziła sprzeciw wobec umowy z Gazpromem , którą Cyborg, z obowiązującej do 2022 r chciał przedłużyć do 2037 r. Na szczęście nie tylko opozycja zauważyła „ustawkę” ale Komisja Europejska też. Po burzliwej debacie Sejmowej stanęło na podpisaniu umowy do 2022 r. na co zapewnie miało stanowisko UE. Ale nas zdolny negocjator zapewnił nam jedno , Polska ma po Macedonii drugą najwyższą cenę w Europie za 100 m3 przesyłanego gazu. Jest to cena o średnio 50% wyższa od tej, która obowiązuje w krajach zachodnich.

Drugą sprawą jest największa afera korupcyjna w III RP (Rzeczpospolitej Przekrętów) związana z przetargami na projekty informatyczne. UE może żądać  zwrotu  bagatela 400 mln euro czyli ponad 1,6 mld zł. Pragnę przypomnieć, że już w 2009 r. ówczesny  szef CBA Mariusz Kamiński, wdrożył śledztwo w sprawie ustawianych przetargów. W związku z określeniem Miro Drzewieckiego , że Polska to dziki kraj, firmy informatyczne tak traktowały Polskę, przekupując kogo się da „ perkalem i koralikami”.  Ciekawe, że do 2013 r. ta afera się tliła, jak wypalanie węgla drzewnego.

Czy Wojtunik informował o skali zjawiska PDT nie wiem , ale widocznie była milcząca akceptacja. Teraz, omnibus, minister od cyfryzacji TW Boni, ma trafić na listy PO do PE. Toć to pełne  jaja. 

W czasie jesiennej rozgrywki pomiędzy PDT a Schetyną sprawa wypłynęła. Czy była ona przyczyną czy skutkiem wewnątrzpartyjnych rozgrywek nie wiem. Zaczęły się aresztowania. Skala korupcji poraża, ale mocno wydaje mi się, że bez interwencji  Komisji Europejskiej sprawa nie ujrzałaby światła dziennego, a co za tym idzie Tusk nie mógłby zamieść jej pod dywan, tak jak szereg innych spraw.

Szereg raportów zalega w szafie Tuska, jak np. ten związany z finansowaniem min Sawickiego z PSL w czasie kampanii wyborczej za publiczne pieniądze. Mam nadzieję, że po zmianie rządów  szereg spraw wypłynie, że sami się weźmiemy za swoje sprawy i nie będziemy musieli czekać na zmiłowanie Unii, która  niektórych przekrętów ekipy PDT nie może zdzierżyć.
 
 
http://wpolityce.pl/wydarzenia/73435-koszta-infoafery-kontrolerzy-z-bruk...
http://weglowodory.pl/umowa-gazowa-z-rosja-z-2010-roku/
http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-zbigniewa-kuzmiuka/25767-za-gaz-p...
 

autor: Andy51

Oportunizm i konformizm


Stawiamy na pomnikach ludzi twardych i bezkompromisowych. Podziwiamy ich. Mówimy o nich - bohaterzy. Lecz, czy chcielibyśmy stanąć na ich miejscu? Niespecjalnie. Wszyscy mamy swoje małe słabości i ułomności. Chociaż... bardzo często nam się je wmawia. W wielu krajach i we wielu kulturach umiejętność zdążania i uzyskiwania kompromisu jest uważana za bardzo pozytywną cechę. U nas raczej nie.
Co my mamy robić – ludzie, którym Dobry Pan poskąpił żelaznej woli i twardych, jak skała przekonań? My, którzy się często łamiemy, idziemy na kompromis, a dla świętego spokoju oddalibyśmy serdeczny palec lewej ręki.

Bez publicznej spowiedzi, zastanówmy się w myślach, ile to razy zdarzyło się nam być oportunistą, albo jeszcze gorzej konformistą. Ile razy sprzeniewierzyliśmy się nieubłaganym zasadom moralnym, chociażby dla świętego spokoju.
Jeżeli znany mi bardzo dobrze, jak zły szeląg, sąsiad, bogaty buc, jak chleje to tłucze się z żoną i ja mam dylemat, bo jak pójdę do niego, to wiem, że też będę zmuszony z nim się potłuc, a jak zadzwonię po policję, to jego małżonka wszystkiemu zaprzeczy, to co ja mam robić? Nie robię nic, bo nie chcę eskalacji. Chcę dalej mieszkać w ciszy i spokoju, bez przypuszczalnego konfliktu wiszącego nade mną. Proszę, oto oportunizm pierwszej klasy.

Dlaczego tak jest? Bo właśnie postawy kompromisowe, a w tym oportunizm i konformizm, są zwieńczeniem naszego rozwoju społecznego. Nasza psychika jest w ten sposób  ukształtowana, że staramy się tak mocno, jak tylko możliwe unikać konfliktu i zadrażnień. Nasza nie tak dawno wykształcona empatia ma tu również niemałą rolę. Nie tylko unikanie, lecz również nie czynienie samemu krzywdy drugim, jest bardzo mocno w nas wbudowane. Niejeden z nas, gdyby nagle, z jakiegoś powodu, znalazł się sam na sam, w jednym przedziale Intercity, z tak tu przez nas wyśmiewanym i pogardzanym Jakubem Wojewódzkim, to najprawdopodobniej, nie powiedziałby mu wszystkiego, co o nim myśli. Tacy już jesteśmy.

Jeżeli wujek zapisał się do komunistycznej partii, by zostać dyrektorem przedsiębiorstwa, to może uczynił tak dlatego, że on żyje tylko dla tych, których kocha – żony i dzieci. Czy on wówczas był godnym pogardy konformistą?
Mówi się czasem o kimś – to słaby człowiek. Chyba nawet jest ich więcej niż tych silnych. Raz są twardzi, lecz częściej ulegają w swoim życiu. Pewnie nawet tego żałują. Chciałbym zobaczyć tu wielu bezkompromisowych i radykalnych blogerów, jak oni tą twardą postawę tutaj reprezentowaną, realizują w swoim prywatnym zachowaniu. Bez nicka i awatara. Paru takich pistoletów tu w blogosferze, najprawdopodobniej w życiu to są potulne baranki, leczące swoje kompleksy poprzez agresywne artykułowanie radykalizmów.

Więc dlaczego oportunizm i konformizm są takie pejoratywne? Dlaczego potępiamy tego partyjnego wujka? I dlaczego my się wstydzimy, gdy idziemy na kompromis. O proszę, właśnie – u nas się mówi idziemy na kompromis, zamiast szczytnie – osiągamy kompromis.

Zgoda, bydlakowi nie podamy ręki; zdrajcę należy rozstrzelać, świnią wzgardzić.
Jednakże w całym naszym życiu będziemy małymi oportunistami i chcę zobaczyć tego, który zatrzymany przez policjanta, bo jechał 100 na godzinę, zamiast dozwolonego 70, na sugestię funkcjonariusza, że za 50 zł może zapomnieć o wykroczeniu, mu odmawia.

autor: jazgdyni

środa, 5 lutego 2014

Paskudni złodzieje i walka z nimi

Muszę przyznać, że te codzienne podtykane nam tematy, tak, jakbyśmy byli specjalnie pasieni, nieco mnie znużyły. Idiotyzmy twojej gruchy Palikota, przebieranie nóżkami, bo forsa im się kończy, bojowników ze wsi, i to nieustające polowanie na PIS, a szczególne demona - czarodzieja Macierewicza.
Może raz dla odmiany proszę poczytać o innym polowaniu. Też na złodziei, też ferajna, ale w Afryce


Ta historia jest dobrze znana w Afryce Wschodniej i gdy o to poprosić po sutej uczcie, to chętnie jest opowiadana. Nawet wielokrotnie.
 
