Nie minął tydzień, jak opisywałem silnie prospołeczny projekt, zwany w środowisku "Apteki dla aptekarzy" [1].
Wszystko wyglądało dobrze, można by powiedzieć, że było
zaklepane i Prawo i Sprawiedliwość realizuje swój słuszny postulat
odzyskiwania gospodarki polskiej dla Polaków.
A dzisiaj czuję się jak idiota, wystrychnięty na dudka.
Pan premier Mateusz Morawiecki wrócił z zagranicznych wojaży i w poniedziałek oświadczył w TVN24:
"...Rozmawialiśmy o tym na Komitecie Ekonomicznym Rady
Ministrów i uzgodniliśmy, że apteka nie powinna być tylko dla
farmaceuty, że owszem, farmaceuta powinien być w każdej aptece i to jest
bardzo ważne, żeby tę fachowość utrzymać, bo apteka to jest coś więcej
niż tylko sklep." [2]
Głęboka mądrość, czy bezczelna hipokryzja?
Praktycznie od roku Ministerstwo Zdrowia pracuje nad ustawą, są konsultacje, są uzgodnienia i wreszcie jest wspólna zgoda.
A tu nagle, jak podejrzewam, wicepremier za granicą spotyka się z
potężnymi lobbystami farmaceutycznych koncernów i wywraca oczekiwaną
przez polskich aptekarzy ustawę do góry nogami.
Wywraca na korzyść zagranicznych sieci i ich polskich słupów, co
w rezultacie doprowadzi do przejęcia całego rynku leków przez parę
najpotężniejszych graczy, jak np. stało się ostatnio w Norwegii, gdzie
teraz tylko trzy sieci dyktują państwu warunki.
Polscy aptekarze polegli więc w walce z międzynarodową
ośmiornicą korporacji, a PIS choćby nie wiadomo co obiecywał, okazał się
takim samym pętakiem, jak jego poprzednicy.
Miałem sporo sympatii dla premiera Morawieckiego. Zawiódł mnie.
Okazuje się, że jego deklaracje nie były uczciwe i w danej sytuacji
zawsze wybierze stronę wielkiego kapitału. A tak chciał się różnić od
Balcerowicza.
"W środę [tj. Dzisiaj jk]wniosek o
odrzucenie projektu w całości z sugestią skierowania go do prac w
ministerstwie zdrowia i włączenia do trwających prac nad dużą
nowelizacją prawa farmaceutycznego zgłosił Michał Cieślak (PiS).
"Projekt wzbudza wiele kontrowersji w szerokim zakresie;
głównie w obszarze skutków regulacji - wpływu i oddziaływania na rynek
hurtowy i detaliczny leków" - powiedział uzasadniając wniosek. Dodał, że
tak głęboka zmiana i ingerencja w rynek z zakresu bezpieczeństwa
zdrowia wymaga szczegółowej analizy i oceny wpływu regulacji,
konsultacji międzyresortowych i społecznych. Wniosek zyskał poparcie
większości. [3]
Czuję się autentycznie, jak głupek. Pięć lat walczę o to by w
aptekarstwie było normalnie. By było tak, jak w Niemczech, Francji,
Włoszech i Hiszpanii. By na tym rynku nie rządziły wielkie
międzynarodowe korporacje, co zawsze prowadzi do monopoli, czy zmowy
cenowej, kosztem pacjenta. I nic by nie było, gdyby nie to, że PIS
zdecydowanie obiecywał takie prospołeczne, popierające małe firmy
rozwiązanie.
Niestety, opinia społeczna znaczy na prawdę niewiele w porównaniu z tłustymi lobbystami z wypchanymi portfelami.
Czy niezłomny Kornel Morawiecki nadal będzie tak dumny ze swego
syna? Czy może trochę się zawstydzi, że sprzedał swojego chłopaka
wielkiemu biznesowi.
***
Z ostatniej chwili
Właśnie, jak to piszę na gorąco radio podaje wiadomość:
Z Ministerstwa Zdrowia odchodzą dwaj wiceministrowie: Jarosław Pinkas oraz Piotr Warczyński. [4]
Czy to oznacza, że walka trwa? Może jest jeszcze jakaś nadzieja dla polskich aptekarzy...
[1] http://gazetabaltycka.pl/promowane/odebrac-polakom-apteki-wojna-trwa
[2] http://www.rp.pl/Zdrowie/301259927-Komisja-ds-deregulacji-za-odrzuceniem-projektu-apteki-dla-aptekarza.html#ap-1
[3] http://radioem.pl/doc/3670257.Nie-bedzie-apteki-dla-aptekarza
[4] http://www.rynekzdrowia.pl/Finanse-i-zarzadzanie/Jednak-polecialy-glowy-w-Ministerstwie-Zdrowia,169576,1.html
.
Co to takiego – Klub Dyletantów? To dobrowolne stowarzyszenie grupy niezależnych blogerów, pragnących pisać autorsko na różnorodne tematy, w oparciu o filozofię stałego pogłębiania wiedzy i smakowania życia. Jednocześnie w duchu głębokiego patriotyzmu i dokładnie pojętej kultury łacińskiej, która stoi na triadzie filozofii greckiej, prawa rzymskiego i religii chrześcijańskiej.
piątek, 27 stycznia 2017
środa, 25 stycznia 2017
Żądamy Wolnego Miasta Gdańsk !
Mieszkam w Gdyni. W dobrym miejscu, na obrzeżach i tuż przy lesie, który otacza Trójmiasto.
Z domu do centrum Gdańska samochodem mam około 20 minut jazdy. To mniej niż z Ursynowa pod Pałac Prezydenta.
Lecz może wkrótce zabierze to znacznie więcej czasu, bo zostaną ustawione rogatki i jadąc do Gdańska będę musiał mieć paszport, a może nawet wizę.
A celnicy skrupulatnie przeszukają moje auto, czy przypadkiem nie wwożę jakichś wywrotowych materiałów.
O co właściwie chodzi z tą nową paranoją?
Reanimować Wolne Miasto Gdańsk? Lub bardziej poprawnie – Freie Stadt Danzig?
Od pewnego czasu dochodziły do mnie różne plotki na temat Gdańska. Początkowo uznawałem je za bzdury wypowiadane w pijackim widzie przy suto zakrapianej kolacji. Sam nieraz słyszałem tu, na Pomorzu różne idiotyzmy, gdy alkohol rozwiązywał języki i chwalono się chlubną przeszłością dziadka w Kriegsmarine, albo w AK, co tutaj oznaczało Afrika Korps. Takie podkreślanie swojej wyjątkowości i modne demonstrowanie, że Polakiem się jest tylko przypadkowo, bo gdyby sytuacja geopolityczna była inna, to z radością można by powrócić do, często wyimaginowanych, korzeni, które nie są polskie, tylko jakieś niemieckie, albo właśnie gdańskie.
Bo wiele ludzi, po prawdzie coraz mniej, żyło w Gdańsku, żyło w Polsce, lecz uważali, iż jest to sytuacja tymczasowa i oni są Gdańszczanami.
Ostatni z nich powinni już nie żyć, bo Freie Stadt Danzig zakończył swoje istnienie w momencie wybuchu wojny w 1939 roku. Więc nawet ci, którzy się wówczas urodzili, mają dzisiaj 78 lat. Lecz nie, jest sporo czterdziesto, pięćdziesięcio i sześćdziesięciolatków, czyli cała powojenna generacja, która uważa się za spadkobierców Wolnego Miasta.
Jaki w tym wszystkim jest sens i jaka logika, oprócz emocjonalnych sentymentów, aby odrzucać polskość tego miasta i rozważać utworzenie niezależnego politycznie bytu.
Nie zajmowałbym się tym tematem, gdyby nie docierały do mnie coraz częściej informacje, że istnieją w Gdańsku koła towarzyskie, ludzi na prawdę znaczących, ludzi z kręgów opiniotwórczych, naukowych i artystycznych, a także polityków różnych opcji, którzy, na razie między sobą, poważnie rozmawiają o możliwości odtworzenia Wolnego Miasta Gdańska i jakiejś secesji od Rzeczypospolitej.
Całkiem poważnie mówiąc, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, któremu chyba się w głowie pomieszało od długotrwałego sprawowania władzy, a buta i arogancja budowana na pochlebstwach dworu, spowodowała jego tęsknotę za Wolnym Miastem. Pewnie codziennie przed snem, marzy sobie ten włodarz ważnego obszaru, co by tu jeszcze uwolnomieścić.
Mamy już hotel Wolne Miasto, ba, mamy całą dzielnicę Wolne Miasto. A niedawno nazwę Wolnego Miasta Gdańsk otrzymało ważne rondo po przebudowie ulicy Kartuskiej.
No dobrze, powie ktoś, to są tylko nic nieznaczące fanaberie starzejącego się aparatczyka i lokalnego satrapy. W sumie niegroźne, a właściwie humorystyczne.
To ja się zapytam, dlaczego miasto Gdańsk, czyli ludzie władzy, gwałtownie optowali za dokonaniem przekopu Mierzei Wiślanej w lokalizacji Skowronki i nie popierali, teraz już oficjalnie zatwierdzonej, znacznie korzystniejszej lokalizacji Nowy Świat?
Może prawdą jest to, co się mówi, że Skowronki leżą na historycznym terenie Wolnego Miasta Gdańsk, a Nowy Świat już na ziemiach polskich.
Więc Gdańsk, gdyby zyskał jakąś tam suwerenność, to mógłby kontrolować ruch na Zalewie Wiślanym i czerpać z tego zyski.
Może to bzdurne, ale logiczne i komuś poważnemu z tytułami przyszło do głowy.
A tymczasem komediowo – kryminalny prezydent Gdańska Adamowicz, wraz ze swoim przyjacielem, również kryminalnym, prezydentem Sopotu, Karnowskim, rozpoczęli akcję wbijania słupów granicznych przedwojennego Freie Stadt Danzig.
Przypominam, że Sopot, wówczas Zoppot, był integralną częścią wolnego miasta.
***
Skąd w ogóle takie pomysły usprawiedliwiające tego typu działanie?
Musimy pamiętać, że po Pierwszej Wojnie Światowej, Rzeczpospolita odradzała się w ciężkich bólach porodowych. Po latach faktycznego nieistniena, była bardzo słaba. I każdy sąsiad szarpał dla siebie.
Czesi zbrojnie zajęli spory kęs Śląska Cieszyńskiego/
Niemcy, było nie było, przegrani w I WŚ, walczyli z determinacją o Śląsk i Wielkopolskę.
A kwestia Gdańska została rozstrzygnięta dopiero w roku 1920. gdy wszystkimi siłami zatrzymywaliśmy nawałę bolszewików.
Wolne Miasto Gdańsk zostało utworzone 15 listopada 1920 roku jako wykonanie postanowień traktatu pokojowego. Art. 100 Traktatu określił granice Wolnego Miasta Gdańska, art. 105 ustanowił obywatelstwo Wolnego Miasta Gdańska dla osób tam zamieszkałych.
Stosunek gdańszczan do odradzającej się Polski był z reguły niechętny, głównie z powodu słabej sytuacji gospodarczej i oderwania Gdańska od Niemiec.
I tak już pozostało, aż do wybuchu wojny w 1939, gdy Hitler użył własnie Gdańska, a konkretnie korytarza przez Polskę, który by połączył Gdańsk z Rzeszą, do usprawiedliwienia ataku na Polskę.
Przez okres wojny Gdańsk był ostoją hitleryzmu.
Problem zaczął się po wojnie.
"[...]Po zdobyciu miasta przez Armię Czerwoną w marcu 1945 r., do konferencji poczdamskiej miejscowi Niemcy wierzyli, że będą mogli pozostać w Gdańsku, że zostaną przywrócone instytucje Wolnego Miasta, a to pozwoli utrzymać niemiecki charakter Gdańska oraz jego najbliższego otoczenia. Obszar Wolnego Miasta Gdańska został dekretem z 30 marca 1945 przyłączony do województwa gdańskiego, a ustawą z dnia 11 stycznia 1949 razem z poniemieckimi ziemiami scalony z nową polską administracją państwową, do czego przesłanką były postanowienia konferencji poczdamskiej z 2 sierpnia 1945 [...]. Postanowienia te nie miały jednak formy umowy międzynarodowej, w dodatku były efektem porozumienia zupełnie innych stron niż te, które podpisały Traktat wersalski, tak więc nie miały mocy zmienić jego postanowień." [1]
Taka oto sytuacja prawna powoduje, że ludzie, którym marzy się odtworzenie Wolnego Miasta, mają argument, by walczyć, żeby Gdańsk od Polski odłączyć.
Co więcej – uciekinierzy przed Armią Czerwoną uworzyli rząd Gdańska na uchodźstwie.
"Dalsze istnienie Wolnego Miasta Gdańska uznaje za fakt de jure środowisko zamieszkałych w Niemczech obywateli WMG. Środowisko to wybrało w 1947 r. istniejącą do dziś Radę Gdańską (niem. Rat der Danziger), pełniącą obowiązki Senatu WMG na uchodźstwie. Rada Gdańska przez cały okres swego działania wywiera naciski na ONZ (jako następczynię Ligi Narodów) celem uregulowania prawno-międzynarodowego statusu WMG." [1]
Jak zwykle tak bywa, wszyscy entuzjaści Gdańska/Danzig zapominają o jednym, o czym ja dobrze pamiętam, bo widziałem to na własne oczy w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Gdańsk po zdobyciu przez Rosjan był jedną wielką ruiną. Podobną do Warszawy. I ten Gdańsk, z którego tak się dzisiaj cieszymy, został całkowicie odbudowany przez Polskę i Polaków.
*****
Gdańsk, Sopot, Gdynia. Czyli Trókmiasto. Naturalna idea, która jakoś od ponad siedemdziesięciu lat nie może się zrealizować. Tak, jakby ktoś bez przerwy rzucał kłody po nogi, a na historycznej granicy Wolnego Miasta istniała niewidzialna bariera.
Szczególnie mocno to widać w ostatnim dziesięcioleciu, gdy Gdańsk i Sopot zostały opanowane przez wybitnie pro-niemiecką Platformę Obywatelską, której reprezentanci: prezydent Gdańska Adamowicz i Sopotu Karnowski stworzyli układ stojący w kontrze do Gdyni i jej prezydenta dr. Szczurka.
Żadne zaklęcia tu nie pomogą, taki jest stan faktyczny.
Porty morskie, zamiast pracować w symbiozie, konkurują ze sobą, szkodząc sobie nawzajem. Kolej metropolitalna, nowa dobra inwestycja, nadal nie łączy dzielnic całej aglomeracji. Lotnisko Rembiechowo sypie piasek w szprychy gdyńskiemu lotnisku w Kosakowie, które marnieje bezużytecznie. Fatalny system drogowy od lat nie może być zmodernizowany tak, by służył całemu Trójmiastu
Można podać więcej przykładów tego, co dzieli, niż tego co łączy.
To jest przykre i nierozumne. Nie ma efektu synergii, który uczyniłby z pomorskiej aglomeracji, jeden z najsilniejszych obszarów naszego kraju.
Czasami ma się wrażenie, że świadomie się niszczy, zamiast tworzyć.
Czy my Polacy i władze naszego kraju, mamy nic nie robić i biernie się przyglądać? Czekać, aż coś samo z siebie się wydarzy.
Niemcy, których podejrzewam o wspieranie takiego stanu rzeczy, są mistrzami długofalowych działań. I jeżeli już postanowili, mimo zawartych w 1990 roku traktatów, że Prusy Wschodnie i Danzig to domena niemiecka, to będą do tego uparcie dąrzyć.
Nie możemy na to pozwolić. Dosyć już kłopotów jest na Śląsku, gdzie tzw. ,mniejszość niemiecką rozpuszczono jak dziadowski bicz i różne gorzaliki decydują na przykład, jakie mają być granice Opola.
Tu w Gdańsku idea secesji dopiero się tli i łatwiej ją opanować. Uważam to za działanie antypaństwowe i jako takie powinno być pod ścisłą obserwacją służb. I to nieważne, czy ktoś jest z PO, czy zwolennikiem PISu, bo tak się składa, że znam miłośników Freie Stadt i tu i tam.
Nie po to odzyskaliśmy po 123 latach niepodległość, a po II WŚ uzyskaliśmy dosyć marne granice, w sytuacji, jak nie mieliśmy nic do powiedzenia, żeby teraz, gdy wreszcie wybijamy się na autentyczną suwerenność, różni lokalni kacykowie, pomyleńcy, czy agenci obcych państw, starali się odrywać po kawałku polską ziemię.
Nie mamy Lwowa, Wilna, czy Grodna i Gdańsk, czy Szczecin nam ich nie zastąpią. Lecz w tysiącletniej historii Polski to były bardziej tereny nasze, niż obce.
Niemcy szczególnie są w stosunku do nas butni i aroganccy. A my specjalnie ich chołubimy. W niedalekiej miejscowości Krokowo, gmina Puck, po ustanowieniu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej lepiej nie bywać, bo mile widziani są Niemcy. W stosunku do Polaków takiego podejścia nie zauważyłem.
Czy również w Gdańsku, a może ponownie Danzig, Polak znowu będzie raczej niemile widzianym gościem?
________________
[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Wolne_Miasto_Gda%C5%84sk
Inżynieria społeczna – ogon Bestii
Mistrzowie tej sztuki potrafili unicestwiać miliony obywateli.
Czy te przeklęte manipulacje, w miarę rozwoju ludzkości, cywilizacji i kultury, wreszcie się skończyły?
Śmiem wątpić. Ciagle znajdują się nowi, aroganccy głupcy, którzy uważają, że mają prawo decydować o losie tysięcy ludzi.
Mając oczywiście wolność i godność jednostki w dupie.
Francuski badacz Związku Sowieckiego, Nicolas Werth tak mówi [1]:
"... Kampanie i eksperymenty z dziedziny inżynierii społecznej przeprowadzano zupełnie nie licząc się z ludźmi, Bolszewików cechowała całkowita bezwzględność i pogarda dla takich wartości, jak wolność, czy godność jednostki [...]
Szew OGPU Gienrich Jagoda opracował w tym czasie plan kolonizacji Syberii Zachodniej. Zakładał on,że te gigantyczne dziewicze tereny zostaną zasiedlone przez milony ludzi sprowadzonych z europejskiej części Związku Sowieckiego. [...]Najpierw na Syberię wpompowano 2-2,5 miliona kułaków wysiedlonych z rodzinnych miejscowości, Zwożono tych ludzi na jakieś pustkowia i pozostawiano samym sobie. Musieli sobie radzić. Oczywiście padali jak muchy. Śmiertelność wynosiła około 30 procent. [...] [Z miast] (dod. JK) deportowano milion do 1,5 miliona." [1]
To chyba taki pierwszy nowożytni przykład wykorzystania inżynierii społecznej
Efekt – parę milionów martwych obywateli.
Bolszewicy ciągle z mongolskim zaparciem próbowali dalej dyrygować masami w ramach utopijnych i idiotycznych pomysłów.
Nie minęło dziesięć lat i bolszewicy w ramach tej inżynierii zabrali się za wieś i rolnictwo, powodując Wielki głód na Ukrainie, Hołodomor (ukr. Голодомор – dosł. śmierć głodowa). W rezultacie doprowadzili do śmierci kolejnych 6 – 7 milionów.
Szacuje się obecnie, że sowieccy inżynierowie społeczni pod wodzą tyrana Stalina doprowadzili do śmierci około 100 milionów ludzi.
Minęło pół wieku, gdy na Dalekim Wschodzie, w biednej Kambodży, następny oszalały komunista, Pol Pot, zwany także Brat Numer Jeden, albo Wujek Sekretarz (podobnie jak Stalin – wujek Soso) zabrał się za inżynierię społeczną ze wschodnim rozmachem.
" [...]Według Pol Pota zupełnie samowystarczalny kraj miał się składać wyłącznie z chłopów finansujących gospodarkę kraju poprzez wzrost produkcji rolnej. W ramach tej polityki kraj został odcięty od świata a odwiedzić go mogły jedynie nieliczne zagraniczne delegacje (których wizyty były czysto propagandowe i starannie wyreżyserowane.[...] Zamknięto szkoły, szpitale i fabryki, zlikwidowano banki i pieniądz, zdelegalizowano religię, zlikwidowano własność prywatną, zaś ludność miast wyrzucono siłą na tereny wiejskie do tzw. kolektywnych gospodarstw rolnych, które były de facto obozami pracy przymusowej. Polityka ta, znana jako „Rok Zerowy”, doprowadziła do śmierci ogromnej liczby osób, zarówno wskutek zagłodzenia, jak i przepracowania i egzekucji. Czerwoni Khmerzy systematycznie mordowali wszystkie osoby, które miały jakiekolwiek powiązanie z poprzednim reżimem, a także fachowców i intelektualistów. Ofiarą padły mniejszości narodowe, w największym stopniu mniejszość wietnamska.
Szacuje się, że w Demokratycznej Kampuczy zginęło od 10 do 25 procent, a liczba mieszkańców stolicy – Phnom Penh – wskutek przymusowych wysiedleń zmalała z 2 milionów do 23 tysięcy mieszkańców." [2]
Warto tutaj zaznaczyć, że w jednym i drugim przypadku mamy do czynienia ze zbrodniczą ideologią komunizmu, gdzie rozfanatyzowani idioci, często tyrani, brali się za inżynierię społeczną na wielką skalę, wyobrażając sobie, że masami ludzkimi można bezkarnie manipulować, jak pionkami na szachownicy.
Czy w dniu dzisiejszym odbywa się również inżynieria społeczna? Oczywiście! Może nie na taką skalę, jak za Stalina i Pol Pota, bo nie mamy takich krwawych tyranów o nieograniczonej władzy.
Czym było, jak nie nieudaną próbą inżynierii społecznej, zaproszenie przez kanclerz Niemiec, Angelę Merkel, emigrantów z Bliskiego Wschodu.
Niemcy, wykazujący od lat ujemny przyrost naturalny, coraz bardziej cierpią na brak rąk do pracy. Tym bardziej, ze rozleniwione socjalem neo-liberalne społeczeństwo coraz mniej chce podejmować prace, które uważają za niegodne, albo brudne, albo za ciężkie.
Merkel popełniła idiotyczny błąd, bo zwabiła do siebie największych nierobów, leni, awanturników i religijnych fanatyków.
Niech mi tu żadna politpoprawna panienka się nie lituje i usprawiedliwia sens takiego działania, bo wiem, co mówię. Cztery lata spędziłem w ogarniętym wojną Libanie, a sześć lat na Zatoce Perskiej. Czyli 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu kontaktu z muzułmanami. Poznałem ich na tyle dobrze, że nigdy nie będę miał o nich dobrego zdania.
Inżynieria społeczna a'la Angela Merkel i Martin Schultz na szczęście nie spowodowała masowych ofiar, jak to było u bolszewików i innych komunistów.
I dziękować Bogu. Mając ciągle w pamięci niemiecki hitleryzm, można sobie wyobrazić inne scenariusze.
A czy u nas, w Polsce doby obecnej mamy elementy inżynierii społecznej?
No pewnie!
Pierwszym Stalinkiem po transformacji był premier Balcerowicz, który z doradcą, skompromitowanym idiotą ekonomicznym, Jeffrey Sachsem, wprowadzili "terapię szokową", która doprowadziła do nędzy miliony Polaków, budując w zamian wąską elitę oligarchów z ubeckimi korzeniami.
To działanie, jak i późniejsze, politycznego analfabety i niemieckiej marionetki, Donalda Tuska, spowodowało wyjazd z Polski około 3 milionów najbardziej prężnych, zdolnych i silnych młodych Polaków i Polek.
Osobiście mam przekonanie, że było to świadome i rozmyślne działanie, mające państwom Europy zachodniej przysporzyć tanią siłę roboczą. Zawarto jakiś deal, o którym może się dowiemy za pół wieku. Tak, czy inaczej, inżynieria społeczna bez dwóch zdań.
A pan minister Handke, chemik od krzemianów i dwie paniusie, nauczycielka matematyki Szumilas i dziennikarka Kluzik-Rostkowska, nie eksperymentowali z edukacją narodową, przekształcając szkoły w wylęgarnie niedouków, właśnie takich ludzi, jakich potrzebował zachód, jako tanią siłę roboczą. To był szeroko zakrojony projekt inżynierii społecznej. W ramach podziału specjalizacji w Europie, neo-liberalni mędrcy nadali Polsce rolę pospolitego, niewyrafinowanego konsumenta oraz dostarczyciela najniżej płatnych fachowców. A zdławiona przez rzeczone paniusie edukacja narodowa miała pozbawić młode pokolenia aspiracji, ambicji, zdrowego rozsądku i chęci do samodzielnego myślenia. Po co myśleć, jak Gazeta Wyborcza i TVN wszystko wyjaśni, a Polsat dostarczy rozrywki.
Pamiętacie państwo cele nadrzędne i szczyt marzeń młodego Polaka lansowany przez ekipę Tuska: piwo, grill, Taniec z Gwiazdami, ciepła woda w kranie i wakacje w Egipcie. No może jeszcze 15 letnie Audi nie za mocno potłuczone w wypadku.
Rok minął, jak nie ma już u władzy tych magików od manipulacji umysłami obywateli, a jeszcze ciągle wielu tzw. lemingów nie może się wyleczyć z tej ułudy, jaką im serwowano i zrozumieć, ze to już koniec i nigdy czasy pseudo-dobrobytu na poziomie Wietnamu nie wrócą.
To się nawet daje trochę wytłumaczyć. Łatwiej mieć wszystko podane na tacy, w tym myśli i poglądy, niż samemu wykonywać uciążliwą pracę umysłową. Jeszcze dzisiaj, gdy rozmawiam z autentycznymi zwolennikami PO, Nowoczesnej, czy KODu, to słyszę bez przerwy te same słowa, te same slogany, kalki i schematy. To nie jest prawdziwe myślenie, tylko bezmyślne klepanie wyuczonej lekcji. Żeby było weselej, te same słowa i argumenty leją się bez przerwy z ust działaczy, polityków i publicystów tej antykaczystowskiej opcji, udowodniając, że niestety mamy do czynienia z wypranymi mózgami, najprawdopodobniej już bez możliwości ratunku.
Czy inżynieria społeczna, którą usiłowano przeprowadzić na polskim społeczeństwie się powiodła? Na szczęście tylko w minimalnym stopniu.
Żadna antykaczystowska demonstracja, mimo olbrzymich pieniędzy i międzynarodowego wsparcia, nie przekroczyła 50 tysięcy uczestników. To nie jest ruch poparcia godny uwagi. To biedni, zagubieni ludzie plus ci, co im inżynierię społeczną fundowali.
Czyli klapa. Polacy okazali się sprytniejsi niż się wydawało.
_______________
[1] Piotr Zychowicz "Sowieci", Dom Wydawniczy REBIS, 2016
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Pol_Pot
Odebrać Polakom apteki – wojna trwa
W dużym stopniu zlikwidowano polski przemysł.
Gdyby nie rzut na taśmę w ostatniej chwili odebrano by naszym chłopom ziemię i zlikwidowano by polskie rolnictwo.
Prasa polskojęzyczna już od dawna nie należy do Polaków. Informacją i propagandą rządzą obcokrajowcy.
W takiej właśnie panoramie trwa zażarta walka o polskie apteki, a konkretnie o model polskiej farmacji.
- To jest mafia i skorumpowane struktury kryminalne – mówią specjaliści obserwujący polski rynek farmaceutyczny.
- Robimy to wyłącznie dla dobra pacjenta – odpowiadają wynajęci prawnicy, marketingowcy i tłuści biznesmeni, tłumacząc podstępną likwidację polskich, rodzinnych aptek poprzez bezwzględną wojnę cenową. Nieprzypadkowo żaden z nich nie jest farmaceutą. Oni są od biznesu, a nie dbania o zdrowie. Dla nich na pierwszym miejscu jest zysk, a na ostatnim pacjent. Choćby nie wiadomo jak zaklinali, że wcale tak nie jest.
Znany mi osobiście "biznesmen", który, jak to u nas jest regułą, dorobił się majątku w niejasnych okolicznościach, bo, przypomnę, ekonomiczny mózg Donalda Tuska – Jan Krzysztof Bielecki kiedyś oświadczył – "pierwszy milion trzeba ukraść", w pewnym momencie zdecydował się na stworzenie sieci aptek. Wkrótce miał już ich kilka. Lecz zbankrutował, bo z farmacją nie miał nic wspólnego. To nie jest prosta maszynka do robienia pieniędzy.
Ciekawy też byłem dlaczego wiceprezes potężnego koncernu, zarabiający kupe pieniędzy, jest jednocześnie właścicielem niegdyś upadłej hurtowni farmaceutycznej. Co do jego walorów etycznych mam poważne wątpliwości.
Więc może poniżej znajdziemy odpowiedź na to pytanie.
*********
Farmacja to potężny biznes. Bodajże ciągle na drugim miejscu na świecie, tuż po przemyśle zbrojeniowym.
No bo jakże nie zarabiać miliardów, jak produkcja jednej tabletki popularnego leku kosztuje jednego centa, a sprzedaje się ją za dolara.
Patrzycie państwo w telewizor i co druga reklama to jest lek, albo jego oszukańcza mutacja – suplement diety. Jakie wielkie miliony przeznacza się na te telewizyjne reklamy? A to tylko niewielka cząstka biznesu.
Klasyczny obieg w tym biznesie jest prosty: producent farmaceutyczny wytwarza lek na konkretną chorobę, lub tylko na jakiś objaw schorzenia – na przykład bół, albo nudności. Chory pacjent jest badany przez lekarza i ten w końcu zaleca mu konkretny lek i jeśli jest to lek, którego zgodnie z przepisami nie można nabyć od ręki, doktor wystawia pacjentowi receptę, która, jeżeli jest formalnie poprawna, jest honorowana przez aptekę i farmaceuta sprzedaje ten lek pacjentowi.
Często do tej transakcji dołącza się państwo i jeżeli zapisany lek znajduje się na tzw. liście leków refundowanych, to pacjent z własnej kieszeni płaci tylko pewną cząstkę ceny leku, a resztę dopłaca państwo. Czasami jest to niewiele, lecz w innych przypadkach pacjent płaci tylko 3,20 zł za lek, który kosztuje 3000 złotych.
Aptekarz z kolei zdobywa swoje leki w hurtowniach farmaceutycznych, które kupują je bezpośrednio u producenta, albo w firmach dystrybucyjnych, które leki sprowadzają z zagranicy.
Każdy lek będący w obiegu musi bezwzględnie mieć, po przejściu rozlicznych badań, zezwolenie Ministerstwa Zdrowia (MZ) na oficjalną sprzedaż.
Nie można sobie sprowadzać z Chin choćby najlepszego żeń-szenia i sprzedawać go, jeżeli nie zostanie on przebadany w laboratoriach MZ i nie otrzyma zgody państwa na jego sprzedaż.
Tak samo – wszystkie ogniwa obrotu lekami, czyli po kolei: wytwórnia farmaceutyczna – hurtownia farmaceutyczna – apteka, a także decydujący o wszystkim lekarz muszą mieć wymagane licencje. To nie sprzedaż pietruszki i handlem takim delikatnym, nierzadko zabójczym towarem, mogą zajmować się wyłącznie specjaliści, zasadniczo po wyższych studiach medycznych.
Są to wszystko zawody zaufania publicznego, bo pacjent musi mieć pewność, a sam nie jest w stanie tego sprawdzić, że lekarz mu zapisał, a farmaceuta sprzedał lek, który mu pomoże, a nie przypadkiem zabije.
Gdy tak wielkie pieniądze są w obiegu w tych małych białych, różowych, czy niebieskich pastyleczkach, to nie jest zaskoczeniem, że duża grupa ludzi nieuczciwych zwęszyła możliwość łatwego i dużego zarobku nie zwracając uwagi na te idiotyczne przepisy. Tak to więc, przestępstwa farmaceutyczne stały się potężnym biznesem. Warto tu podać, że rokrocznie w samym tylko nielegalnym eksporcie leków z Polski zarabia się 3 miliardy złotych.
Przestępstwa dokonywane są we wszystkich ogniwach obrotu lekami: u producenta, w hurtowniach, w aptekach, a także przez lekarzy.
Jednak najgorsze jest wówczas, gdy wszystkie te elementy – producent+hurtownia+lekarz+apteka stworzą mafijną strukturę, która perfidnie i z wielkim zyskiem okrada państwo i obywateli.
Takie działanie nie byłoby możliwe, albo mocno utrudnione, gdyby rząd, a konkretnie MZ stworzył właściwe zabezpieczenia ustawowe. Jednakże polskie prawo farmaceutyczne jest dziurawe, jak sito, zachęcając wprost do nielegalnych, przestępczych działań osoby nieuczciwe. Zadbali o to lobbyści korumpując urzędników ministerstwa na różnych szczeblach władzy.
Trzyliterowe służby, jak ABW, czy CBA jakoś niemrawo prowadzą tutaj dochodzenia, do prokuratury, jak zwykle trafiają płotki, a samo ministerstwo pod przewodnictwem pana min. Radziwiłła ślimaczy się już rok z naprawieniem prawa.
Więc przestępczy proceder nadal hula pełną parą.
Jak taki mafijny układ zarabia miliony? Oto parę najlepszych i aktualnych przykładów z życia:
Światowy producent farmaceutyczny o miliardowym majątku i jego polska filia, czy dystrybutor, wprowadza na rynek nowy lek "J." w kuracji cukrzycy. Oczywiście posiada wszystkie zezwolenia i licencje Ministerstwa Zdrowia, lecz o jego prawdziwej skuteczności przekonamy się dopiero za parę lat.
Producent natychmiast rozsyła rzeszę przedstawicieli do gabinetów, gdzie nakłaniają oni, często bezczelnie korumpując lekarzy, do przepisywania tego leku pacjentom.
Jednocześnie tenże producent zaopatruje zaprzyjaźnione sieci aptekarskie (o sieciach będzie dalej) w lek J. po cenie z potężnym dyskontem. W tym konkretnym przypadku, lek J., gdy chce go kupić w hurtowni normalna, nie zaprzyjaźniona apteka, musi zapłacić 170 zł za opakowanie. Tymczasem w mafijnej sieci aptek ten lek jest sprzedawany pacjentowi po 100 złotych!
I nagle rusza lawina. Lekarze gremialnie, zachęceni przez producenta, wypisują tysiace recept na nowy lek, którego, jak wspomniałem, skuteczność jest jeszcze nieznana, jednocześnie informując chorych, że lek J. można kupić za dobrą cenę właśnie w sieci aptek XYZ.
A gdy biedny schorowany człowiek uda się do swojej najbliższej apteki dzielnicowej, która nie jest w sieci, to dowiaduje się, że kosztuje on 170 zł + marża, powiedzmy minimalna 4%, czyli 176 zł.
Oczywiście nie kupi. Wsiądzie w autobus. Pojedzie pod szpital do apteki XYZ i kupi lek za 100 zł.
I stwierdzi, że do swojej apteki pod domem nie ma co chodzić, bo mają ceny z sufitu i najprawdopodobniej kradną bezczelnie. Tak to działa. To stuprocentowa prawda prosto z życia w dniu dzisiejszym.
Albo inny przykład:
Rząd "dobrej zmiany" zdecydował, że Polacy o wieku 75+ powinni mieć leki za darmo. Oczywiście nie wszystkie, tylko na receptę i ze specjalnej rządowej listy.
Staruszka udaje się do pana doktora, a ten, o czym ona nie wie, jest członkiem skorumpowanej, mafijnej struktury. Lekarz, dobry człowiek, pełen współczucia przypisuje leki na recepcie. Na jednej może umieścić pięć pozycji, czyli pięć różnych leków. Ordynuje więc on cztery bezpłatne leki z listy 75+ oraz jeden pełnopłatny, często, gęsto, kompletnie niepotrzebny. Lecz skąd pacjent ma o tym wiedzieć? Jednakże tak się składa, że ten jeden lek jest niezwykle tani w aptece sieci XYZ, a drogi w pozostałych. Więc nie zrealizuje on recepty w 4/5 bezpłatnej w swojej aptece za rogiem, bo jeden lek, za który musi zapłacić, jest tu drogi. Jedzie więc do XYZ by stanąć w wielkiej kolejce ludzi, nie zdających sobie sprawy, że kupują u gangsterów okradających nas wszystkich.
Tak samo zresztą jest z refundowanymi lekami dla wszystkich. Zgodnie z ustawą, leki refundowane, w całej Polsce mają taką samą cenę. Więc dla pacjenta, który ma receptę z lekami refundowanymi, jest absolutnie wszystko jedno, w jakiej aptece kupi te leki. Wszędzie zapłaci tyle samo. Jednakże skorumpowany lekarz na recepcie dopisze do leku refundowanego lek pełnopłatny, choćby głupi Acard, niby na serce, który w typowej aptece jest p około 11 zł, ALE w aptece sieci XYZ jest tylko po 4 zł i z tego powodu większość pacjentów podąży do sieci.
Dziesiątkami takich przykładów, jak nielegalny, lub choćby na granicy prawa dzięki sprytnej ustawie farmaceutycznej, obrót lekami, mogę tu państwa zasypać.
Cały ten wielki i niezwykle intratny rynek farmaceutyczny, jest od samego momentu transformacji, niezwykle kulawy, kryminogenny i skażony bezczelnym łupiestwem zadekretowanym przez pana Balcerowicza (i jego asystenta Petru).
Za komuny wszystko to było państwowe.
I nagle, na początku lat dziewięćdziesiątych, pani kierownik apteki, dosłownie za darmo stawała się jej właścicielem.
A rozliczni, znakomici producenci, te różnorodne państwowe Polfy, stawały się prywatnymi fabrykami, prawdziwymi kurami, znoszącymi złote jaja.
To pan Jerzy Starak, który już za komuny założył firmę Comindex, po zakupie Polpharmy, warszawskiej Polfy i lubelskiego Herbapolu wylądował na czwartym miejscu najbogatszych Polaków.
Kazimierz Herba, właściciel firmy farmaceutycznej Neuca, dawniej Torfarmu, będącej największym dystrybutorem leków w Polsce, jest tylko na 38 miejscu wśród najbogatszych w Polsce.
Gdy przeglądamy słynną listę Forbesa stu najbogatszych w naszym kraju, to znaleźć w niej można jeszcze wiele osób związanych z farmacją.
Nawet były prezydent Kwaśniewski, współpracując ze śp. Janem Kulczykiem, był zaangażowany w coś, co się później okazało sporą aferą, mianowicie w Laboratorium Frakcjonowania Osocza – niezwykle intratny farmaceutyczny biznes.
Tymczasem byli kierownicy aptek, którzy nagle stali się ich właścicielami (choć uczciwie trzeba przyznać, że niektórzy je kupili), a którzy, jak to się mówi byli niepruderyjni, agresywni i nie liczyli się z etyką zawodu, zmieniali się z doktora Jekyll'a w mr Hyde'a i przestawali być prawdziwymi farmaceutami z misją społeczną i stawali się biznesmenami nastawionymi tylko na zysk.
Zaczęli organizować sieć własnych aptek, co samo w sobie nie jest zjawiskiem nagannym, czy amoralnym, pod warunkiem, że nadal będzie się przestrzegać uczciwych, rynkowych reguł gry. Niestety – tak jednak nie było.
***************
Parę dni temu Telewizja Trwam, w swoim bardzo wartościowym programie "Rozmowy niedokończone" (11.01.2017 http://www.tv-trwam.pl/film/rozmowy-niedokonczone-11012017 ) przedstawiła sytuację polskiego aptekarstwa.
Na przeciwko siebie usiadło dwóch czynnych farmaceutów, pełniących różne funkcje w organach nadzorczych i reprezentujących interes polskich aptekarzy i dwóch nie-farmaceutów, w moich oczach gości, o aparycji podmoskiewskich mafiosów, reprezentujących wielkie sieci apteczne.
Zdefiniowano na początek, jak mylne są określenia: model aptek zamknięty i model otwarty. Zamknięty to taki, który dopuszcza do posiadania aptek wyłącznie farmaceutów, czyli osoby zaufania społecznego i jaki istnieje w Niemczech, Francji, Włoszech, Hiszpanii i wielu innych krajach.
Model otwarty to taki, w którym aptekę może założyć sobie praktycznie każdy. Znany mi jest w Gdyni przypadek, gdy pewien wozak, czyli przedsiębiorca w transporcie konnym, posiadając dom w atrakcyjnym punkcie, uruchomił w nim aptekę, a następnie w ramach marzeń o awansie społecznym, ubierał biały fartuch i dyrygował zespołem swojego personelu.
Model otwarty doprowadził w rezultacie do takiej sytuacji w Norwegii (co obserwowałem osobiście), że w ciągu dziesięciu lat, wszystkie apteki zostały przejęte przez trzy wielkie sieci, międzynarodowe korporacje, tak silne, ze rząd tego państwa ma doprawdy mało do gadania w obrocie lekami.
No więc, gdzie sens tu i logika? Model zamknięty to taki, w którym jest około 10 tysięcy niezależnych aptekarzy, a model otwarty, gdy na końcu procesu są trzy... pięć wielkich sieci, które rządzą i dzielą i którym państwo nie podskoczy.
Jednakże ci dwaj panowie o nieciekawych sylwetkach i nie będący farmaceutami, z programu TV Trwam, z całej mocy lobbują i naciskają, by Polskę przekształcić w kraj, w którym wszystkie apteki, jak wszystkie gazety, będą należały do paru potężnych sieci, które, nie państwo, nie MZ, będą decydowały o rynku leków w kraju.
To nie jest działanie, które dopiero co się zaczęło. To trwa od dawna, a przez minione 8 lat władzy PO+PSL było o tym cicho, bo liberałom to bardzo pasowało. Poza tym teraz już dobrze wiemy, że był to rząd afer, korupcjogenny i kryminogenny. To oni właśnie stworzyli te różne boczne furtki i sprytne triki prawne, przez które wycieka z kraju leków za 3 miliardy, zamiast trafić do potrzebujących obywateli.
A na rynku aptecznym trwa wojna. Najgorsza jest wojna cenowa. W rezultacie codziennie zamyka się, bankrutują, trzy małe rodzinne apteki.
Pojedynczy aptekarz nie ma najmnieszych szans, by konkurować z potężną, bogatą siecią, stosującą wszelkie gangsterskie metody, jak dumping, uprzywilejowane warunki zakupu, zabroniona reklama, nieuczciwą konkurencję, czy korumpowanie i nielegalna współpraca z lekarzami.
A absurdalne przepisy utworzone przez Ministerstwo Zdrowia są takie, że gdy masz swoją skromną aptekę osiedlową, to sieć, jeśli ma tylko ochotę, dostaje pozwolenie i otwiera swoją aptekę dwa domy dalej i wystarczy pół roku, by wykończyć ciebie ekonomicznie.
To jest tak, jakbys chciał handlować w małym sklepiku spożywczym tuż obok Biedronki.
No dobrze, powie ktoś, zazwyczaj bez dostatecznej wiedzy i wyobraźni, ale dzieki sieciom pacjenci mają tańsze leki!
To prawda. Mają tańsze, tylko, jak długo? Toczy się wojna cenowa i leki są tanie nie po to by pacjent miał lepiej, tylko po to, by zrujnować konkurencję. Małych, rodzinnych aptekarzy.
Gdy w Norwegii sieci opanowały już wszystkie apteki, to ceny leków poważnie wzrosły. Bo sieci pracują tylko i wyłącznie dla zysku. Obca jest im idea działania dla społeczeństwa.
Tak więc, twierdzenie, że apteki sieciowe gwarantują tańsze leki, to mit! Gdy już zdobedą monopolistyczne pozycje, to będą dyktowały ceny, jakie będą chciały. I proszę uwierzyć – wszędzie, gdzie sieci opanowały rynek, ceny w końcu drastycznie wzrosły.
Czy ktokolwiek widział lub pamięta, by ceny prądu w Polsce dla indywidualnych odbiorców zmalały, gdy mamy w Polsce dokładnie trzech monopolistów dystrybucji prądu elektrycznego?
***********
Wiem o tym na pewno, że premier Jarosław Kaczyński, konserwatysta i wyznawca sprawiedliwości społecznej jest zwolennikiem modelu aptek rodzinnych, będących własnością aptekarzy – farmaceutów.
A minister zdrowia Konstanty Radziwiłł dostał od Pani Premier polecenie opracowania nowej ustawy farmaceutycznej, która zlikwiduje wszelkie, sprytnie pochowane paragrafy pozwalające na korupcję i okradanie państwa i obywateli. Ustawy, która pozwoli na swobodny rozwój aptek rodzinnych i zlikwiduje na zawsze nieuczciwą konkurencję. Tak, jak jest w Niemczech, Francji, Włoszech, czy Hiszpanii.
Mija rok, a wyczekiwanej ustawy farmaceutycznej nie ma. Kolejne 3 miliardy złotych państwo straciło za wyeksportowane leki.
Otwierają się kolejne sieciowe apteki. Powstają apteki – słupy, nie dla pacjentów, tylko w celu lukratywnej redystrybucji leków za granicę.
W centum Gdyni, powiedzmy licząc od Dworca Głównego, do Urzędu Miasta, powstały nowe dwie apteki. Co z tego, że jest już na tym obszarze 30 (trzydzieści!) aptek. Urzędnikom miasta i nadzorowi farmaceutycznemu to nie przeszkadza, że apteki są obok siebie, w sąsiednich kamienicach.
Taki jest wolny rynek w rozumieniu małego Jasia.
**********
Żeby nie było, że ja jestem gościem z ciemnogrodu z czarnym podniebieniem, który nie chce, by aptekarze się bogacili i rozrastali. Rozwój jest przecież głównym celem kapitalizmu.
Wszystko w porządku, tylko mój rozwój nie może być katastrofą dla mojego kolegi, albo sąsiada.
Lecz niestety, życie udowadnia, że zazwyczaj w końcu zwycięża chciwość, pazerność i chęć bogacenia się za wszelką cenę.
Na koniec podam taki lokalny przykład z Trójmiasta.
Gemini – malutki rodzinny interesik aptekarski założony w roku 1990, dzięki obrotności, sprytowi i bezwzględności dwóch kolesi w chwili obecnej jest posiadaczem 31 stacjonarnych aptek w atrakcyjnych punktach pomorza, oraz portalu sprzedaży internetowej leków. Nieźle prawda? Lecz co zazwyczaj robi Polak, gdy osiągnie taki poziom rozwoju? Otóż sprzedaje swój biznes, w tym wypadku sieć aptek, międzynarodowemu rekinowi, firmie z gatunku funduszu private enqity – Warburg Pincus siedzibą w Nowym Jorku.
I oto już 31 aptek na Pomorzu należy do Amerykanów, a nie polskich farmaceutów.
Dlaczego o tym wspominam?
Ponieważ wielu dziennikarzy i nierzetelnych publicystów twierdzi, że ponad 96 procent sieci aptecznych jest w polskich rękach. Głupota, czy świadoma bzdura?
Nawet portal niezależna.pl to podaje.
To ja się pytam, co robią w Polsce takie międzynarodowe podmioty gospodarcze jak Dr. Max, BRL Center, Grupa Kapitałowa Penta, czy nawet litewskie Euro – Apteki? Przyglądają się polskim aptekom? Nie, oni skupują na potęgę.
Oto przykład:
"Do UOKiK wpłynął 5 stycznia wniosek o przejęcie przez BRL Center – Polska z siedzibą we Wrocławiu kontroli nad dwoma spółkami RBW Pharm siedzibami w Kluczborku, Apteką „Pod Wagą” Bartosz Fiołka Sp.j. z siedzibą w Kępnie, Suplemed Sp. z o.o. z siedzibą w Kobylej Górze, Many Farm Sp. z o.o. z siedzibą w Kobylej Górze, Elite Pharm Sp. z o.o. z siedzibą w Ostrzeszowie i Apteką pod Korona Krotoszyn Sp. z o.o. z siedzibą w Krotoszynie..." [ http://www.portalspozywczy.pl/handel/wiadomosci/wlasciciel-aptek-dr-max-i-fundusz-penta-chca-przejac-kilka-spolek-aptecznych-w-polsce,139296.html ]
Wniosek z tego taki: podobnie, jak to się dzieje z polskimi wielkopowierzchniowymi sieciami spożywczymi, gdzie ostał sie chyba juz tylko "Piotr i Paweł", a padły BOMI, a całkiem niedawno Alma, polski kapitał jest za mały, by konkurować z międzynarodowym. W rezultacie na rynku pozostały tylko wielkie międzynarodowe sieci.
Identycznie będzie z sieciami polskich aptek. Tak, jak to podałem na przykładzie sieci Gemini. Nie minie parę lat, a w Polsce pozostaną tylko sieci międzynarodowe aptek. A jeszcze po paru latach przekształceń, powstaną trzy, cztery wielkie sieci i państwo polskie nie będzie miało nic do gadania, a farmaceuci staną się tylko korporacyjnymi pracownikami najemnymi.
Tak oto rozwali się kolejny polski sektor mogący promować budowę naszej klasy średniej.
Nie miałbym żadnych nadziei i złudzeń, gdyby nadal u władzy była ekipa Tuska. Prawdopodobnie wszystko by kuz było pozamiatane.
Lecz wiem, że Jarosław Kaczyński jest zwolennikiem aptek w rękach polskich aptekarzy. Dlatego ciągle nadzieję mam.
Tyle tylko, że minister Radziwiłł i jego ekipa nie ma co zwlekać i ostro zabrać się do roboty.
Oto fragment Manifestu Aptekarzy Polskich, jaką opublikowała Okręgowa Izba Aptekarska w Olsztynie:
" [...]Nie jesteśmy w stanie konkurować z wielkim biznesem, który atakuje i niszczy nasze apteki,
korzystając z braku prawnych zabezpieczeń. (...) Tracimy kontrolę nad rynkiem, oddajemy go w obce ręce, tracąc tym samym kluczowe ogniwo systemu ochrony zdrowia, a zarazem narodowej gospodarki.
- Dostrzegamy postępującą degradację naszego zawodu, jego zasad, praw i obowiązków, szczególnie w sieciach aptek, gdzie suwerenność zawodu jest nagminnie ograniczana. Dostrzegamy spychanie nas, farmaceutów, do roli ekspedientów -oceniają farmaceuci i dodają:
- Dostrzegamy rażący brak politycznej woli i działań zmierzających do zabezpieczenia racji stanu, interesów pacjentów, farmaceutów i gospodarki.
Aptekarze przedstawiają 10 postulatów:
1. Odpowiedzialnej polityki Ministerstwa Zdrowia, reprezentującej interesy polskich pacjentów i polskich aptekarzy.
2. Jasnych i niepodważalnych przepisów, których sens nie będzie wypaczany przez urzędników.
3. Utrzymania własności aptek w rękach polskich farmaceutów.
4. Powstrzymania niekontrolowanego wzrostu liczby aptek.
5. Ograniczenia rozrostu sieci aptek, które pozostając w rękach komercyjnych spółek mogą paść łatwym łupem kapitału zagranicznego.
6. Sprzyjania zawodowej suwerenności farmaceutów zarówno w sferze prowadzenia aptek, jak i wykonywania pracy zawodowej.
7. Zagwarantowania możliwości stałego zaopatrzenia aptek w leki ratujące zdrowie i życie, zgodnie z potrzebami naszych pacjentów.
8.Uregulowania zakresu kompetencji farmaceutów i techników farmaceutycznych, zapewnienia warunków kształcenia i doskonalenia zawodowego.
9. Jasnego uregulowania kompetencji i skierowania działań inspekcji farmaceutycznej na lek, a nie miejsce jego oficjalnej dystrybucji.
1o. Uwzględnienia naszego udziału przy podejmowaniu wszelkich decyzji nas dotyczących. "
[ http://www.rynekaptek.pl/marketing-i-zarzadzanie/postulat-utrzymania-wlasnosci-aptek-w-rekach-polskich-farmaceutow,9450_1.html ]
Dodam na koniec – nie ma na co czekać! Proces upadku, jak to modnie obecnie mówić, jest niesłychanie dynamiczny. Zwolennicy aptek sieciowych czując niebezpieczeństwo, zintensyfikowali swoje działania.
Ci, co kradli – kradną bardziej. Ci co kombinowali – kombinują w dwójnasób.
A skorumpowani urzędnicy, czy lekarze wyciągają lepkie łapki, by jeszcze na koniec coś skorzystać.
Paskudne słowo propaganda
Fatalna sprawa... Pisać o czymś tak okropnym, jak propaganda? Czyżby okropnym?
Proszę się wybrać do jakiejkolwiek firmy Public Relations, czyli PR i zobaczyć w cenniku, jak wielkie pieniądze się płaci właśnie za propagandę.
Bowiem PR to nic innego jak propaganda. A konkretnie – propaganda i reklama.
Reklama to pokrótce działanie w jednym konkretnym celu – coś dobrze sprzedać. I tyle.
Propaganda natomiast to pokazanie obrazu podkolorowanego, albo też działanie celowe zmierzające do ukształtowania poglądów.
A często jest tak, że propaganda i reklama tak się przeplatają, że trudno rozróżnić, z czym mamy do czynienia.
...
Praktycznie od XIX wieku, czyli od czasów rozwoju demokracji parlamentarnej, propaganda uzyskała charakter wybitnie pejoratywny i często po prostu jest utożsamiana z kłamstwem, manipulacjami i półprawdami.
Tylko, jeśli jest aż tak źle z tą działalnością, to skąd tak wielki rozkwit Public Relations?
Zapewne też papież Grzegorz XV nie miał na myśli tych negatywnych konotacji, gdy jako pierwszy w XVII wieku rozpowszechnił słowo propaganda powołując Congregatio de propaganda fide. To właśnie po utworzeniu tej papieskiej Kongregacji, protestanci zaczęli nadawać propagandzie negatywny wydźwięk.
I tak już zostało... A ja uważam, że jest to totalna bzdura i propaganda jest ważnym i istotnym czynnikiem właśnie w demokratycznych systemach sprawowania władzy.
Gdy zajmiemy się słowem propagowanie, to już widzimy coś zupełnie innego. Jak najbardziej pozytywnego. Propagowanie nauki, propagowanie kultury... A czy propagowanie kanonów wiary to nie ekumenizm?
Czyli propagowanie czegoś jest w porządku, ale uprawianie propagandy już nie.
Aby czynności propagandowe mogły zaistnieć niezbędnie konieczne jest posiadanie mediów. Jakichkolwiek – prasa drukowana, kino, radio, a dzisiaj przede wszystkim telewizja i internet.
Niemałą rolę, o czym zazwyczaj zwykły człowiek zapomina, lecz nie fachowcy, jest tak zwana propaganda szeptana. Czyli rozpowszechnianie na zasadzie ustnych przekazów.
...
Praktycznie, od powstania ustrojów demokracji parlamentarnej toczy się walka propagandowa. Zazwyczaj, gdy mamy czas względnej równowagi, spokoju i porządku, propaganda jest przytłumiona; wybucha tylko na krótko w okresach kampanii wyborczych. Różne strony walczą wówczas o pozyskanie jak największej ilości zwolenników, co później przekłada się na rezultat wyborów i zwycięstwo, często gęsto, nie najlepszego dla obywateli, najbardziej moralnego i uczciwego ugrupowania, tylko najbardziej sprawnego propagandowo.
Klasycznym przykładem z naszej najnowszej historii jest zwycięstwo Platformy Obywatelskiej w 2007 roku, partii kompletnie bezideowej, której głównym celem, jak głosił jej lider była ciepła woda w kranie. Jak się później okazało, gdy już sprawowali władzę, partii zakłamanej, łamiącej przyrzeczenia, gardzącej zwykłymi ludźmi, a samą substancję państwa traktującą jako obficie nakryty stół ze smakołykami, z którego należy sobie brać, co się chce.
Lecz PO była niesłychanie sprawna propagandowo. Szare eminencje z cienia, tworzące to ugrupowanie zdecydowały zatrudnić najlepszych światowych i krajowych fachowców od Public Relations. I to one ustalały, co i jak mówić i pokazywać narodowi w taki sposób, by zdobyć jak najliczniejsze grono zwolenników.
Taki właśnie, po raz pierwszy zastosowany u nas atak propagandowy, zapewnił PO zwycięstwo.
Następne osiem lat władzy pokazało, że przywódcy tego ugrupowania, z powodu swojej marności intelektualnej i zachłyśnięci stosunkowo łatwym sukcesem, zdecydowali, że nie będą się bawić w poważne rządzenie i uprawianie polityki, jeżeli wystarczy uprawiać sprytną propagandę.
No i mieliśmy ruinację państwa i 3 miliony młodych Polaków uciekających za granicę, przy jednoczesnych dumnych zapowiedziach Drugiej Japonii, Drugiej Irlandii, Zielonej Wyspy.
A żeby Warszawiakom już zupełnie było świetnie, to postawiono im w centrum plastykową palmę (au-ten-ty-czne!) i nieopodal tęczę LGBT. No i co? Nie jest fajnie?
No właśnie, według propagandy, którą już oficjalnie Platforma nazywała pijarem, ma być fajnie, a nie dobrze. Taki ładny zabieg socjotechniczny, usprawiedliwiający nędzę sprawowania władzy, skutkującą rozkwitem aquaparków w każdej gminie i tysiącem kilometrów ekranów wzdłuż dróg, zamiast polepszaniem się warunków życia obywateli. Ale co tam – propaganda rulez!
Już nie słuchało się, co mądrego dany polityk ma do powiedzenia i co właściwie on robi; ważne było, czy ma garnitur od Armaniego, dobrze dobrany krawat, czy biega codziennie, zna się na winach i pali cygara. Tak się budowało obraz PANA. A rozdeptane buty i porwane sznurowadła Kaczyńskiego to obciach na światową skalę. Takie oto są priorytety dominujące w propagandzie PO.
Przykro to powiedzieć, lecz spora część narodu, nieprzygotowana na taki frontalny atak gebelsizmu, kupiła tą fasadę, nie interesując się faktycznym stanem budynku. I co gorsza, tkwią w tym matriksie do dzisiaj. Bo to było takie przyjemne i jakim tanim kosztem.
...
Szczytową formą uprawiania propagandy jest wojna propagandowa.
To stan, który mamy dzisiaj. Po zwycięstwach wyborczych – prezydenckich i sejmowych przez prawicową koalicję.
Same zwycięstwa są dowodem, że nachalna propaganda "ciepłej wody w kranach", oparta na fałszu i obłudzie, zaczęła się wyczerpywać i ludzie już gremialnie zaczęli się ze wstrętem od tego odwracać. Jak długo można dać się oszukiwać?
Niestety, najprawdopodobniej niczego nie pojęli, lub też są do cna cyniczni, członkowie i zapiekli zwolennicy partii, które po przegranych wyborach znalazły się w opozycji.
Zamiast, jak uczy historia i wymaga konieczność dziejowa, działać krytycznie, lecz konstruktywnie, zdecydowali się oni podnieść swój ukochany pijar do poziomu wojny propagandowej.
Tak, jak w trakcie sprawowania władzy, stwarzali złudny obraz spokoju, powszechnej szczęśliwości i dobrobytu, to teraz, w stanie wojny, pogodny obraz jest zastąpiony przez film katastroficzny – powszechny armagedon, chaos, tyrania, wszystko jest nielegalne, u władzy są uzurpatorzy, demokracji nie ma, a ci, co władzę stracili, cierpią za naród.
By ten obraz uwiarygadniać od samego początku utraty władzy, lider PO Grzegorz Schetyna jasno określił cele, zawierając je w dwóch słowach: ulica i zagranica.
Wyjaśnijmy, że znowu nie są to cele faktyczne, mające coś stworzyć, nie, to zagrywki propagandowe. Pięćdziesięciu-osobowe demonstracje pokazywane odpowiednio przez kamery współpracujących z opozycją stacji TV mają stworzyć wrażenie milionowych protestów. Na największych antypisowskich demonstracjach policja policzyła 25 tysięcy uczestników, a w świat poszło z zaprzyjaźnionych mediów – 150 tysięcy.
Lewak z KODu bandażuje sobie wcześniej rękę, by po manifestacji zademonstrować, że został brutalnie poturbowany.
Inny idiota kładzie się na ulicy w czasie demonstracji pod sejmem i gdyby nie przypadkowe nagranie telefonem, chodziłby w glorii bohatera krwawo pobitego przez krwiożerczą władzę.
To jest "ulica i zagranica".
Stwarzanie wrażenia chaosu, globalnego oporu społeczeństwa, krwawych protestów i ogólnej niesprawiedliwości, co potwierdzają rozliczni, sędziowie, akademicy i przede wszystkim dziennikarze ( a także Były europoseł PIS za 15 tyś euro miesięcznie, Kazimierz Michał Ujazdowski i ksiądz Pieronek) to własnie wojna propagandowa i ostrzał ze strony opozycyjnej.
Ta fikcja i dodana do tego odpowiednia narracja jest podchwytywana, przez wrogie PISowi, jako partii konserwatywnej dążącej do cywilizacyjnej kontrrewolucji, co jest śmiertelnym zagrożeniem dla lewackiej i neoliberalnej Europy, media zagraniczne, oraz, przede wszystkim, skomuszałe organy Unii Europejskiej, które są tak ogłupiałe, że, jak to podano, widzą większy dramat ludzi w Warszawie niż w ruinach Aleppo.
Uczciwie muszę przyznać – wszystkie partie opozycyjne w Polsce dzisiaj, nie wyłączając nawet Kukiz15, wyspecjalizowały się w grze pozorów.
Wojna propagandowa jest ważniejsza, a właściwie jedynym działaniem, niż uczciwa praca i robienie tego, do czego zostali powołani.
...
Niestety, w tej brutalnie narzuconej wojnie propagandowej i nie mam wątpliwości, przy potężnym wsparciu, czy to z Moskwy, Berlina, Brukseli, czy innych ośrodków władzy za granicą, obecni rządzący, czyli PIS i cała prawica niespecjalnie dają sobie radę.
Fakt, ludziom uczciwym i przyzwoitym, a za takich uważam większość obecnych konserwatywnych prominentów, znacznie trudniej jest notorycznie kłamać, mataczyć, zmyślać i generalnie być łajdakiem. Lecz fachowców od tych spraw można przecież wynająć.
Pamiętamy ciągle, obie kampanie wyborcze były przeprowadzone znakomicie. Czuć było w cieniu prawdziwych, światowych fachowców. I, gdy tylko przywołam jedną postać, pan Rafał Bochenek, zawodowo prawnik, który, jako prezenter i konferansjer, był świetny.
Lec cóż mamy teraz? Rzecznik prasowy prezydenta, Marek Magierowski, rzecznik prasowy Rady Ministrów, wspomniany Rafał Bochenek, rzecznik prasowy PISu Beata Mazurek, według mnie nie są najlepszymi ludźmi na te statnowiska. Właśnie z powodów propagandowych, czy mówiąc nowocześniej – pijarowych. Magierowski to ciągle nieco zbyt kostryczny i niestety małomówny dziennikarz, Bochenek nie wyszedł z roli konferansjera, a pani Mazurek, cóż..., potrafi czasami coś tak palnąć, że nawet Monikę Olejnik zatyka, a Knapik robi się czerwony jak indyk.
Jeszcze raz powtórzę – trwa wojna propagandowa, którą PIS przegrywa.
Przekonany jestem, że gdyby taka wojna się nie toczyła, to już po roku sprawowania władzy i uchwaleniu i zrealizowaniu tylu prospołecznych ustaw, poparcie dla prawicowej koalicji oscylowałoby gdzieś w okolicach 55 – 60%. I wtedy można by wspaniale i w pełni Polskę przebudować i rozwinąć.
No, ale niestety – natychmiast po wyborach opozycja wspomagana z zagranicy przystąpiła do zmasowanej wojny.
Czy Jarosław Kaczyński, w swojej autentycznej mądrości tego nie przewidywał?
Trudno. Jest jak jest. Czyli wyjątkowo brutalna, jak widzimy, nie przebierająca w środkach i ciosach poniżej pasa opozycja będzie nadal prowadziła ciężki ostrzał, a PIS, jak mądrze do tej wojny nie przystąpi i nadal bedzie stał na pozycji – "a mnie to nie obchodzi", to będzie stopniowo tracił.
Trzeba rozgrywać każdą sytuację, każde potknięcie, tym bardziej, że te ofermy same ciągle się podkładają.
Na przykład teraz: - bardzo jestem ciekaw, jak prawica będzie wykorzystywała ewidentną wpadkę Ryszarda Petru. Czy zdoła doprowadzić wydarzenie do poziomu skandalu. Skandalu z podtekstem erotycznym, co, jak pamiętamy wykończyło prezydenta Clintona i prezydenta Hollande. Jasne, gentlemani o takich sprawach nie rozmawiają, ale Superekspres, czy The Sun mają milionowe nakłady z tego powodu i w Anglii, ojczyźnie afery Profumo, Petru byłby usmażony do poziomu well done.
W niezapomnianym skeczu z, co piszę z ogromną przykrością, biedującym na starość Janem Kobuszewskim i Wiesławem Gołasem, majster instruuje ucznia: - "Chamstwo należy zwalczać chamstwem". Hmmm... to może nie mądrość życiowa, ale niewątpliwie ludowa.
Oczywiście nie namawiam, aby poważna, konserwatywna władza, szukająca nawet swoich korzeni w Rzeczypospolitej Szlacheckiej, zniżała się do poziomu chama. Jednakże symboliczny "pan na zagrodzie", a całkiem niedawno, marszałek Piłsudski, wiedzieli, że najlepszą bronią przed bezczelnością i chamstwem, nie jest uległość i pokora, lecz postawa, jak najbardziej asertywna, stanowcza, mimo tego, niepozbawiona godności i dumy.
Dlatego też, jak wojna, to wojna, trzeba wziąć się do walki.
Nie można dopuszczać, aby i wśród obywateli, jak też wrogich nam, zagranicznych ośrodków opiniotwórczych, wykształcał się obraz Polski w bałaganie, Polski w ruinie, rodzącego się totalitaryzmu, łamania prawa i prześladowania obywateli. Wiemy, że wszystko to nieprawda. Lecz to właśnie sprzedaje propaganda przeciwników.
Będąc człowiekiem życzliwym i sprzyjającym obecnej władzy, a przede wszystkim czekającym na dobrą zmianę, muszę w swoim krytycyzmie, oprócz zagrzewania do walki, mieć jakieś sugestie. Oto parę.
Proponuję zorganizować cotygodniowe, poważne konferencje prasowe, czy to rządu, czy nieco rzadziej, prezydenta. Nie takie prymitywne, ad hoc, przy schodach w sejmie.
Róbmy to tak, jak gdzie indziej na świecie. Nie na stojąco tylko stół, mikrofony, za stołem tematycznie dobrani przedstawiciele władzy; pryncypialny prowadzący konferencje, znający dziennikarzy z nazwiska, a dziennikarze specjalnie akredytowani, z wykluczeniem tak zwanych pistoletów i młodych durnych. Dziennikarze tacy, którzy umieją zadawać pytania w temacie (i co niemniej ważne – potrafią się zachowywać. To oczywiste, że ci, uprawiający postmodernistyczne dziennikarstwo a'la Olejnik, czy Knapik nie powinni brać udziału w konferencjach. Co nie znaczy, że pytania kontrowersyjne, czy nawet negatywne powinny być zabronione. Oczywiście , że nie! Lecz na właściwym poziomie merytorycznym i kulturalnym.
A obecny poziom jest niestety taki, że już wkrótce na korytarzach sejmu, niektórzy z młodych, którzy niestety nie otrzymali właściwego wychowania, będą wołać za posłami: - Ej! Ty!
Do poważnej roboty musi też się zabrać pan sekretarz stanu Paweł Szefernaker. Wprawdzie nie informatyk i spec public relations, ale w 2015 ładnie prowadził internetową kampanie prezydencką Andrzeja Dudy, więc winien to kontynuować. Niekoniecznie osobiście, lecz musi stworzyć zgrany zespół młodych informatyków i blogerów, którzy zadbają o wszystkie rządowe, prezydenckie i pisowskie strony i witryny. I to nie tylko pod względem technicznym, systemowym i administracyjnym, lecz także, jako komentatorzy i uczestnicy. Oczywiście, ze specjalnym naciskiem na wszystkie witryny społecznościowe, takie jak Facebook, cz Twitter.
Do pracy panowie! I to od zaraz.
I trochę przykra sprawa. Czy wymienieni powyżej z nazwiska rzecznicy prasowi to najwłaściwsze medialnie osoby na tych stanowiskach?
Niech sobie pan Magierowski pozostanie dyrektorem biura prasowego, lecz do krótkich rozmów z dziennikarzami wysyła jakiegoś wyszczekanego i sympatycznego spryciarza.
Pan Rafał Bochenek świetnie obsługuje imprezy. I niech przy tym zostanie. Spikerem rządu winien być ktoś o swadzie i inteligencji prof. Krasnodębskiego. Oraz asertywności posła Brudzińskiego, czy premiera Gowina.
I musi on mieć większe umocowanie. Nie może być tak, że co drugie zdanie mówi – tego powiedzieć nie mogę, a to to tylko pani premier, itd. Nie, rzecznik musi mieć prawo mówić.
A panią poseł Mazurek bym pozostawił. Bo doprowadza Knapika, czy Wyłupiaste Oczko do granic wściekłości. Proszę się nie obrażać za te słowa, ale jest to Pyskata Baba w Odpowiednim Miejscu.
...
Nie ma na co czekać. Wojna już mocno zaangażowana, a Niemcy już są pod Stalingradem.
Pora na poważny kontratak w tej wirtualnej wojnie, mimo, ze propaganda tak brzydko się kojarzy.
Niech pierwszą jaskółką tego zostanie Szopka Noworoczna Marcina Wolskiego, która rozbawiła naród i rozsierdziła do czerwoności elyty i były establishment.
Należało im się to od dawna.
niedziela, 18 grudnia 2016
Walec Kaczyńskiego
2016-12-17 16:44
Walec, według założeń projektantów i konstruktorów jest maszyną powolną, lecz niezmiernie skuteczną. Zazwyczaj zamienia bezkształtną masę w uporządkowaną strukturę. Likwiduje niedoskonałości i chaos materii. Po prostu organizuje coś zgodnie z zamierzeniami projektodawcy – czy to bezkształtny asfalt w prostą i gładką drogę, czy to kęs metalu w prostą blachę, lub fikuśną szynę.
Pałający nienawiścią i źle mu życzący ludzie nazywają już Kaczyńskiego dyktatorem. A ci, którzy jak tamci nie są kompletnymi idiotami, mówią, że prowadzi on do władzy autorytarnej.
Wystarczy jednak zastanowić się trochę, by zadać sobie pytanie, co i jak on ma robić, gdy chce zrealizować najważniejszy projekt w swoim życiu.
Gdyby poszedł na łatwiznę i miał w sobie nieco azjatyckiej dzikości, to zrealizował by metodę Recepa Erdogana z sierpnia tego roku w Turcji.
Rozpędziłby opozycję. Najgorszych by pozamykał. Zlikwidowałby szkodliwe instytucje. Wziąłby media za mordę. Skutecznie i natychmiast przeprowadziłby dekomunizację i deubekizację. A złodziei i innych przestępców powsadzał do więzienia i pozbawił ukradzionego majątku.
Czy świat by mu wtedy coś zrobił? Nic, kompletnie nic. Wrzask oczywiście byłby okrutny. Zapewne wyrzucono by Polskę z wielu międzynarodowych instytucji. ONZ i Unia Europejska, te ostoje faryzeuszy i hipokrytów, zakrztusiłbyby sie swoim oburzeniem i utworzyłyby tysiąc petycji.
A Kaczyński zostałby postawiony w jednym szeregu z Pol Potem i Idi Aminem (ale już zapewne nie, z Fidelem Castro i Putinem).
Kaczyński dobrze to sobie przemyślał i zamiast budować nowoczesną i jakże potrzebną Berezę Kartuską, wybrał metodę walca drogowego.
Wsiadł więc za kierownicę walca drogowego i jedzie.
A będąc człowiekiem z dużym poczuciem humoru i nieco złośliwym, wiedział, że będzie rozpalał oponentów w ich wściekłości do białej gorączki i zmuszał do kretyńskich ataków, głupich wypowiedzi i generalnie, do ośmieszania się.
I dobrze – niech naród widzi, z kim miał dotychczas od czynienia.
Opozycja, która przegrała wybory i jej miłośnicy, sami podłożyli się pod walec Kaczyńskiego już na samym początku. Zamiast siedzieć cicho i spokojnie czekać na rozwój wypadków, wymyślili sobie kompletnie kretyński, w długiej perspektywie plan. Otóż wykoncypowali, że utworzą z Trybunału Konstytucyjnego bastion oporu przeciwko nowej władzy, który pozwoli im torpedować wszelkie poczynania "dobrej zmiany", w rezultacie doprowadzając do upadku władzy PISu,
Jak to im często się zdarzało, w swej wątpliwej, mimo profesorskich tytułów. mądrości, nie docenili Kaczyńskiego, a walca nie zauważyli.
W rezultacie nastąpił ponad roczny okres grilowania Rzeplińskiego, który niemalże jak inspektor Clouseau z Różowej Pantery, potykał się co krok, robiąc z siebie bufona i kretyna. A wraz z nim liczna ferajna z Platformy i Nowoczesnej, plus fircyk z kolczykami i kitą – wódz KODu.
Powolny walec pokazał społeczeństwu, przynajmniej tym, co chcieli widzieć i słuchać, bezmiar głupoty i hipokryzji obozu III RP. Ich problemy z odrywaniem się od koryta. Ich nieuczciwość i przerażającą butę. I ich pogardę dla zwykłych ludzi.
Również w rezultacie tego tematu, tzn. tematu TK, ludzie ponownie uświadomili sobie epokowy błąd okrągłego stołu – gruba krecha i nie rozliczenie i dekomunizacja wymiaru sprawiedliwości oraz skostniałych środowisk uniwersyteckich.
Konflikt spowodował, że dotychczas dobrze ukryci i starannie okopani postkomuniści, szuje i szubrawcy w aparacie trzeciej władzy, nieopatrznie ujawnili się. Butnie podnieśli głowy. Mając nadzieję nie wiadomo na co, bo chyba nie na zwycięstwo, zaczęli się zbierać, protestować, pisać deklaracje i oświadczenia, wystawiając się w ten sposób na strzał.
Ułatwili pracę władzy. Zaczęli wystawiać głowy, jak bąble w asfalcie, które walec uruchomiony przez prezesa, bedzie musiał wcisnąć we właściwe miejsce w nowym systemie państwa obywatelskiego. Państwa bez świętych krów, klik i sitw. Oraz lipnych korporacji dbających wyłącznie o swoje przywileje.
Tak, wrzask największy i okrutny jest, gdy beneficjentom komuny i III RP odbiera się przywileje. Powiem więcej, gros tej roboty, prowadzącej do "dobrej zmiany" to odbieranie niezasłużonych przywilejów. Kaście sądowniczej immunitetu i majątkowej anonimowości, ubekom i oprawcom komuny absurdalnie wysokich emerytur, prokuratorom przywileju bezkarnego robienia co chcą, pijawkom z organizacji pozarządowych możliwości bezwstydnego dojenia państwa (tak, tak pani komediantko Janda). A w przyszłości również odebranie tym udzielnym książętom – Adamowiczom, Gronkiewicz-Waltz, Karnowskim i Jaśkiewiczom ich autonomicznego obszaru działania.
Jadący wolno walec powoli przywraca godność zwykłym obywatelom, którzy prze ćwierć wieku byli zepchnięci do lasu, by nie przeszkadzali Kulczykom, Nowakom, czy Rostowskim.
Dostali więc pieniądze, by wyrwać ich z nędzy i by powrócili do najważniejszego zadania człowieka – do rodzenia dzieci. I nie dopuszczenia by spełniła się wola Klubu Rzymskiego z 1972 roku, gdzie w raporcie "Granice wzrostu" postulowano populację Polski na poziomie 15 milionów. Jak mniemam, a czego otwarcie nie wyrażono - 15 mln niewolników.
Zlikwidowano postulat lewaków i neoliberałów – "Praca aż do śmierci" i powrócono do przyzwoitego wieku emerytalnego.
Starcom dano za darmo podstawowe leki, choć tu jeszcze trzeba dużo dorzucić.
Wyceniono najtańszą pracę i określono najniższe zarobki.
Wszystko to, w miarę skromnych możliwości.
I zlikwidowano najpotworniejszy paradygmat, że szkoły mają kształcić tanią siłę roboczą dla zachodnich państw – niewolniczą, niedouczoną i bez aspiracji.
Powracamy do edukacji uczącej młodych myśleć i dającej prawdziwą, niezafałszowaną miazmatami lewactwa, wiedzę. I mam nadzieję, że znowu zaczniemy wychowywać porządnych i przyzwoitych młodych ludzi, wpajając im co to dobroć, uczciwość, prawda i rzetelność.
Walec Kaczyńskiego jedzie wolno i droga przed nim jeszcze daleka.
Przez minione ćwierćwiecze nawarstwiło się tyle błędów, fatalnych rozwiązań, strukturalnych potworności. Tyle pogardy okazywano własnemu narodowi. Ba! Bezczelnie ludzi okradano. W krótkim błysku, w przypływie chwilowego poczucia winy, prezydent Wałęsa na moment przestał myśleć o sobie i przestał słuchać swoich ubeków i chciał sprawiedliwie podzielić wspólny majątek narodowy pomiędzy wszystkich obywateli, którzy przecież tytularnie byli jego właścicielami. Ale szybko mu przeszło i nic z tego nie wyszło. Biedni biednymi pozostali, a cwaniacy i złodzieje bogacili się ponad miarę.
To wszystko Kaczyński chce odkręcić. Taką ciągle mam nadzieję. Bo oczywiście, jak zwykle, przylepiły się do nowej władzy hieny i ścierwojady, które chcą dorwać się do własnego, jak największego kawałka krajowego tortu,
Bacznie na to patrzymy i pilnujemy, żeby władza natychmiast wypalała takie wrzody gorącym żelazem.
Jest jeszcze jedno istotne zjawisko, powiedziałbym, natury biologicznej. Lemingi, w swoim gatunkowym instynkcie, mają samobójcze skłonności autodestrukcyjne. Rzucają się więc gromadnie pod wolno napierający walec. Widocznie przejęli wiarę od islamskich fanatyków, że krzywda, jaką walec im wyrządzi, uczyni z nich męczenników. Starają się, jak mogą. Gromadzą się, wykrzykują, nadstawiają kolejne części ciała, by przynajmniej spuścić im lanie.
Lecz Kaczyński ze swoim walcem jest człowiekiem dobrodusznym. Nie chce użyć nawet gazu łzawiącego, a co dopiero białych pałek, które pamiętamy z działań ZOMO, albo gumowych kul użytych niedawno przez siepaczy premier Kopacz przeciwko górnikom.
W swojej desperacji i rozpaczy lemingi z KODu sami się kładą na ulicy, by choć symbolicznie poczuć się ofiarą. Jak to miało miejsce pod gmachem Sejmu.
Tak to jest z tymi biedakami, gdy biegną, lub raczej spacerują w pogoni za chwałą.
Zatrzymać walec w ruchu jest niezmiernie trudno. To potężna maszyna.
Większość narodu patrzy na ten powolny ruch z sympatią i nadzieją. I słusznie. Na końcu jest ich dobrobyt i bezpieczeństwo.
Wściekli natomiast są ci, co już starannie wypielęgnowali swój ogródek, poustawiali tam gliniane krasnale i bujają się rozkosznie na hamaku. Fakt, krasnale były kradzione, ogródek przejęty za bezcen, a za możliwość pobujania się trzeba było przetrzepać skórę paru nachalnym opozycjonistom.
A teraz przez ich umiłowane ogródki wytyczono nową drogę dla narodu. Nie oddamy! Nigdy! Ubierzemy futerko z norek lub puchową kurteczkę i pójdziemy walczyć.
Wielu twierdzi, że walec porusza się za wolno. To głównie gorące prawicowe głowy. Natomiast lewacka, neoliberalna opozycja, która przez osiem lat przyzwyczaiła się do dreptania tip-topami, twierdzi, że walec pędzi, jak Formuła 1. A tacy dziennikarze, jak Łukasz Warzecha, czy Andrzej Stankiewicz twierdzą, że walec jedzie zygzakiem. Ale oni już tak mają, jako cierpiący na zawroty głowy.
Mam wielką nadzieję, że walec Kaczyńskiego należy do tych boskich instrumentów, które niewzruszone i dostojne, bez względu na warunki i otoczenie, przewalają się przez świat, zmieniając raz na zawsze rzeczywistość.
Minie więc epoka hipokryzji i zakłamania. Politycznej poprawności i łajdackiego rabowania. Fałszywych proroków, kiepskich komediantów i dętych bufonów.
Zapanuje wreszcie normalność. Wyprostowana walcowaniem.
Ps. Walec Kaczyńskiego nie ma absolutnie nic wspólnego z niesławną Hanną Gronkiewicz-Waltz.
.
Walec, według założeń projektantów i konstruktorów jest maszyną powolną, lecz niezmiernie skuteczną. Zazwyczaj zamienia bezkształtną masę w uporządkowaną strukturę. Likwiduje niedoskonałości i chaos materii. Po prostu organizuje coś zgodnie z zamierzeniami projektodawcy – czy to bezkształtny asfalt w prostą i gładką drogę, czy to kęs metalu w prostą blachę, lub fikuśną szynę.
Pałający nienawiścią i źle mu życzący ludzie nazywają już Kaczyńskiego dyktatorem. A ci, którzy jak tamci nie są kompletnymi idiotami, mówią, że prowadzi on do władzy autorytarnej.
Wystarczy jednak zastanowić się trochę, by zadać sobie pytanie, co i jak on ma robić, gdy chce zrealizować najważniejszy projekt w swoim życiu.
Gdyby poszedł na łatwiznę i miał w sobie nieco azjatyckiej dzikości, to zrealizował by metodę Recepa Erdogana z sierpnia tego roku w Turcji.
Rozpędziłby opozycję. Najgorszych by pozamykał. Zlikwidowałby szkodliwe instytucje. Wziąłby media za mordę. Skutecznie i natychmiast przeprowadziłby dekomunizację i deubekizację. A złodziei i innych przestępców powsadzał do więzienia i pozbawił ukradzionego majątku.
Czy świat by mu wtedy coś zrobił? Nic, kompletnie nic. Wrzask oczywiście byłby okrutny. Zapewne wyrzucono by Polskę z wielu międzynarodowych instytucji. ONZ i Unia Europejska, te ostoje faryzeuszy i hipokrytów, zakrztusiłbyby sie swoim oburzeniem i utworzyłyby tysiąc petycji.
A Kaczyński zostałby postawiony w jednym szeregu z Pol Potem i Idi Aminem (ale już zapewne nie, z Fidelem Castro i Putinem).
Kaczyński dobrze to sobie przemyślał i zamiast budować nowoczesną i jakże potrzebną Berezę Kartuską, wybrał metodę walca drogowego.
Wsiadł więc za kierownicę walca drogowego i jedzie.
A będąc człowiekiem z dużym poczuciem humoru i nieco złośliwym, wiedział, że będzie rozpalał oponentów w ich wściekłości do białej gorączki i zmuszał do kretyńskich ataków, głupich wypowiedzi i generalnie, do ośmieszania się.
I dobrze – niech naród widzi, z kim miał dotychczas od czynienia.
Opozycja, która przegrała wybory i jej miłośnicy, sami podłożyli się pod walec Kaczyńskiego już na samym początku. Zamiast siedzieć cicho i spokojnie czekać na rozwój wypadków, wymyślili sobie kompletnie kretyński, w długiej perspektywie plan. Otóż wykoncypowali, że utworzą z Trybunału Konstytucyjnego bastion oporu przeciwko nowej władzy, który pozwoli im torpedować wszelkie poczynania "dobrej zmiany", w rezultacie doprowadzając do upadku władzy PISu,
Jak to im często się zdarzało, w swej wątpliwej, mimo profesorskich tytułów. mądrości, nie docenili Kaczyńskiego, a walca nie zauważyli.
W rezultacie nastąpił ponad roczny okres grilowania Rzeplińskiego, który niemalże jak inspektor Clouseau z Różowej Pantery, potykał się co krok, robiąc z siebie bufona i kretyna. A wraz z nim liczna ferajna z Platformy i Nowoczesnej, plus fircyk z kolczykami i kitą – wódz KODu.
Powolny walec pokazał społeczeństwu, przynajmniej tym, co chcieli widzieć i słuchać, bezmiar głupoty i hipokryzji obozu III RP. Ich problemy z odrywaniem się od koryta. Ich nieuczciwość i przerażającą butę. I ich pogardę dla zwykłych ludzi.
Również w rezultacie tego tematu, tzn. tematu TK, ludzie ponownie uświadomili sobie epokowy błąd okrągłego stołu – gruba krecha i nie rozliczenie i dekomunizacja wymiaru sprawiedliwości oraz skostniałych środowisk uniwersyteckich.
Konflikt spowodował, że dotychczas dobrze ukryci i starannie okopani postkomuniści, szuje i szubrawcy w aparacie trzeciej władzy, nieopatrznie ujawnili się. Butnie podnieśli głowy. Mając nadzieję nie wiadomo na co, bo chyba nie na zwycięstwo, zaczęli się zbierać, protestować, pisać deklaracje i oświadczenia, wystawiając się w ten sposób na strzał.
Ułatwili pracę władzy. Zaczęli wystawiać głowy, jak bąble w asfalcie, które walec uruchomiony przez prezesa, bedzie musiał wcisnąć we właściwe miejsce w nowym systemie państwa obywatelskiego. Państwa bez świętych krów, klik i sitw. Oraz lipnych korporacji dbających wyłącznie o swoje przywileje.
Tak, wrzask największy i okrutny jest, gdy beneficjentom komuny i III RP odbiera się przywileje. Powiem więcej, gros tej roboty, prowadzącej do "dobrej zmiany" to odbieranie niezasłużonych przywilejów. Kaście sądowniczej immunitetu i majątkowej anonimowości, ubekom i oprawcom komuny absurdalnie wysokich emerytur, prokuratorom przywileju bezkarnego robienia co chcą, pijawkom z organizacji pozarządowych możliwości bezwstydnego dojenia państwa (tak, tak pani komediantko Janda). A w przyszłości również odebranie tym udzielnym książętom – Adamowiczom, Gronkiewicz-Waltz, Karnowskim i Jaśkiewiczom ich autonomicznego obszaru działania.
Jadący wolno walec powoli przywraca godność zwykłym obywatelom, którzy prze ćwierć wieku byli zepchnięci do lasu, by nie przeszkadzali Kulczykom, Nowakom, czy Rostowskim.
Dostali więc pieniądze, by wyrwać ich z nędzy i by powrócili do najważniejszego zadania człowieka – do rodzenia dzieci. I nie dopuszczenia by spełniła się wola Klubu Rzymskiego z 1972 roku, gdzie w raporcie "Granice wzrostu" postulowano populację Polski na poziomie 15 milionów. Jak mniemam, a czego otwarcie nie wyrażono - 15 mln niewolników.
Zlikwidowano postulat lewaków i neoliberałów – "Praca aż do śmierci" i powrócono do przyzwoitego wieku emerytalnego.
Starcom dano za darmo podstawowe leki, choć tu jeszcze trzeba dużo dorzucić.
Wyceniono najtańszą pracę i określono najniższe zarobki.
Wszystko to, w miarę skromnych możliwości.
I zlikwidowano najpotworniejszy paradygmat, że szkoły mają kształcić tanią siłę roboczą dla zachodnich państw – niewolniczą, niedouczoną i bez aspiracji.
Powracamy do edukacji uczącej młodych myśleć i dającej prawdziwą, niezafałszowaną miazmatami lewactwa, wiedzę. I mam nadzieję, że znowu zaczniemy wychowywać porządnych i przyzwoitych młodych ludzi, wpajając im co to dobroć, uczciwość, prawda i rzetelność.
Walec Kaczyńskiego jedzie wolno i droga przed nim jeszcze daleka.
Przez minione ćwierćwiecze nawarstwiło się tyle błędów, fatalnych rozwiązań, strukturalnych potworności. Tyle pogardy okazywano własnemu narodowi. Ba! Bezczelnie ludzi okradano. W krótkim błysku, w przypływie chwilowego poczucia winy, prezydent Wałęsa na moment przestał myśleć o sobie i przestał słuchać swoich ubeków i chciał sprawiedliwie podzielić wspólny majątek narodowy pomiędzy wszystkich obywateli, którzy przecież tytularnie byli jego właścicielami. Ale szybko mu przeszło i nic z tego nie wyszło. Biedni biednymi pozostali, a cwaniacy i złodzieje bogacili się ponad miarę.
To wszystko Kaczyński chce odkręcić. Taką ciągle mam nadzieję. Bo oczywiście, jak zwykle, przylepiły się do nowej władzy hieny i ścierwojady, które chcą dorwać się do własnego, jak największego kawałka krajowego tortu,
Bacznie na to patrzymy i pilnujemy, żeby władza natychmiast wypalała takie wrzody gorącym żelazem.
Jest jeszcze jedno istotne zjawisko, powiedziałbym, natury biologicznej. Lemingi, w swoim gatunkowym instynkcie, mają samobójcze skłonności autodestrukcyjne. Rzucają się więc gromadnie pod wolno napierający walec. Widocznie przejęli wiarę od islamskich fanatyków, że krzywda, jaką walec im wyrządzi, uczyni z nich męczenników. Starają się, jak mogą. Gromadzą się, wykrzykują, nadstawiają kolejne części ciała, by przynajmniej spuścić im lanie.
Lecz Kaczyński ze swoim walcem jest człowiekiem dobrodusznym. Nie chce użyć nawet gazu łzawiącego, a co dopiero białych pałek, które pamiętamy z działań ZOMO, albo gumowych kul użytych niedawno przez siepaczy premier Kopacz przeciwko górnikom.
W swojej desperacji i rozpaczy lemingi z KODu sami się kładą na ulicy, by choć symbolicznie poczuć się ofiarą. Jak to miało miejsce pod gmachem Sejmu.
Tak to jest z tymi biedakami, gdy biegną, lub raczej spacerują w pogoni za chwałą.
Zatrzymać walec w ruchu jest niezmiernie trudno. To potężna maszyna.
Większość narodu patrzy na ten powolny ruch z sympatią i nadzieją. I słusznie. Na końcu jest ich dobrobyt i bezpieczeństwo.
Wściekli natomiast są ci, co już starannie wypielęgnowali swój ogródek, poustawiali tam gliniane krasnale i bujają się rozkosznie na hamaku. Fakt, krasnale były kradzione, ogródek przejęty za bezcen, a za możliwość pobujania się trzeba było przetrzepać skórę paru nachalnym opozycjonistom.
A teraz przez ich umiłowane ogródki wytyczono nową drogę dla narodu. Nie oddamy! Nigdy! Ubierzemy futerko z norek lub puchową kurteczkę i pójdziemy walczyć.
Wielu twierdzi, że walec porusza się za wolno. To głównie gorące prawicowe głowy. Natomiast lewacka, neoliberalna opozycja, która przez osiem lat przyzwyczaiła się do dreptania tip-topami, twierdzi, że walec pędzi, jak Formuła 1. A tacy dziennikarze, jak Łukasz Warzecha, czy Andrzej Stankiewicz twierdzą, że walec jedzie zygzakiem. Ale oni już tak mają, jako cierpiący na zawroty głowy.
Mam wielką nadzieję, że walec Kaczyńskiego należy do tych boskich instrumentów, które niewzruszone i dostojne, bez względu na warunki i otoczenie, przewalają się przez świat, zmieniając raz na zawsze rzeczywistość.
Minie więc epoka hipokryzji i zakłamania. Politycznej poprawności i łajdackiego rabowania. Fałszywych proroków, kiepskich komediantów i dętych bufonów.
Zapanuje wreszcie normalność. Wyprostowana walcowaniem.
Ps. Walec Kaczyńskiego nie ma absolutnie nic wspólnego z niesławną Hanną Gronkiewicz-Waltz.
.
Subskrybuj:
Posty (Atom)