wtorek, 9 sierpnia 2016

Zmaganie się ze złośliwą materią


To już trzy kwartały od przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Pył wyborczej walki opadł. Radość i entuzjazm większości narodu z odsunięcia narodowych szkodników – koalicji PO – PSL powoli się wyczerpuje.
Tu i ówdzie podnoszą się lekko zniecierpliwione głosy: - dlaczego tak powoli? Nie można zmian i reform wprowadzać szybciej? Co stoi na przeszkodzie, że nie można "dobrej zmiany" realizować w satysfakcjonującym wszystkich tempie i pełnym rozmiarze?

Otóż to. Co stoi na przeszkodzie?
Stoi bardzo dużo. Ludzie i instytucje. Element, który był niewiadomą w momencie prezydenckiego i sejmowego zwycięstwa.
Ci ludzie i te instytucje nie zaakceptowały uczciwej, wyborczej zmiany władzy i robią dużo, wszystko, co w ich mocy, by dobra zmiana nie osiągnęła sukcesu.

Kto to taki?

Już od samego początku oburzenie i protesty, , wywołały zmiany na kierowniczych stanowiskach we wielu instytucjach państwowych, oraz w spółkach skarbu państwa.
Jakby nagle zapomniano, że jest to proces, który przeprowadzają wszystkie nowe ekipy rządzące. I to nie tylko w Polsce, a na całym świecie. Żadna władza nie może sobie pozwolić na to, aby na ważnych stanowiskach rangi państwowej pozostawali nominaci poprzednich ekip, które stały się opozycją. Tu nie chodzi tylko o profesjonalizm, ale, przede wszystkim, o lojalność i uczciwość. Zatrudnienie dały im poprzednie władze, więc istnieje pewna więź społeczna pomiędzy tymi ludźmi na stanowiskach i partiami, które ich na te stanowiska desygnowały. Co więcej, nawet często są to więzi towarzyskie, a nawet rodzinne. Nie jest tajemnicą, że szczególnie PSL, obsadzało różne kierownicze pozycje bliższymi i dalszymi krewnymi.
Czy w takiej sytuacji PiS mógł się spodziewać pełnej lojalności i współpracy ze strony tych osób? Nie.
Dobrze widać, już teraz, po niecałym roku, że ciągle jeszcze okupujący ważne stanowiska ludzie poprzedniego układu, działają, niektórzy całkiem jawnie, a inni nieco skrycie, przeciwko nowej władzy, którą po ośmiu latach wreszcie mamy.

Są całe sektory, całe obszary w społeczeństwie, które są otwarcie wrogie władzy PiSu.
Najważniejsze z nich to władza sądownicza, niektóre środowiska akademickie, oraz niektóre samorządy lokalne.

Zacznę od tych ostatnich.
Dobrze w pamięci mamy tragiczny i oburzający obraz wyborów samorządowych w roku 2014.Nieprawidłowości i jawne oszustwa wyborcze były tak wielkie, że do dymisji podali się sędziowie, członkowie Państwowej Komisji Wyborczej. Mimo tego, przy ówczesnym stanie demokracji, władze nie zdecydowały się na powtórzenie wyborów. Niesprawiedliwe wybory zostały utrzymane w mocy, niezależna władza sądownicza (w tym Trybunał Konstytucyjny z prezesem Rzeplińskim na czele) nie uznała za konieczne naprawienie i powtórzenie ułomnych wyborów.
Jak to się robi w prawdziwej demokracji mieliśmy ostatnio przykład w Austrii, gdzie przy nieprawidłowościach na znacznie mniejszą skalę, tamtejszy Trybunał Konstytucyjny zarządził powtórzenie wyborów.

