wtorek, 20 lipca 2021

Też otarłem się o FOZZ

 

Praca na morzu za komuny była niewątpliwie specyficzna. Była przecież Żelazna Kurtyna. Pamiętacie Państwo takie określenie – wyjazd na placówkę zagraniczną? To wówczas było coś, czego wszyscy zazdrościli. Lecz jednocześnie był to wyraz zaufania komunistycznych władz do delegowanego, a przede wszystkim Urzędu Bezpieczeństwa, czyli ubecji.

PRL, chcąc nie chcąc musiał prowadzić handel zagraniczny, wymianę towarową z całym światem – ten eksport i import.
W stworzonym wówczas modelu obsługi tej dziedziny, bolszewicy nie wymyślali nic nowego, tylko sięgnęli do idei II RP, rozwijania dużej, własnej floty handlowej. W rezultacie, w szczytowym okresie komuny w Polsce, biorąc sumarycznie marynarzy i rybaków dalekomorskich mieliśmy około 50 tysięcy ludzi morza.
A nad tą rzeszą zdrowych, dojrzałych mężczyzn (kobiety na morzu były pojedynczymi procentami) służby bezpieczeństwa – cywilne i wojskowe, musiały mieć pełną kontrolę dzień i noc.

Pracownik za komuny był tani. Więc na klasycznym drobnicowcu załoga liczyła zazwyczaj około 45 osób. A jak statek jeszcze zabierał na pokład paru pasażerów, to marynarzy było nawet 60-ciu.
Wobec obecnych standardów, gdzie załoga liczy od 14 do 17 marynarzy i oficerów w pełnej międzynarodowej obsadzie, to rzeczywiście było przeludnienie na statku.

Każdy polski statek w żegludze międzynarodowej, miał wśród załogi przynajmniej dwóch swoich agentów, albo chociaż zawodowych donosicieli, określanych dzisiaj formalnie TW – tajny współpracownik.
Jako również były radiooficer, czyli technik, zazwyczaj nie dopuszczany do tajemnicy (chociaż tacy też byli, przychodzący na to stanowisko z Ludowego Wojska Polskiego) mam pewien poznawczy dysonans w odniesieniu do obowiązków kapitanów w polskiej flocie. Ten temat ciągle jest martwy i jakoś nikt z tego grona, a tych już emeryckich Stowarzyszeń KŻW , nie powie nikt nic o pracy dla służb, jakby przysięga wierności i tajemnicy PRL-owi nadal obowiązywała.
A swoje niepodważalne obserwacje mam. W prawdzie z PLO – Polskich Linii Oceanicznych, ale jestem pewien, że wszędzie było identycznie.

Gdy kolejny rejs był już sprecyzowany i przygotowany, statek gotowy do drogi – ta cała masa roboty wielu ludzi – ładunek zabezpieczony w ładowniach i zbiornikach, załoga skompletowana, prowiant na burcie, paliwo zatankowane, plan podróży gotowy i precyzyjny, a pilot i holowniki czekały, by wyprowadzić statek z portu na otwarte morze, to kapitan z teczką wypchaną dokumentami, czasami również w towarzystwie pierwszego (mówiono też "starszego") oficera, po odprawie w dyrekcji udawał się jeszcze na "tajemnicze" najwyższe piętro biurowca, gdzie niepodzielną władzę miała tak zwana "wojskówka". Nie ma wątpliwości, że był to wywiad i kontrwywiad wojskowy, A o czym tam rozmawiano, jakie dyspozycje i polecenia wydawano, to nikt nieuprawniony nie miał najmniejszego pojęcia.

Jako radiooficer regularnie raz, lub dwa w miesiącu, odbierałem z Gdynia Radio, nadawany wówczas alfabetem Morse'a szyfrogram. Dosyć długi dokument, gdzie przy odbiorze trzeba było bardzo uważać, bo pomyłka choćby jednego znaku mogła zmienić sens całej depeszy. A łatwo nie było, jeżeli odbiera się coś, czego nie można zrozumieć. Bo takie szyfrogramy to były grupy cyfr, zawsze tej samej długości, więc dosyć monotonne. Nie daj Boże nagrywać to, albo robić kopie.
Szyfrogram w jednym egzemplarzu dostarczało się osobiście kapitanowi. A ten zamykał się z pierwszym oficerem w swojej kabinie, wyciągał z sejfu książkę kodów, męczył się z rozszyfrowaniem depeszy, a potem sam szyfrował swoją wiadomość.

Nie ma najmniejszej wątpliwości, że w załodze na statku zawsze mieliśmy co najmniej dwóch "kabli", czyli donosicieli TW. To zazwyczaj była drobnica, nie przekraczająca poziomu Bolka. Przekonany jestem, że w każdym zakładzie pracy w PRLu były takie kanalie.
Czasami nie wiedzieliśmy, kto jest współpracownikiem służb, może się nawet domyślaliśmy, a czasami było to proste, jak pręt stalowy, bo sami szybko się demaskowali, często według zasady – "wy nie wiecie, kim ja jestem". Najczęściej demaskowano ich w czasie pijaństw, a najzabawniejsze było, gdy jedno "gumowe ucho pracowało dla wojska, a drugie dla cywilnej esbecji i pijani kłócili się, który z nich jest ważniejszy.

Po powrocie z rejsu kapitan ponownie udawał się na najwyższe piętro pięknego, przedwojennego biurowca PLO na ul. 10 lutego i składał szczegółowy raport z podróży, oraz o wykonanych zadaniach.

Strasznie jestem ciekaw i ciągle nic nie wiem, czy już w czasie nauki na Wyższej Szkole Morskiej młodzi nawigatorzy, a w perspektywie paru lat, kapitanowie, byli szkoleni, lub tylko informowani, że również ich chlubnym zadaniem dla ojczyzny jest szpiegowanie i współpraca ze służbami specjalnymi PRLu. A może informowano o tym dopiero, jak już pokładowy oficer junior odbywał obowiązkowy kurs Kapitana Żeglugi Wielkiej (kżw)? Lub też istniała taka możliwość, że informował o tym armator – PŻM, PLO, czy Dalmor – gdy do pracy przyjmował oficerów na stanowiska kapitanów, czy pierwszych oficerów

Opowiem anegdotę: - agentura wojskowa strasznie się nie lubiła, bo walczyła o prymat, z cywilną esbecją. Gdy w sierpniu 1980 roku byłem współorganizatorem przystąpienia marynarzy do strajku, to właśnie wojskówka poprzez zaufanego człowieka, poinformowała, że mamy w komitecie strajkowym kapusi i konkretnie, kto to jest. Dzisiaj, po 40 latach muszę powiedzieć, że mają się oni dobrze, a na fali bohaterów Solidarności, zrobili dobre kariery w Gdyni.

Przejdę teraz do afery FOZZ, a to, co napisałem powyżej, w pewnym sensie wiąże się z tym potężnym przekrętem.

Jest w pełni zrozumiałe, że jak w każdym zamkniętym środowisku, a takim przecież jest załoga statku w czasie rejsu, nawiązują się przyjaźnie, lub wprost przeciwnie, istnieją animozje i niechęci. Normalnie, jak to w życiu.
A czasami nawet te okrętowe relacje przeradzają się w stałe dobre stosunki na lądzie i dwie rodziny prowadzą klasyczne życie towarzyskie.
Tak też było ze mną i gościem, kompletnie nowym na morzu i nie związanym z WSM, którego zamustrowano w długą morską podróż.
W rezultacie później spotykaliśmy się na regularnych imprezach towarzyskich, odwiedzaliśmy się wzajemnie i po prostu, lubiliśmy się.

Gdzieś tuż po roku 90-tym, nazwijmy to małżeństwo Jaś i Małgosia, zadzwonili alarmująco wieczorem, już po 10-tej. Powiedzieli, że koniecznie natychmiast musimy się zobaczyć i że przyjadą do nas. Cóż robić, przygotowałem kawę i herbatę, plus jakieś ciasteczka.
Gdy już zakończyliśmy zwyczajowe powitalne paplanie, Małgosia przeszła do sedna. Wiedzieliśmy, że w tym małżeństwie to ona jest spiritus movens, inspiratorką. Przedsiębiorczą i pomysłową. Jasiu wolał zajmować się górami i sportem wyczynowym. To co wtedy powiedziała zaszokowało nas i zdenerwowało.
Nigdy nie byłem człowiekiem tak zwanego biznesu. Kultura wyniesiona z domu rodzinnego nauczyła mnie, że pieniędzy potrzeba tylko tyle, by dobrze i godnie żyć. Bogacenie i różne interesy, to nie tylko coś, na czym się nie znałem, ale także było tym, co wzbudzało w całej mojej rodzinie pewną pogardę. W rezultacie w epokę transformacji wszedłem goły i wesoły. Co nie znaczy, że w banku nie cieszyłem się zaufaniem, albo gdzie indziej potrafiłem pieniądze pożyczyć.
Małgosia oznajmiła, że odwiedzają dzisiaj paru przyjaciół, bo jest okazja, która kończy się jutro. Jest do kupienia, w niedalekim od Trójmiasta mieście, zakład pracy, przedsiębiorstwo – znane i solidne. Nowoczesny park maszynowy, kilkuset zatrudnionych, produkcja w pełnym toku, do tego warsztaty i duże magazyny, bocznica kolejowa, a nawet zakładowe osiedle mieszkaniowe. Do kupienia do jutra w południe.
Szoku doznaliśmy pełnego, gdy oznajmiła ile jeden udziałowiec, a nie będzie ich więcej niż czterech ma wyłożyć kasy, by formalnie i legalnie to kupić. To były jakieś drobne na dobry samochód. Powiedzmy w przeliczeniu na dzisiaj, jakieś sto tysięcy, aby kupić przedsiębiorstwo warte chyba z miliard. Oczywiście w skali dzisiejszych realiów.
Nigdy nie byliśmy prawdziwymi hazardzistami, chociaż dla rozrywki, a więcej z ciekawości, po kasynach zdarzało nam się włóczyć. Nie wierzyliśmy także w totolotka i jakiś spadek z Ameryki, po zmarłym wujku – milionerze. Co mieliśmy, to sami zarabialiśmy. I tyle.
Wysupłać 100 tysięcy do jutra w południe dalibyśmy radę. Ale po minięciu szoku – zgodnie odmówiliśmy. I to bez późniejszych wzajemnych żali i rozważań, co by było gdyby. To nam po prostu nieprzyjemnie pachniało.

Gdynia duża nie jest, więc po pewnym czasie poznaliśmy sens niedoszłego interesu.
Po pewnym czasie dotarła do nas wiadomość, jako że wcześniej nie interesowału nas rodzinne koligacje, że stryj Małgosi, to onegdaj prominentny członek Biura Politycznego PZPR, a obecnie cień Leszka Millera, gdyż zawsze go widać za plecami komunistycznego wodza. I to ten stryj podrzucił taką biznesową okazję.

Po nitce do kłębka i w tle ukazała się afera FOZZ, o której już co nieco wiedziałem, a może nawet coś więcej, jak przeczytałem "VIA BANK I FOZZ" Mirosława Dakowskiego i Jerzego Przystawy.
W mojej głowie dołączyła też wprost bandycka akcja służb "ŻELAZO" o którą się też prawie otarłem w Hamburgu i Antwerpii. Nie zauważyłem opracowania, bądź tylko tekstu, w którym by te dwie paskudne afery służb PRLu łączono. Nic już nie powie, ten, który zapewne wiedział wszystko – generał MO Mirosław Milewski, bo już ponad 10 lat nie żyje, tak jak gen. Kiszczak, który też pewnie wszystko wiedział. Ale jest ciągle sporo komunistycznych aparatczyków, którzy by nam dużo opowiedzieli, gdyby ich tylko odpowiednio zapytać.

Ten biznes, który w pewną noc oferowali Jaś i Małgosia, to fragment operacji finansowych służb specjalnych związanych z FOZZ, zarówno cywilnych, jak i wojskowych, może prania brudnych pieniędzy, ale bezspornie rozkradania majątku narodowego.
Z takich właśnie pieniędzy i mętnych operacji nimi, stworzono firmę ITI . Zrobiło to dwóch agentów: Jan Wejchert i Mariusz Walter ( ten pierwszy też zmarł dziwną śmiercią, jak miliarder Jan Kulczyk, również mający ścisłe kontakty ze służbami).
ITI w końcu spowodowała, że w 1997 rozpoczęła nadawanie telewizyjna stacja TVN.

A ileż to majątku narodowego za pomocą lewara FOZZ przeszło w ręce ludzi bez skrupułów?

Aferę FOZZ i jej przekręty i ludzi odkrył i ujawnił Michał Falzmann, inspektor Najwyższej Izby Kontroli – młody i zdrowy człowiek (to ważne!), który niedługo po swoim odkryciu, zmarł w dziwnych okolicznościach,
Rosyjskie służby od dawna stosowały skutecznie piękną naparstnicę purpurową, stosowaną nawet jako roślinę ozdobną w ogrodach, ze względu na piękne, fioletowe dzwoneczki. Jest to roślina silnie trująca, a zawarte w niej glikozydy, mogą wywołać zawał we właściwym momencie i śmierć.
Czy u tego upartego 37-latka też zastosowano tę sowiecką metodę eliminacji?

A gdy afera zrobiła się głośna rozsypał się worek z dziwnymi zgonami i wypadkami.
FOZZ to było coś tak wartościowego, że życie ludzkie bez specjalnych deliberacji można było poświęcić

Nie całkiem morderczym bolszewikom się udało. FOZZ mało pomóc stworzyć system oligarchiczny w Rzeczpospolitej. Michał Falzmann poświęcił swoje życie nagłaśniając "Matkę wszystkich afer" i to może dzięki temu nie mieliśmy oligarchów, chociaż kilku szemranych miliarderów mieliśmy i mamy.

Już w nowym wieku miałem zaszczyt nawiązać kontakt z Izabelą Brodacką Falzmann – wspaniałą i mądrą kobietą. Podobnie z profesorem Mirosławem Dakowskim, bojownikiem o Polskę i wybitnym profesorem, fizykiem jądrowym, A także ekscentrykiem z dużym poczuciem humoru.

Drążyłem aferę FOZZ, bo wokół niej wszystko jakby zamarło. Nic się nie dzieje, a akta pewnie butwieją na niskiej półce.

Jaś i Małgosia mają się dobrze. Leszek Miller jest niemalże honorowym obywatelem Gdyni. Mała Sycylia ma się dobrze. Jej biznesy również. Dla twardych komunistów po prostu dwóch pętaków z Wrzeszcza, jeden nawet były prezydent, a drugi były premier, zostało sowicie wynagrodzonych i pamiętników zapewne nie napiszą. No, może jakieś panegiryki.

Dzisiaj 30 rocznica dziwnej śmierci Michała Falzmanna. Czy ta śmierć ma pójść na marne? Czy uczestniczący w FOZZ, jak ten obrzydliwy dla mnie Dariusz Rosati, będą kpić i pokazywać faka Polakom?

.

Brak komentarzy: