sobota, 26 października 2013

Fotorelacja z odsłonięcia tablicy w Sopocie poświęconej śp Lechowi Kaczyńskiemu i innym ofiarom


Najwybitniejszy sopocianin śp prezydent Lech Kaczyński, Jego Małżonka i inne ofiary katastrofy smoleńskiej doczekały się odsłonięcia tablicy poświęconej Ich pamięci
W dniu dzisiejszym o godz 12:00 w Sopocie w budynku przy ul Kościuszki 47, miejscu, którym śp. Prezydent Lech Kaczyński wykładał przez 15 lat prawo pracy, odsłonięto tablicę poświęconą Prezydentowi, Jego Małżonce i pozostałym ofiarom katastrofy smoleńskiej. 













autor: Andy51

piątek, 25 października 2013

Korporacja - sracja


Już "profesor" Cyryl Parkinson opisywał, czym różni się proces zatwierdzania budowy elektrowni atomowej, od wiaty na rowery. W przypadku wiaty decydenci wchodzą w każdy najdrobniejszy szczegół. W przypadku elektrowni "przyklepują" tylko ogólną sumę.
Pisałem o tej prawidłowości dawno temu. Właśnie DLATEGO do tej pory Naszej Umęczonej Planety nigdy jeszcze nie zdominowało do końca i w pełni skutecznie tylko jedno supermocarstwo, ani też - jedna korporacja rzadko kiedy ma szansę zdominować na dłużej i rzeczywiście efektywnie jakiś choć trochę większy rynek.


Po prostu - w momencie, gdy skala problemów przestaje przekraczać możliwości przeciętnych w sumie ludzi stojących na czele mocarstwa czy korporacji i gdy zmuszeni są oni w rosnącym stopniu delegować władzę i kompetencje (niezależnie od tego, jak bardzo by tego nie chcieli, a czasem nie chcą w stopniu wręcz patologicznym..!). Jeśli do delegacji władzy nie dojdzie - państwo lub korporacja uduszą się w wyniku decyzyjnego paraliżu (decydentom zwyczajnie nie starczy czasu na podjęcie wszystkich decyzji od których zależy ich przetrwanie...). Jeśli do delegacji władzy dochodzi (a dochodzi - tylko takie państwa i tylko takie korporacje, które to robią, są w stanie przetrwać nieco dłużej...), automatycznie dochodzą do głosu także interesy ludzi, którym tę władzę na niższym szczeblu powierzono.
Zarówno w państwie, jak i w korporacji pojawia się biurokracja, która ma inny zgoła "interes" i inne poglądy na świat niż najwyżsi decydenci (chyba, że biurokracji, jak to się dość często dzieje, uda się przechwycić władzę - wówczas ponownie następuje "zjednoczenie myśli i czynu" - lubo na ogół tylko chwilowe...). Oczywiście - biurokracji TEŻ do pewnego stopnia przynajmniej, zależy na tym, aby państwo trwało, a korporacja zdobywała nowe rynki. Problem polega na tym, że dla zwykłego biurokraty troska o "dobro państwa", czy "dobro korporacji" to są sprawy odświętne, odległe i raczej mało pasjonujące. Natomiast walka o własny awans, o dodatkowe, "prawe", czy "lewe" dochody, o miejsce na parkingu, o zatrudnienie rodziny czy znajomych - to sprawy, które wypełniają codzienne życie biurokraty.


Czasem pojawia się, tak w państwie, jak i w korporacji, przywódca charyzmatyczny, który potrafi swoją osobowością zaczarować podwładnych. Taki czar bywa, że i na "rasowych" biurokratów działa. Przez pewien czas! Ale to jest w sumie genetyczny wybryk. Zdarzy się lub nie.
Istnieją też metody niejakiej optymalizacji zarządzania. Państwa są pod tym względem o tyle w stosunku do korporacji uprzywilejowane, że mogą jawnie lub prawie jawnie uciekać się do przemocy. To znaczy - władca może sterroryzować biurokrację (jak Stalin czystkami na ten przykład!). Może też być tak, że następca tronu lub uzurpator pozbawi władzy (i najczęściej też życia...) nieudolnego poprzednika i grono pasożytujących na nim totumfackich. Stąd - państwa trwają na ogół o wiele dłużej od korporacji!


Tak, czy inaczej jednak, istnieje tu istotna "bariera wzrostu". Którą najnowsze techniki przetwarzania informacji i środki komunikacji niewątpliwie przesunęły (Karol Wielki próbując zachowywać się jak Komisja Europejska - zwariowałby po kilku dniach, jeśli nie po kilku godzinach...). Z całą pewnością jednak jej NIE ZNIOSŁY.
Wiele wskazuje na to, że znakomita większość niemiłościwie panujących gosudarstw NA CAŁYM ŚWIECIE znajduje się w tej chwili na zstępującej części "krzywej wzrostu" i traci kontrolę nad swym niepomiernie rozrosłym, bo bezgranicznie żarłocznym aparatem wykonawczym. To się tyczy nawet tak brutalnych i z pozoru efektywnych reżimów jak Chiny (kontrola państwa chińskiego nad obszarami wiejskimi interioru jest nader chwiejna i w wielu miejscach tylko pozorna...). W przypadku Polski już od dawna "nie wie lewica, co czyni prawica" i właściwie - trzyma się to wszystko w kupie raczej siłą bezwładu i przyzwyczajenia, niż z jakiegoś lepszego powodu.
W przypadku korporacji, owa "bariera wzrostu", ten "szklany sufit" zawieszony jest oczywiście jeszcze niżej niż w przypadku państwa. I bardzo dobrze! O ile znam teorię "tyranii doskonałej", która BYĆ MOŻE byłaby w stanie funkcjonować przez czas bardzo długi (tyle, że jak do tej pory nikt nie był na tyle konsekwentny, by tę teorię w całości wcielić w życie - na szczęście...) - o tyle nie słyszałem o żadnym pomyśle na "korporację doskonałą". Choć, oczywiście, właśnie od czasów "profesora" Parkinsona - całe mnóstwo cząstkowych usprawnień zostało wymyślonych i czasem nawet wdrożonych.
Podstawowy problem polega na tym, że aby korporacja wdrożyła któreś z takich usprawnień - to najpierw jej zarząd musi tego chcieć. A to wcale nie jest takie proste! Powtórzę, co napisałem na początku - owa "bariera wzrostu" bierze się z ograniczeń mentalno - czasowych nie kogo innego, jak właśnie - ludzi sprawujących "najwyższą" władzę. Im bardziej skomplikowane zadanie do wykonania, tym więcej decyzji do podjęcia i tym cięższą pracą jest koordynacja takiego projektu. Bardzo szybko dochodzi do sytuacji, w której albo firma przestaje działać, tygodniami i miesiącami czekając na najpotrzebniejsze decyzje - albo zarząd musi komuś zaufać i "w ciemno" zaakceptować decyzje, w motywy których NIGDY nie będzie miał czasu wniknąć.


Decydenci na ogół bronią się jak tylko mogą przed tą drugą alternatywą. Dlatego zwykle są bardzo zapracowani (o czym nie tak dawno wspominałem). Im bardziej są zapracowani, tym mniej stać ich na szerszą refleksję. W tym choćby taką właśnie - że doszli do "szklanego sufitu" i coś z tym trzeba zrobić. Bodaj - zatrudnić konsultanta, który powie im, jak mogą z tego wybrnąć, tracąc możliwie jak najmniej (bo stracą z całą pewnością, tego się już nie uniknie!). Nie mówiąc już o tym, że zatrudnienie takiego konsultanta, to przecież kolejny projekt, podległy tym samym prawidłowościom, co wszystkie poprzednie...
Kiedy byłem młodszy i pracowałem w dużej korporacji, miałem lepszą pamięć niż mam w tej chwili - pewnie też bardziej rozwiniętą wyobraźnię i większą łatwość podejmowania decyzji (w tej chwili bez narady z Lepszą Połową, to już nawet trudno mi zdecydować, czy najpierw wyrżnąć dziś choć część młodych brzózek, które nam odrosły na zaoranym 5 lat temu gruncie - czy jednak lepiej zająć się źrebiętami i spróbować wreszcie zrobić im te "zootechniczne" zdjęcia, na co ostatnio albo nie było pogody, albo czasu...). W związku z czym, przez 3/4 czasu pracy zbijałem bąki i czekałem, aż "wyższy szczebel" podejmie jakąś decyzję! Do stanowiska, na którym już naprawdę musiałbym się przyłożyć do roboty - wtedy nie awansowałem...

autor: Boska Wola

Ratujmy maluchy przed totalitaryzmem

Totalitaryzm jest zawsze rozpoznawany ex post…



Przysłuchiwałam się dzisiaj z obowiązku  sejmowym obradom w sprawie referendum oświatowego. Przyznam, że dawno nie słyszałam takiego bredzenia. Niejaki pan Bauć czy Bauc co chwila bez najmniejszego związku z tematem rozkoszował się słowem episteme, wręcz je obracał w ustach i smakował. Pewnie naczytał się ostatnio  Michel’a Foucault . Biorąc pod uwagę, że prace Foucault pochodzą  sprzed 30 lat, a sam autor zmarł w 1984 roku,  ekscytacja posła  była dość zabawna.
 Zwrócił również moją uwagę poseł  Włodkowski, śmiałą tezą, że „dzieci chcą być poważane”, a akcje obrońców maluchów to „ emanacja lęku rodziców”.

Przedstawiciele PSL jako argument za gimnazjami podawali bezrobocie wśród nauczycieli jakie nieuchronnie wywołałaby ich likwidacja. Troszczyli się również bardzo o standardy UE , które „naruszymy reformując oświatę z takim trudem dostosowaną do tych standardów”.
Najzabawniejszy był argument, że ludzie podpisujący się w sprawie referendum nie wiedzieli co podpisują.

Wszyscy dyskutanci wydają się zupełnie nie rozumieć o co chodzi. Nie jest istotne czy szkoła ma wysokie czy niskie sedesy i jakie kupiła zabawki.  Nie jest istotne czy w ławce szkolnej siedzi dwoje czy troje dzieci. Również  nie o to chodzi, że szkoły zgodnie z raportem NIK nie są w większości przygotowane na przyjęcie sześciolatków.
Ważne jest zupełnie co innego. Oto kolejny raz ustawodawca dowodzi, że rodzice nie mają żadnych praw w stosunku do własnych dzieci, że dzieci są własnością systemu czyli armii anonimowych urzędników.
Rodzice nie decydują jakim szczepieniom ma być poddawane ich dziecko, zgodnie z jakim programem ma być uczone, jakim ankietom poddane. Jak na razie w Polsce rodzice mogą w skrajnych przypadkach zabrać dziecko ze szkoły publicznej i posłać do prywatnej, albo uczyć je w domu.
W Niemczech home schooling jest w ogóle zakazany, a za próbę ratowania dzieci przed edukacją seksualną jugendamt je odbiera, a rodzice karani są przez sąd.
To za co w wielu krajach idzie się do więzienia w Niemczech jest elementem edukacji seksualnej. Dzieci uczą się anatomii narządów płciowych oraz ich używania do zaspokojenia swoich seksualnych potrzeb. Niemieckie Ministerstwo Edukacji wydało książeczkę „ABC małego ciała. Leksykon dla dziewczynek i chłopców”. Oto cytaty: „Dotykanie jąder może być rozkoszne i piękne”, „Łechtaczka znajduje się z przodu pomiędzy małymi wargami sromowymi. Dotykanie łechtaczki może dostarczyć wiele rozkoszy” „Bycie lesbijką jest dla niektórych ludzi niezwyczajne, ale to jest zupełnie normalne….. Tak jak można mieć ochotę na czekoladę, tak samo kobiety i mężczyźni mogą mieć ochotę na seks z samym sobą”.
W 2006 roku pewna niemiecka rodzina (Plett) zdecydowała się uczyć dzieci w domu protestując w ten sposób przeciwko programowi edukacji seksualnej. Po ucieczce ojca z dziećmi za granicę matka dzieci została aresztowana.

Objęcie dzieci obowiązkiem szkolnym w wieku 6 lat jest w Polsce  swoistą próbą sił. Po zwycięstwie władz w tej kwesti, i obowiązkiem przedszkolnym zostaną objęte pięciolatki, a w przedszkolu będą warsztaty Genderowe ( jak na razie pilotażowe warsztaty odbywają się w niektórych placówkach)  polegające na przebieraniu chłopców za dziewczynki i na odwrót. Jak w wielu krajach zostanie zakazane używanie słowa matka czy ojciec, a może nawet - jak w przedszkolach niemieckich- zostanie wprowadzona  przymusowa nauka masturbacji.