Pogranicze Mozambiku i Tanzanii to spokojna, rolnicza okolica. Żyzna ziemia daje liczne pola uprawne, pieczołowicie gospodarowanie przez farmerów. Jednakże pewnego roku nawiedziła te tereny klęska. Nie był to tym razem błyskawicznie rozprzestrzeniający się w czasie suszy pożar. Nie była to także miliardowa chmura szarańczy zjadająca dosłownie wszystko. Tą klęską była banda chuliganów, pawianich chuliganów mówiąc dokładnie.
Stado liczące około setki osobników nagle wypadało z dżungli na pole uprawne, zżerało, co się dało, a czego się nie dało – niszczyło. Organizowano liczne ekspedycje, dobrze uzbrojone w karabiny, jednakże żadna z nich nie odniosła pożądanego skutku. Podczas, gdy stado oddawało się spustoszeniu, młodzi strażnicy zajmowali miejsca na wzniesieniach terenu, kopcach termitów i drzewach i natychmiast ostrzegało o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Diabelski wprost spryt pozwalał im unikać zasadzek i w odpowiednim momencie znikać bez śladu.
 
Nasza nazwa pawian niespecjalnie mi się podoba. Zapewne któryś z polskich wędrowców, gdy po raz pierwszy zobaczył samca tej małpy w pełnej krasie na pysku, skojarzył zaraz z pawiem, a że sam nosił imię Jan, nazwał – pawian. Angielska nazwa baboon jest pełna afrykańskiej mocy i lepiej oddaje charakter tej dosyć psiej (nie obrażając burków) istoty. Taki babun ma w sobie coś wiejącego grozą. Od razu wyobrażam sobie pewną tramwajarkę, jak mocarnym uściskiem unicestwia Jarosława Kaczyńskiego…


Małpy w tej niszczycielskiej bandzie nie były takie mądre i cwane. Ot, przeciętna zgraja małpich rzezimieszków, jakich pełno we wsiach i miastach Afryki, Indii i Indochin.
Cwany i niezwykle inteligentny był ich herszt. Był potężny. Ten gatunek nie był tak cyrkowo kolorowy, ale za to masywny z niesamowitymi szczękami i kłami na 10 centymetrów.


Stado słuchało się go bez najmniejszych zastrzeżeń. Wszelkie próby nieposłuszeństwa kończyły się dotkliwym kąszeniem. Możemy powiedzieć, że nikt mu nie podskoczył. Mieli też do niego bezgraniczne zaufanie. Podążali za nim, jak za ojcem i matką. Zresztą był ojcem wielu z nich. Nigdy się na nim nie zawiedli. Wiedział dokładnie, gdzie są najlepsze banany i kiedy trzcina cukrowa jest najbardziej słodka. Miał w głowie mapę całego obszaru, najlepszych upraw, drogi dojścia i ewakuacji. Wyciągał wszystkich z najsprytniejszych pułapek i zasadzek. Potrafił zniknąć ze swoją bandą, zanim rolnicy nadbiegli z karabinami i następnego dnia dokonać spustoszenia 40 kilometrów dalej. Na całym wschodnim wybrzeżu zaczęły już o tych gangsterach krążyć legendy i przypisywano im nadprzyrodzone moce.

Jak to zwykle bywa, coś trzeba robić. Jako, że nikt nie chciał się przeprowadzać, bo tu była ich ziemia żywicielka, wspólnie uradzili, że potrzebna im pomoc. W tych okolicach było wielu sławnych myśliwych, przewodników i tropicieli. Jednakże nikt nie mógł się równać z pewnym Afrykanerem, który się, można powiedzieć, wychował wśród zwierząt. Znał się na ich zwyczajach, gatunkach i zachowaniu. Był najlepszy. Jednakże był też drogi. Okoliczni sąsiedzi po ciężkich naradach uradzili ile ostatecznie mogą zapłacić i wysłali do tropiciela delegację. Suma pieniędzy, którą oferowali, była śmieszna w porównaniu z tą, jaką płacili bogaci turyści z Europy czy Ameryki. Lecz zaciekawiła go sama opowieść, a szczególnie nabożna cześć, z jaką się wyrażali o przywódcy małp. Znał pawiany i wiedział, czego się można po nich spodziewać. Ale tutaj bezczelność i spryt przekraczały wszystko, z czym miał do czynienia. Przyjął to, jako osobiste wyzwanie, niezależnie od oferowanych pieniędzy.

Przybyli więc razem w okolice, gdzie małpia wataha dokonywała największych spustoszeń. Przez tydzień, codziennie o świcie wyruszał sam w interior i obserwował małpy. I wreszcie zrodził mu się plan. W wybranym miejscu, które wskazał, polecił wybudować chatę i zaznaczył, że on sam będzie nadzorować budowę. Chata była typowa, okrągła i niewysoka, ale w porównaniu do tych zamieszkałych przez tubylców, była niesłychanie solidna, a grube pale wbite w ziemię nie były tak zwarte i budowla była cokolwiek ażurowa. Na koniec, sam jeden w nocy, zainstalował skonstruowaną zatrzaskową bramę, albo drzwi. Też bardzo solidne.

Wiedział dobrze, że są również obserwowani przez małpy. To tu, to tam, na wywyższeniach pokazywali się małpi obserwatorzy. Herszt nie pokazał się ani razu. Małpy znały dobrze lokalne chaty ludzi i wielokrotnie dokonywały rabunków i spustoszeń wewnątrz domostwa. Więc ich ciekawość nie była, aż tak wielka, ot, jeszcze jedna chata człowieka.

Po paru dniach skończono robotę. Tropiciel osobiście sprawdził całą budowlę, jej wytrzymałość i solidność, oraz mechanizmy, które sam zainstalował. Teraz nadszedł czas na rozwiązanie małpiego kłopotu. Nikt nie wiedział, jak on to zamierza dokonać.
Polecił przygotować porządny stos pokarmu, owoców i innych upraw, o których było wiadomo, że są największym małpim przysmakiem. Wszystko to umieścił pośrodku chaty, a drzwi pozostawiono otwarte.

Już po krótkim czasie wśród małpich strażników zapanowało podniecenie i ich szczekanie niosło się daleko. Bo chyba wiecie, że pawiany wydają głos zupełnie jak psy. Szybkie, agresywne szczekanie. I nagle wszystko ucichło. Łowca był przekonany, że atrakcyjna wiadomość dotarła do herszta i ten uspokoił resztę.

Afrykaner siedział w dobrym ukryciu z lornetką przy oku i czekał, długo czekał. Był sam. Nie było innych ludzi w pobliżu. W pewnym oddaleniu, również dobrze ukryta, była grupa młodych silnych mężczyzn oczekująca jego znaku. Czekanie się dłużyło. Nie mógł zapalić, choć palił namiętnie. Małpy dym by wyczuły i stały się niespokojne.

Wreszcie coś zaczęło się dziać. Tak jak przewidywał, do chaty, powoli i ostrożnie zbliżał się małpi przywódca. Skubaniec coś przeczuwał, ale nie widział, co to może być. Zaczął zataczać coraz mniejsze kółka wokół chaty. Parę razy pozorował ucieczkę, żeby wywabić ewentualnych wrogów. W końcu chytrość i łakomstwo, oraz oczywiście zamiłowanie do kradzieży zwyciężyły. Będąc na wysokości rozwartych drzwi błyskawicznie wpadł do środka, starając się porwać, jak najwięcej smakołyków. I wtedy zwolniona dźwignia zatrzasnęła drzwi. Pawian wpadł w szał. Miotał się po pustym wnętrzu i całym ciałem uderzał w ściany starając się wyłamać pale. Zawiadomieni ludzie przybiegli hurmem, dołączając swoje wrzaski do panoptikum wewnątrz chaty. Tropicielowi chodziło o to, by maksymalnie zwierzę zmęczyć, gdyż silne i wypoczęte stanowiło zbyt duże wyzwanie nawet dla licznej grupy ludzi.

Po długich atakach na konstrukcję, całkowicie bezskutecznych, małpa w końcu osłabła. Wówczas to pomocnicy zaczęli wyciągać i napinać zagrzebane uprzednio w ubitej ziemi chaty liny i pętle. Nie zajęło wiele, a wyczerpany pawian był zupełnie skrępowany. Mimo tego, stary myśliwy nie ufał tej chwilowej słabości i nikomu nie pozwolił wejść do chaty. Zamiast tego, przy pomocy lin, mężczyźni przytwierdzili złapanego złoczyńcę w taki sposób, że nie mógł się ruszyć, a jego pysk wystawał między palami na zewnątrz chaty.. I na ten pysk, ze strasznymi morderczymi kłami, zarzucono jeszcze jedną pętlę.