Rezultatem tego jest sytuacja, w której rządzące wówczas PO i PSL obsadziło ogromną ilość stanowisk w samorządach terytorialnych, począwszy od wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, poprzez rady gmin, powiatów, aż do sejmików województw.
Nieuprawnieni nominaci twardo się okopali na zdobytych stanowiskach i wielu z nich otwarcie wyraża swoją wrogość wobec nowej władzy centralnej.
Przykłady takiej postawy mieliśmy przy seryjnym popieraniu Trybunału Konstytucyjnego przy jego walce z Sejmem i prezydentem, przez władze Poznania, Wrocławia, Krakowa, Warszawy, Gdańska, Sopotu i paru innych.
Znamienną była też walka, jaką stoczył prezydent Poznania z ministrem Obrony Narodowej przy uroczystościach rocznicy poznańskich protestów robotniczych w 1956 roku. Jawna wrogość i wypowiedzenie posłuszeństwa władzy centralnej.
W wizji tych paru lokalnych kacyków Polska stała się nagle federacją niezależnych, udzielnych księstw – Warszawy, Poznania, czy Gdańska.
Pokazuje to także, jak ciągle jest ułomne polskie prawo i niedoskonały ustrój państwa.


Środowiska prawnicze, w sytuacji, gdy sądy są trzecim, niezależnym filarem władzy demokratycznego państwa, po transformacji 1989 roku nigdy nie dopuściły, by dokonać swojej lustracji i przeglądu kadr. Ówczesny prezes Trybunału Konstytucyjnego, sędzia Adam Strzembosz oświadczył: - "Środowisko się samo oczyści". Nie wiem dokładnie ile, lecz ciągle sporą część palestry stanowią prawnicy, których kariery świetnie się rozwijały w Polsce Ludowej. A na dodatek mamy całe rodzinne klany prawnicze, gdzie potomkowie dawnych oprawców w togach, wprowadzeni na sale sądowe przez tatusiów, kontynuują socjalistyczną wykładnię prawa.
Wszyscy myślący i uczciwi Polacy, zdają sobie sprawę, że system sprawiedliwości w kraju wymaga gruntownej naprawy i wprost rewolucyjnych zmian. Prz obecnym stanie sądownictwa pełna demokracja nigdy nie będzie możliwa. Tą dziedzinę państwa trzeba gruntownie przeorać.
Wielu przyzwoitych i mądrych prawników zdaje sobie z tego sprawę i popiera niezbędne reformy. Niestety, w sądowniczych władzach, takich jak Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, czy Krajowa Rada Sądownictwa, tak, jak we władzach adwokackich i notarialnych okopały się stare wygi, z długą historią, które zębami i pazurami bronią się przed jakimikolwiek zmianami. Gdzie im będzie lepiej? Sędziowie TK zarabiają po 25 tyś. miesięcznie, więcej niż prezydent RP, pracując tylko dwa dni w tygodniu, mając na dodatek gigantyczne przywileje. I to nie tylko oni - większość sędziów na wysokich stanowiskach. A na dodatek są bezkarni i niekontrolowalni. Immunitet im to zapewnia. To jest demokracja, czy sędziokracja?
Trójpodział władzy miedzy innymi polega na tym, ze wszystkie trzy filary państwa: władza ustawodoawcza, wykonawcza i sądownicza pozostają w równowadze, na jednym poziomie i wzajemnie siebie kontrolują i ograniczają. Tak być powinno... ale nie jest. Władza sądownicza pragnie pozostać poza jakąkolwiek kontrolą społeczną, a jedyną kontrolę, którą dopuszcza, to kontrola wewnętrzna. Czyli tylko sedziowie mają prawo oceniać sędziów. To chyba jakaś karykaturalna paranoja. To musi byc jak najszybciej przerwane.
Nie mniej, mamy sytuację, w której władze organów sprawiedliwości są we frontalnej opozycji do nowej władzy i zmian, które ona przeprowadza i stanowią poważną obstrukcję w procesie naprawiania państwa. Działania tych ludzi są destrukcyjne, gdy jak najbardziej potrzeba działań konstruktywnych.


Wiele środowisk akademickich to fortece fałszu, obłudy, nędzy intelektualnej, przy jednoczesnym zapewnieniu nienależnych apanaży.
O poziomie intelektualnym tych środowisk, świadczą międzynarodowe rankingi, gdzie najlepsze polskie uczelnie lokują się na świecie dopiero w czwartej setce, a i to tylko dwa uniwersytety – Jagielloński i Warszawski. W tysiącu najlepszych światowych szkół wyższych mieści się dziewięć polskich uczelni i to raczej na szarym końcu.
Tymczasem tak zwani akademicy, liczni profesorowie i doktorzy, przyjęli wraz ze swoimi tytułami przed nazwiskiem, pozycję, w przeważających przypadkach kompletnie im nieprzynależną, mianowicie ekspertów i autorytetów.
Krótkie prof., czy dr nie czyni automatycznie kogoś mądrzejszym od innych w takim stopniu by tłumaczyć ludziom świat i pouczać malutkich.
O autorytecie naukowym świadczą własne osiągnięcia, a i to nie daje prawa bycia ekspertem we wszystkich dziedzinach życia.
My jednak przyzwyczailiśmy się do tego, że gdy chcemy nobilitować i dodać autorytetu medialnym celebrytom, tytułujemy ich profesorami. Tak było w przypadku pana Bartoszewskiego, czy jest w przypadku b. sędziego TK, pana Stępnia.
Takie marne triki nikogo myślącego w Polsce już nie zwiodą, mimo naszej byłej tytułomanii, bo nauka polska niestety straciła autorytet. A jeszcze bardziej straciły tytuły naukowe.
Tymczasem wielu pracowników uczelni usadowiło się na całkiem niezłych posadach i ponieważ nie istnieje uczciwy system weryfikacji, mają się dobrze i nie daj Boże, żeby były jakieś zmiany.
Dlatego też liczna ich grupa, tych tefałenowskich ekspertów i autorytetów stoi w pierwszym szeregu przeciwników nowej władzy i robi, co może, by tylko PiSowi się nie udało.


Rząd dynamicznie rozpoczął swoją pracę. Nowi ministrowie i wiceministrowie objeli swoje resorty. Utworzyli gabinety. Najważniejsze stanowiska zostały obsadzone.
Jednakże urzędy centralne to w sumie kilka tysięcy ludzi. A kto wie, czy nawet nie kilkadziesiąt tysięcy. To ludzie, którzy przez długie lata pracowali dla poprzednich władz. Pracowali w sposób i w stylu, jakie tamte władze od nich wymagały. Należy przypuszczać, jak mi zresztą donoszą znajomi związani z nową władzą, że dzisiejsze wymagania i nowe metody pracy nie zawsze spotykają się z poparciem i życzliwym spojrzeniem. Trudno w krótkim okresie czasu zmienić mentalność i przyzwyczajenia sporej rzeszy urzędników. Szczególnie tam, gdzie pozorowanie pracy było ważniejsze niż faktyczne rezultaty.
Moi przyjaciele mający kontakt z centralnymi urzędami, mający nawet władzę zwierzchnią, opowiadają, że nadal nader często spotykają się z niechęcią, a nawet obstrukcją.
Nie można przecież szybko wymienić tej wielotysięcznej rzeszy wykwalifikowanych urzędników. Płace w urzędach centralnych przegrywają w porównaniu z zarobkami w korporacjach. Znane jest powszechnie polowanie na zdolnych ludzi do obsadzania stanowisk wiceministrów. Tu są potrzebne wysokie kwalifikacje, których posiadanie zapewnia im o wiele wyższe zarobki w bankach, korporacjach i przedsiębiorstwach. To nie Sejm, gdzie miernoty zaczarowały grupkę wyborców, by się dorwać do poselskiej diety, a potem urządzać cyrk na sali plenarnej, jawnie obnosząc się ze swoją indolencją intelektualną, brakiem kultury i wykształcenia, a nawet z ordynarnym chamstwem.
Tak, czy inaczej, jakość. postawa i kwalifikacje urzędników z centrali, mimo budowania niezależnej, bezpartyjnej służby cywilnej, jest również poważnym hamulcem w realizacji procesu dobrej zmiany.


To, co opisałem powyżej, to cisi przeciwnicy nowej władzy i hamulcowi dobrej zmiany. Jednakże najwidoczniejsze i najbardziej głośne są kłody rzucane pod nogi, przez obecnie anty-systemowe, propagandowe media, w dużym stopniu należące do obcego kapitału. To stacje telewizyjne z grupy Polsatu i TVNu, czasopisma typu Polityka i Newsweek, z koncernem Agora i jej sztandarowymi wrogami PiSu: Gazetą Wyborczą, portalem Onet i radiem TOK FM.
Potężne armaty są codziennie wytaczane, by zwalczać nową władzę, ośmieszać i deprecjonować ludzi z kręgów konserwatywnych i katolickich. Wszystkie chwyty są tu dozwolone. Kłamstwo i prowokacja wspomagane są nieustanną manipulacją. Tak, jak na przykład pracownicy TVN podrzucający na śmietnik policji butelki po alkoholu, by później oskarżyć ochronę Światowych Dni Młodzieży o pijaństwo i marne pełnienie obowiązków.
Dopiero niedawno udało się przejąć narodową Telewizję Polską. Jest to jednak proces, który jeszcze trwa. Zadanie jest ogromne i ciężkie, bo pracownicy TVP weszli w orbitę celebryckich kręgów towarzyskich, z których nie tak łatwo zrezygnować. Tym bardziej, że te współzależności powiązane są z dużymi przedsięwzięciami biznesowymi i dużymi pieniędzmi. Warto przypomnieć, że usunięty z TVP Tomasz Lis brał za jednen swój dosyć prymitywny, co tygodniowy talk-show 80 tyś. złotych.
Nie mniej, odzyskiwanie polskich mediów (które musi być dokonane, by państwo funkcjonowało normalnie) rozpoczęło się. Lecz zadań jest jeszcze sporo. 80% polskiej prasy jest w rękach zagranicznych właścicieli, realizujących swoje cele w Polsce, które są w czołowym zderzeniu z zamierzeniami władzy, które chcą by Polska była suwerenna, silna i bogata.
Ponownie powinniśmy odzyskiwać banki. Tu również jest opór, bo jak dotychczas Polska stanowiła bankowe Eldorado, pozwalając bezkarnie, w sposób niemalże lichwiarski okradać Polaków.
Przemysł, który w założeniu poprzednich ekip, sterowanych głównie z zewnątrz, miał być zlikwidowany, musi się odrodzić. Te przysłowiowe stocznie, które lekką ręką Tusk zlikwidował, ku uciesze Europy zachodniej, muszą ponownie budować duże statki i przynosić zyski, tak jak ich zagraniczni konkurenci.
A są jeszcze kopalnie, są huty, jest przemysł ciężki i przemysł lekki. Co nie zostało zlikwidowane, to zostało sprzedane. Zazwyczaj za marne grosze.
Z tej strony również istnieje opór przeciwko dobrej zmianie.
Jak ma się cieszyć z ponownego utworzenia potężnej Stoczni Gdynia grupa kilkunastu drobnych biznesmenów, którzy kupili za małe pieniądze fragmenty stoczni, maszyny, nabrzeża, doki i dźwigi, by robić tam swoje niewielkie geszefty.
W ostatniej chwili zablokowano likwidację polskiego przemysłu chemicznego, czym miała być sprzedaż Ciechu. To też stworzyło wrogów PiSu.

Można śmiało powiedzieć, że największymi przeciwnikami nowej władzy są wszyscy ci Polacy, których sumienia są niezbyt czyste. Stary układ i system pozwalał na dostatnie życie, bez przejmowania się uczciwością, etyką, czy nie daj Boże – moralnością.


Konkludując – opór przeciwko nowej władzy, gdy okazało się, że chce ona rzeczywiście realizować, to co obiecała (a co było wyśmiewane) i autentycznie dąży do przebudowy państwa w prawdziwe suwerenne, obywatelskie państwo, kończąc z bantustanem i neokolonializmem, jest bardzo duży.

Może byłby on mniejszy i łatwiejszy do pokonania, gdyby nie był on zasilany i wspomagany z zewnątrz Polski, gdzie parę państw niestety chce mieć nasz kraj słaby, uległy i posłuszny. Polskę, jako rynek zbytu, montownie zachodnich fabryk i dostawę taniej siły roboczej.

Jest więc, jak jest...
Mimo wszystko, gdy sobie policzyłem te wszystkie punkty oporu przeciwko władzy, to nie mogę wyjść ze zdumienia, że tak dużo już się udało osiągnąć.
Rewelacyjnie wypadła warszawska konferencja NATO. Tak samo Światowe Dni Młodzieży. Program 500+ już daje pozytywne rezultaty.
I ja wiem, że to dopiero początek...
.

Brak komentarzy: