.

...czerwone słońce żądzy i decyzji (dwóch rzeczy, które stwarzają żywy świat)
Vladimir Nabokov

sobota, 7 września 2013

Jaja bzdyklaczy cz.VII, czyli historia o białym kogucie


"Gazeta Wyborcza" przy pierwszej okazji zejdzie z tego świata, bo już ludziom mocno dokuczyła. Mogę się założyć o orzechy przeciw dolarom, że jej miejsce zajmie pismo równie filosemickie, choć podobno niezależne.

Powoli, ale zawzięcie przekopuję się przez wampiriadę, co i rusz nerwowo trzepiąc saperką po łydce. Przyswajanie rzeczywistości po dwutygodniowej wyrypie nie jest kwestią chwilki.

Jednak wszystko przebija casus paskudeus Darskiego/Targalskiego. W związku z powyższym w ramach tak zwanych skojarzonych  siedemnastu mgnień wiosny przypomniała mi się historia z zycia wzięta, mająca jak gdyby nigdy nic związek z  powyższym casusem. Oto ona:

W dzieciństwie jeździliśmy czasem z Mamą do babć w Nowym Targu. Liczba mnoga babć wynika z faktu, że był to domek, w którym mieszkały trzy młodsze siostry babci. Jednak trzy siostry oraz wiśniowy sad, choć obecne w realu, nie miały z opisywanym casusem nic wspólnego. Natomiast sporo wspólnego miał biały kogut królujący na podwórku nad stadem  dropiatych kurek. Oraz  jego nieszczęsny braciszek, którego ów kogut lał, ile wlezie, żeby sobie czegoś przypadkiem nie pomyślał.

Koguci król popadł w takie tyrańskie zacięcie, że przejście  przez wewnętrzne podwórko między domkiem a budynkami gospodarskimi stało się niemożliwością  bez uzbrojenia w parasol i miotłę. Nieświadoma zagrożenia wylazłam na  podwórko i z trudem przeżyłam jego atak, więc wiem. Kogut wystartował z łopotem spod stodoły i spadł na mnie jak piorun dziobiąc i kopiąc. Siniak goił się miesiącami. Uratowała mnie wtedy babcia Aniela wypadając z miotłą i parasolem.

Babcie kochały wszelką żywiołę, ale kogut w końcu przebrał miarkę. Któregoś świtania przed jarmarkiem został zdjęty ze swego miejsca na grzędzie, zapakowany do kosza i sprzedany na rosół. Jego łagodny brat miał zająć jego miejsce i sprawić, że życie babć stanie się sielanką. 

Jednak nie stało się sielanką. Braciszek od pierwszego dnia zaprowadził terror i zamordyzm. Parasol i miotła znów stały się przedmiotami pierwszej potrzeby. Babcie zachodziły w głowę snując przypuszczenia, że może ten stary przeczuwając śmierć makiawelicznie zamienił się z łagodnym bratem miejscami? Bo przecież nie mógł to być ten potulny, kryjący się po kątach, wypłoszony biały kogut, który nawet zapiać się nie ośmielał.

Jednak był. Po prostu zajmując miejsce brata, zajął je z całym przysługującym mu ceremoniałem. A do ceremoniału należało sianie terroru i zamordyzmu. 

I przykro to powiedzieć, ale wystąpienie p.Darskiego wpisuje się w powyższy schemat co do joty.

"Gazeta Wyborcza" lada chwila zostanie z całym ceremoniałem zarżnięta na rosół, a jej miejsce zajmie inne pismo równie filosemickie, ale podobno niezależne. A my będziemy ze zdumienia przecierać oczy, jak mu się zmienił na niekorzyść charakter.


autor: sigma

Brak komentarzy: