środa, 7 lipca 2021

Własne podwórko

 

Zapewne wielu czytelników posiada własny domek, a nawet dom. Wcale się nie zdziwię, gdy nawet są tu tacy, co mają swoją posiadłość. A naszych rolników i farmerów dobrze znamy. Ci mają hektary, swoje obejścia, domostwa, budynki gospodarcze i coraz większy park maszynowy. Tu często najlepszym pojazdem jest Lamborghini Nitro.

Tak, czy inaczej, jeżeli masz skromny domek i wokół sto metrów kwadratowych małego, najczęściej zadbanego i ślicznego ogródka, lub 2 -3 tyś. metrów, co już właściwie nie jest ogrodem, tylko parkiem, to każdy z posiadaczy mówi – to moje podwórko.
I wszyscy wiedzą – oto jest gospodarz. I oceniają go, czy jest dobrym, czy nie.

Już w 1992, tuż po transformacji, ustawą stworzono obecny ład terytorialny. Jak dzisiaj, a mówię to z przykrością, gdyż takie struktury mają jak najbardziej sens, niestety widzimy, taki podział, okazał się bombą z opóźnionym zapłonem.

Nie wątpię, że konstruktorem takiego pomysłu i rozwiązania, wprowadzanego na gwałt, był geniusz zła, generał Kiszczak i jego zaufani. On najlepiej wiedział, że nasze niedojrzałe i zagubione wówczas społeczeństwo, łatwo się podda cwaniakom i kombinatorom, często wskazanym przez komunistyczne służby specjalne, którzy obsadzą w terenie wszelkie struktury administracyjne i przedsiębiorstwa podległe gminom, powiatom, miastom i województwom.

Korupcja i sitwy

Tam, gdzie władza spotyka się z nieuczciwością, tam prędzej czy później następuje korupcja. W szczególności, gdy ustawa o terytorialnej administracji, raczej świadomie, a nie z głupoty, czy niechlujstwa, jest dziurawa, jak spróchniały pień. Wtedy każdy robak w to wejdzie i będzie się pasł. A jeśli to stworzenie stadne, to paść się będzie cała rodzina i współtowarzysze.

I wtedy przechodzi się do następnego etapu patologii – w terytorialnym gospodarstwie, od gminy do województwa tworzą się sitwy. To chyba najlepsze słowo określające wzajemne układy między władzą i nieuczciwymi mieszkańcami na skorumpowanym terenie. W sitwie jest szereg nici wzajemnych powiązań i współzależności, zgodnie z zasadą – ja tobie, a ty mnie.

Nepotyzm

Okazuje się, że ci, którzy wspięli się na jakiś szczebel władzy, czy to lokalnej, czy centralnej, stają się z dnia na dzień bardzo rodzinni. Przypominają sobie nawet kuzyna, z którym się nie widzieli i nie rozmawiali od 17 lat. A tu nagle odradza się miłość wielka – za trud i opiekę, trzeba wynagrodzić żonę. A tata? Lał wprawdzie pasem i się upijał, ale to przecież wybitny specjalista od produkcji lodów. No i cały pochód się zaczyna jak w Boże Ciało – siostra ze szwagrem, ukochane dziateczki (starszego syna trzeba na odpowiednim stanowisku utemperować, bo ćpa i się rozpija, popadając w złe towarzystwo), mamusia, kuzyni, nawet dla dziadka coś się znajdzie. Zaraz, zaraz – a przyjaciele?! Nigdy dotąd nie wiedziałem, że tylu ich mam. I co? Jak znowu mnie lubią, to się mam do nich odwrócić plecami?
Wiem, że rysuję obraz karykaturalny. Lecz zawiera on esencję nepotyzmu – mentalny imperatyw, twierdzący, że będę się czuł dobrze, jeżeli wokół będę miał samych swoich.
A do tego jeszcze taki wspaniały bonus – nic mnie to nie będzie kosztowało! Nowe stanowisko zapewnia że, by wynagrodzić i zaspokoić rzeszę pociotków i rodzinnych oferm nie trzeba sięgać do własnej kieszeni! Finansowaniem rodzinnego projektu zajmą się wszyscy Polacy. A konkretnie mieszkańcy gminy, czy obywatele miast.

Panowie – tak, ja mogę żyć! Nawet sądy są po mojej stronie. Jak byłem nieco za cwany i chciwy i za to mnie skazano, to i tak powracam jako wiceprezydent miasta.
Prawda panie Y?

Nie ma co uderzać w wielki dzwon. Nepotyzm jest permanentnym zjawiskiem ogólnoświatowym. Pierwszym z brzegu przykładem choćby synalek nowego prezydenta USA, Joe Bidena. Ale jest granica, kiedy moralnie i etycznie naganne zjawisko staje się po prostu ordynarnym przestępstwem kryminalnym.

Obawiam się, że takich przypadków mamy u nas bez liku. Mam jednak malutką, ale jednak nadzieję, że Kaczyński z zespołem coś z tym zrobią.

Sobiepaństwo

Postępowanie ludzi z nadania Jaruzelskiego i Kiszczaka, a także pana śp. Gieremka, po usadowieniu tych lichych prostackich osobników na czele administracji terytorialnej, spowodowało, że przypomniało mi się słowo z epoki Rzeczpospolitej szlacheckiej – sobiepaństwo. Tłumaczę to sobie tak, że w danym miejscu, które do mnie należy, ja jestem jedynym panem. Nie ma już innej władzy nade mną. Pamiętacie? Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Albo Wolność Tomku w swoim domku.
Taka mentalność, pełna próżności, poczucia ważności i własnej nietykalności, panuje już od wieków. Ciekawe, że gdy w końcu doszliśmy do, kulawej bo kulawej, demokracji, to nadal panuje taki sposób myślenia. Każdy szmondak, który dostaje biurko, długopis, telefon – i najważniejsze – możliwość podejmowania decyzji staje się miniaturowym władcą. W skali urzędu, aż do władania miastem, czy województwem.
Modelowym przykładem takiego kacykostwa i sobiepaństwa był ex-senator Stokłosa, który w końcu musiał w klapkach uciekać za granicę, a w swojej miejscowości, w Śmiłowie, w pilskiem, stworzył księstwo, gdzie za wyjątkiem wąskiej grupki miejscowej "arystokracji", reszta społeczności została niewolnikami. A przy Stokłosie, to książkowy Nikodem Dyzma był wyrafinowanym intelektualistą.

Referendum – pomysł za darmo

To referendum, jakże ważny, a u nas prawie nie istniejący element uczciwej demokracji, to nie mój pomysł. Wczoraj usłyszałem, że zgodnie z należnymi procedurami, zgłoszono obywatelski wniosek o przeprowadzenie referendum, o odwołanie prezydent Łodzi, Hanny Zdanowskiej. Wg. Mojej opinii – niezłego ziółka typu platformerskiego.

I wtedy zaświtał mi chyba niezły pomysł, który bez wątpienia wspomógłby prawicę w walce z totalistarami.

Dlaczego prezes Kaczyński, głośno i jednoznacznie, napiętnując zatrudnianie całych rodzin i to pokolenie w górę i pokolenie w dół w państwowych instytucjach, w tym w creme de la creme, w spółkach skarbu państwa (Tam rzeczywiście można sobie dorobić miesięcznie od 50 tyś. zł w górę) ich radach nadzorczych, czy zarządach, nie spowoduje znacznie potężniejszej narodowej akcji?

Proponuję, bo wiadomo, że wszystkie media będą bacznie śledziły proces sanacji moralnej, a lewactwo będzie atakowało codziennie, jak za sznurowadła Prezesa, zabrać się do roboty, uruchomić tę raczej niewidoczną młodzieżówkę i powolnych posłów z terenu i jednocześnie z nepotyzmem, zorganizować lokalne akcje organizowania referendum, celem zmiany naprawdę kiepskich władz.

Gdynia – Sopot – Gdańsk, to kto wie, czy nie najbardziej przykładowy zespół miejskiej degrengolady. Mówią – Mała Sycylia. Co rusz wybuchają afery, gdzie CBA ma pełne ręce roboty, a aresztowani są ludzie powiązani z przeróżnymi partiami politycznymi i środowiskami.

Pod koniec maja, nasz kochany Urząd Skarbowy w Gdyni doznał uszczerbku – korupcja – pięć osób zamknięto, w tym 3 "przedsiębiorców?, co chcieli się wywinąć od podatków, więc dali dwóm ważnym urzędnikom US – jednemu Porsche, drugiemu wypasione BMW, pewnie używane, bo warte tylko 250 tyś. To info z ostatniej chwili.

Praktycznie co 4 – 5 miesięcy służby i policja coś nowego odkrywają w tym nieszczęsnym Trójmieście.
A nepotyzm i sitwa? Tego zliczyć się nie da, bo nie ma dosyć sił operacyjnych. Dziennikarsko szacuje się, że około 50 osób z Urzędu Miasta Gdańsk jest mocno zaplątanych w korupcję i nepotyzm.

Tu na moim terenie sytuacja sitwy jest potężnie zagmatwana. Nie ma reguły, że musisz należeć do konkretnej partii. Te Julki ma ulicach i te cipki na plakatach, to tylko dekoracja dla gawiedzi. W zaciszu kumple załatwiają grube interesy. Przemek XX, człowiek oficjalnie PiSu, wymyśla sobie łódki, które szybko zbuduje i do własnej kieszeni wyciąga, jak ostatnio podawała prokuratura, około 60 milionów.
Rektor lokalnego uniwersytetu, który już sobie tle nagrabił, że przestraszyły się nawet myszy w norze, gdy zdecydował się pójść w deweloperkę uniwersyteckimi terenami, w końcu wyleciał, bo przy okazji splagiatował swoją habilitacyjną dysertację.
A wszystkie szpitale ustawiono tak, że rządzi nimi Urząd Miasta, a za to poważni lekarze, ba – profesorowie z rady nadzorczej ściągają na konto nawet 300 tyś zł.

Czy Trójmiasto jest jedyne? Nie. Tak jest we wielu miejscach w Polsce.

Setki uczciwych ludzi to widzi, ma dowody, usiłuje interweniować, ale co z tego, jak nawet teraz, gdy Daniel Obajtek wykupił Polska Press, szefem ważnego medium w Trójmieście zostaje były dziennikarz Gazety Wyborczej.

Mam problem - gdyby w Gdańsku – Sopocie albo Gdyni rozpocząć referendum w sprawie obalenia władz lokalnych, to raczej by nie wyszło. Trójmiasto, podobnie zapewne jak Warszawa, przyciągnęły do siebie cały ten prowincjonalny, bezwartościowy moralnie element, który każdemu udostępni własną dupę, byle tyko podskoczyć wyżej.
Taka zgniła klasa...

Nieważne. Jest jednak większość porządnych ludzi. Niestety zmęczonych, zdezorientowanych i czujących swą bezsiłę. Tyle lat walki, a my musimy wzniecać kolejne powstanie?

Akcja #REFERENDUM nie będzie łatwa. To nie sprawa dla prezenterów z TVN, czy doktorów od rolnictwa.

Może jestem samolubny i zakręcony, jeżeli PIS nie wykorzysta tego tematu, to jego strata.
Warto pociągnąć z osobiście zapowiedzianą przez prezesa Kaczyńskiego, co ma wielką wagę, walkę z nepotyzmem w szeregach prawicy, wraz z rozpoczęciem akcji referendalnej, gdzie jeszcze przed formalnymi wyborami, można by spróbować zmienić skorumpowane władze terytorialne.

Sytuacja jest taka, że w każdej gminie, w każdym mieście, wszyscy wiedzą, ale się boją. Tak, jak mi to wczoraj powiedział mechanik samochodowy od znanego dilera – No dobra, podpiszę się imieniem i nazwiskiem na liście do zorganizowania referendum, a za parę dni zawoła mnie szef i mi wytłumaczy: - Co jest Krzysiek? Za politykę się zabierasz? Praca ci niemiła? Za mało zarabiasz? Zastanów się dobrze, czy chcesz dalej u mnie pracować.

W Łodzi by rozpocząć zgodnie z prawem proces referendalny, pod wnioskiem do Komisji Wyborczej podpisało się 15 osób. A potem, by w tym mieście doprowadzić do referendum potrzeba zebrać około 50 tyś. głosów poparcia. A potem tylko głosować. Koszt wszystkiego – 1 – 2 miliony.
W Gdańsku pewnie też trzeba by mieć tyle samo głosów chętnych. W Gdyni może 20 tysięcy. Pewnie tyle udałoby się zmobilizować, gdyby starzy Gdynianie zdecydowali się poprzeć

Lecz w takim referendum we wielu miejscach na raz, nie chodzi tylko oto, żeby wygrać. Już sam fakt ogłaszania referendów, oznacza, że ludzie mają dosyć kradnącego i oszukującego lewactwa na swoim terenie.

Ja już też mam tego wszystkiego dosyć. Całej tej mafijnej strony, oraz niestety strony bezsilnej. Z tego obrazu zdaje sobie sprawę niemalże całe społeczeństwo. 70%, nie mam wątpliwości chce zakończenia tego stanu niepokoju, w tym także zneutralizowania szkodników Rzeczpospolitej. Nie nawołuję do rewolucji, czy Berezy Kartuskiej, ale w obszarze prawawa mamy praktycznie bezczynny Trybunał Stanu, a w Kodeksie Karnym mamy dokładnie art. 127 § 1 k.k , gdzie wyraźnie powiedziano:

Zdrada stanu – przestępstwo, zbrodnia godząca w najistotniejsze interesy państwa, jak udział obywatela w działaniach przeciw własnemu krajowi, próba obalenia jego rządu poprzez zamach stanu, uczestnictwo w działalności zmierzającej do uszczuplenia terytorium państwowego, próba zabójstwa głowy państwa.

Nie jestem prawnikiem, ale poczucie sprawiedliwości i prostą logikę mam dobrze rozwiniętą.

Czy korupcja polityczna nie jest zdradą stanu?
Czy sobiepaństwo lokalnych kacyków odmawiających posłuszeństwo państwu nie jest zdradą stanu?
Czy tworzenie para-mafijnych sitw nie jest zdradą stanu?
Czy składanie hołdu innym państwom, przypadkowo obecnie wrogim Polsce nie jest zdradą stanu?

Jeżeli się mylę, to nie wiem na jakim świecie my żyjemy.

.

Brak komentarzy: