środa, 19 sierpnia 2015

To nie nasz prezydent – deklaruje sowiecka V kolumna




W końcu przyszły wytyczne z Kremla. I już wiadomo – pisowska marionetka, choć tak na prawdę watykańsko – usraelska (to doprawdy kapitalna kombinacja), prezydent Andrzej Duda nie jest ulubieńcem Putina i należy go zwalczać wszelkimi sposobami.
Dosyć długo trwało milczenie i mentalne zamieszanie po przegranej pupilka Moskwy – Komorowskiego. V kolumna, która dla zmydlenia oczu często występuje na niby antysystemowych, niby prawicowych portalach, zamarła. Nie było wytycznych, nie określono linii ataku. Aktywna była wyłącznie zjednoczona formacja prorządowa, która już od pierwszego dnia po zaprzysiężeniu wrzeszczała: - "Duda! Kiedy spełnisz obietnice?!"

Aż wreszcie Moskwa, poprzez zaufanych gońców, tajne rozmowy i oczywiście warszawską ambasadę przesłała rozkazy do ataku.
Rusza lawina obsikiwania i targania za nogawki nowego prezydenta i formacji z której się wywodzi.

Prezydent Andrzej Duda był (i nadal jest) wyjątkowo bezczelny. Przez cały okres kampanii wyborczej, a później po wygranej i nawet teraz, po objęciu stanowiska, ani razu nie wspomniał o Rosji! Nie wymienił imienia Putina! Tak, jakby Moskwa i Kreml w ogóle nie istniały. Czy to nie skandal?! I to nie tylko dyplomatyczny? Jak można się tak zachowywać, gdy Rosja jest jak zwykle przyjść z pomocą i zaprowadzić w Polsce pokój, którego widocznie tam brakuje. Czarna niewdzięczność...

Rosja zdjęła z Polski kłopot prowadzenia uciążliwego śledztwa w sprawie tragicznej katastrofy pod Smoleńskiem, jak wiadomo, spowodowanej przez pijanych wojskowych.
Rosja proponowała Polsce podzielenia się obszarem tego krnąbrnego bękarta, który bezprawnie nazywa siebie państwem Ukraina.
Rosja faktycznie zabezpiecza polski rynek, dając Polakom więcej żywności, delikatnie odmawiając importu polskiego mięsa i polskich jabłek.
Rosja jest wielkoduszna i przyjazna wobec nieco mniejszych i niezbyt rozumnych sąsiadów.
I wreszcie, Rosja stara się ze wszystkich sił chronić Polskę przed imperialnymi zakusami USA. Realizuje to wraz ze swoimi przyjacielskimi Niemcami i Izraelem. Nie oddadzą Polski na łup grubym kapitalistom.


Kreml czekał do ostatniej chwili, mając nadzieję, że nowy prezydent się zreflektuje i wróci mu rozum. Niestety, w poniedziałek jeszcze pogardliwie plunął Moskwie w twarz – nie wybrał Moskwy na swoją pierwszą wizytę! Co więcej, a to już jest doprawdy ohydne, wcale nie wybiera się do Moskwy i nie zamierza, jak każdy przyzwoity człowiek, wysłuchać mądrych uwag prawdziwego, doświadczonego prezydenta – Władimira Putina. Powiedzcie sami – jak tak można?
To nie koniec niestety... Na swoją pierwszą wizytę wybrał tych karłów z Estonii i to pod wulgarnym pretekstem podkreślenia rocznicy paktu Ribbentrop – Mołotow. Niby dlaczego komukolwiek ten sukces radzieckiej dyplomacji przeszkadza?


No to jeśli chcecie wojny, to ją będziecie mieli, panie Duda (prezydent RP).

V kolumna sowieckich sił pokoju dostała zadanie – ruszać do akcji!

I oto natychmiast wypowiedział się wysoki funkcjonariusz ruskiej propagandy, Jarosław Ruszkiewicz.
Pisze ten nagrzany propagandzista:
" [...]Duda Andrzej (Prezydent RP)  jest nowym rozdaniem światowego żyda. Jego plany polityki zagranicznej wyartykuował niejaki Szczerski (też hodowany od dawna na funkcjonariusza syjonizmu, absolwent UJ, stypendysta Georgetown i Instytutu Schumana w Budapeszcie). [...] {pisownia cały czas oryginalna jk}

I pisze nieco wcześniej nasz wybitny specjalista agitpropu charakteryzując moskiewskim okiem prezydenta:
" Brak kompetencji ale blisko do Kaczora. Brak wiedzy ale z dobrej rodziny (po żonie) Braki kompensuje przynależność do żydowskiej mafii na UJ.Jedynym szabesgojem, który został zaproszony na wyjazdowe posiedzenie knesetu w Krakowie był właśnie Duda Andrzej."
Tutaj należy przypomnieć, że Żydzi generalnie już prawie sto lat temu podzielili się na dwie silnie zwalczające się grupy: pierwsza z nich to tak zwani syjoniści, powiązani z USA założyciele państwa Izrael. Drudzy, którym m.in. reprezentuje rzeczony Ruszkiewicz, to dobrzy Żydzi, nazwijmy ich – moskiewscy. Twórcu słynnego hasła – "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się". To oni nie ustają w walce o pokój, ład i porządek. Ich niby nie ineresują grube pieniądze braci Rotszyldów, lecz tak na prawdę zazdroszczą im. Stąd ta czosnkowa żółć.
Na koniec towariszcz Ruszkiewicz stwierdza:
"[...] Państwo, które zgadza się na na obecność obcych wojsk na swoim terytorium jest państwem o ograniczonej suwerenności (tak naprawdę jej nie ma).
  Państwo, które samo zaprasza obce wojska na swoje terytorium to już nie istnieje. [...]".
Chłopina ma mocno zakodowane, prawdopodobnie aż do śmierci, że na terenie Polski mogą być wyłącznie wojska przyjazne, kochające Polskę i Polaków, czyli wojska Armii Czerwonej, czy jak tam się one teraz nazywają.
A, że wojska NATO, to również wojska polskie, związane paktem militarnym z najsilniejszymi na świecie, to nie tylko dla moskiewskiej propagandy nieistotne, ale wręcz wrogie i obraźliwe.
...
Wezwanie do walki drużynowego pioniera Ruszkiewicza (bodajże, tak jak Owisiak, prezesa poważnej fundacji), natychmiast obudziło śpiochów, tych zielonych ludzików Putina, celnie porozmieszczanych po całej blogosferze.
Fantastycznych obserwacji dokonał czynownik Zawisza Niebieski:
"[...] Możliwe, że uznano, iż 3 kadencja PO może spowodować niepokoje w kraju, postanowiono dać coś PIS, z zachowaniem status quo w formie Dudy. Dzieją się rzeczy tak wyraźnie reżyserowane, że po prostu żenujące. Uczestniczę w mszach, uczestniczę również w mszach na wolnym powietrzu ale nigdy nie widziałem, by opłatek latał popędzany przez wiatr, a tu nie tylko się to zdarzyło ale opłatek powędrował w kierunku odpowieniej osoby, kamery to zarejestrowały, a osoba ta nie była skupiona na mszy, a o razu ratowała opłatek. [...]"
Młody energiczny komandos ele nie owija słów w bawełnę i wali prosto z mostu:
"Duda !!!!! oczekujemy dobrych stosunków z Rosją !! a nie machanie szabelką! [...]Duda ! to widać że to jastrząb żydowskich interesów ! zamiast szybko dodać trzy nowe pytania do REFERENDUM ! zajmuje się operetkowym wojskiem [ po rozgromieniu wojska polskiego w latach 90 tych ] i chodzi pod rękę z Siemioniakiem w interesie żydo-USA ! a tyle było zapewnień Dudy co do pochylenia się nad dolą Polaków ! a co jest ? jest jak zawsze ! INTERES żydowski !"
Wybitny teoretyk polskości i słowiańszczyzny Krzysztof J. Wojtaz (czy J od Joshua? Dodał J. jak u mnie zobaczył E., papuga) straszy wojną! Z kim? Dlaczego?
"Niemniej - stosunek do Dudy od początku był taki sam - to nie jest Prezydent Polaków.
Czy ziści się najgorszy scenariusz?
Najgorszy - to jaki? Moim zdaniem taki, że doszłoby do udziału w wojnie.
Wszystko inne - to tylko gierki.
Za każdą cenę powinniśmy bronić się przed wciągnięciem w konflikt wojenny.

Sytuacja jest trudna, a może byc jeszcze dużo gorsza. I to niebawem.
Co można zrobić?
Moim zdaniem - tworzyć struktury oddolne organizacji życia lokalnego. Chyba nawet szkoda sobie zawracać głowy Sejmem. To martwy urząd."
Wiemy więc, co nas czeka, gdy nie będziemy się uważnie wsłuchiwać w odgłosy Moskwy. Oraz oczywiście struktury oddolne! Wraz z Wojtasem politbiuro przygotowało już odpowiednie kadry do tworzenia struktur oddolnych. Wojtaz zakładał je już chyba tysiąc razy zapraszając miłośników na grilla i bimberek.
...
To jest Proszę Państwa skromny wybór, żeby nie przynudzać, albo za bardzo nie rozśmieszać. Bo ruska propaganda, jak zawsze jest prymitywna, toporna i po prostu głupia.
Funkcjonariusz Ruszkiewicz (podobno jeden ze zdolniejszych komsomolców) nie wiadomo, jak by się sprężał i nadymał, to poziomu kibla nie przekroczy.

Nic to...
Ważne jest, że bomba poszła w górę i ruskie chabety rozpoczęły swoją cyrkową Wielką Pardubicką. Szyfrogramy dotarły, może też jakieś ruble i zdecydowanie określono i zdefiniowano nowego wroga.
Oczywiście są to ruchy, jak najbardziej w stronę upadłego bolszewika Bronka Bula i niedorobionej premierowej Kopaczowej. W poprzednim etapie ruski agitprop towarzyszy Ruszkiewicza i jemu podobnych pałkowników raczej krył się z sympatią do Komorowskiego i Platformy.
Ale jak to zwykle bywa – wyszło Szydło z worka.
Kampania ruskiego zwalczania prezydenta Andrzeja Dudy ruszyła. Dołączy do tej komorowskiej, lisowskiej, kopaczewskiej.
LEMINGI WSZYSTKICH KRAJÓW ŁĄCZCIE SIĘ!
.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Wreszcie! Komuna zdycha!

    

Chyba wreszcie doszlusowujemy do tych rozsądnych państw świata, które pozbyły się lewicy, lewactwa, lewizny i całej tej zgrai parazytów.
Wygląda na to, że jest duża nadzieja, iż komusze popłuczyny i ich potomkowie nie załapią się na poselskie synekury w nadchodzących wyborach. Jeśli tak się stanie, to będzie to początek końca pewnej ery. Prawdziwy zjazd z wyboistej górki na rowerze bez trzymanki, za to z kąpielą w szampanie na samej mecie.

Polska scena polityczna bez towarzysza Millera... Czyż to nie piękny krajobraz?


Słońce operuje intensywnie przez czas dłuższy. Przypala czachę i mąci w myślach. A w koło siermiężny krajobraz Polski Ludowej, z jej ustawicznymi problemami i komuszą bezradnością. Susza niszczy plony. Nie będzie gruszek! Za to mleka jest za dużo, bo głupie krowy nie pojęły, że już są w EU i teraz będzie kara. 660 mln bodajże. A każda krowa dostanie po dziesięć batów. Ulewy, burze i nawałnice, ba... napadają też imperialne trąby powietrzne, tak, jak za dawnych czasów Bieruta stonka ziemniaczana; rozwalają ludziom mozolnie zdobyty majątek. Premier Babiuch, tfu... , Kopacz, pochyla się z troską i głaszcze szczurka w przedziale klasy drugiej. Minister Szczurek burczy zadowolony.

Ciągle doskwiera nam komuna, ze swoją bylejakością, improwizacją i fałszywymi obietnicami. Dla niepoznaki, w ramach sojuszu lemingowo – chłopskiego nazywa się Platforma Obywatelska wraz z PSL (właściwie ZSL).

A ja sobie powieszczę trochę. Bliski udaru słonecznego, gdy rozgrzane myśli gulgoczą sobie łagodnie, jak gotująca się na małym ogniu kasza, stawiam oto tezę, że wreszcie komuna zdechnie. Jak jeszcze ostatecznie nie w październiku, to już na pewno następnym razem.
Tak to już jest z katarem. Paskudną dolegliwością, która leczona trwa siedem dni, a nie leczona tydzień. Takim właśnie, prawie stuletnim katarem w historii ludzkości jest komunizm. Wymysł nowych szatanów w piekielnej nomenklaturze – Marksa, Engelsa i Lenina (proszę zwrócić uwagę, że jak zwykle, to paskudni Niemcy) wreszcie dogorywa. Nawet ostatnie bastiony, jak Kuba wyspa, jak wulkan gorąca, że polecę słowami dekadenckiej piosenki, Kuba wodza Fidela, pojednała się z Mordorem – Stanami Zjednoczonymi.
Jeszcze tylko towarzysz Kim wyżyna po kolei swoich współpracowników, aż w końcu zostanie sam, a wtedy głodny naród koreański, który niestety zjada też psy, złapie tego obleśnego, grubego gówniarza, podgolonego w komiczny sposób, obije kijami, by mięso skruszało i po prostu go zje.


Co na to nasze rodzime komuchy?
Nie jest wesoło niestety... Platfusy z Kopaczką na czele, bezczelnie ukradły siermiężno – ludowy styl i propagandę towarzysza Edwarda i wiernego Babiucha; Bul-Bronek, który właśnie fundnął sobie mieszkanko (145 mtr kw.) za publiczne pieniądze, podpieprzył całą bezpiekę, łącznie z ZOMO – ten kręgosłup i twarde ramię komunistycznej władzy. Bezczelne chamy z Platformy – tak teraz o nich mówią towarzysze z SLD, brzydkiej córy PZPR.

A właśnie mogą stracić dosłownie wszystko. Upiornemu gnomowi komuny, Leszkowi, nie dość, że uciekają jakieś pryszczate gówniarze, to na dodatek pozwalają sobie pyskować bezczelnie i podważać nieśmiertelny autorytet. Podobno nawet ktoś ukradł słynne plastykowe siatki, które służyły Leszkowi do dowozu z Kremla, jakże potrzebnej gotówki (i to nie rubli, tylko te ohydne zielone dolary).
Lat też parę minęło, gdy maszkara lewicy, Senyszyn Joanna, zasłaniała przede mną swym obfitym cielskiem tysiące dolarów (dokładnie 50 000$), które wymieniała w kantorze na Abrahama w Gdyni, by mieć na zakup nowych kamieni naręcznych i naszyjnych, oraz fikuśnych skórzanych kurteczek młodzieżowych, w środowisku gejowskim zwanymi ramoneskami. Tak mieli kiedyś dobrze. A teraz ją nawet z Uniwersytetu wylali...

Klasyczna komuna, jak wszelakie robactwo przepoczwarza się. W swoim mateczniku, w Rosji przepoczwarza się w totalitarny faszyzm. Faszyzm i komunizm to zresztą dwie strony tego samego medalu. Obie ideologie terroryzują i walczą nieustannie, starając powiększyć swoje wpływy. Ta pierwsza walczy w obronie swojej rasy, a ta druga walczy w "imię pokoju", co jest ordynarną kpiną propagandową. Ale tak już zawsze z komuchami było – kłamali w żywe oczy i kpili z ludzi, nachalnie wciskając im kit.
Czy zauważyli Państwo, że słowa "komunizm", czy "socjalizm" zniknęły z powszechnego obiegu? Komuchy zorientowały się, że są to obecnie brzydkie słowa. Ba... znienawidzone. Więc, trzask prask, malutki zabieg socjotechniczny i nie ma "komuny" – jest "lewica". Następne stadium larwalne ohydnego robala, pasożyta, toczącego ludzkość.
Na zachodzie komuchy, żeby usprawiedliwić swoją niesłychaną żarłoczność i pazerność, dokonując w sposób niemal jawny grabieży i oszustw, wymyśliły sobie neo-liberalizm. To oni właśnie, za Miltonem Friedmanem szybko zrozumieli, że obecnie istnieje tylko jedyna władza – to pieniądz. Więc komuchy chytrze starają się opanować banki i wszystkie instytucje finansowe, by z tego przyczółka zacząć sprawować rząd dusz. Nie udało się karabinem, to więcej osiągniemy pieniądzem. Co jaskrawo widać na przykładzie kłopotów Grecji. I tu, jak zawsze, jak ze wspomnianym Marksem i Engelsem, czy Rozą Luxemburg, za bankowym lewactwem stoją Niemcy.
Tak to lewactwo zmieniło maski, otwarcie ruszyło w kierunku forsy, zaczęło nosić, jak Misio K. zegarki po 37 tyś, lub jak Sławku Nowak po 25 tyś. Oraz garniturki od Hugo Bossa, nadwornego krawca Hitlera. Taki teraz sznyt lewacki.
A jeszcze do tego, żeby było weselej i śmieszniej, ta nowa lewizna związała się ze starą lewizną, którą do niedawna medycyna uważała za wstydliwe schorzenie, a dobrzy doktorzy nadal o tym są przekonani, czyli z pederastami, lesbijkami i transwestytami, fikuśnie i dla zmyły maluczkich nazywanych środowiskiem LGBT (lesba, gej, biseks i baba z kutasem). Tak te lewaki pobratały się z tą lewizną; tak ten Kalisz z Senyszyn najeździli się na pace w trakcie tych pedalskich parad, że znienacka, całkiem niespodziewanie zaczyna się w narodzie utrwalać stereotyp: komuch = pedał.
Zresztą, jak się popatrzy jak się zabawia i obnosi ta część potomków komunistycznych bonzów, te resortowe dzieci, w tych pontonach, antifach, czy krytykach politycznych warszafki, to autentycznie można mieć wątpliwości do faktycznej płciowości i seksualności tych smutnych chłopaczków i brzydkich dziewczyn o rozbieganych oczach i niechlujnym języku. Choćby taki Sierakowski... brrrr... Niesamowite. Choć osobiście jestem przekonany, że on swoich gówniarzy robi w konia, załatwiając swoje interesy w Stanach.