Teraz Afrykaner przystąpił do wykończenia swojego planu. Przywiózł ze sobą puszkę najbardziej jaskrawej „pożarowej”, czerwonej farby. I tą farbą pomalował pawianowi wystający spomiędzy prętów pysk. W zachodzącym słońcu czerwona plama lśniła jak ogień. Pawiany tego stada były właściwie płowe i szare. Bez pawich ozdób na pysku. A nawet te z ozdobami, nigdy nie były krwiście czerwone.
Farba schła całą noc. Tuż przed świtem tropiciel odesłał pozostałych do wioski, a sam zaczął ciąć i luzować pęta małpy. Gdy już praktycznie była swobodna, wdrapał się na dach z e sztucerem i maczetą. I wtedy otworzył drzwi.

Przez długą chwilę pawian się nie ruszał, węsząc następny podstęp. Nagle jednak wystrzelił jak strzała w kierunku najbliższych zarośli. A po chwili niosło się po całej okolicy charakterystyczne ujadanie, Stado rozpoznało swego wodza i radosne skupiło się na obrzeżach lasu. Widzieli go jak szybko się zbliżał. Lecz cóż to? Głos niewątpliwie ich herszta, a tu zbliża się jakiś potwór z czerwoną mordą. Długo nie wytrzymali. Pełni paniki wobec tego niewyjaśnionego zjawiska rozpierzchli się i długo, długo uciekali. Gdy zmęczeni ponownie zebrali się do kupy, ponownie usłyszeli znajome szczekanie. Oczywiście uradowali się, bo pamięć niestety mają słabą, lecz głos ich przywódcy mieli wyryty na zawsze. Po chwili zauważyli, że z krzaków wypadł czerwono-mordy stwór i ponownie rzucili się do panicznej ucieczki.

To trwa już podobno parę lat. Przystają zwabieni znajomym głosem, lecz gdy tylko znajdą się w kontakcie wzrokowym, uciekają gdzie pieprz rośnie.
Są tacy, ale kto by tam im wierzył, że ostatnio zwariowane stado pawianów uciekające przed dziwnym pawianem o czerwonym pysku, było widziane w Maroku. To niewątpliwie bujdy.


*****
Kolega po zapoznaniu się z tą historią, zaczął się zastanawiać, czy nie można by tego pomysłu wprowadzić w życie w stosunku do naszych pawianów - złodziei. Pewnie by można, tylko trzeba by niestety użyć innej farby. Bo pyski to już oni od dawna mają czerwone.

autor: jazgdyni



Nie męczcie mnie rzecze Tusk


„Przypomnijmy tylko, że na konferencji prasowej premiera Tuska w sobotę 1 lutego, niespodziewanie padło pytanie o odcięte od świata od wielu dni kilkadziesiąt miejscowości w województwie lubelskim (później w telewizji Polsat poinformowano, że do niektórych z nich nie ma dostępu od 2 tygodni), na skutek dużych opadów śniegu, a w szczególności zwiewania śniegu z pól na drogi lokalne.
Szef rządu, zareagował nerwowo „ja nie znam sprawy, nie męczcie mnie” i już do końca konferencji nie odpowiedział na żadne pytanie poświęcone tej kwestii”.
Pytanie dla premiera pewnikiem jakiś wrażych dziennikarzy  co się dzieje w części woj. lubelskiego, że ani centralne, ani samorządowe władze nie mogą sobie dać rady, z zimą, spowodowały irytację PDT. Jest rzeczą oczywistą, że śnieg w zimie w Polsce jest czymś nadzwyczajnym. Nawet taki heros jak PDT i jego dziesiątki urzędników nie może sobie z tą anomalią poradzić.
Rozumie PDT, czas palenia cygar i pełnego relaksu w Dolomitach się skończył. Na dodatek Orliki przysypane śniegiem, nie ma gdzie poharatać w gałę. Stąd depresja PDT.
Jeżeli do tego wspierają go ministry typu blondynka, od transportu „sorry taki mamy klimat ”, czy ministra od informacji „nie było informacji, zima zaskoczyła nas wszystkich”, to ja się pytam jakich wszystkich ?
Gdy w czasie opadów śniegu przed prywatną nieruchomością właściciel od odgarnie śniegu, to Straż Miejska bez zmiłuj się wlepia mandat.
Tu okaże się, że zima nas zaskoczyła a winny jest jakiś sołtys lub wójt. Państwo Tuska nie ma z tym nic wspólnego.


autor: Andy51

Nie męczcie mnie rzecze Tusk

„Przypomnijmy tylko, że na konferencji prasowej premiera Tuska w sobotę 1 lutego, niespodziewanie padło pytanie o odcięte od świata od wielu dni kilkadziesiąt miejscowości w województwie lubelskim (później w telewizji Polsat poinformowano, że do niektórych z nich nie ma dostępu od 2 tygodni), na skutek dużych opadów śniegu, a w szczególności zwiewania śniegu z pól na drogi lokalne.

Szef rządu, zareagował nerwowo „ja nie znam sprawy, nie męczcie mnie” i już do końca konferencji nie odpowiedział na żadne pytanie poświęcone tej kwestii”.

Pytanie dla premiera pewnikiem jakiś wrażych dziennikarzy  co się dzieje w części woj. lubelskiego, że ani centralne, ani samorządowe władze nie mogą sobie dać rady, z zimą, spowodowały irytację PDT. Jest rzeczą oczywistą, że śnieg w zimie w Polsce jest czymś nadzwyczajnym. Nawet taki heros jak PDT i jego dziesiątki urzędników nie może sobie z tą anomalią poradzić.

Rozumie PDT, czas palenia cygar i pełnego relaksu w Dolomitach się skończył. Na dodatek Orliki przysypane śniegiem, nie ma gdzie poharatać w gałę. Stąd depresja PDT.

Jeżeli do tego wspierają go ministry typu blondynka, od transportu „sorry taki mamy klimat ”, czy ministra od informacji „nie było informacji, zima zaskoczyła nas wszystkich”, to ja się pytam jakich wszystkich ?

Gdy w czasie opadów śniegu przed prywatną nieruchomością właściciel od odgarnie śniegu, to Straż Miejska bez zmiłuj się wlepia mu mandat.

Tu okaże się, że zima nas zaskoczyła a winny jest jakiś sołtys lub wójt. Państwo Tuska nie ma z tym nic wspólnego.
 
http://fakty.interia.pl/polska/news-kidawa-blonska-nie-bylo-informacji-z...
http://wpolityce.pl/artykuly/73432-jaki-rzad-taka-rzecznik-pierwszy-medi...
 

autor: Andy51

Myśleć przed


Remontują- znaczy będą burzyć.

Było to chyba 15 lat temu. Miasto przeprowadziło remont szkoły imienia Wojska Polskiego przy ulicy Emilii Plater, do której uczęszczały kolejno wszystkie moje dzieci. Między innymi unowocześniono kuchnię co kosztowało bodajże 6 milionów. Właśnie wtedy władze miasta podjęły decyzję o wyburzeniu szkoły, żeby w jej miejscu mógł powstać parking dla hotelu Marriott. Rodzice i dzieci zorganizowali protest. Zaproszona przez organizatorów wypowiedziałam się tylko raz - podczas spotkania z władzami miasta. Moje wystąpienie urzędnik skwitował pogardliwie: „marnuje się świetna lokalizacja, musicie się wreszcie nauczyć myśleć ekonomicznie”. Od czasów PRL mam idiosynkrazję - wyjątkowo nie lubię zwracania się do mnie per wy. Odpowiedziałam, że mam dla władz propozycję wykorzystania tej świetnej lokalizacji bez likwidacji szkoły. Przed południem lekcje a wieczorem burdel prowadzony przez ratusz. Na pewno miastu się to opłaci. Sala zareagowała śmiechem i aplauzem. Podobno urzędnik, który nie zapanował nad konfliktem dostał zakaz kontaktu z mediami i obywatelami. Szkoły nie zburzono. Była to wyłącznie zasługa organizatorów protestu. Mnie osobiście najbardziej w tej sprawie rozjuszyło sfinansowanie przez miasto remontu szkoły przed jej planowanym wyburzeniem.

Przez całe lata łudziłam się, że szkoły przy Emilii Plater zostały uratowane. Druga ze szkół to liceum imienia Hoffmanowej o ogromnych tradycjach. Kilka lat temu przeprowadzono remont boisk należących do liceum. Znając logikę władz miasta zaczęłam się niepokoić. Remontują- znaczy będą burzyć.
Okazuje się, że miałam rację . Hoffmanowa ma być przeniesiona na miejsce technikum samochodowego przy ulicy Hożej, technikum samochodowe - na miejsce technikum kolejowego na Szczęśliwicką 56, a technikum kolejowe?
Po co nam technikum kolejowe gdy za chwile nie będzie polskich kolei?
Zostanie tylko Pendolino, które radzę postawić w muzeum kolejnictwa obok starych wąskotorówek. Można próbować zarabiać na biletach wstępu, albo zrobić w Pendolino luksusową knajpę, jak kiedyś w samolocie przy szosie do Gdańska. Można wynajmować je na spotkania integracyjne bogatych korporacji. Przecież toto nigdy nie będzie jeździło po polskich torach.

Widzicie państwo jakie rewelacyjne mam pomysły. Kiedy wprowadzano gimnazja , w szkole przy ulicy Emilii Plater miała funkcjonować przez jakiś czas podstawówka obok gimnazjum. Ponieważ z założenia dzieci z gimnazjum miały się nie spotykać z dziećmi ze szkoły podstawowej, natomiast w obu szkołach mieli uczyć ci sami nauczyciele, podczas spotkania dyrekcji z rodzicami zaproponowałam , aby w pokoju nauczycielskim zbudować chatière – specjalną klapkę na zawiasach pozwalającą nauczycielom- jak kotom- zmieniać budynek bez wychodzenia na dwór. Nauczyciele zaśmiewając się oświadczyli, że są gotowi przełazićnawet na czworakach, aby tylko nie musieli wielokrotnie się ubierać w ciągu dnia.Ostatecznie dzieci ze szkoły podstawowej przeniesiono naulicę Wilczą, a przy Emilii Plater zostało tylko gimnazjum.

Gimnazja zostały wprowadzone przede wszystkim dlatego, żeby dorastająca młodzież z dwóch ostatnich klas szkoły podstawowej nie spotykała się z dziećmi młodszymi i ich nie demoralizowała. Takie były teorie autorów poronionych reform AWS. Oprócz tego wprowadzenie gimnazjum miało zagwarantować młodzieży z małych ośrodków lepszy dostęp do edukacji. Jak się to skończyło wszyscy wiemy. Gimnazja stały się siedliskiem zarazy, jaką jest przemoc uczniowska i narkotyki,marnują młodzieży trzy najlepsze lata na kiepską edukację, stały się jedną z przyczyn regresu w oświacie. Ich rola w dostępności oświaty na wsi też jest wątpliwa. W wielu zapadłych wsiach wprowadzenie gimnazjów oznaczało, że dzieci kończą edukację na szóstej klasie i idą „do pola”.
Trudno sobie wyobrazić na przykład, że rodzice grzecznych wiejskich dzieci z Ochotnicy zgodzą się żeby ich pociechy jechały w zimie gimbusem po niebezpiecznej oblodzonej szosie do gimnazjum w Nowym Targu, gdzie spotkają się z wszelkimi  patologiami szkół miejskich. Dopóki w Ochotnicy nie powstało własne gimnazjum, większość dzieci zatrzymywano w domu.
Czy to takie trudne planować na trzy kroki naprzód? Okazuje się, że bardzo trudne. Postulowana przez opozycję likwidacja gimnazjów byłaby równie kosztowna jak ich wprowadzanie. Dlatego nikt się do tego nie kwapi.
Trzeba było myśleć przed.

Przeciwko obecnym projektom miasta protestują zarówno uczniowie technikum samochodowego o ogromnych tradycjach, jak i uczniowie gimnazjum i liceum Hoffmanowej. Obawiam się jednak, że jest za późno. W najbliższy piątek na szkolne działki mają wejść spychacze. Oczywiście miasto w tym punkcie łatwo działki sprzeda. Podobno planowane jest wystawienie w tym miejscu dwóch wysokościowców.
Można wyliczyć koszty remontu boiska, koszty przenosin, koszty remontu budynku przy ulicy Hożej.
Koszty i skutki społeczne tych decyzji miasta są trudne do oszacowania.

autor: Iza