czwartek, 22 lipca 2021

Nie uciekniesz – rewolucja cię dopadnie

 

Zanim przetrawię jako dobry przeżuwacz, świeżą informację, jak to brukselscy szaleńcy, z Timmermansem w ideowym obłędzie na czele, chcą nas cofnąć o tysiąc lat i zrobić z nas zniewolonych dziadów pod hasłem "Fit for 55", przedstawiam moje przemyślenia, jak zmiany technologiczne wpływają na nas w zakresie widzenia świata, czyli komunikacji i informacji

Pod presją zdarzeń, radykalnych zdarzeń, a nie jak kiedyś, gdy w "sezonie ogórkowym" umieszczano dziennikarskie bajki o potworze z Loch Ness, który nagle pojawił się w Wiśle, nie mamy dłuższej chwili, by spokojnie się zastanowić i porozmyślać – dokąd to wszystko prowadzi.

Czy zauważamy, że wszystko ważne dzieje się zawsze na powierzchniach? Czyli na styku dwóch różnych stanów materii, w pewnym sensie różnych światów.
Nasze ludzkie życie głównie toczy się na styku solidnego ciała stałego – Ziemi, z gazową atmosferą. W dużo mniejszym stopniu na styku materii ciekłej – mórz i oceanów i atmosfery. A właśnie zaczynamy dopiero penetrować kolejną powierzchnię: atmosfera – kosmos.
Przyjmijmy tutaj, bo czemu nie, że ta ostatnia "powierzchnia" jest cieniutką płaszczyzną styku, konkretnie granicą ziemskiej atmosfery, powszechnie przyjmowaną na wysokości 100 – 120 kilometrów i nazywaną linią Kármána. A dalej mamy już ten umowny i tajemniczy Kosmos. Kosmos, którego ogromu nie jesteśmy w stanie pojąć.
Ale jak już jesteśmy dostatecznie głupi i bogaci, to możemy sobie za te kilkadziesiąt milionów dolarów polecieć i zobaczyć (choć po prawdzie nic nie zobaczymy) linię Karmana z bliska. W nagrodę dostaniemy dyplom.

To jest generalnie coś bardzo interesującego w fizyce, że najdziwniejsze rzeczy dzieją się właśnie w takich punktach styku, gdzie odbywają się przemiany fazowe – woda/płyn - lód/ciało stałe i vice versa; woda w parę wodną/gaz.
A jeszcze do końca nie są zbadane takie przemiany fazowe, gdzie gaz przemienia się w plazmę i z drugiego końca, czyli w otoczeniu zera absolutnego (−273,15 °C - na razie nie wiemy, czy może być jeszcze chłodniej).

Lecz ciekawość ludzka nie zna ograniczeń. A to zmusza nas do penetrowania coraz dalej, coraz wyżej i coraz głębiej.

Znacie może? https://youtu.be/P8JrirBz9Pg(link is external)
Reaching for a higher elevation
A new destination
New revelation
Find it in your heart
That's where you start, yeah

*****

Lata 70-te... Pół wieku temu. My, wszyscy studenci, lecz też kadra naukowa, nazywaliśmy siebie elektronicy. Nie było jeszcze oddzielenia się informatyki na zupełnie odrębną gałąź. Nie mówiło się jeszcze hardware software. Czyli sprzęt i oprogramowanie.
W tak zwanym nowym gmachu elektroniki winda nie zatrzymywała się na piątym piętrze. Administracja uczelni wykonała prośbę profesora Jerzego Seidlera, człowieka z którego byliśmy niesłychanie dumni, bo był światowym autorytetem w zakresie telekomunikacji i brał udział w projekcie NASA – pierwszego lotu człowieka na Księżyc. To on właśnie obliczył i zaprojektował system nieprzerwanej łączności, która musiała być co najmnie czterokanałowa.
To było moje pierwsze, poważniejsze zetknięcie z Kosmosem, choć od lat połykałem literaturę fantastyczno-naukową, a w zaprzyjaźnionym kiosku Ruchu odkładano mi zawsze Młodego Technika i Fantastykę.

10 lat później.
Zostałem wytypowany jako oficjalny przedstawiciel Polski w londyńskiej centrali korporacji międzynarodowej INMARSAT, gdzie mieliśmy też swoje skromne udziały,
INMARSAT powstał na bazie amerykańskiej sieci wojskowych satelitów geostacjonarnych COMSAT, gdy zbrojeniówka USA uznała, że jest to im już niepotrzebne, mają coś lepszego, ciągle tajnego, więc niech się cywile radują.
Mniej więcej równolegle zaczęła się gwałtownie rozwijać "ucywilniona" sieć satelitów do określania pozycji na ziemi GPS.
Satelity geostacjonarne, a więc i te INMARSATu, krążą na wysokości 35 786 km, co pozwala im być zawsze nad konkretnym punktem na ziemi. Natomiast GPSy latają na wysokości 20 200 km i ich okres jednego okrążenia to 12 godzin. Jest ich obecnie w użyciu 29.

Pracując w PLO zajmowałem się łącznością satelitarną zainstalowaną na ruchomych obiektach, konkretnie na statkach, co powodowało, że falowanie, kołysanie, zmiana kursu, itp., zmuszały do nieustannej korekty położenia anteny, bo musiała ona bez przerw patrzeć na satelitę, z którą miała stałe połączenie (link).
Armator zdecydował się na zainstalowanie łączności satelitarnej na 40 najważniejszych, oceanicznych statkach, A to była spora inwestycja i niezła suma. Producentów urządzeń było kilka, więc trzeba się było na coś przyzwoitego i nie najdroższego zdecydować. Musiałem więc mocno się w tej dziedzinie podszkolić.

Międzynarodowa kariera i wyjazd co najmniej na 4 lata do Londynu z żoną i córką niestety nie doszły do skutku, bo hunta Jaruzelskiego wprowadziła stan wojenny i międzynarodowe kontakty uległy zamrożeniu.

Jednakże aż do emerytury związany byłem z telekomunikacją w oparciu o satelity. Satelity, których przez te 40 lat namnożyło się mnóstwo.

****

Pominę olbrzymie zmiany, które dokonały się w okresie mojej zawodowej działalności. Niemalże cała dotychczasową naukę wywrócono do góry nogami.
O jednym tylko wspomnę – praktycznie skończono z ciągłością czegokolwiek – na początku określało się to zamianą sygnałów (dźwięk, obraz, dokumenty) analogowych na cyfrowe. Dopiero nieco później stwierdzono, że prawie wszystko nie jest takie ciągłe, jak sie nam wydaje, tylko jest poszatkowane na malutkie elementy, powiedzmy – bity. A to jest właśnie proces kwantyzacji.
Już nawet czas, który dotychczas spokojnie sobie płynął, teraz przeskakuje z jednego swojego kwantu na drugi, a nazywa się taki najmniejszy fragment czasy chrononem.
Praktycznie więc, teraz mamy właściwie epokę cyfrową.

Z internetem zaprzyjaźniłem się z pięcioletnim opóźnieniem, jeżeli przyjąć za początek w kraju, dostęp do Wirtualnej Polski poprzez te śmieszne usługi Poczty Polskiej.
Praca mi na to nie pozwalała. Parę lat minęło, jak telekomunikacja stała się ogólnodostępna dla załogi. A najpierw wszyscy chcieli bym zorganizował dostęp do telewizji. Co nie było takie proste, bo wtedy satelita INMARSATu nie miał kanałów TV. Do tego potrzebowałem osobnej anteny z mechanizmem śledzącym i resztę sprzętu pod pokładem. Wtedy tylko drugą antenę mogłem skierować na jakąś Astrę, czy Eutelsata lub Hot Birda.

Początek internetu dla mnie to oczywiście była poczta wp.pl, a potem, jak chyba wszystkich podnieciła Nasza Klasa. Takie to były dziewicze czasy...

*****

Wreszcie w domu... Bez metalowych ścian... niewielkiej kajuty... czasami kiwania takiego, że spać się nie da i nawet w najspokojniejsze dni też lekko kiwa. Nieustanne drgania, wibracje i hałas. Niszczą delikatne kosteczki ucha wewnętrznego, no i potem nie dosłyszysz. No i każdy statek specyficznie pachnie. A tankowce pachną węglowodorami, które nie są dobre dla zdrowia.