Jakoś niespecjalnie próbuję się rozeznać, bo mnie to kompletnie nie interesuje, lecz słyszałem, że podobno już powstały dwie niezależne zjednoczone lewice. Na prawdę! Bolszewiki i ciubaryki. Jedni z Żelaznym Leszkiem, co to wie jak skończyć (coitus interruptus), a drudzy z tą niepełnowartościową jednostką ludzką, której nazwy nawet nie chce mi się wymieniać i który myśli, że rozum w czaszce mu się zalęgnie, gdy zapuści brodę. Jest tych grupek i kanapek komuszych, nie wiem, chyba z tysiąc. I jak zawsze, na czele niezawodny Polski Związek Emerytów, Rencistów i Inwalidów, odwieczna podpora komunizmu i lewizny.
Mądry biolog (np. Stefan Niesiołowski) wie dokładnie, że jeżeli nagle pewien organizm zaczyna się tak rozczłonkowywać i dzielić, to są to ostatnie podrygi zdychającej ostrygi.

A mówiąc już tak całkiem poważnie, jedyne, co ich jeszcze trzyma do kupy, to forsa, którą ukradli narodowi przed i w momencie tzw. transformacji (m.in. FOZZ się kłania). Mają to dobrze zachomikowane, lecz najprawdopodobniej, kompletną władzę nad nią, przejęli, kiedyś podwładni, a teraz koledzy ze służb. Gdy po Gudzowatym, Wejchercie i Kulczyku zejdzie z tego świata jeszcze paru oligarchów, to może część tej forsy się ujawni. Taki ze mnie naiwny optymista.

Tak więc Drodzy Czytelnicy – załapią się komuchy, czyli lewica jeszcze raz do naszego parlamentu, czy już mamy dosyć?
Od początku, czyli od 1989 roku byłem za dekomunizacją. A tu mi jeszcze Jaruzelskiego pochowali z honorami...

Naprawdę – dosyć.

.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Wojna 75-cio dniowa

 

Więc jednak wojna! Może kiedyś w przyszłości historycy nazwą wojną 75-cio dniową, tą śmieszną wojenkę, która będzie trwała w Polsce od 6 sierpnia do 25 piątego października i która zakończy się sromotną klęską wrogów Polski i narodu.
Na przeciwko siebie staną armie: jedna niepolska, pełna zaciężnych najemników, żołnierzy propagandy, oficerów fałszu i obłudy, dowódców przemysłu pogardy i wysoko opłacanych delegatów obcych mocarstw; a po drugiej stronie naród polski pod przywództwem właśnie wybranego prezydenta.
Walka już się zaczęła. Wystrzelono pierwsze naboje.

Strach

Strach jest emocją zmuszającą do najbardziej drastycznych reakcji. A gdy już strach przerodzi się w panikę, to ludzie działają na oślep, bezrozumnie i często tragicznie.
Nie tylko ludzie. Często przywołuje się przykład szczura zagonionego w kąt, skąd nie ma on już ucieczki. Zazwyczaj to zwierzę nie podejmuje walki i nie jest agresywne. Lecz tylko do momentu, gdy nie ma już wyjścia. Wówczas odwraca się i gryzie na oślep.
W takiej właśnie sytuacji bez wyjścia znalazł się dotychczasowy polski establishment. Pojąwszy wreszcie, że już nie ma wyjścia, nie ma najmniejszych szans na sukces, nie przyjmuje propozycji pokoju ze strony prezydenta Dudy, postanawia walczyć i siać zniszczenie do ostatniej chwili, gdy po jesiennych wyborach ich świat grabieży i korupcji, zawali się ostatecznie.
To jest także mobilizacja resztek odwodów. Kombinują sobie tak (po staremu): - jeżeli na tą tragiczną postać, Komorowskiego, głosowało podobno prawie osiem milionów, to jak się tych ludzi porządnie postraszy, teraz uśmiechniętym potworem Dudą i Szydło, co wyszło z worka, to może, jak kiedyś nabiorą atawistycznej paniki, jak do Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza oraz Zbigniewa Ziobro, z jego słynnymi oprawcami o 6-tej rano, to zawalczą u boku PO.
Niestety... ich aparat umysłowy nie nadąża za kompletną zmianą nastrojów w kraju. Może nawet widzą, ale sami się oszukują, jak skazaniec na szubienicy, że może sznur się zerwie, iż większość sondaży, które jeszcze niedawno tak im sprzyjały, dają co najmniej dziesięciopunktową przewagę PiSowi nad PO. Co przekładając na realia, daje szacunkowo PiSowi około 48%, a Platformie może w porywach 22%. Ja osobiście sumując ich notoryczny kombinatorsko – korupcyjny elektorat, urzędniczo – biznesowy, pomorsko – wrocławski i warszafka, nie sądzę by stać ich było na więcej niż 2 miliony. A to jest nie więcej, niż 15%.
Przy takim poparciu, gdy nagle szczury zaczną opuszczać tonący okręt, a lemingi masowo zaczną rzucać się w wody oceanu, nie minie rok, jak Platforma rozsypie się w proch.
I gdzie wtedy wróci rudy król Europy? Zapewne nie wróci. Wykupi jakąś posiadłość pod Sassnitz, żeby mu przypominało Zoppot, założy krótkie irchowe spodenki i fikuśny zielony kapelusik i będzie wreszcie żył w Vaterland za tłustą europejską emeryturę.

Pierwsze ataki

Rozkaz do natarcia dał wspomniany rudzielec bezczelnie i gówniarsko olewając uroczystość zaprzysiężenia nowego prezydenta. Do tego jeszcze, jak klasyczny klasowy gnojek i tchórz, co to sam prowokuje, a potem wrzeszczy: - Proszę pani! Oni mnie biją! – rozesłał po mediach informacje, że został skrzywdzony i niezaproszony. Ot – już nawet nie król, a pewnie cesarz, Tuskolossimus...
Natychmiast zareagowała GieWu i porzucona, lecz ciągle wierna mężczyźnie swojego życia, Kopaczka.
Rozpoczęła się kanonada. Szmatławce typu "Fakt", czy  gazownia manipulują i kłamią. Wspomniany szkopski Fakt, cztery dni po objęciu stanowiska prezydenta, pyta się: - Gdzie jest 500 złotych na dzieci?! Co, miały być pewnie już wczoraj?
Kto tylko może z dyżurnych pyskaczy szczękowych; osobiście słyszałem Wołka, któremu za samą wykrzywioną gębę, przyznawałbym codziennie 10 lat ciężkich robót, przy melioracji popegieerowskich rowów, ma już gotowe zarzuty do nowego prezydenta.
Głupek Europy, Bolek: - "Jak orędzie można mówić z głowy, a nie czytać z kartki?!" (Świat pewnie pomyśli (kombinuje sobie Wałęsa), że my jesteśmy analfabetami!)
Matołki, które zostały pośród platfusów wyznaczone na rzeczników, jeden, o ile dobrze pamiętam Tomczyk, bo kłapie dziobem nieustannie i bez sensu, jak żydowski sprzedawca dywanów i pani Mucha, której, jako typowej blondynie wybacza się każde słowo (dziewczyna pyta się w tramwaju motorniczego: - czy tą linią dojadę na Plac Krasickiego? ... po chwili pyta się jej koleżanka blondynka: - A ja?), szczekają, warczą i szczerzą zęby w klasyczny, ratlerkowski sposób: - Duda to, a Szydło tamto... Albo konkretnie noblistka Mucha: - Czemu pan Duda jeździ teraz po Polsce??? On powinien przestać! Wolno mu dopiero po 25 października!

Oczywiście, w tej kabaretowej wojence prym wiedzie premierowa Kopaczowa, przez naród żartobliwie nazywana Kopaczką – Kłamaczką. Z braku na scenie Bronisława Bula, postanowiła przejąć pałeczkę w gadaniu głupot, podszczypywaniu i gryzieniu po łydkach. Nawet nieźle jej to już wychodzi i wkrótce w ilości kpin w internecie dogoni Bronka Szoguna. Idzie to jej tak sprawnie, bo to urodzona kłamczucha.
Pamiętacie jej wejścia? A może ktoś pamięta jej słowa prawdy? Może górnicy? Może pacjenci?

Klęska

Gdzie jest ta słynna wyciągnięta ze strony Platformy ręka? Pewnie wkrótce ukażą się całymi stadami po wygranej PiSu i Kukiza. Już widzę – Marcinkiewicz, Migalski, Kluzikowa i inni. A liczny pochód zamykają obrotowi : Giertych i łysy Kamiński.

Ich klęska, a nasze zwycięstwo, to ostatnia nadzieja na prawdziwą suwerenność. Tylko wtedy będziemy mogli odzyskać Polskę i pogonić złodziei. Wewnętrznych i zewnętrznych.
Oni to już jasno widzą. Tak, jak to powiedział pan Mazgaj, właściciel pseudosnobistycznej sieci marketów Alma: - Pora wyjeżdżać do Monaco.
A dobry doktor Kulczyk, odszedł nawet dalej...


.

sobota, 8 sierpnia 2015

Kłamaczka i Gazoport – wznowienie

 
Pamiętacie? Pod koniec lutego premiera Kopacz, której wymowne usta rzadko prawdą się zhańbią, przyrzekała – jak bonie dydy, że ona
osobiście, oraz jej rząd i partia uroczyście odda do użytku Gazoport w Świnoujściu, ku chwale ojczyzny i oczywiście swojej, już w lipcu tego roku (nieważne, że miał być oddany rok wcześniej, w 2014 r.).

Ponieważ temat ten jest mi nieco bliski, a jednocześnie notorycznie nie ufam Kłamaczce, parę dni później, 3 marca napisałem, co o tej ściemie sądzę. No i okazało się, że miałem rację! Wiosna przyszłego roku, a nie lipiec br., to najbliższy realny termin.
Jako, że temat gazoportu powrócił dzięki niezawodnej Anicie Gargas, pozwólcie, że przypomnę, co pisałem pięć miesięcy temu.
Temperatura skroplonego LNG, minus 165 stopni, przy dzisiejszych upałach, to temat w sam raz na dzisiaj.

.....................

Cuda, przekręty i niesłychane rzeczy dzieją się na budowie terminalu gazowego w Świnoujściu. Niestety, potwierdziła to dokładnie kontrola NIK w lutym tego roku.
Obserwowałem podobną inwestycję, wykonywaną przez tą samą firmę w Nigerii - żadnych kłopotów.
Co jest do cholery?
Jakie znów kłamstwo? Załamią lemingi ręce. Takie, że terminal wreszcie będzie w pełni funkcjonalny w lipcu tego roku.
Znając jednak bezczelność tych rządowych cwaniaków, można wprawdzie podejrzewać, że ponownie zastosują wariant HGW w Warszawie z drugą linią metra.
Na dwa dni przed listopadowymi wyborami uroczyście otworzyła ją, na którą to uroczystość wydano pół miliona złotych i zaraz potem ponownie ją zamknęła. Lecz obiecała, że zaraz na święta już się uruchomi. Tylko... nie powiedziała,na jakie święta
Założę się o dobrą wódkę, że Kopacz powtórzy ten manewr. Zakład?! [Niestety, pomyliłem się, nie wyrobi się nawet do wyborów – JK 2015-08-08]

Jeszcze trochę, a ta tragiczna budowa będzie trwała dziesięć lat. Zaczęto ją dokładnie w 2006 jeszcze za PiSu. A potem wzięli to w łapy fachowcy z PO. Na świecie buduje się takie inwestycje – i to w dziesięciokrotnie trudniejszych warunkach (skały, bądź piaski, głębokość morza, pływy itp.) przeciętnie cztery lata. A jak się chce, to można i szybciej.

Tymczasem... Najwyższa Izba Kontroli, która jakoś nie idzie na pasku PO i rządu zrobiła w Świnoujściu kontrolę budowy gazoportu.
I w mediach ukazały się szokujące tytuły:

Amatorszczyzna, chaos i znaki zapytania. Rząd Kopacz chciał… utajnić szokujący raport NIK! Gazoport w Świnoujściu dalej w proszku, możemy utracić miliony z UE!
[ http://wpolityce.pl/gospodarka/235683-amatorszczyzna-chaos-i-znaki-zapytania-rzad-kopacz-chcial-utajnic-szokujacy-raport-nik-gazoport-w-swinoujsciu-dalej-w-proszku-mozemy-utracic-miliony-z-ue  ]

Żeby nie być przez lemingów oskarżony o prawicowe oszołomstwo – proszę bardzo – to samo z TVN24
Miażdżący raport NIK o budowie gazoportu. Lista błędów i niedociągnięć[ http://tvn24bis.pl/z-kraju,74/raport-nik-o-budowie-gazoportu,520058.html  ]
Zanim przeniosłem się w rejony pracy offshore, spędziłem parę lat na gazowcach, w tak poważnych firmach, jak niemiecki Hartmann, czy kuwejckie KOTC (Kuwait Oil Tanker Co.), popularne w Europie swoimi stacjami benzynowymi oznaczonymi Q8, oraz rafinerią w Rotterdamie.
Kumam więc co nieco w temacie.
Może nieco wyjaśnienia dla laików – statkami, tzw. popularnie gazowcami transportuje się LPG, LNG i produkty.
A więc po kolei:
- LPG to Liqud Petroleum Gas, czyli zazwyczaj mieszanina propanu i butanu; skroplona i przeważnie jest to produkt uboczny z rafinerii ropy naftowej (choć może być też z naturalnych, świeżo wywierconych odwiertów. Statki, tzw LPG carriers przewożą ten gaz w podwyższonym ciśnieniu i temperaturze około minus 40 degC, co powoduje, że w długich podróżach trzeba go bez przerwy systemem kompresorów skraplać, żeby utrzymać go w postaci cieczy. Gdyby coś wysiadło i gaz się podgrzał do temperatury otoczenia to by się rozprężył 250 razy. To by był dopiero wielki BAMMM!  Na szczęście są zabezpieczenia, powiedzmy – zawory bezpieczeństwa, które zapobiegają zniszczeniu statku, przez podgrzany ładunek. Jednakże osobiście widziałem dwa wybuchy i rozerwania takich statków: - jeden na redzie portu Lavera (Marsylia) (bez ofiar śmiertelnych) i jeden w koreańskim porcie Ulsan (statek norweski, siedem ofiar śmiertelnych). Ten gaz jest tak piekielnie niebezpieczny, bo jest cięższy do powietrza, zalega na dole i się snuje po powierzchni, tworząc wysoko eksplozyjną mieszankę z powietrzem. Mówię wam – paskudztwo. Wiele nocy nie przespałem kontrolując tzw. LEL – lower explosive level, czyli poziom ryzyka. Nigdy już bym na taki statek nie wrócił.
- LNG to Liquid Natural Gas, czyl gaz naturalny ze złoża poddany skropleniu. Tutaj już nie mamy takich śmiesznych temperatur jak przy LPG. Skroplony LNG przy ciśnieniu atmosferycznym ma minus 162 degC !!! Statki LNG nie maja takiej maszynerii, by utrzymywać ten gaz aż w tak niskich temperaturach. Aha... ten gaz, to nasz bardzo pospolity metan CH4, taki przykry, jak ktoś zepsuje powietrze. Metan jest gazem wysoko energetycznym (około 0,6 mocy paliwa diesla) i z powodzeniem można go stosować we wszystkich silnikach spalinowych. To zrodziło pewne fascynujące i zarazem ekonomiczne rozwiązanie. Jako, że nie ma na statkach aparatury do schładzania do minus 162 stopni, a statki nie są idealnymi lodówkami, to ładunek nieustannie wrze, rozpręża się i trzeba, gdy już jest zgazowany, odprowadzić go. I tu właśnie można tą gazową część ładunku wykorzystać do napędu silnika głównego, oraz generatorów pomocniczych. Więc im dłużej statek płynie, tym więcej spali skroplonego gazu, który ma w ładowniach. Jednakże statki LNG to jednostki olbrzymie, przeznaczone do dalekich podroży morskich. W przypadku Polski ma to być trasa Katar, Zatoka Perska – Świnoujście. Statek taki będzie tą trasę płynął dokładnie 21 dni. W tym czasie, każdego dnia odparowuje 0,15% ładunku i przeznacza to na zasilanie silników. Czyli w takim przelocie straci nieco ponad 3% ładunku.
LNG carrier, to statki bardzo drogie. Niewiele stoczni na świecie je produkuje, bo tu autentycznie potrzeba mistrzostwa. Nie będę dalej głowy zawracał technicznymi detalami, jak izolowane termicznie aluminiowe zbiorniki typu Moss, czy francuskie i amerykańskie zbiorniki membranowe, a do napędu używane turbiny parowe, lub średnio-obrotowe diesle.
Zajmijmy się tym, czym gaz będzie dostarczany do Świnoujścia. To kompletnie nowa generacja statków LNG zwana Q-Max (Q od Katar). Pierwszy taki statek zaczął pracę w 2008 roku. Wybudowano je w stoczniach Korei Płd Samsunga i Daewoo. Miałem zaszczyt w obu tych stoczniach pracować. Te statki LNG mają swoją własną instalację do ponownego skrapiania ładunku.
No więc pokrótce: - typowy Q-Max ma 345 metrów długości, 54 metry szerokości, oraz 12 metrów zanurzenia. Posiada pojemność 266 000 metrów sześciennych skroplonego gazu naturalnego, co jest ekwiwalentem 161 994 000 merów ładunku w postaci gazowej. Ma dwa, wolnoobrotowe dieslowskie silniki główne, co zdecydowanie ogranicza emisję gazów do atmosfery – a Morze Północne i Bałtyk są objęte szczególną ochroną. Własne pompy wyładowcze potrafią wypompować taki statek w jeden dzień.
Nie znam szczegółów kontraktu, ale podejrzewam, że do Świnoujścia będą przypływać nieco mniejsze gazowce – nie Q-Max, a Q-Flex. Nie 266 000, a 210 000 merów sześciennych skroplonego gazu. A wszystko to przez te Cieśniny Duńskie, gdzie tam w paru miejscach Wielkiego Bełtu, naprawdę duże statki ledwo się mieszczą (zazwyczaj wszystkie te duże statki, które mogą wpływać na Bałtyk, nazywa się Baltimax).
Kiedy już taki Katarczyk, powiedzmy M/T Al Samriya, zacumuje do terminalu z pomocą co najmniej trzech holowników, to jak na stacji benzynowej, tylko bardzo, bardzo szczelnie połączy zbiorniki statku poprzez pompy wyładowcze, ze zbiornikami w Terminalu. Muszą one bez problemu odebrać ten bardzo zimny (-162 degC), ciekły ładunek, szybko i sprawnie. Każde zatrzymanie procesu rozładunku jest wielkim problemem.
No dobra, doba minęła, statek jest pusty, a cały ładunek, ciągle ciekły, w zbiornikach – termosach w Świnoujściu. W międzyczasie na statku starszy oficer, wraz z oficerami pokładowymi, dokonali zabalastowania wodą morską, by utrzymać stateczność pustej jednostki, a nadzór techniczny nad całością procesu i maszynerią, mają cały czas starszy mechanik, i ETO, czyli oficer elektryk/elektronik. Wszystko OK – gazowiec spokojnie odpływa pusty.
Tymczasem w Świnoujściu nadzór techniczny musi zrobić wszystko, by jak najszybciej zbiorniki opróżnić i przygotować je na przyjęcie następnego ładunku. Musi więc przede wszystkim, tą strasznie zimną ciecz zamienić na gaz o temperaturze atmosferycznej, a wtedy objętość zwiększy się sześćset razy i rurociągami puścić go w Polskę. I tu się rola terminalu gazowego kończy.
Co dalej z tym gazem będzie się działo zadecyduje PGNiG. Część pewnie od razu pójdzie do zakładów przetwórczych (np. chemicznych – pobliskie Police), a część się zmagazynuje w podziemnych kawernach (np. puste wyrobiska po kopalniach soli).
W czym jest zatem problem?
Problem jest niestety po polskiej stronie. Polska reprezentacja to marni specjaliści, zazwyczaj karierowicze, niefachowcy z nadania PO.
Terminal buduje włoska firma Saipem (Società Anonima Italiana Perforazioni E Montaggi), bardzo duża i poważna firma, dobrze mi znana, zamierzałem nawet raz dla niej pracować, ale znana głównie z budowania podmorskich rurociągów, m.in North Stream (czyli na Bałtyku, Rosja – Niemcy), czy South Stream. Saipem jest fragmentem wielkiego włoskiego koncernu Eni (jak Shell, BP, Total, czy nasz malutki Orlen).
Firma ta zazwyczaj pracuje dobrze i wydajnie, oczywiście, jak ma prawidłowo podpisany kontrakt, inwestor wie dokładnie czego chce, a jego nadzór potrafi skutecznie wyegzekwować wykonanie, harmonogram i jakość wykonania. A następnie uruchomienia, testy i odbiór.
Jest jednak pewien poważny haczyk. Włoski Saipem zbyt mocno związał się z putinowskim Rosneftem. A komu, jak komu, Rosjanom bardzo zależy, by Polska nie miała jak najdłużej swojego terminalu LNG.
Oni by najchętniej przejęli w Polsce cały sektor naftowy i gazowy. Za rządów komuchów byli już bardzo, bardzo blisko przejęcia nie tylko gdańskiej rafinerii Lotosu, ale także gdańskiego, najgłębszego na Bałtyku terminalu paliwowego. Jak wówczas przypływałem tam norweskimi tankowcami, by ładować ruską ropę, która przychodziła do Gdańska odnogą rurociągu "Przyjaźń", to słyszało się tam, w Gdańsku tylko mowę rosyjską.
Potem jeszcze chcieli przejąć Orlen i polskie rurociągi. Czarnym Piotrusiem tych ruskich zakusów jest pan doktor Kulczyk, wraz ze swoim pracownikiem, ex-prezydentem Kwaśniewskim.
Zasadnicze pytanie na dzisiaj, tuż po kontroli NIKu jest takie:
- czy taki totalny bałagan i chaos na budowie terminalu jest dlatego, że wykonawcy, Włosi, sterowani przez Rosjan, robią wszystko by spowolnić i odsunąć moment uruchomienia gazoportu;
- lub, czy taki totalny bałagan i chaos na budowie terminalu jest dlatego, że polska strona, inwestor, nadzór i rząd polski jest taki nieprofesjonalny, żeby nie powiedzieć byle jaki, podpisał fatalne kontrakty, nie daje sobie rady i ku zadowoleniu Włochów, którzy zgarną dodatkową forsę, wszystko się ślimaczy;
- a może, jak to często u nas bywa, ktoś wziął w  łapę, nie ważne, czy od Ruskich, czy od Włochów, jakiś minister, albo wice, albo dyrektor departamentu, żeby właśnie budowa gazoportu trwała jak najdłużej.
Wszystko jest możliwe...
Na moje oko z boku, może... i to bardzo wątpliwe może, w lipcu zakończy się budowa gazoportu przez Włochów. Będzie wielka uroczystość, bal i fiesta, wstęgi, ordery i orkiestra; oczywiście wysokie premie i ogólny zachwyt w mediach. Tylko...
Od zakończenia budowy do uruchomienia jeszcze daleka droga. Musi być setki odbiorów i testów, w tym przez niezależnych międzynarodowych inspektorów. Potem próby (choć już pewne widziałem – zbiorniki napełniono wodą do badania szczelności) i odbiory, odbiory, setki podpisów, atestów, certyfikatów – jak zawsze przy nowym projekcie. Katarczycy nie zbliżą się nawet do Bałtyku, jak nie zobaczą wszystkich ważnych międzynarodowych certyfikatów, włączając w to najnowsze ISO.
Otóż na moje oko z boku dobrze będzie, jak uporają się z tym w pół roku.
Więc może wreszcie pierwszy skroplony gaz LNG z katarskiego gazowca Świnoujście zobaczy może w lutym, marcu przyszłego roku.
Pucułowaty gostek od Kopaczowej twierdził publicznie w telewizji, że, wszystko już jest gotowe w 95,7%, pewnie dostanie medal i wysoką premię.
A kto pójdzie siedzieć? Może stróż i inżynier Maliniak (w zawieszeniu).
.
Ps. Wiele szczegółów pominąłem świadomie, jak np. napęd turbinami parowymi na starszych gazowcach LNG.

.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Nam gwizdać zakazano

 

Jak to już jest w zwyczaju od wielu lat, pierwszego sierpnia o godzinie 17-tej, na Cmentarzu Powązkowskim, pod pomnikiem Gloria Victis, przedstawiciele znienawidzonego establishmentu, tym razem w osobach premierzycy Kopacz i prezydentowej Gronkiewicz – Waltz – Bufet zostali wybuczeni i wygwizdani przez niezależny lud Warszawy.
A prezydent – elekt Andrzej Duda, któremu tenże establishment uprzykrza życie do końca, jak tylko się da, został przywitany gorącymi oklaskami.

Czy to jakiś niespodziewany ewenement? Od lat wystarczy popatrzeć i posłuchać, by wiedzieć dobrze, że sympatie ulicy, jakże symptomatyczne i emocjonalne, bo podbudowane ludową mądrością, powodowały wygwizdywanie i pokazywanie nieprzystojnych gestów do takich gadów, jak Jaruzelski i Kiszczak, po faryzeuszy i krętaczy jak Tusk, Michnik, "profesor" Bartoszewski i wielu innych.
Jednakże niewątpliwym rekordzistom, jest król obciachu i żenady, na szczęście siedzący już na walizkach, nigdy przeze mnie nie akceptowany, bo do władzy doszedł w dziwny, niewątpliwie ubecki, sposób, ex- prezydent (dziękujemy ci Panie!), Bronisław Maria Komorowski.
Arogant, cham i niezbyt zborny osobnik autentycznie w końcówce znieść musiał potężną dawkę niechęci, wstrętu i kpiny, czym szczodrze obdarzał go polski naród. A on, w swojej prostocie i marności, nie potrafił tego zrozumieć! A jego durni doradcy, żeby szefa uspokoić, tłumaczyli, że to ten wściekły i wredny PIS, to wszystko organizuje. To nie żaden naród, który jest poczciwy i przyjazny, bo przecież obdarzał niedawno 80 procentowym zaufaniem. Oczywiście, jak podawały zaprzyjaźnione sondażownie, na usługach, albo na rozkaz.
W pale się nie mogło mieścić betonowym czerepom platfusiowskiej wierchuszki, łbom tak zakutym i zakłamanym, że słynny komunistyczny beton, to przy nich szczawiki, że mogą być niekochani.
Gdy wreszcie powoli to zaczęło docierać, najpierw tylko do co poniektórych, gdy wreszcie zrozumiał tą przykrą rzeczywistość wspomniany Bronisław Maria, to się po prostu w szczeniacki sposób obraził. Jego mściwość i gówniarstwo objawiło się przede wszystkim w maksymalnym utrudnianiu życia swojemu następcy, który pokonał go w wyborach, tym razem dosyć szczelnie kontrolowanych przez obywateli.
Lecz tegoż pierwszego sierpnia nie zdobył się na to by stanąć bezpośrednio na Powązkach, oko w oko z Warszawiakami. Bardzo mocno podejrzewam, że bał się on swoich własnych reakcji. Może by tylko wrzeszczał i machał rękami, a może by usiłował dać rozkaz warcie honorowej, by zaczęła strzelać do nienawistników? Oczywiście pisowców w jego oczach, lub jeszcze bardziej konkretnie, do każdego, mężczyzny, kobiety, lub dziecka, co tylko minimalnie przypomina Jarosława Kaczyńskiego.

- "Dobrze, że chociaż nie pluli" – stwierdziła przeurocza marszałka Kidawa Błońska, która, jako kobieta salonowa już się martwiła o rozmazujący się makijaż.
Kopaczowa niestety nie chciała przejść do historii, choćby stwierdzeniem, że może im wszystkim rozdać ciasteczka. Albo postawić lody.
A Gronkiewicz – Waltz – Bufet, jak zazwyczaj uwodziła wszystkich swym słynnym, enigmatycznym i mongolskim uśmiechem, na coraz młodszej twarzy.

To, czego Bronisław Maria nie był w stanie znieść, w obawie przed kaftanem, trzy damy, jak trzej muszkieterowie, opanowały i z kamiennymi twarzami (w tym ta, z tym mongolskim uśmiechem) dały odpór motłochowi.


Nie minęło wiele godzin, a wierne i jak zwykle niezawodne organa propagandy przystąpiły do ataku na ten żenujący incydent. Jak wspomniałem, natychmiast mądrzy eksperci i obserwatorzy sceny politycznej sformułowali dwie linie zaistniałego skandalu: - był to nie pierwszy i jakże typowy dla tej swołoczy, atak pisiorów; tezę tą wzmacniały nieprzystojne oklaski dla pana Dudy, drugi wątek naukowych rozważań koncentrował się nad zachowaniem zwykłego motłochu, chamskiego i prymitywnego. Zapewne kiboli.
Tak, czy inaczej, był to incydent godny najwyższego potępienia i najwyższej pogardy.

Nie ważne, kim byli gwiżdżący i buczący, ale tak w przyzwoitym warszawskim towarzystwie się nie postępuje drodzy pisowcy, a przede wszystkim panie Jarosławie Kaczyński i panie Antoni Macierewiczu. My, po stronie postępowej Platformy dobrze wiemy, że to dokładnie wy za tym stoicie.

...

Swoją drogą głupia jest ta Platforma, jak but. Wiadomo, że uroczą twarz Kopaczowej, twarz PO w zbliżających się wyborach, jak również twarze jej psipsiólek, filuternych kobietek skądinąd, należy chronić za wszelką cenę.
Więc dlaczego ponownie nie zmusili Bronka, by przyjął na swą skołataną głowę, ponownie tego wiadra pomyj? Przecież on już przyjmował jajka na klapy. I to na Ukrainie! Wytrzymał zagrożenie krzesłowe. Dzielnie przeciwstawił się paskudnej chorągiewce, którą mu ten wąż Duda zaserwował w czasie debaty. Widać, że to silny i dzielny osobnik. Nastajaszczij czieławiek, jak by powiedzieli jego przyjaciele.
Więc dlaczego jego nie użyto? Przecież i tak jest passe. No, chyba, że rzeczywiście załamanie groziło na prawdę.
A nasza Ewa Peronowa, po której, jak się wydaje, wszystko spływa jak woda po kaczce, nie cierpiała by niepotrzebnie, a jej koledzy psychiatrzy dobrze wiedzą, że stopniowe nagromadzenie stresów może złamać najtęższą brzozę, tfu... kobietę.


.

czwartek, 30 lipca 2015

Dziwna to śmierć dla mnie...

 

Wielu Polaków fascynowała postać Jana Kulczyka. To było nie było zwycięzca naszych czasów, najbogatszy Polak, a na dodatek pracodawca prezydentów, bo alkoholowy Aleksander Kwaśniewski był przecież zatrudniony przez niego. I to pewnie nie jako kiper, czyli degustator w Browarach Wielkopolskich.
Podobnie jak wielu kolegów blogerów, jak również profesjonalnych dziennikarzy, wgryzaliśmy się w życiorys i karierę, od dzisiaj świętej pamięci doktora K.
Dzisiaj portale po doniesieniach o śmierci miliardera ożyły tekstami pełnymi wątpliwości. I słusznie. Wyszkoliliśmy się już w dziwnych zgonach i tajemniczych katastrofach. Więc już o dziesiątej, tuż po pierwszej informacji, mózgowe dynamo zaczęło pracować coraz szybciej, aż zapaliła się w  lampka, a brzęczyk zaczął swą piosenkę – jak to możliwe?

Zmarły pan Kulczyk był moim rówieśnikiem. Dobrze więc wiem, jaki się ma organizm, gdy przypadkiem nie ma się genetycznego defektu, nie jest się jak Jerzy Pilch alkoholikiem i regularnie bada się u dobrych doktorów. A kto mógł mieć najlepszych doktorów, jak nie najbogatszy człowiek w Polsce? Nie tylko naszych rodzimych, lecz jak mu się zachciało, to także francuskich i amerykańskich. Lub, jak w tym dziwnym przypadku – słynnych wiedeńskich.
Ojciec doktora Jana, Henryk Kulczyk, zmarł dwa lata z hakiem temu, w wieku 87 lat. Świetnie się trzymał do końca. [1] Czyli syn jego, Jan, pochodził z rodziny raczej długowiecznej.

Doktor Kulczyk, jak do mnie dociera, miał we Wiedniu drobny zabieg kardio-chirurgiczny. Powiedzmy, wszczepienie bypassów, operację, którą rutynowo wykonuje się tysiącami codziennie na całym świecie. Nie mogło to być nic poważniejszego, bo właśnie we wtorek miał on opuścić szpital i miał poumawiane ważne spotkania.
Ten Wiedeń wyraźnie panu Kulczykowi nie służył. A pamiętajmy, że to światowa Mecca tajnych służb i mafijnych interesów.

Już raz oligarcha miał we Wiedniu potężną, jak to mówią młodzi, wtopę.
"Osobę najbogatszego Polaka wiąże z Wiedniem przede wszystkim lunch w restauracji Niky´s 17 lipca 2003 r. Obok obiadu drawskiego to najsłynniejszy posiłek w 16-letniej historii III RP.
Sprawa lunchu wypłynęła w związku z pracą komisji ds. PKN Orlen. Po spotkaniu w Wiedniu Kulczyk przyszedł do ówczesnego premiera Millera i opowiedział mu, że rozmawiał z Ałganowem. Premier przekazał sprawę szefowi Agencji Wywiadu, Zbigniewowi Siemiątkowskiemu. Ten sporządził z rozmów z Kulczykiem notatkę, której treść została  ujawniona. Dowiadujemy się z niej, że Ałganow mówił o łapówce wziętej od Rosjan przez ministra skarbu Wiesława Kaczmarka i szefa Nafty Polskiej Macieja Giereja. Inną wersję wydarzeń ze spotkania ma polski wywiad. Nie ma w niej mowy o łapówkach, jest za to informacja, że Kulczyk powoływał się podczas spotkania na swoje wpływy "u pierwszego" (chodzi najprawdopodobniej o prezydenta) i obiecywał pomoc w prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej po myśli Rosjan." [2]
Proszę, proszę, taki to był lunch wiedeński – Wiktor Ałganow, ruski szpieg, dobrze znany z afery Olina, panowie Kuna i Żagiel, co pachnie jak cholera Mossadem, no i nasz dobry pan Jan Kulczyk. No, no, no...

Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa, która nasuwa się na myśl po informacji o śmierci Kulczyka.
31 października 2009 roku, również w szpitalu, w Szwajcarii umiera na głupie powikłania pogrypowe inny polski oligarcha, wyceniany na 3,7 miliarda, Jan Wejchert. Przypominam, to on zakładał TVN, był prezydentem grupy ITI i współwłaścicielem stacji, które nadają pod szyldem TVN. Był też jednym z właścicieli Legii Warszawa, portalu Onet.pl, sieci Multikino. Nie trzeba dodawać, że podobnie, jak Kulczyk, miał liczne powiązania z wywiadem i to nie tylko polskim, jak również z politykami. To zresztą widać wyraźnie jeszcze dzisiaj w repertuarze i linii ideowej stacji TVN.
Czy jest więc przeznaczeniem polskich oligarchów umierać głupio i gwałtownie w szpitalach? Jan Wejchert, lat 59, Jan Kulczyk lat 65. Obaj rocznik 1950.

Dobry doktor Kulczyk, tak lubiany i ceniony na salonach, nie był dobrym Polakiem i dobrym biznesmenem. On był tylko handlarzem, pośrednikiem – tanio kupował, drogo sprzedawał. Poprzez swoje powiązania i układy tanio kupował od jedynego bogatszego od siebie, od państwa polskiego. Potrafił też Polsce drogo sprzedać, jak te słynne Volkswageny dla policji. Ale raczej przepływ był jednostronny: państwo polskie -> Kulczyk -> zagraniczny klient. Widać z tego, że Kulczyk brał udział i wspaniale zarabiał na wyprowadzaniu majątku narodowego z kraju. Czy takiego człowieka można uważać za dobrego patriotę? Wątpię... A taki obraz będzie teraz kształtowany przez warszawkę, której rzucał ochłapy, jak parę milionów dla kadry olimpijskiej, parę milionów dla dumy i chluby warszawki, jaką jest Muzeum Żydów Polskich, no i oczywiście synekura dla prezia Kwaśniewskiego.

Twórca polskiej mafii, Nikodem Skotarczyk, "Nikoś" zginął w samo południe, zabity przez kilera strzałem z pistoletu w restauracji, gdzie przebywał w towarzystwie. Na oczach wszystkich. Wyraźny sygnał.
Andrzej Lepper, ludowy polityk, który chlapał jęzorem i za dużo wiedział, popełnił samobójstwo, wieszając się w biurze. Zadziałał tu legendarny już w społeczeństwie "seryjny samobójca". Wyraźny sygnał.
Najbogatszy Polak, oligarcha, który nie stronił od podejrzanych interesów z podejrzanymi ludźmi, Jan Kulczyk zmarł w szpitalu z powodu powikłań przy błahej i banalnej operacji.
Czy to też wyraźny sygnał?
Przecież wiemy, że nie spadają same samoloty z prezydentem na pokładzie, a miliarderzy nie umierają podczas pospolitego zabiegu chirurgicznego.

Ps. "W czerwcu tego roku w hotelu Hilton w Warszawie odbyła się międzynarodowa konferencja naukowa poświęcona operacji „Most”, którą prowadzili właśnie Andrzej Gąsiorowski i Bogusław  Bagsik.
Głównym organizatorem wydarzenia, zgodnie z informacjami podanymi na stronie poświęconej operacji ”Most”, jest Organizacja Byłych Oficerów Wywiadu Polska. Jak podają organizatorzy „25 lat temu rozpoczęto operację 'Most'. Szczegóły tej fascynującej historii są nadal owiane głęboką tajemnicą. W dniu 18 czerwca 2015 roku podczas konferencji będzie można spotkać przedstawicieli uczestniczących w tej operacji" [3]
Panowie Bagsik i Gąsiorowski – międzynarodowi szulerzy, z izraelskimi paszportami. Okradli Polskę na miliardy. Czy to też, jak przy panach Kunie i Żaglu pachnie Mossadem? A nasz dobry doktor Kulczyk też był w to zaangażowany?

........................................
[1]   http://natemat.pl/109021,kim-byl-henryk-kulczyk-ojciec-jana
[2]   http://wiadomosci.onet.pl/prasa/aferalny-wieden/z2fkv
[3]   http://telewizjarepublika.pl/aferzysci-z-art-b-na-konferencji-naukowej-poswieconej-operacja-quotmostquot,2081

niedziela, 26 lipca 2015

Sławomir Neumann – wiceminister, czy szara eminencja?

 

W polskich aptekach, o czym pisałem wielokrotnie, brakuje leków. W tym tych ratujących życie. Nic się nie zmienia, póki u władzy jest partia kombinatorów.
To właśnie za skandal z lekami, a nie za podsłuchy poleciał kompletny nieudacznik, Bartosz Arłukowicz. Był to jednak ruch pozorny, bo nic się nie zmieniło. Jego następca, zasłużony kardiochirurg, nie ma zielonego pojęcia, co się w ministerstwie dzieje, jakie przekręty się tam organizuje i najpewniej nie będzie miał czasu i ochoty, by się tego dowiedzieć i nauczyć.

Dlaczego?

Bo, jak donoszą z ministerstwa zdrowia, całym tym państwowym, medycznym syfem rządzi szara eminencja – wiceminister Sławomir Neumann. Dla mnie postać lepka i podejrzana.

Pierwszy raz poznałem tego nieciekawego gostka widząc go w sejmowej komisji nadzwyczajnej do spraw afery hazardowej. Sprawiał, jak najgorsze wrażenie, stanowiąc tandem z debilowatym przewodniczącym komisji, który się wsławił żądaniem, by puste krzesła głosowały nad raportem.
Nie miałem wówczas pojęcia, kto zacz, a już najmniej się spodziewałem, że jego poziom inteligencji pozwoli mu na bezczelne kręcenie lodów na państwowym wikcie.
Okazuje, że myliłem się. Zresztą podobnie, jak w stosunku do jego imiennika, Sławomira Nowaka, czy "pistoleta" Grabarczyka. Na pierwszy rzut oka, to niesprawne tumany mające kłopoty z twórczym myśleniem, a w rzeczywistości to cwaniacy i spryciarze, świetnie potrafiący dbać o swój dobrobyt.

Przypomnę, dlaczego w kraju brakuje szeregu najważniejszych leków i to takich, do których państwo, czyli my wszyscy obywatele, dopłacamy ogromne pieniądze.
Hurtownie farmaceutyczne, które mają monopol na sprzedaż leków aptekom, a których jest ponad sześćset, mają ustawowo określoną marżę, w wysokości 5 procent. Ale! Według interpretacji ministerialnych cwaniaków pana Neumanna, gdy te leki eksportują za granicę, to marżę mają nieograniczoną!
Więc po co sprzedawać leki w kraju, za głupie pięć procent zysku, jak te najbardziej pożądane można wyeksportować z kilkuset procentowym przebiciem. A na dodatek, szczęśliwie dla szalbierczego procederu, leki w Polsce są kilkakrotnie tańsze niż na zachodzie.
Złota żyła! Czy nadzoruje ją pan Neumann?
Szacuje się z grubsza, że wywieziono z kraju leki za 3 miliardy złotych. Leki, które miały służyć polskim pacjentom, a którzy z szaleństwem w oczach, biegają od apteki, do apteki, by je zdobyć, bo są to leki bardzo poważne, ratujące życie, niezbędne po operacjach, czy stosowane w kuracjach onkologicznych.
W ubiegłym tygodniu wprowadzono usprawnienie (a na prawdę utrudnienie) – aptekarze codziennie zamawiający leki mają raportować braki w hurtowniach. Bij, zabij, jeżeli rozumiem, jak to ma poprawić dostępność leków na rynku?
Dopóki hurtownie mają otwartą przez ministerstwo bezkarną ścieżkę do eksportu leków, to będą eksportować. Któż chciałby zarobić 5 zł zamiast 200?

Rozwiązanie jest tak proste, że aż płakać się chce. Wystarczy tylko rozporządzeniem, czy jakim tam trzeba pismem ministerstwa zdrowia, określić również 5% marżę na eksport leków. I koniec kłopotów polskich aptek i polskich pacjentów. Przynajmniej w tym jednym, wąskim temacie, bo istnieje jeszcze mnóstwo innych problemów, tak,jakby ten cały system był specjalnie stworzony do przekrętów i machlojek.
Rozwiązanie proste i łatwe, lecz widocznie nie dla ludzi pana Neumanna, którzy, jak wiemy, obiecali lobbystom nie ruszanie tych kryminogennych przepisów, choćby się waliło i paliło.

A co na to pan minister, profesor Marian Zembala? Cóż... Całkiem nowiutki minister, praktycznie tymczasowy figurant, nie będzie się kopał z koniem. Zadzierać z ministerstwem?! A jak w październiku odejdzie, to mu pokażą, gdzie raki zimują?
Zresztą już sam się haniebnie wsławił odrzucając jakże potrzebny w naszym ubogim kraju projekt, by emeryci dostawali leki za darmo. To żadna wyjątkowa łaska, bo choćby w takich Niemczech, zarówno dzieci, jak i właśnie emeryci mają leki praktycznie za darmo od dawien dawna. Lecz u nas bardzo się dba o to, by przypadkiem ktoś z biedy nie wyszedł. Wiadomo – darmozjady (emeryci) na śmietnik!

Mam autentyczną nadzieję, że w najbliższym czasie dowiemy się dużo więcej o faktycznej roli, jak donoszą, szarej eminencji ministerstwa zdrowia, Sławomirze Neumannie i o jego lobbystycznych powiązaniach.
A jak się dopuścił przestępstwa – to za kraty!

A już od października nowy rząd i sejm muszą intensywnie popracować, by pozmieniać ustawy zdrowotne i farmaceutyczne, które tragiczny triumwirat – Kopacz, Arłukowicz i Neumann wysmażyli narodowi. A ku chwale kombinatorów, złodziei i oszustów.


Ps. Pan wiceminister jest ze sławetnej stajni Platformy Obywatelskie z Pomorza. Jak Tusk, Nowak, Adamowicz, Karnowski. Cokolwiek by to nie znaczyło...


.

Wybieram lewaka i gardzę autorytetem

 

Adam Bodnar, lat 38, zaprzysiężony lewak i miłośnik swobody obyczajowej, został głosami platfusów, kułaków i komuchów, wybrany Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Można sobie powiedzieć, ot, niedorobiony gówniarz, uhonorowany nagrodą niesławnej organizacji LGBT ( przypominam: lesbijki-geje-biseksy-transwestyci) Lambda; obrońca Wałęsy, gdy Sławomir Cenckiewicz opisał w książce powiązania Bolka z bezpieką, został wybrany głosami platformerskich błaznów.

Czy to o nich proroczo napisał poeta ponad pół wieku temu?

"Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. [...]"

Czesław Miłosz  Washington D.C. 1950

Kogo pan Adam Bodnar miał za konkurenta do tego ważnego i zaszczytnego stanowiska?
Panią Zofię Romaszewską, rocznik 1940. Chodzącą legendę znaną z prawości, niezłomności i skuteczności.


Zofia Romaszewska, wraz ze świętej pamięci mężem Zbigniewem ma już bardzo solidne miejsce w najnowszej historii Polski. Dobrze zapisała się już w pamięci robotników Radomia i Ursusa w roku 1976. Wraz z mężem kierowała Biurem Interwencyjnym KOR. Była już wtedy niemianowanym rzecznikiem praw obywatelskich. Już czterdzieści lat temu. Po transformacji w 1989 kontynuowała swoją działalność, nawet w sposób formalny, będąc dyrektorem Biura Interwencji Kancelarii Senatu.
Chyba nie ma jednego człowieka (może za wyjątkiem idioty z SLD), który by o Pani Zofii powiedział choć jedno złe słowo. Cieszy się Ona nie kwestionowanym autorytetem i powszechną sympatią.

W parlamencie, gdzie rządzi prawość i uczciwość, kwestia wyboru Rzecznika spośród tych dwóch kandydatów, była by przyjęta przez aklamację. I to na stojąco.
Tymczasem polski Sejm, gromadą błaznów, która od ośmiu lat panoszy się w Polsce i o których wspomniał Poeta, wybiera postać, natychmiast, od startu, nie akceptowaną przez 80% polskiego społeczeństwa. Za to ulubieńca salonów (kiedyś napisałem, że to nie są salony tylko stajnie hodowlane) warszawki i pupilka zaczadzonych platfusów i komuchów.
Jaka więź łączy tych (p)osłów z narodem, który ich wybrał?
Czyżby byli tacy małostkowi, żeby tylko wybrać na przekór PiSowi, który wysunął kandydaturę pani Zofii Romaszewskiej? Jakim to trzeba być zapiekłym w nienawiści niesiołem, by bohaterkę naszych czasów pomniejszyć wobec podejrzanego (dla mnie absolutnie) osobnika? Człowieka, który w swoim pierwszym wywiadzie po wyborze zaprezentował się ostentacyjnie w towarzystwie agresywnego pederasty.

Niszczenie symboli, nawet na krok przed upadkiem tej haniebnej władzy trwa na całego. Jak Miłosz napisał: "Na pomieszanie dobrego i złego...".
Z honorami chowa się na Powązkach bandytę i zdrajcę narodu Jaruzelskiego, a pomnikowej postaci Pani Romaszewskiej przeciwstawia się miłośnika multi – kulti, przyjaciela i opiekuna pederastów i lesbijek, niemalże tej całej ohydy symbolizującej cywilizacyjny upadek Europy.

Daj nam Boże siły, abyśmy, jak najszybciej pognali tą zdegenerowaną hałastrę tam, gdzie nie będą mieli wpływu na nasze dzieci. I na Polskę.
A pana Bodnara niech sobie wezmą ze sobą.


"Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając..."

[...]
"Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta."

.
.

wtorek, 21 lipca 2015

Dyletanci nie umierają

Twardo stojąc na gruncie chrześcijaństwa, gdzie istnieje dualizm - umysł/dusza to byt poza cielesny, który tylko używa mózgu do komunikowania się ze światem fizycznym, jesteśmy faktycznie nieśmiertelni.
Czy to oznacza, że nasze ciało jest niepotrzebne? Absolutnie nie. Stanowi ono źródło doznań doczesnych i rozwoju własnej osobowości - wzbogacania ducha.
A ile lat może fizycznie żyć człowiek? Oto, co o tym sądzę.
++++++++++++++

Śmierć jest nierozerwalnie związana z życiem?


Jak powiedział laureat Nagrody Nobla Richard Feynman:”Nie znaleziono dotychczas w biologii niczego, co by wskazywało na nieuchronność śmierci. To nasuwa mi sugestię, że nie jest ona nieuchronna z zasady i że jest tylko kwestią czasu, kiedy biologowie odkryją, co jest powodem naszych kłopotów i że ta straszna powszechna choroba, czyli tymczasowość ludzkiego ciała, zostanie uleczona.”
Stopniowo wyjaśniają się procesy starzenia, a genetyka odgrywa w tym procesie żywotną rolę. Patrząc na królestwo zwierząt, widzimy olbrzymią różnorodność okresów życia. Na przykład nasz DNA różni się od DNA naszych najbliższych krewnych, szympansów, zaledwie o 1,5 procenta, a żyjemy o 50 procent dłużej. Analizując tą garstkę genów różniących nas od szympansów, możemy ustalić, dlaczego żyjemy znacznie dłużej niż nasi genetyczni krewni.
To z kolei da nam „zunifikowaną teorię starzenia”, która połączy poszczególne wątki różnych badań w spójną tkaninę.
Naukowcy wiedzą już, czym jest ten proces. Jest to nagromadzenie błędów na poziomie genetycznym i komórkowym. Błędy te powstają na różnych drogach. Na przykład w trakcie przemian metabolicznych wytwarzane są wolne rodniki o silnych właściwościach utleniających, co uszkadza delikatną maszynerię komórek, powodując ich starzenie. Błędy mogą powstawać w formie „śmieci”, molekularnych szczątków gromadzących się wewnątrz i na zewnątrz komórek.
Gromadzenie się tych genetycznych błędów jest ubocznym produktem drugiej zasady termodynamiki: całkowita entropia (to znaczy chaos) zawsze rośnie. Oto dlaczego rdzewienie, gnicie, rozpad są uniwersalnymi przejawami życia. Od drugiej zasady termodynamiki nie da się uciec. Wszystko, począwszy od kwiatów na polu aż do naszych ciał, a nawet samego Wszechświata, jest skazane na niszczenie i śmierć.
Jest jednak jeden mały, ale kluczowy punkt w drugiej zasadzie, który stanowi, że to całkowita entropia zawsze rośnie. Oznacza to, że w gruncie rzeczy można ją obniżyć w jednym miejscu (i odwrócić starzenie), pod warunkiem, że zwiększymy entropię gdzie indziej.
Możemy tu dać przykład lodówki. W jej wnętrzu entropia maleje wraz ze spadkiem temperatury, ale aby ją obniżyć musimy mieć kompresor z silnikiem, który zwiększa ilość ciepła wytworzonego poza lodówką, zwiększając entropie na zewnątrz urządzenia. Dlatego lodówki są zawsze z tyłu gorące.
Naukowcy wyizolowali już szereg genów (age-1, age-2, daf-2), które kontrolują i regulują proces starzenia u niższych organizmów i które mają również swoje odpowiedniki w organiźmie człowieka.
Prace nad pełnym genomem człowieka trwają w najlepsze i w dużym tempie. Michio Kaku uważa, że w niedalekiej przyszłości (do 30 lat), każdy z nas będzie sobie mógł zrobić za około 100 dolarów własny genom i mieć go na płycie CD albo pendrajwie. Po przeskanowaniu bedzie można wyodrębnić te geny, które decydują o długości życia.
Naukowcy z przekonaniem twierdzą, że długowieczność to cecha rodzinna. Długo żyjące osoby mają zazwyczaj długowiecznych rodziców.
Jednakże długość naszego życia nie jest w 100 procentach zdeterminowana przez geny. Badacze tego zagadnienia są przekonani, że zależy ona od genów tylko w 35 procentach.
Mając swój genom na nośniku oraz analizy komputerowe, które będą mogły precyzyjnie zlokalizować miejsca, gdzie przede wszystkim dochodzi do starzenia, będzie można z tym walczyć.
Wiemy, że w samochodzie starzenie zachodzi głównie w silniku, gdzie benzyna jest utleniana i spalana. Podobnie analiza genetyczna wykazała, że starzenie ograniczone jest głównie do „silnika” komórki, którym są mitochondria, czyli komórkowa siłownia. To pozwoliło naukowcom zawęzić poszukiwania „genów starości” i sposobów przyspieszenia naprawy genów mitochondrialnych, aby odwrócić proces starzenia.
Do roku 2050 może się udać spowolnienie procesu starzenia dzięki zastosowaniu różnorodnych terapii: na przykład komórki macierzyste, sklep z wymiennymi częściami człowieka i terapia genowa w celu naprawy starzejących się genów. Będziemy mogli żyć 150 lat lub więcej.
Do 2100 roku może się okazać możliwe odwrócenie efektu starzenia drogą przyspieszenia komórkowych mechanizmów naprawczych, co pozwoli na jeszcze dłuższe życie.
Ja osobiście chciałbym żyć dłużej. Wy podejrzewam też.
  Napisano na podstawie Fizyka Przyszłości  Nauka do 2100 roku, Michio Kaku, wyd. Prószyński i S-ka, 2011