Gorliwcy deklarowali, że ich dzieci posłane do szkoły w wieku 6 lat mają się doskonale . Bardzo się cieszę i gratuluję. Dla mnie do szkoły mogą chodzić nawet niemowlęta i  – jeżeli rodzice tylko sobie życzą – mogą się uczyć masturbacji i praktyk  drag queen. To ich rodziców sprawa. Natomiast ja chcę zachować pełnię władzy rodzicielskiej wobec własnych dzieci.

Wiele osób uważa, że niepokoje osób usiłujących ratować maluchy przed totalitaryzmem państwowym są  przesadzone. Chciałabym im przypomnieć, że totalitaryzm wkrada się zwykle niespostrzeżenie w życie społeczeństw. Gdy rodził się hitleryzm ludzie też uważali, że jego zbrodnicze praktyki ich nigdy nie dotkną . Totalitaryzm jest zawsze rozpoznawany ex post…


autor: Iza

czwartek, 24 października 2013

Miłujący pokój i tolerancję pederaści w akcji (w Warszawie)


Homoseksualna hydra coraz bardziej nachalna, walcząc argumentem tolerancyjności, mają gdzieś tolerancję dla innych niż oni.


Kilka miesięcy temu we Wrocławiu grupa działaczy Narodowego Odrodzenia Polski i kibiców Śląska Wrocław zakłóciła wykład światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana. Narodowcy wypominają mu służbę w aparacie bezpieczeństwa Polski Ludowej. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz skomentował: Nie będę w swoim mieście tolerował nacjonalistycznej hołoty.

We wtorek późnym wieczorem w sali warszawskiego NOT odbył się wykład psychologa, którego organizatorami byli studenci z Krucjaty Młodych oraz ASK Soli Deo. Prelekcję zakłócili jednak homoseksualni aktywiści, obrażali wykładowcę zachowywali się agresywnie i wulgarnie. Poturbowali kobietę i zniszczyli drzwi.

Co doprowadziło  homoterorystów niemal do szewskiej pasji, otóż  dr Paul Cameron amerykański psycholog uważa, że homoseksualizm można leczyć i jest szkodliwy dla społeczeństwa. Pederaści, którzy wymagają od innych tolerancji sami zachowują się jak nazistowska bojówka, która próbuje zerwać nieprzychylne im zebranie.

Charakterystyczna jest postawa mediów, cisza, po prostu „Polacy nic się nie stało”, pederastom można więcej.

http://wiadomosci.wp.pl/kat,8131,title,Homoaktywisci-zaklocili-wyklad-dr-Paula-Camerona-w-Warszawie,wid,16100567,wiadomosc.html?ticaid=1118a1

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/57729,homoterrorysci-w-akcji.html


autor: Andy51

Fitotoksyczność mikroplastików


Mówiąc po ludzku: jak drobiny tworzyw sztucznych szkodzą roślinom?
Przyczynek do tego zagadnienia odnajdujemy w październikowym numerze „Przeglądu Komunalnego” w artykule Pauliny Brzuzan, prof. dr hab. Pawła Brzuzana, dr inż. Macieja Woźnego i dr inż. hab. Andrzeja Białowca, pod takim właśnie tytułem.
Sprawę oddziaływania (uszkadzania) systemu wydzielania wewnętrznego ludzi przez substancje zawarte w tworzywach sztucznych już ktoś na Neonie podnosił. Przepraszam, nie jestem w stanie „na szybko” tego odszukać. W każdym razie zagrożenie istnieje i (na szczęście) nie wszyscy zamiatają je pod dywan.
Omawiany przeze mnie artykuł z PK mówi o roślinach, ale źródła literaturowe tamże podane odnoszą się i do ludzi. Źródła podam na końcu, kto ma czas, niech poczyta, sądzę, że to może być pożyteczna lektura.
No dobra, przechodzę do sedna, podaję link do artykułu:
 e-czytelnia.abrys.pl/index.php
Tu drugi raz to samo, bo nie wiem jak lepiej się będzie przełączać:
Ale ponieważ nie każdy ma dostęp do PK, to oprócz tego omawiany artykuł poniżej zacytuję i może prawa autorskie nie puszczą mnie z torbami. Tekst podany kursywą to cytaty.

Mowa o mikroplastikach (ang. micro plastics), czyli małych, plastykowych cząstkach – o średnicy nie większej niż 1 mm (…) Mimo, że nie widać ich gołym okiem, stanowią one 80% zanieczyszczeń w wodach przybrzeżnych.  Tu dopisek mój: cóż to za nowotwór językowy te „mikroplastiki”?! Czy nie powinno być „drobiny/mikro drobiny tworzyw sztucznych”?? TFU! Czy PT Autorzy oprócz dbania o środowisko nie mogliby się zatroszczyć także o język ojczysty?
Drobiny mikroplastiku mogą zawierać wiele szkodliwych składników, takich jak związki ołowiu oraz substancje chemiczne wchodzące w skład barwników czy działające jak hormony (ang. endocrine disruptors). Na przykład uważane za nieszkodliwe dla środowiska butelki PET mogą wydzielać ftalany (nie tylko one - dop. mój) – czynniki chemiczne o działaniu zbliżonym do estrogenów, zaburzając prawidłowy przebieg procesów fizjologicznych komórek mających z nimi kontakt (może więc zamiast mieć klapy na oczach w temacie invi powalczymy raczej z przyczynami, np. zrobimy coś dla POPULACYJNEJ poprawy zdrowia reprodukcyjnego facetów, np. oczyścimy środowisko z ftalanów??? – dop. mój – proszę wybaczyć).
Badania (…) dowiodły, iż drożdże hodowane w wodzie przechowywanej w butelkach PET (w ponad połowie badanych butelek) zachowują się tak jak w przypadku hodowli w cieczy wzbogaconej naturalnym estrogenem (…) (ciekawam, która to ta połowa butelek jest taka fatalna – dop. mój).
We wnioskach Autorzy stwierdzają, że wprawdzie na kiełkowanie roślin te „mikroplastiki” wpływu nie mają, ale „Jednak wiele roślin wrażliwych na rozmaite zanieczyszczenia środowiska wskazuje zdolność kiełkowania
i wzrostu korzeni, ale potem przestaje rosnąć.
” Dalej mowa o Chińczykach, którzy odbadali, że wprawdzie ftalany dodane do gleby nie powodują zaburzeń w rozwoju papryki, ale kumulują się w owocu i osiągają stężenia zaburzające syntezę witaminy C. „Może to potwierdzać przypuszczenie, iż zanieczyszczenie środowiska przyrodniczego plastikowymi odpadami niesie odległe w czasie, trudne do przewidzenia skutki.” (Acha, czyli nie dość, że ta ftalanowa papryka zrobi facetowi kuku, to jeszcze i witaminy C nie dostarczy nikomu, już bez względu na płeć. A reszta skutków to chgw.)
Z danych własnych, szepniętych ongiś na ucho, niepublikowanych „Te biodegradowalne reklamówki to szjas okropny. Wcale się nie degradują, tylko rozpadają na mikre kawałki, furgają gdzie popadnie, kto wie czy z racji maleńkich rozmiarów nie są rakotwórcze na płuca, kontroli nad tym nie mamy, wszyscy udają, że to takie cacy a kiedyś się na tym gównie poślizgniemy. Mnie jakoś nie wychodzi, żeby bakterie glebowe toto jadły, może jakaś specjalna kompostownia, ale gdzie u nas taka jest?! W dodatku już całkiem nic nie wiadomo
o szkodliwości metabolitów. To se tak tylko optycznie „znika”, bo się rozpada na niewidoczne drobiny. No to głupie  ludzie myślą, że się pozbyli problemu a to świństwo zanieczyszcza co popadnie i kto wie czy się nie kumuluje
”.
Owe szeptane dane odnosiły się, przypomnę do „biodegradowalnych” reklamówek wciskanych nam jako lek na całe plastykowe zło. Kto miał do czynienia z tymi reklamówkami, to wie, że owe „biodegradowalne” po parunastu miesiącach rozpadają się w ręku na pył i strzępki. Kto jest alergikiem, to w zetknięciu z owym pyłem dostaje natychmiastowego pieczenia a potem egzemy (chyba, że się niezwłocznie wyszoruje szarym mydłem, szczotką
i bógwiczemjeszcze).
Wspominam o tym, bo mnie zastanawia skąd miałyby się brać owe „mikroplastiki”. Autorzy tego nie określają. Czy więc są to produkty rozpadu owych „przyjaznych” i „biodegradowalnych” reklamówek? Inne coś?
No i paczpan, miało być o roślinach a wyszło jak zawsze całościowo (modne słowo „holistycznie”).
Dla lepszej holistyki podaję obiecany na wstępie spis literatury:
1.     QLT.FM: Poliester w żołądku,www.naukaipostep.pl/wiadomosci/przyroda/poliester-w-zoladku.
2.     Sax. L.: Polyethylene Terephthalate May Yield Endocrine Disruptors. “Environmental Health Perspectives” 4/2010.
3.     Wagner M., Oehlmann J.: Endocrine disruptors in bottled mineral water: total estrogenic burden and migration from plastic bottles. “Environmental Science and Pollution Research” 16/2009.
4.     Herring R., Bering C.L.: Effects of phthalate esters on plant seedlings and reversal by soil microorganism. “Bulletin of Environmental Contamination and Toxicology” 40/1988. (czyli już w latach 80tych wiadomo było, że butelki plastykowe trują I MIMO TEGO rozpowszechniano tę technologię, nam też wciśnięto – dop. mój)
5.     PHYTOTOXKIT: Seed germination and early growth microbiotest with higher plants. Standard operational procedure. Materiały informacyjne. Tigret, Polska.
6.     Baran A., Jasiewicz C., Klimek J.: Reakcja roślin na toksyczną zawartość cynku i kadmu w glebie. „Proceeedings of ECOpole” 2/2008.
7.     Motowicka-Terelak T., Terelak H.: Fitotoksyczność glinu, kadmu i cynku w glebach zasiarczonych. „Zeszyty Problemowe Postępów Nauk Rolniczych” 472/2000.
8.     Yin R. i in.: Effect of DBP/DEHP in vegetable planted soil on the quality of capsicum fruit. “Chemosphere” 6/2003.

PS A „biodegradowalny” widelec po 3 miesiącach eksperymentu uprzejma koleżanka wyjęła mi z donicy balkonowej i wyrzuciła! Bez pytania mi tak zrobiła zouza jedna uczynna, „bo myślałam, że to śmieć”! No, w sumie to mało się pomyliła;). Jej zdaniem widelec wyglądał jak nowy, trochę tylko przybrudzony ziemią. Tak więc nadal nie wiem jak to jest z deklarowaną przez wytwórców biodegradowalnością tworzyw sztucznych.

autor: bez kropki

środa, 23 października 2013

Jadą wozy kolorowe...

Czekam kiedy TVN nada wreszcie program o polskim dziecku przerobionym na macę.



Od kilku dni media katują nas historią dziecka rzekomo  porwanego przez Cyganów. Wprawdzie nikt jak dotąd nie używa w prasie i TV określenia Cyganie ale wszystko jeszcze przed nami.
Odkąd pamiętam w naszym kraju niezwykle starannie tępione były zawsze wszelkie negatywne stereotypy związane z Cyganami. Do kanonów politycznej poprawności wpisano obowiązek nazywania ich Romami. Źle widziane były również wszelkie wzmianki o kradzieżach, wróżeniu, porywaniu dziewcząt. Świat Cygański to – zgodnie z kanonami politycznej poprawności- wozy kolorowe, poezje Papuszy i fascynacje Ficowskiego. O niczym innym nie wolno było pisnąć. Pod groźbą śmierci cywilnej w środowisku.
Czy spodziewaliście się państwo, że w rządowych mediach ( TVN spokojnie można nazwać telewizją rządową) będziemy śledzić łzawą historię o blondyneczce zmuszanej w Grecji do żebrania, która być może została porwana lub kupiona  przez Cyganów  w Polsce?

Każde odstępstwo od standardów politycznej poprawności karcone jest trzepnięciem po nosie z gromkim „ a fe”.  Tak jak ja karcę swego psa gdy buszuje po stole. Tak został skarcony (excusez le mot)  abp Michalik.
Nie wystarczyło, że natychmiast przeprosił za słowa relatywizujące rolę ofiar molestowania. Wierni dowiadują się dzisiaj, że rzekomo kupił sobie jakiś tytuł czy dyplom w Cambridge. Jeszcze kilka takich rewelacji, a abp sam podda się do dymisji.

W 1991 r.wiceminister zdrowia KazimierzKapera nazwał homoseksualizm zboczeniem. Natychmiast został zdymisjonowany przez ówczesnego premiera Bieleckiego.
Nie ma tolerancji dla nietolerancji.

Prof. Kazimierz Nowaczyk też usłyszał ostatnio  „ a fe”.  Padł ofiarą redukcji etatów na Uniwersytecie w Maryland.

Okazuje się jednak, że w pewnych okolicznościach nie tylko wolno, lecz warto odgrzebać pewne nośne stereotypy. Widać do odwrócenia uwagi obywateli od stanu kraju nie wystarczy już mała Madzia i księża pedofile.
Polski wątek historii nietypowej Cyganeczki został już oczywiście zdementowany. Teraz podobno śledzi jej losy cały świat. Świat światem - ale my będziemy na pewno je śledzić przez wiele dni.
Czekam kiedy TVN nada wreszcie program o polskim dziecku przerobionym na macę.

autor: Iza

wtorek, 22 października 2013

Trujące grzybki

Znowu zadziałała zasada, że jak się zebrało trujące grzybki trzeba je zjeść bo szkoda czasu spędzonego w lesie.



Zebrano około miliona podpisów w sprawie obowiązku szkolnego sześciolatków. Dokładnie- w sprawie referendum, w którym obywatele zadecydowaliby czy sobie tego obowiązku szkolnego dla sześciolatków życzą. Wczoraj marszałek sejmu, Ewa Kopacz odłożyła głosowanie nad referendum na dwa tygodnie. W czasie tych dwóch tygodni media będą nas zapewne bombardować różnymi tanimi sensacjami i epatować wypuszczanymi na wolność mordercami, żeby odwrócić uwagę od tej sprawy.
Na temat słuszności wczesnej edukacji zdania są podzielone. I słusznie – powinny być podzielone. To rodzice najlepiej orientują się w możliwościach swoich dzieci i wiedzą czy nadają się one do przekroczenia progu szkoły. Prawdziwej szkoły, gdzie będą siedzieć w ławkach , gdzie będą po lekcjach tłoczyć się w ciasnej świetlicy, gdzie zetkną się ze starszymi dziećmi , niekoniecznie życzliwie nastawionymi do maluchów.
Twierdzenie Tuska, że im wcześniej zacznie się edukację tym jej rezultaty będą lepsze i tym więcej Nobli zdobędzie Polska,  jest tak żałosne w swojej głupocie, że nie wymaga nawet komentarza.
Upieranie się przy przymusie szkolnym w wieku sześciu lat jest częścią państwowej "urawniłowki". Wszystkie dzieci mają w tym samym wieku zaczynać edukację, niezależnie czy są do tego gotowe czy nie, wszystkie mają się uczyć tego samego, w ten sam sposób. Nauczycielki przedszkoli zeznają, że zabroniono im zachęcać dzieci do czytania. Klocki z literkami mają być pochowane. Jeżeli jakieś dziecko wyróżnia się zdolnościami należy je ukrócić i zmusić do zabawy lalkami czy samochodzikami. Tymczasem jak powszechnie wiadomo rozwój dzieci nie jest jednakowy. Jedna czytają w wieku trzech lat, inne mają kłopoty z czytaniem jeszcze w wieku 9 lat. Jak wykazały badania nie ma korelacji dodatniej pomiędzy wczesnym rozpoczęciem edukacji i późniejszymi wynikami w szkole. Wręcz przeciwnie – stwierdzono, że dzieci wysłane do szkoły wcześniej, często radzą sobie potem gorzej.

Ośli upór rządu przy reformie edukacji ma kilka konkretnych przyczyn. Przede wszystkim rząd dba, żeby obywatele nie rozpuścili się i nie wyobrażali sobie, że mogą mieć na cokolwiek we własnym państwie wpływ. Referenda dobre dla Szwajcarów okazują się dla Polaków niedobre. Bo przecież jesteśmy społeczeństwem przypadkowym, ciemnym, ksenofobicznym i żeby takie społeczeństwo skutecznie trzymać za mordę należy zaczynać indoktrynację obywateli jak najwcześniej. Nawet więcej niż indoktrynację- łamanie kręgosłupa.

Dzieci polskie mają wyjątkowego pecha do reform oświatowych. Reforma gimnazjum jest klasycznym przykładem wielokroć przywoływanego przeze mnie efektu odwrócenia, czyli działania w określonym celu , które przynosi wręcz przeciwny rezultat. Reforma miała zwiększyć szanse edukacyjne młodzieży z małych ośrodków. Faktycznie te szanse zmniejszyła. Małe wiejskie szkoły, w których dzieci mogły spokojnie uczyć się przez osiem lat zostały  polikwidowane, a dzieci zostały zmuszone do podróżowania do dużych szkół, gdzie spotykały się z przemocą , narkomanią i innymi patologiami.
Gimnazja miały z założenia oddzielić młodsze dzieci od starszych i zapobiec w ten sposób ich demoralizacji. Same jednak stały się ośrodkami demoralizacji. O ile szkoła podstawowa wzmożonym wysiłkiem wszystkich nauczycieli była w stanie poradzić sobie z dwiema trudnymi klasami- ósmą i siódmą, to zgromadzenie dużej ilości młodzieży w buntowniczym wieku w specyficznym getcie jakim stało się gimnazjum zaowocowało eksplozją szkolnych patologii. Trzy lata gimnazjalne to lata stracone również z punktu widzenia edukacji. Jeżeli jak dotąd nie likwiduje się gimnazjów, to tylko dlatego, że włożono w reformę ogromne sumy. To samo stanie się z przymusem szkolnym sześciolatków. Raz wdrożonej ogromnym kosztem reformy nikt nie odważy się odwołać.
Znowu zadziałała zasada, że jak się zebrało trujące grzybki trzeba je zjeść bo szkoda czasu spędzonego w lesie.

autor: Iza

Elektorat Platformy za 1 278 249 000 zł


Platforma stosuje metodę kija i marchewki. Urzędnikom instytucji centralnych rozdaje premie, opozycjonistów straszy się "Idziemy po was". Ale wydaje mi się, że całego narodu nie przekupi.


Naukowa konferencja w sprawie Smoleńska mimo skoordynowanych ataków szczujni i paroksyzmów wściekłości  niby dziennikarzy, których nie wpuszczono na nią, żeby swoim rechotem nie zakłócali poważnych naukowych referatów, trwa. Padają znamienne ustalenia, jak np. w sprawie pancernej brzozy, która była złamana już 5 kwietnia 2010 r. Jest problem może powiedzieć dr Lasek, gdyż trudno dyskutować ze zdjęciem satelitarnym, ale ja wierzę w sektę pancernej brzozy i propagandystów/komisarzy medialnych.

Ale ja  nie o Smoleńsku,  chcę zwrócić uwagę na wczorajszą wiadomość w SE. Otóż pracownicy ZUS w latach 2007 - 2012 otrzymali 1 278 249 00 zł premii tak, tak, jeden miliard 278 milionów te kilkaset tysięcy pominę. Czym się zasłużyli pracownicy ZUS, dokładnie nie wiadomo, ale jedno jest pewne te około 47 tysięcy urzędników jest/będzie elektoratem PO. W ciężkich kryzysowych czasach, gdy Rostowski obcina dotacje dla ludzi naprawdę potrzebujących, hydra urzędnicza niczym nienasycona bestia, dostaje więcej i więcej gotówki.

Jeżeli dodamy ponad 300 mln, które w postaci premii Hanka dała swoim urzędnikom, doliczymy do tego urzędy centralne i samorządowe, to możemy być pewni, że elektorat platformy ma się całkiem dobrze a głosy ich PO ma raczej zapewnione. Zostaje pytanie, czy da się przekupić większość, która zapewni PO reelekcję, raczej wątpię, ale już niebawem zaczną się wybory i wówczas okaże się jak jest naprawdę.


http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/zus-rozdal-1-278-249-000-z-na-nagrody_361136.html


autor: Andy51

Herezja libertarianizmu


Oczywistą oczywistością jest, że państwo to zło. Nawet nie da się stwierdzić, że jest to "mniejsze zło" - bo niby jak i do czego to porównać..? Nigdy nie było tak, żeby człowiek jakiejś władzy nie podlegał...
Państwo to zło dlatego przede wszystkim, że jak mało która z instytucji społecznych, podatne jest na głupotę. Głupota niemiłościwie  na całym świecie panujących nam biurokracji w tej chwili (pamiętając o bezprecedensowej koncentracji władzy i nie mniej bezprecedensowej skali oddziaływania tejże władzy - chociażby na środowisko naszej Umęczonej Planety..!) ociera się już o ryzyko likwidacji ludzi jako gatunku biologicznego. Naprawdę: niewiele do tego potrzeba! A różne służby jawne, tajne i bezpłciowe, różne programy i sztaby antykryzysowe, walki z globalnym ociepleniem, dziurą ozonową oraz o równość płci - nieodmiennie, przez swą immanentną a bezdenną zarazem głupotę, koniec sromotny człowieka na planecie Ziemia TYLKO przybliżają.

Można oczywiście lać ciepłym moczem na to, co będzie za lat 20, 30 czy 50 (osobliwie, gdy się człek nie zbiera żyć zbyt długo - choćby ze strachu przed tzw. "służbą zdrowia" - a dzieci, szczęśliwie, nie posiada...). Tak, czy inaczej jednak, logiczną niedorzecznością jest odmawiać komukolwiek prawa do samoobrony. Współczesne, głupotą na wszystkie strony przeżarte gosudarstwa nieustannie stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla życia, zdrowia i mienia swoich nieszczęśliwych poddanych (niezależnie od faktu, że 99% tychże nieszczęśliwych poddanych nie tylko tego zagrożenie NIE DOSTRZEGA, ale wręcz: nieustannie domaga się, nieraz bardzo głośno i bardzo wyraźnie, aby niemiłościwie im panujące gosudarstwo "broniło ich" przed tym lub owym - a owo "to lub owo" coraz to głupsze, coraz to bardziej idiotyczne..!). Bronić się przed nimi zatem każdemu nie tylko wolno, ale i wręcz: zdaje się to być postawą rozsądną i godną zalecenia.
Bronić się przed gosudarstwem można na różne sposoby. Są tacy, którzy biorą za dobrą monetę tzw. "liberalną demokrację" i usiłują niekiedy przekonywać bliźnich swoich, żeby ci odstąpili od niektórych, co głupszych i co bardziej szkodliwych postulatów względem gosudarstwa (na przykład: by kierujący się powszechną wśród szerokich mas ludności bezinteresowną zawiścią tzw. "wyborcy" nie głosowali na partie postulujące wzrost podatków...). Taka postawa wydaje się bezpłodna. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w dziejach jakakolwiek biurokracja dobrowolnie oddała choć kawałek zawłaszczonego uprzednio żerowiska...
Inni, o wiele liczniejsi, zwalczają gosudarstwo czynem. Staje to się zresztą z upływem czasu i tegoż gosudarstwa nieustannym rozrostem - coraz powszechniejsze i coraz łatwiejsze zarazem. Już w tej chwili różne "prawa" uchwalane z szybkością dobrego karabinu maszynowego tak są wzajem sprzeczne, że żyć wedle nich zwyczajnie się nie da. NIKOMU. Samej biurokracji, gosudarstwu służącej, nie wyłączając..!
Bronić się tedy wolno. Ale czy wolno postulować całkowitą likwidację państwa..? "Wolno", oczywiście, w sensie: "czy taka postawa ma sens?", "czy jest to rozsądne?".
Wydaje mi się, że nie. A to dla dwóch powodów.
Po pierwsze: PO CO..? Na jaką cholerę..? A cóż to niby zmieni..?
Państwo nie jest przyczyną, lecz SKUTKIEM tkwiącego w człowieku zła. Państwo istnieją i mają się dobrze, ponieważ ludzie są z natury ambitni, żądni władzy, a nade wszystko: PASJAMI WRĘCZ UWIELBIAJĄ ŻYĆ NA CUDZY KOSZT!
Likwidacja państwa może się powieść wyłącznie w sferze semantycznej. Możemy obalić władzę państwową i ustanowić jakąś inną, która będzie się inaczej nazywała. Czy to jednak coś zmieni..?
A to przypadkiem nie komuniści, postulujący jako swój cel, "stan bezpaństwowy" - ustanowili najokropniejsze tyranie XX wieku, władzę państwa w istocie potęgując do nieznanej wcześniej doskonałości..?
Libertarianom NIE MA PRAWA udać się nic innego..! "Nie ma prawa" - w takim sensie, że to się nie uda, to jest nierealne, to nie ma sensu.
Po drugie: ponieważ, choć toczę tę dyskusję już od bardzo dawna, jak do tej pory ŻADEN dyskutant podający się za libertarianina nie umiał mi odpowiedzieć satysfakcjonująco na pytanie - a kto będzie w ustroju libertariańskim pilnował reguł gry?

To znaczy: kto zapewni, że wśród "wolnych od terytorialnego monopolu na przemoc" nie pojawi się jeden lub wielu osobników dążących skutecznie do tego, aby taki właśnie "terytorialny monopol na przemoc" z korzyścią dla siebie ustanowić, nikogo o zdanie nie pytając..?
Odpowiedzi, jakie do tej pory otrzymałem, są dwie, obie tak samo do dupy.
Odpowiedź pierwsza - że powstaniu na nowo "terytorialnego monopolu na przemoc" zapobiec ma rynkowa konkurencja między różnymi "aparatami wymiaru sprawiedliwości", "agencjami ochrony". No tak! Tyle tylko, że dla każdego z takich "konkurencyjnych aparatów wymiaru sprawiedliwości" opcja dogadania się z konkurentami i podzielenia się "rynkiem" (a właściwie: ludnością w tym momencie już poddaną...) - NIEMAL ZAWSZE jest bardziej opłacalna od uczciwego przestrzegania reguł gry rynkowej i zawartych z klientami umów!



Pięknie to ongiś kolega Iulius w gościnnym wpisie u Adama Dudy ujął (o czym niedawno wspominałem zresztą, tylko za cholerę nie pamiętam, jak się ten mój wpis nazywał...).
Odpowiedź druga natomiast, autorstwa kolegi GPS, przenosi nas na wyższy poziom abstrakcji. Otóż: istnienie ustroju libertariańskiego (inaczej rzecz ujmując: brak "terytorialnego monopolu na przemoc") ma być zapewniane WIARĄ ludzi w jego sens i pożyteczność. Jak ludzie w to uwierzą, to rzecz się ziści i utrzyma...
Hmmm...
Hmmm...
No dobra: długo jeszcze mógłbym tak chrumkać, nieprawdaż..?
Zauważmy na początek, że istnieje ZASADNICZA RÓŻNICA między "wiarą rzymsko - katolicką", a "wiarą libertariańską". Tego, czy Kościół Święty, matka nasza, rzeczywiście prowadzi swych wiernych nieomylnie do zbawienia na tamtym świecie stwierdzić się empirycznie w żaden sposób nie da.
To znaczy - są oczywiście różne objawienia, widzenia, świętych obcowanie i takie tam - ale, umówmy się: jeszcze się taki ateista, heretyk czy schizmatyk nie urodził, którego by tego rodzaju świadectwo nieodparcie i w sposób nie pozwalający na dyskusję przekonało..!
Cel działania Kościoła jest pozaświatowy i nieempiryczny. Nie można ustalić, czy został osiągnięty.


"Wiara libertariańska" stawia przed sobą cel doczesny, empirycznie dostrzegalny, materialny. Bardzo łatwo będzie stwierdzić, czy został osiągnięty, czy nie.
I to wcale nie jest siła, tylko właśnie - WIELKA SŁABOŚĆ "libertariańskiej herezji" (no bo skoro ma to być wyznanie wiary, to czymże jest ono, jak nie herezją właśnie..?).
Religia, a katolicyzm w szczególności, przez to, że nie stawiają sobie żadnych konkretnych celów doczesnych i materialnych, mogą funkcjonować równie dobrze w niemal każdym ustroju społecznym i w niemal każdej kulturze (jakkolwiek, z czasem, nieuchronnie tę kulturę, a w dalszej konsekwencji także i ustrój - zwykły przekształcać...).
"Wiara libertariańska" jest w porównaniu do katolicyzmu doktryną niezmiernie wręcz rygorystyczną, którą albo uda się wcielić w życie "od jednego zamachu", "w całości" - albo wcale.
Nie tak postępował Kościół chrystianizując przed wiekami Europę! Toż nawet wielożeństwo wcale nie zanikało w pierwszym pokoleniu katechumenów, a zniesienie niewolnictwa, o które tak się na mnie zwykli oburzać wielbiciele "czynów" - zajęło Kościołowi całe tysiąclecie..! I wcale nie zapobiegło recydywie...


Kościół dopracował się przez milenia swego istnienia różnorakich mechanizmów zabezpieczających ciągłość i niezmienność doktryny, którą głosi. Ale i tak - nikt, kto wykracza poza najprostszą apologetykę zaprzeczyć nie może, że doktryna ta JEDNAK ulegała zmianom, bywała reinterpretowana, wzbogacana o pewne elementy (a inne, zwłaszcza ostatnio, na skutek "ofensywy modernizmu" - ulegały stopniowemu odsunięciu w cień, lub nawet zapomnieniu). I to pomimo faktu, że "słuszności" lub "niesłuszności" tejże doktryny NIKT na tym świecie empirycznie sprawdzić nie jest w staniem..!
Empirycznie można postrzegać to tylko, co widział Nowosilcow w "Dziadach": że religia dobrze robi ludziom. Ale nawet tego, czy ludzie wierzą naprawdę i gorąco, czy tylko tak mówią - nikt przecież, kto im w głowach nie siedzi, w żaden sposób nie sprawdzi..!
Jak chcą "wierzący libertarianie" nie tylko szeroki ogół do swojej doktryny przekonać (nie wiadomo: wszystkich? Większość..? Jeśli większość tylko - to co z tymi, którzy w libertarianizm nie uwierzą..?), ale i nade wszystko - ciągłość jej rozwoju (zapomnijmy o niezmienności..!) utrzymać, swojego Papiestwa nie tylko nie posiadając, ale i samo istnienie takiej, o spójność doktrynalną dbającej instytucji, jak rozumiem - z założenia odrzucając..?
Brednie, brednie, brednie...


autor: Boska Wola

poniedziałek, 21 października 2013

Czyżbym się mylił?


Gdzieś około roku 2005 czy 2006, kiedy dopiero rozpatrywaliśmy konieczność zakupu własnej ziemi powiedziałem naszemu przyjacielowi, Sebastianowi Karaśkiewiczowi, że na tym interesie nie mogę stracić.
No bo jakżeż miałbym stracić, skoro ludzi coraz więcej, techniki coraz więcej, życie coraz sztuczniejsze i bardziej zindustrializowane - w tej sytuacji wszystko co naturalne, swojskie, wiejskie, żywe - jako że staje się coraz rzadsze, powinno się stawać coraz droższe. Prawo popytu i podaży. Rozumowanie elementarne - czyż nie..?
Minęło parę lat. Właśnie wróciłem z wycieczki do Radomia. Odbywanej bocznymi drogami. Bo i tak pogazować krajową "siódemką", przez wzgląd na stan opon naszej Wendi nie jestem w stanie. A bocznymi drogami bliżej (tylko wolniej się jedzie).
I co? I wygląda na to, że wówczas, te 7 czy 8 lat temu, naiwność przeze mnie przemawiała! Że myliłem się wprost fundamentalnie!
Co widać z okna samochodu, kiedy się jedzie bocznymi drogami z Boskiej Woli do Radomia i z powrotem..?
Pustki widać. Nieużytki. Ziemie opuszczone. Opustoszałe wioski. Zruinowane ogrodzenia nieużywanych, zarastających chwastami pastwisk. Gdzieniegdzie, ale to tylko albo nad Radomką, albo bliżej Radomia - nowe domy. O dziwo mimo, że pustej ziemi wokół ile kto chce - ściśnięte jeden blisko drugiego na miniaturowych działeczkach tak małych, że nawet kozy nie dałoby się utrzymać. Domy owszem - piękne, dostatnie, nawet nie żadne "gargamele", które tak często straszyły w podmiejskich okolicach jeszcze 20 lat temu. Cóż z tego postępu estetycznego jednak, skoro prawie jak w mieście, sąsiad sąsiadowi w okno zagląda..?




Minęło 7 czy 8 lat odkąd wypowiedziałem moje nierozważne słowa. Przez ten czas Polacy w widoczny sposób się wzbogacili. Widać to po domach i samochodach! Nie piszcie że nie, bo widać..! Owszem, może to i na kredyt, pewnie że nie każdego ten dobrobyt w takim samym stopniu dotyka - ale że dobrobyt jest, temu zaprzeczyć niepodobna, jeśli się tylko człowiek przez okno samochodu rozgląda...
I co - czy wzrósł popyt na ziemię, na czystą, nieskażoną naturę, na produkty naturalne, na konie wreszcie (które są, było nie było, dobrem luksusowym i "naturalnym" zarazem, więc - logicznie rzecz biorąc - winny iść w cenę..?)?
Gdy kupiliśmy w Boskiej Woli ponad 15 ha a zwłaszcza, gdy się tu osiedliliśmy, karczując tę ziemię i czyniąc z niej pastwiska - spowodowało to na krótki czas lokalny boom na rynku nieruchomości. W rok po naszym osiedleniu się, Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa sprzedawała parę okrawków gruntów w okolicy - i pierwszy raz w dziejach Boskiej Woli nawet doszło do licytacji!
Ale minął jakiś czas - i w tej chwili ceny w okolicy wróciły do punktu wyjścia z roku 2007: hektar ziemi można tu kupić za 8 do 15 tysięcy złotych. Oczywiście, jest cała masa wystawionych na sprzedaż nieruchomości, za które ich właściciele życzą sobie dużo więcej - ale te leżą i nie ma chętnych, aby je kupić. W ciągu ostatnich paru lat w pobliżu, oprócz pewnej liczby domków letniskowych, powstały dwie większe inwestycje: ferma norek i piekarnia (zresztą, pracująca głównie na potrzeby "Pierdonki"...). To wszystko. Żeby jakiś większy popyt na ziemię był - nie widzę. Na nasze ogłoszenie w sprawie ewentualnej sprzedaży części ziemi, przez te wszystkie lata nie odpowiedział NIKT.
Być może to wyłącznie kwestia mojego sprzedażowego antytalentu? Tak czy inaczej jednak - wygląda na to, że się myliłem. Albo bowiem popyt na zdrową, nieskażoną naturę NIE ROŚNIE (a wręcz: maleje..!), albo też - ja takowych produktów w żaden sposób sprzedać nie potrafię, niezależnie od tego, jak dobrej są jakości... A przecież, gdybym miał rację, gdyby ludziom coraz bardziej zależało na tym, co nietechniczne - to czy mam talent do sprzedaży, czy go nie mam - i tak bym to, co oferuję (niezależnie od tego, czy był tonaturalny tytoń, fajne źrebięta, czy ziemia...) w końcu sprzedał...
Wydaje się jednak, że jest raczej tak: przyzwyczajenie to PIERWSZA natura człowieka. Ludzie przyzwyczajeni do miejskiego ścisku nawet budując się na wsi - robią co mogą, żeby ze wszystkich stron mieć jakichś sąsiadów płot w płot. Ludzie, którzy przez całe życie kopcili "sklepowe" papierosy - prędzej rzucą palenie, lub przejdą na "e-papieros", niż zgodzą się wziąć do ust coś, w czym nie ma nic poza wysuszonym i sfermentowanym tytoniem. Ludzie, którzy całe życie jedli wyłącznie sztuczną żywność - barwioną, "ulepszaną", "konserwowaną" - nie spojrzą nawet na nieefektowne, szare, zmienne w smaku produkty "tradycyjne" (Wojtek kiedyś o tym u siebie pisał, ale jakoś nie znalazłem tego wpisu...).
No i, oczywiście - nie ma najmniejszego sensu oferować komukolwiek tak rzadkich koni jak achałtekińce. Coś, co jest tak rzadkie - nie ma szans być modne. Bo jest zbyt rzadko spotykane. A jest zbyt rzadko spotykane, bo nie jest modne. I koło się zamyka...
W każdym razie: kompletnie nie rozumiem jeremiad (np. Profesora Boboli...) o rzekomym "przeludnieniu". Jakie znowu "przeludnienie"..? Patrzę w okno i co widzę..? Widzę bezlistny niemal Lasek Centralny, za nim kawał naszej ziemi, na razie do niczego nie wykorzystany, potem dopiero sosnowy młodnik sąsiada. Za tym młodnikiem ciągną się głównie nieużytki, z rzadka przetykane uprawnymi polami - przez dobrych 5 czy 6 km, bo dopiero nad torami kolejowymi są pierwsze, rzadko rozrzucone, domki letniskowe... "Przeludnienia" z całą pewnością przez okno chatki nie widzę..! I przez okno samochodu w czasie dzisiejszej wycieczki - też takiego zjawiska nie widziałem...


autor: Boska Wola