Trzy lata po skończeniu z morzem potrzebowałem, by pozbyć się morskiej traumy i przestać się denerwować, że muszę spakować mój symboliczny marynarski worek i jechać w świat

Ale wreszcie mogłem się skoncentrować na rozmyślaniu i to o tym, na co miałem ochotę, a nie tylko na mechanicznych i elektrycznych systemach. I czy są w porządku, czy może coś jest z nimi nie tak.
Moja praca przez długie lata to głównie diagnostyka, naprawa i konserwacja. Mechanizmy, a szczególnie wyrafinowane systemy z zakresu, który dziś nazywany jest robotyką, i choć by były najdroższe i najwspanialsze, też się psują, albo tylko źle pracują.
To zżerało mi kupę czasu i absorbowało umysł. Mimo tego, moim priorytetem zawsze była komunikacja. Konkretnie – telekomunikacja. Od pierwszych na początku wspaniałych radiostacji Mewa i radarów, które kiedyś miały okrągły ekran przykryty gumową osłoną i na który patrzyło się przez wizjer na czubku, aż do czasów, gdy na "dachu" nadbudówki" miałem sześć anten satelitarnych, w tym jedną niemalże trzy metrowej średnicy antenę szerokopasmową, która transmitowała sygnały do statkowych terminali, serwerów, wi-fi i telewizorów, a w Kosmos wysyłała dane badawcze zaszyfrowane kodem nie do złamania. No i oczywiście każdy mógł kiedy chciał skorzystać ze swojego prywatnego telefonu komórkowego.

Jako filmowy fanatyk, który przez czterdzieści lat miał ograniczony dostęp do sztuki filmowej, po skończeniu z morzem skupiłem się na nadrabianiu braków i oglądaniu co przez ten czas kinematografia wyprodukowała. Oczywiście śledziłem też wydarzenia sportowe i zerkałem na kanały informacyjne. Niestety, te ostatnie, czy to nasze – patriotyczne i prawicowe, czy wraże – lewacko neoliberalne, były kiepskie. To jest raczej propaganda, a nie dziennikarstwo.

Nie mniej, dosyć szybko zauważyłem pierwszy syndrom nadchodzącej przemiany, która powoli się zbliżała.

Otóż twierdzę z całym przekonaniem, aczkolwiek z pewną nostalgią, czy nawet smutkiem, że kino w swej klasycznej formie, właśnie powoli umiera.
Żeby było jasne – w żadnym wypadku nie umiera sztuka filmowa; produkcja kolejnych filmów będzie nadal się rozwijała i to nad poziomy, które dzisiaj jeszcze trudno sobie wyobrazić. Natomiast przestaniemy korzystać z sal filmowych. W Gdyni już zniknęło najbardziej lubiane multikino. Pewnie coś pozostanie, ale już bardziej w roli wesołego miasteczka dla całej rodziny, by się wybrać z domu na rozrywkę, na lody i posiedzieć na filmie dla dzieciaków, lub całej rodziny, karmiąc się z wielkiego kubła popkornem i popijając kolą.
Normalnie filmy będziemy oglądać u siebie w domu. Duże płaskie ekrany to już norma. Dźwięk również może być kinowej jakości. Film oglądamy sobie kiedy chcemy, o dowolnej porze. W każdej chwili możemy go zatrzymać, jeśli chcemy zrobić siusiu albo kawę. Lub też, jeżeli nas nudzi, wyłączyć go i oglądać coś innego.
Za około 25 zł. miesięcznie mamy do dyspozycji filmotekę z paru tysiącami tytułów. Od sagi "Ojca chrzestnego", po najnowsze przeboje jak "Incepcja". "Kingsman", czy z szaleństwa super-menów – "Liga sprawiedliwości Zacka Snydera".
Dodam jeszcze jedną obserwację: - również powolutku klasyczny 90-cio minutowy film zaczną zastępować wieloodcinkowe i wielo-sezonowe seriale. Pamiętam, jak już dosyć dawno szaleliśmy za "Miasteczkiem Twin Peaks". A niedawno "Gra o tron" pobiła chyba wszystkie rekordy popularności.
Świetne są również filmy dokumentalne.

Te obserwacje wykonałem patrząc już na dosyć stary, siedmioletni telewizor, który w momencie zakupu był najlepszy na rynku. Lecz w postępie elektroniki użytkowej, siedem lat to cała epoka.
Więc na Wielkanoc zdecydowałem się kupić nowy odbiornik, Głównie dlatego, bo potrzebowałem nieco większy ekran, a po drugie, nadarzyła się okazja, gdyż jeden z pierwszych w rankingach roku 2020 model, już w tym roku był za pół ceny. A to, co proponował, w zupełności mnie zaspokajało.
Tak oto od paru miesięcy odkrywam, czym dzisiaj są najnowsze odbiorniki telewizyjne – niemalże komputery ze sztuczną inteligencją.

*****

Jako nastolatek, co sobotę odbierałem dla taty dobre dwa kilo gazet i magazynów. Prasa to była potęga. Rządziło słowo pisane. I na szczęście, w tamtych czasach gazety i tygodniki, oraz inne periodyki, były śmiesznie tanie. Tanie także były książki. Telewizja dopiero się rozwijała i w zakresie dostarczania informacji była uboga.
Kto by pomyślał, że to wszystko się tak szybko zmieni...

Ten telewizor, który miał siedem lat służył, był niezły, jeżeli chodzi o jakość dźwięku i obrazu. Miał też dwa gniazda światłowodowe, co pozwalało utrzymywanie jakości we współpracy z innymi urządzeniami. Sygnał zewnętrzny – telewizyjny – pobierałem z sieci kablowej. Tej potężnej, amerykańskiej, z której usług jestem zadowolony. Gdy podpisywałem umowę wybierając wypasiony pakiet "Multiroom", to oczywiście zapewniłem sobie także HBO. I wtedy okazało się, że mam pewien kłopot. Filmowe HBO to trzy kanały. Lecz to jest dla mnie mało wartościowe. Ważna jest biblioteka, co nazywa się HBO GO. To tutaj znajduje się do wyboru, do koloru około 5 tysięcy tytułów filmowych i seriali. A mój telewizor jakoś specjalnie nie chciał współpracować z routerem Wi-Fi. Zabawne jest to, że dopiero w tym roku znalazłem rozwiązane, niesłychanie proste, które pozbawiłoby mnie tych kłopotów.

Lecz wtedy dowiedziałem się także od sympatycznego serwisanta, że istnieje coś takiego jak HBO OD, OD to on demand czyli na życzenie. Czyli prosto na dekoderze przy telewizorze już to miałem. Fakt, HBO OD posiada około 2 tysięcy tytułów, czyli mniej niż połowę tego, co ma GO, a dodatkowo jest znacznie prymitywniejsze.

I to mi przez parę lat wystarczało.

*****

W tym roku zacząłem znowu kombinować z przystosowaniem domowej sieci, bym miał swobodny dostęp do tego HBO GO. Praktycznie rozmawiałem już z inżynierami sieci kablowej, konfigurowaliśmy optymalne rozwiązania, by w końcu zgodzić się, że instalacja dodatkowego sprzętu podroży mój abonament o jakieś 30 złotych.
A wtedy Głos Pana szepnął mi do ucha – Kup nowy telewizor. No i kupiłem.

Powtórzę – obecnie 7 lat w rozwoju telewizorów to cała epoka. Ten nowy model, rocznik 2020, po instalacji zmusił mnie bym przesiedział przy nim parę godzin, by wszystko rozkminić. Instrukcji obsługi, w tym wypadku skromna książeczka, jakieś 120 stron, nie czytam zazwyczaj, bo uważam, że obsługa sprzętu domowego powinna być prosta i intuicyjna, nawet na poziomie przysłowiowej "blondynki".
Już naciśnięcie przycisku Włącz/Wyłącz otwiera coś nowego, coś na kształt pulpitu komputera. Nie ma myszki, nie ma płytki dotykowej, co kiedyś zresztą producent próbował. Poruszasz się po ekranie paroma przyciskami maksymalnie uproszczonego pilota, który jest solidny i metalowy i jak sprawdziłem, na pewno nie jest aluminiowy.

Rozpisałem się czego to tam nie ma i jaki jestem zachwycony, ale każdy ma komputer i sam widzi, więc zanudzać nie będę. A cały duży akapit usunąłem.
muszę zwrócić uwagę - nie TV i nie HBO GO, które były głównym motorem modernizacji sprzętu, tylko You Tube zostało moim głównym kanałem.
Poprzednio na YT słuchałem sobie tylko muzykę do wyboru i koloru, a tutaj nagle, w zupełnie innej szacie graficznej i sposobie obsługi, mam wszystko, czego potrzebuję – wiadomości, oczywiście muzyka, wywiady, naukowe, wykłady od religii do historii Kosmosu, gry, itp. To oddzielne zakładki. Oraz oczywiście swoje prywatne subskrypcje i bibliotekę.
I jeszcze coraz częściej przestaję korzystać z Googla, bo jak dzisiaj zerwałem czarne porzeczki to hasło =nalewka z czarnej porzeczki= wystukałem na YT.

I oto do jakich wniosków doszedłem.

Te wszystkie, pochłaniające nasz czas i dające miliardy właścicielom Facebooki, Tweetery, Instagramy, dostaną kopa w dół i spadną do swych nisz, gdzie ich miejsce. Tu dodam, że właśnie uruchomiony przez redaktora Sakiewicza portal komunikacyjny Albicla, niestety jest błędem – ten czas na to właśnie mija.

A kto wygra i wespnie się na szczyt? Oczywiście You Tube. I całkiem możliwe, że będąca CEO w YT nasza rodaczka Susan Wojcicki niedługo dołączy do grona miliarderów i może też zafunduje sobie rakietę. Jej poprzednik na stanowisku, a ponadto to, że on wymyślił YT, Chad Hurlry, swoje pierwsze pół miliarda $$ zarobił dość szybko.

Niestety jest też pewna negatywna strona gwałtownego rozwoju tego cyfrowego formatu. Choć wszystko zaczęło się od tak zwanych podcastów.
Podkasty, bo już się używa spolszczonej pisowni, to audycje internetowe, a dzisiaj szybko rozwijające się, najczęściej audiowizualne, autorskie, albo nie, blogi.

Powoli, lecz nieustępliwie, więdną tradycyjne media społecznościowe, upada blogosfera. Każdy ambitny bloger, jeszcze w sile wieku, już nie chce być tylko piszącym tekstem blogerem. On musi, podążając za trendem, stać się vlogerem.
Vloger to nic innego niż video bloger. Wymyślasz konkretny tekst, interesujący temat, przygotowujesz go, tworzysz w pokoju przy biurku, albo gdziekolwiek, na przykład na łonie natury scenerię, zapewniasz dobre oświetlenie i gadasz do kamery. Może być ta w laptopie, albo nawet profesjonalna kamera.

Tu się przesuwa jądro komunikacji: - od słowa pisanego, najpierw na papierze, potem na ekranie, do audiowizualnej audycji. A You Tube jest platformą, dającą wszystkim możliwość publicznego produkowania się nie tylko pisanym słowem, ale także swoją całą widzialną osobowością.
Nudzisz, nie podobasz się – odpadasz. Jesteś dobry – statystyki oglądalności rosną. Mogą to także być wywiady, rozmowy, prezentacje wykładów w uniwersyteckim audytorium, albo koncerty, publiczne, czy studyjne.
Także twoje produkcje artystyczne – grafiki, animacje, muzyczne clipy, a nawet filmy. Inwencja wprost nieograniczona, jeżeli tylko jesteś twórczy i przyciągasz ludzi.

A twój odbiorca, widz, czy tylko słuchacz, nie musi jeździć gdzieś autem, lub autobusem, tylko siedzi w fotelu wygodnie przed telewizorem. Albo jeśli tak lubi, to ogląda na tablecie, czy smatrtfonie. Tylko w tym wypadku nie ma komfortu i jakości jakie daje współczesny telewizor.

Wierzcie mi – klasyczne media społecznościowe czeka powolny uwiąd. Choćby te springery, czy ruskie pieniądze pompowały kasę.

Oczywiście nie jestem jasnowidzem i nie jestem w pełni w stanie przewidzieć, co ten nasz postęp i innowacje, a także polityka wykręcą. A wiem, że będą bardzo się starały uczynić nam niezłą jatkę.
Dodam tylko, że to, co przewiduję, nie stanie się już za miesiąc, czy nawet rok. Spadek tradycyjnych narzędzi informacji i rozkwit nowych, potrwa parę lat.
Przypomnę tutaj tylko tym inernetowym błazeńskim mądralom, co to się naśmiewali z premiera Morawieckiego, wykrzykując: - Gdzie jest ta elektromobilność?!
Samochód wymyślono w 1886 roku, a pierwszą masową produkcję w Detroit, Michigan, USA, Henry Ford rozpoczął 1 października 1908 roku. Czyli po 22 latach. Tyle właśnie przełomowe idee wchodzą na rynek.

Chyba dosyć tego wieszczenia. Czasy są tak zwariowane, jakich nie było od tysiącleci. Upadek cywilizacji. Władza bolszewickich idiotów. Ogłupianie ludności. Olbrzymie pieniądze w rękach kilku ludzi. COVID...
I jeszcze ta rewolucja naukowo – technologiczna.

 

Brak komentarzy: